Wielka emigracja Rosjan do Polski
Muzeum Historii Polski (producent);
02/02/2023
Klasyfikacja praw autorskich
Transkrypcja
[00:00] [Prowadzący] Dlaczego po zwycięstwie rewolucji bolszewickiej dziesiątki tysięcy Rosjan uciekło do Polski? Co było wśród nich silniejsze? Strach przed bolszewizmem czy może poczucie wyższości wobec Polaków? Kim właściwie byli ludzie, którzy stworzyli jedną z najbardziej niezwykłych mniejszości jakie zamieszkiwały terytorium II Rzeczpospolitej? I dlaczego tak trudno byłoby bez nich napisać historię relacji polsko-rosyjskich? Porozmawiajmy.
Podcast Muzeum Historii Polski. Nazywam się Michał Przeperski i zapraszam.
Moim gościem jest dzisiaj dr Wojciech Stanisławski z Muzeum Historii Polski. Dzień dobry Wojtku.
[Gość] Dzień dobry.
[Prowadzący] Polska może się kojarzyć jako kraj emigracyjny tzn. taki kraj z którego się wyjeżdża. Wielka Emigracja w XIX wieku, emigracja wywołana II wojną światową, emigracja lat 80. Ale nie zawsze tak było. Polska była również krajem do którego emigranci przyjeżdżali, w którym się osiedlali. Taki niezwykły przykład to Rosjanie, którzy uciekali z Rosji po Rosji carskiej. Chciałbym, żebyśmy dzisiaj o nich porozmawiali. Co to właściwie byli za ludzie?
[Gość] To była cała Rosja. To była druga Rosja. Cieszę się, że możemy o nich rozmawiać. Trzeba się zastrzec, że rzeczywiście termin Wielka Emigracja, który padł, może być użyty też w stosunku do tych egzulów, uchodźców, emigrantów, tu te granice są mocno płynne. Zwykle mówimy emigrant o kimś kto podejmuje świadomie decyzje o wyjeździe z przyczyn wyższych nazwijmy to, albo ekonomicznych. Tu tych motywacji było bez liku jak za chwile powiemy. Ale rzeczywiście można powiedzieć o wielkiej emigracji rosyjskiej. Zresztą takie nawiązania się pojawiały i takie odkrywanie zdumiewających dla nas paralelizmów między emigracją polską po powstaniu listopadowym, a rosyjską po rewolucji bolszewickiej w Polsce się pojawiały. Ale do tego dojdziemy. Natomiast rzeczywiście było tak, że no cóż Rosja jest wielka i wielkie i straszne rzeczy się w niej działy od roku 17 do połowy lat 20., kiedy granice zostaną przez bolszewików usztywnione. I z Rosji uciekano, emigrowano, tworzono rządy emigracyjne, wszystko co możliwe, we wszystkich kierunkach. Więc rzeczywiście, nie będziemy już teraz wchodzili w wieki wcześniejsze, gdzie też zdarzali się uchodźcy z Rosji, uciekinierzy i to bardzo malowniczy jak nie kniaź Kurbski, który zakłada pierwsze drukarnie, później czmycha przed Iwanem Groźnym, to Włodzimierz Ilicz, który przecież o Szwajcarię się oparł i cała plejada rewolucjonistów XIX wieku. Ale mimo wszystko to były jednostki, grupki, środowiska. W latach rewolucji bolszewickiej i następującej po niej wojnie domowej, z Rosji, jak się ostrożnie szacuje, granice Rosji opuszcza od 2 do 3,5 miliona ludzi, we, rzeczywiście, wszelkich możliwych kierunkach, poza może kołem podbiegunowym. Stąd mamy emigrantów rosyjskich we wszystkich krajach ościennych, nazwijmy to, od Finlandii po San Francisco. A część z nich po dramatycznych losach, które znów mogłyby być, zresztą były kanwą wielu powieści, trafia w miejsca jeszcze bardziej nieoczekiwane. Co znowu nam się kojarzy z naszą Wielką Emigracją i Polakami na Haiti. Na przykład grupa kozaków, biedaków z armii Wrangla przepłynęła parostatkami do Konstantynopola, tam zwerbowana do Legii Cudzoziemskiej, trafiła z kolei do Maroka, gdzie wykrwawiała się, to było w latach 30., w walkach przeciwko plemionom tubylczym kabylskim, rozpoczynających rewoltę przeciwko Francji. Więc gdybyśmy tworzyli atlas rozproszenia, to trudno byłoby znaleźć pewnie kraj na ziemi, gdzie by nie trafiły odpryski tej wielkiej migracji, ale naturalnie główne nurty to, mimo wszystko, Europa, Stany Zjednoczone w drugiej kolejności, bardziej kolejne fale już po II wojnie światowej, o tym może też zdążymy powiedzieć. Natomiast ta pierwsza, jak to się przyjęło w emigracjologii rosyjskiej mówić, pierwsza fala – pierwaja wolna, największa, najliczniejsza, najbardziej złożona, zmieszana politycznie, etnicznie, demograficznie, emigracji rosyjskiej trafia jednak przede wszystkim do krajów europejskich. Rywalizują o ten prymat, o tę rolę stolicy białej emigracji Berlin i Paryż. Bardzo znaczące na tej mapie, wśród gwiazd drugiej wielkości, są Praga czeska, Belgrad, Sofia, Ryga. Ale myślę, że jeślibyśmy choćby wędrowali wyliczanką stolicami tych krajów ościennych, krajów limitrofów, jak mówili Rosjanie, to gdzieś między Belgradem, Sofią, a Rygą, na pewno w pierwszej dziesiątce, myślę, że w pierwszej siódemce miast znalazłaby się Warszawa. I, już kończę, jedna rzecz [05:00] to waga liczebna, druga rzecz to waga nazwijmy to polityczna czy kulturowa. To rozróżnienie też trzeba będzie później wprowadzić, doprecyzować. Ale liczebnie na pewno Polska mieści się, wręcz powiedziałbym, II Rzeczpospolita, mieści się w pierwszej piątce. Ocenia się, że trafiło do niej kilkaset tysięcy emigrantów.
[Prowadzący] No dobrze. Zobaczyliśmy zatem emigrację rosyjską na szerszym planie. Zróbmy teraz taki zoom na II Rzeczpospolitą i przyjrzyjmy się tej społeczności, jej problemom. Co to właściwie byli za ludzie? To pytanie zadam jeszcze raz. Bo powiedziałeś o tym, że byli to ludzie w jakimś sensie wszelacy i tacy, którymi powodowały motywacje polityczne czy one dominowały?
[Gość] Tak. Emigracja rosyjska w Polsce jest swoista w pewien sposób, ale ma też wiele cech wspólnych z całym tym nurtem czy stopem emigracji rosyjskiej pierwszej fali. Czyli to są ludzie mocno motywowani politycznie, albo żywiący nadzieję na działalność i obalenie bolszewików z zagranicy, albo po prostu ratujący głowy, albo ratujący, bo i tak było, swobodę pióra, przekonani, że mogą tworzyć i działać tylko za granicą. Więc mniejsze zabarwienie literackie, ale wśród zabarwień politycznych znajdziemy w Polsce wszystkich - od twardych monarchistów, zresztą podzielonych między uznanie dla kilku pretendentów do tronu, ale od twardych monarchistów, przez konstytucyjnych demokratów, czyli „kadetów”, przez rewolucjonistów, eserów, terrorystów, aż po najbardziej egzotyczne prądy polityczne, nurty polityczne, które pojawiły się na emigracji już lat 30., czyli tak egzotycznie brzmiące jak rosyjscy faszyści, albo młodo-rosi, albo eurazjaci, oni również byli politycznie reprezentowani. Ale nie chcę ograniczyć tego do polityki, bo tak naprawdę emigracja rosyjska w Polsce, to są także chłopi, którzy salwują się ucieczką po prostu przez granice, mimo wszelkich rygorów i sowieckich i polskich, granicę jednak pół-przepuszczalną, co najmniej do połowy lat 20. I boję się, że tu muszę powiedzieć jeszcze jedną rzecz. Wyzwaniem dla badaczy emigracji rosyjskiej w Polsce, do których próbuję się zaliczać, jest to, że sprawa nie jest tak czysta i tak oczywista jak w przypadku Szwajcarii czy Francji, gdzie dotąd Rosjan nie widziano, albo w najlepszym razie jakichś arystokratów na riwierze spędzających czas letni. Rosjanie w granicach II Rzeczpospolitej, kiedy te granice już się po dramatach lat 14-21 ukształtowały, po pierwsze, byli Rosjanie którzy jednak przez cały czas tu mieszkali, którzy w czasie wielkiej ewakuacji w 1916 roku nie wyjechali do Rosji, tylko zostali w swoich majątkach. I oni komentowali tę sytuację, jako pierwszy to powiedział taki zapomniany pisarz rosyjski z Wołynia, ale za nim powtarzało to wielu innych : „… ja nie napustiju mojej rodnej kraju, on od mienia ujechaly??” – ja nie opuściłem swojej ojczyzny, to ona ode mnie wyjechała. Trochę analogicznie do Polaków w Wilnie, którzy nagle ocknęli się w 45 roku w Wilnie, które już nie było polskie. To są losy tych, którzy mieszkali w majątku na Wołyniu, albo wręcz robili karierę w Warszawie, może nie tę karierę wysokiego szczebla, bo ci rzeczywiście opuścili Warszawę, jak zaczęły grzmieć niemieckie armaty, ale jakiś skromny poczmistrz czy szewc jak najbardziej zostawał na miejscu i mieszkał w Warszawie, która już nie była rosyjska. Więc to jest jedna złożoność, która każe nam rozróżniać między Rosjanami będącymi mniejszością narodową, a Rosjanami emigrantami. A druga delikatność, żeby sprawy jeszcze bardziej zawikłać, ale bez tego ta rozmowa nie miała by pieprzu, to ta, że przecież narodowości, zwłaszcza w Europie Wschodniej, w tym czasie dopiero się krystalizują. Od końca XIX wieku na ziemiach proto-ukraińskich nazwijmy to delikatnie, to znaczy południowo-rosyjskich, Rosja carska usiłuje otamowywać rodzący się ruch narodowo-ukraiński za pomocą twardych represji, ale też za pomocą sugerowania tym ludziom z budzącą się świadomością ukraińską, że „wy tak naprawdę jesteście mało-rosjanami. Fajny jest ten wasz dialekt, ale cały czas pozostajecie taką mniejszością mało-rosyjską. Taką lokalną odmiennością w wielkim nurcie narodu rosyjskiego.” To przekonanie, ta orientacja nazwijmy to, to bardziej w Galicji została nazwana moskalofilską, ale rzeczywiście tego rodzaju struktury cerkiewne, społeczne ludzi, których byśmy dzisiaj określili jako posiadających narodowość ukraińską, którzy deklarowali się jako ruski liudi, a w spisach powszechnych II Rzeczpospolitej - Rosjanie, też było kilkaset tysięcy. Tym bardziej to zjawisko miało [10:00] miejsce w przypadku obywateli II Rzeczpospolitej, których dzisiaj nazywalibyśmy Białorusinami. I którzy pewnie demograficznie, językowo byli Białorusinami, ale ponieważ nie był to wówczas szczególnie popularny koncept polityczny, to deklarowali się jako ruski liudi, po prostu „piszę cyrylicą, jeśli piszę, modlę się w cerkwi prawosławnej, a zatem jestem ruski czolowiek, to proste”. I oni w jakiś sposób tworzyli niezbyt dynamiczny, ale pewien potencjał mniejszości rosyjskiej w Polsce. A żeby sprawę skomplikować jeszcze bardziej, obiecuję, że to już ostatnia zakraweczka, są Rosjanie, którzy fizycznie nie opuścili ziem należących do II RP, jak to mówię mieszkali sobie w dworku na Wołyniu, ale żeby podkreślić swoją niezgodę na po pierwsze upadek caratu, a po drugie na nastanie jakiejś Polszy dookoła ich dworku, deklarowali się jako emigranci, rezygnując dobrowolnie ze statusu obywatela RP, który im się należał jako komuś mieszkającemu z dziada pradziada. Innymi słowy, nie każdy Rosjanin, który deklaruje się jako emigrant rzeczywiście jest emigrantem i nie każdy kto deklaruje się jako Rosjanin jest Rosjaninem. I musimy niestety mieć świadomość tych dwóch zasłon ilekroć będziemy o rosyjskiej emigracji w Polsce rozmawiali.
[Prowadzący] Obraz, który tutaj przedstawiłeś jest rzeczywiście bardzo skomplikowany. Chyba bardziej skomplikowany niż mógłbym się tego spodziewać, kiedy zapraszałem Cię do tej rozmowy. Ale no jak rozumiem, żeby nasza rozmowa doprowadziła nas do jakichś jaśniejszych konkluzji to spróbujemy skupić się na jednej z tych grup.
[Gość] Zgoda. I tutaj obiecuje położyć kilka szlabanów. Rozmawiamy od tej chwili już tylko o ludziach, którzy przybyli w granice II Rzeczpospolitej, kształtujące się w roku 18, albo ukształtowane po roku 20 czy 19, i którzy deklarują się jako Rosjanie nie tylko w sensie demograficznym czy językowym, ale także politycznym. Są Rosjanami, którzy opuścili Rosję, podstępnie opanowaną przez bolszewików. To ciągle pozostawia w granicach naszej rozmowy blisko 100 tysięczną społeczność.
[Prowadzący] No dobrze. A zatem wyobraźmy sobie: jesteśmy Rosjaninem, Rosjanką w rzeczywistości II RP. I jak żyć, panie doktorze? Co właściwie można robić?
[Gość] No bywa biednie. Ma się, jeżeli jesteśmy Rosjaninem emigrantem bez polskich korzeni tutaj i nie staramy się o naturalizację, o uzyskanie obywatelstwa, co nie było jakoś szczególnie faworyzowanym przez administrację polską, ale było po kilku latach możliwe, to cóż: po pierwsze mamy paszport nansenowski, co trochę nam życie komplikuje, bo musimy co pół roku go odnawiać. Jest to procedura administracyjna, ale jednak nieco uciążliwa. I to nie znaczy też, że jesteśmy skazani na pobyt w Polsce, ale też jest nam trochę trudniej wyjechać poza granice kraju.
[Prowadzący] No właśnie. Paszport nansenowski…
[Gość] Racja. Paszport nansenowski to z czasem przestał termin… Twórca odszedł do wieczności, termin pozostał. Fridtjof Nansen, wielki polarnik, no i człowiek o wielkim sercu, był takim człowiekiem instytucją, który miał tak ogromny autorytet wobec ówczesnej fascynacji podbijaniem świata biegunów, miał tak ogromny autorytet, że właściwie jednoosobowo był w stanie zainicjować procedurę przyznawania quasi paszportów, ale w każdym razie dokumentów, które umożliwiały przemieszczanie się i były uznawane przez władze poszczególnych krajów, quasi paszportów rzeszom, milionom uchodźców, którzy pojawili się w granicach Europy po totalnym przemieszaniu tych granic po I wojnie światowej. To nie byli zresztą tylko Rosjanie, czy uchodźcy z terenów upadłego Imperium Rosyjskiego, to byli też uchodźcy z upadłego Imperium Ottomańskiego, przede wszystkim Ormianie. Więc jak mówimy paszport nansenowski, posiadacz paszportu nansenowskiego, myślimy o kimś komu się noga podwinęła i kto najpewniej pochodzi z państwa, które już nie istnieje, nie chciał albo nie mógł zostać obywatelem innego państwa i żeby nie być całkowitym nonamem skazanym na życie w barakach otrzymuje to. Z czasem oczywiście to obrosło w procedury. No nie Nansen wydawał osobiście miliony tych paszportów, tylko najpierw stworzył biuro, później został uznany przez Ligę Narodów, miał swoje ekspozytury w poszczególnych krajach. Ale w każdym razie był to element dowodu, tożsamości, z pewnym dystansem uznawanego przez rządy Europy.
[Prowadzący] I jak rozumiem, z tego rodzaju paszportów korzystali właśnie Rosjanie, którzy znaleźli się w granicach II RP, a przynajmniej ci Rosjanie o których będziemy mówili.
[Gość] Tak. Rosjanie, rosyjscy emigranci korzystają z paszportu nansenowskiego. No cóż, dotykają, spotykają się ze wszystkimi prywacjami, których nie brakowało u początków II Rzeczpospolitej, czyli z wyniszczeniem kraju po [15:00] wielkiej wojnie i jej kontynuacji, z inflacją, z bezrobociem. Spotykają się bardziej, ponieważ jednak nie są do końca u siebie. Są enklawy, o których za chwilę powiemy, gdzie mogą się trochę poczuć u siebie, ale to jednak nie są enklawy, gdzie można spędzić całe życie, to nie jest odpowiednik sztetła rosyjskiego. Generalnie można powiedzieć, że ta relatywnie mała atrakcyjność II Rzeczpospolitej w porównaniu z Niemcami, przynajmniej przed Wielkim Kryzysem, czy z Francją w latach 30., sprawiała, że ja nieraz patrzę na emigrację rosyjską w Polsce, w II Rzeczpospolitej, przywołując takie pojęcie znane z fizyki: gdzie jak się bada cząstki elementarne, to jest coś takiego jak płaszcz ołowiany. Strzela się tam z armaty, lub z wielkiego nośnika hadronów do ołowianej tarczy, w tej ołowianej tarczy grzęźnie większość cząstek, a te najbardziej aktywne cząstki gamma czy inne jony się przebijają na zewnątrz. I Polska była trochę taką tarczą ołowianą, nie w sensie nieżyczliwości, tylko w sensie tego, że jeśli ktoś już do niej dotarł, najczęściej z małą ilością pieniędzy, dostał ten paszport nansenowski, to jednostki bardziej dynamiczne, cała plejada białej emigracji, te dziesiątki malarek, baletmistrzów i pisarzy, o których myślimy jak mówimy emigracja rosyjska, przejeżdżała przez Polskę. Tylko rzeczywiście przejeżdżała i kierowała się nach Berlin, do Paryża. Przy czym nie tylko umiarkowana atrakcyjność ekonomiczna Polski była tu przeszkodą, ale i coś co nazwałbym, no dość oczywiste pewnie dla naszych słuchaczy, sumą wzajemnych urazów. Przy czym to nie są tylko urazy indywidualne, czyli pewien no łagodnie mówiąc dystans Polski do tego co rosyjskie po 120 latach zaborów i pewna nieufność Rosjan wobec tej Polszy, której miało nie być, a która nagle się pojawiła. Ale jest tu i coś więcej. To jest problem, z którym się spotkały, choć na mniejszą skalę, bo mniej było tych emigrantów, spotkały się Rumunia, spotkały się kraje nadbałtyckie, czyli te kraje, które powstały w granicach przed wojną w części lub całości Imperium Rosyjskiego. W części jak Rzeczpospolita i Rumunia, w całości jak państwa bałtyckie. No jest się Rosjaninem, patrzy się ze zgrozą na upadek swojego państwa, najpierw w latach I wojny, a później pod ciosami bolszewików, no i mamy się godzić na okrojenie jego granic? Z punktu widzenia rosyjskiego, ja wiem, że teraz powiem straszną herezję, ale sztuką historyka jest także próbować choćby na chwilę tego empatycznego wejścia w buty i świadomość drugiej strony, z punktu widzenia Rosjanina, zwłaszcza Rosjanina przywiązanego do caratu, do idei przedwojennego państwa, a tacy emigrują, no II Rzeczpospolita jest czymś w rodzaju uzurpacji. Granica ryska jest czymś co można uznać na poziomie via facti – no tak w tej chwili jest, ale nie pogodzić się z tym, że ta granica obowiązuje i że jest sprawiedliwa. Granica ryska, czyli przyjęta w pokoju ryskim między Rosją i Ukrainą sowiecką, a II Rzeczpospolitą w marcu 21 roku. W związku z czym między rosyjskimi emigrantami, a elitami II Rzeczpospolitej pojawia się taki element, sięgając po termin z zupełnie innych czasów incompatibilitas – nieprzystawalności. To znaczy II Rzeczpospolita oczekuje, jeśli nie wprost to w domyśle, że Rosjanie nie tylko będą werbalnie przestrzegać przepisów nazwijmy to, ale uznają, że są w granicach II Rzeczpospolitej z granicami od Szczary i Niemna po granicę zachodnią. A dla Rosjanina jest to nie do przyjęcia, no bo jest w państwie sezonowym, w państwie uzurpatorze. To było poważne wyzwanie polityczne zwłaszcza dla jednostek…, bo ci którzy po prostu emigrowali: „dobrze, tiszej jedziesz, dalszo budziesz”…, ale ci którzy chcieli działać politycznie i w których programie politycznym znajdowało się odtworzenie Rosji w granicach sprzed roku 1914, no nie mieli szans działania w Polsce. Dlatego na przykład monarchiści w Polsce, monarchiści rosyjscy w Polsce, ich działalność nie jest akceptowana. Policja polityczna i Drugi Oddział bacznie monitoruje ich działalność. Co jakiś czas wyprasza najbardziej aktywnych. Są grupy i o nich pewnie więcej powiemy, które całkiem świadomie i myślę, że w znacznej mierze szczerze, powiedziały „tak, akceptujemy tę II Rzeczpospolitą i w jej granicach chcemy działać.”
[Prowadzący] No właśnie. Bo skoro pozwalamy sobie na empatię w duchu tego, co grało w sercach imigrantów rosyjskich w Polsce, no to pozwolę sobie na empatię odnośnie władz świeżo narodzonej II RP. Tego rodzaju obywatele, czy tego rodzaju goście, jeżeli na paszportach nansenowski, to właściwie był potencjalnie element bardzo niebezpieczny [20:00] i wypraszanie poza granice II Rzeczpospolitej, to chyba najbardziej eleganckie określenie jakiego tutaj można użyć. To byłby po prostu taki czynnik, czyli ci Rosjanie, którzy by aktywnie działali w duchu na przykład odrodzenia Rosji w granicach sprzed 1914 roku, no to jest po prostu czynnik antypaństwowy. Z jego działaniem po prostu nie można się zgodzić.
[Gość] Tak jak najbardziej. Dziękuję że postawiłeś kropkę nad i. To jest tak, że nam z perspektywy prawie wieku, kiedy okazało się jak fatalnie nieskuteczne, a od pewnego momentu bardzo skutecznie torpedowane przez Czeka i przez NKWD są wszelkie takie próby irredentystyczne, łatwo jest patrzeć z pobłażaniem, że no cóż ci Rosjanie mogli. No to że w majątku księżnej Szuwałowej na Wołyniu pod pozorami tworzenia brygady traczy leśnych zebrało się 17 oficerów, którzy myślą o tym czy by tu nie założyć małego oddziałku, no to nie jest zagrożenie dla II Rzeczpospolitej. Natomiast w roku 20, 21, 23 to wyglądało znacznie poważniej. I z odtajnionych czy zachowanych dokumentów II Oddziału widzimy, że taki monitoring prowadzony i w kraju i zresztą we wszystkich placówkach wielu zagranicznych do najważniejszych tematów poza monitorowaniem nieżyczliwej Polsce działalności niemieckiej i bolszewickiej należy monitoring białej migracji. Tak to prawda.
[Prowadzący] Ale kiedy myślimy sobie o białej migracji w Polsce, o Rosjanach w Polsce, to jednak chyba mimo wszystko nie przede wszystkim ta działalność polityczna się wysuwa na pierwszy plan, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie, że jeżeli zachowała się jakaś pamięć o tej rosyjskiej emigracji, a myślę, że się zachowała, to raczej w sferze kultury. Mam rację czy nie?
[Gość] Masz rację. Tak jest. Nie bo rzeczywiście politycznie niewiele można było zrobić. To znaczy nawet te ugrupowania, które formalnie deklarowały lojalność wobec granic II RP, no to była grupa Konstytucyjnych Demokratów Milukowa. Pawła Milukowa. Czynna w połowie lat 20. w Warszawie. Zbierało się paru starszych panów z bokobrodami i radziło nad tym jakby tu przywrócić rządy konstytucyjnej demokracji w Rosji. No fajne, ale umiarkowanie skuteczne. Podobnie te egzotyczne formacje o których mówiliśmy też nie stanowiła ani zagrożenia, ani potencjału politycznego. Było jedno środowisko, o którym powiem tu, bo ono zaczęło od działalności politycznej, a rzeczywiście wyrosło za sprawą jego najważniejszej osobowości w twór kulturowy i nawet coś więcej. Ale zaczęło się to od polityki. I to zaczęło się od polityki uwikłanej mocno w ten dylemat niemal nieprzekraczalny, dylemat jakie granice i dylemat czy stawiać na Rosję białą czy czerwoną, który jak wiemy był straszliwym dylematem Piłsudskiego. Piłsudski go rozwiązał marząc o trzeciej Rosji. Rosji, która nie będzie, ani carska ani bolszewicka, jeśli chodzi o format polityczny, i która też nie będzie ani carska ani bolszewicka jeśli chodzi o swoje ambicje terytorialne. Czyli będzie co najmniej otwarta na aspiracje narodowościowe narodów obrzeża, nie tylko polskiego, no bo to poza dyskusją, ale także nazwijmy to ludów kaukaskich, czy Ukraińców i Białorusinów. I znalazł takie środowisko i nie był to montaż, nie była to wioska potiomkinowska. Było to jak najbardziej środowisko polityczne, które odegrało pewną rolę, a mogło jeszcze poważniejszą. I jego twórcą i użyję tego słowa – partnerem Piłsudskiego w tym dziele był trochę zapomniany, niezwykły człowiek, rewolucjonista, pisarz, ekscentryk i kokainista – Borys Sawinkow. Legendarnie odważny terrorysta-indywidualista, czyli eser roku 1905. Czynny również w rządzie Kiereńskiego gdzie był ministrem wojny. Przerażony rewolucją bolszewicką, przez półtora roku walczący trochę w podziemiu, trochę na różnych frontach wojny domowej w Rosji. W którymś momencie emigrujący, trochę w obawie przed przypłaceniem gardłem swojej działalności, a trochę z myślą o tym, że trzeba sięgnąć po poparcie zagraniczne dla obalenia bolszewików w Rosji. I Sawinkow przez Londyn trafia do Warszawy, gdzie z Piłsudskim zawiera bardzo konkretne porozumienie polityczne o tym, że Piłsudski w ograniczonym stopniu wspiera ruch trzeciej Rosji, wspiera tak zwany Rosyjski Komitet Polityczny, a Sawinkow tworzy armię rosyjską, która walczy z bolszewikami właśnie pod hasłem „ani car ani sowiety”. Te plany aż tak rozbudowane nie do końca się spełniły. Wizje Sawinkowa i jego towarzyszy, żeby tworzyć trzecią Rosję, demokratyczną, a nie czerwoną ani białą i Rosję uznającą prawa innych narodów do istnienia no nie znajdywały oddźwięku ani w sferach emigrantów oficerów, bez których nie da się zrobić skutecznej armii, ani nawet prostych mużyków, którzy w tej armii mieli służyć. Więc w rezultacie fizycznie armia Sawinkowa nie wyszła na front wojny [25:00] bolszewicko-polskiej. Pojedyncze oddziały ruszyły w desperackiej misji już pod wodzą Bałachowicza jesienią 20 roku na ziemie białoruskie i nie odniosły tam sukcesu. Natomiast wokół Sawinkowa powstało całe środowisko ludzi zainteresowanych współpracą z Polską, bez tak legendarnego zapału terrorystyczno-wojskowego, natomiast z naprawdę dużym potencjałem intelektualnym. Słynna była trójka, triumwirat, który przybył na saniach z zaśnieżonego Mińska zimą 20 roku. Też trochę zapomniane, a bardzo osobliwie modernistyczny pisarz Dymitr Mereżkowski, jego małżonka, poetessa, Zinaida Gippius i jako trzeci Dymitr Fiłosofow, eseista, smakosz, barin, czyli hrabia pełną gębą, rzeczywiście z arystokratycznej rodziny, ale jak to bywa czerwony hrabia, czyli nader demokratycznych przekonań. Ta trójka razem jeszcze z kilkunastoma osobami, których już nie będziemy wymieniać, tworzy intelektualne zaplecze Sawinkowa. A po niepowiedzeniu politycznej eskapady Sawinkowa Mereżkowski z Gippius wyjeżdżają do Paryża. Sam Sawinkow, o tym musimy powiedzieć jeszcze jedno zdanie, w genialnym montażu CzeKa zostaje zwabiony do Rosji i tam zostaje na nim popełnione samobójstwo w roku 24, po sfingowanym procesie. Natomiast Fiłosofow zostaje w Polsce i tu naprawdę powinienem zacząć opowieść o związkach kulturowych polsko-rosyjskich.
[Prowadzący] Ale to nie jest tak, że wszystko o czym powiedzieliśmy do tej pory było tylko wstępem do tego, żeby powiedzieć o Fiłosofowie. To jest po prostu dalsza część tej historii. Jedno środowisko, jedna spajająca je osobowość. Tak określasz Fiłosofowa. No to powiedzmy więcej. O tym kim był, trochę już wspomniałeś. Powiedzmy o tym jaką rolę odegrał w relacjach polsko-rosyjskich kulturalnych. Podkreślam polsko-rosyjskich, nie polsko-sowieckich.
[Gość] Tak, tak, tak. To rzeczywiście odegrał rolę… Powiedziałbym tak: w niczym nie lekceważąc jego działalności wśród rosyjskiej migracji, jego znaczenie dla relacji polsko-rosyjskich jest szczególne i myślę, że z perspektywy 100 lat, czy 80 lat, ważniejsze. Żeby załatwić pokrótce sprawę, encyklopedycznie: za trochę uciułane, trochę uzyskiwane w trybie dotacji od polskiego rządu pieniądze wydawał, no całkiem skutecznie, przez prawie 10 lat dziennik: „Za swobodu”. W latach 30. już był sterany wiekiem i postępującą gruźlicą, ale jeszcze przez kilka lat wydawał tygodnik. Tworzyły się kolejne mniej lub bardziej efemeryczne instytucje wokół niego, salony, koła młodych pisarzy, krąg poetów. To wszystko się działo i rzeczywiście można go uznać za jednego z animatorów takiego życia kulturalnego emigracji. Chociaż ze względu i na to jednoznaczne uznanie dla II Rzeczpospolitej i oczywistą z biegiem lat coraz bardziej widoczną fascynację polską kulturą i ze względu na nazwijmy to nieprzysiadalność swojego charakteru, to nie jest tak, że był liderem emigracji rosyjskiej w Polsce. Absolutnie nie. Liczba polemik, złośliwości, procesów między nim, a innymi postaciami emigracji rosyjskiej w Polsce idzie w dziesiątki. Ale nie o tym. Dima Fiłosofow stał się, to są słowa trochę podręcznikowe i trochę okrągłe, ale muszę ich tu użyć, bo nie znajduję lepszych, stał się jednym z filarów takiej próby bardzo głębokiej rozmowy polsko-rosyjskiej. I to nie chodzi o to, że był lwem salonowym, chociaż miał takie ambicje. I że jak przegląda się jego korespondencje, czy dzienniki Polaków w II Rzeczpospolitej, to widać, że bywał wszędzie. A to legendarne było jego parę herbatek w Belwederze, z Wieniawą popijał, siostra Nałkowskiej rzeźbi jego popiersie, w dziennikach Marii Dąbrowskiej co trzeci dzień Fiłosofow zagląda na obiad na Polną. Oczywiście. Ale to nie chodzi o bywanie czyli taki salonowy wymiar obecności. Fiłosofow rzeczywiście chciał zrozumieć Polskę, chciał tłumaczyć Polakom Rosję i robił to w bardzo pogłębiony sposób. Tu powiem o dwóch rzeczach: instytucjonalnej i ludzkiej. Instytucjonalnym przejawem tego działania był założone przez niego coś, co było tak naprawdę prywatnym seminarium filozoficznym, ale że to są Rosjanie, to nazywało się bardziej klubem, czy nawet domkiem, „domkiem wkoło mnie”. Domek wkoło mnie– hasło nawiązujące do poematu Puszkina. Takie kreowanie pewnej sielskości, atmosfery sielskości w potwornie ubogich warunkach. Wszyscy, którzy wspominają ten domek wspominają, że nie stać ich było nawet na dobry samowar, tylko samowar był wycięty z tektury, żeby tak tę rosyjskość ewokować, ale herbata to była z termosu. [30:00] Ale w tym właśnie pokoju redakcyjnym z samowarem z tektury spotykają się ludzie, którzy no stworzyliby elitę II RP gdyby ta istniała dłużej, a tak stworzyli elitę czy to emigracji, czy intelektualną elitę PRL-u. Tych nazwisk młodzieńców 20, 30 letnich i młodych dam, które tam trafiają ze strony polskiej, te nazwiska to są nazwiska, które tworzą polską elitę kultury. Od Giedroycia po Stefana Kisielewskiego. I to przez późniejszą redakcję „Słowa” czy „Buntu Młodych” po późniejszą redakcję „Tygodnika Powszechnego”. To ludzie, którzy tam przychodzą zwabieni właśnie osobowością Fiłosofowa i perspektywą takiej rozmowy pa duszami i bardzo głębokiej.
[Prowadzący] Jeżeli teraz pozwolę sobie tylko na chwilę wejść Ci w słowo, to po to, żeby wyjaśnić, bo użyłeś bardzo istotnych tytułów, które dla polskiej kultury są ważne, ale nie dla wszystkich naszych słuchaczy muszą być jasne. Bo „Słowo” to przecież organ wileńskich…
[Gość] Żubrów, konserwatystów.
[Prowadzący] ...konserwatystów. „Bunt Młodych” to pismo, które kojarzy się, powinno się kojarzyć gdzieś z nazwiskiem Jerzego Giedroycia, z młodzieżą sanacyjną i takim pomysłem na kontynuację myśli piłsudczykowskiej, a „Tygodnik Powszechny” to przecież pismo założone w 1945 roku i potem przez cały PRL niezwykle istotne jako element pisma łączącego katolicyzm z pewnego rodzaju inteligenckością, polską tradycją inteligencką i właściwie taka zupełnie nowa jakość w polskim krajobrazie intelektualnym. Jakkolwiek by jednak na to nie patrzeć to wszystkie te tytuły to rzeczywiście jest pierwsza liga polskiego życia intelektualnego, myślę. Więc w tym sensie to też pokazuje nam ważny kontekst tego kręgu Fiłosofowa.
[Gość] Zdecydowanie tak. Dziękuję za ten przypis. Pewnie prościej byłoby się odwołać do nazwisk, gdzie też trzeba by zrobić przypisy. Ale taką prawą ręką ze strony polskiej Fiłosofowa w tym klubiku i w paru innych inicjatywach jest z jednej strony, no jeden z najwybitniejszych intelektualistów także powojennych, czyli młody Stempowski, Jerzy Stempowski. To on sprawia, że rozmowa w „domku wkoło mnie” się toczy od poematów Puszkina, przez protopopa Awwakuma po pisma Ojców Kościoła, które Stempowski namiętnie w tym czasie eksplorował i trochę dekonstruował. Ale najważniejsze nazwisko i to pewnie drugi filar, o którym powiem mówiąc o wpływie Fiłosofowa na kulturę polską… Fiłosofow stał się, znów nie zawaham się użyć słowa, mistrzem i mentorem dla niesłychanie ważnej postaci, którą cały czas odkrywamy, mimo że jest już po jego śmierci – Józefa Czapskiego. I tu znów trzeba by zacząć od anegdoty. Niesłychanie malownicze życie Czapskiego, który najpierw trafia do Rosji, to znaczy wychowuje się jakoś tam w cieniu, tak jak to ziemianin z najlepszego z domu w Polsce, więc ta Rosja jest jednak trzymana za drzwiami dworku, ale jest jakoś tam w kręgu, jest dookoła, ponieważ chowa się w Pryłukach na wschodzie młody Czapski. Później trafia do korpusu kadetów w Petersburgu jak przypadło na najwyższą arystokrację polską. Ale to wszystko trochę po nim spływa. Po czym jako oficer polski trafia z misją do Rosji już rewolucyjnej poszukiwania zaginionych oficerów z korpusu Dowbora-Muśnickiego i z korpusu w Archangielsku. I pierwszy raz, to niezwykła symetria, pierwszy raz się spotka ze śmiercią swoich współtowarzyszy, których poszukuje. A później, a cały czas jesteśmy w przedsionku losów Czpaskiego, później jako skrajny idealista urzeczony ideami tołstoizmu, pacyfizmu i naprawienia świata bez broni w ręku, trafia… szczególny pomysł, że po prostu w 19 roku, w trakcie szalejącej wojny domowej i klęski głodowej, która sprawia, że ludożerstwo się szerzy na ulicach, trafia do Petersburga, no właśnie żeby założyć tam taki falanster socjalistyczny, socialistyczno-mistyczny w duchu Tołstoja. Trafia do Petersburga, przechodzi klatką schodową i widzi nazwisko Mereżkowski. „A coś czytałem Mereżkowskiego”, myśli. Puka do Mereżkowskiego, a ten mu otwiera spowity w damski szlafrok różowy, bo oczywiście nie było opału, więc potwornie zimno. I Czapski tak strzela mu z klatki schodowej: „A czy wolno tak naprawdę walczyć o świat bez broni?”. Wspominam to, bo sam Czapski wspomina to wielokrotnie, tę emblematyczną scenę. „Zina, Zina!” krzyczy z głębin swojego szlafroka Mereżkowski do małżonki, „tu przyszedł młody Polak i pyta czy wolno walczyć o świat bez broni, to szalenie ciekawe! Proszę niech Pan pozwoli.” I tak w lodowatym Petersburgu, gdzie na każdym kroku czają się patrole, Czapski trafia do triumwiratu Mereżkowski, Gippius, Fiłosofow. [35:00] Rozmawia o tym czy wolno walczyć o świat bez broni. Dostaje trochę bardziej konkretnych lektur niż Tołstoj, od Nietzschego do Springera. Wraca do Polski. Trochę wyprostowany i [niezrozumiałe] i zakładania falansterów. I w pół roku później te wspomniane już przez mnie sanie, którymi się ewakuują z ostatecznie nieprzyjemnego Petersburga przez Mińsk nasi bohaterowie, nasza trójka trafiają do Polski. I Czapski sam niespecjalny poradny życiowo, ale coś tam próbuje właśnie tu załatwia trójce, czyli Mereżkowskiemu i Fiłosofowi jakiś hotel. Tutaj ich z kimś kontaktuje ze środowiskami Sawinkowskowymi. Tutaj załatwia lokum u rodziców, żeby trochę ogrzali kości po petersburskich mrozach. Taki kontakt roboczy, nazwijmy to. Z tego kontaktu roboczego, co chcę powiedzieć, wyrasta niesłychanie ważna więź. Zmarł Fiłosofow w 40 roku, po zajęciu Polski przez Niemców i sowietów. Czapski był w tym czasie jeszcze w Łagrze, w Griazowcu. W parę lat później dowiedział się o śmierci Fiłosofowa. Ale przez całe 20-lecie Fiłosofow jest mentorem Czapskiego. Mentorem nie w sensie malarskim, nie mówi Józiowi jak ma malować, ale mówi Józiowi jak ma żyć, jak ma przełamać swój kłopot z życiem, co ma czytać. I mówiąc mu co ma czytać podsuwa mu Rosjan, choć już innych niż Tołstoja.
W ubiegłym roku ukazała się niesłychanie ważna książka profesora Piotra Mitznera: „Rosyjski krąg Józefa Czapskiego”. W którym opisana została rola Czapskiego jako takiego nie rosjoznawcy, bo jakby rosjoznawców mamy w Polsce wielkich – mamy wielkich historyków Rosji polskich, wielkich historyków idei, najbliższa mi dziedzina, żeby wymienić choćby profesora Walickiego, wielkich badaczy sztuki rosyjskiej, czy polityki sowieckiej, a później rosyjskiej. Ale Czapski był kimś więcej, Czapski był tym, który tłumaczył Polakom Rosję, a Rosjanom Polskę. Robił to rzeczywiście w najróżniejszych rolach – od tego Falansteru, przez szukanie z kolei oficerów, których losu już się domyślał, ale jeszcze pewności nie miał, rozstrzelanych w Katyniu, kiedy szuka ich przecież jeżdżąc po Rosji w roku 41. I przez prawie 50 lat swojego emigracyjnego życia w Paryżu. Więc ten rosyjski krąg Józefa Czapskiego, o którym pisze profesor Mitzner, ma promień kilkuset kilometrowy. Tych nazwisk jest bez liku i są to nazwiska największe. Ale sam Czapski i pytany i piszący zawsze powtarzał, że tym który pozwolił mu myśleć o Rosji w sposób wolny od lęku i fascynacji, czyli dwóch pokus, dwóch zagrożeń dla Polaków myślących o Rosji, był Fiłosofow. I żeby postawić drugą kropkę nad i, Fiłosofow zarazem jest tym, który nie jest ambasadorem kultury rosyjskiej w II Rzeczpospolitej jak byśmy powiedzieli. Fiłosofow jest tym, który wmyśla się w Polskę tak głęboko, będąc tu przez tych 20 lat II Rzeczpospolitej, że marzy sobie, jest zafascynowany Wielką Emigracją naszą polską, paryską, mickiewiczowską, i marzy sobie, co mu do końca nie wyszło, nie mogło wyjść, ale marzy sobie o nadaniu rosyjskiej emigracji jemu współczesnej rysów, formatu i determinacji polskiej Wielkiej Emigracji. No jeśli to nie jest dobry przykład wymiany intelektualnej, to nie potrafię chyba znaleźć lepszego.
[Prowadzący] Kiedy rozmawiamy dziś w początku roku 23, kiedy za wschodnią granicą Polski trwa krwawa wojna na Ukrainie, wojna, która została spowodowana niesprowokowaną inwazją rosyjską. Tam giną ludzie i obecnie stosunek do Polaków do Rosji i myślę, że do Rosjan, jest jakby to określić najbardziej eufemistycznie, skomplikowany i bardzo trudny. Trudno dzisiaj jest mówić o dialogu polsko-rosyjskim, ale pewnie tym bardziej warto to robić. I warto też, po tym wszystkim co powiedzieliśmy, a właściwie był tutaj taki brawurowy rys, począwszy od mas Rosjan, które trafiły do Polski, aż po taką najważniejszą emigracyjną elitę, no nie może nam umknąć pytanie: jaka właściwie była rola tej emigracji rosyjskiej w Polsce, właśnie w dziejach wzajemnego zrozumienia, może w dziejach kultury, intelektualnej refleksji też polsko-rosyjskiej w XX wieku? Jak to właściwie ocenić?
[Gość] Nie patrzmy na nich jako na kogoś kto miał rolę do odegrania. Oni tu trafiali trochę po prostu jak mówię salwując się ucieczką przed śmiercią bądź głodową, bądź od czekistowskiej kuli. I bardzo ciekawe jest to, że mimo tych uprzedzeń, o których mówiliśmy, tej incompatibilitas, [40:00] tej niemożności czy trudności z odnalezieniem się Rosjan w byłym priwislianskim kraju. Że w jakiś sposób wrośli, bardzo jest ciekawe jak pojawiają się już nie tylko Fiłosofow, ale właśnie Rosjanie, gdzieś na obrzeżach jako tacy pomniejsi towarzysze, na obrzeżach dziesiątków powieści, wierszy, włącznie z wierszami Herberta. Są, ale są elementem tej niesłychanie gęstej, wielonarodowej tkanki II Rzeczpospolitej, a czasami wsiąkają w kulturę polską całkiem. No liczni, nie zawsze pamiętamy o licznych twórcach polskiej kultury, którzy nie chcę powiedzieć, że przybyli do Polski jako Rosjanie, ale którzy przybyli jako absolutnie rosyjsko języczni. Tak naprawdę uczyli się polskiego i uczyli się pisać po polsku już jako ludzie prawie dorośli w Polsce. Dwa najwybitniejsze przykłady to Michał Choromański i Teodor Parnicki. Były takie przykłady, które... dzisiaj jest modne w teorii literatury mówienie o marranizmie, o takich ukrytych korzeniach, więc taki człowiek, który całkowicie zmienił tożsamość to zdolny poeta awangardy rosyjskiej w II RP, Lew Gomolicki, który w PRL-u stał się Leonem Gomolickim, dosyć hermetycznym prozaikiem, ale piszącym oczywiście po polsku. Natomiast mimo wszystko idąc za Czapskim widzę Fiłosofowa i jego krąg jako taką najgłębszą próbę wzajemnego zrozumienia się. I to na pewno zostało.
[Prowadzący] Właściwie na tym moglibyśmy skończyć, ale zróbmy jeszcze takie drobne post stcriptum. Bo to o czym tu mówiliśmy to wielka fala, pierwsza fala, ale nie jedyna spośród tych fal emigracji rosyjskiej. Są przecież i lata powojenne.
[Gość] Są lata powojenne. Ja tutaj zrobię jeden przypis. Najpierw powiem, rzeczywiście skoro tą terminologią fal się posługujemy, to warto ją przybliżyć, bo ona jest cały czas w obiegu. Po pierwszej fali, która… zamknęło się morze to i fala się zamknęła, ale pierwsza fala tak naprawdę to emigracja do wybuchu II wojny światowej. Druga fala to, głównie choć nie tylko, dipisi, czyli ci którzy już to jako jeńcu już to jako uchodźcy starali się wyrwać z granic Związku Sowieckiego i zostali po II wojnie na zachodzie. Ten termin zaczął wtedy mieć znaczenie. Trzecia fala to w zdecydowanej większości dysydenci polityczni, którzy są wypuszczani, niechętnie, ale jednak są wypuszczani z sowietów od końca lat 60. No najbardziej twórcza intelektualnie, najwięcej z nią mamy do czynienia, chociaż najmniej liczna, bo tę trzecią falę to już trzeba liczyć na setki osób w najlepszym razie. Na upartego możemy mówić o czwartej fali, czyli emigracji ekonomicznej, też emigracji do Izraela już z Rosji post-sowieckiej w latach 90. Natomiast są też jednostki, tutaj powiem trochę dosiadając swojego konika, są jednostki, które nie mieszczą się do końca w tym podziale na wielkie fale, ale które też miały swój duży wkład w rozmowę polsko-rosyjską. I taką postacią jest Michaił Heller, prawa ręka to może za dużo powiedziane, ale najpoważniejszy doradca Giedroycia do spraw rosyjskich. Rosyjski historyk pochodzenia żydowskiego, ale absolutnie rosyjski historyk, self-made man, syn szewca, który marzył zawsze o zostaniu historykiem, który chyba nigdy nie miał złudzeń, a jeśli miał to stracił je w latach ewakuacji uniwersytetu Taszkientu, przymierania tam głodem, a później pod sfingowanymi zarzutami trafienie do łagru, gdzie przesiedział 5 lat, prawie 6, gdzie był operowany na żywo i omal nie wyzionął ducha. I który trafił do Polski, do PRL-u po 56, w ramach tak zwanej repatriacji, czyli umożliwienia posiadaczom obywatelstwa polskiego sprzed II wojny światowej powrotu do Polski z jałtańskich granic. Małżonka Hellera była urodzona przed wojną w Polsce, w Słonimiu i wykorzystując ten chwyt ona, Michaił Heller i ich syn trafili do Polski w 56, 57, na początku 57. I spędzili w Polsce 11 lat do marcowej zawieruchy, która z kolei wyrzuciła Hellera z rodziną do Paryża, gdzie znakomicie się odnalazł na Sorbonie jako prawa ręka Giedroycia. Świetny przykład znowu tłumaczenia Rosjanom Polski, a Polakom Rosji. Miałem przyjemność wydać listy, korespondencje Hellera i Giedroycia, gdzie właśnie widać, jest to 30 lat rozmawiania o sprawach polsko-rosyjskich, ani na chwilę, ani na jotę nie ustępując przekonaniu o tym że rosyjski lewiatan jeszcze [niezrozumiałe]. Heller to potrafił. [45:00]
[Prowadzący] Bardzo dziękuję Ci Wojtku. Bardzo dziękuję Ci za rozmowę o emigrantach rosyjskich w Polsce, ale chyba tak naprawdę o trwającej przez dziesięciolecia i bardzo nam potrzebnej, pomimo najgorszej nawet wojny, dyskusji pomiędzy Polakami, a Rosjanami. Miałem przyjemność rozmawiać z doktorem Wojciechem Stanisławskim z Muzeum Historii Polski.
[Gość] Dziękuję bardzo.
[Prowadzący] Bardzo dziękuję.
Podcastów Muzeum Historii Polski wysłuchasz na Youtube, Spotify, Google Podcast, w Audiotece, a także na innych platformach podcastowych. Chcesz być na bieżąco? Subskrybuj kanał Muzeum Historii Polski.
Dane o obiekcie
-
Nazwa / Tytuł
Wielka emigracja Rosjan do Polski -
Twórca / Wytwórnia
Muzeum Historii Polski (producent) -
Rodzaj
-
Kategoria
-
Data wykonania
02/02/2023 -
Czas trwania
0h 45min 38sek -
Osoby występujące
-
Miejsce
-
Wydarzenie
Podcasty Muzeum Historii Polski -
Numer inwentarzowy
MHP-05-14118 -
Klasyfikacja praw autorskich
-
Permalink