Tragedia Górnośląska 1945 - Mediateka - Muzeum Historii Polski w Warszawie SKIP_TO
Wizyta w muzeum Przejdź do sklepu
Filmy dokumentalne
Audiovideo

Tragedia Górnośląska 1945

Fudala, Aleksandra (scenariusz i reżyseria); Szostek, Rafał (Elephant Studio) (animacja); Turula, Adam (scenariusz);

12/05/2015

Transkrypcja

Gabriel Tomczyk (deportowany): Łzy w oczach mi się wstawiają, gdy mi się to wszystko przypomina... to mi się przypomina, tak jakby to było dzisiaj.

Narrator: W lutym 1945 roku w Jałcie przywódcy koalicji antyhitlerowskiej, Stalin, Churchill i Roosevelt uzgodnili sprawy reparacji wojennych. Niemcy miały zapłacić wojenne odszkodowania w formie jednorazowej konfiskaty majątku narodowego. Koalicjanci wyrazili też zgodę, by Stalin wykorzystał niemiecką siłę roboczą do odbudowy zniszczonej wojną radzieckiej gospodarki. To właśnie w Jałcie oficjalnie zezwolono na to, co działo się później na Górnym Śląsku, uważanym przez sowietów, choć w połowie za rdzennie niemiecki. 12 stycznia 1945 roku ruszyła znad Wisły ofensywa Armii Czerwonej.

Norbert Kowolik (syn deportowanego): Nie zapomnę do końca życia jak pierwszy Rusek wjechał do placu na koniu, w białym ancugu - po niemiecku. Wlazł do mieszkania i położył na rantach i na kolano, i do ojca mówi: "Czasy ja" a ojciec nie wiedział ani co to jest, bo myśmy nie wiedzieli, ruskiego nikt nie znał. No to mu pokazał tu, no i ojciec mu przyniósł jeden. Mało, to jeszcze mamy przyniósł. To był drugi, fajniejszy. Jeszcze mało. No to lokatorka Mika Kobaliszko jeszcze leciała po trzeci i to tyle. I pojechał rusek. Przyszedł następny, znów chciał "czasy ja" a już nie było.

Antoni Wuzik (deportowany): Jak mi ten zegarek zabrał, tata siedział tam i mówi: „Towariszcz, to nie haraszo”. No bo był na tym i te parę słów umiał. I Jezus! Jak on też to powiedział, zaraz panie, za kołnierz taty, do niego: „Ty szpieg, ja cie ubiłiut”. I już z pepechą leciał i chcieli go zastrzelić na placu zaraz za to no. My wylecieli wszyscy, dzieci, mama, ciotka była, bo tam było pełna piwnica ludzi. Wylecieli i tak mnie jakoś tego tatę obronili.

Narrator: Tuż za linią frontu przesuwały się oddziały NKWD, które w ramach akcji oczyszczania tyłów zajmowały się aresztowaniem osób uznanych za wrogi element.

dr Dariusz Węgrzyn (Instytut Pamięci Narodowej Oddział w Katowicach): Na obszarach Górnego Śląska, gdzie jest to obszar pogranicza, dosłownie można było aresztować każdego. Można było każdemu zarzucić, że pewną proniemieckość, pewną postawę niemiecką, przyjęcie Volkslisty, posiadanie obywatelstwa niemieckiego. Wszystko to mogło być doskonałym pretekstem do zatrzymania tej grupy ludzi. Trzeba pamiętać, że w ramach oczyszczania tyłów tego rozkazu, o którym mówię, jednak aresztowano mniejszą część tych, których deportowano na wschód. Większość to tak zwani internowani, którzy zostali zabrani już bez żadnego powodu, bez żadnego pretekstu, tylko jako pewna masa ludzi, która była potrzebna do pracy.

Narrator: Wkraczającej na Górny Śląsk Armii Czerwonej towarzyszyły mordy, grabieże i gwałty. W Miechowicach, dzielnicy Bytomia, żołnierze sowieccy zamordowali 380 osób, w tym kobiety i dzieci. W Gliwicach 800 osób, w Boguszycach 350.

Stanisław Chrobok (syn deportowanego): Mój ojciec Maksymilian Chrobok brał udział w Kampanii Wrześniowej. Po aresztowaniu go przez Wehrmacht został zesłany do Niemiec na roboty w północnych Niemczech i potem został przeniesiony na Kopalnię Knurów, gdzie pracował jako robotnik, a później pracował w dozorze. W 1942 roku skontaktował się, nawiązał łączność z AK i brał udział w walkach z okupantem. Po przejściu frontu przez Knurów został pierwszym dyrektorem powojennym Kopalni Knurów i tym dyrektorem był niestety, ale tylko przez miesiąc, gdyż dwudziestego pierwszego w nocy żołnierze radzieccy aresztowali ojca i został zesłany do Rosji. Właściwie do północnego Kaukazu, Osetii i tam przebywał do 1947 roku.

Kornelia Karczewska (córka deportowanego): Nazywam się Karczewska Kornelia. Jestem córką Alfreda Orszulika, który w 1939 roku przez gestapo był aresztowany, dlatego że był powstańcem, brał udział w pierwszym i drugim powstaniu. Był Polakiem i patriotą.

Narrator: Równolegle sowieckie „trofiejnije komanda”, specjalne oddziały demontujące fabryki i zakłady przemysłowe wywoziły na wschód elektrownie, młyny, urządzenia, tory kolejowe, stacje telefoniczne, surowce, półfabrykaty i bydło.

dr Dariusz Węgrzyn (Instytut Pamięci Narodowej Oddział w Katowicach): Łupem [niezrozumiałe, 00:05:48] miały paść zakłady i w dużym stopniu, jak się szybko okazało, ludzie z terenu tego niemieckiego Górnego Śląska, czyli tych obszarów, które przed 1 września 1939 roku znajdowały się w obrębie Rzeszy Niemieckiej. I rzeczywiście po zajęciu tych terenów przez Armię Czerwoną przez kilkanaście tygodni ten obszar był obszarem okupowanym. Władza polska, polska administracja nie miała tam żadnego wstępu. Rozpoczął się proces demontażu i bardzo często demontażu do pnia. No i co istotne, były to rzeczywiście bardzo ważne zakłady z Bytomia, Gliwic, Zabrza, ale także nowoczesne zakłady chemiczne z Blachowni, z Cieszowic, które zostały zdemontowane do fundamentów. Potraktowane zostały jako łup sowiecki.

Agnieszka Kazior (deportowana): Te pociągi jeszcze widać było, jak z Gliwic zwozili te towary. Ludzie, co sobie stali na dworze, a w oddali tam pociąg szedł, to już chłopy mówili: „Widzicie, Huta 1 Maja jedzie”.

Narrator: Ale sowietom nie chodziło tylko o sprzęt. Równie ważna była tania siła robocza. W lutym 1945 roku w wielu miejscowościach pojawiły się obwieszczenia wzywające mężczyzn do stawienia się do prac porządkowych, mających trwać dwa tygodnie. Należało zabrać ze sobą żywność i odzież. Uchylającym się od tego rozkazu groził sąd wojenny. Wielu zgłosiło się dobrowolnie, w przekonaniu, że będą pracować przy udrażnianiu ulic. Pozostałych zatrzymano w miejscach pracy. "Gotowa". "Dawaj".

Karol Jarosz (syn deportowanego): 2 lutego Matki Boskiej Gromnicznej jak musieli się stawić koło Gacha, to było taka karczma dla „wnysza” i tam właśnie na tym zajeździe się mieli stawić. Rano na ósmą. A wieczorem, przedtem tego dnia, to przyszedł znajomy, Smiadek się nazywał, i mówi do mojego ojca: „Emil, uciekamy, bo wywiozą nas do Rusy do roboty”. No a ojciec jakoś nie był zdecydowany.

Inscenizacja: „Idika mnie!” Komm hier! Dawaj, dawaj! Alojz! Alojz, wyłaź! Pójdź że to zobaczyć! Alojz! Pójdź to zobaczyć Alojz. Wyłaź! Co mi tam tupiesz, larmo robisz? Co się stało? Chodźże, zobacz, co tam je! Co się dzieje? Chodź, chodź. Co tam pisze? Słuchoj, musisz zegowek wziąć deka. Jaką deka, daj mu chłopie jechać. Kaj tu w ogóle mnie bierom! I coś do jedzenia. Ludzie, co się tam dzieje? Na gruba. Daj na gruba! Poleku, tu jeszcze pisze: na dwa tydnie jeno. 10-15 dni. [niezrozumiałe, 00:09:02] I trzeba zarabiać chłopie, jeść. No nie wierza. Trzeba, trzeba. Od siedemnastego do pięćdziesiątego roku. A ile masz lat? No jo mam 22 lata synek! No to będziemy razem musieli isć. To musisz...

Augustyn Szołtysik (deportowany): Widzę, że jest ogłoszenie na tablicach informacyjnych na kopalni, że wszyscy od siedemnastego roku życia do pięćdziesiątego roku stawią się w tym a w tym dniu danym. Który tam był, dokładnie nie wiem. W marcu, to był początek marca. Na Kopalni Dymitrowie od godziny ósmej rano, przez cały dzień. I proszę ze sobą wziąć jakiś kocyk, coś do wyżywienia jeszcze, bo pójdziecie na jakieś roboty, ale trzeba to przestrzegać i wszyscy przyjść.

Jadwiga Dolibóg (córka deportowanego): Ojciec został wywieziony z Kopalni Bytom na roboty. Gdy się z nami żegnał, mówił: „Nie płaczcie, bo tylko na dwa tygodnie wyjeżdżam”. Tak wierzył władzom ówczesnym.

Inscenizacja:

- Poszła, dawaj. [niezrozumiałe, 00:10:30]

- Dawaj, no!

Narrator: Na obszarach nieprzemysłowych przeprowadzano obławy i łapanki na ulicach. Zatrzymanych kierowano do prowizorycznych punktów internowania, a stamtąd do obozów zbiorczych w Łabędach, Oświęcimiu, Knurowie, Bytomiu, Mysłowicach, Katowicach i Zawierciu, gdzie po przesłuchaniach dokonywano selekcji według zawodu i przydatności do pracy.

Inscenizacja: - Dokumenty twoje. - Dokumenty. - Nie mam dokumentów. - Do roboty ja nie wziął dokumentów, w doma zostało wszystko.

Kornelia Karczewska (córka deportowanego): Po kilku dniach widzę, że przez naszą wioskę Bełk prowadzą całą grupę jeńców. Było ich gdzieś 80 do 100 osób. Ja jako dziecko dowiedziawszy się o tym pobiegłam, bo ojciec niedaleko naszego domu rzucił obrączkę. tam i znajomi nam przyszli powiedzieć. Więc pobiegłam i ojciec wyciąga ręce i prosi o chleb. Nie mieliśmy. Nie miałam.

ks. prałat Werner Szygula (syn deportowanego): Z Toszka, ze szpitala psychiatrycznego, gdzie byli skoszarowani, szli pieszo do Łabęd, Gliwic. Z Łabęd wywieziono ich na wschód.

Inscenizacja:

- Kak vas zovut? Kak vas zovut!

- Nic nie rozumiem, nie wiem, o co mnie pytacie.

- Zamknij pysk baranie.

- Twoje imię.

- Panie oficerze, ja jest Ślązok.

- Nazywam się Alojzy Żymła. Mieszkam w Radzionkowie, Ślązok.

Stefan Steller (syn deportowanego): Całe więzienie katowickie przy ulicy Mikołowskiej było właściwie w rękach NKWD.

Norbert Kowolik (syn deportowanego): Ja bym to teraz jeszcze widział, jak tego ojca tam cała nasza wieś obserwowała wszystkich tych, których wyprowadzali ze wsi. Myślę, że tu wkoło naszych sąsiednich wsiach, każdy co jest w moim wieku albo bo szli i starsi na pewno, by mógł to samo opowiadać, co ja dzisiaj tu opowiadam.

Inscenizacja:

- Chto ty delayesh?

- Alojzy Żymła i mieszkam...

- Chto ty delayesh?!

- Twój zawód baranie! Szto robisz?

- Na grubie robio. Na grubie robio, żeście mnie wzięli żech szedł akurat. Staszek szedł ze mną, ojciec.

- Sztoj tam robisz?

- To znaczy, ja Ślązok żech jest. Ślązok, Alojzy Żymła, ślązok z Radzionkowa.

- To vse ravno.

- Pishite.

- Pishite to da.

- Panie oficerze! Ja nic nie zrobił, panie oficerze! Jestem niewinny, panie oficerze!

bp Jan Wieczorek (syn deportowanego): Ci, którzy zostali jak gdyby zarejestrowani do wywózki, no to stracili się, jak to się mówiło na Śląsku. Nie było ich.

Gabriel Tomczyk (deportowany): Okazało się, że jedziemy do Związku Radzieckiego, ale nie powiedzieli nam dokładnie gdzie, co, jak, dlaczego. Człowiek ile miał, tyle miał ze sobą do jedzenia i nie dawali nam nic długi czas. 24 godziny o głodzie.

Augustyn Szołtysik (deportowany): Do każdego wagonu, takiego jak tu widzę, ino dłuższy, po 45 ludzi wkładali. No to tak myślę, mieli miejsce i tak my se usiądli na te bale tam i tak jakoś w nocy się trochę przespało. No i w nocy ruszył ten pociąg.

Antoni Wuzik (deportowany): Jako ubikacja to było korytko tylko takie zrobione, korytko i stała taka deska jeszcze, kawałek deski, takiej łopaty i to była nasza oborna, co się tam chodziło do ustępu. Boże, człowiek się pierwszy raz wstydził, bo takie młode chłopcy, tu byli starsi i już było trzeba się rozbierać i tam robić no. Jak my tak jechali po tygodniu, ja się patrzę, a ci starsi panowie, już doświadczeni troszkę, rozbierają się. I każdy panie puczy wszy. Gdzie ja się tu dostał do takiej wszorzy, jak to z nimi jechać. No ale na razie, że się nie rozbierał, ale na drugi dzień, że się też, bo tu już tak ładne maciorki chodzą no. I tak my to puczyli, gnietli, aż do oczu szprycował. Tylko żartem troszkę mówiąc, to też było dobrze te wszy, bo człowiek się musiał stale ruszać, a przez tarcie to się ciepło wytwarzało się troszkę, no to się tak ogrzewało tym no. Zresztą, tak my byli napchani w tym wagonie na tych pryczach, że jeden jakby się chciał znaczkiem położyć, to się nie położył. Albo wszyscy w lewo, albo wszyscy w prawo.

Gabriel Tomczyk (deportowany): Umierali, bo musieli umierać z głodu. To było plaga.

Augustyn Szołtysik (deportowany): Trwało tego może z 12 dni, nie, to my zajechali tam na ten Donbas, to myśmy widzieli, jak my jechali, tamte małe szybki, te szyby takie. Bo czeka nas robota niedługo.

Antoni Wuzik (deportowany): Po trzech tygodniach, gdzieś tysiąc kilometrów za Moskwą, miasto Kazań, taki jest tam na północy. No tam my mieli po tych trzech tygodniach pierwszą kąpiel.

Narrator: Deportowani Górnoślązacy trafili do łagrów, rozlokowanych na obszarze całego Związku Sowieckiego. Największą grupę zesłano do obozów pracy na Ukrainie, Syberii oraz w Kazachstanie. Innych wywieziono do Rosji, Turkmenii, Gruzji i na Białoruś. Najdalej położone były łagry na Kamczatce.

Augustyn Szołtysik (deportowany): Doszliśmy do tego naszego domu tam. Do tego łagru, co to tam miał być. Nie był to taki barak niski, jak tu widzę. Był to duży dom. Fajny kiedyś musiał być ten dom, tak że była na dole taka sala, dziesięć na może sześć szeroka i na piętrze tak samo. Taki duży fajny dom. I my przed tym domem wysiedli na tę łąkę i patrzelimy, nie, na ten dom. Co widziałem? W oknach widziałem pełno szczurów. To, no zaciekawiło. A to będzie piękne mieszkanie ze szczurami.

Antoni Wuzik (deportowany): My byliśmy 24 godziny pod karabinem. I w robocie, i w tym, i obóz był otoczony płotem wyższym i tu potem był zaś w środku mniejszy płot, takie słupki i żerdzie takie były i między tym przestrzeń gdzieś półtora metra była między jednym a tym i tam było codziennie ryte. Tam tak samo było na tym wysokie napięcie - 500 wolt.

Narrator: Baraki nie miały okien. Osadzeni spali na półtorametrowych drewnianych pryczach w osiem osób, bez sienników. Nie było wody ani toalet. Był za to głód.

Karol Jarosz (syn deportowanego): Pracowali tam w kamieniołomach. Temperatura była odpowiednia i dali im tylko litr wody dziennie do pracy tam. Zupy to swoją drogą, ale ta temperatura powodowała, że ten litr wody właściwie starczał na krótko. A to było nad samym morzem. To co oni robili? Z pragnienia pili tę morską wodę.

Alojzy Hadam (deportowany): Jak my dostali 500 gram chleba, to było taki kawałek i to jest jakby glina, nie chleb. To to z jęczmienia było chyba pieczone. No to jakby to zjadł no roz wszystko, nie, to po jedzeniu to głód niesamowity, tak samo jak przedtem. To nic nie dało. Trzeba było się dzielić tym kawałkiem. Tak dzielić, żeby to starczyło na cały dzień, te 500 gram.

Antoni Wuzik (deportowany): Na czerwonkę zachorowałem i poszedłem też to szpitala, to byłem trzy dni, wytrzymałem i wolałem się wypisać, bo tam było tak tych ludzi napchane, i co było ciekawe, no choćbyś najlepsze jedzenie mieli, takie opuchnięci byli. Każdy jeden panie dostał z tym do głowy, tak że no jak wariaty się zachowywali ci ludzie, no ale to było z tego głodu wszystkiego, no i ta opuchlizna była z głodu.

Narrator: Deportowanych zatrudniono w przemyśle wydobywczym, metalurgicznym, zbrojeniowym, budowlanym, drzewnym, naftowym, w kopalniach torfu, kamieniołomach i w rolnictwie.

Agnieszka Kazior (deportowana): Te pierwsze miesiąc czy dwa miesiące robiłam w piekarni. No to za fartuch się zawsze zwinęło: bułka, ser, chleba kawałek albo bułka, bo bułek tak nie było, ale chleb... My wychodzili z piekarni, to mówi, a ona też po niemiecku przecież umie, nie. [niezrozumiałe, 00:23:08] powiedzieć co to. Nic – ja mówię – fartuch mam przecież. Widzisz, że idę bez fartucha, nie, a musi być czysty. To my też cyganili, a ta miała chleb spakowany.

Augustyn Szołtysik (deportowany): Do roboty chodziliśmy tak: ustawiliśmy się i po każdej stronie było wojsko. Wojsko albo tam cywile, ale mieli te karabiny, nie. Tak maszerowali z nami do kopalni i brali nas z powrotem do łagru. Tak że uciec nie szło, drogą nie szło uciec. Najwyżej jak komuś się udało, to jak do kopalni zaprowadzili w nocy, no to tam się umiał ktoś oderwać, ale gdzie tu iść, nie. No ale byli odważniacy, co poszli, uciekli, stracili nam się. Rano brakuje tam powiedzmy dwóch, trzech.

Prowadzący wywiad: Ale wrócili do domu?

Augustyn Szołtysik (deportowany): Nie, oni niedaleko uszli i złapali ich. Złapali ich i poszli do innego łagru.

Gabriel Tomczyk (deportowany): Ciężko było, źle było. Roboty było dosyć, ale zysku nie było, żeby tam jeść, raz pojeść i koniec.

Augustyn Szołtysik (deportowany): Jak przyszło lato po tym strasznym, ludzie dostawali ten dur brzuszny i to kładło tych ludzi. Tak że widziałem jak do takiego baraku... przy tym naszym baraku była taka szopka, tam składali tych trupów i to prawie że co dwa dni tak wywozili na takiej furce, gdzieś tam chowali to. Tak że podczas tego lata sporo ludzi umarło.

Antoni Wuzik (deportowany): Wszystko w lesie chowane i nie było tak, żeby były masowe groby, jeden koło drugiego, tylko raz tu, raz tam, chyba żeby to i dużo zwierzątek też zjadło tych nieboszczyków.

Narrator: Również ofiarami deportacji były tysiące śląskich rodzin. Rodziny nie wiedziały, jaki los spotkał ich najbliższych.

Norbert Kowolik (syn deportowanego): My właściwie wiadomości żadnej nie mieli, tylko jakiś gość uciekł chyba z tego łagru albo [niezrozumiałe, 00:25:35] i taką kartkę, pamiętam jak dziś, że się tu wyrwano, tam było kawałeczek i ten gość co tam to przyniósł, pamiętam jak dziś, miał to wszyte w ubraniu, bo oni kontrolowali, czy nie przenoszą jakiś niedozwolonych rzeczy i potem u nas to wyjmował tam. To była taka mała kartelusia mała. Ojciec jeno napisał, że żyje i że dobrze się czuje. Naturalnie nie chciał zmartwić nikogo i to było wszystko. Podpisał się tam „tata wasz” i to było wszystko.

Karol Szyndzielorz (syn deportowanego): Pierwsza właściwie wiadomość o losie ojca dotarła do nas gdzieś dwa lata później, gdzie jego koledzy z Koźla mówili: „Franz już nie żyje”. Co się okazało, że w tych ziemiankach w Kemerowie, w których bytowali Ślązacy, rano wynosili trupy. Oczywiście nie było żadnej identyfikacji, kto, co i tak dalej. Po prostu kolejni ludzie ginęli z głodu, choroby i tak dalej. Mieliśmy żałobę w rodzinie. Tylko babcia, Julia Szyndzielorz powiedziała: „Franz żyje”. I było milczenie przez wiele, wiele miesięcy.

Narrator: Brak potwierdzenia śmierci w obozie pracy pozbawiał rodziny sierocych rent. Dzieci deportowanych nie chodziły do szkół, nie miały butów, żebrały na ulicach.

Stefan Steller (syn deportowanego): Mama początkowo pożyczała i sprzedawała różne rzeczy, żeby jakoś przeżyć. Dużo było znajomych, którzy polowali na mieszkania. Myśleli, że im się uda, no ale jakoś przeszło to i ojciec siedział 20 miesięcy na Syberii.

Cecylia Hajduk (córka deportowanego): Mama to potem opowiadała, jak ojciec wyjechał, codziennie się modliła, śpiewała codziennie taką pieśń... jaka to była...? „Wszystka moja nadzieja uboga żywego. Nie boję się nieszczęścia, ni smutku żadnego. Bóg zasmuci, Bóg pocieszy, bo jest panem wszystkich rzeczy” i tak dalej. To było okropne. Jak dzisiaj jeszcze wspominamy z rodzeństwem, to wszyscy płaczemy.

Narrator: Masowa wywózka mężczyzn była również przyczyną poważnych trudności górnośląskiego przemysłu. Brakowało siły roboczej.

Stanisław Chrobok (syn deportowanego): Bezpośrednio po aresztowaniu ojca, Rada Zakładowa Kopalni w Knurowie wysłała do wojewody śląskiego pismo z prośbą o anulowanie ze zsyłki, prawda, i zezwolenie ojcu na dalszą pracę w Kopalni Knurów. Niestety nie przyniosło to żadnego pozytywnego skutku.

Narrator: Dokładną listę wywiezionych na wschód próbowano sporządzić kilkakrotnie, już po raz pierwszy na zlecenie śląskich władz wojewódzkich w 1945 roku. Zgromadzono wówczas około 25 tysięcy nazwisk.

ks. prałat Werner Szygula (syn deportowanego): Ojciec był na Ukrainie albo w Dniepropetrowsku, albo koło Dniepropetrowska. Stamtąd próbował uciec. Złapano go, pobito dosyć dotkliwie, co go bardzo osłabiło. W lipcu 1945 roku część internowanych przywieziono do Krakowa i puszczono wolno. Niestety, nie dano im żadnych dokumentów. Idąc do domu został ponownie uwięziony, prawdopodobnie przez wojska, czy innych funkcjonariuszy radzieckich. Dostał się do Oświęcimia. Moja mama dowiedziawszy się o osadzeniu w Oświęcimiu, napisała prośbę o zwolnienie. Prośba została potwierdzona przez władze lokalne. Niestety ta prośba została napisana za późno, ale mama nie wiedziała o tym, że ojciec mój już 12 sierpnia 1945 roku umarł. Treść tego pisma jest następująca: „Niniejszym zwracam się jako żona Krystyna Szyguła do zarządu komendy obozu pracy w Oświęcimiu. Jestem żoną mego męża i mam siedmioro dzieci na swoim utrzymaniu. Mąż mój jest cieślą i pracował tak, ażeby swoją rodzinę jak najlepiej wyżywić i wychować i tak upraszam komendę o łaskę i o zwolnienie mego męża. Toszek, dnia 14 sierpnia 1945 roku. Podpisana Szygula Krystyna”.

Narrator: Liczbę deportowanych próbował ustalić Polski Związek Zachodni. Spis uwzględniający jedynie osoby zatrudnione w górnictwie przedstawił też Centralny Zarząd Przemysłu Węglowego. Znalazło się na nim 9877 nazwisk.

dr Dariusz Węgrzyn (Instytut Pamięci Narodowej Oddział w Katowicach): Zamiar był taki, żeby stworzyć pewną listę imienną, by następnie imiennie zwrócić się do władz sowieckich o powrót tych ludzi. Udało się to tylko w przypadku tak naprawdę przemysłu węglowego. Centralny Zarząd Przemysłu Węglowego stworzył taką listę. Wydrukował ją nawet w formie książkowej. Było to ponad 9 tysięcy nazwisk, o których powrót władze polskie podjęły starania i rzeczywiście mamy odbicie tych starań w aktach Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Strona sowiecka jednak tak naprawdę, tak próbujemy analizować, jaki był odzew tej akcji i tak stosowała inną zasadę dla siebie najkorzystniejszą. To znaczy, z obozu zwalniano tych ludzi, którzy się do pracy nie nadawali i to był jedyny klucz zwalniania ludzi z obozu, a nie żadne akcje organizowane przez tutejsze czynniki administracyjne i przemysłu węglowego, czy też Polskiego Związku Zachodniego.

Narrator: Latem 1945 roku deportowani powoli wracali na Śląsk. Powroty trwały do lat 50. W pierwszej kolejności wracali chorzy i niezdolni do pracy.

Stefan Steller (syn deportowanego): Któregoś dnia rano, było to wolne, ze swojego pokoju wyjrzałem, no i zobaczyłem, że wchodzi ojciec, ale otwierał mu lokator, tak że trochę był ojciec speszony i dopiero zawołałem na ojca, i żeby spokojnie wszedł. No i oczywiście było bez... przywitanie bez słów, bo słowa nie potrzebne były wtedy.

Karol Szyndzielorz (syn deportowanego): Był rok chyba 1948, czyli trzy lata od momentu wzięcia go na wdyby, na Sybir, pojawił się w Rajskiej Wsi. Pamiętam tę scenę jak dziś, człowiek, no i w ubraniu, w łachmanach, i w takich dużych butach, za dużych. Takie z demobilu amerykańskiego. I to był ojciec. Przede wszystkim był opuchnięty. Ta opuchlizna głodowa nie minęła, mimo że minęło już tyle miesięcy od jego transportu z Kemerowa, aż do Niemiec. Ta opuchlizna głodowa nie mijała.

bp Jan Wieczorek (syn deportowanego): Powrót taty był dosyć taki zaskakujący. Pamiętajmy, że to był czas bezpośrednio powojenny, a myśmy byli w terenie przygranicznym, blisko zresztą Częstochowy. Przyszedł pan wieczorem, ciemno było, puka, że chce wejść do środka. Myśmy mięli drzwi zamknięte, mamy nie było, no więc tego pana żeśmy nie wpuścili. Przyszła mama, no i oczywiście płacz przed drzwiami, bo poznała tatę oczywiście, ale gdy go zobaczyła tak wychudzonego, no rozpacz jakaś się wtedy ukazała. No myśmy też dopiero wtedy przyjęli do wiadomości, że to jest tato. Wtedy przypomniała mi się sytuacja, może nie tyle wtedy, ale znałem to już z historii biblijnej, a potem to jeszcze bardziej mi się utrwaliło, gdy dziś czytam właśnie słowa Ewangelii: „Przyszedł do swoich, a swoi go nie przyjęli”. No to właśnie widziałem tego ojca.

Cecylia Hajduk (córka deportowanego): Ojciec jakoś trzymał się jeszcze na nogach. Za pół roku był wyjazd, no to miał wyjechać, ale strasznie było ciężko zostawić brata, bo brat to już był na wykończeniu, już się nie nadawał do powrotu. Chciał z nim zostać, ale brat mu powiedział: „Jedź, jedź chociaż ty. Zostanie przynajmniej jedna wdowa, a nie dwie”. No i przyjechał. Pojechał młody, zdrowy, silny, a wrócił wycieńczony, wyniszczony, skóra i kości, zawszony. Coś strasznego. Rodzina go nie umiała rozpoznać.

Jadwiga Dolibóg (córka deportowanego): Wujek nam opowiadał, że ojciec był tak wycieńczony, tylko skóra i kości, że nie było możliwości, żeby go zabrać i chociaż nie chciał z nim przyjechać, nie chciał odjeżdżać, to ojciec po prostu go zmusił. Mówi: „Jedź do domu, bo ja i tak już umrę, ja nie wrócę. Jestem tak wycieńczony, tak słaby i chory, że widocznie jest wolą Bożą, żebym tu pozostał”.

Narrator: Ci, którzy zdołali wrócić do domów, byli szykanowani i zmuszani do milczenia. O deportacjach nie wolno było rozmawiać publicznie. Tematu tego nie poruszano nawet w rozmowach z najbliższymi.

Karol Jarosz (syn deportowanego): Od mojej żony wujek, po latach, jak już był umierający, to on mi kiedyś mówił, jak jechałem z nim, to mówił: „Wiesz, ja w tym obozie był i też sanitariuszem tam był. Co prawda nie widziałem ojca tam, ale ktoś mu tam właśnie powiedział, że Emil zmarł”. Ja mówię do wujka: „Wujek, słuchaj no”, to było dobre trzydzieści lat po, „dlaczegoż to nigdy nie powiedział?”. A on do mnie mówi: „Wiesz, jak nas stamtąd potem wywieźli najpierw na Sybir i tam potem, po dwóch latach wrócił, to tamci mu powiedzieli z KGB: „Pamiętaj, to co tam widziałeś, to właściwie nic nikomu nie mów, bo my cię znajdziemy, choćbyś tam w Afryce gdzieś w buszu siedział, to my cię tam znajdziemy”.

bp Jan Wieczorek (syn deportowanego): Jako dzieci nie byliśmy wtajemniczani. Tak, może to nieładnie brzmi, podsłuchiwaliśmy, jak mama rozmawiała z tatą na te tematy i wiem, że mama płakała, tato płakał, ale do nas to nie docierało. Gdy tak dorastałem, potem stawiałem ojcu pytania na ten temat. Był bardzo oszczędny, a gdy zaczął mówić tylko, gdzie był, to zaczął płakać.

Stanisław Chrobok (syn deportowanego): Po powrocie ojca do domu, ojciec był w jakiś sposób szykanowany przez UB. Nawet powiem, że miał swojego opiekuna, który go ciągle obserwował, ciągle za nim chodził. Był kilkakrotnie przesłuchiwany i aresztowany przez UB.

Narrator: Dopiero przełom 1989 roku pozwolił na upamiętnienie ofiar. Dla wielu rodzin pierwszym potwierdzeniem wywózki ich najbliższych na wschód było opublikowanie w tygodniku Górnik spisu polskich obywateli, górników wywiezionych z początkiem 1945 roku z terenu Górnego i Opolskiego Śląska. Śledztwo w tej sprawie podjęła Okręgowa Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach, a później Instytut Pamięci Narodowej.

ks. prałat Werner Szygula (syn deportowanego): Nigdy nie czułem nienawiści do nikogo, a potem już jako człowiek dojrzały, a potem zwłaszcza jako ksiądz, nigdy nie głosiłem odwetu, zemsty, bo wiem, że to jest po pierwsze niechrześcijańskie, a po drugie, jeżeli człowiek zajmuje postawę odwetu, zemsty, na pewno oprócz tego, że postępuje w sposób niechrystusowy, również niszczy samego siebie.

Narrator: Pamięci deportowanych poświęcono tablicę w Zbrosławicach, Katowicach, Błotnicy Strzeleckiej, Bytomiu, Suchej Górze oraz w Doniecku. W Knurowie powstało pierwsze stowarzyszenie zrzeszające rodziny deportowanych. Dopiero 70 lat od tamtych wydarzeń w Radzionkowie uruchomiono Centrum Dokumentacji Deportacji Górnoślązaków do Związku Sowieckiego w 1945 roku. Mimo tylu badań wciąż bez odpowiedzi pozostaje pytanie, ilu dokładnie Górnoślązaków trafiło na wschód. Na pewno było ich nie mniej niż 30 tysięcy, ale liczba ta może oscylować nawet w granicach 50 tysięcy osób. Była to najdłużej przemilczana tragedia w powojennej historii Polski.

bp Jan Wieczorek (syn deportowanego): Ojciec się dopiero otworzył i więcej mi powiedział, gdy zostałem księdzem. Wtedy żeśmy trochę sobie na te tematy porozmawiali, ale zawsze zastrzegał: „Nie mów tego na zewnątrz”.

Dane o obiekcie

Opis

Film porusza temat wywózek i wysiedleń ludności z obszaru Górnego Śląska do ZSRR. Dokument, w reżyserii Aleksandry Fudali i Adama Turuli, opatrzony jest historycznym komentarzem lektora-narratora, który przedstawia kulisy i genezę deportacji. Najważniejszym elementem i jednocześnie walorem filmu, który jest owocem prawie dziesięcioletniej pracy, są zarejestrowane wypowiedzi świadków i ofiar deportacji, a także najbliższych członków ich rodzin. Przejmujące świadectwa dają wyobrażenie o skali nie uzasadnionej już działaniami wojennymi zbrodni dokonanej na bezbronnej ludności cywilnej. Ze wszystkich wypowiedzi przebija głębokie poczucie krzywdy, trwająca od dziesiątek lat trauma obciążona powszechną zmową milczenia. Dopiero przełom roku 1989 oraz śledztwa IPN sprawiły, że przywracana jest powszechna pamięć o najdłużej przemilczanej polskiej tragedii po roku 1945.

Powiązane Materiały