Weronika Filipowska - Mediatheque - Polish History Museum in Warsaw SKIP_TO
Visit Przejdź do sklepu
Historia mówiona
Audiovideo

Weronika Filipowska

Ujazdowska, Lidia (prowadzący/a rozmowę); Różański, Maciej (operator kamery); Filipowska, Weronika (świadek historii);

30/08/2016

Timer

  • Wybuch Powstania Warszawskiego

  • Budowanie barykad na ul. Zakroczymskiej i ul. Freta

  • Harcerze magazynują żywność, ubrania, opatrunki

  • Pierwszy dzień powstania - śmierć dzieci od pocisku, który spadł na podwórko

  • W wyniku bombardowania giną matka i brat p. Weroniki

  • Ojciec i brat walczą w powstaniu

  • Rozdzielenie się rodziny

  • Siostra p. Weroniki zostaje przewieziona do obozu w Pruszkowie

  • Warunki panujące w piwnicach

  • Rozpoczęcie bombardowania

  • Dostanie się do kościoła franciszkanów - spotkanie z babcią

  • Kościół franciszkanów zostaje zbombardowany

  • Powrót ojca z powstania po kapitulacji Warszawy

  • Przeniesienie się do schronu na Nowym Mieście

  • Kapitulacja powstańców

  • Powstańcy zostali zaprowadzeni przez Niemców do kościoła św. Wojciecha

  • Wywiezienie do obozu przejściowego w Pruszkowie

  • Wywiezienie do Piotrkowa Trybunalskiego

  • Rozstrzelanie pozostałych powstańców w Lesie Bielańskim

  • Możliwość zamieszkania u jednego z gospodarzy w Piotrkowie Trybunalskim

  • Decyzja o powrocie do Warszawy - powrót w trudnych warunkach w trakcie zimy

  • Dotarcie do Warszawy po dwóch tygodniach - całą trasę p. Weronika wraz z babcią musiały pokonać pieszo

  • Przedostanie się na Żerań - zamieszkanie u ciotki

  • Wieści o bracie ojca, który został na zachodzie

Transcription

Jest 30 sierpnia 2016 roku, znajdujemy się na terenie klasztoru ojców franciszkanów w Warszawie na ulicy Zakroczymskiej 1. Nazywam się Lidia Ujazdowska, towarzyszy mi Maciej Różański. Pani opowie nam o przeżyciach dotyczących powstania warszawskiego i o swoim życiu, które się potoczyło swoimi kolejami po tym, co się wydarzyło w [19]44 roku. Bardzo proszę.

Nazywam się Weronika Filipowska, przyjechałam ze Szczawna Zdroju. Przede wszystkim chciałabym powiedzieć, że zostałam zaproszona przez księdza Sykułę Marka i bardzo jemu dziękuję za to, że dzisiaj właśnie z tego miejsca będę mogła wybiórczo powiedzieć o przeżyciach właśnie moich z powstania warszawskiego. Miałam wtedy 12 lat. Powstanie warszawskie zastało mnie w drodze. Wracałam z wakacji, pociągiem z Żerania do Warszawy. 

Znalazłszy się na stacji kolejowej udałam się przez Most Poniatowskiego w kierunku Starego Miasta i dalej do ulicy Zakroczymskiej nr 6, do mojego domu. W mieszkaniu zastałam moich rodziców i rodzeństwo. Mama zapłakana żegnała się z moim ojcem i starszym bratem Tadeuszem, lat 18. Ojciec od/, wychodząc z domu już w pośpiechu powiedział na pożegnanie: „Niedługo wrócimy!”. Ludność warszawska nie wiedziała o powstaniu, że wybuchnie powstanie, ja też się nie orientowałam w niczym. Ale mówiąc te słowa, że „niedługo wrócimy”, to oznaczało, że powstanie miało trwać tylko trzy dni i to jeszcze nas pocieszało. Już w tym pierwszym dniu wybuchu powstania mieszkańcy Starówki – oczywiście to jest Starówka, zaliczamy tutaj i Nowe Miasto i Freta, Zakroczymską, te wszystkie małe uliczki – i właśnie rzucili się do budowania barykad przeciwczołgowych, które sięgały aż po dachy. Wszyscy znosili wszystko, co mieli: wózki, stare jakieś rowery, jakieś meble stare, nawet jakaś była jakiś, kareta stara była, worki z piachem – no wszystko, co było. Odrywane były płyty z chodników, które ja sama też z moją kolegą niosłam, też w moim wieku, bo sama bym nie udźwignęła, to też chcieliśmy pomagać, też to wszystko się znosiło. I ta barykada powstała między właśnie ulicą Zakroczymską a Freta. Była ogromna, no to wiemy, żeby utrudnić czołgom wejście na dalszy ciąg, na poste/, na następne ulice. Następnie harcerze, którzy sami chcieli, ze swojej woli tylko, zaczynają magazynować żywność, wodę, ubrania, koce i opatrunki. To są właśnie harcerze, którzy chcieli się poświęcić i pomóc z wielkim entuzjazmem. W tym też pomagają chłopcy, dziewczęta, starzy i młodzi i wszyscy, kto tylko mógł, pomagał w budowie tych barykad. Następnie na ulicach już panowała cisza, tylko było słychać strzały karabinów maszynowych i huk wybuchów pocisków. Już ludność cywilna ze strachu nie wiedziała, co się dzieje, więc zaczęła biec do schronów, a więc biegli do schronów, się tam właśnie ukryli. I w tym już czasie, w tym właśnie pierwszym dniu... Ten pocisk, który wpadł na podwórko – a dzieci jeszcze się bawiły na nim, bo też nie wiedziały, że coś takiego będzie, ani rodzice – ich zabił, zabił tam kilkoro osób, ale w tym było pięcioro dzieci małych, które się bawiły, i one zostały już w pierwszym, w pierwszych dniach, właśnie w pierwszych godzinach powstania zabite. I w czasie bombardowania Starówki ginie moja mama Sabina i mój brat Zdzisław, lat 14, pod gruzami, od bomby. Ponieważ wszystkie schrony były tak bardzo zapełnione, nie było miejsc, a więc wszyscy się przemieszczali, szukali miejsca tam, gdzie jest bar/, to znaczy gdzie jest więcej miejsca, więc przemieszczali się z jednego schronu do drugiego. A ponieważ moja mama przed powstaniem wróciła z moim bratem ze szpitala, bo on był chory na zapalenie miedniczek nerkowych, zabrała go szybciutko, przywiozła i ponieważ w tej ich piwnicy było już, już tak było gorąco, wtedy to już panowała taka temperatura wysoka, że minus, plus 40 stopni Celsjusza, brakowało powietrza, brakowało, no w ogóle ludzie mdleli, no więc szukała. I na podwórku tam stała, taka była mała piwnica, gdzie się zmieściły tylko dwie rodziny, więc postanowiła, mówi: „Proszę cię, idź do tego dużego schronu, stań sobie gdzieś z boku…”. Już nie miałam wtedy nikogo, bo myśmy byli porozdzielani, każdy z nas był gdzieś indziej i za chwilę też powiem. „No a ja zostanę tutaj dlatego, żeby właśnie Zdzisiu miał więcej powietrza.”. I w tym momencie właśnie, jak ja odeszłam, bomba uderzyła nie w tą piwnicę, tylko za, i ta piwnica się zawaliła. I wtedy przyszli, nie wiem, osoby cywilne, bo były takie jęki, krzyk, „Ratunku!” było słychać tam, bo to nie było tak bardzo głęboko, no i zaczęli odkopywać. Odkopali, z tym że tamta druga rodzina akurat szczęśliwe było, szczęśliwie, że ona się dostała pod podłogę (bo tam była podłoga, a pod podłogą jeszcze było takie jak gdyby też mała piwniczka). I wpadła do tej piwnicy pod podłogą, pod podłogę i nic im się specjalnie nie stało. Natomiast moja mama była wyżej na górze, a więc ją przygniotło od razu i mojego brata, który był uduszony – no od uduszenia po prostu zginęli. I wiem tylko, nawet tutaj piszę w tym dokumencie, że po wyciągnięciu mama miała dwie stopy urwane, wiszące na skóreczkach. Cała twarz była w takim pyle, w piachu. I pamiętam ten uśmiech jeszcze dzisiaj, bo miała bardzo ładne zęby białe, te tak usta były jak gdyby, jakby uśmiechnięte, a w nich pełno było piachu. Ale cóż… Potem została pogrzebana szybciutko, ja już się tym nie tego, nie zajmowałam, bo nie byłam w stanie jako dziecko.

Ile pani miała lat wtedy?

Tak… Zakopali ją na pół metra chyba głębokości na podwórku i wiem, że tam jeszcze siostra moja miała dowód osobisty, a więc ten dowód osobisty włożyła do butelki i tą butelkę właśnie też zakopano razem z ciałem mojej mamy i mojego brata. I dzięki temu mamy, właśnie jak była ta ekshumacja ciał, to Czerwony Krzyż to wszystko badał i dlatego mam te dokumenty, otrzymałam je właśnie z Czerwonego Krzyża, o tak, o mojej mamie, gdzie jest pochowana. To tyle było, jeśli chodzi o moich rodziców. Ojciec oczywiście walczy w powstaniu, mój brat też, pseudonim „Jaskółka”, również bierze razem udział. Był w batalionie, ale wiem, że – to, co tak potem się dowiedziałam, później – że należy do tego batalionu właśnie Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych, oni tam się mieścili. I stamtąd dopiero mieli zadania przydzielane i normalnie toczyli walkę. A ponieważ Zakroczymska ulica była mniej ważna jak inne ulice, więc zaczęto od Starówki bardziej niszczyć. Aż dopiero ulica Zakroczymska została zbombardowana, ta moja ulica cała, prawa strona, 30 sierpnia. A ten cały miesiąc to właśnie żyliśmy w tych piwnicach. Mama, dokładnie daty nie znam, nie znam daty, ale wiem, że w drugiej połowie na pewno sierpnia zginęła. Ja już potem byłam pozostawiona sama sobie, nie było już nikogo. Nie miałam nikogo, no bo każdy był gdzieś indziej: siostra moja była, Janina, lat 16, była sanitariuszką, to była zupełnie gdzieś indziej i moja siostra najstarsza, Krystyna, lat 20… Janina miała lat 16 i tak poko/… Przepraszam, może od tego zacznę jeszcze raz. Więc moja siostra najstarsza, lat 20, Krystyna, potem Tadeusz – 18 lat (bo było nas pięcioro, więc tak co dwa lata), później siostra 16, następny brat, Zdzisław, miał 14, a ja miałam 12 w tym czasie. I tak się stało, że po śmierci właśnie mojej mamy, mojej, z siostrą się moją nie spotkałam, bo ona zupełnie była też gdzieś indziej. I tutaj właśnie w połowie sierpnia… Nie, to było w drugiej połowie sierpnia, właśnie najstarsza siostra, Krystyna, lat 20, wyciągnięta przez Niemców z piwnicy, do której wrzucili granat na jej piew/ i ranili tam, ona stała dalej i to ją ocaliło, że ona nie została ranna. A więc Niemcy zabierali ją z piwnicy tej i przewożą do, wagonami bydlęcymi do obozu w Pruszkowie. I to, co ona mi opowiadała, że w Pruszkowie no to byli tam kilka dni i też tam była selekcja, kogo wywozić właśnie do jakiego obozu. Dzieci i osoby starsze to dostały, zostały właśnie umieszczone w Polsce i przydzielone do gospodarzy, natomiast ona była wywieziona do obozu w Ravensbrück. I tam była do 15 maja. Dopiero 15 maja, po wyzwoleniu wróciła. Do niczego po prostu, tylko wiedziała, że jej dom to tylko gruzy i niebo, nic więcej. No ale potem sobie już radziła, bo… Już nie będę rozwijać tego tematu, bo się będę, tak… I teraz nastąpił ten dzień… Acha! I jeszcze bym chciała powiedzieć, że ludzie przebywający w piwnicach, że nie tylko, że brakowało już jedzenia. No, jeśli chodzi o warunki higieniczne – były potworne! Kanalizacja zapchana, to było najgorsze, ten zaduch, ta temperatura. Ludzie modlili się na głos, prosili, żeby uratować, ale oni nie mieli wyjścia, żadnego – czekali tylko albo na śmierć, albo może się skończy powstanie i zostaną uratowani. I właśnie ten głód. I pamiętam jeszcze, bo powiedziałabym, że nawet uciekano się do, po żywność sięgano po zabite konie, które tam, zwierzęta. A jeszcze jak moja mama żyła, to, do połowy sierpnia, to wiem, że przyniosła kawałek takiego mięsa koniego, z konia, i robiła tam to gdzieś na takich cegiełkach, jakieś miała naczynie i w tym coś tam gotowała tylko – bo to nie było smażenia, nie było niczego, tylko tak, żeby cokolwiek było zjeść. I naprawdę, więc ta ludność była tak… Mój Boże! A jeszcze do tego schronu przybywały osoby ranne, które prosiły też o pomoc. Lekarza nie było. Żeby przedostać się do jakiegokolwiek szpitala nie było. Ludzie pod gruzami byli grzebani żywcem, ludzie, którzy mogli być uratowani, a nie miał kto ich ratować, po prostu nie miał kto ich ratować. To było tragiczne. I teraz 30 sierpnia podczas bombardowania mój brat – nie za ojc/, ojca nie ma – mój brat ten naj/, który, powstaniec wraca właśnie tam do, na tą ulicę Zakroczymską, moja siostra również. Z tym, że wzdłuż tych wszystkich piwnic to oni zostali w ostatniej piwnicy od Wytwórni Papierów Wartościowych… Bo tak jak potem też, nie wiem, skąd ja to wiedziałam, że będziemy bliżej, tam już są Niemcy, zajęli właśnie tą Wytwórnię, więc nie będą rzucać bomb. I ja ich nie widzę, ale wiem, że tam są. Natomiast ja byłam w ostatniej piwnicy drugiego końca ulicy i w tym czasie właśnie rozpoczęło się bombardowanie. Bomba za bombą leciała i to był huk jeden, drugi, trzeci, ogłuszający. Ale ja, nie wiem, mnie Opatrzność Boża prowadziła, głos jakiś mi mówił… Przecież byłam dziewczynką! No 12 lat to jaki ten rozum człowieka jest? No jest taki, że nie wie, co ma z sobą zrobić. I proszę sobie wyobrazić, że ja już nie myślałam o mojej mamie, nie myślałam o moim bracie, o nikim nie myślałam, tylko myślałam o tym, co będzie ze mną i gdzie mam stanąć, gdzie mam się schować. I tak właśnie ten głos mi podpowiedział: nie idź dalej, zostań tutaj, idź tym, to są te sklepienia i między tą piwnicą jedną a drugą, tą ostatnią. Ja przy tym sklepieniu tutaj z tej strony ostatniej piwnicy się, zatrzymałam się i stanęłam i wtedy właśnie nie tylko, że tam już leciały, leciał gruz, ale od razu też ta bomba następna, która spowodowała, że ten gruz przemieszczał się przez to, ten otwór i zasypywał mnie. Zasypał mnie też tak, no ja wiem, powyżej pasa. Nie pamiętam, wiem, że tylko, żem krzyczała, żebym wzywała pomocy – nie. Nie widziałam nic, bo ten pył gorący, który właściwie osiadał na twarzy, z cegieł, ten gruz z betonu. Tylko czekałam, nie wiem, co się ze mną dalej stanie, ale w pewnym momencie przybiegł jakiś człowiek, ale w ciemności się nie widzi. Może już ten pył troszeczkę opadał, to może on widział i zaczął mnie odkopywać i wyciągnął mnie spod tych gruzów. Prawdopodobnie miałam dwa żebra pęknięte, ale to się dowiedziałam w bardzo późnym wieku, gdzie miałam prześwietlenie, że mam tam właśnie w dwóch zrosty i… Ale jeśli to było pęknięcie, to nie było źle, nie było żadnego tam opatrunku ani gipsu. I co zrobił? I właśnie tu miałam to zdjęcie, pokazywałam, przez to okienko wyrzucił mnie tutaj na ten właśnie, ten taki plac i potem ja przeszłam trochę dalej, bo już wokół wszystko płonęło. Płonęło, paliło się i widziałam, że już z jednej strony i z drugiej leżą osoby zabite, leżą dzieci wiszące na zgliszczach tych właśnie ścian, jakaś noga, jakaś tylko głowa, jakieś włosy. Stoję i tak patrzę i nie wiem, co mam robić dalej, nie wiem. I w końcu znowu jakaś myśl moja: przejdź na drugą stronę, jest kościół. A tam, jeśli wszystko było zbombardowane, to ludność cywilna, która była uratowana, to wszyscy tam gromadzili się w kościele właśnie franciszkanów. A to był też kościół, do którego ja też chodziłam, no więc mówię: „Szybciutko tam pobiegnę!”. Znałam cały kościół, znałam zaplecze całe, pobiegnę tam. I rzeczywiście przybiegłam. Wchodząc do kościoła widziałam, ze jest cały zatłoczony, ciasno tak samo, a ponieważ to był jednak kościół bardzo wysoki, to powietrze już było lżejsze, nie było takie, jak było w piwnicach. A przecież w piwnicach to nie tylko od tego, ale też były przecież jakieś resztki czegoś wyrzucane i… To nawet nie ma co opisywać z tym, co zastałam w kościele. Ale gdy przeciskałam się przez ten tłum i kierowałam się do zakrystii, a z zakrystii przeszłam do sali spotkań – taka duża sala, która jest tutaj. Ja nie wiem, bo też, bo jeszcze może nam ksiądz Sykuła pokarze. I tam spotkałam moją babcię i proszę… Okna wszystkie, bo jak weszłam, teraz wjechałam właśnie samochodem z moim wnuczkiem, no to już tylko spojrzałam na te okna, które mi przypominały wszystko. I patrzę, że nie się, że ludzie stoją jeden przy ko/, tylko leżą na podłodze pokotem, jeden przy drugim. Są ranni, którzy też stękają i proszą o pomoc, bo przez te okna, które, we wszystkich oknach były szyby powybijane, wpadały odłamki tych pocisków. I czasami nikt nie wiedział, w kogo trafi ten pocisk, prawda. Leżeli i tam niektórzy byli od tego ranni. I babcia widząc mnie bardzo się ucieszyła i mówi: „Zobacz, jak tu jest ciasno, jak tu jest źle. Ja ciebie sprowadzę do piwnicy, która jest,…do schronu pod wielkim ołtarzem. I sprowadziła mnie tam, do tej piwnicy, ale „Ja wrócę z powrotem tam, na tą salę i będę, jak będzie spokój, to wrócę po ciebie.”. I ja zostałam w tej piwnicy i zaprowadziła mnie do drugiej piwnicy, nie wiem, czy jeszcze dalej była trzecia, tego nie wiem. Pod ścianą była taka ławka i akurat mogłam sobie, jedno miejsce było, że mogłam usiąść tam pod tą ścianą na tej ławce. I babcia mnie zostawiła i odeszła. I ja tam siedząc tak widzę, tak dużo ludzi jest, zakonnice też były tam jeszcze w tym schronie. No jeśli tak jak pamiętam, jak nam też brat Krzysztof powiedział, to było 48 osób. Bo tak, nie liczyłam, ani nie byłam w stanie w ogóle o tym myśleć, więc dość było ciasno. Ale ja tak se pomyślałam i tak jakby też mi ktoś szeptał, dokładnie jakby szeptało mi, ktoś, jakiś głos mi mówił: idź stąd, idź stąd, przejdź, wyjdź, nie bądź, przechodź dalej do przodu, tam do wyjścia! I ja uciekłam stamtąd do tego wyjścia. I schowałam się przy wyjściu, jak się wchodzi, jest taki kącik jak przy każdej z piwnicy, jest kącik. I ja w ten kącik weszłam, schowałam się i byłam przy tej ścianie bliziutko. I rzeczywiście bombardowanie odbywało się co 15 minut. To nie wiem, bomba/ bez przerwy, bez przerwy było bombardowanie. No i słyszę, że jest ten warkot z tych samolotów, że one lecą, a głos ten taki był ciężki tego wark/, tak było widoczne od, samoloty były obciążone bombami, a więc od razu się było słychać, że to są bombowce. I tak stoję i to moment tylko: ogromny huk, czuję, że coś na mnie leci, lecą na mnie cegły gorące, lecą na mnie właśnie, leci na mnie gruz w tym kąciku. Potem też zrobiło się ciemno. Nie słyszę, bo mi dzwoni w uszach, w ogóle straciłam słuch i tak czuję, że to coraz bardziej mnie przygniata do ściany. I pomyślałam sobie, że teraz tutaj to już właśnie chyba koniec, już nie wyjdę z tego, bo wszystko jest zasypane. A ponieważ tamte schrony, gdybym tam była, to mowy nie ma, żebym ja była uratowana. Ja w tym samym dniu jestem drugi raz uratowana! A jeszcze przed tym powiem dalszy ciąg: to odczułam też, że ten pył tak klei się na oczy i na usta, uszy i na moje włosy i tak mnie obciąża. Czuję to, ten gorąco, który mnie otacza. I teraz mówię: „To koniec jest.”. Słyszę tylko, ktoś „Ratunku!” krzyczy, „Ratunku!”. Nie wiedziałam kto, bo nie było widać. Ja mówię: „Na pewno wejście jest zasypane do piwnicy.”, ale po jakimś czasie tak stojąc tak w tym kąciku przez, ten pył zaczyna opadać powoli i przez ten właśnie gorąc, ten pył, który jeszcze właśnie panowała od tego wielka ciemność, zaczyna się przekradać małe światełka. I wtedy wiedziałam, że to jest właśnie wyjście wolne, że będę uratowana. I tak się stało. Kiedy już ten pył opadł, zobaczyłam to wyjście i potem osoby, które przyszły. Były to osoby duchowne, które podwijały sutanny. I wiem, że mnie wyratowała osoba duchowna, pierwszą. Z tych ośmiu uratowanych osób ja byłam uratowana pierwsza i wyrzucona na zewnątrz. Potem już… Ale jeszcze nim wyszłam, to się obejrzałam i widziałam, że tam nie było miejsca żadnego. Zostało tylko to miejsce przy samym wyjściu, że można było dać krok i wyjść i to moje miejsce, gdzie ja byłam w tym właśnie zasypana kąciku. I tylko zauważyłam, że – naprawdę, szczerze mówię – wystająca ręka, która już była, cały człowiek był zasypany, ale jednak jak stał w tym miejscu, to jak go zasypało, tylko ręka wystawała. Potem, następnie widzę, że noga, w drugim miejscu głowa sina cała. Chwilę… I potem jeszcze zauważyłam, że tam więcej było osób, bo jak te osiem, no to jeszcze siedem osób było uratowanych. Tylko widziałam jeszcze tego pana, który tam leżał, ale był tak tylko do pasa, że jeśli by tam nogi nie mógł, nie wiadomo, czy miał sprawne. Ale został uratowany on. On jeszcze właśnie był przytomny i on najbardziej krzyczał: „Ratunku! Proszę o pomoc!”. I stamtąd szybciutko babcia też przybiegła, była cała też strwożona i mówi: „Słuchaj, choć do tej sali. Tu usiądziemy w kąciku. Jakoś musisz się opanować, żebyś się uspokoiła.”. Bo to tak człowiek w szoku, to nawet nie wie, co się dzieje, niczego nie widzi. Aż wyobrażam sobie, jak ja wyglądałam. A wygląd pokazują nie raz w filmach, jak wyglądają dzieci uratowane spod gruzów. I proszę sobie wyobrazić, że, nie wiem, czy po pół godzinie, czy za godzinę wraca mój ojciec z powstania. Wiedział, że wszystko zbombardowane, szukał nas i nie wiedział, czy ktoś żyje, czy nie żyje. No wracał. Warszawa skapitulowała, więc oni musieli uciekać, już też gdzieś chować się. No to wracał na swoje miejsce. Wiedział, że jest bombardowana, więc też do kościoła, bo wszyscy kierowali się do kościoła. I tam na tej sali spotkałam mojego ojca, który przyszedł, który się rozpłakał – blady, szary, zmęczony, wygłodzony. No niestety, powstanie się nie powiodło, ale on żył. Bo jeszcze w [19]39 roku jako akowiec [niezrozumiałe – A.M.], jak robił, też należał do armii, prawda, AK, podziemnej tej, ale w [19]39 roku był ranny podczas właśnie napadu Niemców na Polskę. Był ranny w udo, także się ta rana zagoiła, to już mógł potem normalnie chodzić. No i się rozpłakał, przytulił mnie, „Już ciebie nie opuszczę! Będziemy razem, będziemy razem [niezrozumiałe – A.M.] wszystko! Z tym, że – mówi – słuchaj, już teraz zapada już zmrok, a na Nowym Mieście mam przyjaciela. On też na pewno w domu nie jest, tylko w schronie, ale pójdziemy do tego schronu. Pójdziemy do niego, będzie nam raźniej, tutaj ten od/…”. No i dobrze zrobił, bo tutaj nie było sensu zostawać wśród tych właśnie ludzi też bardzo takich przestraszonych, cierpiących. I przyszliśmy na Nowe Miasto. I dnia 31 sierpnia, to był 30, z 30 na 31 sierpnia przebyliśmy całą noc w tym schronie na Nowym Mieście, mam też nawet zdjęcia tej bramy. I tam już też była grupa powstańców i ludzi cywilnych, było nas chyba ze 100 osób. Tak może sobie wyobrażam, jak potem wszyscy wyszli z tych piwnic, około 100 osób. I oni, powstańcy, grupa powstańców postanowiła, to znaczy, mieli do wyboru tak: albo poddać się Niemcom, wyjść z tej piwnicy, albo zostać i czekać na śmierć. No postanowili właśnie ci powstańcy już, właśnie ta grupa powstańców, że nie, niestety musimy wyjść, bo zginiemy. A więc wybieramy Niemców, idziemy się poddać. A oni już byli w tej Wytwórni Papierów Wartościowych, także oni tam już mieli opanowane wszystko, wszędzie oni byli. I właśnie wychodzimy rano, to było rano, gdzieś godzina 8 już, wszyscy powychodzili, ustawili się też tam trójkami, wystawili też chorągiew taką zrobioną z prześcieradła białą na znak poddania się. Niemiecka żandarmeria od razu wyskoczyła z kryjówek, nawet nie wiadomo skąd, otoczyli nas karabinami od razu, tak skierowani byli w kierunku naszym, jakby chcieli nas od razu wszystkich pozabijać. I kazali nam iść do przodu, „Już, już, sznel, sznel!” proszę i/ tak, żeby iść. I oni pro/, tam jeden z przodu prowadził nas. Myśmy nie wiedzieli, gdzie nas prowadzą. Ale jak odeszliśmy 200 metrów może albo i więcej, mój ojciec i ja obejrzeliśmy się, a wtedy już leciały właśnie, nadlatywały samoloty bombowe. I zauważyliśmy, że ten dom, z którego wyszliśmy, wali się, że tam od, znaczy po wyjściu naszym zaraz, to nie długo normalnie ta piwnica, ten dom został zbombardowany. I znów, trzeci raz uratowaliśmy się, nasze życie. I teraz prowadzą nas. Prowadzą nas Niemcy na Wolę do kościoła św. Wojciecha, a przed kościołem jest taka ogromna brama wjazdowa żelazna, była otworzona i stoi kilkunastu tam Niemców z karabinami i zaczynają segregować. Kobiety i dzieci na prawo do kościoła, mężczyźni na lewo. I w tym momencie mój ojciec mówi: „Słuchaj! – do babci – Babciu proszę odejść, tak, żebym był tylko ja sam, bo jak zobaczą, że ty jesteś, to powiedzą, że babcia się może opiekować. A ja powiem, że nie mam nikogo, że nie mam rodziców.”. Wobec tego jeśli już Niemiec podszedł, babci nie było w ogóle, to mówi, że „Proszę puścić!”, trzyma mnie za rękę, „Proszę puścić!”…

Tak. I powiedział do ojca, że, i tak mniej więcej ja też to zrozumiałam, że „Za pół godziny wrócisz!”, że on wróci do mnie za pół godziny. I proszę, jeszcze poganiał go, żeby oddalił się ode mnie i ja już wtedy przeszłam tam już przez tą bramę i babcia już do mnie podeszła i weszliśmy do kościoła. Kościół był cały zatłoczony. Też ludzie w nocy… Acha, i tam zamknęli nas na klucz i powiedzieli, że wysadzą w powietrze wszystkich. Taka, takie słuchy doszły, ale to ja jako dziewczynka to ja to, co ja zapamiętałam. Czy to było prawdziwe, czy nieprawdziwe, no to… Właśnie się okazało, że raczej nam otworzono i kazano nam wyjść z tego kościoła. A myśmy spali na tej gołej posadzce, bez żadnego jakiegoś podkładu. Tak jak myśmy stali, tak my żeśmy się położyli, w ławkach kto mógł, a niektórzy to właśnie to na posadzce. I stamtąd zabrali nas do, na stację – nie wiem, czy to był Dworzec Zachodni czy Wschodni, tego nie wiem. W każdym bądź razie na stacji kolejowej już stały wagony bydlęce. Do tych wagonów bydlęcych nas tam wszystkich załadowali, tak jak takie bagaże jakieś, śmieci, tak. Szybciutko, ciasno było, małe okienka w tym, pozamykali nas i pociąg ruszył w kierunku Pruszkowa. I tez nam właśnie, właściwie wszystkich Warszawiaków, taki był obóz przejściowy to Pruszków. Ale tam już mojej siostry nie spotkałam, bo ona już była wywieziona, już była wywieziona do Niemiec. I tam byliśmy w takich halach ogromnych, też warunka/, warunki były straszne higieniczne i w ogóle, no nie do przyjęcia. Byliśmy tam, to znaczy byłyśmy z babcią kilka dni i stamtąd nas właśnie przewieziono do Piotrkowa Trybunalskiego. Znowu nas spędzono w jakiejś hali, ale nie wiem, ani ulicy, ani w ogóle nazwy, niczego nie znam, nie pamiętam. Wiem, że byliśmy zamknięci tam. I tam też była ta segregacja i nas przeznaczono do gospodarza, do wsi Koło, do Piotra Pytki. Gospodarz był biedny, on miał dwa tylko hektary, jednego syna, no ale ja mówiłam, że nie oni, bo oni, ci biedni ludzie byli bardzo serdeczni, bardzo życzliwi, naprawdę. Natomiast gospodarze bogatsi to powiedzieli: „No, Warszawiacy, darmozjad! Chciało wam się powstania!”. Takie były słowa kierowane, też słyszałam, jeszcze od Polaków, a to było bardzo przykre, bo przyczyny powstania to trzeba poczytać historię, trzeba poczytać jakieś książki, żeby się dowiedzieć, bo to jest dużo do opowiedzenia, to nie można tak tego. Ale już nam książki właśnie takie jak „Rok [19]44” książka jest, „Powstanie”, to dużo nam mówią na temat tego powstania, przyczyn tego powstania, jakie były. Ja wiem, jakie były przyczyny, ale nie będę na ten temat się rozwodzić. Czy mam mówić o szczegółach wszystkich?

Co się stało z pani tatą?

Proszę?

Co się stało z ojcem pani?

Acha. To, co mi jest wiadomo później… Też nie wiem od kogo dowiedziałam się, bo oni, tam już stały samochody ciężarowe. Przecież to byli powstańcy, to byli bandyci skazani na śmierć! Nie do przewiezienia do obozu! No to w ogóle nie tego… Ich trzeba było zniszczyć. I załadowali ich do tych na pewno samochodów ciężarowych, takie budy były takie, i wywieźli prawdopodobnie do Lasku Bielańskiego. I tam zostali rozstrzelani i pogrzebani. I potem jak były właśnie już po wojnie, przewożono tam, odkopywano, to wiem, że wszystkie ciała z powstania były przewiezione do, na cmentarz Powstańców Warszawy, tam na Woli. I tam na pewno jest jego szczątki, czy jego ciało, nie wiem. Bo brat mój, który zginął, i moja siostra ten, to znaczy siostra Janina, to tam nic nie zostało, bo tam zostały leje tylko. Tam nic nie zostało, ani kawałeczka ciała, no bo wszystko zmieszane z gruzem. Natomiast tak… No i z tym gospodarzem tak szybciutko jeszcze powiem. Miał jedną krowę, ja się tej krowy bałam, kazał mi paść. Miał syna, który, ja miałam 12, on miał chyba 15. Ale miał to gospodarstwo, więc mówi, że, któregoś dnia kazał mi paść tą krowę. I ja bałam się sama tej krowy, mówi, niech mnie pobodzie albo coś, ale to nie trzeba, ona nie była puszczona, ona była na tym [niezrozumiałe – A.M.], ja musiałam tam trzymać ją. Bo jak miał 2 hektary to kawałek zboża, to tam jakieś buraki, to jeszcze coś. I kawałeczek w tym środku było właśnie łąki i trzeba było ją trzymać, żeby ona nie weszła i nie zrobiła jakiejkolwiek szkody. No ale jakoś to przebolałam i pasłam tą krowę. Później mnie Niemcy przeznaczyli do okopów, no więc wszyscy musieli chodzić i kopać okopy. No i ja niby tam no najmłodsza nie, ale też chodziłam. I jednego razu on nie mógł pójść, ten mój gospodarz, to on mówi: „Słuchaj, jak pójdziesz, to, a będą wyczytywać nazwisko Pytka, to powiedz obecny, czy jest – o tak, coś takiego, bo dzisiaj nie mogę pójść.”. A sprawdzają, jest lista i wyczytują, czy wszyscy przyszli. I stamtąd, to był listopad, już było ciemno, jak myśmy, jak wracałam. Było ciemno, a wracałam sama. Ponieważ to jest wieś, to dookoła były same lasy i ja musiałam przejść ten las, żeby się dostać tam do tego gospodarza. I zabłądziłam w tym lesie. Zabłądziłam… To też czy to nie któryś to raz jest uratowanie od śmierci? Więc co ja teraz zrobię? Nie wiem, w którym kierunku pójść. Naprawdę nie wiem gdzie, stoję w miejscu, nie wiem, czy w prawo, lewo, czy na wprost. Proszę wyobrazić sobie: słyszę szczekanie psów. Acha, to idę w tym kierunku, gdzie szczekają psy. I rzeczywiście doszłam do, zupełnie w drugim końcu wioski do gospodarza, poprosiłam, bo dobrze wiedziałam, jak się nazywa, żeby mnie zaprowadził, że zabłądziłam. No i to też babcia się już bała, bo już ciemno jest, a mnie jeszcze nie ma. Także się ucieszyła po moim powrocie. Tam przebywaliśmy do końca… Tak, do końca stycznia, tak, do końca stycznia. 17 stycznia [1945 r. – przyp. A.M.] Warszawa została wyzwolona, no a oni już chcieli, żeby wszyscy Warszawiacy wracali do domu, żeby już im tam nie zawracali głowy i nie musieli się nimi opiekować. Wiem tylko, że mój gospodarz… Nawet bym powiedziała, co jadłam, jak i co, no to jest naprawdę, to jest dużo do opowiadania. I teraz postanowiłyśmy z babcią, że wracamy, ale wracamy 1 lutego, początek lutego, przy mrozie -25 stopni Celsjusza. Moje ubranie składało się z flanelowej sukienki, popelinowy płaszczyk, do tego bielizna z zelichu, nie na gumce, a tylko na tasiemce, pończochy w prążki, przytrzymywane przez gumkę od słoików, drewniaki. Babcia moja też była ubrana, ale wiem tylko, zapamiętałam to i wełnianą białą chustkę, którą miała na głowie, bo ja na głowie też miałam chustkę. I takie było zarządzenie, że jeśli będą wracać powstańcy, raczej mieszkańcy z powstania warszawskiego, muszą mieć zapewnioną kwaterę przez sołtysa. I w pierwszym dniu myśmy przeszły 10 kilometrów, to było dość dużo, i szukałyśmy sołtysa. Przydzielił nam kwaterę, ale nim babcia właśnie dobiegła tam już do tej wioski, do pierwszego budynku, to ja powiedziałam, że „Babciu ty zostań, idziesz powoli, a mi jest bardzo zimno, więc ja będę biegła do przodu i zatrzymam się w pierwszym budynku tej wioski, żebyś tam wstąpiła.”. I rzeczywiście ona jak doszła już do tego budynku, to widziałam tylko, że ta para, która osiadała na chuście, na tym, zamarzała, i takie sople jej wisiały z tej chusty i tu wszędzie, cała w tych... Szłyśmy do Warszawy dwa tygodnie. Ile to kilometrów z Piotrkowa, to możemy… Bo to jest właściwie ta wieś, ta koło Piotrkowa. Dwa tygodnie ciągle prosząc o kwaterę i o kawałek chleba. [świadek milczy z powodu wzruszenia – przyp. A.M.] Przechodziłyśmy chyba przez Grójec, nie pamiętam, ja tego miasta nie znam, ale wiem, że to był Grójec, miasto Grójec. O teraz jak jechaliśmy, mówię: „O, widzisz?” – no do mojego wnuka, że to jest to miasto, gdzie myśmy z babcią szły, wracały do Warszawy. I wróciłyśmy do Warszawy w tym mrozie. To już było popołudnie, zrobił się, ciemno się zrobiło, zmrok już zaczął panować. I doszłyśmy do Wisły, do Mostu Poniatowskiego, który był już zbombardowany. Natomiast jeszcze też nie były posprzątane właśnie ciała zabitych z tych wałów nadwiślańskich. Były gruzy, myśmy nie wiedziały, w którą stronę mamy się kierować, ale mam tego, rodzinę miałam na Żeraniu, więc postanowiłyśmy przejść. Ale most był zerwany, obok był postawiony most po/, taki pontonowy, tylko wojskowy, a więc przejść też nie wolno było tam. Widzimy, że na samym środku zamarzniętej Wisły stoją żołnierze rosyjscy. Babcia wzięła mnie za rękę, mówi: „Słuchaj, przejdziemy po tym lodzie! Wisła jest zamarznięta, a więc przejdziemy i dojdziemy do Żerania.”. Do Żerania już ile kilometrów to było? No i dochodzimy już do tego środka właśnie Wisły, stoją żołnierze rosyjscy i mówią, że niestety, ale nas nie przepuszczą, że musimy wracać. Nie wolno przechodzić jest. Ale moja babcia była już tak odważna, już jej było tak wszystko jedno… Oni mówią, że jeśli pójdziemy dalej, to będą za nami strzelać. A babcia mówi: „To proszę strzelać! Ale my idziemy!”. Wzięła mnie za rękę i przeszłyśmy na drugą stronę, ale nie strzelali. No niestety nic tam nie… Po drugiej stronie też już byli nasi żołnierze i wiem, że babcia dostała bochenek chleba razowego i jakąś konserwę, gdzie mogłyśmy się pożywić. I stamtąd szłyśmy dość pieszo, bo to jest daleko do, nie wiem, ile kilometrów do tego Żerania jest z Warszawy. Powinnam się dowiedzieć, bo [niezrozumiałe – A.M.]…

20?

…opowiadała, to mnie nie było tak potrzebne ile kilometrów. I tam właśnie zapukałyśmy do drzwi i otworzyła mi moja ciocia, właśnie Bronisława Mikołajczyk, i była zdziwiona, skąd myśmy się wzięły. No uściskała nas, od razu nas wzięła, ogrzała, bo widziała, że jesteśmy zmarznięte. I też pamiętam, że wszędzie była bieda, ale takie szczegóły pamiętam, że gotowała zupę, „Zaraz wam zupy gorącej naleję!”. A zupa składała się z wody i takich, mąki rozrobionej i wrzuconej tak jako takie zacierki, bez niczego, bez żadnych [niezrozumiałe – A.M.], to były zacierki z woda, taka kluszczanka tak zwana. I to myśmy dostały do zjedzenia. I ona się tam już zaopiekowała mną, a moja babcia dostała się do swojej przyjaciółki, która ją wzięła, bo też ona nie mogła wziąć mnie i babci, bo też jej było ciężko, więc powiedziała, że się mną zaopiekuje. A tam była samotna pani, także tam właśnie, przyjaciółka, tam babcia została u niej przez jakiś czas. A później jak już moja siostra wróciła, to ją zabrała, to już… I stamtąd, byłam tam dłuższy czas, akurat [19]45 rok, tak, chyba pół roku byłam. I chrzest/, ta moja chrzestna matka, moja ciocia dowiedziała się, że mój, mojego ojca brat jest na zachodzie, został tam, że mógł zająć sobie pomiesz/, dom, willę, cokolwiek, bo tak było, że jak Niemcy uciekli, to Polacy mogli sobie tam zająć jakieś tego. On zajął takie bardzo duże, 20-hetarowe bardzo bogate gospodarstwo i właśnie do siebie mnie tam ściągnął. Byłam u niego siedem lat, posyłał mnie do szkoły, dzięki niemu skończyłam szkołę. Potem dostałam pracę. To była praca taka jeszcze w szkolnictwie, że dzisiaj trzeba stać albo błagać, żeby się dostać do szkoły, żeby mieć, prawda, żeby móc uczyć. A wtedy nie. Pamiętam, był to 15 styczeń i goniec przyszedł z Wydziału Oświaty. Oświadczył mi, że jest wolne  miejsce, bo nauczycielka poszła na urlop macierzyński. I ja dlatego pracę nie zaczęłam od 1 września, tylko od 15 właśnie stycznia. No już tak się to potem potoczyło, że pracowałam, wyszłam za mąż, urodziłam dzieci. Tyle co mogę powiedzieć.

Bardzo dziękuję.

Dziękuję. To wszystko?

Tak, tak, dziękujemy bardzo.

Dziękuję.

/transkrypcja: Aleksandra Masny, listopad 2019 r./

Data of the object

Description

Weronika Filipowska, mając 12 lat, przeżyła dramatyczne wydarzenia Powstania Warszawskiego na ulicy Zakroczymskiej, gdzie zginęły jej mama i brat podczas bombardowania. Mimo trudnych warunków, ludzie walczyli i pomagali sobie nawzajem. Po ciężkim bombardowaniu Pani Weronika schroniła się w kościele franciszkanów wraz z babcią i innymi cywilami. Kościół został zamknięty z groźbą wysadzenia, ale później pozwolono im wyjść. Zostali wywiezieni do obozu w Pruszkowie, a następnie do Piotrkowa Trybunalskiego, gdzie trafili do różnych gospodarstw. Ojciec Weroniki został rozstrzelany przez Niemców. Po wyzwoleniu Warszawy Pani Weronika z babcią wracały pieszo przez zamarzniętą Wisłę do zrujnowanego miasta. Po wojnie dzięki pomocy rodziny ukończyła szkołę, podjęła pracę nauczycielki, założyła rodzinę i zaczęła nowe życie.

Powiązane Materiały