Zbrodnie Wehrmachtu na ziemiach polskich - Mediateka - Muzeum Historii Polski w Warszawie SKIP_TO
Wizyta w muzeum Przejdź do sklepu
Rzecz historyczna
Audiovideo

Zbrodnie Wehrmachtu na ziemiach polskich

Muzeum Historii Polski;

12/03/2024

Transkrypcja

II wojna światowa ma swoje symbole. Te, które znajdują się na okładkach podręczników historii czy na pierwszych stronach portali internetowych w rocznicę 1 września: Holokaust, bomba atomowa, lądowanie w Normandii, czerwony sztandar nad Reichstagiem. No tak, żaden z nich nie przypomni nam o tym, co tak bardzo ważne z polskiego punktu widzenia, czyli o zbrodniach popełnionych na początku II wojny światowej. [Muzyka] Im więcej czasu mija od tych wydarzeń, tym częściej w historii miejsce Niemców zajmują naziści. Niewielu niemieckich zbrodniarzy zostało osądzonych, a współudział w dokonywaniu ludobójstwa ograniczono chętnie do wybranych jedynie formacji totalitarnego reżimu. Przez lata nie mówiło się szerzej o zbrodniach popełnianych przez Wehrmacht we wrześniu 1939, ale i później. Dziś w "Rzeczy Historycznej" przybliżymy kilka wstrząsających faktów związanych z działaniami niemieckiej armii na ziemiach polskich. Wrzesień. Poligon zbrodni. "Naszą siłą jest szybkość i brutalność. Czyngis-chan posłał na śmierć miliony kobiet i dzieci, świadomie i w radosnym nastroju. Historia widzi w nim jedynie wielkiego twórcę państwa. Jest mi obojętne, co twierdzi o mnie słaba zachodnioeuropejska cywilizacja". Adolf Hitler w tajnym przemówieniu wygłoszonym 22.08.1939 r. Do dowódców Wehrmachtu w swojej górskiej rezydencji na Obersalzbergu. Zapewne nie wszyscy znają to zdjęcie, gdyż w nawale niemieckich zbrodni popełnianych przez kolejnych pięć lat w Europie strzelanie do dzieci przez pilotów Luftwaffe już nie robiło na nikim wrażenia.

 

Jego autorem jest znany amerykański fotograf Julien Bryan. Zrobił je w atakowanej przez Niemców Warszawie 13.09.1939 r. Jego bohaterką jest 13-letnia Kazimiera Mika pochylająca się nad ciałem swojej siostry, raptem o rok starszej Anny. Gdy poszła ona zbierać ziemniaki, zastrzelił ją z broni pokładowej pilot Luftwaffe. To rozrywające serce wydarzenie uchwycił amerykański fotograf. Julien Bryan okrył się zasłużoną chwałą jako dokumentator zbrodni niemieckich. Po powrocie do USA jesienią 1939 r. spożytkował materiały, jakie zebrał podczas wojny obronnej Polski, aby ukazać światu okrucieństwo wojsk III Rzeszy. Wielkim echem na całym świecie odbił się jego reportaż fotograficzny w amerykańskim magazynie "Live",  a także jego film dokumentalny prezentujący oblężenie Warszawy, który trafił na ekrany kinowe w 1940 r. Jedno z najsłynniejszych zdjęć Juliena Bryana od początku było  wielkim i niezwykle sugestywnym aktem oskarżenia pod adresem niemieckiego lotnictwa. Bombardowania polskiej stolicy były bowiem bezprecedensową zbrodnią wojenną i największym zastosowaniem bomb i artylerii w dotychczasowej historii wojen. Podczas "czarnego poniedziałku" 25.09.1939 r. na Warszawę spadło kilkaset ton bomb. Zrzucano je od godziny 7:00 rano aż po zmrok. W całym mieście wybuchło wówczas blisko 200 pożarów, a próba wymienienia zniszczonych obiektów dziedzictwa kulturalnego trwałaby znacznie dłużej niż jeden odcinek "Rzeczy Historycznej".

 

Ludność cierpiała męki, a miasto nie miało się jak bronić. Bestialskie bombardowania przyczyniły się do przyspieszenia kapitulacji polskiej stolicy. Od samego początku II wojny światowej mit szlachetnego Luftwaffe miał się nijak do rzeczywistości. W jednym z wcześniejszych odcinków "Rzeczy Historycznej" opisaliśmy atak na Wieluń rozpoczynający niemiecką napaść na Polskę w godzinach porannych 1.09.39 r. Ale nie mniej potworną zbrodnią był późniejszy nalot niemieckiego lotnictwa na Frampol. Według znanych materiałów niemieckich pierwsze lotnicze zdjęcia Frampola zostały dokonane 9 września. Niemieckie dowództwo kierowane przez generała Wolframa von Richthofena zainteresowało się miastem z bardzo nietypowego powodu: wyjątkowy układ urbanistyczny miejscowości powodował, że z perspektywy niemieckich lotników mógł on stanowić tarczę strzelniczą. Regularność zabudowy pozwalała ocenić możliwości bombardowania precyzyjnego z użyciem nowych rodzajów bomb, zwłaszcza tak zwanych bomb termitowych o właściwościach zapalających. Naoczni świadkowie po stronie polskiej składali świadectwa potwierdzające takie podejście Niemców. Według nich niemieccy dywersanci mieli na rogach rynku rozkładać krzyże z białego płótna ułatwiające traktowanie miejscowości jako żywej tarczy. Przesada? No, może polskie wymysły. Zobaczmy, co na ten temat napisał niemiecki autor w dobre dwie dekady po zakończeniu II wojny światowej. "Frampol został wybrany jako eksperymentalny obiekt, ponieważ bombowce, latające przy małej prędkości, nie były zagrożone przez ogień przeciwlotniczy. Również centralnie położony ratusz był idealnym punktem orientacyjnym dla załogi. Popatrzyliśmy na możliwość zorientowania po widocznych oznakach, a także wielkości miejscowości, co zagwarantowało, że bomby spadają na Frampol.

 

Z jednej strony ułatwiło to próbę, z drugiej strony potwierdziło skuteczność stosowanych bomb". Efekty bombardowania są w różny sposób odnotowywane w literaturze. Podawane są liczby od 4 do ponad 100 bombowców, które miały zrzucać bomby na Frampol. Podobnie poważnie różnią się szacunki ofiar bombardowania od nieco ponad 10 do nawet kilkuset. Pewniejsze za to są straty materialne. Spłonąć miało od 60% do 90% wszystkich budynków w mieście. Taki był efekt zrzucenia ogromnej liczby bomb burzących i zapalających i potraktowania miasta zamieszkałego przez żywych ludzi jako tarczy strzelniczej dla niemieckiego Luftwaffe. Bombardowanie Warszawy, bombardowanie Wielunia i Frampola, bombardowanie oznakowanych szpitali, wszystkie stojące w dramatycznej sprzeczności z artykułami 25. i 27. Konwencji Haskiej z 1907 r. We wrześniu 1939 r.,  nie zważając na międzynarodowe prawo, Niemcy przeprowadzali zbrodnicze eksperymenty na polskich miastach. Wehrmacht, armia III Rzeszy, składała się poza jednostkami Luftwaffe, czyli lotnictwa, z jednostek Kriegsmarine, a zatem marynarki, oraz Heer, czyli sił lądowych. Również te ostatnie miały na sumieniu przestępstwa popełniane już od pierwszych dni wojny. Podajmy kilka wstrząsających przykładów. Wydarzenia z 2 i 3 września 1939 r. na Górnym Śląsku pomiędzy Rybnikiem a Wadzimem. Do niewoli dostała się grupa żołnierzy Wojska Polskiego z 12 Pułku Piechoty. Jeńcom zgotowano straszną śmierć od czołgowych gąsienic. 4 września 1939 r. w Opatowcu w powiecie pińczowskim. Niemcy rozstrzelali 45 polskich jeńców. Zbrodni dokonali żołnierze 2 Dywizji Lekkiej z XV niemieckiego korpusu w ramach 10 Armii. 5 września na polu pod Serockiem w powiecie świeckim, gdzie przygotowano nocleg dla kilku tysięcy polskich jeńców. Około północy, oświetliwszy nagle całe pole reflektorami, Niemcy rozpoczęli strzelaninę.

 

W jej efekcie zabitych zostało 66 polskich jeńców. 6.09.1939 r. na polach w pobliżu wsi Moryca. Niemcy rozstrzelali 19 wziętych do niewoli oficerów 76 Pułku Piechoty, a jeńców szeregowych z tej samej jednostki  spalili żywcem. 9.09.1939 r. w miejscowości Ciepielów. Zastrzelono grupę cywili. Nieco wcześniej tego samego dnia w tym samym rejonie zamordowanych zostało blisko  300 polskich jeńców z 74 Pułku Piechoty. Tego rodzaju przykłady można by mnożyć, wymienianie ich tutaj nie ma jednak służyć epatowaniu okrucieństwem albo żerowaniu na negatywnych emocjach. To wstrząsające wyliczenie pokazuje rzeczywistość pola walki we wrześniu 1939 r. Skala zbrodni oraz brak poszanowania dla reguł cywilizowanego prowadzenia wojny była szokująca. Zupełnie bezprecedensowa. Dlaczego Niemcy prowadzili wojnę w ten sposób? Pewne światło rzucają na to niemieckie dokumenty wojskowe przytaczane przez współczesnego niemieckiego historyka Jochena Böhlera w jego publikacjach. "Naród polski nigdy nie może być zdany tylko na siebie, lecz zawsze musi mieć nad sobą pana trzymającego w ryzach niskie instynkty". Tego rodzaju język i sposób myślenia są powszechnie spotykane w niemieckich dokumentach wojskowych z 1939 r. Pokazują one, w jak wielkim stopniu  żołnierze niemieccy we wrześniu byli przesiąknięci nazistowską propagandą pokazującą Polskę jako kraj niecywilizowany, a jego mieszkańców jako niegodnych ludzkiego traktowania. Żelazny Krzyż za zbrodnie wojenne. Dla niemieckiego żołnierza jednym z największych obiektów pożądania pozostawało wyjątkowe odznaczenie - Żelazny Krzyż, w społeczeństwie niemieckim powszechnie szanowany, utożsamiany z żołnierską odwagą i poświęceniem w wykonywaniu rozkazów.

 

 Adolf Hitler odnowił je po raz kolejny właśnie w 1939 r. z myślą o honorowaniu szczególnych zasług na polu walki. Początków tego odznaczenia trzeba jednak szukać w okresie wojen napoleońskich, gdy egalitarne odznaczenie, które za wspomniane właśnie szczególne zasługi mógł uzyskać każdy żołnierz niezależnie od tego, czy był arystokratą, mieszczaninem, czy może chłopem. Jednak szczególne zasługi nie jedno mają imię. Obok walk frontowych wziął udział w eksterminacji polskich elit, terroryzowaniu polskich cywili, w tym zwłaszcza polskich Żydów. Żołnierzom Wehrmachtu możemy też przypisać organizację pierwszych masakr. Między innymi za takie właśnie szczególne zasługi przyznawano Żelazny Krzyż w czasie II wojny światowej. Mieli nim zostać odznaczeni sprawcy zbrodni w Szczucinie, gdzie ofiarą żołnierzy Wehrmachtu padło 40 żołnierzy polskich, 30 cywili, a także 25 Żydów sprowadzonych do pogrzebania zwłok pomordowanych. Szczególną zasługą miała być w tym wypadku umiejętność błyskawicznego ukarania polskich jeńców za to, że jeden z nich zastrzelił przesłuchującego go niemieckiego oficera. Cała fala Żelaznych Krzyży dla zbrodniarzy  pojawiła się w 1940 r. Jednym z oznaczonych był choćby Ernst Damzog, dowódca Einsatzgruppe IV, odpowiedzialny za liczne zbrodnie na obszarze Pomorza i Wielkopolski. Ten oficer SS i Gestapo otrzymał Żelazny Krzyż drugiej klasy za nic innego, ale właśnie za szczególne zasługi.

 

 Dlaczego wspominamy o oficerze SS i policji, gdy mówimy o zbrodniach popełnionych przez Wehrmacht?  Cóż, wedle spójnego obrazu wyłaniającego się ze źródeł, współpraca pomiędzy Wehrmachtem a tzw. oddziałami specjalnymi stworzonymi do prowadzenia eksterminacji wrogów Rzeszy, przebiegała bez najmniejszych zakłóceń. Bez ścisłej współpracy ze strony żołnierzy niemieckich nie byłoby zbrodni popełnionych przez Gestapo i SS. Znamiennym przykładem była tu postać Eduarda Wagnera. Ten generał artylerii był zastępcą szefa niemieckiego Sztabu Generalnego Wojsk Lądowych. Na trzy dni przed wybuchem II wojny światowej sygnował on porozumienie regulujące zasady współpracy pomiędzy niemieckim wojskiem a niemieckimi formacjami policyjnymi w czasie wojny obronnej Polski. Jaki był cel tego porozumienia? Cóż, szło przede wszystkim o to, by jak najsprawniej prowadzić eksterminację polskich elit, czego dramatycznym przykładem było choćby ludobójstwo na polskiej inteligencji zamieszkałej na Pomorzu. Ale podobnie płynna współpraca pomiędzy Wehrmachtem a zbrodniczymi oddziałami Einsatzgruppen nie tylko dotyczyła Polski. Zbrodnicze doświadczenia, zebrane w czasie inwazji na nasz kraj, zaowocowały sprawną organizacją eksterminacji ludności żydowskiej oraz lokalnych elit na terenie Związku Sowieckiego w czasie operacji Barbarossa rozpoczętej 22.06.1941 r. Dwa miesiące przed wybuchem wojny niemiecko-sowieckiej w kwietniu 1941 r., ten sam generał Eduard Wagner wraz z szefem Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy Reinhardem Heydrichem ustalili zasady współpracy Wehrmachtu  z Einsatzgruppe. W niemieckich raportach z pierwszych miesięcy walk na froncie wschodnim znajdziemy liczne ślady wyjątkowo sprawnej współpracy wojskowych i policjantów w jednym wielkim zbrodniczym dziele.

 

Dowódcy jednostek masowo nagradzali  uczestniczących w mordach na okupowanych terenach w Europie Środkowo-Wschodniej. W czasie II wojny światowej Krzyż Żelazny drugiej klasy nadało około dwóm milionom osób. Jak wiele z nich za szczególne zasługi w skutecznym popełnianiu zbrodni? Tego nie sposób dziś precyzyjnie ustalić. Nic zatem dziwnego, że niemiecki historyk Dieter Pohl jasno stwierdził, że II wojna światowa i Holokaust nie pozostawiły nic z mitu Żelaznego Krzyża. Zbrodnia bez kary. W jednym z poprzednich odcinków "Rzeczy Historycznej" mówiliśmy o największych niemieckich zbrodniarzach z czasów II wojny światowej, którzy w tajemniczych okolicznościach  rozpłynęli się w powietrzu albo znaleźli azyl w Ameryce, a kiedy indziej wcale nieszczególnie się ukrywali, obejmując posady we władzach landów Niemiec Zachodnich. A co ze zbrodniami popełnionymi przez  niemieckich dowódców wojskowych? Czy zresztą przypisywanie wojskowym  odpowiedzialności za zbrodnie w ogóle jest uzasadnione? Może po prostu wykonywali rozkazy, a odpowiedzialność spada jedynie na administracyjne władze III Rzeszy Niemieckiej? Ten argument możemy obalić od razu na polskim przykładzie. Zbrodniczym aktem była już sama wrześniowa napaść Niemiec na Polskę. Metodycznie i w pełni świadomie przygotowywana agresja obciąża konto nie tylko niemieckich polityków, lecz i wojskowych. Wspomnijmy choćby o złamaniu paktu Brianda-Kelloga podpisanego przez Niemcy w sierpniu 1928 r., a wykluczającego wojnę jako środek realizacji celów politycznych. Była to zatem ewidentna zbrodnia przeciwko pokojowi. Do 26.10.1939 r., a zatem do chwili oficjalnego utworzenia Generalnego Gubernatorstwa, stanowiącego strukturę okupacyjnej władzy niemieckiej, najwyższą władzę na terenie podbitym  sprawowało wojsko niemieckie.

 

Oznacza to, że  ponosi pełną odpowiedzialność za działanie instytucji  i formacji III Rzeszy na tym terytorium. Według szacunków historyków od 1 września do 25 października 1939 r. na zajętych przez Niemców terenach Polski  według niepełnych danych dokonano ponad 700 masowych mordów, którego ofiarą padło ponad 15 tys. osób. Może zatem niemieckie władze wojskowe były źle poinformowane? Może po prostu nie zdawano sobie sprawy z tego, jak wielka jest skala niemieckiego zaangażowania  w zbrodnie wojenne? Oczywiście, tak nie było. Podczas wojny obronnej niemieckie dowództwo było świetnie poinformowane  o przestępstwach  popełnionych przez swoich żołnierzy. Tylko bardzo nieliczni wyżsi oficerowie Wehrmachtu próbowali jakkolwiek zapobiegać albo próbowali ukrócić te zbrodnie. Kilkukrotnie sądy wojskowe ukarały winnych wykroczeń przeciwko ludności cywilnej  i jeńcom wojennym. Formalne postępowania sądowe objęły jednak  tylko ułamek liczby sprawców. Kary były zresztą zupełnie niewspółmierne  do popełnionych czynów. Hitlerowi oraz jego dowódcom w żadnej mierze nie chodziło o to, by temperować okrucieństwo żołnierzy. Zresztą stosunek Niemców do Polaków był świadomie kształtowany przez dowódców. Podsycali oni panujące w Niemczech uprzedzenia  o podstępnym charakterze Polaków. Żołnierze Wehrmachtu zostali zaopatrzeni  w specjalne instrukcje, w których można było przeczytać: "Polak jest despotyczny  i bezwzględny wobec innych. Okrucieństwo, brutalność, podstęp i kłamstwo są środkami walki, jakie zastępują mu  w podnieceniu spokojne użycie siły. Zgodnie z podstępnym słowiańskim charakterem Polak będzie próbował przeszkadzać wrogowi aktami sabotażu". Towarzyszyła temu wszechobecna w Wehrmachcie  tendencja do tuszowania zbrodni  popełnianych przez niemieckich żołnierzy. Za ukoronowanie tego procesu można uznać ogłoszenie 4.10.1939 r. przez Adolfa Hitlera amnestii dla wszystkich żołnierzy winnych zabójstwa osób cywilnych w Polsce. Jak uzasadniał to wódz III Rzeszy i przywódca zbrodniczego reżimu w jednej osobie, sprawcy zabójstw mieli działać w afekcie w związku ze zbrodniami popełnionymi przez Polaków na mniejszości niemieckiej. A zatem bezprecedensowa skala zbrodni, nie tylko spontanicznych, ale często przeprowadzanych na chłodno, została przez Hitlera wytłumaczona  brutalnością Polaków.

 

Było to absolutne przewrotne łgarstwo. W ten sposób Hitler nie tylko rozgrzeszył niemieckie zbrodnie wojenne, ale także wskazał pożądany sposób postępowania  w okresie okupacji. Po pokonaniu Polski Niemcy byli w euforii, nie chcieli zajmować się roztrząsaniem nieprawości popełnionych w czasie kampanii wrześniowej,  która przecież od samego początku  nosiła cechy ideologicznej wojny rasowej. Co gorsza, wydaje się, że alianckie trybunały zastosowały się do amnestii dla wszystkich żołnierzy winnych zabójstwa osób cywilnych w Polsce ogłoszonej przez Hitlera 4 października. Większość Niemców odpowiedzialnych za mordowanie ludności polskiej nigdy nie została osądzona. Według Andrew Nagorskiego, autora książki "Łowcy nazistów", "Po procesach alianckich niemieckie sądy zaczęły traktować przewinienia oskarżonych jak pojedyncze morderstwa. To było niezwykle trudne do udokumentowania. To dlatego było tak mało spraw i tak nieliczni zapłacili cenę za to, co robili w trakcie wojny. Ilość tych, którzy zostali osądzeni, skazani na karę śmierci lub uwięzieni za swoje czyny, to niewielki procent w stosunku do skali zjawiska". Kilka tysięcy śledztw wszczętych w Polsce i przekazanych władzom niemieckim z wnioskiem o ich kontynuowanie nie zostało przez niemieckie prokuratury  formalnie zakończonych. W znacznej części wypadków prokuratury niemieckie  umarzały postępowania przekazane przez władze polskie z powodu niewykrycia sprawców zbrodni nazistowskich, lub też z powodu niemożności ustalenia miejsca ich pobytu albo też z powodu ich śmierci. Ale szokujące może być też co innego. Pewna część postanowień niemieckich prokuratur jako przyczynę umorzenia wskazuje odmienne oceny prawne od tych przyjętych przez polskich prokuratorów. Czego dotyczy to w szczególności? Otóż zbrodni popełnionych przez niemieckich wojskowych we wrześniu i październiku 1939 r. w Polsce na ludności cywilnej. W zdumiewająco wielu wypadkach prokuratorzy niemieccy przyjęli bowiem, że nie stanowiły one zbrodni wojennych, lecz mieściły się w dozwolonym przez Konwencję Haską z 1907 r. zwalczaniu partyzantki. [Muzyka] 

Dane o obiekcie

Opis

II wojna światowa ma swoje najważniejsze symbole: bombę atomową, lądowanie w Normandii, czerwony sztandar nad Reichstagiem. Wydarzenia ważne z polskiego punktu widzenia na tym tle zdają się być nieco zapomniane. Zwłaszcza gdy mowa o tych, które miały miejsce niedługo po zaatakowaniu Polski przez III Rzeszę. Przez długi czas po II wojnie światowej panował mit Wehrmachtu, który walczył szlachetnie. Żołnierz w barwach feldgrau miał nie być odpowiedzialny za zbrodnie wojenne. W dzisiejszym odcinku "Rzeczy Historycznej" zmierzymy się z tym mitem. Przypomnimy o wydarzeniach, które rzucają światło na faktyczne funkcjonowanie niemieckiej armii w początkach globalnego konfliktu. Na czym polegała specyfika miasta Frampol i dlaczego niemieckie lotnictwo wybrało je sobie do przeprowadzenia morderczego eksperymentu? Co wydarzyło się 9 września 1939 roku w Ciepielowie? Czym był Żelazny Krzyż i dlaczego po wojnie noszenie go bywało powodem do wstydu? Wreszcie, dlaczego Polacy winni są wdzięczność amerykańskiemu fotografowi Julienowi Bryanowi? 

Rozdziały:

00:00 Zbrodnie Wehrmachtu

01:08 Wrzesień. Poligon zbrodni

09:20 Żelazny Krzyż za zbrodnie wojenne

13:42 Zbrodnia bez kary

Powiązane Materiały