Zajął Moskwę, pojmał cara. Hetman Stefan Żółkiewski
09/12/2024
Klasyfikacja praw autorskich
Transkrypcja
Wielu w historii mieliśmy wybitnych hetmanów, ale gdyby trzeba było to słowo połączyć z nazwiskiem, pewnie pierwszym skojarzeniem byłby Żółkiewski. Hetman Żółkiewski. Dziś on, Stanisław Żółkiewski będzie bohaterem kolejnego podcastu Muzeum Historii Polski. „1000 lat. Prześwietlenie”. Ja się nazywam Łukasz Starowieyski i zapraszam do wspólnej podróży szlakiem życia Hetmana. Czy rzeczywiście jest godny pomnika, jaki mu postawili potomni? Polskiego Katona i męczennika, który całe życie poświęcił ojczyźnie i za nią bohatersko poległ? Jak doprowadził do tego, że bojarzy wybrali królewicza Władysława Wazę na cara? Jak zdołał zająć Moskwę i dlaczego nie udało się w niej osadzić syna polskiego władcy? Powiemy też o fenomenie polskiego dowódcy i polskiej sztuki wojennej, o czasach przełomu końca dynastii Jagiellonów i początku Polski elekcyjnej. A także o patriotyzmie i wymarzonej, męczeńskiej śmierci na polu bitwy. Będzie też o tym, jak Żółkiewski w kobiecym przebraniu okazał królowi swe rozkoszy.
Część pierwsza. Cudowne znaki i czas przełomu.
Znaki i cudowne zdarzenia. To one zwykle towarzyszą wielkim bohaterom i wodzom w chwili narodzin lub w dzieciństwie. Z przyszłym hetmanem nie mogło być inaczej.
„Przy tej okazji zda się i to przypomnieć, czego w historiach rzymskich i innych pełno. Gdy Stanisław Żółkiewski był jeszcze dzieciną u piersi swojej mamki w jednym natenczas folwarku zwanym Turynką, o milę od Żółkwi odeszła mamka dziecinę na trawie, w sadzie, na srogim upale słonecznym, do którego, gdy powróciła z innymi na to patrzącymi zastała ptaka jakiegoś wieszającego się na dziecięciem i niby skrzydłami swymi zasłaniającego”.
Pisał nie byle kto, bo prawnuk hetmana, przyszły król Jan III Sobieski. Innym razem znów mały Staś pozostawiony samopas, o mało nie wpadł w ręce Tatarów, których zagon ogarnął wieś. W ostatniej chwili z łąki zabrał go jeden ze służących i uciekł do lasu. Dorosły już Stanisław opowiadał z kolei historię o przepowiedni. Gdy był młodzieńcem w pewnej wsi zatrzymała go staruszka. Przypatrzyła mu się uważnie, a później przepowiedziała mu wspaniałą przyszłość, zakończoną chwalebną śmiercią na polu chwały. Zapamiętał dobrze tę przepowiednię przyszły hetman. Można powiedzieć, że stała się samospełniającym proroctwem. Nim jednak na koniec naszej opowieści dotrzemy do Cecory i brzegów rzeki Prut, by ze starym wojakiem ostatni raz rzucić się na wroga wróćmy do pierwszych lat naszego bohatera, o których nawiasem mówiąc, wiemy zaskakująco niewiele. Na pewno, że gdy się urodził, jego rodzina należała ledwie do średniej szlachty. Był rok 1547. W Rzeczpospolitej panował jeszcze Zygmunt Stary, który dzielił władzę z synem Zygmuntem Augustem. Ten drugi miał 27 lat i raczej nikt nie myślał wtedy, że jedno z najpotężniejszych królestw owych czasów niebawem znajdzie się na ostrym dziejowym zakręcie. A jednak nadchodził czas przełomowy. Zresztą nie tylko dla państwa. To była jedna z tych chwil, gdy diabelski młyn historii zaczyna się obracać niezwykle szybko, a kto wskoczy nań w odpowiednim momencie, tego może wynieść bardzo wysoko. W kolejce do karuzeli czekało wielu. Ale ojciec małego Stasia, też Stanisław, wiedział, jak na nią wsiąść. Rodzina Żółkiewskich, należąc do średniej szlachty, piastowała czasem lokalne urzędy w powiecie bełskim. Stanisław senior miał zapewne początkowo trzy wsie, zresztą wspólnie z bratem lub braćmi. Z czasem zdecydowanie poszerzył swoje włości. Jerzy Besala w biografii hetmana pisał o jego ojcu. „Jego fortuna sięga u schyłku życia 30 wsi i miasteczek. W ciągu swego doczesnego bytowania średni szlachcic stał się nie najbogatszym wprawdzie, ale już magnatem”. Stanisław senior piastuje też potężny urząd wojewody ruskiego i zasiada w Senacie. Stanisław junior dorastał zapewne na wsi, kształcił się w domu i poza chwilami, gdy zapominała o nim opiekunka, miał dobre dzieciństwo. O rodzicach wypowiadał się po latach bardzo ciepło. „W wielkiej miał ja uczciwości i poszanowaniu rodzice swoje”. Ponoć uwielbiał czytać, a jego ulubionymi autorami byli Cyceron, Horacy i Cezar. Mając świetną pamięć; „W wieku późniejszym wzorowych pisarzów łacińskich wyjątki długie na pamięć mówił, jak gdyby je czytał”. Często denerwował też innych, poprawiając wypowiadane przez nich bon moty. Gdy podrósł, uczył się w szkole katedralnej we Lwowie. Nie został wysłany na studia zagraniczne. Być może ojciec wówczas jeszcze nie zbudował wystarczająco wielkiego majątku, a może skłoniła go do tego oszczędność. Zapewne spowolnił mu tym samym karierę. Jego kuzyn Jan Zamoyski, wcale nie zamożniejszy, swego syna, Jana juniora, wysłał na studia najpierw do Paryża, a potem do Padwy, co stało się swoistą trampoliną dla przyszłego najpotężniejszego magnata Polski. Przyszły hetman za to pilnie uczył się języków: francuskiego, włoskiego i niemieckiego. Oczywiście znał urzędowy język Rzeczypospolitej, czyli łacinę, a także nieźle ruski. Jan Zamoyski. To nazwisko już padło. Tej postaci w naszej opowieści nie sposób pominąć. Był w owych czasach postacią równie ważną jak polscy królowie. Dla rodziny Żółkiewskich i ich fortuny nawet ważniejszą. I nie była to li tylko kwestia rodzinnych koligacji. Dziś już nie jesteśmy w stanie określić stopnia owego pokrewieństwa. Wówczas jednak nikt się go nie wypierał. „Obchodzi się ze mną nie jak krewny. Wziął go do siebie na więzienie, a potem upuścił”, narzekał kanclerz. To jedna z nielicznych chwil, gdy między kuzynami doszło do tarcia. O kogo ta zwada? Trwa właśnie oblężenie Pskowa. Pod nieobecność Stefana Batorego dowodzi nim kanclerz i hetman koronny Zamoyski. Żółkiewski jak zwykle jest blisko swego rodzinnego pryncypała. Tym razem ma przetrzymać szlachcica skazanego za burdy na śmierć. Ten jednak w niewyjaśnionych okolicznościach ucieka. Zamoyski jest wściekły. Żółkiewski popada w niełaskę, ale na krótko. „Posyłam ku waszmościom pana Żółkiewskiego, któremu proszę, raczcie waszmościowie, dać zupełną wiarę we wszystkim”. Pisze Zamoyski do posłów, którzy w Jamie Zapolskim właśnie dogadują rozejm z Księstwem Moskiewskim. Żółkiewski jest wówczas, jeśli nie najbliższym, to jednym z najbardziej zaufanych współpracowników kanclerza. Zamoyski zaś jest wówczas drugą osobą w państwie, tuż po królu Stefanie Batorym. Swoją pozycję, a później stronnictwo zaczyna budować Zamoyski już za czasów Zygmunta Augusta. Z Włoch wraca nie tylko z doktoratem i referencjami. Dzięki wyjazdowi dołączył do elitarnego grona Padewczyków, co zapewniło mu protekcję innego członka tej nieformalnej grupy, potężnego podkanclerzego Piotra Myszkowskiego. Zamoyski dzięki temu otrzymuje stanowisko sekretarza królewskiego ostatniego z Jagiellonów. Ma Żółkiewski 19 lat, gdy trafia do Krakowa i pod skrzydła ledwie 5 lat starszego Zamoyskiego. Zapewne drogę do kariery otwiera mu ojciec, który też blisko współpracuje z przyszłym kanclerzem. Trudno było znaleźć lepszego mentora, tym bardziej, że śmierć ostatniego Jagiellona to też nowe otwarcie. Otwierają się wrota do wielkich karier. Zamoyski nie zmarnował okazji, a tuż za jego plecami przez owe drzwi przycisnęli się obaj Żółkiewscy. Pozostawmy na chwilę przemierzających wawelskie korytarze Zamoyskiego i Żółkiewskich. Czas przyjrzeć się krajowi w chwili przełomu. Zygmunt August umarł w 1572 roku, zostawiając kraj spojony nową Unią, Unią Lubelską, i przekształcony w Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Za to bez następcy. Ostatni Jagiellonów nie tylko nie miał potomka, ale też nie uporządkował sprawy przekazania korony. Potężny i rozległy kraj, liczący około miliona kilometrów kwadratowych, nie mógł długo pozostać bez władcy. Pytanie skąd go wziąć? I jak go wybrać? Ostatni raz Polska w takim położeniu była niemal 200 lat wcześniej. Wówczas to wąska grupa możnych z Małopolski przeprowadziła plan niezwykły i wybrała i osadziła na tronie protoplastę dynastii Jagiellonów Władysława Jagiełły. Jednocześnie zawiązując unię polsko-litewską. Wtedy jednak Polska liczyła zaledwie 240 tysięcy kilometrów kwadratowych, a Małopolanie musieli przekonać do swojego planu praktycznie tylko możnych z Wielkopolski. Teraz połączone państwo było europejskim mocarstwem, a głos i polityczne ambicje mieli również obywatele Mazowsza, Pomorza, a przede wszystkim Litwy i Rusi. Oś podziału przebiegała też według cezusu majątkowego. Dawna arystokracja, magnateria, miała dużą konkurencję w licznej i zamożnej średniej szlachcie. To z niej wywodzili się i Zamoyski, i Żółkiewscy. I to Zamoyski, świetny mówca, wyrósł na przywódcę tej grupy. To w dużej mierze on w czasie elekcji jest architektem klęski Habsburgów i zwycięstwa Francuza Henryka Walezego. Żółkiewscy stoją tuż za plecami Zamoyskiego, organizują poparcie wśród szlachty ruskiej. Ich rola w stronnictwie musi być poważna, skoro Stanisław junior znajduje się w orszaku, który został wysłany po Francuza do Paryża. Pierwszy raz przyszły hetman wychyla się z Polski, z Francji, jedzie też do Wiednia. Czasu nie marnuje. W Austrii dokładnie przygląda się rozwiązaniom wojskowym, podziwia fortyfikacje i umiejętności inżynieryjne, ale też organizacje armii. Wybór Walezego okazał się nietrafiony. Henryk nie zdążył się dobrze na Wawelu urządzić, a już na wieść o śmierci brata króla Francji potajemnie zbiegł, by zająć jego miejsce. W porzuconym przez niego kraju zapanował chaos, spotęgowany najazdem Tatarów. Trzeba było wybrać nowego władcę, bo Walezy mimo próśb i gróźb ani myśli ruszyć się z Paryża. To była skomplikowana gra. Nie miejsce tu, by o niej pisać. Tych, którzy chcieliby ją poznać ze szczegółami, odsyłam do innego mojego podcastu: Batory jedyny, który tak Moskala bił. Podcast dostępny jest na kanale Muzeum Historii Polski na YouTube. Zamoyski podczas drugiej elekcji nie ma najlepszej pozycji, w końcu wcześniej postawił na Francuza. A jednak przy wydatnej pomocy Żółkiewskich, którzy znów zapewniają poparcie Rusi to on ostatecznie rozdaje karty. Z jego inicjatywy szlachta wybiera na króla najpierw siostrę Zygmunta Augusta Annę Jagiellonkę, a później na małżonka dodaje jej księcia Siedmiogrodu - Stefana Batorego. Tym razem to strzał w dziesiątkę. Węgier wymieniany jest wśród najwybitniejszych polskich władców. Początki były jednak trudne. Nie wszyscy uznali władzę Batorego. Nowy król musi o władzę walczyć. Przeciw buntującemu się Gdańskowi wysyła armię. To chwila, gdy Żółkiewski zdobywa pierwsze żołnierskie szlify. 30 latek dowodzi husarską rotą wystawioną przez Zamoyskiego. Chrzest bojowy przechodzi w bitwie nad Jeziorem Lubieszewskim. W czasie starcia pada pod nim koń, ale sam młody rycerz się wyróżnia. Wojska koronne zadają klęskę znacznie silniejszej armii zaciężnej, potężnego nadbałtyckiego miasta. Nie tylko w boju Żółkiewski wykazuje się dużymi umiejętnościami. Tych dworskich też mu nie zbywa. „Zamoyski bowiem, odkrywszy w młodzieńcu niepospolite zdolności i charakter, zwykle go używał w tajemnych poselstwa do króla”. Stanisław junior staje się na tyle zaufaną osobą, że wchodzi w buty Zamoyskiego. Podobnie jak on zostaje sekretarzem królewskim. Nie może też zabraknąć Żółkiewskiego podczas największych wypraw Batorego. Trzech odsłonach wojny z Rosją o Inflanty. W olbrzymiej armii znajduje się zarówno Stanisław senior, jak i jego synowie: Stanisław junior i Mikołaj. Młodzież dowodzi rotę husarską i spisuje się chwalebnie. Najbardziej odznacza się w bitwie nad rzeką Tołpą. Tam pogonią dowodzą Żółkiewski z Markiem Sobieskim, czyli pradziad po kądzieli i dziadek po mieczu przyszłego króla Jana III. W czasie trzeciej wyprawy Żółkiewski być może po raz pierwszy jest o krok od śmierci. Na przełomie grudnia i stycznia 1582 roku Zamoyski prowadząc w imieniu króla oblężenie Pskowa, zgodził się na krótkie zawieszenie broni celem pogrzebania poległych. Żółkiewski z kilkoma towarzyszami podjechał pod mury, by doglądać spraw. „Jakiś zbieg poznał Żółkiewskiego i powiedział Moskwie, że to bliski krewny Zamoyskiego i wielu tajemnych narad świadom. Przeciągają rozmowę, a tymczasem ustawiają po cichu na murze kilka hakownic i około 500 strzelców. Dają ognia wszyscy razem. Żółkiewski i jego towarzysze zawrócili konie i uciekli. Z murów posłano za nimi kule z rusznic naprzód, a potem w miarę odległości z hakownic. Mimo to wrócili cało do obozu i dziwiono się powszechnie, że się im wśród takiego gradu kul nic nie stało”, pisał sekretarz Zamoyskiego w pamiętnikach wojny moskiewskiej. Wojna kończy się podpisami w Jamie Zapolskim. Dziesięcioletni rozejm oddaje Rzeczpospolitej Inflanty. Żółkiewski, jak pamiętamy, jest wówczas łącznikiem między kanclerzem i polskimi negocjatorami. „Młodzieniec niepospolitych zdolności”, jak pisze o Żółkiewskim oficjalny kronikarz wyprawy, rusza w imieniu Rzeczpospolitej przejąć od Rosjan Dorpat, jedno z najważniejszych miast Inflant. Nie tylko jednak husarskie piórka przywdziewa w tych czasach Żółkiewski. Jak to możliwe, że przyszły zwycięzca Moskwy i męczennik spod Cecory publicznie wystąpił w kobiecych szatach i do tego okazał swe rozkoszy królowi? O tym za chwilę.
Część druga. Diana. Katowski miecz i zamach.
Takie wydarzenia pamięta się latami. Kraków żył nimi przez tydzień. Nic dziwnego, bo był to prawdziwie królewski ślub, choć akurat nie król się żenił. Za to jego siostrzenica Gryzelda. Stefan Batory, wydał ją za drugiego po królu - Jana Zamoyskiego. Były gonitwy rycerskie, przedstawienie oraz korowód wyreżyserowany przez samego Zamoyskiego, a nawiązujący do wjazdów tryumfalnych w starożytnym Rzymie. Wśród przebranych za bogów i herosów wielmoży nie mogło zabraknąć Żółkiewskiego. I pewnie niewielu by o nim wspomniało, gdyby nie to, że wystąpił w przebraniu kobiecym. Tak, tak, kobiecym. „Żółkiewski, wojewodzic bełski, wywiódł Dianę myśliwą, pięknie ubraną. Miała sześć panien i sześć myśliwców w szatach zielonych. Złote włosy po sobie rozpuściły głowy osobliwie ubrane. Zaraz Diana, okazawszy rozkoszy swe królowi wsiadała na koń, a jechała w drogę”, zanotowano. Żółkiewski, choć już 36 letni, ponoć spokojnie mógł nadal roztaczać swój urok i wdzięk, bo tak należy interpretować owe rozkosze. Współcześni twierdzili, że odznaczał się kobiecą budową, piękną białą cerą i wielką urodą. Czas zrzucić jednak ozdobne szatki. Rzeczpospolita stała się sceną innego spektaklu. Spektaklu, który wstrząsnął posadami całego państwa. W tym przedstawieniu Żółkiewski odegrał ponurą rolę. W kraju narastał konflikt. Prawdziwa wojna na górze, która cieniem położy się zarówno na ostatnich latach panowania Batorego, jak i na Zamoyskim, a Żółkiewskiemu będzie się długo odbijała czkawką. Zapewne do tej rozprawy musiało dojść. Naprzeciw siebie stanęli Zamoyski oraz potężny ród Zborowskich. To po części starcie nowych i starych elit. Charakterystyczne dla czasów przełomu. Ofiarą, dodajmy, że bynajmniej nie niewinną, padł Samuel Zborowski. Postać z gruntu szemrana, awanturnik i banita, ale też ten, który zapewne osobiście namówił Batorego na udział w elekcji, a jego wybór wsparła cała rodzina. Jeśli liczyli Samuel i jego bracia na specjalne traktowanie, to się srogo przeliczyli. Batory blisko współpracuje ledwie z jednym członkiem rodu Janem, ponoć najrozsądniejszym. To on prowadzi armię na Gdańsk. Samuela król nawet nie ułaskawi, choć na jego obecność w kraju przymyka oko. Banita bierze nawet udział w wyprawach moskiewskich, ale topór cały czas nad nim wisiał i posłużył w brutalnej rozgrywce. Urażony w ambicjach ród Zborowskich, wichrzy przeciw władcy. Samuel, pewny bezkarności prowadzi wyprawy Kozaków przeciw Turcji, psując stosunki Rzeczpospolitej z tym państwem. Inni bracia buntują szlachtę oraz możnych i tak niechętnie patrzących na wzmocnienie władzy królewskiej. Krążą plotki, że familia planuje nawet zgładzenie monarchy. Raczej nieprawdziwe, tym bardziej, że rozpowszechniane przez stronników kanclerza. Nie pomagają rozmowy czy negocjacje. Obie strony prą do konfrontacji. Zamoyski, zapewne w porozumieniu z Batorym, decyduje się więc na bezwzględne rozwiązanie. Korzystając z uprawnień starosty krakowskiego wydaje rozkaz aresztowania Samuela, który przybył właśnie do Małopolski. Przyszły hetman jest wykonawcą rozkazu kanclerza. „Wtem Żółkiewski tylnymi drzwiami, które do komory wyrąbał, skoczył ze swoimi siepaczami i trafił tam, gdzie były dziewczęta i białogłowy, a drugimi drzwiami wyrąbawszy skoczył Uhrowiecki. To usłyszawszy pan Samuel Zborowski z sieńki do komory był niefortunnie wyszedł i pytał: «Czego chcecie?» «Ciebie do pana mego kanclerza. A z nikim nie mów, bo będziesz zabit». I tak go w koszuli tylko wywieźli”. Czytamy w wydanej przez stronników Zborowskich, tak zwanej prawdziwej relacji. Samuel zostaje ścięty 26 maja 1584 roku. Chybił w swoich zamierzeniach kanclerz. Zamiast złamać opozycję, tylko podsyca ogień i traci poparcie dużej części szlachty. Żółkiewski murem stoi za pryncypałem, chwyta nawet za szablę, chce się pojedynkować. Jego postawa przynosi mu przydomek kancelarianus acerrimus, zacięty kanclerczyk. Wierność przynosi też jednak Żółkiewskiemu konkretne profity. Stanisław senior już w 1580 roku zostaje kasztelanem halickim. Od tego czasu ma swoje krzesło w Senacie. Rodzina ze szlacheckiej staje się magnacką. Nadal jednak w dużej mierze zależną od Zamoyskiego. Przyszły hetman lojalnie staje u boku kanclerza podczas kolejnej wielkiej próby. W 1586 roku umiera Batory i Rzeczpospolita znów musi wybierać władcę. Sejm jest areną wielkiej awantury. Padają żądania rozliczenia Zamoyskiego. Zabrania mu godności hetmana. W jego obronie staje oczywiście Żółkiewski, za co spotykają go pogróżki. Dochodzi nawet do próby zamachu na jego życie. Gdy opuszcza Zamek Królewski, ktoś rzuca w niego czekanem. Minimalnie chybia. „A na mnież to?”, miał spytać Żółkiewski. „Na ciebie skur**synu”, padła odpowiedź. Żółkiewski trzyma nerwy na wodzy. Odjeżdża, nie wszczynając burdy. Jej skutki mogłyby być opłakane. Różnice rywalizujących stronnictw były naładowane, a oddziały prywatne różnych magnatów stały w okolicach Warszawy. Starcie zbrojne w związku z elekcją nowego władcy jednak wybucha. Nie na polu elekcyjnym jednak, choć obie strony przyprowadzają swoje oddziały. Dochodzi do podwójnej elekcji. Najpierw, 19 sierpnia wybrany zostaje kandydat wspierany przez Zamoyskiego, Zygmunt Waza. Dwa dni później Maksymilian Habsburg, popierany przez Zborowskich. Ten drugi siłą postanowił upomnieć się o swoje. Wkroczył z armią do Polski, oblegał nawet Kraków. Ostatecznie pokonany przez Zamoyskiego na Śląsku pod Byczyną dostał się do niewoli. Na tronie zasiadł Zygmunt III. Niemal od pierwszego wejrzenia nie polubili się Waza z Zamoyskim, ale za zapewnienie tronu król zrewanżował się nadaniami. Żółkiewski być może skorzystał na tym najbardziej, ale i miał zasługi. W decydującej chwili bitwy z arcyksięciem, przełamał siły przeciwnika, a nawet zdobył chorągiew niemiecką z czarnym dwugłowym herbem Habsburgów, przypłacając to ciężką raną postrzałową trafiony w udo. Kanclerz twardo walczył o swojego kuzyna. „Nie psiać wżdy krew tego nieboraka Żółkiewskiego, której tak wiele wylał”. Rana spowodowała, że Żółkiewski do końca życia kulał. Za to kulał jako hetman. 7 listopada 1588 roku otrzymuje buławę hetmana koronnego polnego. Niedługo później otrzymuje też trzy starostwa, a także kasztelanie lwowską, co daje mu miejsce w Senacie.
Część trzecia. Hetman. Od Mołdawii po Inflanty.
Jednym z dwóch najważniejszych dowódców w polskim wojsku zostaje człowiek, który dotąd dowodził ledwie niewielkimi oddziałami husarii czy kozaków. Nie spełnia więc praktycznie żadnych kryteriów, by kierować większą armią. A jednak nie zawodzi intuicja Zamoyskiego, naczelnego wodza koronnej armii. Właśnie doprowadza do awansu człowieka, który wejdzie do panteonu najwybitniejszych dowódców w całej naszej historii. Obowiązkiem hetmana polnego jest dbanie o granice południowo-wschodnie, a to ziemia niespokojna. Nim jednak ze świeżo upieczonym hetmanem ruszymy na wschód, pozwólmy mu się ustatkować. Żółkiewski ma już 42 lata. Za sobą kilkanaście lat służby dworskiej i poselskiej oraz ciężką ranę. Nie założył za to rodziny. Co wpływa na zmianę? Zwrot w karierze? Rana? A może śmierć ojca? Stanisław senior nie doczekał wielkiego awansu syna. Umarł kilka miesięcy przed tą hetmańską nominacją. Wybranką Stanisława juniora jest 23-letnia Regina Herburt. Wybór zaskakujący. Jeszcze kilka lat temu Żółkiewski chciał się pojedynkować z jej stryjem. Do tego rodzina panny młodej nie jest zamożna, za to podobnie jak Żółkiewscy, spokrewniona z Zamoyskimi. Co kierowało Stanisławem? Jego biografowie są zgodni, choć zostawiają mały znak zapytania. Zapewne miłość. Małżeństwo jest zresztą wyjątkowo udane. To bezsporny fakt wyzierający z zachowanej korespondencji. „W jakiej zgodzie i w jakiej miłości żyliśmy ze sobą”. Pisze Hetman w testamencie. Małżeństwu rodzą się dwie córki i jeden syn. Żona praktycznie przejmuje zarządzanie całym wielkim już majątkiem. Nie ma wyjścia. Męża permanentnie nie ma w domu. Cecora. Ta miejscowość na wieki połączy się z nazwiskiem hetmana. Nie teraz jeszcze. Dopiero za ćwierć wieku. Zamoyski snuje wielkie i mocarstwowe plany. Już pod koniec życia Batorego wraz z królem chciał wojny z Turcją. Stara się też ograniczyć wpływy Habsburgów oraz na stałe rozwiązać kwestię księstw naddunajskich, Mołdawii i Wołoszczyzny. Na wojnę z Turcją wojska nie zebrał, choć Sejm przegłosował stworzenie stutysięcznej armii. Za to udało mu się zmontować wyprawę do Mołdawii. Ze znacznie skromniejszym jednak siłami. Ledwie około 7000 żołnierzy. Na czele wyprawy stanął sam kanclerz. Żółkiewski znalazł się u jego boku. To pierwsza tak poważna wyprawa hetmana. Tak, tak. Pierwsza. A ma już 47 lat. Kilka wcześniejszych lat sprawowania funkcji Żółkiewski spędził głównie na pograniczu, starając się przeciwdziałać łupieżczym najazdem Tatarów. Nie było to w pełni samodzielne dowództwo. Żółkiewski niemal o wszystko pytał Zamoyskiego, nieraz słał nawet dwa listy dziennie. „Co wasza miłość dalej każesz czynić? Proszę o naukę. Moje głupie zdanie jest”, pisał jednego dnia. Innego zaś: „Oczekiwałem w tej mierze od waszmości nauki, po którą pisał, lecz iż w tym czasie przyniesiono mi takowe wieści, potrzeba sama kazała mi te ludzie do kupy sprowadzić”, donosił, ale w boju praktycznie się nie sprawdził. Na początku urzędowania stoczył małą bitwę z Tatarami. W czasie kolejnego najazdu nie udało mu się dogonić Ordy. Naprawdę wielkie zwycięstwo nad Tatarami odniósł raz. W 1606 roku pod Udyczem, gdzie rozbił dziesięciotysięczną armię najeźdźców. Wyprawa z 1595 roku to nie było tylko uganianie się za lotnymi czambułami. Zamoyski miał apetyt, by włączyć Mołdawię do Rzeczpospolitej, a nie tylko wprowadzić na jej tron lennika. To oznaczało otwarte starcie z Turcją, a być może także mniej otwarty konflikt z Habsburgami. Wyprawa w trzech kolumnach ruszyła w kierunku Jassy, stolicy Mołdawii. Po zajęciu bez walki miasta i osadzeniu na tronie Jeremiasza Mohyły, polska armia przesunęła się pod Cecorę. Tam Zamoyski w zakolu Prutu na wieść o nadciąganiu armii tureckiej zbudował obóz. Usypano wał wzmocniony trzynastoma bastionami, na którym usytuowano działa. Nawet sami wodzowie uczestniczyli w pracach, by podnieść morale. Armia turecko-tatarska przybyła pod Cecorę 18 października. Chan Gerej wiódł przeciw Polakom od 20 do 25 tysięcy żołnierzy. Tyle, że była to armia niezdolna do zdobywania warownych miejsc. Walki trwały trzy dni. Nie mogąc nic zdziałać, chan zgodził się na negocjacje. Zakończyły się one pełnym sukcesem Zamoyskiego. Mistrza w tym fachu. Gerej uznał władze Mohyły nad Mołdawią jako lenna Polski. Dla pilnowania polskich interesów pozostały w Mołdawii polskie oddziały. Jak pisał w biografii hetmana Jerzy Besala dla Żółkiewskiego wyprawa była niezwykle cenna. „Pierwsza Cecora zakończyła się i dla Żółkiewskiego sukcesem. Poznał przeciwnika, jego wschodnią przebiegłość, teren. Zaczął myśleć kategoriami już nie operacji, ale i strategii. Fobii na tle siły Turcji nie wyzbył się jednak do końca”. Pod wodzą Zamoyskiego Żółkiewski nad Dunaj wybrał się jeszcze raz. Tym razem walczyć z Michałem Walecznym, który próbował zbudować wielkie państwo złożone z Mołdawii, Wołoszczyzny i Siedmiogrodu. W październiku 1600 roku pod wsią Bukowa Polacy zadali mu klęskę. Nie odpoczywał hetman polny między wyprawami nad Dunaj. Właśnie w tym czasie odbył pierwszą w pełni samodzielną kampanię. Choć wyruszył na nią wyjątkowo niechętnie. „Wolę chore członki leczyć niż obcinać. Będę się jednak kusił sposobu, bo dobrymi środkami mogli być ujęci”, pisał w kolejnych listach. Bo to była w praktyce wojna domowa. Kozacki problem narastał od lat. Mieszkańcy pogranicza stawali się coraz większą siłą. Ich oddziały regularnie pustoszyły Mołdawię czy tereny państwa tureckiego, nieraz mocno zaostrzając stosunki między oboma krajami. Kozacy buntowali się też przeciw Rzeczpospolitej. Powstanie Seweryna Nalewajki wybuchło jeszcze przed wyprawą cecorską. Próby negocjacji nie zdały się na nic. Żółkiewski ruszył więc do boju. Kozacy byli liczni, ale niewyszkoleni i słabiej uzbrojeni. Głównie więc się cofali. Zadanie jednak nie było proste. „To pewna, że trudność jest wielka tej sprawy. Ukraina skozaczała, zdradziec, szpiegów pełno”, pisał Żółkiewski. Ostatecznie, po kilkutygodniowym oblężeniu ich obozu nad rzeką Sołonicą, kozacy poddali się. Po kapitulacji część żołnierzy dokonała rzezi pokonanych, wbrew zakazom hetmana. Sejm złożył Żółkiewskiemu wyrazy uznania za rozgromienie zdrajców ojczyzny. Przywódcy powstania z Nalewajką zostali straceni. Wybrano rozwiązanie siłowe. Niewiele lat było trzeba, by okazało się, że to Żółkiewski, nawołujący do kompromisu miał rację. Ukraina została spacyfikowana. Jak się okazało na bardzo krótko. Dobra nazwa - hetman polny. Żółkiewski w polu spędzał większość czasu. Wystarczy spojrzeć na okres dwóch lat 1600-1601. Jeszcze jesienią tego pierwszego roku bił Michała Walecznego na terenie księstw naddunajskich, w czerwcu kolejnego walczył już w Inflantach. To w prostej linii odległość około dwóch tysięcy kilometrów. Walcząc ze Szwedami o Estonię odniósł sukcesy, zdobył kilka zamków i pokonał przeciwnika w otwartej bitwie. Ale Tallina czy Parnawy opanować nie zdołał. Wyprawa ta długo się hetmanowi odbijała czkawką. Nieopłacone wojsko buntowało się. Żółkiewski nie po raz pierwszy wyłożył własne pieniądze na pokrycie uposażeń. Ba, wziął nawet pożyczkę, którą spłacał przez lata. „Już mi zbrzydł i żywot z takowymi sprawami”, narzekał w liście do Zamoyskiego. To nie wszystko. „Ciężary i domowe długi cisną go bardzo, a nadto i owe cierpi afekcje, a lekarstw naturze swej ufając nie zwykł zażywać. Rana też byczyńska i insze bardzo mu dokuczają. On potrzebuje odpoczynku i żeby się ratował lekarstwami, jak mu doradzałem”, martwił się Zamoyski w liście do Krzysztofa Radziwiłła. Żółkiewski stał się dla niego najważniejszym wsparciem. Nazywa go nawet podporą starości. Sam kanclerz też nie cieszy się już dobrym zdrowiem. Umiera w 1605 roku, mając 63 lata. Żółkiewski ma lat 58 i wie, że teraz już nie schowa się za niczyimi plecami. „Że mi Pan Bóg człowieka tego wziął, z którym pracę do jancelarii Jego Królewskiej Mości na potym dzielił i na zdaniu jego po większej części polegał. Teraz sam to ponosić muszę”. Po śmierci Zamoyskiego Żółkiewski zmienia front. Przystaje do stronnictwa królewskiego. Zatrzymajmy się na chwilę, by zrozumieć tę woltę. Zamoyski był od wielu lat mocno skłócony z Zygmuntem III Wazą i stał na czele antykrólewskiej opozycji. Żółkiewski wraz z nim. „Zawsze ten cny naród polski wiary panom swym dotrzymywać i onych miłować zwykł. W inszych narodach pany swe kozikami kolą. A u nas z łaski Bożej nigdy nic takowego przeciw Panu nie było zamyślone, ale z wolności, praw i swobód swoich napominacie Pana, w czym by się im nie dosyć działo”, peroruje na sejmie jeszcze za życia kanclerza, odnosząc się przy okazji do osoby pierwszego elekcyjnego władcy Walezego, zasztyletowanego we Francji. Żółkiewski krytykuje plan koronacji syna Zygmunta za życia ojca oraz planowane małżeństwo króla z Habsburżanką. Konflikt między królem i szlachtą narasta. Ostatecznie buntownicy chwytają za broń. Rokoszowi przewodzi Mikołaj Zebrzydowski, szwagier Żółkiewskiego. To już nie czas na rozmowy. Trzeba czynnie opowiedzieć się po jednej ze stron. Żółkiewski jest hetmanem polnym koronny. Wobec braku hetmana wielkiego najważniejszym dowódcą polskiego wojska. I teraz staje po stronie legalnie wybranego władcy. „W tumulcie nadzieje żadnej chyba upadku i zginienia naszego”, pisze do szwagra. Dąży do ugody, ale nie mogąc do niej doprowadzić, rozbija pod Guzówem wojska buntowników. Ginie 200 rokoszan. Zasługą hetmana jest, że nie więcej. Powstrzymuje on pogoń za uciekającymi. Ostatecznie też nakłania szwagra do przeproszenia króla. Czy wolta Żółkiewskiego po śmierci Zamoyskiego to rzeczywiście zmiana frontu, a tym bardziej porzucenie dotychczasowych ideałów, czy może postawa propaństwowa? A może skok na kasę? To pytanie do historyka doktora Przemysława Gawrona z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.
„Dawni historycy widzieli w tym rzeczywiście postawę propaństwową. Uważali, że Żółkiewski obawiał się, że rokosz jego niedawnych przyjaciół może doprowadzić do zawirowań i nieodwracalnej szkody Rzeczypospolitej. Natomiast nie możemy wykluczyć, że obok tego propaństwowego nastawienia w grę wchodziły dwa inne czynniki. Po pierwsze, Żółkiewski widział rokoszan w akcji w czasie zjazdu w Lublinie i wydaje się, że mógł nabrać podejrzeń, że rokoszanie nie zwyciężą. No i jest ten element, który zwykle odrzucano w kontekście Żółkiewskiego jako wyjaśnienie jego działań, czyli nagrody królewskie. Dochód z młynów gdańskich, za który go bardzo ostro atakowali rokoszanie czy późniejsze nadania ziemskie, czy wreszcie awans na wojewodę kijowskiego w 1608 roku. Natomiast sądzę, choć oczywiście jest to nie do sprawdzenia, że jeśli wierzyć tym historykom, którzy uważają, że Jan Zamoyski szykował się do rokoszu i że śmierć przerwała te przygotowania, to sądzę, że gdyby rzeczywiście on przewodził rokoszowi, Żółkiewski bez większego wahania stanąłby po jego stronie. Jeszcze jedna rzecz. Nie ufano w obozie królewskim Żółkiewskiemu z całą pewnością i liczono się z tym, że może dokonać jakiejś wolty albo przynajmniej być nazbyt pobłażliwym dla rokoszan, ale bez Żółkiewskiego król by nie wygrał. Żółkiewski przyprowadził do jego obozu doświadczonych, zdyscyplinowanych w miarę jak na owe czasy żołnierzy, wokół których król budował swoją armię. A wszystkie poczty prywatne, które do niego przybyły, oczywiście były istotną częścią jego siły. Ale najważniejsi byli żołnierze kwarciani. Obawy co do trwałości tej zmiany musiał mieć nawet sam król, który co prawda nadał Żółkiewskiemu urząd wojewody ruskiego, ale buławę hetmana wielkiego na razie schował do składziku. Głowy Zygmunta, ale i wielu innych zaprząta w tej chwili wielki plan. Drugiego takiego w naszej historii znaleźć nie sposób. Żółkiewski w wydarzeniach najbliższych odegra rolę niebagatelną. Zajmie Kreml i pojmie cara”.
Część czwarta. Dymitriady, czyli posiąść Moskwę.
Awantura. Trudno to nazwać inaczej, ale za to awantura o niebotyczną stawkę. Na takie miano bez dwóch zdań zasługują Dymitriady. Moskwa od czasu śmierci Iwana IV Groźnego jest w kryzysie. Tron carski jest wyjątkowo chwiejny. Chaos ogarnął całe państwo. Dymitr, podający się za cudownie ocalałego syna cara Iwana, był polską odpowiedzią na sytuację u sąsiada. Nikt raczej nie wierzył w oficjalną wersję. Na pewno nie Żółkiewski. Hetman winą obarcza Jerzego Mniszcha. „Wiedział i sam pan wojewoda sandomierski, że ten szalbierz nie jest Dymitr. Przecie jednak zaślepiony chciwością i pychą, upiornie popierał to przedsięwzięcie. Potencjalne zyski posiadania carewicza, polityczne i materialne były tak wielkie, że urzekły nawet króla. „Tej sprawie król jegomość faworyzował jakoby przez szpary na to patrząc przeciwko zdaniu wielu przednich senatorów, którym się to bardzo nie podobało”, pisał wzburzony Żółkiewski. Mniszech, by jeszcze silniej związać ze łże Dymitra, wydał za niego córkę - Marynę. Awanturniczym planom nie przeszkodziła ani niezgoda Sejmu, ani odmowa uczestnictwa najwybitniejszych wodzów tamtej epoki. Żółkiewskiego i hetmana litewskiego Jana Karola Chodkiewicza. Król zalecił, by Dymitra wprowadzić na tron przy pomocy prywatnych magnackich oddziałów. Tak też się stało. Tyle że Dymitr w Moskwie nie utrzymał się długo. Po rewolcie został zamordowany, a jego miejsce zajął Wasyl Szujski. Idea Dymitra była jednak jak głowy hydry. W miejsce jednej ściętej pojawiało się kilka następnych. Coraz to pojawiali się więc nowi samozwańcy. Jeden z nich, choć jak twierdził Żółkiewski: „Do pierwszego niczym – oprócz tego, że człowiek – niepodobny, zyskał uznanie części bojarów i wzmocniony polskimi oddziałami znów zagroził Moskwie. Warto dodać, że nieco później został też rozpoznany przez Marynę: „Której się bardzo chciało carować”, jak uszczypliwie podsumował Hetman. Chaos rósł z każdą chwilą. Car Szujski znalazł się w potrzasku. Spróbował więc negocjacji. Najpierw podpisał porozumienie z Rzeczpospolitą, którego zresztą żadna ze stron nie miała zamiaru respektować. Później, za ogromną cenę zrzeczenia się Inflant dogadał się ze Szwedami. Wzmocnił swoją pozycję, ale jednocześnie dał Polsce formalny casus belli. To już przestała być kwestia prywatnej hucpy. Sojusz szwedzko-rosyjski był dla Rzeczpospolitej naprawdę groźny. Wojna ze Szwecją o Inflanty przerwana była wyłącznie rozejmem. Nie można zapominać, że Waza cały czas oficjalnie tytułował się królem Szwecji, a marzyła mu się też korona moskiewska. Żółkiewskiemu na wyprawę, która miała mu przynieść największą chwałę, nie było spieszno. Hetman miał już 61 lat. Wymawiał się to zdrowiem, to zajęciami na południowo-wschodniej granicy. Zygmunt był nieugięty i Żółkiewski uległ. Napisał list do króla jegomości, że wymówki jego ustępują woli i rozkazaniu króla jegomości i że służyć chce, ale co potrzebnego rozumiał dla przestrogi wypisał królowi jegomości. Królowi podczas Sejmu stawiał jednak warunek, że: „Nic prywatnego, jeno pomnożenia dobra rozszerzenia państw Rzeczypospolitej szukasz”. Z planami królewskimi hetman zapoznał się osobiście. Dodajmy tu jeszcze jedno. Hetman żądał: „żebyśmy się ludziom moskiewskim jak najludczej stawili. Siła by to mogło i przedsięwziętemu staraniu i naszym pracom w służbie Króla być pożyteczną”. Ludzkie postępowanie? W owych czasach, a pewniej i każdych wojennych rzadka postawa. Czy rzeczywiście Żółkiewski był, jak na owe czasy bardziej tolerancyjny i humanitarny? Posłuchajmy znów historyka doktora Przemysława Gawrona z UKSW.
„Żółkiewski był szlachcicem swoich innowierców, zarówno prawosławnych, jak i protestantów, postrzegał przez pryzmat swojej szlacheckości iich szlacheckości. Ponieważ oni byli szlachcicami, mieli takie samo prawo jak i on. Z tej perspektywy jakiekolwiek pozbawienie ich tych praw z powodów religijnych nie wchodziło w grę. To jest ten sam sposób rozumowania, który przyświecał Zamoyskiemu czy jeszcze wcześniej przyświecał twórcą konfederacji warszawskiej. Jesteśmy braćmi i to jest najważniejsze. Rozróżnionymi w wierze oczywiście, ale jednak braćmi. I mamy wspólne stanowe przywileje. A po drugie trzeba pamiętać, że wywodził się ze wspólnoty, która była od dawna wspólnotą wielowyznaniową. Ruś Czerwona to miejsce, gdzie mamy i prawosławnych, później protestantów, Żydów i kilka innych liczących się grup. To, co wiemy na podstawie badań dotyczących tego rodzaju wspólnot, to fakt, że one dążyły do tego, żeby zapewnić pokój i bezpieczeństwo w pierwszej kolejności. Więc Żółkiewski nie był człowiekiem, który przedkładałby jakiekolwiek uprzedzenia wyznaniowe ponad bezpieczeństwo Rzeczypospolitej i ponad stabilność wspólnoty, a także prawa szlacheckie. W toku działań wojennych Żółkiewski wydaje się być człowiekiem równie humanitarnym jak wszyscy pozostali wodzowie Rzeczpospolitej tej epoki. Choć trzeba pamiętać, że na jego sumieniu ciąży masakra Kozaków z 1596 roku. Co prawda wydana wbrew jego rozkazom, ale też nie wydaje się, aby hetman zrobił cokolwiek, być może nie był w stanie zrobić cokolwiek, aby tej masakrze zapobiec”. Władysław - tak na imię, miał główny powód ustępstwa hetmana. Powziął bowiem Żółkiewski wielki plan. I starał się go zrealizować. Oto pojawiła się niezwykła okazja, by młodego królewicza osadzić na moskiewskim tronie, a przy okazji kreślić scenariusze, od których mogło zakręcić się w głowie. Żółkiewski myślał o zawarciu z Rosją Unii na wzór unii polsko-litewskiej. Pomysł koronacji Władysława wypłynął znacznie wcześniej ze środowisk bojarskich. Od początku nie bardzo podobał się Zygmuntowi. On chciał carskiego stołka dla siebie. „Posiąść Moskwę, a przez Moskwę Szwecję rekuperować”. Tak lakonicznie plan króla opisał kanclerz Lew Sapieha. Chciał mieć król hetmana u swego boku, ale jego rad wysłuchiwał niechętnie. Na wojnę wybierał się niespiesznie. Ostatecznie wyprawa ruszyła dopiero w sierpniu, choć przestrzegał Żółkiewski. „Że się daleko weszło. czas roku, droga daleka. Żołnierz niegotowy. Nim granicy moskiewskiej dojdzie, jesień. Zima, które tak prędko nadścigną, sposobność działania odejmą”. Król nie posłuchał, podobnie jak wielokrotnie powtarzanej rady, by iść wprost na Moskwę. Zamiast tego armia skierowała się na Smoleńsk, który według innych doradców miał się poddać bez walki. Żółkiewski w te informacje nie wierzył i nie mylił się. A armia Zygmunta na dwa lata zakopała się pod rosyjską twierdzą. Smoleńsk poddać się nie zamierza, nawet mimo ugody króla z Bojarami, na mocy której Władysław ma zostać władcą Moskwy. Koniec sagi? Nic z tych rzeczy. To tylko otwarcie nowego rozdziału. Wystarczy posłuchać słów Zygmunta. „Nadziei, ich bojarów ze strony syna naszego zrazu psować nie zdało się”. Król cały czas moskiewskiego tronu chce tylko dla siebie. Żółkiewskiemu tego też chyba nie zdradza. Za to wyśle hetmana z wyprawą, która staremu wojakowi zbuduje pomnik. Kłuszyn. Niewielu słyszało o tej miejscowości. Niedługo to się zmieni.
Część piąta. Ćma nieprzeliczona.
Tryumf pod Kłuszynem. Nim dotrzemy do małej miejscowości, gdzieś w połowie drogi między Smoleńskiem a Moskwą, Zajrzyjmy za mury tej ostatniej. Car Wasyl po podpisaniu porozumienia ze Szwedami i wsparty ich armią zaczyna robić porządki. Odpiera wojska Dymitra II spod stolicy. Zwycięża je też w polu. I wystawia dużą armię, która pod wodzą carskiego brata ma iść z odsieczą Smoleńskowi. „Ćma nieprzeliczona. A że strach było pojrzeć na nie względem liczby małej wojska naszego”, niepokoi się już pod Kłuszynem jeden z husarzy. I nie przesadza. Wróg występuje w sile około 40 000 żołnierzy. Zygmunt chce przeciw rosyjsko-szwedzkiej armii wysłać początkowo swego ulubieńca Jana Potockiego. Ten się miga, narzeka na szczupłość oddziałów, targuje się o nagrody i łupy. Być może po prostu ma pietra. Hetman nie stawia warunków. Bierze, co mu król daje, a daje niewiele. Żółkiewski wyprowadza z obozu ledwie 2-3 tysiące żołnierzy. Na czele tej garstki właśnie rozpoczyna marsz ku jednej z największych wiktorii w historii Polski. Rozsyła gońców do licznych, rozproszonych w tych okolicach oddziałów. Jego siły rosną z dnia na dzień. Gdy pod koniec czerwca dochodzi do pierwszych starć, hetman ma pod swoimi rozkazami już około 12 tysięcy żołnierzy. Rosjanie i Szwedzi zacierają ręce. Najbardziej zadowolony jest generał Jakub Pontus de la Gardie, onegdaj wzięty do niewoli przez Żółkiewskiego w Inflantach. „Z wieczora Pontus, będąc na czci u kniazia Dymitra Szujskiego, przechwalał się wspominając. «Gdym był na Wolmierzu z Karolusowymi wzięty, dał mi był hetman szubę rysią. mam ja też teraz dla niego sobolą, co mu oddaruję.» Pycha chodzi przed upadkiem. Znał to powiedzenie, zapewne mający świetną pamięć do cytatów hetman. Nie znali go, być może dowódcy armii przeciwnej. Żółkiewski zdaje sobie sprawę z dysproporcji sił. Pod Carowym Zajmiszczem, gdzie stacjonuje przednia straż Szujskiego, najpierw dzięki błyskotliwym manewrom, w tym przerzuceniu mostu przez rzeczkę, zwycięża w bitwie, później pozoruje oblężenie. Szujski na fortel się nabiera. Już dzieli skórę na niedźwiedziu. Ma zamiar polską armię wziąć w dwa ognie i zgnieść. Ale hetman nie zasypia przy szachownicy. Decyduje się na manewr niezwykle ryzykowny. Pod twierdzą zostawia połowę swoich sił. I niemal wszystkie działa. Z resztą wojska odchodzi w zupełnej ciszy, tuż przed zmrokiem. Nocna wędrówka jest mordercza. Rozmokłe drogi w fatalnym stanie. Całkowita ciemność. Żółkiewski każe się wieźć małym powozem ze względu na wiek, stan zdrowia i starą ranę. Ale i tak musi mocno wytrząść stare kości. Efekt wart jest tego wysiłku. „Za tym też, iż nas sobie lekceważyli, nie strzegli się nas. Śpiących zastaliśmy. Gdyby było wszystko wojsko nasze nadścigło, wzbudzilibyśmy ich byli nie ubranych. Ale nie mogło się rychło z onego lasu wybrać”. Marsz spowolniły dwie armatki zabrane z obozu, ale i tak w szwedzko-rosyjskich szeregach powiało popłochem. Szujski ledwo jako tako uformował szeregi, gdy zaczęła się bitwa. Bitwa, która stała się pokazem siły polskiego wojska oraz cierpliwości i konsekwencji. Z powodu postawionych płotów i chałup husaria nie mogła rozwinąć się szeroko. Żółkiewski co raz nakazywał więc ponawiać szarżę. „To jedno przypomnę do wierzenia niepodobne, że drugim rotom się trafiło razów ósm albo dziewięć przyjść do sprawy i potykać się z nieprzyjacielem. Nasi jak w otchłań piekielną wpadłszy długo w pośrodku ich się skrywając za ledwo kiedy ukażą się z chorągwią, którą coraz do sprawy wołają”, pisał uczestnik bitwy. Hetman na pomoc zanurzonym hufcom posyłał nowe, by wyrąbać im drogę powrotną i dać szansę na kolejną szarżę. Dodatkowo przybyłe wreszcie działa złamały obronę zaciężnej piechoty. „Straciwszy serce Moskwa pierzchać i uciekać w obóz pospołu z Niemcami poczęli, a my na grzbietach ich jadąc wpadliśmy do obozu ich”, wspominał inny uczestnik. Część oddziałów zaciężnych szwedzkich poddała się i przeszła na stronę Rzeczpospolitej. Szujski zbiegł, jak pisał Żółkiewski, gubiąc po drodze i konia i buty. Klęska byłaby większa, tyle że: „Rzucili się nasi w pogoń, ale mało ich goniło. Padli w obozie na łupie onym”, podsumowywał hetman, pokazując przy okazji, że nieobce mu było i poczucie humoru. Klęska wojsk rosyjsko-szwedzkich była całkowita. W bitwie zginęło około stu polskich żołnierzy i nawet do 3000 przeciwników. Reszta pokonanej armii poszła w rozsypkę. Wojska rosyjskie pod Carowym Zajmiszczem poddały się bez walki i zaprzysięgły wierność carowi Władysławowi. A Żółkiewski właśnie przechodził do historii. Na laurach jednak nie spoczął. Droga na Moskwę stała otworem. Zatrzymajmy się na chwilę, nim ruszymy na stolicę Rosji, by zapytać o triumfy wojskowe tamtych czasów. Polskie wojska pod różnymi wodzami zwyciężały w wielu wielkich bitwach. Seria wielkich zwycięstw to zasługa wielkich wodzów, jak hetman Żółkiewski czy przewag samej polskiej armii. To pytanie do historyka doktora Przemysława Gawrona.
„Tu jak zawsze nie ma jednej prostej odpowiedzi. Z całą pewnością Żółkiewski był dobrym wodzem, umiejącym wykorzystać błędy przeciwnika, tak jak to zrobił pod Kłuszynem chociażby, umiejącym także cierpliwie czekać na szansę. Jeżeli takowa się zdarzyła. I działać w sposób nieszablonowy i śmiały, ale nie da się też ukryć, że potrzebował do swoich działań narzędzia. I tym narzędziem była armia, która przynajmniej do wojny moskiewskiej kroczyła w zasadzie od zwycięstwa do zwycięstwa i która nauczyła się, charakteryzowała się po pierwsze znakomitym duchem bojowym, po drugie bardzo dobrym wyszkoleniem i dużym doświadczeniem. Niewątpliwie mamy do czynienia z wojskiem, które jest dobrze przygotowane do działań przeciwko przeciwnikom, z którymi przychodzi mu działać i zmiany przynoszą dopiero lata 20., lata 30., ale przynoszą dlatego, że przeciwnicy nauczyli się walczyć. W przypadku Szwedów mamy do czynienia z reformami Gustawa II Adolfa i przede wszystkim z cierpliwą, metodyczną, opartą na dużej sile ognia i bardzo dobrze przygotowanych fortyfikacjach polowych sztuce wojennej. Tej armii szwedzkiej nie dało się po prostu rozbić jednym uderzeniem husarii czy nawet dziesięcioma uderzeniami husarii, jak pod Kłuszynem. A potem armia moskiewska przejdzie ten sam proces. Można powiedzieć, że okres do 1648 roku jest niewątpliwie okresem bardzo dobrym w dziejach. Ale już lata 20. Druga połowa lat 20, przynoszą pierwsze zwiastuny, że to się kończy”.
Część szósta. Triumfy Hetmana.
Skończyła się bitwa. Zaczęła wielka gra. Żółkiewski siadł do stolika. Chciał dokończyć rozgrywkę, której stawką był Władysław na tronie w Moskwie i projekt Unii z Rosją. Nie spodziewał się pewnie, że najtrudniejszym przeciwnikiem wcale nie będą bojarzy. Rzućmy okiem na planszę do tej wielkiej gry. Moskwa nie ma praktycznie armii. Żółkiewskiemu poddają się kolejne zamki. Słychać tylko jeden głos. „Że przysięgli wszyscy Władysławowi królewiczowi i chcą jemu być posłusznymi, wiernymi poddanymi i dobrowolnie poddali się mu z chęci swych”. Władza cara Wasyla wisi na włosku. Buntują się bojarzy i lud miasta. A u granic Moskwy z armią znów stoi samozwaniec, opierający swe siły w dużej mierze na Janie Piotrze Sapiesze. Ten potajemnie współpracuje z Zygmuntem. Król przygląda się wszystkiemu z oddali. Nie rusza się spod Smoleńska. Rady hetmana, by iść na Moskwę ignoruje. Jak pisał później Hetman: nie udziela też żadnych instrukcji. „Ja jako żadnej nie mam dotąd informacji. Tak, choćbym i miał sam tak wielkich rzeczy na swą głowę brać bym nie chciał”. Żółkiewski, gdy nadal nie otrzymuje wskazówek, postanawia działać. Zamienia miecz na pióro, wysyła listy do bojarów, w których zapewnia ich, że powstrzyma Dymitra, a władzę przejmie w imieniu królewicza Władysława. Efekt? Niemal natychmiastowy. 27 lipca car Wasyl IV zostaje zdetronizowany. Wbrew moskiewskiemu zwyczajowi nie zostaje wraz z tronem pozbawiony głowy. Bojarzy uznali pewnie, że jeszcze może się przydać. Żółkiewski niezwłocznie rusza pod Moskwę. 5 sierpnia pod murami miasta znów siada do rozmów z bojarami. Możni stawiali ciężkie warunki. „A było w tym zwitku o przechrzczeniu się królewicza jegomości na ruską wiarę i inszych niemało absurdów”, podsumowywał zirytowany Żółkiewski. Z drugiej strony hetman też blefuje. Wcale nie ma tak mocnych kart, jak chce, by myślano. Nie do końca jest pewne, czy naprawdę nie wie, czego chce król Zygmunt. Nieopłaceni żołnierze buntują się i chcą wracać. Hetman półotwarcie grozi nawet dymisją. Bojarów ostatecznie przekonał zapach spalenizny. To Dymitr puścił z dymem sporo wsi dookoła miasta. A ponieważ król nadal nie odpowiadał oficjalnie, Żółkiewski zdecydował się na samowolę. Opierając się na traktacie podpisanym przez Zygmunta pod Smoleńskiem, zawarł ugodę, wedle której Władysław miał zostać carem. Ledwie dwa dni później hetman dostaje list. „Który to w sobie zamykał, żeby pan Hetman nie na królewicza, ale na samego króla jegomości panowanie zaciągnął”. Tak, tak, teraz już hetman wie oficjalnie, że Zygmunt chce, by to jego wybrano na cara. Żółkiewski jest w kropce. Tym bardziej, że bojarzy od początku na Zygmunta ultra katolika zgodzić się absolutnie nie chcieli. Chcieli niedoświadczonego Władysława, licząc, że łatwo będą nim sterować. W tej patowej sytuacji Żółkiewski postanowił grać na czas. Bojarom treści listu nie zdradził. Samozwańca przegonił spod Moskwy, za to przejął od Rosjan obalonego cara Wasyla i jego rodzinę. 9 października 1610 roku na czele polskiej armii wmaszerował do Moskwy. Nie był to jednak marsz tryumfalny. Oddziały wjechały ze zwiniętymi chorągwiami niemal ukradkiem. Hetman nie chciał, by ktokolwiek zorientował się, jak szczupłą ma armię. „W ten sposób wojska Rzeczpospolitej stanęły mocną stopą po raz pierwszy i ostatni w Moskwie”, pisał w biografii hetmana Jerzy Besala. Triumfator przebywał w mieście trzy tygodnie. Musiał przecież ruszyć do króla. Wierzył, że stając z nim twarzą w twarz, przekona go do swojej koncepcji. Do obozu królewskiego dojechał po 10 dniach. „Lecz zawarte były uszy króla jegomości, pana hetmanowym perswazją”, pisał smutno w pamiętniku. Hetman użył nawet ostatecznego argumentu, że: „Bierze się do domu stąd prosto”. Ale Zygmunta nie zmiękczył. Tymczasem z dnia na dzień sytuacja się zmieniała. Na gorsze. Kolejny szturm na Smoleńsk zakończył się klęską. Wysłannicy bojarów do obozu królewskiego, książę Golicyn i patriarcha Filaret Romanow grali na dwa fronty. Z hetmanem się ściskali, a jednocześnie pisali do smoleńszczan, by nie zaniechali oporu, a do moskwian by rozpoczęli antypolski bunt. Nawet mimo starań Gosiewskiego, który objął tam dowództwo. W marcu 1611 roku zwykła bójka zamieniła się w rozruchy. W odwecie Polacy puścili miasto z dymem. „Moskiewska stolica spłonęła z wielkim krwi rozlaniem i nie oszacowaną szkodą”, konstatował smutno Hetman. To był ostateczny koniec teoretycznie już tylko pokojowej koegzystencji. Garnizon wycofał się za mury Kremla i Kitaj-gorodu. Zaczęła się polska okupacja. Król na te wieści rozkazał pojmać nielojalnych bojarskich stronników i odesłał ich do więzienia w Polsce. Żółkiewskiego chciał wysłać z powrotem do Moskwy, ale hetman z gęby cholewy robić nie zamierzał. Nie zgodził się jechać, bo na krzyż przysięgał, że przywiezie Władysława. „Nie jestem żaden atlas, abym takie rzeczy na barkach swoich dźwigać miał. U Moskwy kredytu nie masz. I nic nie uczyniono, co mi naobiecywał”. Zygmunt nie do końca wie, co zrobić ze sfrustrowanym wodzem. Najpierw odsyła go na granicę południową, później chce go z drogi zawracać. Żółkiewski, zraniony w ambicjach i zawiedziony w planach odmawia powrotu. Dwa miesiące później uparty król uzyskał upragniony sukces. Po dwóch latach upadł Smoleńsk. Twierdza wróciła do Rzeczpospolitej po niemal stuleciu. Za to kwestia tronu moskiewskiego i szerzej Unii z Rosją praktycznie uleciała wraz z dymem pożaru. Nie doczekał się Żółkiewski realizacji wielkiego planu, za to doczekał się dnia chwały. Był 29 października 1611 roku, dzień tak zwanego hołdu ruskiego. Od rana tłumy zbierały się przy Trakcie Królewskim. Około dziesiątej wtoczyła się na Krakowskie Przedmieście zaprzężona w sześć białych koni, obita skórą kareta. To w niej siedział Żółkiewski. Za karocą sędziwego hetmana sunęła inna, w której siedział obalony car ze swoimi braćmi. Król oczekiwał hetmana i pobitych Szujskich na Zamku Królewskim. „Ze wszystkiego wyzute, obnażone i ogołocone i za więźnie przywiedzione. Postawione i pod łaskę i miłosierdzie oddane. Miłosierdzia i łaski proszące i czołem o ziemię bijące”. Tak przedstawił Żółkiewski, Wasyla i jego braci. Zdetronizowany car ograniczył się do ukłonu i pocałowania królewskiej ręki. Jego bracia uderzyli głowami o posadzkę. „Bywało za przodków Jego Królewskiej Mości siła triumfów, ale hospodara moskiewskiego tu stawić. To dopiero dziwy, nowina! Dopiero doskonały rozum hetmański, męstwo rycerstwa, szczęście Jego Królewskiej Mości”, mówił podkanclerzy Feliks Kryski. Oddał też hołd hetmanowi. Żółkiewski wystąpił z długą przemową, aczkolwiek przez tryumf przedzierała gorycz. „Sama sława imię waszmości w daleką rozniesie potomność. Boś to sprawił, co i nad siły, i nad wszelkie było oczekiwanie”. Zwycięzca spod Kłuszyna, tłumacząc się stanem zdrowia, chciał nawet zrzec się buławy hetmana polnego. Ale król i Senat się na to nie zgodzili. Za to buławy wielkiej koronnej król konsekwentnie Żółkiewskiemu odmawiał. Stary rycerz otrzyma ją dopiero, gdy przestanie się do funkcji wodza nadawać.
Część siódma. Starość, błędy I śmierć bohatera.
Paradoksem życia wielkiego męża, stanu i wojskowego jest to, że największych zaszczytów dostąpił, gdy już był na to za stary. Miał już 71 lat Żółkiewski, gdy Zygmunt wreszcie wręczył mu buławę hetmana wielkiego. Do tego dołożył tytuł kanclerza, czyniąc go w praktyce drugą osobą w państwie. „Był to ciężar większy, niż mu w swym wieku Żółkiewski mógł podołać. Już lat siedemdziesiąt życia liczył, za cóż go na słabe barki przyjmował”, pisano wówczas. Przebrzmiała już wtedy sława wielkiego wodza, który bił Mołdawian, Kozaków, Tatarów, Rosjan czy Szwedów. W ostatnich latach próżno szukać sukcesów, ale też i woli. „Tatary gromić. Tak, to niemal podobna, jak gdyby kto chciał ptaki na powietrzu latające pobić. Trafi się czasem, że ptaka i kilku na powietrzu zabiją. Toż samo jest i z Tatary”. Starał się unikać walki. Wolał układy, nawet te niekorzystne, jak w 1617 roku, gdy mając silną armię paktuje z chanem, oddaje mu Chocim i obiecuje płacić haracz. Po kraju coraz częściej krążą pamflety. „O fałszywy stróżu Rzeczpospolitej, o wierutny zdrajco. Puszczałeś na rabunek kraje ruskie. Przedałeś wiarę i cnotę swoją. Ukradłeś męstwo i sławę rycerstwa polskiego. Bić się tu nie, prosić trzeba, a ty bezecnych burzę, gdy nieprzyjaciel na obóz najeżdża, wiąże, pali. Wtenczas co by z tym czynić? Wota wydajesz”. Aż trudno uwierzyć, że ów paszkwil to w rzeczywistości list szlachty ruskiej i podolskiej do króla. Usprawiedliwiać hetmana może nie tylko wiek, ale i stan zdrowia. Jadąc do Warszawy mówi żonie, że na Sejm jechać trzeba, a żyć nie trzeba. Podczas obrad przemawia na siedząco. Chyba zdaje sobie sprawę, że przerasta go dowodzenie armią, bo prosi króla. „Byś ten urząd tak ciężki na teraźniejsze lata moje miłościwie ode mnie odebrać raczył. Czas mi przed śmiercią w takiej mej zeszłości wytchnienia wczasu jakiego i pokoju zażyć”. Chyba nie jest to tylko wybieg taktyczny. Hetman jest już zmęczony. Nie dane mu było jednak oszukać przeznaczonego dla niego losu. Wróżba starej kobiety, która przepowiedziała młodemu Żółkiewskiemu bohaterską śmierć za ojczyznę, miała się właśnie wypełnić. To Zygmunt zaproponował uderzenie na Mołdawię, by uprzedzić działania tureckie. Żółkiewski przekroczył granicę 25 sierpnia 1620 roku. „Dawnom tego szukał. Nie nad wolę swoją nad żywot położę dla wiary świętej. Dla służby waszej Królewskiej Mości. Dla Rzeczypospolitej. Choć to od niej za wiele prac, za trudy, odwagi miast to wdzięczności wielkiem ponosił obelgi”, pisał do króla w liście zatytułowanym: „In vim testamenti” - zamiast testamentu. Choć dodawał, że ma nadzieję na zwycięstwo. 3 września armia naszpikowana dowódcami niechętnymi Żółkiewskiemu przyprawiła się przez Dniestr. Tam dołączyło do niej kilkuset Mołdawian pod hospodarem Grazzianim. Chciał Hetman powtórzyć manewr Zamoyskiego sprzed kilkudziesięciu lat. Osadzić posłusznego hospodara na stolicy w Jassie i zawrócić, a w razie potrzeby wydać bitwę obronną. 12 września 12-tysięczna armia polska stanęła w dobrze znanym zakolu Prutu pod Cecorą. Walna bitwa rozpoczęła się 7 dni później. Polacy początkowo uzyskali przewagę, lecz ostatecznie zostali zmuszeni do wycofania się z obozu. Tu nastąpił zapewne najważniejszy punkt dramatu. Straty były duże. Zginęło kilkuset Polaków, ale jeszcze gorsza była utrata ducha. Na zwołanej dzień wcześniej naradzie dowódców Żółkiewski był za kolejnym uderzeniem. Większość radziła jednak wycofywać się pod osłoną taborów. W nocy doszło do ucieczki. Zbiegł z obozu hospodar. Wraz z nim zniknęło kilku dowódców. Wielu z nich potonęło lub dostało się w ręce Tatarów. Grazziani zginął. W samym obozie zaś doszło do buntu. Żołnierze bali się, że pozostawiono ich na łasce losu. Hetman bunt uspokoił. Sam ukazał się w świetle pochodni, by pokazać, że nadal wojskiem dowodzi. Ale wobec rozprężenia armii Żółkiewski zdecydował się na trudny odwrót. Wiedział, że to ogromne ryzyko. „Przetoż nie turbuj się, wasza miłość, najukochańsza małżonko. Bóg czuwać będzie nad nami. A chociażbym i poległ, toż ja stary i na usługi Rzeczypospolitej już niezdatny”, pisał do żony z obozu. Tabory i armia cofały się przez tydzień, aż dotarły niemal do Dniestru, granicy Polski. Bliskość ocalenia podziałała demobilizująco. Kolejnego dnia wybuchł tumult, mnożyły się indywidualne ucieczki. Nastąpiła dezorganizacja. Na to czekali Tatarzy. Zaatakowali Polaków, którzy poszli w rozsypkę. „Nie zostało nas tylko 11 człowieka, a pan hetman polny 12. Z panem kanclerzem 13. Szliśmy z nim pieszo na kilkoro strzelania z łuku, prosząc go, aby na konia wsiadł i równo z drugimi uchodził. Nie chciał tego uczynić mówiąc te słowa: «Nie wsiądę. Miło mi przy was umierać. Niech Pan Bóg nade mną wyrok swój, który uczynił kończy»”, relacjonował jeden z towarzyszy. Ostatecznie Żółkiewski jednak został siłą na konia wsadzony, ale: „z boku kilkaset konnych naszych przypadło, między których on wpadłszy i od tego czasu jużem go niewidział”. Wspominał porucznik chorągwi husarskiej. Nazajutrz Turcy znaleźli ciało. 73-letni Żółkiewski miał odrąbaną prawą rękę i głęboką ranę ciętą na skroni znak, że drogo sprzedał swoje życie. Siwą głowę hetmana dowódca turecki kazał uciąć i przesłać sułtanowi. Zawisła w jego pałacu. Następnie ciało odnaleźli wysłannicy Reginy Żółkiewskiej. Ona też po pewnym czasie odkupiła głowę. Hetman został złożony w krypcie kolegiaty w Żółkwi. Potomni, część historyków a i pisarzy zbudowali mu pomnik. Niezłomny Żółkiewski stał się bohaterem narodowym. Czy słusznie? Posłuchajmy znów historyka doktora Przemysława Gawrona.
„Powieściopisarza XX wieku, na czele przede wszystkim z Zofią Kossak-Szczucką I historycy zbudowali Żółkiewskiemu pomnik, czyniąc go postacią szlachetną, zawsze kierującą się dobrem Rzeczypospolitej i zarazem tragiczną. To jest obraz, który wymaga istotnych korekt. Po pierwsze, musimy pamiętać, że jest to człowiek swoich czasów, który postrzega swoje funkcjonowanie w życiu politycznym nie tylko przez pryzmat interesu Rzeczpospolitej, ale interes Rzeczpospolitej utożsamia ze swoim. Jak długo te dwa interesy są zgodne, tak długo będzie działał dla dobra Rzeczypospolitej. Co bardzo ważne, był człowiekiem pióra. Napisał relacje o swoich działaniach w Moskwie, ale też nie do końca wszystko w tej relacji jest zgodne z zachowanymi źródłami. Jego linia tłumaczenia Traktatu pod Moskwą z 1610 roku, że nie miał królewskich instrukcji, zatem działał wedle tego, jak uważał za słuszne w danych warunkach nie do końca zgodne z prawdą, bo takowe instrukcje do niego do niego dotarły. Hetman jednak zdawał sobie sprawę, że w tych warunkach innego traktatu zawrzeć nie może. Tragizm w tej historii polegał na tym, że król nie mógł zgodzić się na warunki, które Żółkiewski przyjął tak ze względów osobistych. Wysłanie Władysława do Moskwy 15-letniego chłopca wymagałoby osadzenia wraz z nim armii. Inaczej nie dałoby się go na tronie utrzymać. Po drugie, król rozpoczynał tę wojnę pod hasłem przywrócenia Rzeczpospolitej utraconych przez nią ziem. A traktat Żółkiewskiego zakładał, że Moskwa zachowa integralność terytorialną, więc Smoleńsk, o który chodziło królowi, pozostanie po stronie moskiewskiej. Z drugiej jednak strony był to także człowiek, który był wierny i stały w swoich poglądach. Jest to postać niewątpliwie bardzo złożona. Człowiek, który z jednej strony był z krwi i kości przedstawicielem swojej grupy społecznej, a w epoce, w której przyszło mu żyć, ale zarazem także reprezentantem odchodzącego powoli w cień srebrnego wieku wielkich zwycięstw, sprawnie działającego parlamentu, którego Żółkiewski był częścią. Jest to niewątpliwie też człowiek, którego historycy i pamięć zbiorowa związała z owymi sukcesami, każąc mu odgrywać rolę, której on sam do końca pewnie odgrywać by nie chciał, czyli owego surowego Katona, który jest sumieniem swoich współobywateli i który ginie w obronie ojczyzny, zdradzony przez egoistycznych magnatów i szlachtę. Niezwykłe czasy rodzą niezwykłych ludzi. Tak było i z hetmanem Żółkiewskim. Do najwyższych godności w państwie doszedł człowiek pochodzący ze stosunkowo przeciętnej rodziny szlacheckiej. Osiągnął te zaszczyty dzięki swoim zasługom. Cenimy go przede wszystkim jako wielkiego żołnierza i dowódcę. Warto też pamiętać o jego prawości, lojalności i poczuciu sprawiedliwości. Miał oczywiście też swoje wady. W końcu był szlachcicem, a potem magnatem wyrosłym ze swojej epoki. Ale bez dwóch zdań hetman to postać, która nadaje się na pomnik”.
I to wszystko w tej odsłonie podcastu „1000 lat. Prześwietlenie”. Dziękuję za wspólną podróż wraz z wielkim hetmanem. Do usłyszenia, mam nadzieję.
Łukasz Starowieyski. „1000 lat. Prześwietlenie”. Podcast Muzeum Historii Polski o najważniejszych wydarzeniach w historii Polski. Podcastów „1000 lat. Prześwietlenie” wysłuchasz na YouTube, Spotify, w Audiotece, a także na innych platformach podcastowych. Chcesz być na bieżąco? Subskrybuj kanał Muzeum Historii Polski.
Dane o obiekcie
-
Nazwa / Tytuł
Zajął Moskwę, pojmał cara. Hetman Stefan Żółkiewski -
Rodzaj
-
Kategoria
-
Data wykonania
09/12/2024 -
Czas trwania
1h 14min 36sek -
Osoby występujące
-
Numer inwentarzowy
MHP-05-17359 -
Klasyfikacja praw autorskich
-
Permalink
Słowa kluczowe
Opis
Przyjrzymy się postaci jednego z najwybitniejszych dowódców wojskowych w historii Polski. Skoczymy z nim w wir działań wojennych i wielkiej polityki w bardzo ważnym dla Rzeczpospolitej okresie. Czy Stanisław Żółkiewski zasłużył na tak wysokie miejsce w panteonie polskich bohaterów narodowych? Jak to możliwe, że zamożny szlachcic stał się drugą, po królu, osobą w państwie? Czy sprzyjały temu czasy politycznego przełomu? Dlaczego w naszej opowieści tak istotne miejsce zajmuje "magnat wszechczasów", czyli Jan Zamoyski? Czy największym sukcesem Żółkiewskiego było zajęcie Moskwy? Jak doprowadził do tego, że bojarzy wybrali królewicza Władysława Wazę na cara? I dlaczego nie udało się to w przypadku syna polskiego władcy? O niezwykłym hetmanie, Stanisławie Żółkiewskim w podcaście z serii „1000 lat. Prześwietlenie” opowiada Łukasz Starowieyski. Jego gościem jest dr Przemysław Gawron z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.