Hanna Jurewicz-Kober
Jurewicz-Kober, Hanna (świadek historii); Ujazdowska, Lidia (prowadzący/a rozmowę); Paduch, Wojciech (operator kamery);
02/02/2016
Klasyfikacja praw autorskich
Minutnik
-
Edukacja w liceum im. Królowej Jadwigi
-
Spędzanie wakacji w Karpatach Wschodnich na terenach Huculszczyzny
-
Ojciec p. Hanny pracował na kolei
-
Wybuch II wojny światowej - p. Hanna wraz z matką i siostrami przebywała w tym czasie na Huculszczyźnie
-
Decyzja o powrocie do Warszawy - dostanie się do Worochty
-
Rozmowa z dyrekcją kolei o sytuacji w jakiej znalazła się rodzina p. Hanny
-
Brak wieści o ojcu, napisanie listu do Warszawy
-
Ojciec p. Hanny przedostaje się do Lwowa w celu odnalezienia rodziny
-
Informacja o wywiezieniu ojca więzienia, w którym spędził 4 lata
-
Rozpoczęcie nauki w szkole Sacre-Coeur we Lwowie prowadzonej przez zakonnice
-
Wkroczenie do szkoły NKWD - wywiezienie zakonnic, powieszenie portretów Stalina i Lenina w szkole
-
Wspomnienie o profesorze Rabinowiczu
-
Wywiezienie p. Hanny wraz z rodziną przez NKWD
-
Opis podróży do miejscowości Chwojna w rejonie Ałdan
-
Warunki panujące na miejscu
-
Praca przymusowa przy budowaniu dróg
-
Podróż pociągiem
-
Warunki w obozie c. d.
-
Rozpoczęcie nauki w szkole w Oroczonie w oklicy Ałdanu
-
Zajęcia z profesorem Honem
-
Odwołania w ZUS-ie
-
Zabranie młodszej siostry do internatu w Oroczonie
-
Pojawienie się komisji NKWD w internacie
-
Nakaz opuszczenia Ałdanu i Oroczonu - w tym czasie w Warszawie wybuchło Powstanie Warszawskie
-
Część ludzi dostawała się do Wojska Polskiego
-
Wywiezienie do Niemców powołżańskich w okolice Saratowa
-
Umieszczenie w kołchozie "Kultura"
-
Udanie się do Saratowa - próba rozpoczęcia nauki na Uniwersytecie w Saratowie
-
Zawiadomienie o możliwości powrotu do Polski
-
Warunki żywieniowe na Sybirze
-
Wspomnienie o siostrze, która wyjechała do Stanów
-
Podróż powrotna do Polski. Otrzymanie mieszkania w Warszawie
-
Egzaminy na studia medyczne w Warszawie
-
Dobrze przygotowanie do egzaminu dzięki profesorowi ze szkoły w Jakucku
-
Wieści o ojcu, który został wzięty do szkoły wojskowej
-
Ojciec p. Hanny odnajduje rodzinę
-
Wyjazd do Stanów
-
Podsumowanie
Transkrypcja
Jest 2 lutego 2016 roku. Jesteśmy w mieszkaniu pani Hanny Jurewicz-Kober. Nazywam się Lidia Ujazdowska, towarzyszy mi Wojciech Paduch. Panna Hanna Jurewicz opowie nam historię swojego życia.
Dziękuję, będę. Mogę zaczynać?
Tak, proszę bardzo.
No więc o wieku wiecie, moim. W [19]37 roku, przed wojną dostałam się do takiego elitarnego gimnazjum i liceum Królowej Jadwigi, Aleje Ujazdowskie 22. Elitarna szkoła dla dziewcząt. To jest na placu, wiecie gdzie? Na placu Trzech Krzyży, między Wiejską a Alejami Ujazdowskimi oczywiście, bo Aleje Ujazdowskie 22. To były trzy wielkie bloki, frontowy i od strony Wiejskiej, ogromny. I bardzo taki, powiedziałabym, elitarny. No i kiedy kończyliśmy rok szkolny drugi, matka moja, nasza (bo jeszcze miałam dwie siostry, jedna dwa lata młodsza ode mnie, a druga aż dziewięć lat młodsza ode mnie). Zawsze co roku od siedmiu lat, wywoziła nas na wakacje do prawdziwej natury. To znaczy były Karpaty Wschodnie i to było Jaremcze, Worochta, ale to jeszcze dopiero przedsionek. Dalej to była prawdziwa Huculszczyzna, dużo ludzi, nawet jak kiedyś wspomniałam Huculszczyzna, co to jest, gdzie to było. A ostatni pociąg który od Lwowa dojeżdżał do tej okolicy, do tej Huculszczyzny, to była Worochta. Ale matka mówi, “Worochta to jest uzdrowisko, nie nadaje się dla nas”. I jeździliśmy jeszcze 42 kilometry na [niezrozumiałe - przyp. P.M.], albo Konin, albo jakimś autobusem, samochodem prywatnym. I przyjeżdżaliśmy nad Prut i Czeremosz [rzeki na Ukrainie - przyp. P.M.]. Jest taka piosenka [Antoniego Ferdynanda - przyp. P.M.] Ossendowskiego którą… mam tu tą książkę Ossendowskiego, bo ubóswialiśmy, matka i my trzy. Ta najmłodsza miała cztery lata wtedy, ja tyle ile wykazałam. I nie byliśmy w Worochcie, tylko 42 kilometry dalej na południe. To było Czeremosz, “Tam szum Prutu, Czeremoszu i kołomyjka do tańca przygrywa wesoła”. Takie piosenki rozmaite huculskie, stroje inne. Owszem, było w tej miejscowości Korpus Ochrony Pogranicza, duży polski i były dwa brzegi Czeremoszu, po jednej stronie wzdłuż drogi Czeremosz płynął i tam sklepiki jakieś małe, jakiś kościół jeden, prawosławny taki. Ale matka mówi, “Nie, my jedziemy do lasu Połoniny i na zupełnie dzikie tereny”. Rezultat był taki, że spędzaliśmy zwiedzając okolicę z matką, bo ona była fanatyczką natury, żadne tam uzdrowiska [niezrozumiałe - przyp. P.M.]. No i jak wstawałyśmy, matka mówi, “Już się ubierać, na grzyby, na jagody, do lasu, już, już”. I lubiłyśmy też z siostrą, tą trochę młodszą, Lilianą, lubiłyśmy budować rozmaite tam budowle w Czeremoszu, woda płynęła. Zapach, przyroda, słońce, no to było, góry, no to było coś pięknego. Mieszkaliśmy u takiego górala, właściwie co ja mówię, hucuła, starszy pan, który mieszkał tylko z żoną, nie mieli dzieci, ale troszeczkę (może nie powinnam mówić), ale wzbudzał zazdrość u sąsiadów, bo był bogatszy od nich. I myśmy tam mieli swoją chatkę u niego, znaczy ładną, jednoizbową, dużą, ładną, czysto bardzo. I tam mama, Czeremosz na dole, a mama mówi, “W góry, już, wychodzimy w góry”. No i rzeczywiście tak było. Lubiłyśmy to. Obok mieszkała, o tym samym nazwisku, rodzina huculska spowinowacona z tym zamożnym. Mniej zamożni ludzie, bo zajmował się folklorem huculskim. Był artystą tej rodziny, młodszy od naszego gospodarza, który robił rozmaite piękne rzeźby, to specjalna… mam nawet tą książkę Ossendowskiego tutaj, ale to jest duża dziedzina. I miał ten pan, artysta folklorystyczny, miał dwie córki, jednego syna i ta córka średnia, młodsza, była prawie w moim wieku. Ten gospodarz nazywał się Iwan Gontaruk, a ta dziewczyna nazywała się Anna Gontaruk, bo byli spowinowaceni. Ona, “[niezrozumiałe - przyp. P.M.] Hanka”, do mnie, “Co siedzisz tak? Chodź ze mną, bo ja muszę doić krowy”. Ja mówię, “Dobrze” [śmiech - przyp. P.M.], ale ona mówiła tylko po ukraińsku, a mnie nie wystarczało, więc ja zaczęłam ten rosyjski poznawać. Ale wyjeżdżaliśmy tam wiele razy równo dwa miesiące, po ukończeniu na drugi dzień szkoły matka nas zabierała tam. Ojciec pracował w Warszawie, pracował w dyrekcji, właściwie ministerstwie kolei. Już nie chcę wybiegać dalej, ale Chałubińskiego 4, to jeszcze wspomnę o tym, gdzie ojciec pracował. Matka nie pracowała. No i siedzimy, siedzimy. 27 sierpnia przysłał telegram, “Natychmiast wracać do Warszawy”, bo my z Warszawy. Więc matka mówi, “Co tam, taki tłok, wszyscy się spieszą do tych samochodów, do tych tego, nie ma jak przejechać, poczekajmy trochę”. No i poczekaliśmy, jak 1 września zaczęły latać samoloty nad tą okolicą, strzelanie i tak dalej było. Ale nas to nie dotyczyły, no bo byliśmy za drugą stroną Czeremoszu, rzeki. Prut dalej był jeszcze za nami. To było nie wiem ile kilometrów, ale nie mówiło się o Rumunii, ale tam gdzieś dalej na południu to była bliżej już Rumunii. Bo Kołomyja była bardziej na wschód i daleko od nas. I jak zaczęły latać samoloty, zostaliśmy w letnich ubraniach, a ojciec w Warszawie. I zostaliśmy w tych ubraniach, bez pieniędzy, matka zaczęła to zegarek, a to, to, a to tamto upłynniać. No i trafiłam, pamiętam, idziemy, a idą Ukraińcy i mówią, “Pany, już, uciekać stąd, co tu pany robią” [śmiech - przyp. P.M.], bo my nie byliśmy hucułami przecież, tylko jeździliśmy na te wakacje. No i siedzieliśmy tam, dobrze, że ten gospodarz spisując codziennie ile wydał na nas, bo myśmy mu nie mieli z czego płacić. 23 grudnia matka mówi, “No już dosyć, musimy jechać”, bo ani słowa o ojcu nie było, wojna przecież. No i przyjechaliśmy, jakimś cudem, takim okolicznościową furą do Worochty, te 42 kilometry. I tam matka zgłosiła się, ponieważ mieliśmy legitymacje takie uprawniające, z uwagi na ojca pracę w tej dyrekcji, w tych kolejach, mieliśmy takie uprzywilejowane. Matka mówi, “Zostaniecie tutaj we Lwowie na stacji”, bo dalej się nie dało jechać. A jeszcze, jak przyjechaliśmy na, do tej Worochty, jeszcze Polak był zawiadowcą tej stacji, mama pokazała te nasze legitymacje, a on mówi, “Nie ma sprawy, przenocujecie u mnie, a ja was zapakuję jutro do pociągu i pojedziecie do Lwowa, bo więcej, dalej nie pojedziecie”, bo jest granica przecież. No i rzeczywiście tak było, “Nic nie będziecie płacić, ja to załatwię...” [obcy dźwięk, mówiąca rozgląda się - przyp. P.M.]
I właśnie na tym dworcu matka nas samych zostawiła, [głośny dźwięk z telefonu - przyp. P.M.] a ja najstarsza, ta mała miała cztery lata.
[Wojciech Paduch] Przepraszam.
I pobiegła, jakimś cudem dorwała się do tej dyrekcji kolejowej, bo to, prawda, rodzaj pracy ojca łączył się z tym. I kiedy przyszła mama do tej dyrekcji kolejowej, przedstawiła naszą sytuację, pokazała dokumenty, legitymacje. Był 24 grudnia, oni mówią, “No, to tak nie możemy”, i urzędnicy wzięli podzielili nas i wzięli do siebie do domu, we Lwowie. Bo to Wigilia była, więc uważali, że to trzeba. No i rzeczywiście u nich byliśmy, trochę podzieleni, bo to dwie osoby zdaje się, czy trzy nas wzięły. I tam byliśmy. No, żadnej wiadomości od ojca. I ja swoim tym rozumem myślę sobie, “Tak nie może być”. Ja piszę do Warszawy. Trzeba było wiedzieć co znaczy poczta wtedy, jak zdobyć te papiery i to wszystko, żeby to napisać. Ale udało mi się. Poprosiłam, żeby mi dali, pomogli, gdzie iść na pocztę. Za kilka dni dostajemy list, ja dostaję, list z Warszawy od mojego ojca, ukochanego ojca młodszy brat, dwóch było. Jeden został rozstrzelany, najstarszy brat, pięćdziesiąt dwa lata miał, został rozstrzelany na Woli. A ten młodszy żył. I trafiło, ten mój liścik, trafił do tego ojca brata, bo ojca, jak on mówi tak, “Proszę, masz tutaj adres, zgłoś się we Lwowie do ludzi do których ojciec, wziąwszy pieniądze, ubranie, pojechał szukać was”. W tym momencie to muszę powiedzieć... ale to jest oddzielna moja taka… ojciec był nadzwyczajny mój, dla mnie zwłaszcza. I… więc, dostawszy obstawę od tych ludzi o których byliśmy, pojechaliśmy, on mnie zawiózł, tam gdzie ci ludzie mieszkali. A oni mówią, bo ojciec mnie więcej w tym samym czasie w grudniu przedostał się nielegalnie przez Bug do Lwowa, bo chciał szukać nas, chciał jechać na to pogranicze, tam gdzie myśmy byli, żeby nas stamtąd wyrwać. I ci ludzie mówią tak, “Był, zostawił bagaże, ale już te bagaże się rozpłynęły”, zima była, “A ojciec wyszedł i nie wiemy gdzie jest”. Więc my codziennie, najpierw zaczęliśmy od szpitali, bo to w tym samym czasie, to był styczeń początek, szpitale, potem cmentarze, nie było ojca. No to zostało więzienie. Brygidki, słyszeliście o Brygidkach?
We Lwowie? Nie.
No tak. Najsłynniejsze, najgorsze było ten… Więc, ja… rezultat był taki, że przygotowaliśmy kawałek ohydnego chleba i mówimy, “Chcemy, idziemy do więzienia, chcemy podać”, “Nie ma takiego, nie ma takiego nazwiska Jurewicza Stefana, nie ma”. No i tak chodziliśmy, chodziliśmy ciągle, wypróbowywałyśmy, głównie ja, bo one się tam nie nadawały do tego. Matka po tych szpitalach chodziła i po cmentarzach. No i kiedy przyszłam… jeszcze potem opowiem o sobie, ale tu z tym ojcem skończę. Kiedy przyszłam któregoś dnia, chyba to było 24 marca, oni powiedzieli, “Był, ale został wywieziony i już go nie ma”. Czyli cały czas był, mówili, że nie ma, a teraz jak wywieziony to tak. “Dokąd?”, pytam, “Najpierw do Chersonia, do Kijowa, do dniepropietrowska i nie wiemy gdzie dalej”. Ojciec skończył czteroletnim pobytem w ohydnym, najgorszym więzieniu dla najgorszych przestępców, bo powiedzieli, że on jest szpiegiem. On jedyną rzecz zrobił, że nielegalnie się przedostał, ale o tym nikt nie wiedział, tylko powiedzieli, “Ty jesteś szpieg”. Bardzo mało opowiadał o tym, ale mówił, że znaleźli się w więzieniu gdzie byli najgorsi skazańcy, Turcy, Grecy, z południowej części Rosji pełno ludzi. Ale to byli wybitni… ojciec [niezrozumiałe - przyp. P.M.]. I powiedzieli, “Zdochniesz tutaj i podeto łąkoj pochowamy ciebie”. Mowy nie ma, od razu żebyś wiedział, że stąd nigdy nie wyjdziesz. I w takim nastroju ojciec tam siedział znając bardzo dobrze rosyjski, ponieważ w Warszawie kończył, za carskiej Rosji, szkoły. Francuski i rosyjski. Nic nie pomogło. No, a my szukamy, dowiedzieliśmy się, że go nie ma. Matka wpadła w rozpacz, rozchorowała się i nagle wyszła i zniknęła. I nie było jej trzy dni w domu, ja szalałam co się dzieje, co się z nią stało. Znalazła się w szpitalu. Bardzo mizerna, bardzo młoda, miała czterdzieści parę lat wtedy i… szczupła, ale jeszcze jak nie jadła, jak zmartwiona tym wszystkim… Znalazła się, przyszła, szukaliśmy jej po szpitalach. Znaleźliśmy. No i… Ale, jeszcze przed tym, ja mówię tak, “Ja nie mogę siedzieć tak bez niczego, ja muszę do szkoły”. To matka poszła i, jeszcze chyba przed tym szpitalem, i zapisała mnie do wspaniałej szkoły Sacré Coeur. Prowadziły to zakonnice we Lwowie w piękny w parku, bardzo ładne budynki i prowadziły to oczywiście siostry zakonne takie. Mnie to nie przeszkadzało, poszłam. 14 lutego zjawia się w tej szkole pełno NKWD [Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych ZSRR - przyp. P.M.]. Wejść nie można, ale w końcu weszliśmy. NKWD przyjechało, wszystkie transporty do wożenia i zawieźli wszystkie zakonnice, łącznie z tymi szefami, wszystko wywieźli, wszystko to zlikwidowali, wszystkie jakiekolwiek objawy tego Sacré Coeur tam. Bo przecież to było… Wszystko polikwidowali i powiesili na ścianach, na korytarzach wielkie, wielkości takiej [mówiąca wskazuje poza obraz kamery - przyp. P.M.] fotografie, zdjęcia właśnie Lenina i Stalina. W mojej klasie była Mikołajewska, nie wiem czy słyszeliście o takiej aktorce, Halina, z Krakowa. Ona była starsza ode mnie i też z jakichś tych znalazła się tam. I ona, mając ten, nie była zainteresowana nauką, ale mając ten artystystyczny jakiś zmysł, wzięła i poprzerabiała satyrystycznie te wszelkie wielkie portrety. Dostała wilczy bilet i natychmiast zwolniona i jeszcze… bo jak wywieźli 14 [lutego] wszystkie te nauczycielki z tego gimnazjum i liceum, to przyjechał z Kijowa profesor i został dyrektorem, na miejsce tej zakonnicy. Nazywał się Rabinowicz, ale nie był związany jakiś nazwiskiem z czymkolwiek, ale był rzeczywiście z uniwersytety jakiegoś z Kijowa. On przychodzi na tą lekcję, coś tam, nic specjalnie ważnego było, a on mówi tak, “A ty? Przecież ty jesteś tu najlepsza”. Ja patrzę się na niego. “Tak, bo ty znasz rosyjski”, a ja dzięki huculszczyźnie nauczyłam się rosyjskiego. Tam z przyjemności robienia czegokolwiek na tych wakacjach, sama. On mówi, “Bo ty jesteś najlepsza, ooo, ty znasz rosyjski”, bo to były hrabianki, inne tam w tej szkole. No i… “A co ja bym mógł dla ciebie zrobić? Może coś ci pomóc?”, w klasie, przy wszystkich. A ja mówię, “O tak, mój ojciec zginął, nie ma ojca”. Natychmiast przestał rozmawiać, w ogóle nie, cała sprawa zupełnie nie interesowała. No i dalej ta szkoła trwała. Ojca nie było, nie mieliśmy żadnej wiadomości od ojca. I 29 czerwca, w nocy, myślę to była 3:30, przyszło w nocy NKWD i kazało nam się pakować, matce. Matka mówiła, “Nóż można?”, “Tak, tak możesz wziąć nóż”. “Gdzie my jedziemy? co?”. Nic, nie. I wzięli nas, z tym, że matka podejrzewała, że może być coś takiego, nie wiem kto doniósł, że tam byliśmy ale było dużo tych, w pewnym sensie, bieżeńców, uciekinierów. Żydów było bardzo dużo stamtąd. Nie wiem kto nas tam, zadzwonił w nocy, ale matka bała się tego. I dlatego myśmy byli w jednym miejscu, cała rodzina, trzy dziewczyny i matka. No jak przyszli nas wzięli, zawieźli nas ciężarówkami na dworzec we Lwowie do tego eszelonu [pociąg wojskowy - przyp. P.M.]. Nie wiem czy wiecie jak wyglądał ten eszelon. To jest ciężarowy pociąg, wagon, przedzielony deską na pół. Deską na pół, w sensie wysokości. Po drugiej stronie to samo. Było trzydzieści parę osób. Naprzeciwko drzwi, takich otwieranych, zamkniętych dla nas oczywiście, była mała dziurka, domyślacie się po co [śmiech - przyp. P.M.]. No i matka mówi, “Nie, my idziemy na górę”. Ale jak myśmy tam wchodziły i z tą czteroletnią… bo nie było nic do wchodzenia, nie wiem. No i bagażu nie mieliśmy. Potem ludzie, którzy z nami jechali, powiedzieli, “Baliśmy się cały czas, że ta matka umrze. I co z tymi dziećmi będzie?”, bo matka bardzo źle wyglądała. Marszrutę widzieliście Nie wiem czy młody człowiek, jak ma na imię?
[Wojciech Paduch] Wojtek.
Wojtek?
Tak.
Podoba mi się. Ten Wojtek. Więc tutaj, maszynka taka wyglądała, to jest bardzo ważna, proszę zerknąć gdzie Lwów a gdzie ja, gdzie ja dojechałam. Wiecie, pracuję, znaczy pracuję, jestem grupową sybiraków śródmieścia [Związek Sybiraków. Koło Warszawa - Śródmieście - przyp. P.M.] w Warszawie, śródmieścia. I nigdy nie słyszałam, są rozmaite, mamy spotkania, nie nie spotkałam nikogo, kto był tak daleko jak ja. Bo to jest właściwie Ałdan [rzeka w Rosji - przyp. P.M.] pod Jakuckiem [miasto w Rosji - przyp. P.M.] nad… Lena i dopływ Ałdan [rzeki w Rosji - przyp. P.M.], a dalej, to już bliżej to już Alaska no i ten Jakuck. No i byliśmy tam, nie. Przyjechaliśmy, wysiadamy tym, tym ponad miesiąc. Od czasu do czasu zatrzymywali w polu, to każdy biegł, nic nie chciał tylko się przynajmniej…
...załatwić.
Załatwić sprawy osobiste. I dostawaliśmy albo gorącej wody, gotowanej, kipiatok jest, to wychodzić, to kipiatok jest. Albo jakąś zupinę tam dawali, ja… może z kawałkiem chleba, już tego nawet nie pamiętam, nikt na to nie zwracał uwagi. Owszem, była duża, spora część ludności żydowskiej. Raczej, może inteligentniejsi, ale i byli tacy z maleńkich, którzy po polsku nawet nie mówili. I tutaj jest ciekawa rzecz. Zatrzymali się na tej stacji, ja wszyłam, spotkałam jakąś babę i mówię, “Gdzie my jedziemy?”, bo to była Tynda [miasto rosyjskie - przyp. P.M.], tam prosto tym, transsyberyjską koleją, Tynda. A ona mówi, “A to ja ci powiem. Teraz jedziecie, wysiadacie tutaj i jedziecie na północ”. Nigdy nikt nie chciał nic powiedzieć na tym. Wysiedliśmy wszyscy i dali ciężarówki. I tymi ciężarówkami pięć dni i nocy jechaliśmy na północ. Ale jeszcze było, bo to było 29 czerwca, to był lipiec, nie było jeszcze takiego… i jeszcze nie dojechaliśmy, tam gdzieśmy byli. No i pewnym momencie, tam nie wiem, po trzech dniach, nocy, przychodzi do nas jakiś kierowca ruski z tej ciężarówki i mówi tak, “Tyle dzieci, matka słaba. Ja was zaprowadzę, tu jest taka jednoklasowa szkółka, oni was tam przyjmą to posiedzicie przez ten czas”, bo parę godzin mieli jakąś. Ale to zapamiętałam jako tako dobroć ich, bo nie musiał tego robić, a nas tam wziął. No i przenocowaliśmy, potem jechaliśmy dalej. Wszyscy się pytali, gdzie myśmy w końcu dojechali. Pamiętam, że się jechało, same lasy, trochę gór, trochę zrujnowanej ziemi przez dragi. Dragi to są takie strasznie specjalnie ciężarówki, które drylowały ziemię, bo to było kiedyś… poszukiwali złota. I jechaliśmy przez te ruiny, wycięte te. I trafiliśmy do… zatrzymało się to wszystko, “A teraz wysiadać”. I było pięć, zupełnie baraczków małych, ale oczywiście drewnianych, takich, że można było widzieć wszystko przez te… Bo to, tam kiedyś pracowali ci poszukiwacze złota. No i wysadzili nas tam, dostaliśmy taki pokoik, czy ja wiem, taki [mówiąca pokazuje poza obrazem kamery - przyp. P.M.]. I były dwie prycze gołe. A nas cztery, matka i my trzy. Matka zrozpaczona, że tego ojca nie ma. Może i przez to też gorzej się czuła. No i poza tym warunki tragiczne. Nie wiedzieliśmy gdzie jedziemy, dokąd i po co. I wysadzili nas tam. Więc dostaliśmy tą jedną izdebkę, nam się… jeszcze były dwie małe, takie same, ten. I była ta… jak się nazywa ta żelazna takie do…
Koza.
Tak. I jak ludzie zaczęli mówić, bo już się zaczęło, robiło zimno, “Jak będzie? Przecież nam zimno”, a ci enkawudziści mówili, “Nie wygłupiajcie się, w lesie mieszkacie i wam zimno?”. A kto mógł zrywać, ścinać drzewa. W ogóle nie do pomyślenia. Minęło parę dni, oni mówią, “Do roboty”. Matka chora, te dwie moje te siostry, ja idę a drobna, szczupła. A ten enkawudzista, który kierował tymi robotami i wszystko wyciągał, mówi, “Ty? Nie. Bo ty nie masz szesnaście”, a ja mówię, “Właśnie, że mam”. Po rosyjsku. On się spojrzał, “Ale ty nie pójdziesz”, a ja mówię, “Właśnie pójdę”. Bo kto miał pracować jak one nie… leżały. Leżały to trudno powiedzieć, bo nie było nic do… I mówi, drugi stoi obok i mówi, “Weź ją. Coś się tak, weź ją”, do tej roboty. Robota polegała na, najpierw jakieś drogi, żeby można było coś gdzieś przejechać. Kamienie, piasek, głównie kamienie. A potem, prawie rok, prawie rok, pracowałam ja, bo mężczyźni musieli ścinać drzewa. To była straszna robota, bo ludzie byli mało wykształceni w tym kierunku, nie fizycznie, większość. I Polacy i Żydzi i jakaś rodzina lekarska była, z którą się zaprzyjaźniła, z tą córką ich. No i jeszcze rozmaitych pełno ludzi, ze Śląska dużo ludzi, którzy mieli niezłe życie w Polsce. No i oni musieli ścinać te wielkie te… a tych drzew było, coś strasznego. A my musieliśmy zbierać gałęzie i palić te gałęzie. To o tyle było dobre, że był mróz, był śnieg, żeby dojść do tej pracy, do tych gałęzi i wyciągnąć spod tego, to trzeba było zrobić najpierw, wydeptać tunel wielkości z półtora metra wysokości, bo śniegi i mróz. Dali nam walanki. Walonki [ta nazwa jest poprawna. Walonki to rodzaj ciepłego obuwia - przyp. P.M.], walanki. I dali nam kufelki takie zwykłe, to dali. W innych miejscach nie dawali nic, ale tutaj temperatura była taka, że… No i tych, tych… Miejscowość, ten posiołek [osada, kolonia - przyp. P.M.] nazywał się Chwojny, Chwojny. Nie znalazłam go, prosiłam syna, żeby w inernecie szukał… ten, Chwojny. Ale jakieś może 40 kilometrów dalej, to był Audan sam. Ale myśmy nie mieli ani czym… W naszym pociągu, tym eszelonie, jechało młode małżeństwo, Polacy, Bisagowie się nazywali, mieli, może trzy miesięczne, dziecko. To dziecko, jak już byliśmy w tym posiołku, zachorowało. On wziął, młody jakiś inżynier, wziął to dziecko na ręce i mówi, “Ja chcę do lekarza”, oni mówią, “Siedź tu, mowy nie ma o żadnym lekarzu”. On mówi, “Przecież musi być jakaś miejscowość inna gdzieś”, Krasneja, coś takiego się nazywało. I on wziął to dziecko, on mówi, “Zostań bo będziemy strzelać”, on mówi, “To strzelaj”. Ale nie strzelił. I to dziecko niosąc w tym klimacie, w tym wszystkim, po nieznanej, gołej zupełnie przestrzeni dotarł do tej miejscowości i tam jakiś, była jakaś… przychodnia to nie można powiedzieć, tylko cokolwiek. I ten, pomogli z tym, dziecko wróciło i nawet do Polski. Ale takie były przygody. No i brało się kawałek chleba na duży kij, wsadzało nad ogień i już był ciepły. To samo robiliśmy ze śniegiem. Jak się znalazło coś metalowego gdzieś tam… ale nie było nic, w ogóle ludzi żadnych nie było miejscowych, nic. To się grzało śnieg i piło się wodę. Potem zrobili jakieś przydziały małe dla tych co pracują. To znaczy tylko ja dostawałam, bo… I tak to, ta robota szła. W grupie tam ci ludzi rozmaici, staruszki, nie staruszki i dzieci. I w pewnym momencie oni, widocznie mieli jakieś pomysły na… jakieś, ktoś ich zmuszał. Chcieli otworzyć, o czym ja w ogóle też nie wiedzieliśmy, w innej, w takim drugim posiołku (który był przez las może 5 kilometrów, ale nie wiem dokładnie ile to było) to taka chata była jednoosobowa większa i chcieli zrobić szkołę, przedszkole dla dzieci. I wtedy, nie wiem dlaczego, wpadli na pomysł, żeby matka zajmowała się tym, zajmowała się nie uczeniem tylko, że opał. Szła i rąbała te wielkie polana, żeby był ogrzać. I bardzo niedużo ludzi, dzieci przychodziło tam. No ja to nie pasowała, bo to były początki tych dzieci. No i raz, bardzo wysoki (pana Wojtka wzrostu), Ruski, dwadzieścia siedem lat, mam jego nazwisko zapisane, nawet parę dni temu czytałam, był zastępcą wielkiego szeryfa, który był Putinem, można… albo Stalinem, z charakteru. W dobrym stanie. A ten był wysoki, przystojny, opowiadał, że gdzieś tam go, przyjechał z jakiejś innej miejscowości gdzieś tam ten. Przystojny, mądry. Mówi, “Ignatiewna”, bo ojciec matki Ignacy, “Ignatiewna, to dla was za trudne takie rąbanie. Ja wam porąbię to”, to był raz. A tak matka rąbała takie wielkie kłody, żeby… Ale jak matka miała już, bo to było na drugi, zaczynał się po wakacjach drugi rok (wakacje to tylko tak mówię), to zrobili tą właśnie pseudo szkółkę, przedszkole. I sprowadzili Rosjankę z Ałdanu, która mieszkała tam. Ile mogła to uciekała, bo przecież miała swoje życie osobiste i nie ten. Ale tam siedziała w tym, na tym. No to ja mówię, “Mama, już teraz to ja muszę do szkoły”, i matka zaczęła się pytać gdzie tu jakaś szkoła dla mnie. No i wzięli się za internat, który był z drugiej strony 12-15 kilometrów za Ałdanem, ale z drugiej strony. I wzięli do tego internatu, mnie też, bo już matka miała tą pracę, mogła… I w tym internacie dostaliśmy pięcioosobowy pokój. Były trzy Żydówki i dwie, ja byłam jeszcze druga. No i do szkoły się chodziło. I słuchajcie, tutaj jest ewenement, który powinien być, ja nie wiem jak… Przychodzę do tej szkoły, a profesorowie, ten najważniejszy, który najbardziej mi się podobał, bo to chemia, fizyka i matematyka (to były moje ulubione przedmioty), to był profesor wyrzucony z Moskwy, z uniwersytetu za [niezrozumiałe - przyp. P.M.] i on też tam był. Był Koreańczykiem, nazywał się Hon. I zaczęły się jego lekcje. Ale w mojej klasie było wiekowo nie tak... tak jak we Lwowie, tam Mikołajewska, byli starsi, głównie starsi, no i były młodsze klasy. No i nie wiem od czego tu zacząć, od czego tu powiedzieć. Przychodzi któregoś dnia ten profesor, niewysoki Koreańczyk, nie podejrzewałabym, że on takie wiadomości… On mówi tak, “Dzisiaj nie będzie nauki zwykłej. Dzisiaj będzie zupełnie coś innego. Proszę bardzo, kto chce to niech zrobi”, przyniósł teczkę, “To są materiały z uniwersytetu Moskiewskiego”, matematyka oczywiście głównie, chemia, chemia nie do niego, matematyka i fizyka. Na drugi dzień on przychodzi, “Kto zrobił?”. Cisza. “Kto to zrobił?”, straszne były rzeczy, bo to uniwersytet, a jeszcze… A on mówi do mnie, “A ty?”, stanął tak koło mojej ławki, “A ty?”. “Ja tak”, ale najpierw nie mówiłam nic, czekałam. Oniemiał, “Biegnij do tablicy!”. I mając tylko pierwsze ten, mówi, “Stop! poczekaj”, w połowie... [nagranie zacina się na moment - przyp. P.M.] “…wie skąd ona wzięła to, skąd ona to?”. Był taki Żyd, jak on się tam nazywał, mówiliśmy na niego Sasza Welmer. Ja mówię, “No Sasza, a ty?”. “A”, mówi, “zacząłem, ale trudne, zostawiłem”. Zrobiłam ja, tylko. I później minął jakiś czas, patrzę, robię te lekcje, bo te były w mojej klasie dwie, a reszta była w młodszych klasach. I w pewnym momencie on wchodzi, nie... patrzę, tłum pod moimi drzwiami. Ja mówię, “Co chcecie?”, “Hanka, daj chociaż dwa, trzy”. Ja mówię, “Co?”, popatrzyłam, jak sympatyczny to dawałam, a jak tak to nie. I to się wydało, bo Rosjanka która była taką, w internacie, musiała to donieść, a ja nie wiedziałam. Przychodzę do klasy, on mówi, “Ty, natychmiast do dyrektorki”. Dyrektorka nazywała się Młatkowskaja, też prawdopodobnie była kiedyś z Ukrainy wywieziona, bardzo porządna. I ja przychodzę, dyrektorki nie ma. A w końcu wchodzi dyrektorka, mówi, “Po co przyszłaś?”, a ja mówię, “Profesor kazał”. A ona mówi, “Co, o co chodzi?”, “A, o ściąganie”. A ona mówi, “Kto ściągał od kogo?”, on mówi, “No, ona dawała im”, ona mówi, “Idź do klasy”, od razu. Bo chciał, żeby ona mnie… [śmiech - przyp. P.M.]
...ukarała.
Także on nie miał, bo on chciał żeby… Była jakaś zastępcza lekcja i parę… z innych klas, wielka tablica, warunki dobe były (dobre były w sensie, że można było się uczyć jak ktoś chciał) i on mówi… dwa lata, Tasbir się nazywała, mówi do niej (no ale wiek to tam rok może niżej ode mnie), “Pokaż, gdzie to było?”. Na wielkiej mapie [niezrozumiałe - przyp. P.M.]. Stanęła pod tym i nic. A on miał wtedy przypadkowe to zastępstwo i nie miał z kim zostawić czteroletniego dziecka i mówi do tego małego, którego przedtem nikt nie zauważył, bo prawie… “Idź, pokaż jej gdzie to jest”. I ten czteroletni poszedł i pokazał. Natychmiast. Koreańczyk. [mówiąca wstaje - przyp. P.M.]
Ale losy były, prawda, ciekawe tam.
Ciekawe i niezwykłe.
Ciekawe i trudne. Jedyna rzecz była, że ani te moje siostry ani ja nie chorowaliśmy. Rezultat był taki, że mój kochany ZUS [Zakład Ubezpieczeń Społecznych - przyp. P.M.], którego nienawidzę, im dał te, a mnie nie. [śmiech - przyp. P.M.]
Ale... dał jakieś specjalne emerytury, tak?
Upoważnienia, bezpłatne leki. Akurat ja nie biorę leków, to mnie to nie dotyczy, ale sam fakt, że oni… i emerytury dodatek, tak. One dostały bez tego co ja się musiałam trochę, prawda, mimo wszystko zajmować. Bo ja najstarsza. To nie one napisały te ważne listy, które… Dużo takich było. Ale ten ZUS mnie odmówił trzy razy, powiedzieli, “Do sądu”. Nie, dałam spokój, gdzież będę po sądach chodzić, prawda?
Ale to kiedy było, w którym to było roku, że ZUS pani odmówił?
To w [19]95 oni chyba to zrobili, czy [199]7. A może… tak. Ale siostry były w Ameryce, bo one tam pojechały, a ja tutaj. Więc ja podałam jej, te namiary na nich i ich adresy. One mówią, “To ty? To Kaczyński zrobił przecież”. [śmiech - przyp. P.M.] Ja mówię, “Tak, a skąd adresy wasze wiedział, że wy tam jesteście?”. Bo jeszcze krzyże wszystkim dawali, to tak. Ale one dostały oprócz tego… nie wiem czy się orientujecie, bo są takie dwie kategorie. Jedna kategoria związana z niebieską legitymacją. To jest kombatant i osoby represjonowane. A one dostały tą… ileś tysięcy osób nie dostało w Polsce, tak jak ja. No rezultat, odpowiedź ich była taka, że nic mi przecież ten Sybir złego nie zrobił. Ja mówię, “To zamiast na Majorkę to pojedźcie tam na wakacje [śmiech - przyp. P.M.], to zobaczycie”. Nie wiem na ile się teraz tam zmieniło. No bo raczej lotnisko w Jakucku. Na przykład w Ałdanie [rzeka oraz miasto w Rosji; tu, miasto - przyp. P.M.] to były takie… chodziło się na ulicy, to po deskach. Tylko to było, nie było w ogóle jakiś tych. No, małe takie domki wszystkie. Nie wiem co mam jeszcze powiedzieć. Dużo jeszcze zostało. Najpierw skończyłam o ojcu, prawda, że on przyjechał, był, pracował. Ale siedział w więzieniu sześć miesięcy. Matka w tym samym czasie… ja mówię, poszłam do dyrektorki tego internatu i szkoły całej, bardzo taka była w porządku. I ja mówię, że została ta pięcioletnia (czy tam już miała sześć, siedem, ale nie chodziła do szkoły nigdzie), została sama w Ałdanie. Bo oni mieszkali wtedy w Ałdanie, a myśmy mieszkali i ta szkoła była, internat, w Oroczonie, tak jak pisał ten kolega.
Ale, Pani Halino, to kiedy się stało? Bo najpierw pani chodziła do szkoły w Ałdanie, prawda? Czy od razu w Horoczonie?
W Oroczonie.
Mhm.
Z tego Hojnego zrobili szkołę tam. I wzięli nas do tego Oroczonu. Były dwa Oroczony, jeden i drugi. No i ludzie rozmaicie mieszkali, na przykład ten kolega mieszkał w jakimś… z matką ciężko chorą w jejty, a myśmy mieszkali w internacie. Był taki baraczek gdzie była łaźnia, znaczy, można było się umyć. No i ta zupa rybna, prawie codziennie gotowali. I było, jakoś przeżyliśmy. Prawda, to jedzenie, to wszystko, to… Kartofle musieli dowozić (bo tam nie było w ogóle kartofli) z tych cieplejszych miejsc. Już nie mówię o pożarach, bo byliśmy dwukrotnie uwięzieni w pożarze pracując w lesie. Były pożary straszne, ale to jeszcze przed moją szkołą. A potem pojechałam do Oroczonu, to jest z drugiej strony Ałdanu. W Ałdanie nie byłam. I… A, wracając do tej najmłodszej siostry. Dyrektorka powiedziała, “Nie ma sprawy, weź ją do internatu”. I te, przynajmniej te cztery miesiące kiedy matki też nie było, ona sama nie mogła mieszkać przecież, jak to. To była w internacie. Jak potem matkę wypuścili, bo chodziła, prosiła do NKWD, “Wypuśćcie”. Kiedyś przyjechali, wielka taka komisja, do internatu, NKWD. No i mówią, “No co tutaj, tyle jest polskich nazwisk”, na korytarzu listy były, że najlepsi są. Dlaczego tylko ci Polacy lepsi są od… [mówiąca uśmiecha się - przyp. P.M.] od pozostałych. No i przychodzi grupa i mówi tak, “A mamy tu kłopot z jedną, bo nie chce się podpisać za paszportem”. A ten najważniejszy od nich, stali tak na korytarzu, “Jak ona się nazywa? Jurewicz? Zostawcie ją w spokoju”. Bo wiedzieli, że matka i ojciec siedzą, bo nie wzięli paszportu, to ja bym miała wziąć. Szesnaście lat skończone, to już oni chcieli paszporty żeby podpisać. Wszyscy podpisywali na ogół, a ze mną mieli kłopot bo ja nie. Potem, to już właściwie można powoli zacząć mówić o tym, że po porozumieniu Wandy Wasilewskiej z władzami sowieckimi nagle i niespodziewanie kazali nam wyjeżdżać. I matka z ojcem wyjeżdżali z Ałdanu a my z tego internatu z Oroczonie. I mówimy, “Co? Gdzie? Jak?”, bo nie wiedzieliśmy nic. To był akurat okres powstania sierpień [19]44 [powstanie warszawskie - przyp. P.M.], prawda? Tak.
Tak.
Tak, tak. Taki podobny do mojego wnuczka najmłodszego, też blondyn. [mówiąca zwraca się do Wojciecha Paducha stojącego za kamerą. Śmiech - przyp. P.M.] Z przyjemnością patrzę na niego. Wracając do. Więc… I pakować się. Matka gdzie indziej z ojcem, bo z innej miejscowości. Okazuje się, że część Polaków, która na ogół była gdzieś bliżej, nie tak daleko jak my na tej dalekiej Syberii, bo jak wszyscy mówią, “A, Syberia, Syberia”, to jest, mówią Kazachstan, Afganistan, tu i tam, ale nikt nie był tak daleko jak myśmy byli. Oprócz tego kolegi który miał straszny... bo jechał tym samym pociągiem (jak się później okazało) i kazali wysiąść matce i babce i jemu i przesiąść się, przesadzili ich do jakichś barek i wozili przez Jakuck z powrotem tu gdzie my, ale przez północ, rzeką. I ta babka oczywiście umarła i w tej wodzie, tego. A matka dopiero w Oraczanie umarła, tego kolegi. Co jeszcze powiedzieć? Więc ludzie którzy byli blisko dostawali się do Wojska Polskiego, bo było takie ten. Ale trzeba było wiedzieć, że akurat oni tam są, jakoś dojechać, zdążyć żeby się do nich zabrać, do Syrii, do Iranu, do Iraku, nawet do Afryki byli zabierani. I tam rozmaicie losy ich były. Jedna, na przykład, parę dni temu w Angorze napisała, dziewczynką była małą, że dostali się do Iraku. I, że jedenaście lat tam mieszkała i dopiero potem się zdecydowała wrócić do Polski. Różne takie dzieje. Mam troszeczkę tych materiałów. No i… I wiozą nas, znowu w ten pociąg i wiozą nas nie wiemy gdzie, nikt nic nas nie informował, do Niemców powołża [grupa etniczna pochodzenia niemieckiego, zamieszkująca tereny nad dolną Wołgą w południowej europejskiej części Rosji, przeważnie w okolicy Saratowa - przyp. P.M.] Wiecie gdzie Niemcy powołża?
Mhm.
Koło Saratowa, w tej okolicy. Niemcy powołża to byli, ileś, sto lat temu, Niemcy przywiezieni przez, jakieś tam były historie. I oni się... malutkie domki mieli, ale takie już do życia, no bo to Niemcy mieszkali. A żebyśmy my mieli miejsce, to ich wywieźli w nasze miejsce. Tam. Zamianę taką zrobili. Bo się bali, że Niemcy za blisko wojny z Niemcami i, że oni zrobią jakiś numer nieodpowiedni. No więc nas przewieźli tam. Znowu ten eszelon. Tyle, że to było, jak mówiłam, sierpień [19]44 rok. No ja dostałam tą swoją gramotę. [nazwa określająca dokumenty oficjalne lub prywatne o wielorakim przeznaczeniu - przyp. P.M.] I przyjeżdżają, przywożą nas do miejscowości, która przez jelonię i obrzydliwe skojarzenie nazywała się Kulturą. To była to lepianka bez pokrycia, tu glina na podłodze. Straszne rzeczy. Kultura się nazywała, jakiś [niezrozumiałe - przyp. P.M.]. No i ja patrzę się, co się tutaj w ogóle dzieje. Matka poszła, wzięli matkę jako strażnika, żeby pilnowała składów zboża. A to pilnowanie polegało na tym, że przyjeżdżały ciężarówki, głównie tego szefa tego kołchozu [kollektiwnoje choziajstwo, gospodarstwo kolektywne - przyp. P.M.] i wywoził wszystko, na oczach tej matki, która miała pilnować ziarna. Bo to był jakiś sowchoz [sowietskoje choziajstwo, radzieckie gospodarstwo - przyp. P.M.] czy kołchoz, już zapomniałam, Kultura. No ja mówię, “Dla mnie to jest niemożliwe”. Bez światła, bez niczego, no dno kompletne. Jak ci ludzie tam mieszkali to ja nie wiem. Okropne było. No to myślę sobie, “Pojadę do tego Saratowa”, to było z 70 kilometrów, bośmy byli po drugiej stronie Wołgi, a Saratów po drugiej. No i jak się tutaj dostać? Pojechałam na stację i jedzie jaki eszelon. Ja mówię, “Weźcie”, chciałam pojechać do Saratowa. “A nie”, a oni wracali na Ukrainę i bali się brać kogokolwiek, nie chcieli. Ja mówię, no długa, długa to rozmowa. Jeden, drugi przejeżdżał. Wreszcie mówię, “Ja stanę za tym wagonem”, za ciężarówką taki pomościk jest, przejście, “Ja se tam stanę”. “A”, mówi, “to stań. Nie chcemy tego wiedzieć, nie wiemy o tym nic”. No i pytali się skąd my jesteśmy. No i przyjechałam. Mówię, “Idę na uniwersytet”, w Saratowie, że ja chcę tam medycynę. “A dobrze”, zobaczyli świadectwa. Jedno najlepsze mi ukradli gdzie same piątki były, to nie znalazłam tego więcej. Oni mówią, “Do Leningradu [obecnie Petersburg - przyp. P.M.], bo tutaj nie mamy medycyny w Saratowie. Ale w Leningradzie, jutro możesz jechać”. Myślę sobie, “Tu matka, tu ojciec, tu dzieci, jak ja pojadę do Leningradu? Z czym? Sama?”. Podziękowałam. No i oni mówią, “Ale wiesz co”, [niezrozumiałe - przyp. P.M.], “to chodź na budowalny”. Ja mówię, “To mnie nie interesuje, budowlany, nie”. Chcieli mnie przyjąć z uwagi na te [materiał zacina się, - przyp. P.M.] wyniki. No, myślę sobie, “To pójdę do konsulatu”. Przyszłam tam do konsulatu, czekamy, parę osób siedziało tam czekało. Ja mówię, “I tak nie mam co zrobić”. Wezwał mnie ten konsul, mówi, “Słuchaj, mamy dla ciebie miejsce. Chcemy zorganizować takie przedszkole dla dzieci na wsi. Pójdziesz?”. Ja mówię, “Tak, a co mam robić?”, bo tam… No i zostałam tam kierownikiem, pseudo kierownikiem tego przedszkola, które się dopiero organizowało. Osinówka nazywała się miejscowość, też głucha, daleka od tego. Ale myślę sobie, “Ja tu nie będę sama, jak ściągnąć z tej kultury rodziców i te siostry?”. Więc, jakimś cudem, nie wiem już jak, bo przecież tylko się liczyło na uczynnych ludzi nieznanych, nawet Ruskich, bo kto… Że oni przyjechali i ojciec dostał w tej Osinówce, znowu, pracę w biurze, a ja miała to przedszkole mieć, to przedszkole. Marnie to szło, zresztą to było [19]44 początek września, a 7 czerwca wywóz. Przyszło zawiadomienie, że możemy wracać do Polski. Paszportów nie mieliśmy, ale zdaje się, że część, która miała te paszporty, też udało im się wyrwać stamtąd. No i przyjechaliśmy takim eszelonem strasznym, który nie zatrzymywał się na stacjach. Jeszcze po drodze, jak jechaliśmy w tamtą stronę, było coś okropnego jak ci ludzie przez Ukrainę jadąc, ten pociąg się zatrzymywał, to oni krzyczeli, podchodzili pod okna, “Dajcie nam pieniądze, chleba chcemy, my nic nie mamy”. To było przerażające.
Ale mówi pani o podróży w tamtą stronę, czyli na…
Jak dopiero nas wywozili z Lwowa przez tą Ukrainę.
To był taki głód wtedy już tam na Ukrainie, że tak się...?
Straszny był. Nie wiem czy ludzie stali [niezrozumiałe - przyp. P.M.]...
Mhm.
...i czekali na kawałek chleba. A jeszcze ktoś zapytał, wracając do Syberii, “A co tam w tych lasach było?”. Drzewo, śniegi, gałęzie, tak. No i były grzyby zawalone, nikt tego nie jadł przecież, bo nie było z czym tego jeść. Grzyby, z czym? I były czerwone borówki, jagody czerwone. I to nas, w pewnym sensie, ratowało dlatego, że ludzie chorowali na ślepotę, nie było witamin, nie było tego. A to się zbierało to w jakieś, kładło się w jakiekolwiek tam kartony, leżało to na mrozie i część się brało i dojadało to. Bez cukru, bez niczego, ale to było dobre. Ale to było jeszcze tam koło Ałdanu. A tutaj to ta praca była taka bardzo… nie szło to dobrze. Jeszcze myślę sobie, “No tak, ta siostra”, która, muszę powiedzieć, była bardzo zdolna, ona. Ona też dostała to, dwa lata niżej, też dostała tą gramotę i była bardzo, do matematyki, chemii, była bardzo. Po przyjeździe ona skończyła chemię na uniwersytecie tutaj. I straciwszy, w pewnym sensie, rozum… Bo matka miała emigrację polską, rodzinną w 1905 roku, wyjechali do Ameryki. Zaraz powiem jak. Z matki rodziny była bardzo piękna, młoda dziewczyna, która leżała w Szpitalu Dzieciątka Jezus na jakąś zakaźną chorobę, nic specjalnego [śmiech - przyp. P.M.]. Lekarz z Dzieciątka Jezus zakochał się w niej. I na tyle się zakochał, że się ożenił z nią. Matki jakąś tam kuzynką. Wyjechali do Poznania, mieli czworo dzieci. Jeden z tych ludzi został lekarzem, dwóch zostało lekarzami w Ameryce. Kiedyś byłam na wakacjach i rozmawiam z ludźmi na [niezrozumiałe - przyp. P.M.] i coś się zgadałam, on mówi, “Ja właśnie wracam z Ameryki”. Ja mówię, “Tak, a gdzie pan był?”, “A, w Chicago”, ja mówię, “Tak? Bo my tam mamy rodzinę”, i mówię to nazwisko tego lekarza. On mówi, “Ja go znam, ja zaprzyjaźniony byłem z nim”. [śmiech - przyp. P.M.] Zupełnie, zupełnie ten. Jednego syna miał, na serce umarł, młody człowiek, jedyny. I ona… Przyjechała z Ameryki ciotka, jakaś z matki strony. Ona mówi, “Hanka, ja cię zabieram do Ameryki”, a ja mówię, “A ja nie chcę, ja nie chcę”, bo raz rodzina, raz warunki, no i miałam… Ona mówi, “Nie, nie, ty jesteś lekarzem, jedziemy”, dopiero co kończyłam, nie chciałam. Ja mówię… ona się tak przyczepiła do mnie ta ciotka, farmaceutka była w Chicago. Ja mówię, “Wiesz co? Ciocia, weź mnie moją siostrę lepiej, a mnie da spokój bo ja nie”. I ona ją wzięła, zostawiła u mnie jedynego synka swojego, który był… U [Klementa - przyp. P.M.] Gottwalda [obecnie XIV Liceum Ogólnokształcące im. Stanisława Staszica w Warszawie - przyp. P.M.] się uczył, bo był bardzo zdolny, ale kłopot z nim był. A jego wychowawcą był mój pacjent. Przychodzi kiedyś, bo mówi o swojej chorobie, ale potem mówi, “Pani doktór, przepraszam bardzo, ale Tomek nie był dzisiaj w szkole”, ja mówię, “Jak to?”, “No może źle się wyraziłem”. Ja mówię, “Wyszedł razem, jeden, drugi”, a on mówi, “Może źle się wyraziłem, bo siedział i grał w brydża w szatni”. [śmiech - przyp. P.M.] Dużo by opowiadać. Jednym słowem pojecha… Ta ciotka ją wzięła na drugi dzień do ambasady. Ja ją ubrałam w trzeci dzień i pojechała tam. Bo tutaj jej się nie… uciekła z tym dzieckiem do matki z powrotem, mieszkaliśmy na [niezrozumiałe - przyp. P.M.]. Rozmaicie jej się to… Ja mówię, “Idź do laboratorium”, ona mówi, “Ja nie znam angielskiego”, ja mówię, “Nie potrzeba w laboratorium znać angielskiego jak znasz terminy”, bo bardzo dobra była w chemii. I za Boga nie, bo chciała znowu pieniądze od razu. I zarabiała te pieniądze. No i zostawiała u mnie tego chłopaka. I mówi do mnie, siedemnaście lat już miał, niedługo był, ona mówi, “Niech on przyjedzie do mnie”. Ja mówię, “Pojedziesz do matki”, on mówi, “Co, ciocia chce ze mnie robotnika zrobić, imigranta. Za Boga, nie, nie jadę”. No w końcu musiał pojechać, bo ona załatwiła przez księdza, jeszcze nie miała tych papierów, to straszne. Załatwiła, że ten ksiądz poręczył i on pojechał, wyprowadziłam go. Nie chciał, nie chciał, [niezrozumiałe - przyp. P.M.] ze mną strasznie. Pojechał. Nie znał angielskiego, tylko niemiecki. U Gottwalda on, to Niemcy, znaczy, to liceum było bardzo… dość dobre. No i wyjechał do tej Ameryki. I ona wzięła go (to ciekawe, to przypadek), wzięła go na Florydę, żeby podawał ręczniki w pensjonacie na basenie. A on pobył parę dni i mówi, “Co? To ja wolę, żeby oni mnie podawali. Ja nie będę im podawał”, i uciekł stamtąd, nie chciał. Siedemnaście lat. No to wzięła się za robotę. Wszystko robiła co było do roboty. Nie bez… bo nie poszła na tą laboratorium tak jak ja jej kazałam. I sześć miesięczny prywatny kurs angielskiego. Wiecie, że po czterech, po czterech miesiącach on dostał, zdał ten egzamin. On i tylko druga Japonka była. A reszta wszyscy siedzieli tam dalej. I to było, on wyjechał w końcu czerwca, poszedł na ten kurs od września, a w grudniu dostaje od rektora największej szkoły, to jest technologiczny uniwersytet w Chicago [Illinois Institute of Technology - przyp. P.M.], najważniejszy, gdzie się bardzo trudno dostaje. Ta siostra moja dostaje od rektora wielką, wielkie… podziękowanie za to, że ten syn dostał się natychmiast na tą uczelnię. Miał czterysta testów, to tylko na trzy nie odpowiedział, bo nie rozumiał jeszcze dokładnie tych słów. I skończył to, super zarabia, siedzi tam
No to pięknie. Czyli dobra decyzja, że wyjechał, że tutaj nie został.
Tak.
Który to był rok? To lata ‘90 już teraz pani opowiada?
Nie, nie. Kiedy on… Ona pojechała w grudniu, ona pojechała w grudniu [19]74 rok, a on pojechał dopiero na, po wakacjach, czy na wakacje do niej. Nie chciał, nie chciał, nie chciał. Skończył, zrobił. Teraz ma coś sześćdziesiąt lat. Także wiecie, to dużo by można opowiadać. A ta ciotka mnie zostawiła, mówi, “Idź”, ale im się nie układało razem z tą ciotką bogatą, która była farmaceutką. No i odeszła, wyprowadziła się. Były momenty, że nocowała gdzieś w garażach, bo jak odeszła od niej nad jeziorem samym. O niej nie będziemy. No i tutaj ta szkoła się odbyła. Wsiadamy do tego wagonu, jedziemy do Polski. I co, znowu co jakiś czas przystanek, idzie się wodę gorącą, jakąś zupę czasami, coś innego zrobić co trzeba na zewnątrz. Wsiadamy, pociąg jedzie a matki nie ma. Została cztery dni, błąkała się nie znając rosyjskiego w ogóle, bo nie nauczyła się. I nie zdążyła wrócić, bo oni wyjeżdżali jak tam im się… Nie ona jedna, bo jeszcze dwie czy trzy osoby. Czy wiecie, po czterech… A my w rozpaczy. Po czterech dniach dogoniła nas jakimś, nie wiem, cudem jeszcze przed granicą. Przyjechaliśmy do, Psie Pole się nazywało, pod Wrocławiem taka miejscowość. I tam nas zatrzymali w tym. I mój ojciec, który był z Warszawy, byliśmy z Warszawy, i mówi, “Ach, ja jadę, bo coś wiem, że z Warszawy jak uciekali, to coś może na Śląsk”. Pojechał do Bytomia i jeszcze była 5, 6 rano, usiadł na ulicy i czeka, że ktoś przyjdzie do adresowego domu. I wchodzi kuzyn. No i tak się spotkali. Natychmiast ojciec mnie zabrał a one jeszcze czekały. Zabrał mnie i poszedł na Chałubińskiego 4. Z miejsca dostał mieszkanie na widok. I ściągnął później nas. A ja, dwa tygodnie po przyjeździe z Rosji, poszłam zdawać na medycynę w Warszawie. No i komisja siedzi, taka była bardzo ważna, znana profesor Wojciechowska od chemii. Ona mi zadaje pytania, chemie. Ona mówi do mnie, “Słuchaj, które ty liceum warszawskie kończyłaś?”. Ja oniemiałam i mówię, “To pod Jakuckiem było”. I mało nie spadli z krzesła, bo ja mówiłam po polsku, a tam się uczyłam po rosyjsku przecież, prawda?
No tak. Czyli ten profesor, ten Koreańczyk, przypisuje mu pani, jakby, zasługę, że był dobrym nauczycielem, że ta wiedza którą przekazywał była też na wysokim poziomie, że pani mogła od razu…
No czy to by Polsce powiedział tak. Na przykład tak, proszę zrobić zadania, te które tam są po... temat. I potem zadania. “A które?”, się pytają Polacy jego. A on mówi, “Co to za pytanie głupie? A ile tam jest?”, “Czterdzieści dwa”, “Wszystkie”. To dlatego oni stali u mnie, “Hanka, daj ze trzy. No może cztery”. [śmiech - przyp. P.M.] A ja, jak wróciłam z tego… A on miał pewne sposoby takie, no na przykład z tymi… z tym tematem z uniwersytetu z Moskwy.
No tak.
No a ten czteroletni dzieciak, który wiedział na mapie wszystko. Jego. Jednak, jednak ja jego bardzo… No tak, byli oczywiście, na przykład ta z geografii, to była głupia, młoda, nie była w ogóle nikim. Dyrektorka była w porządku, ale ona od literatury rosyjskiej. No oczywiście musiałam wiedzieć, bo się musiało pisać na ten temat i mówić, ale to mnie mniej interesowało. Ja chciałam tylko to, chemia, matematyka i fizyka. I on był od tego.
Pani…
Ale nie on jeden w ogóle był tam. Tylko on zajmował się tym. I właściwie był taki najbardziej sławny tam. Koreańczyk.
Ale miała pani, z tego co pani mówi, że jakby to wielkie pragnienie nauki. Że ciągle pani szukała szkoły, jakby to płynęło z pani, ta potrzeba.
Od szkoły powszechnej. Cały czas.
Pięknie. Pani Halino, jeszcze wróćmy do tego wątku o pani tacie. Jak to było, że on was tam odnalazł. Bo opowiadała…
Kto?
O pani ojcu. Jak to było, że was odnalazł. Bo opowiadała nam to pani poza kamerą, a byśmy…
Aha.
...jeszcze to utrwalili i…
No to byłoby… O Brygidkach [więzienie we Lwowie - przyp. P.M.] doszło?
Tak.
O Brygidkach doszło.
Tak.
Że kiedyś siedzimy w restauracji Adamczyka [Stary Dom - przyp. P.M.], mieliśmy takie posiedzenie Sybira z jakiejś okazji. I, to co zawsze były, przedtem były lepsze, teraz nie ma pieniędzy na nic. Koło mnie przysiadł się jakiś pan, Sybirak, którego tak z widzenia trochę widziałam. I nie dał mi jeść, tylko opowiadał o sobie. Opowiadał tak, że właśnie został aresztowany i w Brygidkach siedział cztery miesiące. I, że został w marcu wywieziony tu, tu, tu. I powtórzył te miejsca przez które ojciec przejeżdżał. Ja mówię, “Wie pan co”, siedzieliśmy przy stole w tej restauracji na spotkaniu, ja mówię, “To ja panu powiem które”, i on mówi, “Nie pamiętam kiedy to było”. A ja mówię, “To ja panu powiem. 23 marca”, bo był z moim ojcem, tylko, że on miał szesnaście czy siedemnaście lat, a mój ojciec był moim ojcem. I wiecie co? Jechał tą samą trasą i potem mi cały czas opowiadał o swoim tym. Został jakimś profesorem na Politechnice, Pieńkowski się nazywa, a ma trzech synów lekarzy onkologów, znanych, którzy się okazują czasami… i żonę onkologa. I on mówi, że wybrali czterech młodych ludzi takich. Czterech i jego, nie był wysoki. Rosjanie. I wzięli go do wojskowej szkoły, która przygotowywała frontowych żołnierzy, nie żołnierzy, oficerów. Bo to była prawie wyższa. Był młody i cztery lata tam spędził. A potem, jak się zaczęło z Wasilewską i z tymi, tymi… [19]43, [199]4 rok, to wzięli jego do wojska i skończył pod Berlinem, ale przeżył. No i potem jak wrócił do Warszawy z tego Berlina, to powiedział, “Nie chciałem o wojsku słyszeć nic, ani słowa”, ale jednak był.
Tak. Pani Halino, jeszcze raz do pani ojca wrócimy. Jak to było, że on was odnalazł?
Ojciec siedział w strasznie ciężkim więzieniu najgorszych na świecie przestępców, rosyjskich. Rosyjskich, gdzie z południowej, mówiłam, Grecy, Turcy i pełno… Ale to zabójstwa, morderstwa, to straszne to było jak opowiadał z kim on tam był. Mimo to, że znał rosyjski… Wytrzymał to i kiedy się dogadali razem z Wasilewską, prawda rząd, to mimo to, że powiedzieli, że on będzie pochowany pod tą choinką, że nigdy stąd nie wyjdzie (tak ci pracownicy), no to on… Napisał, zupełnie nie wiedząc o niczym, napisał do tego… Ta miejscowość, bo nie wspomniałam, 42 kilometry za Worochtą, nazywało się Żabie. Ja mam teraz książkę gdzie jest, rosyjskie zmiany są, nawet Stanisławów jest zmieniony na Frankostani [Iwano-Frankiwsk - przyp. P.M.]... I on napisał do tej Anny, do której mówiłam, że chodziłam. Ona mówi, “Hanka, nie masz co robić, chodź ze mną, muszę wydoić krowy”. No i jak siedzieliśmy w tym Chwojnym, w tym… straszne życie, to ja napisałam do niej list. Może to było już jak ja byłam w tym internacie. Napisałam na strasznych kartce papieru jakimiś sadzami, bo skąd co i ani znaczków ani nic, no przecież tam… puste. I wysłałam na jej adres, ponieważ adres znałam, przecież to było koło nas. I ja napisałam do niej. A czy mój ojciec może myślał o tym gospodarzu u który myśmy mieszkały. Ale nazwisko jest to samo, Gontaruk. Ten Iwan a ona Anna. A ja napisałam do Anny. I ojciec napisał do niej, napisał do nich, do tego Gontaruka, że nie wie co się stało, że on cały czas myślał, że my jesteśmy tam na miejscu. I ona mówi, że właśnie dostała ode mnie ten list i posłała jemu adres. Otwierają się drzwi… no możecie sobie wyobrazić zdumienie nasze. Wchodzi ojciec. Jak on przyjechał jak nie miał nic. Język tylko znał rosyjski, nic więcej. No miał wtedy czterdzieści siedem czy osiem lat, no to jeszcze był taki ten. Także to było bardzo. No i potem, tak jak mówiłam, poszedł do tego urzędu i przyjęli go do pracy. I później drugi raz, na tych Niemcach powołża też dostał pracę w kancelarii. Coś tam liczył, robił im, nie wiem. Ale tam to nie tak długo, bo później, powyżej trochę roku, potem już wyjechaliśmy do chałupy, do domu. Znaczy do domu, domu nie, bo wszystko przepadło. Ale dali nam na widok dla ojca mieszkanie. I pracę dostał z powrotem tam.
No tak. Musiał być wysoko... wysoko cenionym specjalistą skoro to mieszkanie, no bo jednak nie było łatwo w tamtych czasach o mieszkanie, prawda?
A jeszcze wam powiem…
Tak.
...zupełnie z osobistej rzeczy. Ja… Strasznie mnie ciągnęły, “Przyjedź do Ameryki, przyjedź”. I ja pracowałam cztery lata dłużej niż powinnam i myślę sobie, “No tak się mnie czepiają, żeby tam pojechać, no pojadę do tej Ameryki, zobaczę co tam”. No i jak tam przyjechałam, trochę pobyłam, nie bardzo mi się to podobało, bo lekarzem być nie mogłam, bo pięć tysięcy dolarów kosztowało nostryfikacja. Skąd ja bym mogła to wziąć. Ani one miały, ona nie miała. No więc tak się [niezrozumiałe - przyp. P.M.]. A, znałam tam lekarkę, Amerykankę, i ona mówi, “Słuchaj”, któregoś dnia dzwoni do mnie, polubiłyśmy się. Ona mówi, “Słuchaj”, w Chicago, w największym szpitalu Northwestern [Northwestern Memorial Hospital - przyp. P.M.]. I ona mówi, “Słuchaj, moja przyjaciółka urodziła dziecko i nie ma z kim zostawić tego dziecka, wczoraj, a już wypisujemy ją”, ja mówię, “To ile to dziecko ma?” [materiał się zacina - przyp. P.M.], “Pięć dni”. No ja mówię, “Dobrze”, bo to akurat umiałam i mogłabym. I przyszłam, piękne bogactwo, nad samym jeziorem. No i ona mi zostawiła tego dzieciaka, bo pracowała w jakiejś firmie, wyjeżdżała do Japonii, do Chin, w ogóle robiła jakieś kombinacje. No i szóstego dnia dzwoni do mnie, bo nocowałam u siostry, dzwoni do mnie, “Słuchaj, leżę we krwii, co ja mam robić?”, a ja mówię, “Natychmiast dzwoń do swojej lekarki”, dwa kroki miała, “Natychmiast dzwoń tam, natychmiast”. Wiedziałam co, że przecież… co tam jej było. No i ona mówi, “Ale co z dzieckiem? Czy zajmiesz się?”, ja mówię, “Dobrze”. I ten dzieciak miał, ja już nie wiem czy pięć czy trzy dni, zostałam z tym jej dzieckiem i ona… Natychmiast wzięli ją do szpitala, łożysko nie całkiem odeszło, źle zrobione to. Ja mówię, “Wziąć ręczniki, wszystko co masz i do tego”. Dużo by opowiadać. A, bardzo miała przystojnego męża, młody. A ja mówię, “No ale przecież mąż jest”, ona mówi… Na drugi dzień, czy na trzeci po porodzie ja widzę walizki stoją i on znika. Wyjeżdża. Ja mówię, “Maleńkie dziecko zostawiasz i wyjeżdżasz?”, po angielsku, a on mówi, “Bo ona jest niedobra, nie chcę z nią być”. Tak się rozstali. Wiecie, przez internet ona ciągle mnie znajduje, bo ta mała to już ma sporo lat, siedemnaście, może osiemnaście, ta malutka co to…
Tak, tak. Jak długo się pani nią opiekowała?
No ja robiłam tak jakby to było moje, ale nic…
Ale to było parę dni, parę tygodni?
Nie, nie, to było trzy lata.
Trzy lata? A no to…
Ja mówię, “Jutro wyjeżdżam, nie chcę więcej”, nie chciałam…
No to jeszcze takie doświadczenie pani miała. Jeszcze bycie mamą.
Dzieci, dzieci to ubóstwiam, młode dzieci ubóstwiam, w ogóle dzieci lubię. Szkoda, że nie mogę wam pokazać tych moich chłopaków trzech. Tak przystojni. Byście pasowali do siebie. [mówiąca zwraca się do Wojciecha Paducha - przyp. P.M.] Zwłaszcza do tego najmłodszego, dwudziestoczteroletniego.
Pani Halino, chciałaby nam pani coś jeszcze powiedzieć? Nie?
Chyba za dużo nawet mówiłam.
Dzisiaj skończymy. Dziękujemy pani bardzo i może jeśli będę miała jakieś pytania to jeszcze bym jutro do pani…
Wiecie co…
...jutro czy pojutrze [niezrozumiałe - przyp. P.M.]
...ja się bardzo cieszę, bo jesteście bardzo u, bardzo przyjemni. Rozmawia mi się dobrze z wami. Nawet myślę, że za dużo gadam. Ale tak było i to są… Wiecie, całe życie moje nie było tak specjalnie, ale od czasu do czasu, zwłaszcza syn, “Napisz! Dlaczego ty nie piszesz? Ludzie piszą takie”. Niektóre książki są z Sybiru strasznie głupie.
Mhm.
Już nie mówię o tym Angliku, który się wziął za Sybiraków, za opisywanie, ale to jest… Nie wiem czy znacie to, to mam tu, ale to wyrzucę to. Także, no część z którymi jestem w kontakcie, bo mamy zebrania w Warszawie na tematy tych… No ale to podupada strasznie i co i jacyś ludzie, na przykład szef tego, do niedawna odszedł, bo zachorował, niedawno, to też nie. Poszedł do Strasburga i napisał skargę na ZUS. Odmowa.
To niezrozumiałe.
Trochę. Dlatego, że powiedzieli, że miał trzy miesiące jak go wywieźli z matką. Nawet nie wiem czy matka przeżyła. Gdzieś indziej zupełnie, bo to prezes tu z Warszawy. I wiecie, on trzy miesiące, no to wyobraźcie sobie, co to… to straszne. Każde dziecko, które było tam to nie miało nic w ogóle. Także on napisał, powiedzieli, że choroby, które on ma, nawet serce… inżynier na stanowisku, wykształcony, po studiach, ale co z tego jak im nie odpowiadał.
No tak.
Nie dostał. I część nie dostała i Kaczyński stale obiecał, że będą mieli. Bo dlaczego taka niesprawiedliwość, prawda. Że jedni dostają, no te dwie moje siostry dostały. “Kaczyński! Ty dałaś?”, ja mówię, “No ja nie, ja tylko papiery złożyłam”.
Dane o obiekcie
-
Nazwa / Tytuł
Hanna Jurewicz-Kober -
Twórca / Wytwórnia
Jurewicz-Kober, Hanna (świadek historii); Ujazdowska, Lidia (prowadzący/a rozmowę); Paduch, Wojciech (operator kamery) -
Rodzaj
-
Kategoria
-
Zakres chronologiczny
-
Zakres chronologiczny
-
Zakres chronologiczny
-
Zakres chronologiczny
-
Data wykonania
02/02/2016 -
Czas trwania
1h 19min 50sek -
Miejsce
-
Numer inwentarzowy
MHP-07-3017 -
Klasyfikacja praw autorskich
-
Permalink
Opis
Pani Hanna Jurewicz-Kober opowiada historię swojego życia, skupiając się na dramatycznych doświadczeniach zesłania na Syberię podczas II wojny światowej. Jako dziecko uczęszczała do elitarnego gimnazjum w Warszawie, a wakacje spędzała na Huculszczyźnie. W 1939 roku, z powodu wojny, nie mogła wrócić do Warszawy i trafiła z rodziną do Lwowa. Tam uczyła się w szkole prowadzonej przez zakonnice, aż do jej likwidacji przez NKWD. Jej ojciec został aresztowany i zesłany, matka popadła w depresję.
W 1941 roku całą rodzinę deportowano na Syberię, aż pod Jakuck. Podróż trwała ponad miesiąc, a warunki były skrajnie trudne. Hanna, mimo młodego wieku, musiała pracować fizycznie. Z czasem uczęszczała do szkoły, gdzie wyróżniała się zdolnościami, szczególnie w naukach ścisłych. Odmówiła przyjęcia sowieckiego obywatelstwa, co miało konsekwencje. Po wojnie z pomocą konsulatu rozpoczęła pracę w przedszkolu, sprowadziła rodzinę i powróciła do Polski.
W powojennej Polsce nie przyznano jej uprawnień kombatanckich, mimo że siostry je otrzymały. Relacja pokazuje siłę, determinację i solidarność rodzinną w nieludzkich warunkach zesłania. Na końcu opowieści Hanna podkreśla wagę pamięci o losach Sybiraków, zachęcona przez syna do spisania wspomnień.