Paweł Perchel - Mediateka - Muzeum Historii Polski w Warszawie SKIP_TO
Wizyta w muzeum Przejdź do sklepu
Historia mówiona
Audiovideo

Paweł Perchel

Ujazdowska, Lidia (prowadzący/a rozmowę); Różański, Maciej (operator kamery); Perchel, Paweł (świadek historii);

30/03/2017

Minutnik

  • Sierpień 1984 r. - rozpoczęcie działalności opozycyjnej poprzez wydrukowanie pierwszej gazetki

  • Chęć dołączenia do Solidarności w czasach licealnych

  • Ogłoszenie stanu wojennego - Radio Wolna Europa dostarczało prawdziwych informacji na temat wydarzeń w kraju

  • Większa świadomość opozycyjna po 1983 r. - starszy kolega Paweł Bargiełowski opowiadał o manifestacjach w Krakowie

  • Zorganizowane zszywek dla Pawła Bargiełowskiego, które ten zawiózł do Krakowa

  • Rozmowy o stworzeniu konspiracji w Starachowicach

  • Pierwsza myśl o wydrukowaniu pisma - p. Paweł dowiedział się od jednego z harcerzy w jaki sposób działa powielacz spirytusowy. Ten sam harcerz zdobył kalki do powielacza hektograficznego

  • Wydrukowanie pierwszego pisma "LUD" w nakładzie 14 sztuk

  • Nawiązanie kontaktu z Cezarym Berakiem nauczycielem z Liceum Ogólnokształcącego nr 1 - świadek zanosił do niego wydrukowane numery pisma, jak i otrzymywał od niego informacje związane z działalnością podziemną

  • O działalności świadka wiedziały tylko dwie osoby, aż do 1988 r.

  • Drukowanie pisma "LUD" wraz z Pawłem Bargiełowskim - Panie Boduszewskie, ciotki Pawła Bargiełowskiego, zgodziły się na na drukowanie pisma w ich mieszkaniu. Mieszkanie mieściło się na osiedlu Szlakowisko

  • Panie Boduszewskie opowiadały o swoich działaniach w konspiracji w trakcie wojny

  • Nawiązanie kontaktu z Edwardem Dudkiem, który dostarczył ramkę do drukowania czarnym tuszem. Zwiększenie nakładu pisma do 250-300 sztuk

  • Śmierć księdza Jerzego Popiełuszki w 1984 r. - wydanie w grudniu broszurki o księdzu Jerzym

  • Od grudnia 1984 r. drukowanie na ramce, którą stworzył Krzysztof Muzyka

  • Zaprzestanie drukowania pisma w kwietniu 1985 r. ze względu na brak informacji. Zmiana działalności podziemnej w związku nadchodzącymi wyborami - drukowanie ulotek

  • Malowanie haseł na murze Fabryki Samochodów Ciężarowych. W skład grupy sabotażu wchodziło pięć osób - Paweł Bargiełowski, Bogdan Kowalski, Robert Adamczyk, Anna Kowalska, Paweł Perchel

  • Zawarcie znajomości z Robertem Adamczykiem, z którym świadek nadal utrzymuje kontakt

  • Na czas wakacji powrócili studenci, którzy studiowali poza Starachowicami. Nastąpiło poszerzenie kontaktów i kolejne działania sabotażowe: zrzucanie ulotek z bloku, palenie tablic partyjnych

  • Październik 1985 r. - uzyskanie namiaru na panią Teresę Barszowską, która współpracowała z agencją informacyjną w Solidarności

  • Organizacja wydawnictwa wraz z Teresą Barszowską i Robertem Adamczykiem

  • Rozpoczęcie prac w wydawnictwie w styczniu 1986 r., w osłabionym składzie - Teresa Barszowska wyjechała do Warszawy z powodu choroby męża, a Robert Adamczyk został powołany do wojska. Pomoc Kazimierza Brodawki-Święcickiego w drukowaniu

  • Zakończenie pracy wydawnictwa z powodu powołania p. Pawła do wojska w kwietniu 1986 r.

  • Drukowanie ulotek w trakcie przepustek z wojska - kolportażem zajmowali się Edward Dudek i Teresa Barszowska

  • Drukowanie ulotek w piwnicy, w domu lub na działce. Umieszczanie znaku Solidarności walczącej na ulotkach

  • Powrót z wojska w kwietniu 1988 r. Nawiązanie kontaktu z Robertem Adamczykiem

  • Umieszczenie drukarni w domu Jolanty Krzyżowskiej na Orłowie

  • Wsparcie pani Jolanty Krzyżanowskiej i jej męża

  • Od końca 1988 r. drukowanie ulotek cyklicznych, które nosiły tytuł "Nasze sprawy". Za drukowanie nadal groziło więzienie

  • Powrót do drukowania pisma, któremu nadano tytuł "Nasze sprawy". Pismo było wydawane do lipca 1989 r.

  • Prowadzenie działalności propagandowej między kwietniem i czerwcem 1989 r.

  • Teksty do wydawanych gazetek pisał głównie p. Paweł. Część tekstów do pisma "LUD" napisał Paweł Bargiełowski. W tworzenie tekstów do drugiego pisma "Pro Kontra" był zaangażowany m.in. Kazimierz Brodawka-Święcicki. Teksty do ulotek pisał p. Paweł wraz z Teresą Barszowską. Artykuły do pisma "Nasze sprawy" najpierw pisał p. Paweł, z czasem dołączyły osoby z Komitetu Obywatelskiego: Zenon Kruk, Krzysztof Daniszewski, Andrzej Pruś.

  • W 1985 r. pojawiła się potrzeba przejścia szkolenia drukarskiego. W 1986 r. pan Paweł razem z Krzysztofem Muzyką pojechał do Warszawy na szkolenie

  • Zachowanie ostrożności w działaniach konspiracyjnych

  • Umieszczenie na budynku flagi, z ukrytymi wewnątrz ulotkami

  • Malowanie symbolu Polski Walczącej wraz z Robertem Adamczykiem i Bogdanem Kowalskim

  • Trwanie w konspiracji w czasie pobytu w wojsku - nieujawnianie informacji na temat drukowania ulotek

  • Kolportażem ulotek zajmowali się głównie Cezary Berak, Edward Dudek lub Teresa Barszowska

  • W 1988 r. wydawnictwa stały się jawne - rozdawano gazetki i ulotki na stoiskach przed siedzibą Komitetu Obywatelskiego

  • Wznowienie działalności po latach - tworzenie pisemnych relacji z udziałem innych świadków historii

  • W 2008 r. pojawia się pomysł założenia Stowarzyszenia

  • Stowarzyszenie skupiało się na celach edukacyjnych oraz pomocy osobom w ciężkiej sytuacji

  • Wydanie książki na temat wydawnictw podziemnych

  • Współpraca z Instytutem Pamięci Narodowej przy redagowaniu Encyklopedii Solidarności

  • Zorganizowanie konkursu "Orła wrona nie pokona" dla młodzieży z powiatu Starachowickiego

  • Wydawanie książek związanych z Solidarnością

  • Większa otwartość osób związanych z działalnością podziemną do mówienia o swoich doświadczeniach

  • Docenienie działalności Stowarzyszenia przez Instytut Pamięci Narodowej. Otrzymanie Krzyża Wolności i Solidarności

Transkrypcja

30 marca 2017. Jesteśmy w siedzibie delegatury “Solidarności” regionu świętokrzyskiego w Starachowicach. Nazywam się Lidia Ujazdowska, towarzyszy mi Maciej Różański. Naszym rozmówcą jest pan Paweł Perchel. Proszę, żeby opowiedział pan o swoim życiu, o swojej działalności. Proszę się przedstawić.

Paweł Perchel. Tyle chyba wystarczy. Takim momentem dla mnie najważniejszym, kiedy według mnie moja działalność opozycyjna w latach ‘80 się tak właściwie rozpoczęła, to jest rok 1984, powiedzmy, że sierpień. Dlatego ten moment uważam dlatego, że wtedy wydrukowałem pierwszą gazetkę. Natomiast szereg momentów było, które były wcześniej. Na pewno pierwszym takim momentem jest powstanie “Solidarności”, wbrew pozorom, kiedy jako uczeń liceum zawodowego, na fabryce mieliśmy praktyki. I pamiętam, że kiedyś z kolegą akurat zwróciliśmy się do osoby, która była w “Solidarności”, z “Solidarności”, z chęcią zapisania się do “Solidarności”. I oczywiście potraktowali nas jako takich małych chłopców. Ja do dzisiaj pamiętam, że stwierdzili, “Jak skończycie szkołę, to wtedy was zapiszemy”. No później był oczywiście 13 grudnia [1981], stan wojenny. Zapisać się już nie mogliśmy, nie było gdzie. Natomiast 13 grudnia podziałał na mnie trochę inaczej. Pierwsza informacja, że stan wojenny został wprowadzony, z przykrością muszę się przyznać, nie była dla mnie tragiczna. Fajnie, nie idziemy do szkoły. Tak naprawdę chyba nikt nie wiedział co ten stan wojenny przynosi ze sobą. Ja dowiedziałem się dopiero wieczorem, kiedy w domu u nas się słuchało radia Wolnej Europy i tam dopiero powiedzieli co naprawdę się wydarzyło. Do dzisiaj też pozostaje pod wrażeniem, kiedy w dzienniku 16 grudnia, kiedy wydarzyły się tragiczne zdarzenia w kopalni “Wujek”. Ja do dzisiaj pamiętam jak w dzienniku telewizyjnym mówili, że to górnicy napadli na zomowców [ZOMO - Zmilitaryzowane Obwody Milicji Obywatelskiej - przyp. P.M.]. No i znowu musiały upłynąć minuty, czy godziny, żeby Wolna Europa powiedziała co naprawdę wtedy było. Ale tak naprawdę przez cały okres szkoły dlatego, że ja wtedy chodziłem do szkoły, no niewiele się działo od strony takiej świadomości opozycyjnej, bym powiedział. Ten okres dopiero nastąpi po [19]83 roku. Wtedy koledzy z którymi się uczyłem, z którymi chodziłem na religię przede wszystkim, bo tam były osoby, które były w liceum ogólnokształcącym, po prostu poszły na studia. I to oni zaczęli przynosić, przywozić, nie tyle może bibuły, nie tyle jakieś wydawnictwa, co takiego ducha wolności. Takim jednym z kolegów był oczywiście Paweł Bargiełowski. On był w Krakowie na AWF’ie [Akademia Wychowania Fizycznego - przyp, P.M.]. I to on największy wpływ na mnie wywarł dlatego, że przyjeżdżając opowiadał co tam się dzieje. Opowiadał o manifestacjach, opowiadał o działalności. Przywoził także jakieś gazetki, jakieś ulotki, książki. No ja wtedy, pamiętam, że czytałem to jednym tchem, za jednym razem potrafiłem całą książkę przeczytać. Mimo, że tam był taki malutki druczek, bo to podziemne książki miały swoje racje. I to on właściwie jest takim spiritus movens [inicjator działania - przyp. P.M.] tej mojej działalności. Pamiętam, że zawsze mówił, że... [cięcie w nagraniu - przyp. P.M.] Paweł Bargiełowski, tak jak mówiłem, przywoził oprócz jakiejś bibuł, oprócz jakiś wydawnictw, książek, przywoził takiego ducha wolności. Od niego dowiedziałem się co w Krakowie się dzieje, dowiedziałem się o manifestacjach, takich na żywo. dlatego, że relacja w radiu jest taka sucha. Natomiast tu jest to relacja uczestnika. Potrafi powiedzieć co ludzie obok mówili, myśleli, jak robili, co robili. No mnie to bardzo, bardzo pociągało. Pamiętam, że pierwszym takim elementem, nazwałbym “współpracy”, chociaż to jest cudzy cudzysłów, jest to, że przywoził trzynastkę, to znaczy 13 Grudnia, takie pisemko krakowskie.I stwierdził, że nie ma zszywek. Akurat tak się złożyło, że ja widziałem w papierniczym w Starachowicach zszywki. Okazało się, że są. Sprzedali mi, o dziwo, bo takich rzeczy z reguły nie sprzedawali tak łatwo. I te zszywki Paweł zawiózł do Krakowa. Oczywiście w którymś następnym numerze jest potwierdzenie, że dla “Koziołka” i tak dalej, to jest Pawła pseudonim jak gdyby. Natomiast to jest taki pierwszy, że można się pochwalić, że coś się zrobiło. Malutki kamyczek do tej barykady całej. Wielokrotnie z Pawłem, kiedy rozmawialiśmy, ja mówię, “Ale dlaczego w Starachowicach nie ma takich rzeczy? Nie ma manifestacji, nie ma... ”, wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to nie można zrobić takiej manifestacji. Ale dlaczego nie można wydawać pism, nie można tworzyć takiego środowiska podziemnego? Wtedy Paweł często powtarzał mi, “Nie da się”. Co więcej, gdyby to były jego słowa, to jeszcze bym z nim dyskutował tak inaczej. Natomiast z tego co wiem, on pytał się, miał kontakty. Pytał się osób, które wówczas były zaangażowane w działalność podziemną w Starachowicach. Wszędzie było “nie da się”. Ja do dzisiaj wszystkim powtarza, że jeśli ktoś mówi, że się nie da, to kłamie. Po prostu kłamie. Da się. Zacząłem się zastanawiać, czy da się wydrukować pismo. Pierwszą taką osobą, która, w cudzysłowiu, mnie “natchnął”, był o dziwo harcerz. W harcówce mieli powielacz, taki zwykły spirytusowy i tam chłopak mi powiedział jak to działa. Ja zielonego pojęcia dotychczas nie miałem o druku, nie miałem o jakimś wydawaniu pism, czy powielaniu pism. Mówił mi to w formie relacji, ja nigdy nie widziałem tego powielacza nawet. Natomiast o dziwo udało mu się wykombinować, jakimś dziwnym sposobem, kalki do powielacza hektograficznego, to jest taka fioletowa kalka. No i na tej podstawie ja, swoimi próbami, wydrukowałem pierwsze pismo. Pierwsze pismo, no kojarzyło mi się zawsze - sierpień, jako ten okres kiedy “Solidarność” powstała. Pierwsze pismo powstało właśnie na koniec sierpnia [19]84 roku w szalonym nakładzie, czternaście sztuk. [śmiech - przyp. P.M.] Trzy następne numery, tak samo szalony nakład, czternaście, piętnaście sztuk, w tych granicach. Tak naprawdę to nie chodziło o to, żeby to pismo kolportować [rozprowadzać - przyp. P.M.], nie, na to jeszcze nie byłem gotowy. Chodziło o to, żeby pokazać, że można, że da się drukować pismo. Wydaje mi się, że to zadziałało. Paweł częściowo, kilka numerów tych pism, zaniósł gdzieś, gdzie ja jeszcze nie wiedziałem. Kilka numerów zawiózł oczywiście też do Krakowa, pochwalić się, że Starachowice też drukują. Natomiast to co się stało później jest jak gdyby konsekwencją tychże działań. Okazało się, że są osoby, które bardzo chętnie sprzyjają takim działaniom. Okazało się, że pierwszą osobą, z którą ja miałem kontakt, jest Cezary Berak. To jest ta osoba, nauczyciel z Liceum Ogólnokształcącego nr 1, ta osoba z którą miał właśnie kontakt Paweł Bargiełowski. Pierwsze pisma które były już drukowane w większych nakładach właśnie do niego zanosiłem. Pierwsze informacje które otrzymywałem, właśnie od niego. To on właśnie wprowadził mnie w ten podziemny świat. To oczywiście ten świat podziemny był bardzo ograniczony dlatego, że właściwie do [19]88 roku ja znałem tylko dwie osoby... może nie “znałem”, dwie osoby wiedziały tylko o tym co ja robię. Ja, to znaczy nie tylko ja, jako Paweł Perchel dlatego, że ja nigdy nie mówiłem nikomu, że ja drukuję, broń boże. Tylko zna taką grupę osób, młodych osób, którzy gdzieś coś drukują. Tak naprawdę, oprócz tych trzech numerów, większość numerów, wtedy tego pisemka, które nazwaliśmy “Lud”, zostało wydrukowane przeze mnie i Pawła Bargiełowskiego. Był problem oczywiście, gdzie to drukować? Paweł umówił się ze swoimi ciotkami, które mieszkały na ulicy Szlakowisko, że w ich mieszkaniu możemy drukować. Te panie udostępniły nam pokoik i tam mogliśmy sobie spokojnie drukować. Ciekawostką jest to, że z tego pokoju widzieliśmy komendę milicji i zawsze śmialiśmy się, że zaraz obok drukujemy. Natomiast te panie, panie Boduszewskie, bardzo wiele nas nauczyły wbrew pozorom, mimo, że nigdy nie zwracały nam uwagi. Nawet na nasze błędy. Kiedyś, to już było później troszeczkę, kiedy ramkę chcieliśmy wyczyścić rozpuszczalnikiem (w mieszkaniu to strasznie śmierdziało), chcieliśmy otworzyć okno, albo ewentualnie wyjść na klatkę, żeby... no ja widziałem wtedy taką obawę w oczach tych pań, że rany boskie, co my robimy. Ale nigdy nie usłyszeliśmy zarzutu, że robimy to źle. Uczyły nas przede wszystkim w ten sposób, że opowiadały o tym co one robiły. A to były stare konspiratorki, jak się okazało dlatego, że w czasie wojny, no już miały wtedy, w podeszłym wieku były, w czasie wojny, a to przenosiły ulotki, a to nosiły jakieś meldunki, o tym na mówiły. Dla nas to była nauka, pewne doświadczenie, które... no później, mam nadzieję, że skutkowało i nam pomogło przejść ten okres bez wpadek, bez szkód. Drugą osobą, którą poznałem był Edward Dudek. Cezary Berak właśnie dał mi kontakt do Edwarda Dudka. I tu właściwie rozpoczęło się takie poważniejsze drukowanie dlatego, że dzięki pomocy Edwarda Dudka dostałem ramkę. Ramkę, czyli mogłem drukować już czarną farbą, łącznie z matrycami. Wtedy nakład... O ile nakład, w tym końcowym okresie kalki hektograficznej, powiedzmy siedemdziesiąt sztuk, to już się cieszyliśmy, że tyle. Za pomocą ramki potrafiliśmy wydrukować dwieście pięćdziesiąt, trzysta sztuk. Dla nas to już było bardzo dużo. Oczywiście rok [19]84 to jest śmierć księdza Jerzego Popiełuszki. Pod wpływem takiego właśnie impulsu postanowiliśmy wydrukować pierwszą (i chyba jedyną) broszurkę w Starachowicach. Paweł Bargiełowski przywiózł z Krakowa taką broszurkę, szumne słowo, to było raptem cztery, czy sześć kartek. Nie mniej jednak to powieliliśmy. Oczywiście bez zgody wydawców, bez zgody, żadnych zgód nie mieliśmy. Ale to takie czasy były. Wydaliśmy tę boszurkę też jeszcze za pomocą kalki hektograficznej dlatego, że jakość była troszeczkę lepsza. Mniej więcej od grudnia zaczęliśmy drukować, grudnia 1984 roku, zaczęliśmy drukować na ramce za pomocą czarnej farby. Bardzo brudnej. Później się dowiedziałem oczywiście, że tą ramkę robił Krzysiek Muzyka. Krzysiek Muzyka to jest taki facet, który już w [19]82 roku drukował biuletyn. Taki numer podziemnej gazetki, która ukazała się w październiku [1982 roku. Następnie wydrukował jeden numer “Bez Cenzury”. W tym okresie już, zaczął drukować KOS’ę, świętokrzyską edycję KOS’a. Tylko, że ja oczywiście o tym nie wiedziałem. Takie warunki były. Natomiast de facto jest to ramka przez niego wykonana. On gdzieś jeszcze, pamiętam, że... nie przekazano tak, oczywiście, z ręki do ręki, tylko trzeba było jechać do Wąchocka do klasztoru. Tam gdzieś ktoś, w jakimś zaułku, w jakichś zakamarkach, wyciągnął nagle reklamówkę i jest. Oczywiście dostałem ramkę, farbę, matrycę, no i nic więcej. Jak tu wydrukować? Nikt nie wiedział, nikt mi o tym nie powiedział i oczywiście znowu, metodą prób i błędów razem z Pawłem troszeczkę się męczyliśmy, żeby jakoś to wydrukować. Pisemko drukowaliśmy do kwietnia [19]85 roku. Ukazało się piętnaście numerów pisma. Powoli zaczęło się, w zasadzie, rozwijać. Natomiast brakowało nam ciągle takich bieżących informacji. To jednak nie do końca zadziałało. W kwietniu okazało się, że zbliżają nam się po prostu wakacje, zbliżają się wybory i zajęliśmy się troszeczkę inną działalnością. Bardziej działalnością ulotkową, bardziej taki mały sabotaż, bym powiedział. Okazało się, że istnieje grupa młodych osób (wówczas), która... no, robi różne rzeczy, tak bym to ujął. A to pomaluje ścianę, a to znak “Solidarności” walczącej, a to gdzieś ulotki rozrzuci, a to gdzieś krzyż brzozowy na cmentarzu postawi, napisze “Katyń”. No i oczywiście nie znałem tej grupy. Mnie wprowadzał w to, właśnie, Paweł Bargiełowski. Taką największą akcję, którą my zrobiliśmy wtedy, jest napisanie kilku haseł na murze na FSC, na Fabryce Samochodów Ciężarowych. Wtedy, powiedzmy, trzysta metrów muru, popisaliśmy różne napisy. Były to cztery osoby, które doszły do muru i zaczęły malować, piąta osoba pilnowała, żeby, z jednej strony nie nadjechał jakiś samochód, no o milicję nam chodziło głównie, która patrolowała. Całą tą akcję oczywiście robiliśmy wieczorem, w nocy w zasadzie, 22, 23. Z tego co wiem, na drugi dzień były echa dlatego, że tego nie dało się zamalować tak od razu, bo to trzeba było czasu, to jednak jest kawał napisu. W tym... sabotażu, bo tak chyba to można nazwać, były cztery osoby. Był Bogdan Kowalski, był Paweł Bargiełowski, był Robert Adamczyk, była siostra Bogdana Kowalskiego, Anka Kowalczyk i byłem ja, czyli Paweł Perchel. Udało się bez żadnych strat własnych. Pomalowaliśmy, zrobiliśmy co swoje. Natomiast po tej akcji wracałem do domu, w stronę domu oczywiście, z chłopakiem, którego nie znam. To był Robert Adamczyk. Kompletnie nieznany chłopak i tak właściwie nie wiadomo o czym rozmawiać. No, o podziemiu raczej nie, bo ja nie wiem kto to jest. A że w tą samą stronę idziemy, no to jakoś tak od słowa do słowa. Do dzisiaj Robert mi, w cudzysłowiu oczywiście, tak z lekkim żartem wypomina, że przedstawiłem mu się jako Piotr, a nie Paweł. No, ale to takie czasy były. Natomiast to spotkanie okazało się być bardzo ważne dlatego, że w późniejszym okresie Robert Adamczyk, właściwie od końca [19]85 roku, stał się tą osobą, z którą do dzisiaj praktycznie mam kontakt, z którą do dzisiaj coś wspólnie robimy. Może jeszcze odnośnie tego okresu ulotkowego. To były wakacje, więc nagle się okazało, że do Starachowic przyjechali studenci, przyjechali ci, którzy się uczą poza Starachowicami. No i było fajnie. Było fajnie dlatego, że wtedy w jakichś takich, lub innych grupkach można było masę rzeczy robić bardzo aktywnie. A to gdzieś ulotki z jakiegoś bloku potrafiliśmy zrzucić, a to próbowaliśmy spalić jakieś tablice partyjne. No, dużo rzeczy, dużo intensywnych rzeczy. To już się, szczerze mówiąc, nigdy później nie powtórzyło. Natomiast, te wszystkie kontakty spowodowały to, że z chwilą kiedy przyszedł październik, kiedy studenci z powrotem wyjechali, no ja z powrotem zacząłem myśleć, “No, co dalej?”.

To był rok [19]84?

[19]85 już. [19]85, około października. Okazało się, że dostałem namiar na pewną panią, starszą już panią, która podobno współpracuje z agencją informacyjną “Solidarności”. Nie za bardzo do końca wiedziałem o co chodzi, natomiast dla mnie było to potencjalne źródło informacji, jeżeli chciałbym zrobić jakąś gazetkę. I oczywiście ja się z tą panią skontaktowałem i okazało się, że... to była oczywiście Teresa Barszowska, starsza pani już na emeryturze. Natomiast okazało się, że osobą, która między innymi dostarcza te informacje, był właśnie wspomniany Robert Adamczyk. Jakoś tak to kółeczko się zamknęło. We trójkę nagle okazało się, że w pewien sposób się dogadaliśmy. Uznaliśmy, że warto coś zacząć robić w takiej małej grupce. Co? Gazetkę. Zaczęliśmy od podstaw w zasadzie organizację wydawnictwa i to miało być duże wydawnictwo, nie tylko na Starachowice, ale i na Skarżysko i na Ostrowiec, dwa sąsiednie miasta. Dziś ja bym oceniał to, że zrobiliśmy to bardzo dobrze. Po pierwsze zapewniliśmy sobie źródło finansowania. Robert zaczął drukować wszelkiego rodzaju jakieś kartki, jakieś odbitki, które za jakieś niewielkie sumy sprzedawaliśmy. Mieliśmy pieniądze na papier, farby, na to, żeby można było zacząć. Od stycznia [19]86 roku, w zasadzie zaczęliśmy. Chociaż nie do końca wszyscy zaczęliśmy dlatego, że okazało się, że w styczniu [19]86 roku zachorował mąż pani Teresy Barszowskiej. Bardzo ciężko zachorował, ona musiał wyjechać do Warszawy. Od stycznia [19]86 roku Roberta Adamczyka powołano do wojska. Tak właściwie zostałem sam, z rozpoczętą gazetką. No i tu jest wyzwanie, rzucić to, czy ciągnąć? No, oczywiście o rzuceniu nie było mowy. Jakoś się to udało, jakoś wspólnymi siłami osób, które... właściwie nie osób, skrzynek, które wtedy zorganizowaliśmy na Skarżysko i na Ostrowiec. Tak właściwie przez cztery miesiące tą gazetkę drukowałem ja sam. Dwie pomagał mi Kazimierz Brodawka-Święcicki, nieżyjący już, osoba, która też zasłużyła się w tej działalności. Natomiast on tylko i wyłącznie pomagał mi w druku. Ciężko byłoby go wprowadzać w te wszystkie rzeczy, niebezpiecznie. Ja nie do końca chciałem się dzielić taką informacją. Wtedy oczywiście powieliłem pewien sposób kontaktu z osobami z “Solidarności”. Ja oczywiście dalej mówiłem, “Ja nie zajmuję się drukiem, ja zajmuję się takim przekazywaniem takim gdzieś tam z drukarni, jest możliwość”. Co ciekawe gazetka, wydawnictwo w zasadzie, zadziałało bardzo dobrze. W trzecim, czwartym numerze zaczęły się pojawiać informacje z Ostrowca, informacje ze Skarżyska. No niestety po czwartym numerze też nastąpił koniec. Powołano mnie do wojska w kwietniu [19]86 roku. No i tyle. W zasadzie mogłoby się wydawać, że dwa lata, takie wyjęte z życiorysu, mówiło się tak. Natomiast, no nie do końca. Ja taki niespokojny duch byłem dalej. Podczas kiedy przyjeżdżałem na urlopy, przyjeżdżałem na jakieś przepustki, potrafiłem dalej drukować ulotki. O tyle, że już nie mogłem się zająć kolportażem. Z reguły ten kolportaż odbywał się przez Edwarda Dudka, albo przez Teresę Barszowską. Potrafiliśmy... ja byłem na WKU [Wojskowa Komenda Uzupełnień - przyp. P.M.] w Nowym Sączu, tam odbywałem... WKU to taka w zasadzie praca. To nie była typowa jednostka wojskowa, że zamknięta. My mieliśmy wyjścia na miasto, mieliśmy możliwość skorzystania z telefonu. I potrafiłem, na przykład, zadzwonić do pani Teresy Barszowskiej, umówić się na tekst, ona pisała tekst, ja przyjeżdżałem, szybciutko napisałem, wydrukowałem, zaniosłem i wracałem oczywiście do wojska. No sądzę, że ciężko by mnie było podejrzewać o jakąś działalność, no bo kiedy.

Gdzie pan drukował wtedy, w jakim miejscu?

Różnie. To znaczy, nie mogłem sobie pozwolić na to, żeby mieć jakieś stałe miejsce, bo ja nigdy nie wiedziałem kiedy przyjadę. Zdarzało się, że drukowałem u siebie w piwnicy, zdarzało się, że drukowałem w domu. Zdarzało się, że drukowałem (chociaż to bardziej nie ten okres), w lesie. Normalnie w lesie, na drodze, gdzieś gdzie wiedziałem, że nie ma ludzi, nikt mnie nie złapie na tym. Poza tym, z reguły starałem się tak, że to ja mam widzieć okolicę, a nie mnie mają widzieć. Ale w lesie, normalnie na drodze. No jak nie było gdzie, to już musiałem gdzie się dało. Najczęściej było to w piwnicy, albo w domu, albo na działce. Nigdy, w tym okresie, nie drukowałem u kogoś, bo nie miałem jak. To by musiało być coś zorganizowane, natomiast to było tak ad hoc [z łac. doraźnie - przyp. P.M.], takie nie wiadomo kiedy. Natomiast wtedy powstał cały szereg ulotek. Niektóre ulotki powstały już jako pewien cykl. To znaczy cykl, ograniczał się do tego, że zaczęliśmy umieszczać taki sam znaczek Solidarności Walczącej na ulotkach. I to był taki nasz znak rozpoznawczy. No oczywiście dwa lata wojska prędzej, czy później przeminęło. Kiedy wróciłem w [19]88 roku w kwietniu, no znowu zacząłem się rozglądać co należałoby robić. No oczywiście co, wracamy do druku. Pierwszą osobą z którą się skontaktowałem to jest oczywiście Robert Adamczyk. Nie wyobrażałem sobie tego inaczej. Robert, po krótkiej takiej chwili zastanowienia się, wtedy już był facetem żonatym, także już musiał myśleć troszeczkę inaczej, bardziej... większe obowiązki miał. Oczywiście wyraził zgodę. Zaczął się z powrotem taki okres drukowania, bardziej stabilny bym powiedział. Drukarnie umieściliśmy u pani Jolanty Krzyżowskiej na Orłowie. To też jest bardzo ciekawy wątek cały dlatego, że u niej były drukowane, na przykład w [19]82 roku, czerwone ulotki, takie charakterystyczne, które przez szereg miesięcy ukazywały się w Starachowicach. Ale Jolanta Krzyżowska, jej dom w ogóle rodzinny, ma takie długie tradycje, jeszcze z czasów wojny. Tam była radiostacja, tam był punkt kontaktowy Armii Krajowej. To są ludzie, którzy taką konspiracyjną działalność mają, jak gdyby, we krwii. Z genami chyba to przeszło. Ona też, między innymi, uczyła... Ja cały czas będę twierdził, że ci ludzie nas uczyli konspirować, uczyli tej podziemnej działalności. Wielokrotnie ona też mówiła, wspominała swoje lata, swoje dzieciństwo, mówiła po prostu rzeczy, które, no w zasadzie były takie normalne, opowiadaniami. Natomiast dla nas była to swego rodzaju nauka. Powiem jeszcze tak, że tam znaleźliśmy nie tylko miejsce do druku. W pewien sposób oni tak samo drżeli w zasadzie o nas, jak my sami. Pamiętam taki fakt, gdzie my drukowaliśmy w takiej kuchni, troszeczkę od tyłu. I pamiętam taki fakt, że nagle... wieczorkiem, pali się światło, oczywiście zasłonki zasłonięte. Nagle ktoś puka w szybę do domu. No my oczywiście nie reagujemy, bo to nie nasz dom. Ale okazuje się, że ktoś wchodzi do domu, nie pytając się, nie oczekując słowa “proszę”, tylko wchodzi jak do swojego praktycznie. No i u nas przerażenie. Jak to, my drukujemy, my mamy rozstawioną farbę, ramki, wszystko. Gdzieś próbujemy zablokować drzwi i nagle, praktycznie jak z podziemi, bo ja nie wiem skąd, wyrósł mąż pani Jolanty, który złapał faceta, no prawie za ramiona i wciągnął do drugiego pokoju naprzeciw. Okazało się, że to nie jest nic strasznego. Okazało się, że to po prostu sąsiad, który zawsze tak przychodził. Pukał w okno i wchodził do domu. Przyszedł odwiedzić sąsiadów. No, on nie wiedział co i jak, natomiast sam fakt, że ktoś nad nami czuwa cały czas, no, dla nas był taki budujący, że to nie tylko my. I wtedy też chyba zrozumieliśmy, bardzo naocznie zrozumieliśmy, że oni też ryzykują, tak samo jak my. Od końca [19]88 roku zaczynamy drukować już takie ulotki cykliczne. Nazwaliśmy to “Nasze Sprawy”, bo to naprawdę były nasze sprawy. Wtedy już ta “Solidarność”, w teorii, wychodzi z podziemia. Zaczynają być jawne spotkania przy kościele wszystkich świętych. Zaczyna być... osoby, które działały zaczynają oficjalnie mówić, zakładać tymczasowe komitety założycielskie. Natomiast, no drukowanie jeszcze tak nie za bardzo wyszło na ten wierzch. My dalej się jednak ukrywaliśmy dlatego, że... Pamiętam, że zawsze, od samego początku, od [19]84 roku w zasadzie, ja zawsze w gazetkach, tych podziemnych, czytałem kto ile dostał za druk. Dokładnie wiedziałem, byłem na bieżąco. W [19]84 roku ludzie dostawali trzy, trzy i pół roku. W [19]88, wtedy kiedy mówili, że, “O, to już jawne”, ale dostawali pół roku, rok. To dalej działało. O ile ci, co założyli tymczasowy komitet, byli skazani na kolegium na przykład, tak drukarzy dalej wsadzano. Od [19]89 roku, wtedy, kiedy coraz bardziej wszystko wychodziło na wierzch, stawało się jawne, zaczęliśmy z powrotem drukować gazetkę, oczywiście pod tytułem takim samym jak cztery poprzednie ulotki, czyli “Nasze Sprawy”. “Nasze Sprawy” ciągnęliśmy do 20 lipca [19]89 roku, to daleko po czerwcowych wyborach. Później, szczerze mówiąc, konkurencja nas wygryzła. Powstawały pisma regionalne w o wiele lepszej jakości, no takie mieli możliwości. No, my cały czas nie byliśmy na etatach przecież, my działaliśmy społecznie, po pracy, po szkole. No nie mieliśmy takich możliwości. Jeszcze ciekawy jest okres kwiecień, powiedzmy, czerwiec [19]89 rok dlatego, że wtedy Komitet Obywatelski, który działa, w pewnym stopniu postawił na informację. Ja przez miesiąc maj i czerwiec byłem oddelegowany właśnie do działalności takiej informacyjnej, propagandowej (wtedy to się tak nazywało). Natomiast w tym okresie udało się zaktywizować młodzież. O dziwo bez jakichś większych problemów. Oni chcieli robić, chcieli działać. Młodzież oczywiście też podjęła inicjatywę, że oni też chcą gazetkę. Dla nich właśnie też wydrukowałem dwa numery takiego tymczasowego biuletynu, no, który rozszedł się dość szybko. Bardzo bałem się, żeby nie było trzeciego, szczerze mówiąc. To tak żartem mówię dlatego, że pierwszy numer to był raptem jedna kartka, czyli dwie strony. Drugi numer to już były trzy kartki. No i z niecierpliwością, z pewną obawą patrzyłem na następny, czy oni dalej tego nie rozrosną. No, ale trzeciego niestety nie było w wakacje. Po wakacjach już inny czas nastał. W zasadzie chyba tyle.

Kto pisał teksty do... w tych okresach kiedy [niezrozumiałe - przyp. P.M.]

W różnych okresach były różne osoby, które pisały. Przez cały okres oczywiście ja pisałem. Częściowo pisał, w pierwszym pisemku (czyli w “Ludzie”) pisał Paweł Bargiełowski. Kilka informacji wtedy dostaliśmy takich, których ja w zasadzie nie wiem kto napisał, dostałem informację bez podpisu i tylko tyle, że zamieściliśmy w gazetce. Pismo drugie, czyli “Pro Kontrę”, już troszeczkę bardziej profesjonalnie do tego podchodziliśmy, zawsze był jakiś podpis. Natomiast podpisy niekoniecznie zgadzały się z autorami, tak bym to nazwał. To znaczy, jedna osoba potrafiła się różnie podpisywać, po części chcieliśmy stworzyć taką, że jest nas więcej. Po części do pisania też weszły nowe osoby. Kilka artykułów napisał właśnie Kazimierz Brodawka-Święcicki, który... on już wcześniej miał takie zdolności pisarskie. W ulotkach oczywiście to przede wszystkim ja i pani Teresa Barszowska. Artykuły w piśmie “Nasze Sprawy”, no początkowo też głównie ja. Z tym, że wtedy też już był okres bardziej, bardziej jawny. Wtedy już osoby zaczęły się podpisywać prawdziwymi nazwiskami. Wtedy też, jako komitet, wszystkie komunikaty, wszystkie informacje... już nie trzeba było podpisywać, tylko po prostu się ukazywały. Wtedy też ukazywało się masę artykułów o harcerstwie, na przykład, powstającym. O ZHR’e [Związek Harcerstwa Rzeczypospolitej - przyp. P.M.] w zasadzie. Albo artykuły, które osoby zaczęły pisać, z Komitetu Obywatelskiego, ale zaczęły pisać już swoimi nazwiskami. Tam był na przykład Zenon Kruk, tam był Krzysztof Daniszewski, tam był Andrzej Pruś, no wiele, wiele różnych osób.

Miał pan kontakty z... no z drukarzami ze Skarżyska...

Nie.

... na przykład, z Kielc. Nie. [niezrozumiałe - przyp. P.M.]

Jedyny mój kontakt z drukarzami tylko... no właśnie, to jest moja wiedza teraźniejsza, nie ówczesna. W [19]85 roku, pod koniec, z chwilą kiedy zaczynaliśmy organizować wydawnictwo Pro Kontra, ja wielokrotnie Edwardowi Dudkowi mówiłem, że przydałoby się jakieś informacje, jakieś szkolenie jak drukować tak naprawdę. No i okazało się, że na początku [19]86 roku dwie osoby ze Starachowic pojechały na szkolenie do Warszawy. Tymi osobami był Krzysztof Muzyka i ja, czyli Paweł Perchel. Szkolenie, w cudzysłowie, załatwiła między innymi Teresa Barszowska, która miała kontakty, między innymi z państwem Kęcików [Wiesław Piotr i Marzena - przyp. P.M.], wiele kontaktów w Warszawie. Ja pamiętam bardzo dokładnie to szkolenie, łącznie z tym jak, gdzie, kto mnie przewoził. No, dla mnie to było wielkie przeżycie. Właściwie to był mój jedyny kontakt z osobami, które drukowały coś innego. Na szkoleniu uczyli nas sitodruku o dziwo. Nie takiego drukowania, które my drukowaliśmy, tylko takiego bardziej profesjonalnego. Ze szkolenia przywieźliśmy diapozytyw, czyli taką folię z... jak gdyby szablon do druku. Ulotki dotyczące zwolnień w Fabryce Samochodów Ciężarowych, która wówczas, wtedy taka akcja była. Te ulotki oczywiście były wydrukowane, no i też, nagle ja nie wiem gdzie i skąd. Cały druk wziął na siebie Krzysztof Muzyka, ja tylko się domyślałem w pewnej chwili, że gdzieś on musi mieć jakieś kontakty i jakieś możliwości. Co więcej, ja wtedy byłem święcie przekonany, że Krzysztof Muzyka zostanie dokooptowany do wydawnictwa, do nas. No, po latach się okazało, że ta prawda wyglądała całkiem inaczej. To ja miałem być dokooptowany do Wydawnictwa KOS, której częścią był w zasadzie Krzysztof Muzyka. On wtedy drukował właśnie KOS i CDNA, takie edycje świętokrzyskie. No ale ja wtedy o tym nie wiedziałem. I to był mój jedyny w zasadzie kontakt z osobami, które coś drukowały.

No, ale to wszystko świadczy o tym, że ta konspiracja była naprawdę na poważnie.

Bardzo poważnie, bardzo... Znaczy wielokrotnie wtedy kiedy, w zasadzie we trójkę, czyli Robert Adamczyk, Teresa Barszowska i ja, siadaliśmy z reguły u Teresy Barszowskiej, bo tam było takie mieszkanie, stare mieszkanie w starym budownictwie. Wiedzieliśmy, że tam grube ściany, to tak nie przenika. Wielokrotnie rozmawialiśmy, na przykład o sprawach takiego konspiracyjnego BHP [bezpieczeństwo i higiena pracy - przyp. P.M.]. To nie tak, że na żywioł, że zrobimy. Dlatego robiliśmy skrzynki, dlatego stwierdziliśmy, że nie możemy my angażować się w cały kolportaż. Dlatego były stworzone pewne śluzy, że pisma miały dotrzeć do Skarżyska i do Ostrowca. Co więcej, to też zadziałało. Okazało się, że to też zadziałało. dlatego, że, ja przeglądając na przykład archiwa IPN’u [Instytut Pamięci Narodowej - przyp. P.M.] w Kielcach, w pewnej chwili znalazłem informację, że pismo Pro Kontra zostało znalezione w Ostrowcu i oni podejrzewają, że to grupa ostrowiecka wydrukowała właśnie takie pismo. Kiedy to przeczytałem, nie ukrywam, że uśmiechnąłem się z radością, że jednak udało się, nie wiedzieli. Także... To takie BHP zawsze gdzieś nam towarzyszyło. Trzeba było po prostu uważać. Jeżeli ktoś szedł, robił wszystko na wariata, był po prostu niebezpieczny. Bo to... wpaść było łatwo.

No tak.

A to trzeba było po prostu robić.

Tak. Były takie trudne chwile kiedy się pan bał, chciał pan zrezygnować?

Wielokrotnie się bałem. Zresztą nie tylko ja. Kiedy dziś wspominamy, pani Teresa już nie żyje, ale wspominamy z Robertem, wielokrotnie wspominamy właśnie takie chwile, kiedy się po prostu baliśmy. Ja pamiętam taką najbardziej dla mnie krytyczną, w cudzysłowie, “krytyczną” chwilę, kiedy na jednym budynku... to akurat sam, chciałem powiesić flagę, która miała się rozwinąć i z rozwiniętej flagi miały się wysypać ulotki. No, skąd flagi, ze słupów, nie ukrywam. Cztery flagi zostały zszyte przeze mnie, zszyte jako jedna wielka biało-czerwona flaga i tam umieściłem wielki napisa “Solidarność”. Z chwilą, kiedy o 2:30 ludzie wychodzili z FSC... Powiedzmy na samych FSC na pierwszej zmianie było piętnaście tysięcy osób. To był cały sznur ludzi, którzy przez pół godziny szli, szli, szli. Przy jednym takim budynku, zaraz przy bramie, tam właśnie chciałem umieścić flagę. No, w zasadzie ją umieściłem. Umieściłem ją na dachu, umieściłem... wtedy chciałem, żeby to lont był, żebym ja miał czas, żeby stamtąd uciec. Okazało się, że za pierwszym razem lont nie zapalił się. No i teraz pytanie, zostawić, czy próbować się wspinać tam następnej nocy i jakoś inaczej to zrobić? Oczywiście następnej nocy znowu wlazłem na ten dach. Już zrobiłem sznureczek, który trzeba było z dołu pociągnąć, ale nagle zauważyłem, że na pobliskiej ulicy jedzie radiowóz. To było widać, bo to był budynek jednopiętrowy tylko, sklep. Pamiętam, że wtedy... no... dreszczyk przeze mnie przeszedł. Ja dzisiaj mówię, żę przytuliłem się do tej papy i byłem pewnie niewiele wyższy od niej. Ale na szczęście przejechali. Przejechali, pewnie nie zwracali uwagi nawet na to, że ktoś może na dachu siedzieć. Oczywiście sznureczek spuściłem na dół, w następnym dniu wszystko się udało, czyli flaga została... rozkręciła się. No, było to fajne, miłe. Natomiast takich momentów, no, co najmniej było kilka, kiedy ktoś nagle się pojawia niespotykany. Innym momentem było to, kiedy w [19]85 roku, wspólnie z Robertem Adamczykiem i Bogdanem Kowalskim, na przykład malowaliśmy znak, symbol Polski Walczącej i nagle, znowu z daleka widzimy, że jest radiowóz, który zaczyna zwalniać, prawie się zatrzymuje. No i oni nas widzą, no nie ma siły, widzą nas. No, oczywiście my bieg gdzieś tam w osiedle między bloki. To była chyba za duża odległość, albo po prostu nie wiedzieli jeszcze co się stało, co my naprawdę robiliśmy. No niestety, na szczęście, nie poszli za nami, natomiast my z brudnymi rękami jeszcze gdzieś próbowaliśmy do siostry Roberta Adamczyka, żeby się szybciutko umyć, gdybyśmy wracali, żeby nas nie zatrzymali z brudnymi rękami. To są te momenty, kiedy tak adrenalina poszła w górę.

Dobrze. No i proszę jeszcze o kolportaż. Bo drukowanie to jedno, brał pan do Nowego Sącza, nie brał pan ze sobą może?

Nie, nie, nie. Tam...

To byłoby już takie...

To znaczy, tam uważałem, że nie wolno mi nawet tego robić, nawet pokazywać, nawet gdzieś kolegom w wojsku pokazać, że ja w ogóle mam coś z tym wspólnego. Nie, obojętnie. Co ciekawsze, pewnie gdybym wziął, to może by się niektórzy zainteresowali dlatego, że mówię, to nie była jednostka, to była troszeczkę inaczej. Ale podejrzewam, że WSW [Wojskowa Służba Wewnętrzna - przyp. P.M.] nad tym wszystkim czuwało. My na przykład mieliśmy możliwość wyjścia na miasto, co niedziela chodziliśmy do kościoła i nikt nam jakoś nie bronił jakoś tam. Także, to troszeczkę dziwne wojsko było. Natomiast tam nigdy nikt tego nie wziął. Sam kolportaż. Tak naprawdę, kolportaż realizowany przeze mnie był bardzo szczątkowy, ja tego też nie ukrywam. Ja starałem się drukować i tyle. Cały kolportaż, jeśli chodzi o moją osobę, ograniczał się tylko do tego, żeby zanieść Cezarowi Berakowi, Edwardowi Dudkowi, ewentualnie Teresie Barszowskiej. Dalsze rzeczy... nie za bardzo chciałem się tym zajmować, bo zawsze twierdziłem, że im więcej osób będzie wiedzieć, tym ryzyko jest większe. Zresztą tego też nas uczyli. Ja pamiętam do dziś, kiedy Edward Dudek z takim palcem zawsze mówił, “Ty się nie angażuj w nic innego, masz kontakt z drukarzami, zostaw wszystko inne”. No nie zawsze się tego słuchało. Gdzieś tam w kościele zawsze się podnosiło dwa palce do góry, zawsze gdzieś te ulotki wśród kolegów... Pawłowi Bargiełowskiemu zawsze, kiedy go spotkałem starałem się coś dać, starałem się coś porozmawiać na taki temat. Także mówię, ja kolportaż... nie przyznawałbym się w szerszym stopniu do tego. Natomiast później, kiedy, ale to już [19]88 i ten kolportaż był inny. Gazetki już były praktycznie jawne, także od marca, od kwietnia, kiedy to już wyszło na powierzchnię, stawiało się po prostu stolik przed Domy Nauczyciela, bo tam był punkt Komitetu Obywatelskiego, no i po prostu rozdawało się, albo sprzedawało się normalnie gazetki, już jawnie, już nikt nic nie ryzykował w zasadzie.

Dzisiaj mamy 2017 rok, a pan jest wciąż aktywny.

No tak, i znowu od kiedy zacząć. Większość tej aktywności, ja przynajmniej będę wiązał z trójką osób. Teresą Barszowską, Robertem Adamczykiem, Pawłem Berchelem. dlatego, że w początku lat ‘90, kiedy “Solidarność” działała normalnie, jako związek, jawny związek, my doszliśmy do takiego przekonania, że coś nam ucieknie. Nasza działalność cieknie. Być może wiązało się to z tym, że jak zaczęliśmy wspominać, to nagle się okazało, że sprzed trzech, czterech, pięciu lat, już nie do końca rzeczy są takie wyraziste. Zacierają się powoli. W [19]92 roku zdaje się, podjęliśmy taką próbę zarchiwizowania tego. Wzięliśmy magnetofon i zaczęli nagrywać te elementy, które były dla nas wspólne, czyli głównie organizacje, wydawnictwo Pro Kontra, ale nie tylko. Okazało się, że nagranie było bardzo koszmarne, charczało, no. Do dzisiaj te nagrania mam, natomiast to bardzo ciężko się słucha. Ale przez szereg lat właściwie jakby zatrzymaliśmy się w miejscu. Dopiero w 2004, 2005 roku, kiedy “Solidarność” organizowała kolejne wystawy, okazało się, że warto do tego wrócić. Zaczęliśmy ponownie spotykać się z osobami, z których my znaliśmy, ewentualnie z osobami, które wtedy działały. Zaczęliśmy robić takie wywiady, bardziej relacje w zasadzie, z osobami, które uznaliśmy wtedy (wtedy jeszcze nie wszystkich znaliśmy), że miałyby coś do powiedzenia. Ewentualnie tymi, którzy w jakiś sposób współpracowali z nami, albo właściwie my współpracowaliśmy z nimi. Wtedy powstały pierwsze relacje, takie pisemne, które też są pewnym świadectwem. Aczkolwiek wtedy... o te relacje w zasadzie było ciężko. Jakoś nie wszyscy chcieli o tym rozmawiać jeszcze, mimo, że w zasadzie można było, już nie groziło nic. Dzisiaj bym to określił jako pewna niechęć, jako pewien taki... może nie wstyd. Określało się ludzi jako “solidaruchy”, wszystko co było złe z przekształceń, to właściwie zrzucono na “Solidarność”. Ludzie niezbyt chcieli mówić, przyznawać się do tego, że wtedy to oni, dzięki nim te zmiany zaszły, właściwie, że wolność przyszła. Natomiast, później się okazało, że kiedy nie wyczuli złych intencji, kiedy mówiliśmy o tym, że to nie może zginąć, to trzeba gdzieś komuś pokazać, bo jak nie, no to później będą te informacje tak samo kopane, jak o żołnierzach II wojny światowej, czyli w zasadzie nie relacje, tylko oprą się na dokumentach. Okazało się, że jest cały szereg osób, które jakoś inaczej, milej na to spoglądają. Może nie otwarcie o tym chcą mówić, nie mniej jednak podchodzą do tego w sposób życzliwy. W 2008 roku doszliśmy do wniosku, że warto by założyć stowarzyszenie, albo jakąś inną organizację, ale oczywiście od początku zakładaliśmy stowarzyszenie, która by zaczęła skupiać, zrzeszać te osoby, które w latach ‘80 walczyły o niepodległość, działały w podziemiu. No oczywiście kto? Z Robertem, jak zawsze. Z Robertem myśleliśmy, zaczęliśmy pisać statut Stowarzyszenia. Zaczęliśmy organizować, to znaczy, tworzyć ramy pewne jak to Stowarzyszenie ma działać, jakie ma mieć zasady, kto może należeć. Do dzisiaj te zasady są bardzo ostre. To ma być osoba, która w latach ‘80 działała, a jednocześnie jest bardzo jasne oświadczenie, że nie współpracowała z SB [Służba Bezpieczeństwa - przyp. P.M.], z WSW. Chociaż dziś, szczerze mówiąc, tak poza tym wywiadem, zastanawiamy się, czy się czasem nie otworzyć na młodych chociaż to też różnie to jest. Natomiast pewne zasady zostały zrobione. Osobą, którą widzieliśmy w tej takiej grupie początkowej była oczywiście Ewa Markowska. Ewa zawsze starała się pomagać w takich rzeczach. Poza tym miała cały szereg kontaktów. Poza tym, od strony takiej organizacyjnej, umiała to zorganizować jednym słowem. No i praktycznie we trójkę zaczęliśmy chodzić po osobach, pytać się czy dana osoba zechce wstąpić do Stowarzyszenia i jeżeli takowe by powstało. Okazało się, że piętnaście osób wyraziło chęć. Piętnaście osób spotkało się tu właśnie i utworzyło Stowarzyszenie. 2008 rok. W tej chwili jest 2017, no to niedługo rocznica. [śmiech - przyp. P.M.] Stowarzyszenie w zasadzie w początkowym okresie skupiło się bardziej organizacyjnie, bo była taka potrzeba. Natomiast od samego początku zakładaliśmy, że przede wszystkim powinny to być cele edukacyjne, powinna to być pomoc osobom, które dziś mogą być w takiej dość ciężkiej sytuacji. Nie wszystkie cele oczywiście się udały, ale wiele tak. Jednym z pierwszych efektów Stowarzyszenia, to była oczywiście książka, o wydawnictwach, a jakże. O wydawnictwach, które były drukowane w podziemiu w latach [19]80-[19]89, w trzech miastach, czyli Starachowice, Skarżysko, Ostrowiec. Tu przyznam się, że tu moje ciągotki takie były, że zawsze jakoś tymi wydawnictwami się interesowałem. Natomiast pierwszym takim efektem, bym powiedział, wyjściem na zewnątrz, to była współpraca z INP’em przy redagowaniu Encyklopedii “Solidarności”. Wiele haseł, które dotyczą Starachowic, było redagowane właśnie przez nas. Chyba to było docenione dlatego, że... dzisiaj oczywiście mówię to z uśmiechem, ale początkowo hasło pod tytułem “Starachowice”, to znaczy dział “Starachowice” miał zawierać chyba osiem, czy dziewięć haseł. Okazało się, że udało się tam przemycić, w cudzysłowie, czternaście haseł. Dla nas był to taki punkt, że docenili nas. Cały szereg działań poszedł później we współpracę z IPN’em. Okazało się, że tam też są ludzie, bardzo fajni ludzie, którzy, po pierwsze, chcą współpracować, po drugie, pomagają w tej współpracy i często właśnie też mówią jaka to współpraca może być, jak IPN może pomagać. Od 2008 roku, od samego początku, zorganizowaliśmy konkurs dla młodzieży z powiatu starachowickiego który ciągniemy do dzisiaj, który jest... w tym roku będzie już 9. edycja.

Konkurs pod tytułem?

Konkurs pod tytułem “Orła WRONa Nie Pokona” [WRON - Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego - przyp. P.M.]. “Orła WRONa Nie Pokona” to jest takie hasło z ulotek właśnie stanu wojennego [19]82 roku. No bardzo nam się to podobało, a jednocześnie okazało się, że młodzież lubi takie właśnie hasła. Konkurs prowadzimy właśnie we współpracy, zawsze, z IPN’em, który nam bardzo pomaga w tym zakresie, we współpracy z “Solidarnością”, ze starostą Starachowickim. No tych osób i instytucji, które nam pomogły zresztą jest bardzo wiele przez ten okres czasu. W jednym roku udało nam się zorganizować, namówić w zasadzie, Skarżysko, starostę Skarżyska na udział w tym konkursie. Udało się. Mamy nadzieję, że kolejne edycje będą także takie większe. Ale to zobaczymy. Zobaczymy co i jak. Oczywiście przez szereg lat udało nam się wydać kilka książek. Książki początkowo takie, które mówiły o ludziach “Solidarności”. Zaczęliśmy wydawać coraz bardziej profesjonalne, to oczywiście w cudzysłowie mówię. Od 2009 roku ja jestem jako dziennikarz z tygodnika starachowickiego, realizuję wniosek w IPN’ie, mam dostęp do akt IPN’u i to na podstawie tego w tej chwili próbujemy wydać, wydajemy w zasadzie, trzecią publikację opartą właśnie o dokumenty z IPN’u, dokumenty z archiwum państwowego. W tej chwili chcemy aby tematem tej książki był stan wojenny w Starachowicach. Natomiast co ważne, to jest ten aspekt społeczny jak gdyby. Ludzie zaczęli inaczej patrzeć na swoją działalność. Swoją. To nie jest kwestia, że ludzie z zewnątrz patrzą na działalność osób, które były zaangażowane w latach ‘80. Oni sami, przynajmniej ja to tak odczuwam, oni sami zaczynają mówić, po pierwsze głośno, czyli już nie jakoś tak cichutko, gdzieś w zakamarkach. Może nie w formie chwalenia się, ale w formie pewnych relacji, mówić twardo, że “tak, ja to robiłem”. No, dla mnie jest to takie budujące, że ta mentalność, jak gdyby, ludzka została w pewien sposób zmieniona. I tu nie skromnie powiem, że mam tą nadzieję, taką cichą nadzieję, że działanie moje, działanie Stowarzyszenia przynajmniej w jakiś sposób się do tego przyczyniło. Sama działalność Stowarzyszenia, no, w pewien sposób też została doceniona. Docenił ją IPN przede wszystkim. W 2012 roku, no akurat ja byłem nagrodzony taką nagrodą Świadek Historii, z czego jestem bardzo dumny do dziś. To jest nagroda przyznawana osobom, które zasłużyły się w pewien sposób dla upamiętnienia właśnie historii, upamiętnienia edukacji i upamiętnienia tamtych dziejów. W 2012 również, tak ja, jak i szereg innych osób, bo w sumie w Starachowicach blisko czterdzieści osób już, otrzymało Krzyż Wolności i Solidarności. [niezrozumiałe - przyp. P.M.] w 2012 ja otrzymałem Krzyż Wolności i Solidarności, z czego też jestem bardzo dumny. To jest takie, właściwie uhonorowanie pewnych działań, pewnych działalności. Co jeszcze mam mówić?

Możemy jedynie pogratulować i wyrazić uznanie również tutaj, w skromnej akurat reprezentacji. Reprezentanci Instytucji Muzeum Historii Polski. Także bardzo panu dziękujemy i... No i dziękujemy.

Dziękuję bardzo. Już mogę odetchnąć. [śmiech - przyp. P.M.]

Dane o obiekcie

Opis

Paweł Perchel wspomina swoją działalność opozycyjną w PRL, którą rozpoczął w 1984 roku od drukowania podziemnych gazetek w Starachowicach. Współpracował m.in. z Edwardem Dudkiem, Robertem Adamczykiem i Teresą Barszowską. Jego aktywność obejmowała druk, kolportaż i akcje ulotkowe, prowadzone w warunkach konspiracyjnych. Po 1988 r. wznowił działalność wydawniczą, a w latach 90. zajął się dokumentowaniem historii lokalnej opozycji. W 2008 roku współzałożył stowarzyszenie byłych działaczy, którego celem była edukacja i upamiętnienie walki o wolność. Współpracował z IPN i był inicjatorem konkursu “Orła WRONa nie pokona”. Uhonorowany nagrodą “Świadek Historii” i Krzyżem Wolności i Solidarności.

Powiązane Materiały