Włodzimierz Lubański
Lubański, Włodzimierz (świadek historii); Ujazdowska, Lidia (prowadzący/a rozmowę); Różański, Maciej (operator kamery);
28/06/2017
Copyright classification
Timer
-
Początki zainteresowania piłką nożną
-
Podpisanie umowy z Górnikiem Zabrze
-
Powołanie do reprezentacji
-
Dalszy przebieg kariery - mecze z Dynamo Kijów, Glasgow Rangers, Manchester City oraz Manchester United
-
Oferta przyjęcia do Realu Madryt
-
Pojawienie się możliwości transferu do zagranicznych klubów w latach 70'
-
Kontuzja kolana
-
Gra w zagranicznym klubie Sporting Lokeren
-
Operacja kolana
-
Piłka nożna w Polsce jako część propagandy politycznej
-
Motywacja sportowa i finansowa do gry w piłkę
-
Pierwszy wyjazd zagraniczny do Stanów Zjednoczonych
-
Początki w Górniku Zabrze - atmosfera, relacje między zawodnikami
-
Relacje z trenerami - trenerzy polscy: Michał Matyas, Antoni Brzeżańczyk, Kowalski, trenerzy zagraniczni: Ferenc Farsang, Ferenc Szusza, Géza Kalocsay
-
Wyjazd do Belgii - problemy z uzyskaniem zgody na wyjazd
-
Relacje z zawodnikami w belgijskim klubie
-
Przyjęcie do klubu pomimo niewyleczonej kontuzji. Opieka medyczna w Belgii
-
Pomoc od Polaków żyjących w Belgii
-
Próba zamachu na p. Włodzimierza
-
Osoby od których p. Włodzimierz otrzymał wsparcie w trakcie swojej kariery
-
Realistyczne podejście do kariery - świadomość doskonalenia przez całe życie
-
Znaczenie wsparcia żony p. Włodzimierza w trudnych momentach
-
Telegramy od kardynała Wojtyły po meczach na Stadionie Śląskim
-
Odwiedziny członków Solidarności w Belgii
-
Pamiątki z archiwum domowego p. Włodzimierza
-
Ogłoszenie stanu wojennego - p. Włodzimierz przebywał wtedy w Belgii
-
Pojawienie się Solidarności
-
Najszczęśliwsze wspomnienia w karierze
-
Wsparcie ojca w karierze
-
Problemy związane z wyjazdami za granicę c.d.
-
Cenzura w prasie polskiej
-
Wyjazdy zagraniczne - kupowanie towarów, które były niedostępne w Polsce
-
Różnice w zarobkach między polskimi piłkarzami, a piłkarzami na arenie międzynarodowej
Transcription
8 czerwca 2017 roku. Jesteśmy w siedzibie Muzeum Historii Polski. Moim gościem jest dzisiaj Włodzimierz Lubański. Nazywam się Lidia Ujazdowska. Towarzyszmy mi Maciej Różański. Panie Włodzimierzu, pozwolę sobie tak do Pana powiedzieć…
Proszę uprzejmie.
Znajomy choć nieznajomy. Proszę powiedzieć, opowiedzieć nam o swojej drodze życiowej, o tym jak historia, czasy, w których przyszło Panu żyć wpływała na Pana wybory, na Pana ścieżki, decyzje,
No tak.
Proszę zacząć od początku.
Zaczęło się to bardzo, bardzo dawno, bo jak spojrzę na to, kiedy zaczynałem to wszystko, to są rzeczywiście takie dziecięce lata. Zainteresowanie sportem było ukierunkowanie u mnie w rodzinie. Mój tata był prezesem klubu górniczego. Zabierał mnie na mecze piłkarskie. Tak rosło moje zainteresowanie do tej dyscypliny sportu i tak zaczął się interesować bardzo blisko sportem, a konkretnie piłką nożną. Już jako nastolatek biegałem po boiskach piłkarskich na Śląsku, m.in. w takiej drużynie górniczej, gdzie tata pracował, Górnika Sośnicy, ale przez krótki okres czasu. Byłem, miałem wtedy 10-11 lat. Pierwsze kroki na boisku jako trampkarz. Niezwykłe przeżycie dla młodego człowieka. Później to wszystko przerodziło się bardzo szybko w taką dorosłą piłkę, bo mając nieskończonych 16 lat zostałem zauważony przez kluby piłkarskie na poziomie ligowym i m.in. bardzo duże zainteresowanie ściągnięciem mnie do swojej drużyny skierował do mnie Górnk Zabrze. I Górnik Zabrze, oczywiście było to związane z pracą mojego ojca, bo mój ojciec był w ogóle pracownikiem kopalni, kopalni, był sztygarem i bardzo szybko doszliśmy do porozumienia, że wybiera ten klub sportowy do tego, żeby swoją karierę sportową rozwijać. Mając 15 lat i parę miesięcy podpisałem wspólnie z ojcem umowę. Umowę, która jest bardzo dziwną umową, bo nie ma żadnych zapisków jeżeli chodzi o wynagrodzenia, tylko są zapiski o opiece i pomocy w wykształceniu. Ale jest to taka ciekawostka, która w tych czasach była. Dzisiaj to zupełnie inaczej wygląda, bo dzisiaj są bardzo ważne cyfry za ile, za co, jak itd. itd. Ale w tych czasach taka umowa była obowiązująca. Z ojcem podjęliśmy tą decyzję i ta decyzja była bardzo słuszna. Ta decyzja była bardzo słuszna, bo trafiłem do klubu piłkarskiego, który był już bardzo uznany w Polsce, ale trafiłem do zespołu, który był bardzo, bardzo silny jeśli chodzi o umiejętności sportowe. Grali tam tacy piłkarze jak [Stanisław - przyp. M.R.] Oślizło, jak [Ernest - przyp. M.R.] Pohl, [Roman - przyp. M.R.] Lentner, [Erwin] Wilczek, [Jerzy] Musiałek, [Zygfryd] Szołtysik, a więc wszyscy piłkarze, którzy później w piłkarskie polskim się liczyli jako bardzo wybitni zawodnicy. I przy nich dorastałem. Dorastałem jako człowiek, bo przecież mając 15 lat nie byłem jeszcze ukształtowanym młodym człowiekiem, ale również dorastałem jako sportowiec, jako piłkarz. Dużo się od nich nauczyłem, dużo podglądałem jak oni to robią, jak się zachowują. I pomogło mi to w karierze sportowej, żeby dojść do nawet poziomu reprezentacyjnego, bo mając 16 lat zostałem powołany do reprezentacji kraju po to, żeby w pierwszym okresie to była taka informacja, żeby młody człowiek - Włodzimierz Lubański zapoznał się z atmosferą reprezentacji Polski. No i rzeczywiście pojechałem na zgrupowanie do Szczecina, to było przed meczem z Norwegią, i okazało się, że na tym zgrupowaniu wyróżniałem się swoim sposobem treningu, zachowaniem, dobrą techniką i dobrymi umiejętnościami piłkarskimi i otrzymałem szansę rozegrania pierwszego meczu w reprezentacji kraju mając 16 lat. To było coś cudownego, bo nie będę ukrywał, że jako młody, bardzo młody człowiek, mając 8-9 lat, marzyłem o tym, żeby w reprezentacji kraju wystąpić i to nastąpiło bardzo szybko, mając 16 lat. A później, później ta kariera sportowa potoczyła się już takim tempem, że tak powiem, ułożonym, bo mając 17, 18, 19 lat potwierdzałem w swoich występach, że jestem zawodnikiem, że jestem piłkarzem, który [05:00] po prostu może grać na dosyć wysokim poziomie. I z Górnikiem Zabrze i z reprezentacją Polski odniosłem wiele sukcesów i muszę powiedzieć, że te sukcesy do dzisiejszego dnia są notowane. Wielokrotnie zdobywaliśmy tytuł mistrza Polski, wielokrotnie graliśmy na europejskich boiskach grając przeciwko najlepszym drużynom europejskich w tych czasach. Jak wspomnę tylko, że graliśmy z takimi drużynami jak Dynamo Kijów, Rangers, Glasgow Rangers czy Manchester City, a wyjątkowym dla mnie wspomnieniem jest mecze z Manchesterem United, bo w momencie, kiedy toczyliśmy w pucharach Europy walkę z Manchesterem United, ta drużyna wygrała ten puchar w Europie, a my byliśmy jedynym zespołem, który ich pokonał. Pokonaliśmy ich w Chorzowie 1:0 i to taka satysfakcja podwójna była dla mnie osobiście i dla moich kolegów, bo to mierząc się z tymi najlepszymi w Europie, dorównywaliśmy im a czasami wygrywaliśmy z nimi. To piękny moment, piękny okres. No tak, ale by również takie momenty, kiedy trzeba było nam się mierzyć w tych pojedynkach z zawodowcami. My teoretycznie byliśmy amatorami, bo, tak jak wspomniałem, nie było żadnych cyfr na naszych umowach kontraktowych, a ci zawodnicy z Zachodu zarabiali bardzo duże pieniądze. Oni byli bardzo dobrze opłacanymi sportowcami, bardzo dobrze opłacanymi piłkarzami. A my z satysfakcją dorównywaliśmy im na drodze sportowej. I taka to była walka: walka pomiędzy ludźmi niezwykle dobrze sytuowanymi, a ludźmi, tak jak z naszej strony, którzy mieli wielkie ambicje sportowe. Oczywiście byliśmy również wynagradzani za to jak wygraliśmy jeden czy drugi mecz, ale te wynagrodzenia były, powiedzmy, szczerze mówiąc, w takich ramach średniego, dobrego wynagrodzenia w kraju. Tak, że to były zupełnie inne czasy. No i to się wszystko później toczyło. Po drodze miałem taką historię, która, wydaje mi się, jest ciekawa do opowiedzenia dlatego, że jako 22-latek dostałem ofertę wyjazdu do drużyny zagranicznej, a było to wtedy Real Madrid. Ale w tych czasach były inne prawa do tego, żeby zawodnika puszczać. Dzisiaj byłoby to transfer finansowy, gdzie klub by się dogadały i byłoby po wszystkim. Natomiast wtedy decyzją władz państwowych na taki wyjazd nie mogłem pojechać, bo po prostu nie otrzymałem na to zgody. Nie otrzymałem zgody i tak do dzisiejszego dnia patrzę jakby się to wszystko potoczyło, gdyby jednak ta zgoda do mnie doszła. No ale to już w tej chwili jest historia i tylko mogę wspominać i wracać do tego jako taki wspominek. Natomiast to, co udało mi się z reprezentacją kraju i z Górnikiem Zabrze osiągnąć, to muszę powiedzieć, że marząc jako młody człowiek, marząc o wielu sukcesach, nigdy bym sobie tego nie wymarzył, bo to były wspaniałe momenty, wspaniałe chwile.
Czy Pan wtedy miał świadomość, że dzieje się Panu krzywda, że nie może Pan wyjechać, przyjąć tej oferty.
Ja nie traktowałem tego jako krzywdy, ale jako pewną niesprawiedliwość. Niesprawiedliwość, która mnie spotkała, bo okazało się, że jednak mimo wszystko nie byłem wolnym człowiekiem. Ktoś o mnie decydował, że ja nie decydowałem o samym sobie, że decydowały jakieś czynniki, które były ponade mną. Ponad wszystko uważam, że ten moment, moment, kiedy zdecydowano: „nie, nie otrzymasz zgody, nie pojedziesz, bo u nas jest piłka amatorska. Nie będziemy cię sprzedawać” był zaskoczeniem dla mnie. NIe będę ukrywać, że był zaskoczeniem dla mnie. Tym bardziej, że już wtedy grałem, byłem zapraszany na mecze reprezentacji Europy. Grałem na bardzo wysokim poziomie sportowym. Parę meczy w reprezentacji Europy, reprezentacji świata. Byłem selekcjonowany do tych drużyn i wydawało mi się, że nie będzie problemów, żeby ewentualnie mógł wyjechać. Okazało się jednak, że było inaczej.
To był [19]69, tak?
[19]69 rok, tak.
Dobrze policzyłam. Ale to wkrótce jakby się zmieniło, bo wydaję mi się, że na początku lat 70…
Pierwsze transfery, ale to chyba troszeczkę później się ustabilizowało. To były początkowo takie zezwolenia [10:00] na wyjazd przede wszystkim ze względu na osiągnięcia sportowe, które się wcześniej w kraju zrobiło i raczej kierowane to było klubu polonijnych. Raczej to było takie wsparcie klubu polonijnych, gdzie zawodnicy otrzymywali. Dopiero, dopiero w późniejszym okresie czasu to ja sobie przypominam, chyba to był [19]72 czy [19]73 rok, zaczęły się normalne transfery. No moi koledzy: Robert Gadocha czy Kazimierz Deyna czy później ja w normalny sposób, czy Zbyszek Boniek, w normalny sposób byli transferowani na kontrakty z zespołami zachodnioeuropejskimi.
I co było potem, kiedy Pan już…
Potem była taka historia, która niestety musi być wspomniana, jeżeli ja mogę mówić o sobie. Nieszczęście, które mnie spotkało po drodze w karierze sportowej nie pozwoliło mi na to, żeby osiągnąć jeszcze lepsze wyniki. Bo mając 27 lat, będąc w pełni sportowych, w pełnym przygotowaniu fizycznym i psychicznym i w ogóle zdrowotnym no niestety doznałem bardzo ciężkiej kontuzji, kontuzji kolana, która przerwała moją karierę na długi okres czasu, a moją karierę reprezentacyjną w ogóle zatrzymała. Zatrzymała na kilka lat, 4 czy 5 lat. Ja wróciłem do reprezentacji kraju dopiero pod koniec swojej kariery sportowej, kiedy już w zasadzie byłem bardzo poturbowany tymi kontuzjami. No tak czy inaczej uważam to za świetny wynik, że potrafiłem jeszcze po tej kontuzji wrócić do reprezentacji kraju i rozegrać kilka meczy. Dzisiaj, jeszcze do dnia dzisiejszego, jestem rekordzistą w zdobyciu bramek dla reprezentacji Polski, a w najbliższym czasie Robert Lewandowski na pewno mnie przegoni. Ale niestety moja kariera mając 27 lat się skończyła i już tych bramek dla reprezentacji kraju nie mogłem strzelać. No ale to tak się potoczyło bardzo niespodziewanie. Tego sportowiec się nie spodziewa, że nagle coś się przerwie, coś przestanie być aktualne. No niestety mnie się to przydarzyło i ciężko walczyłem o powrót do życia sportowego na normalnym poziomie. Później były wyjazdy zagranicę, transfery do klubów średniej klasy, nie takiej jak Real Madrid, który mnie chciał jak miałem 21 lat. No ale to były kluby zupełnie innego poziomu sportowego w Europie, natomiast z satysfakcją mogę powiedzieć, że tam odbudowałem się jeżeli chodzi o swoją formę sportową i zdobyłem jeszcze wiele, wiele dobrych wyników, m.in. pierwsza rzecz, która była dla mnie najważniejsza, to powrót do reprezentacji kraju, a później to były wyniki w klubie sportowym, w którym grałem, bo na przykład grając w drużynie Sporting Lokeren w Belgii potrafiłem jeszcze po kontuzji strzelić ponad 100 bramek tak, że to jest duża satysfakcja.
Ale myśli Pan, że stan medycyny tam w Belgii był na wyższym poziomie pod względem jakby szybciej wrócić do zdrowia, do tej sprawności czy…
Ja powiem tak, że mój uraz, który doznałem w meczu z Anglią na Stadionie Śląskim w Chorzowie był tak poważny, że niestety przy pierwszej operacji w Polsce, której dokonano dopiero po 3 miesiącach od momentu urazu, nie wszystko wyszło tak, jak trzeba. Po tym zabiegu operacyjnym w ogóle nie mogłem wrócić do sprawności fizycznej. Dopiero poprawka, bo wysłano mnie na drugą operację do Wiednia do Austrii i tam poprawiono mi to kolano, zoperowano mi rzeczywiście do tego stopnia, że mogłem po 3 miesiącach po tej operacji wrócić na boiska. Uraz, który był… Gdyby może był troszeczkę zauważony i lepiej przeprowadzona operacja w Polsce, to może bym wrócił do sportu, do piłki i może bym wrócił wcześniej do reprezentacji kraju. Niestety tak się potoczyły losy, że było inaczej.
Proszę powiedzieć, był czas, był czas kiedy partia była tą siłą taką decydującą.
Tak, tak.
Poza tą decyzją…
To znaczy jeżeli chodzi o te wszystkie sprawy związane z polityką, to my zdawaliśmy sobie sprawię, że jesteśmy częścią propagandową tej strony politycznej. No bo trudno sobie wyobrazić inaczej jak po wielkich meczach, po wygranych meczach byliśmy zapraszani na spotkania z towarzyszem Gierkiem czy tutaj w Warszawie z ministrami. Więc to na pewno była jakąś część, którą myśmy przeprowadzali. No ja bardzo często [15:00] byłem w tym okresie czasu nagabywany do tego, żeby po prostu wstąpić do partii. Byli u mnie w domu, namawiali mnie do tego. Jedyne co sobie przypomina z tego okresu jako młody człowiek, to że zapisali mnie do ZMS-u. Dali mi legitymację ZMS-u, żebym był po prostu członkiem tej organizacji, ale w ogóle się nie udzielałem, bo - raz, w ogóle na to nie mieliśmy czasu, a dwa, jeżeli chodzi o stronę polityczną, my graliśmy dla wszystkich Polaków, nie dla jednego, drugiego, trzeciego. My wychodziliśmy na boisko i jak nam dopingowali ludzie ze wszystkich stron, bo na nasze mecze przyjeżdżali ludzie z Gdańska, z Bydgoszczy, z Krakowa, z gór, z Zakopanego - wszyscy przyjeżdżali, nas dopingowali. Trudno tutaj było selekcjonować. My byliśmy po prostu ludźmi i piłkarzami i sportowcami naprawdę wszystkich Polaków.
Czy, jeszcze wrócę na moment do tego wątku, kiedy Pan mówił o tej różnicy, że jednak sportowcy na Zachodzie, piłkarze byli dobrze wynagradzani, a wy mieliście świadomość, że nie, że jest inaczej, ale czy - to jest może takie pytanie nie do Pana, ale co Pan sądzi o tym czy piłkarze na Zachodzie mieli ten sam poziom motywacji, który wy mieliście? To, o czym Pan teraz mówi, że graliście dla wszystkich i że ktoś się z wami fotografował czy gdzieś was zapraszał, to było drugorzędne, że chcieliście grać.
Tak. Ja myślę, że motywacja jest z jednej strony sportowa, a z drugiej strony finansowa. To nie ulega dla mnie wątpliwości, że to jedna i druga strona ma swoje motywacje. Ja przypominam sobie takie momenty, kiedy bardzo często już wtedy, kiedy byliśmy dojrzałymi piłkarzami staraliśmy się dowiedzieć jakie wynagrodzenia będą na nas czekały. Ale wracając do tej różnicy pomiędzy wynagrodzeniami piłkarzy zachodnioeuropejskich a nami grającymi tutaj, to powiedzmy my zarabialiśmy czy otrzymywaliśmy jakieś wynagrodzenia w wymiarach 2-3 pensji średniej krajowej, a na Zachodzie rozpoczynało się to od 10 tysięcy dolarów miesięcznie. Ja już nie mówię o dzisiejszych warunkach, gdzie się zaczyna mówić o milionach dolarów czy milionach euro w tej chwili miesięcznie. Nawet nasi zawodnicy, polscy zawodnicy, w tej chwili są wynagradzani na tym poziomie. Ale to zupełnie co innego. Dla nas, przynajmniej dla mnie, ja cały czas wracam do tej umowy, którą miałem z Górnikiem Zabrze. No proszę sobie wyobrazić, że dzisiaj młody człowiek, utalentowany człowiek miałby szansę pójść do dobrego klubu, to rozpocząłby negocjacje od strony finansowej, a w mojej umowie nie żadnej cyfry, ani jednej cyfry: za ile, za co, jak i po co. Tam były tylko i wyłącznie motywacje dwie: jedna była opieki, a druga szkolenia, szkoły, nauczania. No więc są to rzeczy nie do porównywalne. Dzisiaj takich umów się nie podpisuje. Dzisiaj się podpisuje umowy gdzie jest od do i za tyle i za tyle. No, ale cóż, no trudno, takie były czasy. My po prostu byliśmy wtedy częścią tego społeczeństwa, które było w jakiś sposób ja nie powiem zahamowane, ale w jakiś sposób ograniczone w tym, co można by więcej zrobić.
Jakie mieliście refleksje kiedy wyjeżdżaliście zagranicę? Pana pierwsze wyjazdy za granicę…
No to…
To świat zupełnie inaczej wyglądał.
Pierwsze wyjazdy zagraniczne to jest w ogóle szokująca historia, bo ja muszę powiedzieć, że ja jako 16 latek przychodząc do drużyny Górnika Zabrze wyjechałem na pierwszy wyjazd zagraniczny, ja nie mówię o pierwszym wyjeździe zagranicznym do Moskwy, kiedy jako junior, jako piłkarz reprezentacji Polski juniorów wyjechałem z drużyną reprezentacyjną, żeby rozegrać mecz w Moskwie, ale mój pierwszy wielki wyjazd zagraniczny, powiedzmy teoretycznie mówiąc, na Zachód był do Stanów Zjednoczonych. Ja wylądowałem z małej mieściny Sośnicy, gdzie mieszkałem z rodzicami, wylądowałem w wielkim mieście pt. Nowy Jork. No proszę sobie wyobrazić jakie to było szaleństwo dla mnie. Ja w ogóle całą noc nie spałem, siedziałem przy oknie, oglądałem jak światła migały reklamowe na różnych domach, jak taksówki przejeżdżały z lewej, z prawej strony - no coś niesamowitego. Dla mnie, dla mnie to była, no tak, Ameryka. No ale nie spodziewałem się, że do tego stopnia będę zszokowany tym, co tam zastanę. Natomiast później trzeba było się [20:00] w tej rzeczywistości amerykańskiej znaleźć, zachować. Okej, myśmy byli na turniejach organizowanych przez takiego menedżera amerykańskiego, ale bardzo dużo, często mieliśmy kontakty z Polonią. I całe szczęście, że z tą Polonią mieliśmy te kontakty, bo oni nam naprawdę dużo pomogli w tym, żeby na spokojnie odebrać to wszystko, co tam zobaczyliśmy., przynajmniej dla mnie, dla młodego człowieka, który miał wtedy 16 lat. Ja pamiętam, że na tych wszystkich spotkania polonijnych i wiele osób przychodziło do mnie i pomagało mi w tym jak odbierać, jak na to wszystko patrzeć. Proszę sobie wyobrazić, że ja po raz pierwszy zobaczyłem tam banknot dolarowy. Nie wiedziałem co to jest, nie wiedziałem co to jest. A jeszcze ci nasi Polacy oczywiście byli bardzo chojni i na różnego rodzaju spotkaniach zawsze nas tam wynagradzali, wsadzali nam do kieszeni na pamiątkę jedną, drugą, trzecią rzecz, a to było, a to były dolary. Bardzo często było tak, że wychodziliśmy z takich spotkań z pełnymi kieszeniami dolarów. Ciekawa historia, naprawdę ciekawa historia, ale dla takiego człowieka jak ja, młodego człowieka, było to coś niesamowitego. W pierwszym momencie zastanawialiśmy się dlaczego oni to robią, a później oni mówi: „przecie wy” - była taka propaganda - „wy w Polsce niczego nie macie”. Co było oczywiście nieprawdą, bo mimo wszystko w tych warunkach, w których myśmy uprawiali sport w Polsce, to jakiś mieliśmy zabezpieczony byt przyzwoity. Natomiast ci ludzie, ci ludzie patrzyli na nas jak jakieś zjawy, które przyjechały z drugiej strony świat i że nie mamy nic. I wręczali nam wszystko, co było możliwe do wręczenia w formie upominków, w formie pieniężnej. Zaskoczenie, ale z drugiej strony bardzo miłe.
Colę wtedy pewno Pan wtedy…
Nie, pierwszy raz Coca-Colę piłę w Stanach, pierwszy raz orange juice, to znaczy wyciskane pomarańcze. To było pierwsze w moim życiu spotkanie z tymi napojami, tak. To były takie rzeczy, które się nie zapomni, bo to było szokujące.
Wyobrażam sobie. Też kiedyś jak poleciałam do Rzymu i mieszkałam w hotelu z widokiem na Rzym. Po prostu już światło, a ja nie mogłam usnąć. A punktem dnia pierwszym było spotkanie z papieżem, więc …
To jeszcze…
Że jestem nie wyspana, że będę zmęczona. Poziom emocji wysoki, więc sobie wyobrażam. Jeszcze byśmy wrócili do Pana kochanego klubu. Proszę powiedzieć jaka była atmosfera, jakich Pan spotkał trenerów?
To znaczy, jak…
Jakie były relacje?
Tak, więc może tak. Jako nastolatek, kiedy przyszedłem do szatni Górnika Zabrze, to przede wszystkim nie wiedziałem jak się zachować. Byłem bardzo stremowany, patrzyłem na tych wszystkich starszych kolegów jak oni będą się zachowywać w stosunku do mnie. Całe szczęście, że zaraz kapitan zespołu bardzo szybko wskazał mi miejsce, na którym mam usiąść i „tutaj będziesz się rozbierał, chłopcze” itd. itd. Oczywiście patrzyłem na tych zawodników z dużym poszanowanie i dużym respektem takim dlatego, że ja ich znałem tylko z prasy. Ja ich znałem z relacji radiowych, więc to dla mnie to było coś bardzo nowego. Ale to przyjęcie było bardzo dobre, bo boisko na którym wspólnie występowaliśmy bardzo szybko nas jednoczyło. Jednoczyło dlaczego? Dlatego, że moje umiejętności piłkarskie, moje umiejętności sportowe były takie, że bardzo szybko zawodnicy tego zespołu mnie zaakceptowali. WIdzieli, że umiem grać w piłkę, że potrafię grać w piłkę, że nie jestem takim jakimś odludkiem, jeżeli chodzi o umiejętności piłkarskie i bardzo szybko, w pierwszym miesiącu nawet, czułem to, że oni mnie przyjęli. Ale był taki moment - na przykład pierwsza, pierwsza prysznic po treningu. Jak się miałem zachować? Czy mam zdjąć majtki czy nie mam zdjąć majtek? Patrzyłem się na tych kolegów starszych i mówię: no dobra, przyfiluję i zobaczę jak się oni zachowują i wtedy ja po prostu będę się zachowywał tak jak oni. No ale patrzę wszyscy na nagusa wchodzą pod prysznic, to ja też rozebrałem się i wszedłem pod prysznic. To jest takie proste, takie wydawałoby się, ale dla młodego człowieka takiego jak ja to było przeżycie. To było niezwykłe przeżycie. A później jak już zacząłem występować na boisku, już jak zacząłem strzelać pierwsze bramki dla Górnika Zabrze, to ta sympatia rosła z dnia na dzień i zrozumienie w grupie było bardzo, bardzo duże, bardzo duże, tak. Byli koledzy i byli trenerzy, którzy byli bardziej sympatyczni, mniej sympatyczni. To się zdarza w każdej [25:00], jak ja mówię, rodzinie sportowej, prawda, ale ja zawsze będę bardzo mile wspominał te wszystkie występy z moimi kolegami. Zaprzyjaźniłem się z Zygfrydem Szołtysikiem, śp. Jurkiem Musiałkiem. Bardzo blisko zżyliśmy ze sobą nie tylko na boisku, ale i poza boiskiem. Spotykaliśmy się, wspólnie organizowaliśmy takie uroczystości jak imieniny, urodziny. Wspólnie chodziliśmy na kolacje. Tak, że to są rzeczy, które były poza boiskiem bardzo miłe i bardzo ważne również, bo tam się tworzyła atmosfera, atmosfera takiej bliskości. Z trenerami to, ja nigdy nie miałem konfliktu z trenerami. Jeden trener mi dał więcej, inny mniej, ale ogóle rzecz biorąc wszystkie uwagi, które trener do mnie mówił i które wpływały na to, żebym ja poprawił swoje umiejętności były bardzo dobrze przeze mnie odbierane. Oczywiście miałem trenerów nie tylko polskich, ale i zagranicznych. No tutaj ta bariera językowa była problemem, ale to można było na boisku bardzo szybko poprawić, bo po prostu się pokazywało co trzeba zrobić i ci trenerzy też byli bardzo ważni dla mnie. Jeżeli chodzi o nazwiska, to mogę powiedzieć, z polskich trenerów: [Michał - przyp. M.R.] Matyas, [Antoni] Brzeżańczyk, [Jan Gerard] Kowalski, jeżeli chodzi o zagranicznych, to przede wszystkim w pierwszym okresie miałem dużo styczności z trenerami węgierskimi: [Frenec] Farsang, [Ferenc] Szusza, [Geza] Kalocsay, z którym odnosiliśmy jako piłkarze Górnika Zabrze największe sukcesy.
Wyjechał Pan z kraju w którym roku?
W [19]75 roku, kiedy otrzymałem ofertę gry w drużynie belgijskiej, wyjechałem tam. W początkowym okresie miałem wszystkie zgody na wyjazd zagraniczny, to znaczy zgody, jeżeli mówię wtedy jeszcze o tych czasach zgody, bo to trzeba mieć zgodę, więc mój klub mi wyraził zgodę, wyraził Polski Związek Piłki Nożnej, okręgowy związek. Wszystkie zgody miałem poza zgodą Ministerstwa Sportu. No wszystko się wtedy o wierchówkę jak ja mówię i wiadomo, że tam zapadały decyzje czy ktoś pojedzie czy ktoś nie pojedzie. No a ja mimo wszystko z rodziną wcześniej wyjechałem na zaproszenie księdza Monako, tak, tak, na zaproszenie księcia Monako wyjechałem na wakacje na 10 dni z rodziną. I postanowiłem prosto stamtąd pojechać do Belgii. I stamtąd pojechaliśmy do Belgii. Poszedłem do ambasady polskiej w Brukseli i powiedziałem, że „mam wszystkie zgody panie ambasadorze, tylko nie mam jednej - ministra sportu”. Wtedy ministrem sportu był pan Kapitan i ówczesnym ambasadorem był pan Kociołek w Brukseli. I ja mówię: „proszę pana, ja chcę panu powiedzieć, że jeżeli nie dostanę tej zgody to ja tak czy inaczej w tej chwili zostaję z rodziną tutaj i będę się starał grać tutaj w piłkę na Zachodzie”, „nie, panie Włodzimierzu, niech się Pan nie martwi. Załatwimy to. Pan Kapitan jest moim kolegą. Ja do niego zadzwonię”. No i rzeczywiście po jakiś 14 dniach przyszła zgoda na to, żebym grał w drużynie belgijskiej. Ale wtedy wszystko opierało się o takie rzeczy dziwne. Nie było to tak jak dzisiaj jest: transfer, są rozmowy i wyjazd bez problemu dla zawodnika. Wtedy było zupełnie inaczej.
No tak, była jeszcze jakaś…
Jeszcze bariera, jeszcze była bariera i to bariera dla mnie osobiście niezrozumiała, bo raz… No jeszcze to muszę powiedzieć: bo ja otrzymałem zgodę mojego klubu - Górnika Zabrze, który musiał w jakiś sposób się wytłumaczyć dlaczego mi dają zgodę wyjazd. I proszę sobie wyobrazić, że ja otrzymałem zgodę pt. „ze względu na nieodwracalne uszkodzenie kolana wyrażamy zgodę na wyjazd zawodnika takiego i takiego na Zachód”. Proszę sobie wyobrazić, że ja z taką zgodą przyjeżdżam do klubu zagranicznego i oni mają przyjąć zawodnika pt. „nieodwracalne uszkodzenie kolana”. To jak się zachowałem? Poszedłem do dyrektora klubu, mówię: „słuchaj, wiesz jakie są czasy”, mówię: „u nas w Polsce, żeby wyjechać to trzeba tam pokombinować” mówię do niego i „taką zgodę mi tylko dali” mówię, „ale to jest normalne”, „nie martw się, nie martw się. Wszystko jest w porządku”. Zabrali mnie na kontrolę medyczną i rzeczywiście ta kontrola medyczna wyszła pozytywnie. Ale ja taką zgodę dostałem. Żeby po prostu pokryć, żeby po prostu pokryć… Ja nie wiem dlaczego to zrobili. Ja do dzisiejszego dnia mam ten papier. Zresztą zachowuję ten papier jako historię, bo to takiej zgody dzisiaj nikt by przede wszystkim nie wziął. To jak to? Nieuleczalnie uszkodzone [30:00] kolano i ma grać w klubie zawodowym. No to historia.
No tak, ale ta zgoda miała jakby tłumaczyć klub.
Tłumaczyć klub dlaczego dają zgodę, prawda? Ten człowiek, który w ogóle pisał tę zgodę, sekretarz klubu, był takim dobrym znajomym moim. To znaczy przynajmniej na lini zawodnik - sekretariat miałem bardzo dobre relacje. A on mówi: „Włodek, ja muszę, Ja muszę”, ja mówię: „daj co chcesz”.
To jest ten…
To jest ten właśnie okres. To są te czasy.
A jak się Panu ułożyły relacje w tym belgijskim klubie?
No więc początki naszego pobytu, bo już mówię naszego pobytu, bo już byłem z małżonką i córką już w tej chwili w Belgii. Pierwszy okres był bardzo trudny, bo bariera językowa była trudnym do przeskoczenia przez nas momentem. No bo jednak są to zupełnie inne relacje międzyludzkie. Zupełnie inaczej to wszystko wyglądało. Zupełnie inaczej wyglądała szatnia. Wchodziłem do szatni, koledzy rozmawiali ze sobą po niderlandzku a ja nie łapałem, no nie wiedziałem o co chodzi. Cały szczęście mieliśmy w pierwszym okresie troszeczkę wsparcia od Polaków, którzy tam mieszkali. Przede wszystkim od ludzi generała Maczka, który tam po okresie wojenny pozostawali, pozostali i tam osiedlili się. I w tym okresie właśnie miałem takiego Polaka, który bardzo mi pomagał i pozwalał mi na to, żeby po prostu normalnie funkcjonować, normalnie żyć. Oczywiście dla nas jeżeli chodzi o codzienność życia, to nie był problem, bo w tych dużych magazynach człowiek wchodził, robił zakupy, prawda, wszystko leżało na tym, to zupełnie inaczej jak wyjeżdżałem z kraju, wyjeżdżałem z Polski, to jakoś sobie radziliśmy. Natomiast w takich detalach, szczegółach, to trzeba było korzystać z tych Polaków, którzy tam byli. Ale oni bardzo chętnie to robili, bo po prostu ze względu na to, że ja byłem sportowcem, że ja byłem piłkarzem, to oni po prostu bardzo często mi pomagali.
Już wtedy był Pan przecież bardzo znany i ludzie byli wdzięczni Panu za …
To znaczy ja byłem znany rzeczywiście jako sportowiec i piłkarz zdrowy, ale ja pojechałem tam naprawdę jeszcze nie w pełni wyleczoną kontuzją. To takie ryzyko było z obu stron, ja mówię, klubu sportowego, który mnie przyjmował i z mojej strony, bo to taka niepewność była. Natomiast miałem bardzo dobrą opiekę medyczną i to muszę tu powiedzieć i podkreślić, bo po pierwszym okresie jakiś 2 czy 3 miesięcy poszedłem do takiego specjalisty, zaprowadzono mnie do specjalisty, takiego ortopedy jednego z najlepszy w Europie, on się nazywa pan Martens i zresztą dokonywał wielu operacji wspaniałych piłkarzy z całego świata. No i rzeczywiście pomógł mi bardzo, jeżeli chodzi o usprawnienie tego kolana. Nie tylko jeżeli chodzi o rehabilitację, ale również jeśli chodzi o medykację i tutaj on mi bardzo dużo pomógł. Usprawniłem to kolano w 6 miesięcy. Po pobycie sześciomiesięcznym w Belgii bardzo szybko wróciłem do sprawności, właśnie też dzięki tej opiece medycznej.
A to wsparcie, o którym Pan opowiada, którego Pan doświadczył od Polaków mieszkających w Belgii. Czy może Pan podać jakieś nazwiska? Jakie to były osoby?
Janek Warszewski. Janek Warszewski to był maczkowiec, który bardzo, bardzo blisko właśnie był mojej osoby. Później opiekowaliśmy się bardzo długo jego małżonką, Dianą Warszewską. Taka przybrana ciocia to nasza była, można powiedzieć. Bardzo często utrzymywaliśmy kontakty. Bardzo dużo, już nie pamiętam nazwisk, ale te regiony, w których ja byłem, to znaczy się Lokeren, Sint-Niklaas aż do Bredy w Holandii były kiedyś oswobodzone po wojnie przez nasze dywizje, dywizje generała Maczka i tam bardzo dużo Polaków żyło. No pamiętam takie spotkanie w Sint-Niklaas, gdzie na spotkanie przybyło może 200 czy nawet więcej osób i to wszystko byli Polacy, którzy tam po prostu zostali. Fantastyczna atmosfera, przepiękne spotkanie. Dla mnie to było takie odbicie bardzo dużo, bo jednak na Zachodzie tam przebywaliśmy parę miesięcy, a tutaj spotkanie z tym Polakami. To bardzo miłe, bardzo sympatyczne.
Też pewnie Pan nie miał świadomości, że to taka duża, liczna grupa.
Nie, nie. [35:00] Ja nie zdawałem sobie sprawy. Znaczy z historii wiedziałem, że tamte tereny były oswobadzane przez polskich żołnierzy, ale nie wiedziałem, że to jest aż tak duża grupa ludzi. Zresztą w mieście w Lokeren, w takim dużym budynku jest do dzisiejszego dnia wspomnienie, duża tablica o tych Polakach, którzy to oswobadzali.
A jak oni sobie radzili przez te lata po wojnie? Też musieli się jakoś…
Różnie. Jednym się dobrze powodziło, innym gorzej. Ja spotykałem tych ludzi, którzy po prostu bardzo dobrze sobie ustawili życie, że byli dobrze sytuowany osobami, prowadzili własne biznesy itd. Ale spotkałem również ludzi, którzy mieli ciężko, którzy dosłownie byli na bezrobociu i ciężko im było powiązać koniec z końcem. Dla mnie zaskoczeniem było, że w pierwszych miesiącach czy pierwszych tygodniach naszego jak grałem tam w piłkę nagle słyszę jakieś polskie okrzyki. To było coś fantastycznego dla mnie, bo tu nagle patrzę, słyszę, a tutaj się mówi po polsku. Bardzo fajne, bardzo fajne.
Tak. A czy te osoby wspominały jakby przeszłość?
Tak, tak. To ciekawe, że ci Polacy żyli codziennością polską. Oni mnie znali, znali historię Polski i oni bardzo często wspominali o tych rzeczach, bardzo często. I oni zresztą ukazywali to. W jaki sposób? Wszystkie te organizacje zrzeszone wokół nich mówiło się po polsku, robiło się przyjęcia polskie, chodziło się do kościoła polskiego. To są te wszystkie rzeczy, które oni zachowywali dla siebie. Jesteśmy tutaj, jesteśmy zagranicą, ale zachowujemy swoją polskość. Bardzo ładnie, bardzo ładnie. Ja bardzo byłem, znaczy nie tyle zdziwiony, bo zadawałem sobie sprawę, że większość z nich tęskni za krajem i to widać w rozmowach, słyszało się to jak się z nimi rozmawiało. Oni tęsknili za krajem, ale to był okres kiedy, żeby do kraju przyjechać trzeba było paszport, wizę itd. itd. No więc oni bardziej to wszystko przeżywali w sposób teoretyczny, a praktycznie dopiero kiedy Polska stała się wolnym krajem to mogli do tego kraju przyjechać i zobaczyć to za czym tęsknili.
Tak, ale Pana decyzja była dla nich jakby zrozumiała.
Tak, tak. Ja nie miałem problemu jeżeli chodzi o przyjęcie, To znaczy nie było jakiś takich rzeczy „o przyjechał tutaj, tego”. Nie, nie. Ja zostałem przyjęty przez nich bardzo dobrze. A ponieważ bardzo szybko stałem się człowiekiem dosyć popularnym. Zacząłem dobrze grać, strzelałem bramki, byłem na pierwszych stronach gazet czy telewizyjnych relacjach. Prawie co tydzień jak strzelałem bramki, to w telewizji pokazywano to. Bardzo szybko stałe się człowiekiem dosyć popularny, ale przez tę popularność to straciłbym życie. Nie wiem czy Pani wie, ale to był w pewnym okresie zamach na mnie. Zamach i to zamach taki bardzo poważny, bo organizacja faszystowska doprowadziła do tego, że chciano mnie po prostu porwać. To było, ja nie przypomina sobie dokładnie w którym roku, ale po drugim roku pobytu w Belgii, bo tutaj doszło do jakiejś na granicy polskiej, do jakiegoś przemytu dziecka. Zamknięto dwóch takich łobuzów w więzieniu w Polsce, a ich koledzy w Belgii postanowili się zrewanżować Polsce i wybrali sobie mnie jako popularnego Polaka, żeby mnie porwać na wymianę z tymi ludźmi. I był bardzo poważny zamach na mnie. Całe szczęście, że ja parę miesięcy wcześniej zmieniłem mieszkanie, bo inaczej skończyłoby się to bardzo tragicznie dla mnie, bo to mieszkanie, w którym wcześniej mieszkałem zajął mój trener Czech, a ja się przeprowadziłem. I oni po prostu poszli do tego mieszkania, gdzie mieszkał ten Czech i proszę sobie wyobrazić, że dosłownie bez ostrzeżenia zaczęli strzelać do niego. Zranili mu rękę. Bo on otwierał drzwi myśląc, że ja do niego przychodzę z wizytą. To bardzo taki czarny i przykry punkt naszego pobytu w Belgii. No ale cóż, widocznie musiałem zapłacić za popularność jaką wtedy miałem w Polsce i w Belgii.
No tak.
To przykra historia, ale niestety… Zresztą to była historia, która była opowiadana w Polsce również dlatego, że ja otrzymałem po tym zamachu [40:00] ochronę policyjną i wróciłem do Polski na pare dni. No bo jak można było żyć, tak? Dziecko do szkoły pod ochroną. Małżonka na zakupy pod ochroną. Ja na treningi pod ochroną. Policja jeździła za nami wszędzie. Nie dało się żyć. Wsiedliśmy w samolot i przyjechaliśmy tutaj do momentu jak załapano tych łobuzów. No jak złapali to z powrotem wróciliśmy do Belgii.
No tak, to rzeczywiście bardzo nieprzyjemne.
Nieprzyjemna sprawa.
Tak. Proszę opowiedzieć jeszcze, jeśli Pan taki dobry, o osobach, które jakby… Często osoby, którym się jakoś powiodło, udało w życiu coś osiągnąć, mówią, że spotykali na swojej drodze osoby, które podały im rękę czy pchnęło je we właściwym kierunku. To mówił Pan o ojcu. Na pewno Pan…
Tak, no pierwszy etap dzieciństwa to na pewno wsparcie ojcowskie, na pewno wsparcie domu. To nie ulega dla mnie wątpliwości. Później było wsparcie wspaniałego człowieka, już niestety nieżyjącego, profesora Jerzego Cicha - mojego trenera w gliwickim klubie sportowym. To nie tylko był mój trener piłkarski, ale był to też mój nauczyciel w szkole średniej, w technikum ceramicznym, w którym, do którego uczęszczałem. Pokazał mi drogę w jaki sposób można dojść do sukcesów poprzez pracę, poprzez zaangażowanie, poprzez dyscyplinę, którą bardzo mądrze wprowadzał. No a później jak już byłem dorosłym człowiek, to nie ulega dla mnie wątpliwości, że dom, że żona, rodzina. To były rzeczy bez których nigdy bym nie osiągnął tego, co osiągnąłem. Moja małżonka była największym wsparciem moim w mojej karierze sportowej, to nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, i to pod każdym względem. Wie Pani, jak przychodzi taki moment, kiedy zostaje się samym po ciężkiej kontuzji i trzeba wracać i rehabilitować się i człowiek zostaje sam na sali czy na boisku, a jedynym wsparciem jest ta osoba najbliższa, która jest obok mnie. To, to jest, to nie ma ceny. Bez tego wsparcia nie byłoby żadnych sukcesów, żadnych absolutnie. To zresztą ja podkreślam i będę podkreślał cały czas, to co moja małżonka mi pomogła w zrozumieniu, w pomocy jaką mi okazała i miłości jaką mi okazała było niezastąpione.
Tak. Pytam też, bo często osoby, które odnoszą sukces, są sławne, gdzieś zaczynają się gubić w tym. Jak Pan mówił, nie miał Pan takiego momentu, kiedy…
Nie, nie wydaję mi się, żeby nie miałem takiego momentu, w którym bym się zagubił jeżeli chodzi o chodzenie po ziemi. Tak ja bym to nazwał - chodzenie po ziemi. Nie uderzyła mi głowa sodowa do głowy. Umiałem przetrawić te wszystkie dobre opinie. No nie będę ukrywał, że tysiące autografów rozdawałem, tysiące spotkań w lewo, w prawo, z młodzieżą. Byłem bardzo popularnym sportowcem. Jeździłem przecież i w lewo i w prawo na to, żeby się z kibicami spotykać. Nie, to nie miało na mnie wpływu. Ale wydaje mi się, że bardzo silną stroną było to, że, raz, że ja sam od siebie zawsze stawiałem wysokie progi przed tym, co chcę osiągnąć. Ja nie byłem zadowolony z tego jak strzeliłem jedną bramkę. Jak dwie, to okej, dopiero jak trzy bramki strzeliłem, to byłem zadowolony. I to wydaje mi się, że był taki moment, kiedy zrozumiałem, że poprzez pracę, że poprzez zaangażowanie można coraz więcej osiągać. I zresztą to jest takie moje motto. Ja powiedziałem, że nawet ci najlepsi, naprawdę najlepsi mogą jeszcze coś w swojej karierze poprawić.
Czyli jakby nie można, nie można się zadowolić.
Nie można skończyć, tak. Nie można skończyć. Nie ma takiego terminu „już jestem”. Nie, bo jak bardzo często, wydaję mi się, jak się w ten sposób ktoś zachowuje, to się zatrzymuje, bo zawsze można coś poprawić. Jeżeli chodzi o technikę piłkarską na przykład, prawda? Naturalnie, przygotowanie fizyczne to jest coś innego, ale technikę piłkarską zawsze można poprawić. Uderzenie po treningach lewą, prawą nogą, uderzenie głowa itd. itd. - to są takie elementy techniczne, które można zawsze poprawiać. A powtarzalność ćwiczeń powoduje zaufanie. Zaufanie, które się nabiera z każdym nowym uderzeniem. Ja może podam taki przykład. Kiedy odpowiedzialność na mnie bardzo duża spadła podczas meczu Pucharu Europy z AS Romą, kiedy [45:00] w ostatnie minucie meczu musiałem wykonać rzut karny. Odpowiedzialność straszna. Przegrywaliśmy 1:0. Ale to wszystko, co ja robiłem wcześniej na treningach: setki wykonywanych rzutów karnych, setki wykonywanych rzutów wolnych spowodowało to, że tylko przez moment miałem takie zawahanie, zdenerwowanie, a później wszystko mi to: „Włodek, przecież ty wykonujesz tego setki. Bierz piłkę, stawiaj i uderzaj”. I wie Pani, to jest cała prawda, bo to jest takie zaufanie, które nabiera się podczas treningów, podczas pracy codziennej, którą się wykonuje.
Tak, ale powiedział Pan też o tym momencie, kiedy właśnie jest Pan sam na boisku, na stadionie po kontuzji i jakby ta bliska osoba jest i dzięki temu można się zebrać i podjąć ten wysiłek jakby walki.
Tak i tak było.
Ale mówi Pan też o rozwoju. Czy ten rozwój na drodze zawodowej, że można ciągle, nieustannie się doskonalić, ale też rozumiem, że chce Pan powiedzieć, że jakby jako ludzie w tym swoim człowieczeństwie też możemy się ciągle rozwijać.
Oczywiście, oczywiście. Ale ja powiedziałem o tym wsparciu osoby dlatego, że ćwiczenia, które ja wykonywałem, rehabilitacyjne ćwiczenia były w towarzystwie mojej małżonki, która na przykład trzymała stoper, żeby mi powiedzieć ile sekund ja pracuję czy ile minut ja pracuję. Już wtedy nie było przy mnie trenera, masażysty, kinezysty. Nie było już. Tylko był małżonka, sala i ja wykonujący ćwiczenia. Jeżeli chodzi o człowieczeństwo i to, że każdy z nas może się jakoś poprawić. Może być dobrym człowiekiem, jeżeli chce. Może. Po prostu trzeba chcieć.
Jak Pan przyjął wybór papieża potem. Nie no, wcześniej była „Solidarność”. [47:10 - SPR co mówi Lidka, bo tu jest błąd]
Ja może powiem rzecz, która bardzo tkwi mi, bardzo głęboko. Bo ja byłem tym, który odbierał od wtedy jeszcze kardynała Wojtyły telegramy na Stadionie Śląskim po meczach, które tam rozgrywaliśmy. Ja odbierałem telegramy. I jak to wyglądało? Po zakończeniu meczu najpierw była feta na boisku, bo zazwyczaj wygrywaliśmy na tym Stadionie Śląskim, potem wchodziliśmy tunelem do szatni. Ja patrzę, stoi ksiądz przede mną. Ksiądz podchodzi i mówi tak: „tutaj od kardynała bardzo proszę. Z Bogiem” i podaje mi telegram od kardynała Wojtyły. Otwierałem, szedłem do szatni, czytałem kolegom, przeczytałem kolegom telegram. Pierwszy telegram otrzymywaliśmy zawsze od kardynała. Fantastyczna sprawa, fantastyczna sprawa. No szkoda, że nie miałem okazji, żeby go osobiście spotkać, bo w momencie kiedy moi koledzy jechali tam do niego, to ja byłem niedysponowany i nie mogłem pojechać tam. Ale to tego nie zapomnę, bo to było takie wzruszające i silne emocje na boisku, ale później zaraz były te silne emocje po zagranym meczu.
Ale ta świadomość, że ktoś ważny, ktoś…
Nie, oczywiście. Myśmy, myśmy wszyscy byli bardzo dumni i zadowoleni z tego, że taki telegraom otrzymujemy. Bo nasz papież wyprzedzał wszystkich innych, którzy nam gratulowali. No bo rzeczywiście pierwszy telegram był od niego, bo to było zaraz po. W tunelu na Stadionie Śląskim wychodzi się, jest taki pomieszczenie, które rozwija się: w prawo szatnie, w lewo szatnie, a dosłownie przy zakończeniu tunelu stał ksiądz z tym telegram i do mnie i wręczał mi telegram jako kapitanowi zespołu. Tak, że to fantastyczne sprawa.
Tak, że informacja, że właśnie Karol Wojtyła został papieżem.
Nie, to wszyscy przeżywaliśmy bardzo mocno. Wszyscy byliśmy bardzo szczęśliwy, bardzo zadowoleni i to zmieniło dużo, to zmieniło bardzo dużo jeżeli chodzi. Bo nie ukrywajmy, że to była rzecz, która doprowadziła do tego, że wiele rzeczy w kraju się zmieniło.
No ale potem wybuch no tego wielkiego ruchu „Solidarność”.
Tak, ja nawet muszę powiedzieć, że w pierwszym okresie, ja już wtedy byłem w Belgii, ja już wtedy grałem w drużynie belgijskiej, ale miałem wizytę ludzi „Solidarności” u siebie w Lokeren [50:00]. Dwa czy trzy razy przyjechali do mnie do domu. Byli bardzo emocjonalnie tak zaangażowani w to, co się dzieje w kraju. Nawet nie będę ukrywał, że mnie namawiali: „panie Włodzimierzu, pan tutaj wesprze”, ja mówię: „ja w tej chwili gram w piłkę. Ja bardzo się cieszę, że to się wszystko dzieje w Polsce, co się dzieje, że dążymy do wolności, której ja nie miałem”, bo ja im powiedziałem „której ja nie zawsze miałem. Bo ja nie zawsze miałem tą wolność, bo wtedy, kiedy mogłem wyjechać na Zachód, mi nie pozwolono”. Mówię: „ja was wspieram, ja was popieram, ale aktywnie nie będę uczestniczył” mówię, „ale kibicuję wam”. Oni przyjeżdżali pod mój dom. Pod mój dom przyjeżdżali z tymi wszystkimi oznakami itd. Ja duże zresztą mam pamiątek, muszę powiedzieć, od „Solidarności”, która mi wręczała w czasie całej tej kariery mojej później sportowej w belgijskim klubie.
To na pewno ma Pan w ogóle cenne archiwum.
To znaczy, to archiwum nie jest jakiś imponujące, ale tego się troszeczkę zebrało. Bo moja kariera sportowa, taka poważna, zaczęła się jako 16-latka, a skończyła się jako 37-latka, więc to jest ponad 20 lat kariery takie rzeczywiście piłkarskiej. Tego się troszczkę nazbierało. Zresztą, niedawno taki remanent robiliśmy. Troszeczkę zaczęliśmy selekcjonować to, co tam jest, tych wszystkich pamiątek. No to nazbierało się tego trochę. Nazbierało się. Ale najbardziej miłe i sympatyczne to są takie rzeczy jak złoty medal olimpijski, który jest dla mnie rzeczywiście rzeczą wyjątkową, bo to był jedyny turniej piłkarski, w którym reprezentacja piłkarska polski dokończyła pracę do końca. To znaczy, dokończyła robotę. Jak to pan Kazimierz Górski bardzo często mówił: „no dobrze, dobrze. Tam udział w półfinale, w ćwierćfinale, ale robotę dokończyć. To trzeba coś zdobyć”. No i miał rację. I to taka dokończona robota była z tym medalem olimpijskim. A później te wszystkie odznaczenia państwowe, które miałem okazję dostać po drodze - to bardzo fajna sprawa.
Co Pan pomyślał kiedy stan wojenny był w Polsce?
Kiedy?
Kiedy stan wojenny wprowadzono?
No to była wielka tragedia dla nas. Stan wojenny zastał nas, nas, bo wtedy z wizytą była u mnie mama. Mama była w Belgii i zastał nas w naszym mieszkaniu. Z informacji, mama nas budzi rano pamięta i „synu, synu coś się dzieje, coś się dzieje. Nie ma żadnego połączenia z Polską. Stan wojenny”. A mama słuchała radia, nasłuchiwała tam to, co się działo, a tutaj nie ma żadnego połączenia. Próbujemy się dodzwonić. Niczego nie ma. I ten stan wojenny tak nas zastał w Belgii. Zastanawialiśmy się co robić ze sobą. To było szokujące dla nas. Ale najlepszą metodą na to było to, co nam najbliższy powiedzieli: zachowajcie spokój. I to rzeczywiście myśmy zachowali spokój i trzeba było to w jakiś sposób przetrawić. Nie było to łatwe. Zresztą, zaraz po stanie wojennym nasz syn w ogóle był na wakacjach u dziadków w Polsce. Ja musiałem po niego pojechać w takim okresie bardzo, bardzo trudnym. To nie powiem, żeby to była przyjemna podróż, bo to chwilę sprawdzanie, co chwilę na rogatka wojsko. Nie, nie, to była bardzo przykra i bardzo niemiła sytuacja. A już nie mówię o tym, co się stało jak oglądałem na ekranie telewizyjnym te wszystkie rzeczy, które się działy z policją, z milicją. Nie, nie. Tego się nie spodziewałem.
Ale końcówka lat 80., już Okrągły Stół i jakby…
No troszeczkę rozluźnienia, troszeczkę rozluźnienia, tak? Chęć porozumienia. Próba dogadania się. I całe szczęście, że znaleźli się tacy ludzie, którzy rzeczywiście w ten sposób chcieli rozwiązać tę sprawę. Ale nas sportowców bezpośrednio nie dotyczyło, bo dla nas… To znaczy, ja tego nie odczuwałem bezpośrednio, prawda? Pośrednio tak, ale bezpośrednio nie. Natomiast oczywiście każdy z nas z zaciekawieniem patrzył na to jak to się wszystko rozwija, jak to wszystko wygląda. Byliśmy niespokojni na pewno. Zresztą, zresztą w tym momencie bardzo często były takie decyzje, które trzeba było podejmować i niewiadomo [55:00] było czy te decyzje są prawidłowe.
Panie Włodzimierzu, może jest jeszcze coś, o czym chciałby Pan opowiedzieć? O czym ja, o czym… Nie wiem sama o co zapytać, ale może jakby z tych zdarzeń sportowych. Mówił Pan o tym medalu olimpijskim, mówił Pan o swojej kontuzji, ale były też na pewno takie mecze, takie sytuacje, które no były dla Pana bardzo tragiczne albo bardzo szczęśliwe.
Najszczęśliwszy był pierwszy występ w reprezentacji kraju. Miałem 16 lat. Pojechałem na zgrupowanie kadry. Miałem się przyjrzeć temu jak koledzy moi starsi przygotowują się do meczu z Norwegią, a okazało się, że ten młody człowiek, 16-latek, na treningach zaprezentował się bardzo dobrze i dostaje szanse gry. Pamiętam wtedy trener Foryś wtedy przed meczem, znaczy w przeddzień poinformował mnie, że będę grał. Nieprzespana noc, oka nie zmrużyłem - tak się denerwowałem. Grałem całą noc już. Grałem już ten mecz. No coś niesamowitego jak ja to przeżywałem. Byłem niezwykle szczęśliwy, że mogłem ubrać koszulkę reprezentacyjną i wystąpić obok starszych kolegów, takich jak Ernest Pohl czy Lucek Brycht czy… To było straszne przeżycie. Po 60 minutach gry czy 65 minutach gry trener mnie zmienił i całe szczęście, bo bym chyba do końca nie wytrzymał, bo byłem tak poddenerwowany. Ale był to dla mnie bardzo, bardzo szczęśliwy dzień, bo nie tylko debiut w reprezentacji, ale pierwsza bramka dla reprezentacji, więc to dla takiego chłopaka, 16-latka, to było coś wspaniałego. To był taki moment rzeczywiście można by powiedzieć spełnienia marzeń, takich skrytych marzeń młodego człowieka, który tam marzył, żeby kiedyś wystąpić na dużym stadionie i rozegrać mecz. Takie spełnienie marzeń.
Świat się otworzył.
Świat się otworzył i się otworzył bardzo szeroko, bardzo szeroko. Bo to nie tylko się otworzył jako sportowa kariera, ale otworzył się jako świat dla młodego człowieka. Proszę sobie wyobrazić, że ja od tego momentu zacząłem jeździć po całym świecie: Europa Zachodnia, Ameryka, Ameryka Południowa, Centralna później. No coś niesamowitego. No nigdy, nigdy jako młody człowiek, jako taki dzieciak biegający po ulicy z kolegami i kopiący w piłkę w Sośnicy na podwórkach nie myślałem, że tyle zobaczę w życiu, że tylu ładnych rzeczy doznam, no i niestety przykrych rzeczy, ale tych przyjemniejszych było więcej.
Rodzice byli bardzo dumni z Pana.
Wydaję mi się, że tak. Tata, który był bezpośrednio związany z klubem górniczym był wielkim kibicem piłkarskim. No on na wszystkie moje mecze chodził, wszystkie moje mecze. Bardzo często był bardzo krytyczny w stosunku do mnie jeśli chodzi o ocenę. Bo na przykład ja byłem bardzo szczęśliwy jak na drugi dzień w prasie czytałem, że otrzymałem na przykład dobrą ocenę za grę. On mówił: „nie kolego, nie Włodziu, to nie był dobry mecz. To zrobiłeś źle, to zrobiłeś źle”. Tak, że takie uwagi krytyczne były bardzo pożyteczne, bo to pomagało później poprawiać rzeczy, które się robiło źle. Ale duma jego, jeżeli mogę powiedzieć o takiej dumie, to przypomina sobie taki mecz ligowy, gdzie graliśmy z Ruchem Chorzowskim, a to były derby Śląskie Górnik Zabrze - Ruch Chorzów, gramy mecz derbowy i tak się jakoś złożyło, że tata nie mógł pojechać żadnym autobusem, żadnym tramwajem, tylko po prostu się spytał czy może pojechać razem z nami w autokarze naszym. No i wyjątkowo tam kierownictwo się zgodziło. Tata tam poszedł do tyłu autobusu, usiadł tam. No i gramy w Chorzowie ten mecz. Wygrywamy ten mecz 4:1 i ja strzeliłem 4 bramki. I jeżeli można mówić o dumie. Ja po meczu, po przebraniu się patrzę a tata stoi przed drzwiami wejściowymi do autokaru. Wie Pani, jak ja popatrzyłem na jego minę i takie zadowolenie wielkie rodzica, który cieszy się, że syn dobrze grał, to to była niezapomniana historia. Tylko mnie poklepał po plecach, wszedł za mną do autokaru i pojechaliśmy.
Piękna chwila. [1:00:00]
Panie Włodzimierz, to chyba ja dziękuję bardzo.
Ja dziękuję również. Ja dziękuję również. Było mi bardzo miło.
Kolega ma jeszcze pytanie.
Tak, bo mówił Pan o tym, że nie dostał Pan zgody, żeby wyjechać i grać w Realu Madrid, że władze ograniczały wolność i właśnie czy potem już w latach 70., jak wyjeżdżał Pan zagranicę, zwiedzał różne kraje, to miał Pan takie uczucie, że to jest wyjątkowa rola, że sport łączy Europę Wschodnią i Zachodnią? Że jest takie pole, na którym…
Jeszcze w pełni tego nie było. Jeszcze w pełni tego nie było, bo jednak ja tutaj opisałem tę historię, że ja do końca nie miałem zgody, żeby wyjechać, bo jeszcze były te hamulce polityczne, które były w kraju tutaj. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że ja nie wiem czy to nie była czasem jakaś selekcja przez ludzi władzy: a temu damy, a temu nie damy, temu pozwolimy, temu nie pozwolimy. Nie wiem, nie wiem. Ja w końcu nie będę ukrywał, że dopuściłem się pewnego szantażu. No bo jak przyszedłem do ambasadora Kociołka i powiedziałem mu: „panie ambasadorze, bardzo pana przepraszam. Ja tutaj jestem z rodziną, jestem z żoną i z córką. Mam wszystkie zgody”. Położyłem mu wszystkie zgody: klubu, wojewódzkiego Związku Piłki Nożnej, Polskiego Związku Piłki Nożnej, itd. Wszystkie zgody miałem. Tylko nie miałem, a wtedy niestety trzeba było mieć zgodę Ministerstwa Sportu, tzw. białko, oni to wtedy białko nazywali dlatego, żeby móc grać na Zachodzie. Ja mu powiedziałem, dopuściłem się szantażu, powiedziałem: „ja już nie wracam. Jeżeli nie dostanę, nie wracam. Ja zostaję tutaj z rodziną i zaczynam nowe życie”. No ale po dwóch tygodniach ta zgoda była całe szczęście, bo normalnie się potoczyły losy. A po miałby być tak źle, bo po co tam… Zresztą historii dowiedziałem się, nie wiem czy to jest prawda, że po tym fakcie była cenzura na moje występy zagranicą, że nie wolno było o mnie pisać zagranicą. Ja się dowiedziałem później od dziennikarzy Przeglądu Sportowego, że dostali nakaz, że nie wolno pisać o mnie. No to głupota straszna. Przecież wtedy, w tych latach, nasza występny, nasze, bo ja nie byłem później sam, bo jeszcze było kilko moich kolegów, którzy występowali na Zachodzie. Odbierano. „ten Polak strzelił bramkę”, „ten Polak”. Mówiło się o Polsce pozytywnie. Jakieś głupki tutaj w kraju, nie wiem jak to nazwać, mówią, że nagle o tym nie możemy pisać. Dzisiaj się szczycimy, że Lewandowski strzela bramki dla Bayernu Monachium. Wtedy o naszych sukcesach… Ja byłem prawie królem strzelców ligi belgijskiej, to nie wolno było o tym pisać w kraju. To tylko się można było zdenerwować.
Tak, jeszcze jedno mam pytanie. Jak Pan podróżował właśnie na początku lat 70., olimpiada, mistrzostwa świata, to powrót do Polski, która była biedniejsza, zupełnie inna, to czy trudne były te powroty czy nie było takiego uczucia?
To opowiem Panu historię. Pierwszy mój wyjazd taki poważny, zagraniczny był do Nowego Jorku. Pojechałem z jedną torbą, taką torbą, no taką powiedzmy na sprzęt sportowy, a wróciłem z 4 walizkami. Ale nie takimi walizkami, takimi walizkami. Cztery walizki. Kupowaliśmy walizki, żeby cały ten towar, który mogliśmy wtedy kupić: koszulki polo, rajstopy damskie, itd. Słuchajcie, to myśmy byli, ja nie powiem, że byliśmy przemytnikami, ale byliśmy dostarczycielami wtedy tych rzeczy do Polski. Cztery walizki przywiozłem, cztery walizki rzeczy. Jak moja siostra, która kibicowała mi i dopingowała mnie, jak zobaczyła te wszystkie rzeczy, to nie chciała wiedzieć: „Włodek, to ja już będę miała na kilka lat”.
No tak, ale potem proszono Was często ilekroć wyjeżdżaliście, żeby coś przywieźć?
Tak. Tak, no więc jak to się wszystko potem toczyło? Przed takim wyjazdem jakimś zagranicznym, prawda, w tych latach, to przychodziła najpierw siostra, potem sąsiadka, potem jakiś kolega: „słuchaj, a może być to przywiózł, a może byś tego… Bardzo cię proszę, przywieź”. Człowiek w miarę możliwości… Bo to jeszcze było tak, proszę sobie wyobrazić, że my jadąc na takie tourne do Stanów Zjednoczonych mieliśmy dietę, niech Pan słucha dobrze, dietę dolar dziennie. Dolar dziennie! [1:05:00] To jak myśmy mogli patrząc na te wszystkie rzeczy… Koszulka polo kosztowała 2,5 dolara. To znaczy, my musieliśmy 2,5 dolara przebyć w danym miejscu, żeby po prostu jedną koszulkę kupić. To były takie czasy. To co robiliśmy? Bardzo często, i to nie będę ukrywał tego, woziliśmy ze sobą wódkę i kryształy. Jak nam się udało sprzedać to była Ameryka, to było cudownie. Bo mieliśmy tam powiedzmy 50-60 dolarów za to wszystko i można było coś kupić. A premie za mecze, bo jak już tak o konkretach mówimy… W Południowej i Centralnej Ameryce Górnik Zabrze w latach 70. rozgrywał mecze, gdzie dzięki Górnikowi Zabrze mówiło się w takich krajach jak: Honduras, Ekwador, Gwatemala, Costa Rica. Oni nie wiedzieli gdzie Polska jest w ogóle. W tych krajach nie wiedziano gdzie Polska jest. A tutaj nagle przyjeżdża nagle klub sportowy Górnik Zabrze i ogrywa ich najlepsze drużyny. Mało tego najlepsze drużyny, ogrywa reprezentacje kraju. Bo myśmy z tymi drużynami tam w Południowej Ameryce wygrywali z reprezentacjami kraju. Za wygrany mecz premia 5 dolarów, 5 dolarów! Najlepsza drużyna Ameryki Południowej Colo-Colo w Chile. Gramy wielki turniej, jest 40 tysięcy ludzi, a oni są najlepszą drużyną Południowej Ameryki. A Górnik Zabrze przyjechał po prostu na turniej. Gramy w finale z nimi w takim turnieju. Sześć drużyn brało udział: tam paragwajska drużyna, urugwajska itd. I w finale wygrywamy 3:2 po fantastycznym meczu. 40 tysięcy ludzi, świetna atmosfera. No to przypadek, że ja strzeliłem 3 bramki, to przypadek zupełny. Ale tak się zdarzało bardzo często, że ja byłem decydujący w tych tego. 5 dolarów dostaliśmy, 5 dolarów dostaliśmy za to, że pokonaliśmy wtedy najlepszą drużynę Południowej Ameryki. To ja mówię zawsze: dajcie nam przynajmniej tyle, żebyśmy mogli majtki dla ukochanej kupić, dajcie nam przynajmniej tyle. Ale takie były czasy, takie były czasy.
Za bardzo chyba nie mogliście się przyznawać do tych Waszych stawek. Czy mówiliście o tym głośno i jak koledzy…
Ale wie Pani, wtedy 5 dolarów w Polsce…
No to było dużo.
Prawda? To w Pewex’ie się kupowało. Ale myśmy walczyli z zawodnikami, bo tak jak ci chłopcy z Colo-Colo mieli 5 tysięcy dolarów za wygrany mecz, a myśmy mieli 5 dolarów. Jaka to była motywacja? Jaka to była różnica. To było wprost nieprzyzwoite. Nieprzyzwoite. Potem się dowiedziałem, że taki turniej Górnika Zabrze po Południowej, Centralnej Ameryce klub otrzymywał, nasz klub Górnika Zabrze, otrzymywał między 2-3 tysiące dolarów za rozegrany mecz. To znaczy się rozgrywając wtedy 12 meczy, 14 meczy w takim tournee po tych krajach klub mniej więcej 30-40 tysięcy dolarów zarabiał. Z tego myśmy mieli dolar diety i za wygrany mecz 5 dolarów. Taka to była… To była wtedy społeczna niesprawiedliwość.
Ale to takie znamienne.
Nie. Znamienne to ta wczorajsza umowa, którą odkryłem z powrotem daje mi tyle do zrozumienia. Ja w ogóle zapomniałem o tym, bo ja nie wiedziałem, że taka umowa istnieje, bo ja ją podpisywałem jako 15-latek, a mój ojciec umawiał się z działaczami Górnika Zabrze. Jak ja to zobaczyłem jak to jest napisane. Ja pracowałem jako menażer sportowy przez 14 lat po zakończeniu kariery sportowej. Prowadziłem kilku nawet polskich piłkarzy itd. Ja negocjowałem kontraktu zawodników. To jak to zobaczyłem, to się roześmiałem i mówię: to jest niemożliwe, to się nadaje do publikacji. Dziękuję uprzejmie.
Dziękujemy.
Data of the object
-
Name / Title
Włodzimierz Lubański -
Creator / Producer
Lubański, Włodzimierz (świadek historii); Ujazdowska, Lidia (prowadzący/a rozmowę); Różański, Maciej (operator kamery) -
Type
-
Category
-
Chronological range
-
Execution date
28/06/2017 -
Duration
1h 9min 47sek -
Place
-
Inventory number
MHP-07-3018 -
Copyright classification
-
Permalink
Keywords
- piłka nożna |
- piłkarz |
- sportowiec |
- Górnik Zabrze (klub sportowy) |
- Dynamo Kijów (klub sportowy) |
- Glasgow Rangers (klub sportowy) |
- Manchester City (klub sportowy) |
- Manchester United (klub sportowy) |
- Sporting Lokeren (klub sportowy) |
- Solidarność 1980-1989 |
- stan wojenny w Polsce (1981-1983) |
- reprezentacja
Description
Włodzimierz Lubański opowiada o swojej karierze piłkarskiej – od gry w Górniku Zabrze i debiutu w reprezentacji w wieku 16 lat, po międzynarodowe sukcesy, w tym medal olimpijski. Wspomina o ciężkiej kontuzji kolana, która przerwała jego grę w kadrze, oraz o trudnym leczeniu i powrocie do formy w Belgii. Mówi o realiach PRL-u: ograniczeniach wyjazdów, niskich zarobkach, presji politycznej i handlu deficytowymi towarami. Podkreśla znaczenie rodziny, ojca, żony i trenera w swoim życiu. Wspomina też o papieżu Janie Pawle II, „Solidarności” i trudnych czasach stanu wojennego.