To wcale nie był cud. Wojna polsko-bolszewicka 1920 roku
Muzeum Historii Polski (producent);
15/08/2022
Klasyfikacja praw autorskich
Transkrypcja
[00:00] [Prowadzący] To wcale nie był cud. Wojna polsko-bolszewicka 1920 roku.
Ten scenariusz znamy aż za dobrze. Armia Czerwona stoi nad Wisłą, nieco dalej na wschodzie tworzy się marionetkowy rząd złożony z polskich komunistów, na ziemiach polskich rozpoczyna się czerwony terror, a światowe mocarstwa pozostają praktycznie obojętne. Jedynie cud może uratować Polskę. Polskę, która dopiero zaczyna po ponad 120 latach odbudowywać swoje państwo. I cud się zdarza. Cud nad Wisłą. Tyle tylko, że bitwa o Warszawę cudem jest głównie z nazwy, nadanej post factum i nie oddającej rzeczywistych powodów zwycięstwa. A rzeczywiste powody to potężna armia, odważny, wykonany perfekcyjnie plan, bohaterstwo żołnierzy obrońców, a także strategiczne błędy zadufanego w sobie przeciwnika. Bitwa warszawska. W historii Polski niewiele tak wielkich triumfów, niewiele też bitew tak ważnych dla losów naszego kraju, a zarazem, zapewne, dla całego ówczesnego świata. Nie tylko bowiem byt młodej Polski wisiał na włosku. Bolszewickie macki sięgały dalej. Pogrążone w chaosie i powojennej klęsce państwo Niemieckie cały czas balansowało na krawędzi rewolucji. Ba! Nawet gdzieniegdzie one wybuchały. Sowieckie bagnety u granic Niemiec mogły zmienić tam bieg historii, a według Lenina i spółki rewolucja miała rozlać się znacznie szerzej. W Moskwie poważnie myślano już o Węgrzech, a nawet Włoszech. Tyle że trzy sierpniowe dni zmieniły siejącego postrach sowieckiego niedźwiedzia w panicznie uciekające zwierzę. Uciekające hen za Niemen, a później zepchnięte nawet jeszcze dalej na wschód. Łukasz Starowieyski, zapraszam na kolejny odcinek podcastu Muzeum Historii Polski „1000 lat. Prześwietlenie”. Tym razem historyczny rentgen skierujemy na wojnę bolszewicką 1920 roku.
Część I. Przygrywka, czyli czerwony cień.
Do dziś historycy skaczą sobie do oczu spierając się o oficjalną datę wybuchu tej wojny. I spór zapewne nigdy się nie skończy, bo jednej daty nie ma, a nikt nikomu wojny nie wypowiedział. Do pierwszych starć regularnych, choć małych oddziałów dochodzi w połowie lutego 1919 roku. 17 lutego sztab generalny informuje, że oddział pod dowództwem płk. Sandeckiego stoczył zwycięską bitwę z wojskami bolszewickimi. Norman Davis cofa wybuch wojny o trzy dni, kiedy to rozgrywa się potyczka przy zajmowaniu przez Polaków Berezy Kartuskiej. Być może rację mają ci, którzy mówią o 3 stycznia, gdy Armia Czerwona uderza na Wilno. Kilka dni przed walkami samoobrona wileńska zostaje rozkazem Piłsudskiego włączona w szeregi wojska polskiego. Ale zatrzymajmy się na chwilę. Skąd w ogóle to wojsko polskie na północnym-wschodzie? Przecież jeszcze w październiku 1918 roku w Kongresówce, polskie siły zbrojne liczyły zaledwie około 5000 żołnierzy. Dla polskich elit tworzenie wojska to był absolutny priorytet. Prace ruszyły z kopyta. Na początku roku armia liczyła już ponad 100 000, a na wiosnę nawet dwukrotnie więcej. Na tym jednak nie poprzestano i na przełomie 19 i 20 roku po scaleniu wszystkich oddziałów, armia rozrosła się do 600 000 żołnierzy. Wydatki na ten cel pochłonęły ponad połowę budżetu młodego kraju. Żołnierzy właściwie nie brakowało, w pierwszych miesiącach zgłosiło się mnóstwo ochotników, później zarządzone zostały pobory. Oficerów trzeba było szukać wśród armii zaborczych, głównie rosyjskich i austriackich. Napływ wojskowych z różnych zaborów generował kolejne problemy, np. językowe.
[Lektor] „Prawie nigdy nie mogliśmy się zrozumieć.”
[Prowadzący] - pisał generał Lucjan Żeligowski. Do tego, wojsko powstawało w biegu. „Dowództwo było zmuszone naprędce formułować jednostki, mimo braków wyćwiczenia, wyekwipowania i umundurowania, nawet z niedostateczną bielizną posyłać na front” – pisano w jednym z meldunków. Pośpiech powodował też braki w wyszkoleniu, w wielu wspomnieniach czytamy, że młodzi rekruci dopiero na froncie zaczęli się uczyć strzelać. Z takim wojskiem, wzmocnionym, co prawda, powstałą we Francji i świetnie wyposażoną armią gen. Hallera, Polska ruszyła na wojnę. A właściwie wojny. Historyk Norman Davis pisał, że w tych latach Polacy walczyli w sześciu zbrojnych zmaganiach. W 1919, w pierwszym roku, w który Polska wchodziła niepodległa, nasz kraj nie posiadał ani jednej ustalonej granicy, a na wschodzie karty nie tylko nie były rozdane, ale nawet niepotasowane. Węzeł gordyjski – to określenie jak ulał pasuje do sytuacji na wschodnich rubieżach. Polska i Rosja to nie jedyni gracze. Wielkie aspiracje mają Ukraińcy, którzy tworzą aż dwa państwa: wschodnie i zachodnie. Swoje narodowe ambicje mają też Litwini i Łotysze. Co więcej, na tych terenach cały czas przebywa niemiecka armia, która nie do końca jest bierna. Zresztą pytanie jaka Rosja: czerwona, rewolucyjna, czy może biała, nawiązująca do carskiej? Wojna domowa trwa tam w najlepsze. Nic jeszcze nie jest [05:00] przesądzone. Józef Piłsudski tylko zaciera ręce. Polska wbrew naciskom ententy, by wesprzeć przeciwników rewolucji, pozostaje neutralna.
[Lektor] „Zarówno bolszewikom jak i Denikinowi jedno jest do powiedzenia: jesteśmy potęgą, a wyście trupy. Mówiąc inaczej, językiem żołnierskim – dławcie się, bijcie się, nic mnie to nie obchodzi, o ile interesy Polski nie są zahaczone. A jeśli gdzie zahaczycie je, będę bił. Jeśli gdziekolwiek i kiedykolwiek was nie biję to nie dlatego, że wy nie chcecie, ale dlatego, że ja nie chcę. Lekceważę, pogardzam wami.”
[Prowadzący] Wroga neutralność jest zrozumiała. Dowódcy białych w sprawie państwa polskiego niczego nie obiecują. Większość rosyjskiego zaboru traktują jak swoje ziemie, a Polskę gotowi są uznać ledwie w granicach Kongresówki. Czerwoni w chwili zagrożenia skłonni są obiecać wszystko, nawet całą Białoruś i Litwę. W sumie wychodzi na jedno. Konfrontacji z Rosjanami uniknąć się nie da. Tym bardziej, że bolszewicy mimo wojny domowej nie zapominają o zachodnich rubieżach. Sowiecka Armia Zachodnia powstaje już pod koniec 1918 roku. Początkowo liczy zaledwie 10 000 żołnierzy, by wkrótce wzrosnąć pięciokrotnie. To wystarczy, by podążyć ślad w ślad za wycofującymi się okupacyjnymi wojskami niemieckimi i zajmować kolejne tereny Litwy i Białorusi. W grudniu w rękach czerwonych jest Mińsk, w styczniu Wilno. Bolszewicy nie zamierzają się zatrzymywać. „Cel Wisła” brzmi złowrogo, a to kryptonim bolszewickiej operacji. Gotowy jest też zalążek robotniczej władzy: Rada Rewolucyjno-Wojskowa Polski. W lutym na zajętych terenach Litwy i Białorusi powstaje Litewsko-Białoruska Socjalistyczna Republika Sowiecka. Czerwony cień nachodzi nad Polskę. I nie tylko nad nią. Sowieci chcą jak najszybciej dotrzeć do granic Prus Wschodnich by wesprzeć rewolucję, która wybuchła w Niemczech. Chcą też wspomóc komunistyczną rewoltę na Węgrzech. Odradzająca się Polska stoi bolszewikom na drodze. Czy dalekosiężne plany bolszewickie były realne? To pytanie do historyka, Mikołaja Morzyckiego z Muzeum Historii Polski.
[Gość] Sytuacja jest fatalna. Można powiedzieć o Włoszech. Mamy 3 000 000 żołnierzy, którzy zostali zdemobilizowani z wojska, wracają do swoich domów. Od razu bezrobocie skacze do 2 000 000, są powszechne strajki, właściwie Europa jest na krawędzi głodu, chłopi strajkują, robotnicy strajkują. To samo mamy w Niemczech, to samo mamy na Węgrzech, w niektórych krajach wybuchają rewolucje komunistyczne, czy to mamy Bawarską Republikę Rad, czy Węgierską Republikę Ludową. To się po prostu dzieje. Właściwie nawet Francję obejmują protesty robotnicze, protesty chłopów. Naprawdę ludzie są przygotowani i gotowi na wszystko. A że nie wiedzą jeszcze czym jest komunizm, to te odgłosy, które dobiegają z Rosji sowieckiej są dla nich bardzo kuszące. I dlatego rządy robią wszystko, żeby to wrzenie rewolucyjne za wszelką cenę zdusić. Czy to obietnicami, czy to po prostu brutalną siłą. Gdyby Rosjanie przedarli się przez Polskę i dotarli do Niemiec, wtargnęli na teren Niemiec, to na pewno wybuchłaby tam rewolucja. Znaleźliby ludzi gotowych sięgnąć po broń i wesprzeć Armię Czerwoną. Na pewno byłaby ich mniejszość, ale czy taką mniejszością nie byli bolszewicy, których było naprawdę niezbyt wielu? Ale ich zdecydowanie i brutalność i bezwzględne dążenie do celu doprowadziły do tego, do czego doprowadziły – obalenia Republiki Rosyjskiej, czyli rządu Kiereńskiego i stworzenia potwornej, straszliwej despotii, której w historii wcześniej nie było.
[Prowadzący] Cześć II. Gra wojną, gra pokojem.
Linia wojennego frontu jest monstrualna. Na północy dochodzi do granic Łotwy, ciągnie się następnie przez tereny Białorusi i Galicji, sięga pod Kamieniec Podolski czy Chocim. To niemal 1000 km. Poleskie bagna usytuowane mniej więcej w części centralnej, tworzą naturalny podział na dwie wojenne areny: północną, w której osią sporu są Wilno i Mińsk i południową obejmującą walki o Kijów i przyszły kształt Ukrainy. Walki na obu frontach odbywają się niemal równocześnie. By ruszyć na wojnę z Armią Czerwoną musiał najpierw Piłsudski porozumieć się z Niemcami, w sprawie ewakuacji ich wojsk. Trochę to trwało, ale wreszcie 5 lutego Niemcy zgodzili się przepuścić 10 000 Polaków, by ci mogli utworzyć front przeciw sowietom. [10:00] Wojsko polskie szybko dociera nad Niemen. Polakom sytuacja sprzyja, duża część sił sowieckich przekierowana została na front walki z białymi. Do pierwszych starć, jak już wspomniano, dochodzi w połowie lutego. W marcu polska armia zajmuje Pińsk i dociera pod Lidę. To jednak tylko przygrywka.
Ofensywa. To słowo na przedwiośniu 1919 roku pada coraz częściej. Pytanie, gdzie uderzyć? Na północ, by sięgnąć po Wilno, czy na południe, gdzie wrze jak w kotle? Polacy z Ukraińcami walczą o Lwów, bolszewicy w lutym zajmują Kijów. Wielu dowódców chce ataku w Galicji Wschodniej. Piłsudski decyduje inaczej. To był rajd godny najpiękniejszych tradycji polskiej jazdy. Liczby są następujące: 800 kawalerzystów, 100 km, 3 dni. Tak wygląda plan ataku na Wilno. Jazdę, jak najszybciej ma wesprzeć piechota. Szarża zaskakuje bolszewików, piechota przychodzi w sukurs i po dwóch kwietniowych dniach Wilno jest w polskich rękach. Na to tylko czeka Piłsudski. Walki zamierają popołudniu, a już wieczorem pociąg z naczelnikiem staje na miejscowym dworcu. To chwila triumfu.
[Lektor] „Naczelny wódz przybył. Jedziemy konno od dworca pod Ostrą Bramę, do miasta. Tłumy śmiejące się, płaczące, rzucające kwiaty. Dzieci wbiegające między konie, które denerwują się i ślizgają na nierównym bruku.”
[Prowadzący] - opisuje wydarzenia generał Edward Rydz-Śmigły. Polska ofensywa realizuje wszystkie cele. Zdobyte zostają też między innymi Lida i Nowogródek. Sowieci próbują kontratakować, ale zostają odparci. Nikt nie ma jednak wątpliwości, że to nie koniec, lecz zaledwie początek wielkich zmagań . Pisze Piłsudski w rozkazie z 28 kwietnia: „ Żołnierze, w niespełna dwa tygodnie męstwem swym i dzielnością zmieniliście stosunki na wschodzie Polski. Wojna jeszcze nie skończona, czekają nas nowe prace, nowe trudy.” Tymczasem jednak, Piłsudski dalszym postępom nakłada cugle.
[Lektor] „I tak jesteśmy za daleko zaawanturowani.”
[Prowadzący] – pisał do generała Stanisława Szeptyckiego. Naczelnik musiał powstrzymać pochód na wschód, z niepokojem bowiem patrzył na granicę zachodnią. Niemcy chcieli odzyskać Wielkopolskę i Pomorze, na Polskę spaść mogło nawet 1 000 000 żołnierzy. Jeszcze gorszy był rysujący się między Niemcami a bolszewikami sojusz. Doszło nawet do pierwszych rozmów na temat koordynacji ataku. Nie ostatnich zresztą. Niemcy nazywali Polskę „państwem sezonowym”, a ich stosunek dobrze obrazuje wypowiedź Hansa von Seeckta, faktycznego dowódcy Reichswehry.:
[Lektor] „Odrzucam pomoc dla Polski, nawet wobec niebezpieczeństwa, że może zostać pochłonięta. Przeciwnie – liczę na to.”
[Prowadzący] Za każdym razem jednak apetyty niemieckie poskramiali Francuzi. Tak też było wiosną 1919 roku, dzięki czemu już w lecie Polacy mogli wznowić ofensywę na północnym-wschodzie zajmując kolejne miasta, z Mińskiem. Zimą działania wojenne zamarły, jedynym odstępstwem było styczniowe zdobycie wraz z armią łotewską Dyneburga. I to mógł być koniec wojny. Przynajmniej tak wynikało z deklaracji niektórych polityków. Komu do wojny było niespieszno? I kto tu kogo chciał bić? Gdy milkną karabiny, znacznie lepiej słychać głosy dyplomatów. Nie inaczej było tej zimy. Do zawarcia pokoju parli przede wszystkim Sowieci. Pierwsza pokojowa propozycja pojawiła się w styczniu, kolejna w marcu. Możemy w niej wyczytać, że Rosja uznaje niepodległość Polski i jest „wyzbyta jakichkolwiek agresywnych zamiarów”. Padają słowa, które na kolejne kilkadziesiąt lat stają się mottem sowieckiej propagandy:
[Lektor] „Naród rosyjski dąży do pokojowego budownictwa. Pragnie takiego urządzenia świata, przy którym nie będzie więcej miejsca dla wojny między narodami.”
[Prowadzący] Polacy kluczyli. Wyznaczali nierealistyczne miejsca lub terminy spotkań.
[Lektor] „Wszelkie oznaki świadczą, że Polska postawi nam warunki niewykonalne. Nawet bezczelne. Trzeba skierować całą uwagę na wzmocnienie frontu zachodniego. Należy rzucić hasło, przygotować się do wojny z Polską.”
[Prowadzący] – pisał Lenin. W samej Polsce nie brakowało zwolenników pokoju, choć pewnie było ich mniej niż opowiadających się za wojną. Ale propagandowo i w całej Europie tę batalię wygrali Sowieci. To Polacy w powszechnej opinii byli agresorami. A jak było w rzeczywistości? Znów posłuchajmy historyka, Mikołaja Morzyckiego z Muzeum Historii Polski.
[Gość] Jeżeli mamy Rosję, której idea komunistyczna nie była tym, co proponował Marks, ale była tak naprawdę pomysłem na odtworzenie, na stworzenie nowego imperium rosyjskiego. Co prawda z innym systemem gospodarczym, ale z tym samym celem, który był zresztą śmiało głoszony przez bolszewików, czyli [15:00] rozciągnięcia władzy bolszewików, komunizmu na cały świat. Kto był agresorem? No zdecydowanie, tym agresorem była bolszewicka Rosja, która chciała podporządkować wszystkie ziemie zachodnie byłego imperium rosyjskiego i dlatego rozpoczęła działanie, czy bolszewizację wbrew miejscowej ludności takich terenów jak Wileńszczyzna czy w ogóle Litwa, Białoruś i Ukraina. Ona zmieniała stosunki społeczne, wprowadzała swoje wojska i my jako Polska, nie mogliśmy, jakby na to przystać i w tę wojnę weszliśmy razem z nimi w sposób taki naturalny. Bardzo trudno nawet tak początek tej wojny wskazać. Ona po prostu trwała od samego początku, tak? Od 18 roku.
[Prowadzący] Ostatecznie o wojnie na wiosnę 1920 roku zdecydował głos Piłsudskiego:
[Lektor] „Bolszewików trzeba pobić i to niedługo, póki jeszcze nie wzrośli w siłę. Trzeba ich zmusić do tego, aby przyjęli rozstrzygającą rozprawę i sprać ich tak, aby ruski miesiąc popamiętali. Lecz żeby to osiągnąć, trzeba ich nadepnąć na tak bolesne miejsce, żeby nie mogli się uchylać i uciekać. Moskwa takim miejscem nie jest. Kijów, Ukraina – to ich czuły punkt.”
[Prowadzący] Kierunek został wyznaczony. Jak się niedługo miało okazać, był to kierunek chybiony. I to z wielu względów.
Część III. Chybiony cel. Wyprawa kijowska.
Wielka chwała i największy poklask nie zawsze idą w ślad za rzeczywistymi sukcesami. Bolesław Chrobry – to do niego przyrównywano Piłsudskiego tuż po wyprawie kijowskiej. Czy słusznie? Nim jednak wdziejemy historyczne żołnierskie buty i z armią pomaszerujemy aż na Kijów, rzućmy okiem na tę arenę wojny. Walki o Galicję Wschodnią trwają już od ponad półtora roku. Sytuacja Ukraińców jest krytyczna, Lwów jest w rękach polskich, Kijów w sowieckich, a resztki wojsk pozostałych po dwóch republikach przebywają koło Kamieńca Podolskiego. Przyparty do muru, szef rządu Ukraińskiej Republiki Ludowej Symon Petlura, zwraca się do Piłsudskiego. Naczelnikowi w to graj. Cały czas liczy, że uda mu się stworzyć system państw, które Polskę i Rosję oddzielą buforem. Petlura musi wyrzec się zachodniej Ukrainy ze Lwowem, w zamian za to Polska uznaje państwo ukraińskie. Razem ruszają na wojnę. To była największa z dotychczasowych ofensyw, wzięło w niej udział 60 000 polskich i 4000 ukraińskich żołnierzy. Rozpoczęła się 25 kwietnia i trafiła w próżnię. Polskie i ukraińskie oddziały niemal bez walk zajęły kolejne miasta: Żytomierz, Bar czy Czarnobyl. Już po dwóch dniach osiągnięte zostały wszystkie cele terytorialne operacji. Po krótkim odpoczynku Polacy znów ruszyli do ataku i 3 maja znaleźli się pod Kijowem. Armia Czerwona nie podejmuje walki, tylko się cofa i cofa. Atak na miasto rozpoczął się od rajdu… tramwajem. Tak, tak. Tramwajem. 5 maja polski patrol wjechał do centrum miasta, wziął jeńca i bezpiecznie powrócił. Dwa dni później Kijów był opanowany. Ale do decydującej bitwy, o której marzył marszałek doprowadzić się nie udało, a koło fortuny zaczęło się toczyć w drugą stronę. Wstrzymajmy jego obrót, by pozwolić na powrót Piłsudskiego do stolicy.
[Lektor] „Było to zjawisko nie do uwierzenia jak go witała stolica. To było tak, jakby mogło być w Grecji, albo w Rzymie.”
[Prowadzący] - pisała w dzienniku Maria Dąbrowska. A marszałek Sejmu Wojciech Trąmpczyński mówił:
[Lektor] „Sejm cały przez usta moje wita cię, Wodzu Naczelny, wracającego ze szlaku Bolesława Chrobrego. Od czasów Kircholmu i Chocimia naród polski takich triumfów oręża swego nie przeżywał.”
[Prowadzący] Niewielu w Warszawie zachowało trzeźwość umysłu. Wśród nich, mało znany jeszcze wówczas, francuski wojskowy doradca - Charles de Gaulle.
[Lektor] „Opuściłem Warszawę pijaną triumfem. Naród stracił poczucie rzeczywistości.”
[Prowadzący] Bo Piłsudski, wbrew powszechnej opinii, nie tylko nie osiągnął sukcesu, lecz przeciwnie – ściągnął na Polskę posępne, czarne chmury, zwiastujące największą burzę tych lat. W skrócie można powiedzieć, że przestrzelił. Armii bolszewickiej nie rozbił, państwa ukraińskiego nie stworzył, co gorsza miał obudzić sowieckiego niedźwiedzia, a do tego dać mu do ręki propagandowe argumenty. Jeden z sowieckich przywódców określił ofensywę jako „korzystną dla nas”. Inny mówił, że Polska wpadła w pułapkę. To Polacy stali się agresorami. To zdanie, podobnie jak o tym, kto chciał pokoju można było podsunąć zarówno rządom zachodu, jak i własnym poddanym. [20:00] Wystarczy posłuchać jednego z wodzów rewolucji, Lwa Trockiego:
[Lektor] „Pragnęliśmy uniknąć tej wojny za wszelką cenę. Myśmy szczerze pragnęli pokoju. Piłsudski narzucił nam wojnę. Zajęcie Kijowa pozbawione samo przez się wszelkiego sensu wojskowego wyświadczyło nam wielką przysługę. Kraj ocknął się. Znów objeżdżałem armie i miasta, mobilizując ludzi i środki.”
[Prowadzący] Jak pisze profesor Andrzej Chwalba w książce „Przegrane zwycięstwo. Wojna polsko-bolszewicka”: „Rzeczywiście. Atak wojsk polskich na Ukrainę i zajęcie Kijowa wywołały gniew i oburzenie wśród Rosjan. Uważano ją bowiem za ziemie rosyjską, a Kijów za jedno z najważniejszych miast Rosji – kolebkę jej państwowości. Zaczęła się kolejna wojna ojczyźniana, co zdecydowanie ułatwiło mobilizację do Armii Czerwonej. W Moskwie przywódcy bolszewiccy powołali Radę Bezpieczeństwa Wojskowego z udziałem carskich generałów. Czy rzeczywiście wyprawa kijowska to niewybaczalny błąd Piłsudskiego? O tym znów historyk, Mikołaj Morzycki:
[Gość] Wyprawa kijowska nie była błędem. Nie była błędem, choć opierała się na błędnych informacjach jakie sztab Polski i polscy politycy otrzymywali od strony ukraińskiej. Kusząca wizja jaką Symon Petlura, przywódca tej, nazwijmy to Narodowej Ukrainy roztaczał przed Józefem Piłsudskim, w dwóch słowach wyglądała tak, że wystarczy zainstalować rząd Symona Petlury w Kijowie, a on zostanie powszechnie uznany przez społeczeństwo ukraińskie i wtedy powstanie przyjazna Polsce Ukraina. Wkroczenie Polaków i Ukraińców do Kijowa i sytuacja, jaką tam zastajemy, jakby natychmiast zmienia myślenie Polaków o tym wszystkim. I nastroje Ukraińców są zupełnie inne, oni chcą po prostu spokoju. I cała ta historia z Petlurą okazuje się, no niewypałem. Jeszcze raz wracając do tego pytania. Czy wyprawa kijowska była błędem? Nie, nie była błędem, na pewno nie w świetle informacji, jakie miało wtedy polskie dowództwo i polscy politycy. Trzeba było spróbować.
[Prowadzący] A bolszewicy do działań ofensywnych przeszli już w maju. W czerwcu Kijów znowu był w ich rękach. Nadciągała prawdziwa burza.
Część IV. Na Warszawę.
Mylił się Piłsudski w jeszcze jednym. Wbrew jego przypuszczeniom, bolszewicy główne uderzenie wyprowadzili nie od południa, lecz północy. Na jego czele stanął czerwony Napoleon, Michaił Tuchaczewski. Demon wojny domowej, jak go nazywał Józef Stalin, miał ledwie 27 lat i za sobą oszałamiającą karierę w Armii Czerwonej. Czerwony niedźwiedź uderzył na początku maja, siłą 70 000 żołnierzy. Tuchaczewski zaatakował na szerokości około 60 km i stosunkowo łatwo przebił się przez pierwsze linie obrony. Polacy skontrowali, a w czerwcu front północny zamarł. Zupełnie jakby to był teatr, a widz mógł przenieść wzrok na południową część sceny. Tu atak przypuściła słynna armia konna Budionnego. Dwa miesiące zajęło jej przeprawienie się z Kaukazu, a wyprzedziła ją legenda, wojska skutecznego, dzikiego, okrutnego i bezwzględnego. Czynnik psychologiczny był być może najważniejszy.
[Lektor] „Piechota nasza niewyćwiczona w sposobach walki z kawalerią, sterroryzowana przez kawalerię nieprzyjaciela. Szczególnie oficerowie wiedzą, że z rąk kawalerii czeka ich śmierć w mękach. Przy spotkaniu się z kawalerią tracą siłę i szukają ratunku w ucieczce, która zawsze powoduje klęskę.”
[Prowadzący] – pisał jeden z pułkowników. Konna armia szybko potwierdziła swoją legendę. Po zdobyciu Żytomierza wycięła całą załogę, a w Berdyczowie spaliła szpital z 600 rannymi.
[Lektor] „Nie patrzyłem im w twarze. Przebijali jeńców pałaszami, dostrzeliwali trupy na trupach. Jednego jeszcze obdzierają, drugiego dobijają. Jęki, krzyki, charkot, piekło. Jakąż to wolność przynosimy? Okropieństwo.”
[Prowadzący] -pisał w dzienniku komisarz polityczny, a później pisarz Izaak Babel. Za tę relację Budionny oskarżył go o „grzebanie w śmieciach na placyku od podwórza jego armii”. Polska armia była w odwrocie. Cofnęła się o ponad 200 km. Próby kontrataków nie powiodły się, ale nie dała się też rozbić. Na czerwonych wywierała presję.
[Lektor] „Przypierają nas, gady. Zwyciężymy, albo pozdychamy”.
[Prowadzący] – raportował Budionny dodając, że jego żołnierze są już zmęczeni, a brakuje żywności i paszy. Obie armie potrzebowały czasu, by wylizać rany. Ale w tej sztuce nie ma miejsca na antrakty. Gdy zamiera południe, znów czas przenieść wzrok na północ. [25:00] „Dajosz Warszawu” - dawaj Warszawę. Te dwa złowieszcze słowa malowane na ścianach domów czy na wagonach wskazywały bez ogródek cel uderzenia, a żołnierzom odczytano odezwę:
[Lektor] „Żołnierze Armii Czerwonej. Nadszedł dzień sądu. We krwi pokonanej polskiej armii utopimy przestępczy rząd Piłsudskiego. Zwróćcie swe oczy na zachód, na drodze do światowej pożogi leży trup białej Polski. Na naszych bagnetach przyniesiemy szczęście i pokój masom pracującym całej ludzkości.”
[Prowadzący] Armia Czerwona miała teraz zdecydowaną przewagę. W sumie 120 000 żołnierzy. Polaków na froncie północnym było mniej więcej dwa razy mniej. Już pierwszego dnia przełamane zostały dwie linie polskiej obrony. Polacy rozpoczęli odwrót. Co gorsza nieskoordynowany, bo polskie armie zostały rozbite na drobniejsze grupy.
[Lektor] „Ujawniliśmy zupełny brak planu strategicznego.”
[Prowadzący] -komentował sytuację generał Żeligowski. A Piłsudski przyznał po latach:
[Lektor] „Wszystko zaczęło się sypać. Łamało się państwo, chwiały się charaktery, miękły serca żołnierzy. Powódź trwogi, bezładu i bezsilności.”
[Prowadzący] Armia polska, jak zauważył brytyjski dyplomata, była „zniechęcona i wyglądała na niezdolną do poważnej kontrakcji”. Przykład szedł z góry.
[Lektor] „ Idzie z góry od niektórych dowódców fala depresji, defetyzmu.”
[Prowadzący] – zanotował 16 lipca jeden z oficerów. A tymczasem bolszewicki walec prze niezmordowanie ku Warszawie. Nim jednak dotrze na przedpola stolicy Polski, opuśćmy na chwilę teatr wojenny i przenieśmy wzrok na zupełnie inną scenę. Scenę polityczną.
Część V. Gry nie tylko salonowe.
Naszą wędrówkę, która zaprowadzi nas do belgijskiego kurortu i małopolskiej wsi, zacznijmy od mazowieckiego probostwa. 15 sierpnia dotarli do niego przedstawiciele tymczasowego komitetu rewolucyjnego Polski. Od proboszcza zażądali czterech pokoi. Tam czekali na upadek Warszawy. Tyle że się nie doczekali, a już kolejnego dnia czmychnęli. Tak opisał to w wojennym reportażu słynny pisarz Stefan Żeromski. „Na odgłos strzałów rozlegających się za Bugiem, doktor Julian Marchlewski i jego kolega Feliks Dzierżyński pomazany od stóp do głów krwią ludzką i szanowny weteran socjalizmu Feliks Kon, dali drapaka z Wyszkowa. Pozostał po nich tylko wielki swąd spalonej benzyny, trochę cukru oraz wspomnienie dyskursów prowadzonych przy stole i pod jabłoniami cienistego sadu.” Owa sowiecka namiastka rządu utworzona została pod koniec lipca w Smoleńsku. Komitet przemieszczał się pociągiem pancernym, tuż za linią frontu. Wszędzie wprowadzał rewolucyjny terror, z aresztowaniami i rozstrzeliwaniami. Na początku sierpnia wydał mrożącą krew w żyłach dyrektywę: „Wszystkich ważniejszych przedstawicieli burżuazji i ziemiaństwa, wszystkich znacznych współpracowników biało-Polaków aresztować i wysłać do obozów koncentracyjnych, przesyłając ich dane i dokładne liczby.” Tym razem ów ludowy rząd okazał się tylko niezbyt ważnym epizodem. Patrząc z perspektywy kolejnego ćwierćwiecza był jednocześnie złowieszczym zwiastunem.
Czas przenieść się do prawdziwie polskich gabinetów. Pod koniec czerwca doszło do dymisji rządu. Nowym premierem został Władysław Grabski. Misja tego uznanego, endeckiego ekonomisty trwała jednak ledwie miesiąc i zakończyła się spektakularną klapą po wyjeździe do SPA. Tak, tak, do SPA, znanego belgijskiego uzdrowiska. Sytuacja Polski była wówczas dramatyczna, ze wschodu parła Armia Czerwona, na północy Niemcy wygrywali plebiscyty na Warmii i Mazurach, a ich generałowie przebierali nogami, by z armią wkroczyć na Pomorze czy Wielkopolskę. Transporty broni nie dochodziły, blokowali je Niemcy i Czesi, ale też robotnicy portowi w Anglii i w Gdańsku. Poza tym, Polska miała złą prasę. Sowieci wszem i wobec ogłaszali ją agresorem. Niewiele miał argumentów Grabski wyruszając na konferencję do Belgii, zresztą wbrew Piłsudskiemu, który trzeźwo oceniał, że ugrać się nic nie da, a stracić można sporo. I rzeczywiście, to co zaproponowali alianci było jak siarczysty policzek. W zamian za wątpliwą pomoc, zażądali przekazania Litwie Wilna, Czechosłowacji Śląska Cieszyńskiego, domagali się także uznania tzw. linii Kurzona, czyli wyrysowanej przez Anglików granicy wschodniej opartej o środkowy bieg rzeki Bug. Grabski się poddał. I na upokarzające warunki zgodził. Ale Sowieci już nie. „Chcą nam wydrzeć zwycięstwo z rąk za pomocą oszukańczych obietnic” – pisał Lenin w telegramie do Stalina. Bolszewicy dawno już zapomnieli o pokojowych propozycjach z zimy. W sowieckiej Rosji [30:00] był to czas euforii i wielkich planów. Pisał Lenin:
[Lektor] „Trzeba by jak najszybciej pobudzić rewolucję we Włoszech. Według mnie trzeba w tym celu sowietyzować Węgry, a może także Czechy i Rumunię.”
[Prowadzący] A wtórował mu Stalin:
[Lektor] „Krótko mówiąc trzeba podnieść kotwicę i ruszyć w drogę. Dopóki imperializm nie zdążył jeszcze naprawić swojej rozwalającej się fury.”
[Prowadzący] W Warszawie, o ile jeszcze nie zabrano się do naprawy fury, to na pewno zmieniono szofera. Grabski podał się do dymisji. Przyszedł czas na Rząd Obrony Narodowej. Witos, od wielu lat jeden z najważniejszych polityków ludowych, miał za zadanie podniesienie morale społeczeństwa, a także rozmowy pokojowe z bolszewikami. Kilkukrotnie wyjechał na front, ale najważniejszą jego decyzją okazał się… brak decyzji. Wojenne klęski szybko obaliły Piłsudskiego z piedestału, już nikt nie porównywał go do Chrobrego. Żądano wręcz od niego dymisji. Zewsząd dobiegały słowa o dyletantyzmie wodza. Sam Piłsudski był na krawędzi załamania nerwowego.
[Lektor] „Piłsudski stracił pod wpływem klęsk głowę. Opanowała go depresja, bezradność. Powtarzał, że wszystkiemu jest winien upadek «moralu» w wojsku. Zdenerwowanie dochodziło u Piłsudskiego do ostatnich granic. Nadrabiał biciem pięścią w stół, krzykiem, trywialnością.”
[Prowadzący] – wspominał ludowiec, Maciej Rataj. 12 sierpnia Piłsudski złożył na ręce Witosa dymisję z funkcji Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza. Premier dymisji nie przyjął, a sprawy nie nagłośnił. Uznał, że to nie czas na zmiany.
Część VI. Wielka bitwa.
Nim wraz z żołnierzami nabijemy karabiny, rozprawmy się z mitem. Cud nad Wisłą – taka nazwa przylgnęła do tej bitwy. Ale czy był to rzeczywiście cud? Pierwsza, o nadprzyrodzonej naturze zwycięstwa, już 14 sierpnia napisała Rzeczpospolita w tekście „O cud Wisły”. Zresztą wówczas istotnie mogło się wydawać, że to jedyny ratunek. Ale post factum słowa „cud” zaczęli używać polityczni przeciwnicy marszałka, którym nie w smak było gloryfikowanie zasług Piłsudskiego. Do cudu dopasowano kalendarz. 15 sierpnia, który tradycyjnie jest dniem obchodów rocznicy zwycięstwa, nie był ani początkiem, ani końcem bitwy. Za to jest świętem kościelnym, Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, Królowej Polski. „Cokolwiek mówić czy pisać się będzie o bitwie pod Warszawą, wiara powszechna nazwie ją cudem nad Wisłą. Mówił mi kapłan pracujący w szpitalu wojskowym, że żołnierze rosyjscy zapewniali go i opisywali, jak pod Warszawą widzieli Najświętszą Pannę, okrywającą swym płaszczem Polski stolicę.” - mówił w kazaniu jeden z biskupów. A Jerzy Kossak zwizualizował mit, malując słynny obraz, na którym walczących wspiera Matka Boska. Z nieba szarżuje też husaria. Najlepszym podsumowaniem będzie stwierdzenie francuskiego generała Maxime Weyganda:
[Lektor] „Jak mówią nasze stare przysłowia: pomagaj sobie, a niebo ci dopomoże. Ale też i Polska cudownie sobie pomogła.”
[Prowadzący] Zatem czy słusznie rolę Piłsudskiego próbowano pomniejszać? Rozkaz nr 8358/3 z 6 sierpnia 1920 roku. To on zmienił oblicze tej wojny. Zawierał plan kontrnatarcia znad rzeki Wieprz. Do dziś nie ma pewności kto ten plan wymyślił, Piłsudski, a może szef sztabu Tadeusz Rozwadowski, albo główny francuski doradca Weygand, choć ten ostatni w wywiadach się tego wypierał. Nad planem kontrofensywy pracowano w sztabach już od lipca. Wariantów było co najmniej kilka. Alianci chcieli grać na czas. Francuzi proponowali ufortyfikowanie się na linii Wisły, co zatrzymałoby linię frontu. „Dopiero wówczas można będzie myśleć o działaniach ofensywnych, by odzyskać to, co jest konieczne. Nie wcześniej.”- mówił generał Weygand. Zalecał też opuszczenie Lwowa. Brytyjczycy sugerowali wycofanie się do Poznania i tam stoczenie decydującej bitwy. Oba rozwiązania alianckie, dla Polaków były nie do pomyślenia. Ostatecznie zapadła decyzja o operacji kombinowanej. Główne siły miały skoncentrować się pod Warszawą i za wszelką cenę zatrzymać przeciwnika. Wydzielona grupa uderzeniowa miała od południa wejść na tyły armii Tuchaczewskiego. Nawet jeżeli sam pomysł nie wyszedł od Naczelnika, to on podjął ostateczną decyzję. Nim jednak wybiegniemy na pole bitewne przyjrzyjmy się krajobrazowi przed burzą. Czarne chmury już niemal wisiały nad stolicą, ale położenie Polski wcale nie było beznadziejne. Liczebność wojsk obu stron była podobna. Źródła się różnią, ale wszystkie mówią o armiach liczących ponad 100 000 żołnierzy. Polakom pomogli też bolszewicy. Najbardziej rozkaz Stalina. Wstrzymał on marsz armii frontu południowego na Warszawę, bo najpierw chciał zająć Lwów. To bez wątpienia jedna z decydujących chwil tej bitwy. [35:00] Niezwykle ważna była też wojna w eterze. Polacy złamali sowieckie szyfry już wcześniej, dzięki czemu znali dużą część rozkazów. W czasie samej bitwy, przejąwszy jedną z radiostacji przez dwie doby zagłuszali sowiecką komunikację radiową. Biblia. To jej tekst zamiast rozkazów słyszeli bolszewiccy radiotelegrafiści. Ale najważniejsze i tak były działania na froncie. W wielu miejscach sytuacja była niezwykle trudna. Na północy, generał Władysław Sikorski miał poza doświadczonymi oddziałami także takie, w których przeważali nieumiejący strzelać ochotnicy. Wojsku brakowało też podstawowego wyposażenia, butów czy mundurów, ale najgorszy mógł okazać się brak amunicji. Cud zdarzył się tuż przed wojną. To wtedy dotarł transport amunicji z Węgier. Nawiasem mówiąc, Armia Czerwona wcale nie wyglądała lepiej:
[Lektor] „Część żołnierzy szła boso. Nie wszyscy też posiadali karabiny. Mieli je dostać dopiero w okopach, pozostałe po poległych i ciężko rannych.”
[Prowadzący] – wspominał jedne z polskich posłów, jadący na rozmowy z bolszewikami. Ale w te gorące, sierpniowe dni, widoczna była też powolna zmiana atmosfery, za czym za kilka dni przyjść miało odwrócenie ról. Potwierdził tę zmianę niezawodny de Gaulle:
[Lektor] „Dowództwo zebrało się w sobie. Wola zwycięstwa ukazuje się na nowo. Porządek zapanowuje w umysłach, zaufanie na nowo gości w sercu żołnierza, a na usta powraca piosenka.”
[Prowadzący] Ciężkie boje zaczęły się 13 sierpnia. Na północnym-wschodzie dwukrotnie słabsza armia generała Sikorskiego nie tylko powstrzymała natarcie, ale sama przeszła do kontruderzenia.
[Lektor] „Biała Polska umiera.”
[Prowadzący] – napisano w meldunku z frontu centralnego, gdzie czerwonoarmiści przełamali linię obrony i zajęli Radzymin. Bolszewicka euforia znów przyszła za wcześnie. Radzymin po krwawych walkach kilkukrotnie przechodził z rąk do rąk, by 16 sierpnia ostatecznie zostać odbity przez Polaków. Śmierć zbierała krwawe żniwo, ale ta część planu Piłsudskiego zakończyła się sukcesem. Pozostał punkt ostatni. Wyczekał cierpliwie Naczelnik i uderzył dopiero czwartego dnia bitwy. Da ktoś wiarę, że znów w próżnię? Miękkiego podbrzusza armii Tuchaczewskiego broniło, i to nie zbyt twardo, ledwie 10 000 żołnierzy. Pisał Piłsudski:
[Lektor] „Gdzie więc jest szesnasta armia? Świadczyły o niej armaty, zostawione bez zaprzęgów i bez obsługi w polu. Świadczyły o niej dość liczne trupy ludzi i koni obok szosy. Świadczyła wreszcie ludność, która z zachwytem opowiadała mi, zatrzymując auto, gdy mnie poznawano, że bolszewiki uciekały w bezładzie i w popłochu na wszystkie strony.”
[Prowadzący] Wszystkie cele zostały zrealizowane. Tuchaczewski był zszokowany tym bardziej, że na północnym-zachodzie Armia Czerwona przegrała bitwę o Nasielsk. Polski atak mógł zamienić się w okrążenie. Rozmiary klęski zwiększała szybkość polskiego natarcia. Piechota posuwała się kilkadziesiąt kilometrów na dobę, zajmując węzły komunikacyjne, przeprawy i mosty na tyłach cofającego się przeciwnika. Wojenna szala przechyliła się mocno na polską stronę, ale do ostatecznych rozstrzygnięć nadal było daleko. Ba! Istniał nawet plan, który mógł ową szalę odchylić z powrotem. Gdzie było zagrożenie? Wystarczy spojrzeć na południowo-wschodnią linię frontu. Co prawda, na szczęście, Stalin spowolnił marsz w stronę Warszawy, ale go przecież nie zatrzymał. A Budionny miał środki ku temu, by nastąpić idącym znad Wieprza polskim wojskom na pięty. Myśliwy znów mógł stać się zwierzyną. Ale Budionny dopiero od 17 sierpnia odstąpił od Lwowa i ruszył ku Wiśle, do tego zamarudził próbując bezskutecznie zdobyć Zamość. Zagrożenie ostatecznie zlikwidowane zostało pod Komarowem, gdzie odbyła się największa kawaleryjska bitwa tej kampanii. Ostatecznie słynną i straszną konarmię wycofano z frontu pod koniec września. W tym samym czasie, gdy pobite zostały inne armie sowieckiego frontu południowo-zachodniego. Tymczasem, na północ i wschód od Warszawy trwał wojenny taniec. Tak to opisał Piłsudski:
[Lektor] „Nie marnego kontredansa, lecz wściekłego galopa rżnęła muzyka wojny. Nie dzień z dniem się rozmijał, lecz godzina z godziną. Nie pozwalał nikomu z dowodzących po stronie sowieckiej zatrzymać się na żadnej z tańczonych figur.”
[Prowadzący] Galop polskiego wojska zatrzymał się nad nurtami Niemna. To tam ranny rosyjski niedźwiedź lizał rany, by odzyskać siły i spróbować odwrócić losy polowania. Obie potężne, choć mocno wyczerpane i wykrwawione armie czekało jeszcze jedno, wielkie zwarcie.
Część VII. Gra na czas. Ostateczne rozstrzygnięcia.
Walka z czasem. [40:00] To było najważniejsze w owych wczesnojesiennych dniach. Tuchaczewski wierzył wciąż w odwrócenie losów wojny i pałał żądzą zemsty.
[Lektor] „Przegrana operacja wzbudzała pragnienie ponownego natarcia. Mieliśmy wszystkie szanse na przechylenie szali szczęścia na naszą stronę. Chodziło o to, kto będzie gotowy i kto pierwszy ruszy do natarcia.”
[Prowadzący] Tuchaczewski, dzięki posiłkom z głębi Rosji nie tylko lizał rany, ale i też ostrzył pazury. Jego armia liczyła znów ponad 100 000 żołnierzy. Do ataku miała być gotowa już pod koniec września. O tym, jak ważny jest czas, wiedział jednak i Piłsudski. „Aby uprzedzić ofensywę nieprzyjaciela i pokrzyżować jego zamiary, nasze północne armie II i IV podejmą, pod moim bezpośrednim dowodzeniem, uderzenie.” - napisał w rozkazie 19 września. Bitwa zaczęła się dzień później. Rozpoczęły ją walki o Grodno, w środkowej części frontu. Trwały aż 5 dni i nie przyniosły żadnej ze stron sukcesu. Na całym froncie walka była zażarta. Wspominał jeden z żołnierzy:
[Lektor] „Walka przybiera charakter nie do opisania. Na małej przestrzeni skłębiona masa nieprzyjaciela przewalała się, zmieszana z polskimi oddziałami. Walczono już teraz bagnetem i kolbą. Napięcie szaleństwa boju wzrosło do niebywałych rozmiarów.”
[Prowadzący] O zwycięstwie Polski zdecydowały ofensywy na północnym i południowym skrzydle. Tuchaczewski znów był blisko dostania się w matnię i znów musiał uciekać. Po raz kolejny wojna zamieniła się w wyścig. Polacy doszli do Dźwiny, a na południu zatrzymali się zaledwie 150 km od Kijowa. 12 października zajęty został Mińsk, ale na rozkaz Piłsudskiego oddziały polskie z niego wycofano. Tego też dnia armaty umilkły, a wojna przeniosła się na sale konferencyjne i w kuluary. Charakterystyczną cechą tej wojny było to, że rozmowy pokojowe toczyły się niemal przez cały czas trwania konfliktu, przypominając czasem baśń o żurawiu i czapli. Z tym, że zamiast dumy i uprzedzenia, najważniejsza była aktualna sytuacja na froncie. O mniej lub bardziej szczerych ofertach pokoju, wystosowanych przez bolszewików była już mowa. Podobnie jak o propozycji narzuconej przez aliantów w SPA. Kolejna polska delegacja wyruszyła z Warszawy 14 sierpnia. Tak, tak… 14 sierpnia! Do Mińska dotarła po 3 dniach. Mimo zmieniającej się sytuacji na froncie, bolszewicy grali rolę zwycięscy. Warunki przedstawione przez nich z linią Kurzona, armią do 50 000 czy milicją ludową zamieniłyby zapewne Polskę w sowiecką republikę. Ale zostały tylko na papierze. Polacy odcięci od informacji z frontu najpierw grali na zwłokę, a później zażądali przeniesienia rozmów do Rygi. Tam rozmowy odbywały się w świetle jupiterów. Podczas rokowań, w stolicy Łotwy przebywało od 80 to 100 korespondentów gazet z całego świata. I wielu z nich musiało się porządnie zdziwić. Czemu? Otóż na czele komunistycznej delegacji Rosji ujrzeli przedstawiciela bogatej burżuazji z Krymu, Adolfa Joffego, a burżuazyjną Polskę reprezentował chłop, działacz ludowy Jan Dąbski. Wbrew wszelkim pozorom wcale nie wszystkie atuty były po polskiej stronie.
[Lektor] Polska pokój musi zawrzeć. Nawet bez gwarancji, że będzie trwały.”
[Prowadzący] Takie słowa w ustach ministra spraw zagranicznych Eustachego Sapiehy to dobry argument… dla drugiej strony. Na negocjacje silny wpływ miał stosunek społeczeństwa polskiego do wojny, rezerwa, delikatnie mówiąc, w zachowaniu aliantów, a także opór przeciw koncepcjom Piłsudskiego. Bo naczelnik, choć właśnie wygrywał wojnę, w delegacji polskiej nie miał wielu swoich ludzi. Do dziś padają pytania o to, czy wielkie polskie zwycięstwa i dobre wieści z frontu zostały właściwie wykorzystane. I czy Polska nie mogła uzyskać znacznie więcej. W połowie października zawarto umowę wstępną, a w marcu podpisano uroczysty pokój. Granica polsko-sowiecka biegła w zasadzie wzdłuż linii drugiego rozbioru oraz obejmowała część Wołynia i Polesia. Sowieci zrzekli się roszczeń do Galicji Wschodniej i za to między innymi Mińsk i Kamieniec Podolski pozostały po drugiej stronie granicy, formalnie Niezależnych Republik Białoruskiej i Ukraińskiej. A wraz z nimi kilka milionów Polaków. Pisał Witos:
[Lektor] „Najciężej i najprzykrzej zarazem było z delegacjami polskiej ludności, która miała pozostać po stronie rosyjskiej. Delegacje owe przychodziły od Kamieńca Podolskiego, Mińska, Berdyczowa, przekradając się z narażeniem życia i błagając z płaczem, żeby ich Polska nie dawała na pastwę katom bolszewickim.”
[Prowadzący] Zgodnie z układem, Polacy mieli być repatriowani. Sowieckie władze utrudniały wyjazd jak mogły. W rezultacie do Polski przeniosło się nieco ponad 1 000 000 osób, a 2/3 z nich stanowili Białorusini czy Ukraińcy. Według różnych szacunków po drugiej stronie granicy pozostało od 1,2 do 2 milionów Polaków. Ukraina to kolejny powód, [45:00] nawet więcej niż zażenowania. Już na początku rozmów w Rydze delegacja polska dopuściła do stołu przedstawicieli Ukraińskiej Sowieckiej Republiki Rad. Jednocześnie uznając tę sowiecką państwową efemerydę i zrywając stosunki z Ukraińską Republiką Ludową Petlury, wiernym sprzymierzeńcem w wojnie z bolszewikami. To właśnie w tym momencie z głośnym hukiem ostatecznie legły w gruzach plany Piłsudskiego, by stworzyć system państw buforowych, oddzielających Polskę od czerwonej Rosji. Inne punkty traktatu byłyby dla Polski korzystne, gdyby je zrealizowano. Sowiecka Rosja miała zapłacić Polsce 30 000 000 rubli w złocie. Do tego zwrócić zagrabione w czasie rozbiorów dzieła sztuki. Pieniędzy Polska nigdy nie zobaczyła, zabytków wróciła ledwie część. W traktacie nie zapisano sankcji za niewykonanie postanowień, ani nie przewidziano procedury arbitrażowej. Nic dziwnego, że po zakończeniu negocjacji Joffe otrzymał z Moskwy telegram ze słowami uznania za „uratowanie socjalistycznej ojczyzny i za wielkie zwycięstwo osiągnięte w nieprawdopodobnie ciężkich warunkach”. Historycy do dziś kłócą się o ocenę traktatu ryskiego. Oto kolejny głos w tym sporze, Mikołaj Morzycki z Muzeum Historii Polski:
[Gość] Traktat ryski był sukcesem, ale bolesnym. Sytuacja polityczna i gospodarcza Polski była tego rodzaju, że nie mogliśmy sobie pozwolić na dalsze prowadzenie wojny. Po pierwsze sytuacja społeczna, dlatego że stan finansów państwa był dramatyczny, po drugie państwa Zachodu nalegały na Polskę, żeby tę wojnę zakończyć w celu normalizacji stosunków szeroko-pojętego Zachodu z Rosją Sowiecką i przywrócenie normalnych więzi gospodarczych. Podział terytoriów wschodnich między Polskę a Rosję również był niezbyt korzystny dla Polski, ale był jedynym rozsądnym rozwiązaniem w tej sytuacji. Traktat ryski dawał potencjalnie Polsce szansę na to, żeby potraktować to jako rozejm i przygotować się do przyszłego nieuniknionego konfliktu z Rosją sowiecką, o czym niestety zapomniano w dalszych latach istnienia II Rzeczpospolitej.
[Prowadzący] Ale i tak głośny oddech ulgi słychać było w całej Polsce. Wojna trwająca przez ponad dwa lata i obejmująca 60% jej terytoriów przetoczyła się przez kraj jak walec, niszcząc wszystko, czego nie zniszczyły armie walczące w I wojnie światowej. Pogłowie bydła spadło o 60%, koni o 70%, zdewastowano setki tysięcy hektarów pól uprawnych. Trudno się więc dziwić słowom Witosa, wypowiedzianym podczas posiedzenia sejmu:
[Lektor] „Traktat pokojowy zamyka okres krwawych zmagań, które olbrzymie połacie ziemi naszej przemieniły w pustynię. Miliony ludzi naraziły na śmierć lub piekło mąk i udręczenia. Cofnęły naturalny rozwój kultury i gospodarstwa całej Europy. Po raz pierwszy od czasu powstania niepodległej Polski, rząd Rzeczpospolitej staje dziś przed Wysokim Sejmem w atmosferze nie wojennego zgiełku, lecz pokoju.”
[Prowadzący] Ten pokój Polska okupiła drogo.
Wojna z bolszewikami. Początkowa rywalizacja o przebieg granic i strefy wpływów przerodziła się w bój na śmierć i życie. Los wolnej Polski zawisł na włosku. Błyskotliwa kontrofensywa, mobilizacja żołnierzy i społeczeństwa, ale też błędy bolszewików sprawiły, że widmo Polski komunistycznej odsunięte zostało o ćwierć wieku. Ta wojna zdecydowała ostatecznie o kształcie naszych granic. Wszystkich, nie tylko wschodniej. Korzystając w zaangażowanie Polski w walkę z sowietami Czechy zajęły Śląsk Cieszyński zamieszkały w większości przez Polaków. Choć pewnie na Warmii, Mazurach i Powiślu i tak przegralibyśmy plebiscyty, to być może nie aż tak dramatycznie. Nieco więcej gmin zostałoby włączonych do Polski. Inaczej być może ułożyłyby się też sprawy na górnym Śląsku. Na pewno polscy negocjatorzy więcej mogli uzyskać w ramach traktatu ryskiego i przesunąć granicę bardziej na wschód, być może z Mińskiem i Kamieńcem Podolskim. Ale wszystkie te porażki nie przysłaniają największego triumfu. Choć pocięta i poraniona, Polska z tej wojny wychodziła wolna i niepodległa. I po ponad 120 latach kreślarze od nowa musieli rysować mapę Europy. Między Niemcami i Rosją musieli z powrotem narysować Polskę. Gdyby nie ten triumf, być może zresztą cała mapa Europy wyglądałaby zupełnie inaczej. Niosąca czerwony sztandar komunizmu armia bolszewicka mogła, wsparłszy rewolucję w krajach zachodnich, posunąć się znacznie dalej. I nawet jeśli wówczas bolszewicy nie mieli wystarczających sił by sztandar rewolucji ponieść [50:00] dalej w głąb kontynentu to bez wątpienia mieli takie plany. Plany, które w dużej części urzeczywistniły się ćwierć wieku później.
I to wszystko w dzisiejszym podcaście. Zapraszam na kolejny. Łukasz Starowieyski.
„1000 lat. Prześwietlenie.” Podcast Muzeum Historii Polski o najważniejszych wydarzeniach w historii Polski. Podcastów „1000 lat. Prześwietlenie” wysłuchasz na YouTube, Spotify, Google Podcast, Audiotece, a także na innych platformach podcastowych. Chcesz być na bieżąco? Subskrybuj kanał Muzeum Historii Polski.
Dane o obiekcie
-
Nazwa / Tytuł
To wcale nie był cud. Wojna polsko-bolszewicka 1920 roku -
Twórca / Wytwórnia
Muzeum Historii Polski (producent) -
Rodzaj
-
Kategoria
-
Data wykonania
15/08/2022 -
Czas trwania
0h 50min 38sek -
Osoby występujące
-
Miejsce
-
Wydarzenie
Podcasty Muzeum Historii Polski -
Numer inwentarzowy
MHP-05-14113 -
Klasyfikacja praw autorskich
-
Permalink