Katarzyna Gruber
Gruber, Katarzyna (świadek historii);
19/09/2008
Klasyfikacja praw autorskich
Minutnik
-
Pochodzenie rodziny świadka
-
Ojciec jako przewodniczący gminy został uznany podczas rewolucji z 1917 roku za wroga. Musiał ukrywać się
-
Pierwsze rozdzielenie rodziny miało miejsce po I wojnie światowej. Rodzinę od strony ojca rozdzielono w 1930 r.
-
Rodzina od strony matki została aresztowana w 1937 r.
-
W 1941 r. aresztowano ojca p. Katarzyny, a reszta rodziny miała zostać przesiedlona na Syberię
-
Transport na Syberię - opis pociągu
-
Ojciec p. Katarzyny wyszedł z więzienia. Zmarł w 1944 r.
-
Historia wywózek
-
Wywóz do Krasnojarskiego kraju. Warunki w transporcie.
-
Podróż przez tajgę do kołchozu
-
Wynajęcie pokoju od okolicznego gospodarza
-
Opis pracy w kołchozie. Później p. Katarzyna pracowała jako księgowa w kołchozie
-
Anegdota o koniu i przeprawie przez tajgę
-
Wyjazd z Syberii. P. Katarzyna została w kołchozie sama – wszyscy Polacy pod koniec 1941 roku wyjechali, a ona miała dokończyć roczne sprawozdanie
-
Do Krasnojarska przyjechał delegat Rządu w Londynie
-
P. Katarzyna została zatrudniona w delegaturze i zajmowała się zerwaniem stosunków z rządem sowieckim po ujawnieniu zbrodni katyńskiej. Wydawała zaświadczenia o obywatelstwie polskim
-
Praca w polskim domu dziecka. Delegatura rządu londyńskiego zorganizowała 3 domy dziecka, w jednym z nich p. Katarzyna zaczęła pracować.
-
Brat dołączył się do armii Andersa, wyjechał do Persji, potem walczył pod Monte Cassino, w 1947 roku wrócił do Polski.
-
Historia drugiego brata - brat zmarł pod Lenino
-
p. Katarzyna pracowała jakiś czas jako wychowawczyni. Następnie p. Katarzyna zaangażowała się w tworzenie Związku Patriotów Polskich w Krasnojarsku. Jego twórcą był członek PPS Drobner.
-
Praca w ZPP. Praca polegała na dostarczaniu pomocy od UNRRA, rejestracja Polaków do repatriacji, kartoteka rodzin rozdzielonych.
-
Historie rodzin rozdzielonych - p. Katarzyna podaje przykłady rodzin rozdzielonych
-
Podróż do Moskwy - p. Katarzyna została wezwana do Zarządu Głównego ZPP w Moskwie w maju 1945 roku.
-
W grudniu 1945 roku w Moskwie powołano grupę (PPS, PPR, Ludowcy) wysłaną do Warszawy, która miała zająć się repatriacją Polaków ze Związku Radzieckiego.
-
Powrót do Polski w 1946 roku w grupie delegacji ds. repatriacji
-
Matka p. Katarzyny wróciła do Polski kilka miesięcy później. Najpierw cała rodzina mieszkała we Wrocławiu, później p. Katarzyna wraz z mężem przenieśli się do Warszawy
-
Brat p. Katarzyny wrócił do Polski w 1947 r. Wtedy miało miejsce pierwsze spotkanie całej rodziny po rozłące
-
Będąc na zesłaniu p. Katarzyna cały czas wierzyła, że powrót do Polski jest możliwy
-
Problemy z obywatelstwem Świadek opowiada o zmianie obywatelstwa, która miała miejsce podczas pobytu w ZSRR. Przesłuchanie na NKWD.
-
Marzec 1968 rok - Świadek opowiada historię męża, który został w 1968 roku zwolniony z pracy ze względu na swoje żydowskie pochodzenie
-
P. Katarzyna także została zwolniona z funkcji kierowniczej (choć nie miała żydowskiego pochodzenia).
-
Rodzina p. Katarzyna została dotknięta antysemickim nastrojem lat 60. Decyzja o opuszczeniu Polski
-
Poznanie szwedzkiej rodziny w trakcie wakacji w Polsce
-
Wyjazd do Szwecji - Państwo Gruber trafili do Szwecji na zaproszenie rządu szwedzkiego, który wyznaczył liczbę repatriantów, których przyjmą
-
P. Katarzyna pracowała w bibliotece, która pomagała Komitetowi Noblowskiemu i Akademii Szwedzkiej w wyborze kandydatów na nagrodę Nobla.
-
Świadek opowiada o przyznaniu Literackiej Nagrody Nobla Czesławowi Miłoszowi
-
Jerzy Giedroyć kontaktował się z p. Katarzyną w sprawie szans i możliwości Miłosza na otrzymanie nagrody
-
Tęsknota za Polską w trakcie pobytu w Szwecji
-
p. Katarzyna opowiada o swojej obecnej rodzinie
Transkrypcja
Dobrze, to zacznijmy. Jak pani się nazywa i gdzie się pani urodziła?
Nazywam się Katarzyna Gruber z domu Żdanowiczówna. Urodziłam się 22 marca 1922 roku w małej miejscowości na Wileńszczyźnie, w miasteczku Szarkowszczyzna. Rodzice moi pochodzą z Białorusi, tej części, która kiedyś była częścią Litwy i po Unii Lubelskiej należała do Polski. Tam jest bardzo dużo polskich rodzin. Zresztą dotychczas moi dziadkowie ze strony mamy, dziadek był Rosjaninem, nazywał się Osip. Babcia była Polką, nazywała się Józefa. Umówili się, że dzieci, które się narodzą, będą wychowywane w prawosławiu, a jeśli wyjdą za mąż, czy ożenią się, bo mieli dwoje dzieci, córkę i syna, to postanowią o swojej wierze. Mama wyszła za mąż za Polaka. Jego rodzice nazywali się Albina i Florian Żdanowicze, pochodzili z takiej szlachty zagrodowej, mieli folwark koło Bobrujska, spory folwark. Rodzice pobrali się w 1917 roku w czasie rewolucji. Ojciec był urzędnikiem pocztowym Bobrujska, ale przez jakiś czas pełnił również funkcję sekretarza gminy i w związku z tym w czasie rewolucji uznany został za wroga.
Miał wyrok śmierci. Musiał przez przeszło rok ukrywać się w okolicach Bobrujska. Wreszcie, kiedy już się stało niebezpiecznie i Polska powstała, on przeszedł nielegalnie, zresztą przez błota poleskie. Mam tu szczegółowo opisane przez moją mamę. Przeszedł do Polski, do Brześcia Litewskiego i tam został przyjęty do pracy na poczcie. Moja mama próbowała parokrotnie przejść granicę Polski, bo już wtedy istniała granica. Udało jej się za trzecim razem, kiedy z małymi dwoma węzełkami przeszła granicę, taką jakąś małą rzeczkę, z Mińska do granicy szła piechotą z jakąś kobietą, która się zajmowała przeprowadzaniem i dostała się najpierw do Baranowicz. Opisuje to wszystko szczegółowo w swoim opowiadaniu, które mamy. Później do Brześcia, spotkała się z ojcem i po krótkim czasie ojcu zaproponowano wyjazd do miasteczka Szarkowszczyzna na Wileńszczyźnie, żeby zorganizować tam Pocztę Polską. Pojechali. Mama kiedy ojciec się zapytał, czy pojedzie z dużego miasta do maleńkiego miasteczka, do którego nie było nawet kolei, mama się zgodziła, powiedziała gdzie ty, to i ja, już nie będziemy się rozłączać.
Pojechali do Szarkowszczyzny i tam w 1922 roku urodziłam się. Ojca przenoszono później parokrotnie z Szarkowszczyzny do Szczuczyna Nowogródzkiego, również na naczelnika poczty, a później do Baranowicz, gdzie pracował już do końca życia jako kontroler, ciągle tam awansował. Co ciekawe, zaliczono mu, są na to dokumenty, zaliczono mu 7 lat pracy w Bobrujsku do stażu pracy, co wpłynęło oczywiście na emeryturę, którą później otrzymał. Pierwsze rozdzielenie było w czasie pierwszej wojny światowej. Część rodziny, nieduża, przeniosła się do Polski, ale większość rodziny i matki, i ojca została tam na Białorusi. Mogę dodać, że rodzinę ojca rozkułaczono w 1939 roku i całą liczną rodzinę wywieziono na Syberię do obwodu swierdłowskiego do miejscowości tak daleko na północ. Tam dotychczas jest część mojej rodziny. Z kuzynką, córką najstarszego brata mojego ojca koresponduję. Była w Warszawie, była w Polsce, u mojego brata. Była również u mnie w Szwecji razem z córką 10 lat temu... z 12. I w dalszym ciągu... Ona po wojnie skończyła medycynę, była lekarzem. W obwodzie swierdłowskim rodzinę mamy w 1937 roku, kiedy masowo aresztowano Polaków, aresztowano i ślad po nich początkowo zaginął.
Nikt nie chciał nam dać znać listownie, co się dzieje z rodziną. Ojciec po 1939 roku, kiedy Sowieci przyszli do Polski, próbował wielokrotnie wzywać do telefonu. Mama, pisała listy, nie było odpowiedzi. Wreszcie przyszła anonimowa kartka, niepodpisana, że dziadkowie zostali aresztowani w 1907 roku. Ślad po babci zaginął. Nie wiedzą, co się z nią stało. A dziadek jest w Karagandzie, pracuje w kopalni węgla i że możemy wysyłać mu paczki raz na 3 miesiące. Natomiast listów nie możemy wysyłać i proszono w tej kartce, żeby do nich nie pisać i nie robić im kłopotów. I rzeczywiście, ja pamiętam, bo już byłam dorosła, żeśmy posyłali dziadkowi do Karagandy paczki. Takie było potwierdzenie odbioru. Mama poznała charakter dziadka i ostatnia paczka wysłana gdzieś w połowie 1940, w pierwszej połowie 1941 roku. Nie dostaliśmy potwierdzenia. No ale to nie wiadomo, co się stało. Później nas wywieziono w 1941 roku. Z zesłania mama próbowała pisać do dziadka, ale już żadnych odpowiedzi nie dostała. Prawdopodobnie już nie żył, więc to jest pierwsze rozdzielenie. Część rodziny mieszka nadal w Polsce i ze strony ojca, i ze strony matki. Nieliczna większość została po tamtej stronie.
Czyli mieszka w na Białorusi.
Tak. W Bobrujsku. Mieszka gdzieś w okolicach. Tam zresztą też była represjonowana po zakończeniu II wojny światowej, bo jakiś stryjek mamy pracował na kolei i uznano, że jeśli pracował na kolei, to znaczy współpracował z Niemcami. Aresztowano, posłano do obozu, ale mama w 1965 roku pojechała do Rosji, do Bobrujska. To był już zwolniony. Nawet jakąś rekompensatę dostał za to, że był represjonowany.
Dobrze, ja tylko przerwałem pani taką wypowiedź, że część rodziny jest w Polsce, a część w Białorusi, tylko żeby to pani mogła powtórzyć.
Drugie rozdzielenie nastąpiło w 1941 roku. Czyli w 1939 roku część, w której myśmy mieszkali Baranowicze, cała Nowogródczyzna, Wileńszczyzna, cała wschodnia Polski, została okupowana przez Sowietów. Ja pracowałam, ojciec pracował nadal na poczcie, ja pracowałam krótki czas na poczcie, a później na w dyrekcji Kolei Państwowych, znaczy sowieckich już wtedy, jako najpierw sekretarka działu parowozowego, a potem w dziale planowania, bo nauczyłam się liczyć na liczydłach i na kręciołce do liczenia. W 1941 roku, 20 czerwca w nocy przyszli przedstawiciele NKWD z żołnierzem i przedstawicielem miejscowej ludności i oświadczyli, że decyzją Rady Najwyższej zostaliśmy skazani na przesiedlenie w odległe rejony Związku Radzieckiego. Ojca aresztowano, a nam kazano się zbierać, zabrać. Powiedziano, że za pół godziny przyjedzie ciężarówka, która zawiezie nas na stację. Ponieważ było nas troje dzieci dorosłych, mam dwóch braci i ja. Mama jeszcze nie była stara. Zaczęliśmy się gwałtownie pakować, ale ta ciężarówka przyszła nie po pół godzinie. Przyszła po sześciu godzinach. Ja zdołałam jeszcze rowerem pojechać, pożegnać się z krewnymi, którzy mieszkali w pobliżu.
Każde z nas mogło uciec, ale nawet rozmawialiśmy o tym, ale nie mogliśmy mamy zostawić, bo na pewno miałaby jakieś duże kłopoty, gdybyśmy uciekli. Wobec tego pilnie zabieraliśmy wszystko, co się dało. Mogę powiedzieć taki fakt, który świetnie pamiętam, że z jakiejś szafki przeglądałam, co tam jest i odkładałam do zabrania, a resztę zostawiałam. Tam była rysa papieru, taka dosyć gruba i ciężka, to ja to odłożyłam na bok. A żołnierz sowiecki, który nas pilnował, powiedział po rosyjsku "Bieri, bieri tam, gdzie was wiezut bumagi niet". I rzeczywiście papieru tam nie było, gdzie nas zawieziono. No i muszę przyznać, muszę powiedzieć, że i żołnierz, i ten jakiś przedstawiciel miejscowej miejscowej ludności jako świadek, bo to miało być bardzo porządnie wszystko załatwiane, pomagali nam, mówili to i tamto. Nie, nie przyda się wam. I zabraliśmy wszystko, co było w domu. Następnego dnia przyjechali rano. Zawieziono nas na dworzec do bydlęcych wagonów, gdzie było jakieś 30-40 osób w wagonie. To jest znana rzecz jak wyglądały wagony. Były takie nary piętrowe. Pośrodku była dziura, nie otoczona niczym. W zamkniętych wagonach jechaliśmy trzy tygodnie, nie wiedząc dokąd właściwie. Dzień później, 21 wybuchła wojna. Niemcy napadli, rosyjskie władze więzienia uciekły, polski personel tam był, ochroniarze i otworzyli więzienie. Tata przyszedł do domu. Nas nie zastał. Zastał swoje króliki, kanarka, psa i kota i puste mieszkanie. Wszystkie rzeczy myśmy zabrali ze sobą. To ułatwiło nam życie na Syberii. Oczywiście tata próbował, to już krewni nam mówili tata próbował jechać za nami, ale front, w ogóle nie wiedział dokąd. To nie było proste, wrócił, mieszkał w swoim domu. Myśmy mieli dom na kolonii urzędniczej. Mieszkał w domu i w 1944 roku wiosną pracował w ogrodzie. Dostał tężca i w ciągu jednego dnia zmarł. Kiedy odczytywano nam rozporządzenie czy decyzję Rady Najwyższej Związku Radzieckiego, powiedziano tylko, że decyzją rady jesteśmy zesłani na odległe. W ten sposób było sformułowane, że jesteśmy skazani na zesłanie do odległych rejonów Związku Radzieckiego. Nie było żadnego uzasadnienia. To myśmy już sami wydedukowali.
To było już czwarta z kolei wywózka z tych terenów. Pierwsza masowa wywózka była w lutym 1941 roku i ta wywózka była bardzo tragiczna, dlatego że to było w lutym i to była ta straszna zima. Pierwsza zima po wybuchu wojny z Sowietami, to opowiadano, że ludzie umierali z mrozu, zimna i z głodu wyrzucano na zewnątrz. Druga wywózka była w kwietniu 1942 roku. Trzecia wywózka była w czerwcu 1946 roku, a czwarta wywózka masowa i to dotyczy całego tego rejonu Litwy, Łotwy, Estonii, Wileńszczyzny, Polesia, Wołynia, Podola. Z tych wszystkich terenów jednocześnie wywożono w tym samym czasie na odległe, bardzo odległe daleko za Uralem, to jest 6000 kilometrów. Było nas w wagonie gdzieś chyba ze 40 osób. Było sporo młodzieży i kobiet. Mężczyzn nie było, bo zasada była, że mężczyzn aresztowano, a kobiety i dzieci wywożono. Nie wiem, czy to była głupota, która mogła ponieść jakieś konsekwencje. Nie było książek, myśmy dużo rozmawiali. Kiedyś pamiętam, żeśmy śpiewali do okna, które było okratowane na jakiejś stacji, taką piosenkę sowiecką "Sziraka strana maja radnaja i człowiek. Wolny człowiek". No więc to była jakaś kpina z rzeczywistości. Nie pociągnęła żadnych, nie było żadnych konsekwencji, bo jawiem, już nie pamiętam szczegółowo, coś, jakoś...
Ale to była rozpacz, trwoga, lęk, strach? Na tej zasadzie, czy gotowość?
No pewnie, baliśmy się. Dojechaliśmy do krasnojarskiego kraju. Objeżdżaliśmy Moskwę dołem, żeby przez Moskwę nie jechać. Trwała trzy tygodnie ta podróż, wyglądała tak, że dwa razy dziennie dawano nam gorącą wodę i rano to młodzi wychodzili z wagonów po wodę i chleb, a po południu też dostawaliśmy jakąś zupę. Tak to wyglądało. W miarę możliwości zrobiliśmy tak, że jakimiś prześcieradłami zakryliśmy tę dziurę, żeby jakąś intymność zachować. No i myśmy byli bezradni, nic nie mogliśmy zrobić. No więc jak nas wyładowano tam spotkaliśmy grupę, ja nie jestem pewna, Łotyszów albo Estończyków na tym placu, takim dużym placu ogrodzonym. I tam przyjeżdżali z okolicznych kołchozów przedstawiciele z furmankami i wybierali sobie siłę roboczą. Oczywiście starali się by brać młodzież, ale do każdej grupy dołączano dziadków czy rodziców. I przez 2 dni czy 3 dni jechaliśmy przez Tajgę do naszego kołchozu. Dostaliśmy do mieszkania pusty dom, w którym nie było nic zupełnie. I trzy dni wolnego na odpoczynek. A po 3 dniach myśmy musieli pójść do pracy. Mama została w domu, pozwolono jej zostać w domu. W domu, w którym było pusto, nie mieliśmy mebli, tylko te rzeczy podręczne: pościel, ubranie, trochę jakiejś żywności. Bo myśmy zabrali na przykład szynkę, która się marynowała w jakimś sosie, tośmy oczyścili, zabrali. Bardzo się przydała w podróży, bo było skąpo. Mama, która była bardzo zaradna, znała dobrze rosyjski, bo chodziła do rosyjskiej szkoły oczywiście za młodu, umiała nawiązywać kontakt i gdzieś u sąsiedniego gospodarza wynajęła pokój dla nas, w którym zmieściliśmy się we czwórkę wynajętą tam taki duży pokój, a gospodarze przenieśli się do... Oni zresztą nie mieszkali w tym pokoju. To był taki zwyczaj w Rosji, że w każdym domu był taki paradny pokój z łóżkami i z poduszkami i tak dalej, to wypożyczyli nam. Mieliśmy kłopot, bo po pierwszej nocy nikt z nas nie mógł spać, bo coś nas gryzło. Ten pokój był świeżo pobielony, bardzo czyściutkie obrazki wisiały, podnieśliśmy obrazki. To były pluskwy. Ale jakie! I ile! Trudno sobie wyobrazić. Co nocy wojowaliśmy z pluskwami, ale bardzo nam się dobrze tam żyło. Z gospodarzem żeśmy się zaprzyjaźnili.
Ja mam zdjęcia. Brat miał ze sobą aparat fotograficzny i jeszcze trochę filmu. Ja mam dotychczas zdjęcia robione w kołchozie tych gospodarzy. To byli starzy ludzie z synową, bo syn poszedł już na front. Bardzo byli mili ci starzy ludzie. Kiedyś poczęstowali nas kartoflami pieczonymi na maku. Bo w maku jest tłuszcz, bo tłuszczu nie było. Na maku smażone kartofle, smakowały. Pracowaliśmy na polu oczywiście. Grabiliśmy siano, kopaliśmy silosy. To są takie głębokie jamy, bardzo głębokie, gdzie przechowywano trawę, którą się karmiło później bydło. Moja podróż była taka, że myśmy się dowiedzieli, że jesteśmy już nie zesłańcami, że nastąpiła umowa Mołotow-Sikorski, że jesteśmy wolni. Ja w tym czasie pracowałam już nie na polu, a pracowałam w kancelarii kołchozu, prowadziłam księgowość, więc tak ja pracowałam w kołchozie jako księgowa. Dlatego, że wszyscy mężczyźni i część kobiet w odpowiednim wieku, wszystko poszło na front. Łącznie również konie i wszystko, co najlepsze poszło na front. Tam był daleki kołchoz z dalekiej Syberii, tam analfabetyzm panował.
Nie było w kołchozie kogoś, kto by potrafił. A ponieważ przewodniczący kołchozu wiedział, bo wypytywał, kto co umie, ja umiałam liczyć na liczydłach. No to dano mi zadanie prowadzenia księgowości. To była odwaga, żeby podjąć się, ale nie było wyjścia. Później przyjechał kiedyś taki nasz opiekun z NKWD. Jak zobaczył, że ja pracuje w księgowości to zrugał przewodniczącego i mnie ciupasem odesłano na pole. Mogę opowiedzieć śmieszną historię. Nie wiem, czy to się nadaje do... Grabiliśmy siano i z kołchoźnicami, razem głównie kobiety pracowały i one co chwilę mówiły słowo... Ja znałam dobrze rosyjski już, ale mówię, jakieś słowo, którego ja nie rozumiałam i co drugie słowo to było to, ja powtórzę, ale może nie powtórzcie tego, mówi "Blać". To ja się pytam, którąś "One ciągle to mówią:. Ja pytam się "Co to znaczy?" Bo nie rozumiem tego słowa. One mówią "To nasza Sibirskaj Pagaworka". To jest nasze syberyjskie powiedzonko. No to ja też zaczęłam mówić. One mówią, że się lżej pracuje jak się mówi to, no to lżej się pracuje no to ja też. Przyszliśmy do domu. Mama ugotowała jakąś zupę, na deser nam dała po kawałeczku maleńkim chleba i byłam taka zadowolona, najedzona, mówię "O Blać, jakie to było dobre". Moja mama omal nie zemdlała. Mówi "Kasiu, co ty mówisz"? Ja mówię "Sibirskaj pagaworka". Mama mi wytłumaczyła, co to znaczy. Wiecie co to? Domyślacie się? To, co dzisiaj jest bardzo popularne i mówią, że nic nie znaczy. Takie miałam przygody. No, inne z przygód syberyjskich, jeśli to kogoś zainteresuje. Jak byłam w tej księgowości, to musiałam... Potem jak mnie odesłano na pole, to po miesiącu właśnie przyszła wiadomość, że już nie jesteśmy zesłani. Przewodniczący przyjechał na pole i zabrał mnie do kołchozu i z powrotem miałam prowadzić księgowość. Jako księgowa musiałam jeździć do gminy z jakimiś tam sprawozdaniami, z jakimiś sprawami. Pierwszy raz pojechał ze mną taki chłopak Wania, 12 letni. W kołchozie zostały najsłabsze konie, a kołchoz leżał na dole i trzeba było bardzo wysoko w górę.
I tam już była Tajga, 25 km przez tajgę trzeba było jechać. Ten konik z trudem wjechał na tą górę i stanął. To mój Wania oczywiście z przekleństwami, jakoś zignorowałam. Najpierw bił konia batem, później jak konik stawał to drugą stroną bata, no to mówiłam "Jak ty bijesz, taki biedny koń, chudy, a ty bijesz go tą rączką". "On wie, że musi iść". Było 25 kilometrów przed nami. Później koniec znowu stawał. Znowuż tak to trwało. Wreszcie on zaczął używać przekleństw. Ale jakich! To były ogromne, długie. Nie, nie jestem w stanie powtórzyć. Następnego razu przewodniczący powiedział "No, ty się już umiesz". A uczyli mnie, jak się zaprzęga konia, jak się zakłada "I pojedziesz sama". Bałam się, ale nie było wyjścia. Mój konik wjechał na górę. No i dalej nie chciał. No to ja batem i słowem, i tak dalej, i tak dalej. Później musiałam używać tych środków, których używał Wania, bo inaczej bym w tajdze została. Tam nie było komunikacji, tam nie jeździły samochody czy taksówki, czy nawet ludzie, bo po drodze przez te 25 kilometrów nie było żadnego domu, żadnego osiedla. To była tajga. W kołchozie się zdarzył wypadek, że nauczycielka z miejscowej szkoły w zimie pojechała właśnie też do gminy coś załatwiać i nie wróciła. Znaleziono ją wiosną. Koń stał przy stogu siana, a ją znaleziono gdzieś w śniegu. Już nie żywą. Także to niełatwe było.
A w jaki sposób pani wydostała się z Rosji?
No, rodzina moja wyjechała wcześniej z kołchozu, bo jak zwolniono nas, to wszyscy, którzy byli, a tam była duża grupa Polaków, wszyscy wyjechali. Moja mama i bracia. Mnie przewodniczący zatrzymał, bo musiałam roczne sprawozdanie zrobić. To był grudzień, oni wszyscy pojechali do Kozulki. To miasteczko przy transsyberyjskiej kolei, a ja musiałam zostać. No musiałam złożyć to sprawozdanie. Zostałam sama jedna w kołchozie.
Ale czy rodzice, czy pani mama i bracia wrócili na Białoruś?
Nie, no skądże wojna była dziecko. Wojna była. Tak. Nie mogli wrócić. Pojechali do najbliższego miasteczka, gdzie łatwiej było przeżyć niż w kołchozie. A ja zostałam w kołchozie. Zrobiłam to sprawozdanie i z duszą na ramieniu z przewodniczącym pojechałam do miasta. Właśnie do tej Kozulki, gdzie mieszkała mama, do tzw. rejonu złożyć sprawozdanie. Bałam się, czy wszystko dobrze. Na "trudoden", to była miara pracy kołchoźników, było 250 gramów zboża, było strasznie mało. No ale sprawozdanie zostało przyjęte. Ja już mogłam pojechać do mamy z kołchozu. Pojechałam do mamy i do braci. Po paru dniach dowiedzieliśmy się, że do Krasnojarska przyjechał delegat rządu londyńskiego. Grupa polonijna, a sporo nas tam było, postanowiła odszukać delegata rządu londyńskiego. Wybrano dwie osoby mnie i panią Jaworską, wtedy uważałam, że starsza pani, miała 35 lat, a ja miałam dwadzieścia. Ona mi się wydawała już starsza. Pojechałyśmy do Krasnojarska, nie wiedząc, gdzie delegat mieszka, gdzie go szukać. Chodziłyśmy po głównej ulicy, która się nazywała Lenina i przyglądałyśmy się ludziom.
No i rzeczywiście, po jakiejś godzinie przyszedł kapitan Wojska Polskiego w mundurze, podeszłyśmy, "Czy pan jest delegatem rządu londyńskiego?", "Tak", właśnie parę dni przedtem przyjechał. Dlatego w miejscowej prasie była jakaś notatka, że przyjechał delegat, formował z pracowników. Zaproponował mi pracę, ponieważ pisałam na maszynie rosyjskiej, na maszynie polskiej, znałam język, umiałam liczyć, zostałam zaangażowana. Pracowałam w delegaturze rządu londyńskiego do rozwiązania delegatury, do zerwania umowy z rządem po ujawnieniu sprawy katyńskiej. Pracowałam jeszcze czas, skończyłam, miałam sporo obowiązków, bo cały sekretariat prowadziłam. Wypisywałam dowody osobiste Polaków. Mój się ten dowód nie zachował, ale mój brat zachował swój dokument pisany moją ręką, takie zaświadczenie po polsku i po rosyjsku o tym, że jest się obywatelem polskim i później nam to odebrano. Oczywiście, bo to wszystko toczyło się i pracowałam. Później skończyło się mi zezwolenie na pobyt w Krasnojarsku. Bo Krasnojarsk był tak zwanym "reżimnyj gorod", to znaczy miasto, w którym nie można było mieszkać bez zezwolenia władz. Skończyło mi się, nie przedłużono mi. W międzyczasie zlikwidowano delegaturę rządu londyńskiego delegata i dwie osoby posadzono w więzieniu.
Kilka osób wyrzucono ze Związku Radzieckiego, kazano wyjechać. Zostały trzy osoby ja, Irena Czyżewska i Władysław Wojtowicz. Tam kazano pilnować magazynów UNRY, które były wtedy bardzo obszerne. Po jakimś czasie, jak powiedziałam mnie kazano wyjechać. Pojechałam do pracy w Polskim Domu Dziecka, delegatura zorganizowała 3 domy dziecka, zebrano sieroty zesłańców z różnych okresów i zebrano dzieci, które nie miały już rodziców. I 3 takie domy powstały, jeden na północ od Krasnojarska, drugi właśnie w tej wsi, do której ja jechałam w Chakaskiej, w Chakaskim autonomicznym obwodzie i trzeci na południu Krasnojarskiego Kraju w Minosińsku. Mój dom dziecka się znajdował w bagradzkim rejonie, na wsi, 30 parę kilometrów od stacji kolejowej. To jest bocznica od transsyberyjskiej do Abakany na południu Krasnojarskiego Kraju. Tam pracowałam przez znowuż przez ponad rok. Ściągnęłam mamę, bo w międzyczasie mojego... Jeszcze jak pracowałam w delegaturze, mój brat pojechał jako... Tu musi pan mi pomóc. Jak się nazywa... Trudności z pamięcią. Ktoś, kto wiezie dokumenty do ambasady. To nie jest posłaniec. To się nazywa...
Kurier?
Kurier! Właśnie, kurier się nazywa i kurier musiał mieć kronę. Delegat zaproponował, żeby mój brat, który już ma 18 lat, pojechał jako ochrona kuriera i dał mu nawet zaświadczenie, że może z Kujbyszewa zgłosić się do armii Andersa i brat oczywiście z chęcią podjął się, pojechał i pojechał do... Zgłosił się, tam dużo miał kłopoty, pojechał do armii Andersa i ostatnim statkiem zdążył jeszcze wyjechać z ostatnią grupą do Persji i przeszedł cały szlak przez Persję, Palestynę i później do Włoch. Był pod Monte Cassino, był kontuzjowany. Później tam skończył gimnazjum. W Anglii skończył liceum i w 1947 roku wrócił do Polski, studiował, został profesorem fizyki, pracował we Wrocławiu, później w Zabrzu. A drugi brat został zmobilizowany. Jak mu się skończyło 18, to został zmobilizowany do Armii Kościuszkowskiej i w czerwcu wyjechał. Ja jeszcze z mojej wsi przyjechałam pożegnać się z nim do Aczyńska. Widziałam, jak żołnierze, ci wszyscy zesłańcy jechali do Armii Kościuszkowskiej. Mamy 14 listów mojego brata pisanych do mnie z drogi na front, z miejsca postoju i z frontu. Ostatni list pisany dwa albo trzy dni przed bitwą, zginął pod wsią Drygubowa, bo głównie przy Drygubowa była bitwa nazywana bitwą pod Lenino i zginął tam bez wieści. No ja pracowałam, w tym domu dziecka, byłam nauczycielką i wychowawczynią w tym domu. Mam zdjęcie, myśmy robili jasełka dla dzieci i mam zdjęcie dzieci z tego personelu. Później dostałam zawiadomienie z Krasnojarska, że mam jechać, bo w Krasnojarsku powstał Związek Patriotów Polskich i koleżanka, która została w Krasnojarsku, tam przyjechał z Moskwy znany PPSowiec. Nie pamiętam nazwiska, nazwisko Drobner. Przyjechał zorganizować Związek Patriotów Polskich. To był drugi hak na moim życiorysie już współcześnie, bo wojsko Kościuszkowskie było tak uznawane za to wojsko, które walczyło o Polskę. A w moich listach mojego brata pisze bardzo ładnie, że jadą wyzwolić Polskę sprawiedliwą, wolną, niepodległą. Tak im się później przypisywało, że chcieli 17 republikę zrobić, że to wojsko chciało. Polityka była na górze, a nie w wojsku i nie wśród żołnierzy. To wszystko byli zesłańcy przecież, tam nie było wolno pracujących w Rosji. O, mnie wezwano. Ja byłam sekretarzem odpowiedzialnym z ZPP na Krasnojarski Kraj. Bardzo rozległy, jest sześć albo siedem razy większy niż Polska od Morza Północnego do granicy mongolskiej. Bardzo duży kraj. Co robiłam? Myśmy rozdzielali w dalszym ciągu UNRowską pomoc i jeździłam po Krasnojarskim Kraju i rejestrowaliśmy Polaków do oczekiwanej repatriacji. Prowadziłam w dalszym ciągu kartotekę rodzin poszukiwanych, bo przecież były rozdzielone rodziny.
Dużo takich rodzin było rozdzielonych? To pani opowie mi o tym.
Bardzo dużo. Na przykład rodzina mojej bratowej.
Proszę jakby tak wprowadzić, że było dużo tych rodzin, żeby skalę pokazać.
Tych rodzin było bardzo dużo, bo aresztowano, jeśli aresztowano i wysyłano do obozów, to głównie mężczyzn, ale również kobiety, więc ich rodziny zostawały gdzieś później. Te rodziny były wywożone, na przykład w lutym 1945 roku wywożono osadników i też mężczyzn aresztowano. Jedną stronę rodziny wywożono i trzeba było poszukiwać już później, kiedy można było się poszukiwać, ludzie różnymi sposobami poszukiwali się. Jako przykład mogę przytoczyć właśnie rodzinę mojego... Żonę, mojego brata. Rodzina mieszkała na Polesiu. Ich też 20 czerwca przyszli enkawudziści, ojca aresztowano, a matkę z pięciorgiem dzieci wywieziono do Barnaulskiego obwodu za Uralem. Po roku matka zmarła. Moja bratowa, która była najstarsza, miała 17 lat, zajęła się wychowaniem i wyżywieniem tych dzieci. Ja twierdzę, że była bohaterką, bo wszystkie dzieci przywiozła do Polski. Ojciec ją odnalazł, ale zaraz poszedł do wojska, do Armii Kościuszkowskiej i ona w dalszym ciągu była sama, pracowała. Napisała bardzo ładne wspomnienia o tym okresie. Nie zdążyła napisać więcej, bo zmarła. Wróciła do Polski z całą, z tą piątką dzieci, z czwórką znaczy, ona piąta. Studiowała na Politechnice we Wrocławiu. Tam poznała mojego brata, pobrali się i ona zmarła 10 lat temu, a brat mieszka nadal, mieszkał. Zmarł przed dwoma tygodniami mieszkał...Studiował we Wrocławiu, został profesorem fizyki, wykładał na uniwersytecie i politechnice, również w Akademii Wojskowej we Wrocławiu. Potem został przeniesiony do Zabrza z zadaniem stworzenia zakładu Fizyki Ciała Stałego. On ten zakład zorganizował, był kierownikiem tego zakładu do emerytury później się zajmował. Wydał trzy książki na temat Monte Cassino. To znaczy nie są, to nie są jego opowiadania. To on zebrał wspomnienia kombatantów, dotarł do bardzo wielu kombatantów, którzy walczyli pod Monte Cassino i później w innych miejscowościach. Dwa tomy wspomnień kombatantów opracował, zdjęcia, on miał i ma teraz bardzo dużo dokumentacji, około tysiąca zdjęć z tej drogi swojej z Persji do Anglii, powiedzmy w ten sposób i dużo dokumentów ma. Przygotował kolejną książkę, ale już nie zdążył jej wydać, bo zmarł 3 sierpnia... 3 września. Ja właśnie byłam na pogrzebie jego. Brat ma nazwisko Witold Żdanowicz, jego żona Lidia Żdanowicz.
A w jaki sposób pani wróciła do Polski i kiedy?
Więc ja pracowałam jak już wspomniałam, w Związku Patriotów Polskich w... Chcę przypomnieć miesiąc... W maju zostałam wezwana do Zarządu Głównego w Moskwie. Było to w maju, pojechałam do Moskwy w maju 1945 roku. Przystani już miałam bilet do Moskwy. Na przystani właśnie czekałam kogoś, kto przyjeżdżał z tego domu dziecka z Kazaczyńska, bo to można było tylko statkiem, latem, w zimie nie było komunikacji z tym domem, polskim dziecka. I wtedy już miałam bilet do Polski... Do Moskwy i było na promie czy na dworcu czekałam i ogłoszono, że jest koniec wojny. Przyjechałam do Moskwy i stamtąd skierowano mnie do pracy w Saratowie. Do Związku Patriotów w Saratowie, to było w Republice Powołża, w której mieszkali Niemcy, których wywieziono w 1941 roku wszystkich Niemców, których Katarzyna Wielka kiedyś osiedliła w saratowskim obwodzie. Ich wywieziono, jak wybuchła wojna niemiecko-rosyjska, podejrzewając, że mogą być nielojalni i wszystkich od najwyższych urzędników, do najniższych, że tak powiem, wywieziono. Zresztą do miejscowości, w której ja byłam i jedna z tych Niemek przejęła właśnie moją pracę w biurze tego kołchozu, w którym mieszkałam, i do tego rejonu sprowadzono Polaków... do tego rejonu, sprowadzono Polaków właśnie z Krasnojarskiego Kraju.
Stamtąd... Pracowałam w ZPP w Saratowie. Tam poznałam Józefa Grubera. Jakoś przypadliśmy sobie do gustu. W grudniu wzięliśmy ślub w Saratowie i w styczniu wyjechaliśmy do Moskwy. W składzie i została stworzona grupa przedstawicieli różnych opcji politycznych, bo tam było PPS i PPR i ludowcy. Więc taką grupę stworzono i posłano do Warszawy w sprawie repatriacji Polaków z głębi Związku Radzieckiego. Wróciłam do Polski w lutym albo w końcu stycznia 1946 roku jako delegat... W grupie delegacji do spraw repatriacji Polaków z głębi Związku Radzieckiego. W Warszawie nawiązaliśmy kontakt z Ministerstwem Osadnictwa na Ziemiach Zachodnich i skierowano nas, tą grupę do Łodzi, do Urzędu Repatriacyjnego do PURu. Tam nasza delegacja się rozdzieliła do różnych miejscowości, do których przybywali, zaczęli przybywać Polacy z głębi Związku Radzieckiego. Bo ta repatriacja odbywała się później, bo Polacy ze wschodnich terenów byłej Polski wrócili do Polski dużo wcześniej, w miarę oswobodzenia terenu. Z głębi zaczęto repatriować dopiero w drugiej połowie 1946 roku. I pracowaliśmy w Urzędzie Repatriacyjnym przez miesiąc w Łodzi i na męża i na mnie przypadło jechać do Wrocławia. Tam pracowaliśmy w Urzędzie Repatriacyjnym.
Ja dosyć krótko, bo byłam w zaawansowanej ciąży, nic nie pracowałam, ale mąż długo pracował w urzędzie repatriacyjnym, później nadawał świadectwa. Zaraz, jak to się nazywało, osadnikom polskim. Był przedstawicielem Ministerstwa Ziem Zachodnich i nadawał prawa własności, czy właściwie... Tak, prawa własności osadnikom właśnie tym, którzy przyjeżdżali ze Wschodu. Mama do Polski wróciła parę miesięcy później. Przyjechała z Krasnojarska razem z repatriantami, chyba w sierpniu albo wrześniu 1946 roku do Wrocławia. Mieszkaliśmy we Wrocławiu do 1950 roku. W 1950 roku, po jakichś perypetiach mąż został przeniesiony do Warszawy i mieszkaliśmy w Warszawie do 1968 roku. W 1968 roku nastąpiło następne rozdzielenie rodziny. Wrócił w 1947 roku. Myśmy już korespondowali z bratem, bo brat pisał już nie pamiętam, jakimi drogami wiedział. I on przyjechał do nas w 1947 roku. Rodzina z po długiej rozłące, jeśli można tak nazwać. Mama, mój brat i ja i mąż mój spotkaliśmy się we Wrocławiu w 1947 roku. Mama przyjechała w 1946 jesienią, a brat 1947 wiosną.
Pamięta pani to spotkanie? Jak się wtedy czuliście?
No oczywiście, że pamiętam. Pamiętam. Mama, która wcale nie była jeszcze stara, wydawała mi się bardzo stara. To tak młodzi chyba odczuwają. Była radość i trochę smutek, że nie wszyscy, że nie ma ojca, że nie ma brata młodszego. A jednocześnie no brat od razu został przyjęty na politechnikę. Zaczął studiować. Niedługo potem właśnie poznał swoją żonę, ożenił się. ma własne mieszkanie. Mama dostała za zostawione mienie na wschodzie, bo mieliśmy w Baranowiczach dom, dostała dom w takim miasteczku, dużej wsi właściwie - Łagiewniki - dostała dom z ogrodem. Mieszkała tam jakiś czas, dzieci moje już jak urodziłam dwoje dzieci we Wrocławiu, jeździły do niej na wakacje, a później mama się przeniosła do... Już nie bardzo mogła pracować w ogrodzie i mieć, miała tam jakieś gęsi, kaczki i kury. Nie mogła już tym się zajmować. Przeniosła się do Wrocławia, a myśmy w 1950 roku przenieśli się do Warszawy. Ale mieliśmy cały czas kontakt z bratem i z mamą. Mama przyjeżdżała do nas często, brat też oczywiście.
A jeszcze takie pytanie mam do Pani. Jak Pani była tam w Rosji, na tym, można powiedzieć takim zesłaniu, Pani bardzo tęskniła za Polską? Jak to wyglądało?
- No pewnie. Nam wmawiano, przecież że to już jest na zawsze. A myśmy cały czas, między innymi moja praca i w Delegaturze Rządu Londyńskiego i Związku Patriotów Polskich polegała na tym, żeby jakoś dodawać ducha tym zesłańcom, którzy żyli w bardzo ciężkich warunkach, bardzo trudnych. Ja widziałam i byłam świadkiem, jak jeszcze jak ZPP po umowie Sikorski-Mołotow wraz wychodzili z obozu i przechodzili przez Krasnojarsk zesłańcy, w jakim stanie, oni się zgłaszali oczywiście, delegatura mogła niewiele pomóc, w Krasnojarsku nie można było się osiedlać. Oni się zresztą wszyscy dążyli na południe, do armii. W jakim stanie oni przyjeżdżali, to ja to widzę do dziś. Ja to widzę. Tam zostawały rodziny. No, wtedy, kiedy jeździłam do wsi, to namawiałam, mówiłam cierpliwości, że wojna się skończy niedługo, że wrócimy do Polski i wszystko będzie po dawnemu.
Pamięta pani ten dzień jak pani wróciła do Polski poczuła, że jest w domu? Jak to wyglądało?
Więc myśmy jechali z delegacją polskiej ambasady. Mam dokument, że jesteśmy członkami delegacji i wracamy do Polski. Nawet tu był mały... Mała delegacja... Ambasada nas delegowała, ale myśmy nie mieli paszportów. Paszporty rosyjskie zostały odebrane nam w ZPP. Myśmy nie mogli z rosyjskimi, bo po wielu przejściach, to już szczegółów nie mogę opowiadać, bo to by trwało bardzo długo. Myśmy mieli raz obywatelstwo sowieckie, później obywatelstwo polskie, później znowuż obywatelstwo sowieckie, potem znowuż jak ZPP, znowuż polskie. Tak że to cała gmatwanina z naszymi, naszymi dokumentami i przynależnością, bo to o nas się nigdy nikt nie pytał na przykład... To sobie sklei Pan to moje opowiadanie jakoś. Ja pamiętam, jak odbierano nam dokumenty. Ja wtedy pracowałam właśnie w domu dziecka. Odbierano nam sowieckie dokumenty... Polskie dokumenty te właśnie, które ja wypisywałam, a dawano sowieckie i wyglądało to tak, że najpierw wezwano personel po kolei, po dwie, trzy osoby. Personel domu dziecka i tamci, którzy mieszkali, a mnie i koleżankę, myśmy były wtedy najbardziej, że tak powiem, wykształcone, obie my były po liceum, a reszta to było bardzo, ludzie bez wykształcenia ze wsi różnych, to podejrzewam, że nas wybrano, wezwano do NKWD do rejonu to jest dwadzieścia kilometrów. Wezwano później po to, żebyśmy nie... Bo podejrzewali, że my odmówimy przyjęcia sowieckiego obywatelstwa, bo byli tacy, którzy odmawiali, dostawali trzy lata obozu i nas na końcu wezwano, bo wszyscy już wrócili z tymi paszportami sowieckimi, od razu wypisywali. No i pojechałyśmy. I każda z nas. Przez całą noc rozmawiałam z przedstawicielem NKWD, który mnie przekonywał, że mamy wziąć obywatelstwo sowieckie, a ja się sprzeciwiałam "Nie, nie, nie". Wreszcie, już gdzieś nad ranem on był zmęczony, ja byłam zmęczona, powiedział "Ty głupia! Przecież kończy się wojna. Niedługo pojedziesz do tej swojej Polski, a nie weźmiesz, to dostaniesz trzy lata obozu i zgnijesz". Dokładnie tak mi powiedział. Ja się złamałam. I chyba słusznie, bo nie wiem, czy warto było... Rzeczywiście, myśmy mieli głęboką wiarę, że wrócimy do Polski i tyle żeśmy przeszli tych różnych zmian, że to już był chleb powszedni.
A w 1968 roku jak doszło do tego rozłączenia, ostatniego chyba już?
W 1968 roku, no, to o wypadkach ja nie muszę mówić, bo to rzecz znana. Mąż był dyrektorem Państwowego Wydawnictwa Ekonomicznego przez prawie 20 lat. Po Wrocławiu był krótko Dyrektorem organizującego się domu Dziecka... Domu Książki, a potem został przeniesiony do Wydawnictwa Ekonomicznego i został zwolniony 1968 roku bez podania szczegółów. A tym szczegółem było jego pochodzenie żydowskie. Zwolniono bez podania szczegółów. Owszem, 3 miesiące płacono mu, czy nawet 6 miesięcy miał pensję, 3 miesiące płacono mu pensję. Ja nie mam żydowskiego pochodzenia, ale ja byłam kierownikiem redakcji ekonomicznej, która wydawała również książki z dziedziny socjologii nauki o pracy. Miałam taką bibliotekę nauki o pracy, dwadzieścia parę tomów, o której mój profesor, którego teraz spotkałam, z którego pisałam pracę doktorską, powiedział, że dotychczas jest bardzo szanowana i używana do studiów wyższych. Byłam kierownikiem tej redakcji ponad 10 lat. Zostałam zwolniona z funkcji kierownika i odebrano dodatek, który otrzymywałam za kierownictwo. I tak odstawiona na zupełnie boczny tor. Koleżanka, która była w pracy bardzo miła, a której pomogłam, że tak powiem pracować w tym wydziale, jakoś posyłam na kursy tu i tam, pewnego razu mi mówi "Wiesz, oni opanowali całą politechnikę", a pochodziła z bardzo dobrej komunistycznej rodziny. Ojciec był członkiem przedwojennej partii komunistycznej, Polka rodowita, nie Żydówka. "Oni opanowali całą politechnikę". Ja mówię "Steniu, jacy oni?", "No Żydzi". No. Syn był latem na kolonii jako wychowawca. Parę razy słyszał "A ten Żyd, żre jak..." Formalnie nie jest Żydem, bo Żydem jest się po matce, a nie po ojcu według przepisów żydowskich. I córka też miała jakieś kłopoty. Najmłodsza córka nie miała. No i mąż nie chciał wyjeżdżać. Powiedział "Ja przeżyłem antysemityzm przedwojenny, to przeżyję również ten". Ale córka chciała i syn, i ja postanowiłam głównie, że jednak ze względu na dzieci wyjedziemy. Cały dzień we wrześniu, na początku września mam nawet zdjęcia z tego dnia. Siedzieliśmy, dyskutowaliśmy cały dzień jechać, czy nie jechać? No i wreszcie postanowiliśmy, że wyjedziemy. Obawialiśmy się kłopotów, ale jak żeśmy zdecydowali, że pojedziemy, do męża do wydawnictwa przysłano kontrolę Najwyższej Izby Kontroli, która siedziała tam miesiąc czy półtora i nie znalazła najmniejszego zastrzeżenia.
Tak że myśmy dostali bardzo szybko paszporty. Było bardzo dziwne, bo poszliśmy do Pałacu Mostowskich. Wyjęto naszą teczkę, na teczce było napisane "Bardzo pilne". Nie wiem, kto nam pomógł, bo niektórzy czekali po parę miesięcy. Myśmy dostali dosyć szybko, że szybko chciano się nas prawdopodobnie pozbyć i dostaliśmy zezwolenie na wyjazd. Mieliśmy kłopoty, myśmy nie mieli pieniędzy, bo trzeba było zapłacić po 5 tysięcy za te książeczki jednokierunkowe, bo trzeba było się zrzec obywatelstwa, właśnie w czasie tej wizyty w Pałacu Mostowskich. Mnie kazano podpisać, napisać, że... Myśmy formalnie wyjeżdżali do Izraela, bo gdzie indziej nie mogliśmy wyjeżdżać. Myśmy z góry postanowili, że nie pojedziemy. Mąż nie chciał jechać do Izraela, mąż się wychował w kulturze polskiej. Nie znał języka, nie znał historii specjalnie, raczej polską, a nie żydowską i syn chciał w pewnym okresie, chciał jechać. Ja też miałam skłonności, że jak wyjeżdżamy, to właściwie powinniśmy jechać. No ale rodzina zdecydowała. Myśmy będąc w Rzymie, zmienili kierunek jazdy. Mianowicie myśmy kiedyś w Polsce, zupełnie przypadkowo, będąc na wakacjach w Międzyzdrojach w 1968 roku, poznaliśmy rodzinę szwedzką, która przyjechała do tego samego domu, w którym myśmy byli.
I dwoje państwa, starsi od nas nieco z chłopakiem, byli tacy trochę osamotnieni. I nam się trochę wstyd zrobiło, że oni tak chodzą i nie bardzo mają opiekę, a przyjechali nawet dużą grupą, która się jakoś ulotniła. No i zaczęliśmy coś rozmawiać. Mąż znał niemiecki, więc z nimi po niemiecku. I żeśmy się tak jakoś zaprzyjaźnili, spędziliśmy te dwa tygodnie, my dłużej zostaliśmy, oni byli dwa tygodnie. Ona zauważyła, ta Szwedka, moją córkę, która leżała na plaży i czytała Pära Lagerkvista ksiądz... "Gości w rzeczywistości" to bardzo znany noblista szwedzki. Była zupełnie zaskoczona, że dziewczyna na plaży czyta szwedzką książkę. No, krótko mówiąc, myśmy się tak zaprzyjaźnili. Oni pojechali wcześniej, myśmy przyjechali do Warszawy, już był list od Ingrid, że było bardzo miło i że w przyszłym roku oni się wybierają do Polski i rzeczywiście przyjechali w następnym roku. Byli naszymi gośćmi w tym sensie, że mieszkali w hotelu, przyjechali indywidualnie, zwiedzali Warszawę. Myśmy to wszystko pokazywali, byli naszymi gośćmi. W następnym roku znowuż przyjechali, wtedy zorganizowaliśmy wycieczkę do Krakowa i do Wieliczki. Byli znów naszymi gośćmi. Z tym, że mieszkali w hotelu oczywiście, mam zdjęcia. Bardzo serdecznie. Jak żeśmy postanowili wyjechać, ostatniego dnia przed wyjazdem, to było tuż przed Bożym Narodzeniem, jak powiedziałam, był list od Ingrid, że oni się znów wybierają... Życzenia świąteczne i że znów się wybierają do Polski latem. No więc już po przybyciu do Rzymu napisaliśmy, że jesteśmy w drodze do Kanady i że jak się osiedlimy, to damy znać. Następnego dnia przyszedł express polecony od Ingrid, że nie do Kanady, a do Szwecji mamy przyjechać. Ona była w urzędzie repatriacyjnym, załatwiła wszystkie sprawy, skontaktowała się z profesorem, który był autorem w mojej redakcji. Ja wydawałam książkę gdzieś właśnie w tym czasie. Książkę pod tytułem "Socjologia medycyny" to był zbiór artykułów na temat właśnie z różnych krajów. Jednym z autorów również redaktorem zbioru artykułów, to były artykuły z wielu krajów. Profesor socjologii w Sztokholmie ona nawiązała... Ja, jak on był u mnie, to tak dla żartu powiedziałam "Ja mam przyjaciółkę w Szwecji, może profesor przekaże pozdrowienia".
I dałam mu numer telefonu, a on rzeczywiście przekazał to ona miała kontakt z profesorem Izraelem. Ona do niego zadzwoniła, oni dali referencje do Urzędu Repatriacyjnego w Sztokholmie. Myśmy właściwie mogli przyjechać już w kwietniu do Sztokholmu, ale tam poradzono nam... Starsza córka pracowała w czasie tej organizacji, która się opiekowała - żydowskiej - która się nami opiekowała jako tłumaczka. Ona znała dobrze angielski już wtedy. I oni poradzili nam, żebyśmy posiedzieli trochę, poczekali na komisję, która przyjedzie ze Szwecji. I wtedy parlament szwedzki wyznaczył jakąś sumę repatriantów właśnie z naszej emigracji, że lepiej, jeśli przyjedziemy nie na prywatne zaproszenie, a na zaproszenie państwa szwedzkiego. I myśmy w lipcu, w lipcu 1969 roku wylądowaliśmy w Szwecji. Mąż dostał pracę w Bibliotece Narodowej, to się nazywa królewska w Instytucie Bibliograficznym. Mąż był starszy ode mnie o 10 lat, więc nie pracował długo do emerytury, ale pracował jeszcze ponad trzy lata po emeryturze, bo pracował nad takim katalogiem nabytków w językach obcych we wszystkich bibliotekach w Szwecji. To było co roku wydawany taki tom. On musiał zakończyć ten tom, bo następny już był robiony na komputerach, a ten był robiony jeszcze ręcznie.
A ja dostałam właśnie trochę z polecenia profesora Izraela, on mnie polecił, dostałam pracę w bibliotece noblowskiej i tam przepracowałam 23 i pół roku, więc prawie ćwierć wieku, pracowałam 5 lat po emeryturze do 70 roku życia. To był los na loterii. Właśnie wczoraj rozmawiałam z moim profesorem, u którego pisałam pracę doktorską już dosyć zaawansowaną, brakowało mi może jakiegoś roku do zakończenia pracy. To on mówi to. Doszłam do wniosku, że...bo chwalił moją bibliotekę nauki o pracy prof. Antoni Rajkiewicz, który jeszcze jest profesorem nauki na pół etatu, profesorem na uniwersytecie, opowiada, że moja biblioteka nauki o pracy, którą ja zainicjowałam, w dalszym ciągu jest używana i traktowana bardzo poważnie. Tam były nie tylko polskie, również zagraniczne książki. Wydałam pierwszą książkę o ergonomii, pierwszą książkę w Polsce w mojej redakcji i że dotychczas pamiętają moją pracę. Tak że się jakoś cieszę. A w Szwecji miałam szczęście. Wygrałam los na loterii. Autentycznie, mogę powiedzieć autentycznie, to już tylko tak sobie, pierwszy raz szłam do pracy. Prawdę mówiąc, nie bardzo wiedziałam, do jakiej biblioteki idę.
I to było w grudniu, na takim rynku na Starym Mieście. Tam jest tradycja przed Bożym Narodzeniem wystawiają się takie budy, sprzedają różne takie ludowe rzeczy. I to była loteria. Ja kupiłam los za koronę i tak sobie pomyślałam... A miałam... Biblioteka tam się mieści na tym rynku Starego Miasta, była jeszcze zamknięta. Ja przyszłam wcześniej, później miałam własne klucze tak, że nie musiałam czekać na otwarcie, ale wtedy jeszcze nie miałam. I kupiłam los za złotówkę i pomyślałam jak wygram cośkolwiek, to mi się powiedzie. A jak... A nie pomyślałam, co będzie, jak nie wygram. I wygrałam taki drewniany, taki lichtarzyk. Takie głupstewko wygrałam, bardzo się ucieszyłam. No i rzeczywiście udało mi się. Pracowałam w środowisku z najwyższej półki. Z członkami Akademii mogłam dużo zrobić, dużo zrobiłam. Chyba mam sporo odznaczeń.
A ta przygoda z Miłoszem? Może pani coś powiedzieć?
No ja mam... Muszę najpierw powiedzieć, że ja podpisałam takie zobowiązanie, że o tajemnicach Nagrody Nobla. A byłam zorientowana, bo w tym pracowałam, nas tam było cztery osoby w bibliotece tylko pracowały. Biblioteka była powołana po to, żeby pomagać komitetowi Noblowskiemu i Akademii Szwedzkiej w wyborze i przyznaniu Nagrody Nobla. Po to była ta biblioteka powołana. Ja bardzo szybko zorientowałam się o co chodzi i jak to się odbywa. I podpisałam takie zobowiązanie, że o tych rzeczach przed upływem 50 lat nie będę mówiła, ale mam pewnego rodzaju zezwolenie. Mianowicie mam list sekretarza akademii, to jest najwyższa funkcja, profesora Larsa Gyllenstena z 1980 roku, w którym on pisze, że dziękuję w imieniu Akademii, dziękuję mi za wkład pracy w bibliotece, w szczególności w działach słowiańskich, a także dziękuję za wkład pracy przy pracach tegorocznego laureata Nagrody Nobla. Tak że ujawnia, że tak powiem, tajemnicę, że przy tym robiłam. W związku z tym zapraszają mnie i męża na wszystkie uroczystości noblowskie. Byłam... Na rozdaniu nagrody byłam wielokrotnie, bo pracownicy biblioteki dostawali zaproszenie na rozdanie do filharmonii, rozdanie nagrody.
W 1980 roku tym kandydatem do Nagrody Nobla przy których, przy pracach którego pracowałam, to był właśnie Czesław Miłosz. Pierwszym, który pomyślał o tym, że Miłosz może być na liście, był Giedroyć, redaktor Kultury Paryskiej. On napisał list do przedstawiciela kultury w Sztokholmie, pana Norberta Żaby. List, który Żaba przyniósł. Giedroyć pisze, że dowiedź... A ja już miałam kontakt z Giedroyciem, bo poprosiłam o książki dla biblioteki Wydawnictwa Kultury. "Dowiedz się u Grubrrowej, co można zrobić, żeby Miłosz się znalazł na liście kandydatów do Nagrody Nobla". Ja odpisałam Giedroyciowi, co można zrobić i czego nie należy robić, bo to ważniejsze nawet niż co robić. Bo co robić? W gruncie rzeczy wiadomo dlatego, że są reguły i ci, którzy mają prawo zgłaszać kandydatów, wiedzą o tym. A nie wolno robić jakichś masowych listów, masowych wniosków, żeby pisały osoby nieupoważnione, bo nie są brane pod uwagę.
Pani tęskniła wtedy i tęskni za Polską? Będąc w Szwecji?
Bo ja wiem? Pewnie, że tęskniłam, zwłaszcza, że nas nie puszczano wtedy do Polski. Przez długi czas nam nie dawano wizy, nie wpuszczano do Polski. A nawet jeśli były wypadki, że dano wizę, to były wypadki, że na granicy zatrzymywano. Ja znam dwa takie przypadki, że osobę z wizą, która miała całą rodzinę w Polsce na granicy zatrzymano i zawrócono. W Polsce została przede wszystkim mama. Został brat z żoną i z dwojgiem, z trojgiem dzieci. To najbliższa rodzina. Poza tym dużo dalszej mojej rodziny zostało. Rodziny męża nie było. Rodzina mojego męża zginęła cała w czasie okupacji. W Stanisławowie zginęli dwaj bracia i trzy siostry z rodzinami, z dziećmi. Mój mąż był najmłodszy i to dużo młodszy. Wszyscy zginęli w Stanisławowie. Żona z małym dzieckiem zginęła we Lwowie na Janowskiej, cała rodzina. Poza tym w Polsce została dalsza rodzina ze strony ojca i ze strony matki, z którą utrzymywałam kontakty, utrzymuję dotychczas kontakty.
A kiedy Pani wróciła pierwszy raz do Polski na taką wizytę po prostu i jak się Pani wtedy czuła?
Bo ja wiem? Był trochę strach przed właśnie przejściem granicy. Pierwszy raz byłam chyba w 1978 lub 1979 roku. A później przyjeżdżałam co roku albo co drugi rok bywałam w Polsce, odwiedzałam mamę. Mama przyjeżdżała do mnie często. Brat i bratowa byli i ich dzieci były w Szwecji. Dużo znajomych przyjeżdżało, bo to była okazja. Posyłałam zaproszenia, posłałam zaproszenia mojemu bratankowi właśnie, który jest teraz spadkobiercą wszystkich papierów i materiałów, dokumentów mojego brata i posłałam mu zaproszenie. Poszedł po wizę, po paszport, a on napisał, że jedzie do ciotki do Sztokholmu. I miał zaproszenie potwierdzone przez notariusza w Sztokholmie to mu powiedzieli "Jak to twoja ciotka pojechała do Izraela", To on mówi "Ona jest... Nie pojechała do Izraela. Ona mieszka w Sztokholmie. Tu jest jej adres. Tu jest zaproszenie, które ona przysyła". "Masz napisać tutaj" on był studentem wtedy "Masz napisać, że pojechała do Izraela. Inaczej nie dostaniesz paszportu". On napisał, że ciotka pojechała do Izraela i dostał paszport i pojechał do Szwecji oczywiście. Takie były czasy.
Jak międzynarodowa jest moja rodzina. Ja nie jestem taka czysta Polka, bo jak Panowie słyszeli, ja mam dziadka Rosjanina. Wyszłam za mąż za Żyda. Co prawda on się mienił Polakiem, ale w 1968 roku uznano, że on jest Żydem. Mam troje dzieci. Syn ożenił się ze Szwedką, rozszedł się i znowu ze Szwedką ożenił. Córka Wanda wyszła za mąż za Andrzeja Rapaczyńskiego, który uważał się, że jest Polakiem. Był chrzczony i jego rodzice byli ochrzczeni. Był studentem filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Był na III roku filozofii, w 1968 roku powiedziano, że on jest Żydem. No, nie za to dosłownie, ale za inne również rzeczy usunięto go z uniwersytetu. Moja druga córka Marysia, wyszła za mąż za Włocha, poznanego wtedy, kiedyśmy przez pół roku mieszkali we Włoszech. Ja mam 3 wnuczki od każdej córki, od jednej córki dwie wnuczki, a od drugiej jedno. Córki mojej Marysi, moje dwie wnuczki. Jedna wyszła, wróciła do ojca, bo córka się rozeszła ze swoim włoskim mężem. Wróciła do Rzymu. Wyszła za mąż za Włocha. Druga wnuczka wyszła za mąż za Szweda. Trzecia wnuczka, córka Wandy wyszła w Ameryce wyszła za amerykańskiego Greka. Wesoło. Wszyscy utrzymujemy kontakty. Odwiedzamy się, ja byłam w tym roku w Ameryce. Jak moja wnuczka, która mieszka w Szwecji, mieszka blisko mnie mówi "Baba" dzieci, wszystkie wnuki zawsze nazywają "Baba". Wszystkie moje wnuczki mówią po polsku. Ja je nauczyłam, bo one przyjeżdżały co roku do Szwecji na wakacje. Mówi "Baba przyjdź, zajmij się Zosią, bo ja muszę coś załatwić". A Joran, jej mąż, jest w pracy, to ja nie idę ja lecę, żeby pobyć z moją małą. Jej mama rozmawia z dzieckiem po włosku, ojciec rozmawia po szwedzku. Ona rozumie jeden i drugi język, ma dwa lata. Ja rozmawiam z nią po polsku. Nie wiem, co z tego wyjdzie, ale dosyć konsekwentnie robimy to. O, taki jest... No, poza tym mam w Polsce również, brat ma troje dzieci. Jeden syn, najstarszy pracuje na politechnice. Nie z lenistwa, a z braku czasu nie robi do docentury, o co jego ojciec miał okropną... Kłopoty z nimi. Ale ma pozycję, jeździ po całym świecie, zajmuje się jakoś bardzo... Jakieś pomiary elektroniczne, nie wiem, co to jest. Jego dwaj synowie już obaj pracują i skończyli studia. Córka brata skończyła medycynę i jest lekarzem praktykującym już, a córka jest nauczycielką informatyki. No trzecia córka, niestety trzecie dziecko jest bardzo chora, bardzo chora i tutaj są kłopoty bardzo duże. No ale to już zdarza się w takiej rodzinie. No to chyba wszystko powiedziałam.
Bardzo pani dziękuję. Dziękujemy.
Dane o obiekcie
-
Nazwa / Tytuł
Katarzyna Gruber -
Twórca / Wytwórnia
Gruber, Katarzyna (świadek historii) -
Rodzaj
-
Kategoria
-
Zakres chronologiczny
-
Data wykonania
19/09/2008 -
Czas trwania
1h 17min 16sek -
Miejsce
-
Wydarzenie
Rodziny rozdzielone przez historię -
Numer inwentarzowy
MHP-07-3195 -
Klasyfikacja praw autorskich
-
Permalink
Opis
Katarzyna Gruber, z domu Żdanowiczówna, urodziła się w 1922 roku w Szarkowszczyźnie na Wileńszczyźnie. Jej rodzina miała polsko-rosyjskie korzenie. Rodzina p. Katarzyny doświadczyła represji i prześladowań podczas rewolucji w Rosji i II wojny światowej, co zmusiło ich do ucieczki do Polski. W 1941 roku, podczas II wojny światowej, p. Katarzyna i jej rodzina zostali zesłani przez NKWD do odległych rejonów Związku Radzieckiego.
Pani Katarzyna opowiada o trudnych warunkach życia na zesłaniu, gdzie pracowała na polu oraz w kołchozie jako księgowa. Wspomina o spotkaniu z polskim delegatem rządu londyńskiego w Krasnojarsku i pracy w delegaturze do czasu rozwiązania umowy po ujawnieniu sprawy katyńskiej. Rodzina p. Katarzyny była rozdzielona w wyniku wojny, a ona sama doświadczyła wielu trudności związanych z poszukiwaniem krewnych. Po wojnie p. Katarzyna pracowała w Związku Patriotów Polskich, a w 1946 roku wróciła do Polski, gdzie zajmowała się repatriacją Polaków. W 1968 roku, z powodu antysemickiej nagonki w Polsce, p. Katarzyna i jej rodzina postanowili wyemigrować do Szwecji, gdzie osiedlili się i znaleźli zatrudnienie. Pani Katarzyna pracowała w Bibliotece Noblowskiej w Szwecji, gdzie miała wpływ na przyznanie Nagrody Nobla Czesławowi Miłoszowi. Mimo trudnych doświadczeń i życia w różnych krajach, p. Katarzyna utrzymywała kontakty z rodziną i pielęgnowała polskie tradycje w swojej międzynarodowej rodzinie.