Za Waszą i naszą niewolę - Mediateka - Muzeum Historii Polski w Warszawie SKIP_TO
Wizyta w muzeum Przejdź do sklepu
Filmy dokumentalne
Audiovideo

Za Waszą i naszą niewolę

Turula, Adam (scenariusz i reżyseria); Stremecki, Marek (scenariusz);

24/10/2018

Transkrypcja

Józef Cyrankiewicz (premier PRL, przemowa z 01.09.1968, Warszawa): Patrzymy w przyszłość właśnie, dlatego że ku wściekłości imperializmu i międzynarodowej reakcji, z zachodnioniemiecką na czele, że pokrzyżowaliśmy w porę działania wspieranej przez nich kontrrewolucji w Czechosłowacji. W ten sposób realizujemy hasło: "Nigdy więcej Monachium, Nigdy więcej Września, Za waszą wolność i naszą".

dr Łukasz Kamiński (historyk, Uniwersytet Wrocławski): Sierpień dla Polaków oznacza skojarzenia z wieloma pięknymi, aczkolwiek często też dramatycznymi wydarzeniami z naszej historii. Jest jednak z sierpniem związana także trudna karta polskiej historii. Jest to udział Ludowego Wojska Polskiego w interwencji w Czechosłowacji.

Jacek Zommer (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): W latach 1968-70 służyłem w 1. Warszawskim Pułku Czołgów Średnich im. Bohaterów Westerplatte. I miałem wątpliwą przyjemność uczestniczenia w inwazji w Czechosłowacji. Wtedy byłem ładowniczym, czyli w czołgu na najniższym stanowisku załogi. We mnie to jednak siedzi, że człowiekiem brał udział jednak jako agresor.

płk Tadeusz Oratowski (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Z moralnego punktu widzenia dla każdego z nas, biorących udział w tej wojence, była to haniebna sprawa. No, bo jak można było do czyjegoś kraju się tam zwalić z taką zbrojną interwencją. I mimo że tych lat już minęło pięćdziesiąt, to ciągle jakiś taki niesmak, nie tylko ja, ale ci wszyscy, którzy tam znaleźli się w tym czasie, dalej to odczuwamy.

Jerzy Kronhold (student w 1968 roku): Nie chcę powiedzieć, że byłem bohaterem, ale wszem i wobec mówiłem, że mi się to nie podoba. Bo po prostu no trzeba było to powiedzieć, prawda. Trzeba było to jakoś okazać. Okazać sympatię Czechom a także i powiedzieć: Nie. Nie zgadzamy się na inwazję do Czechosłowacji. Nie zgadzamy się na obecność wojsk radzieckich ani w Polsce, ani w Czechach.

dr Łukasz Kamiński (historyk, Uniwersytet Wrocławski): Latem 1990 roku przebywając na obozie wędrownym w Czechosłowacji, zauważyłem w Jiczynie mały pomnik. Monument upamiętniający ofiary interwencji Ludowego Wojska Polskiego. Wówczas myślałem o tym przede wszystkim w kategoriach pewnej krzywdy, pewnego wstydu, rzeczy, która jest do naprawienia. Dzisiaj to jest przede wszystkim historia wzajemnej solidarności. Historia, że można przełamywać różnego rodzaju stereotypy narodowe, uprzedzenia. "Praska Wiosna" rozpoczęła się de facto w środku zimy. 5 stycznia 1968 roku Aleksander Dubczek został nowym sekretarzem Komunistycznej Partii Czechosłowacji i zapoczątkował okres reform. Pierwszym, który zaniepokoił się wydarzeniami w Czechosłowacji zaledwie miesiąc po rozpoczęciu procesu reform, był Władysław Gomułka. Przywódca Polskie Zjednoczonej Partii Robotniczej już 7 lutego 1968 roku podczas spotkania z Dubczekiem w Ostrawie przestrzegał go przed jakimikolwiek dalej zakrojonymi reformami. Odwoływał się tutaj przede wszystkim do własnego doświadczenia z roku 1956. Uważając, że jeśli społeczeństwo uzyska jakieś ustępstwa ze strony partii, wówczas będzie żądało dalszych. Można powiedzieć, że Władysław Gomułka był prekursorem tego, co później zyskało miano "doktryny Breżniewa". Już w marcu 1968 roku na pierwszej naradzie państw komunistycznych poświęconej sytuacji w Czechosłowacji, Władysław Gomułka twierdził, że w takim momencie historii, w takiej sytuacji, kiedy system komunistyczny jest zagrożony w którymś z państw bloku wschodniego, inne państwa mają nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek interweniować po to, żeby chronić fundamenty systemu.

Jerzy Kronhold (student w 1968 roku): Gdy zaczął się marzec 1968 roku, pojawiły się też hasła: "Cała Polska czeka, na swojego Dubczeka". Trzeba pamiętać, że to była epoka późnego Gomułki, który pogrążał się w marazmie i samozadowoleniu. Marzec właśnie przeciął wszystkie nitki, które wiązały nas z październikiem 1956 roku.

Mirosław Chojecki (w 1968 roku student usunięty z uczelni za udział w strajku na Politechnice Warszawskiej): Strajk studentów na Politechnice, kiedy to szliśmy, chcąc podtrzymać studentów Uniwersytetu Warszawskiego w marcu i pod Instytutem Czechosłowackim stanęliśmy i zaczęliśmy skandować: "Cała Polska czeka, na swego Dubczeka". Dużo dalej nie poszliśmy, bo zaatakowało ZOMO i na uniwersytet nie dotarliśmy.

dr Łukasz Kamiński (historyk, Uniwersytet Wrocławski): Przemiany w Czechosłowacji, które odbywały się w ramach systemu komunistycznego, budziły nadzieje polskich studentów, że także podobne reformy są możliwe w Polsce. I wzajemnie, już w marcu 1968 roku czescy i słowaccy studenci solidaryzowali się ze swoimi polskimi kolegami. Wysyłano do Polski rezolucje solidarnościowe. Odbyła się także manifestacja pod polską ambasadą. Ważnym dla Polaków gestem solidarności było także zaproszenie przez Uniwersytet Karola w Pradze wybitnych polskich naukowców, zwolnionych po marcu 1968 z Uniwersytetu Warszawskiego, na czele z Leszkiem Kołakowskim.

Jerzy Kronhold (student w 1968 roku): Wtedy, kiedy się zaczęły nasze protesty to na ulicach Krakowa w pobliżu Krakowa pojawiły się czołgi sowieckie. I był taki moment, że słysząc o tym przegrupowaniu się wojsk rosyjskich, sądziliśmy, że one pojawiły się na przedmieściach Krakowa, dlatego żeby stłumić bunt studentów. Ale one już miały swoje dyspozycje. Te czołgi i ta armia, która sunęła od wschodu, oni mieli rozkaz, żeby obsadzić granicę polsko-czechosłowacką.

Jacek Zommer (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): O tym, że coś się dzieje w Czechosłowacji, to widziałem jeszcze przed przyjściem do wojska. W tym okresie słuchałem na przykład "Wolnej Europy" i "Głosu Ameryki". I można się było domyślić, że tam coś się dzieje, że jest nowy przywódca partii Dubczek, który chce wprowadzić jakiś socjalizm z ludzką twarzą, ale to się wszystko ucięło z chwilą przyjścia do wojska. W wojsku już nie miałem żadnych wiadomości.

płk Tadeusz Oratowski (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Jakieś symptomy takiej zaostrzającej się sytuacji politycznej wokół Czechosłowacji, no i w ogóle tu w naszych krajach, tych tak zwanych "demoludach", coś tam się kluło. Te informacje, które nam przemycano, one były bardzo takie zawoalowane. W kompanijnych świetlicach był tam jeden telewizor i o godzinie19:30, co dzień oglądaliśmy z żołnierzami program telewizyjny.

Jacek Zommer (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Były przeprowadzane jakieś testy, jakieś takie sondaże, co myślimy właśnie o sytuacji politycznej w Polsce, o jakichś wydarzeniach. Co gdyby, jakby się człowiek zachował, w jakiej sytuacji, prawda.

dr Wojciech Beblo: Po marcu 1968 roku było bardzo niespokojnie w zakładzie pracy. Wtedy pracowałem w zakładach koksochemicznych Hajduki w Chorzowie. I żeby uspokoić młodzież, tych młodych robotników, Rada Zakładowa postanowiła organizować im wycieczki. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi, ale że są wycieczki do Czech.

dr Łukasz Kamiński (historyk, Uniwersytet Wrocławski): Obawiając się rosnącej popularności "Praskiej Wiosny" wśród Polaków, władze PRL rozpoczęły antyczechosłowacką kampanię propagandową. Wykorzystywano w niej nie tylko różnego rodzaju ideologiczne oskarżenia o tym, iż za południową granicą ma miejsce kontrrewolucja, ale także stereotypy i uprzedzenia narodowościowe. Oskarżano przywódców Komunistycznej Partii Czechosłowacji, że ich polityka de facto prowadzi do tego, iż Czechosłowacja może wpaść w ramiona Niemieckiej Republiki Federalnej.

Narrator (archiwum): Siły prawicowe chcą wyrwać Czechosłowacją z naszej wspólnoty. Nie mogliśmy się zgodzić, aby nasza południowo-zachodnia flanka została odsłonięta dla wrogów. A przede wszystkim dla militarystów zachodnioniemieckich.

Jerzy Kronhold (student w 1968 roku): W partii czeskiej, która była podzielona, znaczącą rolę odgrywał beton i to byli towarzysze, których nazwiska pamiętam: Alois Indra i Vasil Bilak. I ta dwójka, o ile dobrze pamiętam, w porozumieniu z I Sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego w Katowicach, wówczas Edwardem Gierkiem, współpracowała i 9 maja otwarto granice. Można było swobodnie bez przepustek, bez paszportów poruszać się tutaj w pasie granicznym i to była wielka frajda dla ludzi.

dr Wojciech Beblo: Dowiedzieliśmy się, że jedziemy do Cieszyna, że fajnie jest, że piwo, że owo, że w końcu zagranica. To nie takie częste, wtedy się przecież wyjeżdżało do pasa konwencji i to nie było takie łatwe, żeby taką przepustkę w pas konwencji otrzymać.

Jerzy Kronhold (student w 1968 roku): Wszyscy sądzili, że to jest jakaś wielka łaska oraz zelżenie tych rygorów granicznych. A to tymczasem była chłodna kalkulacja polityczna.

dr Wojciech Beblo: Pierwsze, co na zdziwiło po drodze to to, że stały podczołgówki, na których były czołgi. Zanim dojechaliśmy do granicy, no to kilkanaście takich urządzeń minęliśmy. Bardzo się dziwiliśmy. I o dziwo, na tych czołgach nie było w ogóle znaków. Były jakieś numery, prawdopodobnie numery taktyczne, natomiast nie było znaków, nie było wiadomo, skąd te czołgi są.

Jerzy Kronhold (student w 1968 roku): Chłodna kalkulacja polityczna polegająca na tym, że towarzysze reprezentującym czeski beton partyjny potrzebowali wizualnej sensacji, żeby pokazać, że nie wszyscy chcą w tym kraju, czyli w Czechosłowacji tej kontrrewolucji, jak to się wtedy mówiło.

dr Wojciech Beblo: No i dalej się cieszyliśmy bardzo, dopóki nie dojechaliśmy w pobliże rynku w Czeskim Cieszynie. Była trybuna, coś w rodzaju takiego podium, na którym stali jacyś ludzie i nas tak jak owieczki prowadzono w pobliże tego podium i wręczano nam kartki. Czytamy te kartki i tam polskimi literkami pisało: "At żije ruda armada". Ja języka czeskiego w tamtym czasie nie znałem. Nie bardzo wiedziałem, o co chodzi, ale nasz przewodnik, który organizował tę wycieczkę był spoza zakładu pracy. Powiedział, że jak ktoś tak od strony tamtej trybuny krzyknie, to my to mamy powtarzać. No to tak między sobą: "Ty stary, wiesz o co to chodzi?" Mówi: "Wiesz co, ruda to chyba czerwona albo ryża, armada to tak wygląda, jakby to była armia. To my mamy krzyczeć o Armii Czerwonej". No i tak krzyczeliśmy, krzyczeliśmy, aż jeden z naszych kolegów, który zawsze żartował z tych relacji polsko-radzieckich, powiedział, że możemy przecież krzyknąć też "ryża armada". No, więc krzyczeliśmy już potem "ryża".

Jerzy Kronhold (student w 1968 roku): Myślę, że i Edward Gierek był wykonawcą rozkazów moskiewskich. Polegało to na tym, że wykonano zapotrzebowanie i tego 9 maja po drugiej stronie odbyła się wielka manifestacja poparcia dla towarzyszy Vasila Bilaka i Alojsa Indry, którzy wystąpili wówczas publicznie z przemówieniami potępiającymi kontrrewolucję. Z tym, że ten tłum, który znajdował się na placu, to byli sprowadzeni aktywiści ZMS-u z Polski, którym włożono w rękawy kable pocięte na takie pałki, żeby w wypadku, gdyby pojawiły się jakieś przeszkody, czyli ludzie, którym by się nie spodobała ta manifestacja, żeby użyć w odwecie pałek. To było wypróbowany w marcu sposób, ponieważ w marcu robotnikom dawano do ręki pocięte kable, żeby te kable zostały użyte na plecach studentów.

dr Wojciech Beblo: Nie było bardzo wiele osób na tym rynku. Byliśmy filmowani. No i po tej całej imprezie zaproszono nas, tych autobusów przyjechało może z dziesięć może z dwanaście, tak że nas kilka setek osób tam było, okazało się, że to wszystko byli Polacy, nie Czesi, ci, którzy wtedy tam krzyczeli: "at żije ruda armada", to między innymi ja i paru tam Czechów, bo oni między sobą po czesku rozmawiali, no i rzeczywiście zaprosili nas na piwo, napiliśmy się piwa, wsiedliśmy w autobusy i po trzech godzinach imprezy wróciliśmy do Polski.

Jerzy Kronhold (student w 1968 roku): Trzeba powiedzieć, że to był czas inscenizacji. I to była teatralna inscenizacja poparcia dla towarzyszy, wykonana wzorowo przez Komitet Wojewódzki w Katowicach.

dr Wojciech Beblo: Dopiero w drodze powrotnej taki mój mentor ówczesny zapytał mnie, czy ja zdaję sobie sprawę z tego w jakiej imprezie uczestniczyłem. Mówię: No nie, jakieś jaja, pewnie ktoś sobie zrobił żarty. On mówi: Nie, zrobiliśmy krzywdę Czechom, musisz być tego świadom. Zauważ, że to myśmy byli w Czeskim Cieszynie, myśmy krzyczeli "at żije ruda armada", a Czesi jak zauważyłeś, ci których mijaliśmy na ulicach, do nas zgłaszali krytyczne uwagi, używając słów, które również w Polsce są uważane za słowa obelżywe. Nie bardzo to wtedy kojarzyłem. Ja miałem wtedy dokładnie 20 lat. Byłem głupim młodym człowiekiem, którego interesowały wycieczki, przyjemności i nie zastanawiałem się nad tym wszystkim.

dr Łukasz Kamiński (historyk, Uniwersytet Wrocławski): Przygotowania do interwencji zbrojnej w Czechosłowacji rozpoczęły się w maju 1968 roku. Władysław Gomułka podczas wszystkich narad, które były poświęcone sytuacji w Czechosłowacji nawoływał do tego, aby ten kryzys rozstrzygnąć siłą. Był tak zdeterminowany, że w początkach lipca 1968 roku, kiedy Leonid Breżniew po raz kolejny wahał się, czy interwencja jest najlepszym rozwiązaniem, podczas posiedzenia biura politycznego PZPR Gomułka zakrzyknął: "Do diabła z suwerennością!". I twierdził, że w razie potrzeby Ludowe Wojsko Polskie samo dokona interwencji.

płk Tadeusz Oratowski (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): My zostaliśmy w garnizonie. A reszta tego naszego pułku od 8 maja już nad granicą w okolicach Dzierżoniowa, gdzieś tam zostali rozmieszczeni, rozlokowani. Mój pułk od czasów II wojny światowej poniósł największe straty w stanie osobowy, w tym momencie, kiedy tam stacjonował. Chłopcy wszyscy wyjechali na Śląsk, gdzieś tam za pracą albo do innych regionów i tam zostały same dziewczyny. Choroby weneryczne tak zdziesiątkowały mój pułk, że nie było, z czego poskładać pododdziałów.

Jerzy Kronhold (student w 1968 roku): W pobliżu mojego rodzinnego miasta, w Cieszynie, w wielu wsiach, w tym w Kalembicach, w Hażlachu, w Kończycach, zaczęły stacjonować wojska radzieckie.

dr Krzysztof Brożek (w 1968 roku lekarz pogotowia ratunkowego w Rybniku): Pracowałem w szpitalach miejskich i pracowałem również w pogotowiu. I jadąc sanitarką do chorego poza Rybnik, kierowca mi zwrócił uwagę: "Niech pan patrzy na te dymy nad lasem. Wie pan, co tam jest? To są dymy z kuchni polowych Rosjan". To mógł być przełom lipca i sierpnia albo początek sierpnia. Na tej samej trasie do chorego widziałem dwóch żołnierzy sowieckich stojących przy drodze. Pamiętam, że padał deszcz a oni mieli nakrycia przeciwdeszczowe. Ta świadomość, że tam w lasach siedzą obce wojska pogłębiała ponurość tego dnia.

Jerzy Kronhold (student w 1968 roku): Oni mieli także i politykę kulturalną w trakcie tych kilku miesięcy stacjonowania na granicy nad Olzą. W lesie hażlachskim rozpinano między sosnami ekran i wyświetlano "Świat się śmieje", czyli klasykę filmu radzieckiego. W tych lasach też jak mi opowiadano, rodzina mojej żony, która mieszkała w Hażlachu, zdarzały się egzekucje za niesubordynację, rozstrzeliwano żołnierzy Armii Sowieckiej.

dr Krzysztof Brożek (w 1968 roku lekarz pogotowia ratunkowego w Rybniku): Bezczynność demoralizuje, więc polskie władze dały im zajęcie. Przy szpitalu budowano przychodnię. Wozili cegły, ale myśmy już wtedy cegły szanowali. Natomiast oni zrzucali te cegły z wywrotki i wiadomo, jaki był efekt. Pamiętam też, że zaangażowali ich do karczowania drzew przydrożnych i robili to czołgami. Pewnie skutecznie, bo od razu z korzeniami.

dr Łukasz Kamiński (historyk, Uniwersytet Wrocławski): Po pewnych pracach planistycznych w czerwcu rozpoczęto manewry o kryptonimie "Szumawa", w których uczestniczyło także Ludowe Wojsko Polskie, które było już bezpośrednim ćwiczeniem przygotowującym jednostki interwencyjne. W lipcu 1968 roku wszystkie oddziały, które później wzięły udział w ataku na Czechosłowację, były już przygotowane w tak zwanych zielonych garnizonach, oczekując na sygnał do wymarszu.

Jacek Zommer (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Wszystko zaczęło się w lipcu. Koledzy, którzy wracali z okresu urlopowego, donosili, że na terenie Mazur pojawiają się wojska rosyjskie. To było o tyle zastanawiające, że to nie była opinia tylko jednej osoby, ale kilkunastu.

Jerzy Kronhold (student w 1968 roku): Pamiętam, że w te wakacje roku 1968, ale już i wcześniej słuchało się telewizji czeskiej, słuchało się także radia, w tych medialnych obszarach czuło się oddech wielkiej wolności.

dr Krzysztof Brożek (w 1968 roku lekarz pogotowia ratunkowego w Rybniku): Okazało się, że miejscowa ludność dosyć szybko weszła w kontakt, handlowy kontakt. Więc pośrednicy przyjeżdżali do szpitala z kanistrami benzyny. No i dochodziły takie różne wiadomości. Typu, oficerowie weszli do sklepu a tam jakaś, któraś z kobiet zaczęła histerycznie krzyczeć. Ale i takie sympatyczne momenty, takie bardzo ludzkie. Otóż postawili gdzieś na rozdrożach żołnierza, który kierował ruchem i zapomnieli o nim. I miejscowa ludność go poiła i żywiła.

Jerzy Kronhold (student w 1968 roku): Znaczna część Polaków sprzyjała "Wiośnie Praskiej". I zapłacili za to później wysoką cenę, utracili pracę. Zwłaszcza prasa polonijna "Zwrot" oraz "Głos Ludu" sympatyzowały z tymi wydarzeniami.

prof. Grzegorz Opala (w 1968 roku student Śląskiej Akademii Medycznej): Otrzymałem tak zwaną wycieczkę autokarową. To była Czechosłowacja, Austria, Włochy, Jugosławia. Pobyty były bardzo krótkie. Najkrótszy przewidywany był w Pradze. Zostaliśmy ulokowanie w domach studenckich na Strahovie. Wieczorem po przyjeździe oczywiście całą grupą poszliśmy na piwo, prowadząc prawie do północy rozmowy z rozgorączkowanymi, entuzjastycznymi Czechami. To były rozmowy pełne entuzjazmu, pełne nadziei. I u część z nich była również wiedza o tym, że w marcu był swego rodzaju bunt studentów przeciwko systemowi. W związku z tym język znajdowaliśmy bardzo szybko wspólny. Nawet piwa do tego nie trzeba było, ale na szczęście piwo było.

dr Łukasz Kamiński (historyk, Uniwersytet Wrocławski): Ostateczna decyzja o interwencję w Czechosłowacji zapadła na Kremlu 17 sierpnia 1968 roku. Następnego dnia informację tę przekazano przywódcom tak zwanej "warszawskiej piątki", A więc przywódcom państw, które miały wziąć udział w interwencji. Obok Związku Sowieckiego i PRL, była to także Węgierska Republika Ludowa, Bułgarska Republika Ludowa oraz Niemiecka Republika Demokratyczna. Wojska tej ostatniej z uwagi na zbyt wyraźne skojarzenia historyczne ostatecznie jednak nie przekroczyły czechosłowackiej granicy.

Mirosław Chojecki (w 1968 roku student usunięty z uczelni za udział w strajku na Politechnice Warszawskiej): Wracaliśmy do Warszawy autostopem i gdzieś w okolicach Olsztynka zatrzymaliśmy samochód. Wydawało mi się, że kierowca jest mi znany. Patrzyłem tak w lusterko, ale nie wiedziałem skąd go mogę znać. Tuż przed Warszawą zapytał, dokąd jedziemy, bo on jedzie do Urzędu Rady Ministrów. I w tym momencie zrozumiałem, że zabrał nas sam Minister Obrony Narodowej, Marian Spychalski. Wcześniej zresztą opowiadał, jak to był właśnie na urlopie w Mierkach. Tam gdzieś był jakiś ośrodek władz komunistycznych. No i go nagle wezwano do Warszawy.

dr Łukasz Kamiński (historyk, Uniwersytet Wrocławski): W pierwszym rzucie interwencji w Czechosłowacji wzięło udział ćwierć miliona żołnierzy. Jedyny znaczny kontyngent wojskowy poza Armią Sowiecką wystawiło Ludowe Wojsko Polskie. Było to 25 tysięcy żołnierzy wyposażonych w ponad 600 czołgów i ponad 500 pojazdów opancerzonych. Dla porównania kontyngent węgierski i bułgarski to było zaledwie po kilkuset żołnierzy.

dr Krzysztof Brożek (w 1968 roku lekarz pogotowia ratunkowego w Rybniku): Byłem na dyżurze i obudził mnie szum pracy silników. Patrzę się, a tam ciągną dziesiątki a może i setki, nie liczyłem, samochody z cysternami.

Jerzy Kronhold (student w 1968 roku): 20 sierpnia wieczorem usłyszałem charakterystyczny dźwięk, zobaczyłem... Czołgi przejeżdżają ulicami Cieszyna. Niszczą i demolują krawężniki. Przejeżdżają most na Olzie, na drugą stronę. Czesi nie chcą otworzyć szlabanu, więc czołgi wtaczają się na tę drugą stronę, łamiąc szlaban jak zapałkę.

dr Andrzej Grajewski: Oczywiście ja miałem wtedy niecałe 14 lat, ale bardzo dobrze orientowałem się w tych wydarzeniach, ponieważ rodzice nagminnie słuchali "Wolnej Europy". I pamiętam, że ojciec w bardzo surowych słowach potępiał to, co tam się wtedy dzieje. A ja w tym czasie byłem u dziadków w Bielsku-Białej. I doskonale pamiętam moment, kiedy siedzieliśmy na stadionie BKS-u i po prostu nagle cała ława samolotów pojawiła się, lecąc w stronę Czechosłowacji. I muszę powiedzieć, że powiało grozą.

prof. Grzegorz Opala (w 1968 roku student Śląskiej Akademii Medycznej): Było gorąco, spaliśmy przy otwartym oknie. Ale już po czwartej nie dało się spać, bo jednostajne buczenie, które żeśmy słyszeli spowodowało, że w którymś momencie no już nie wiedząc, co ze sobą robić, ubraliśmy się i zeszliśmy na dół. Jak zeszliśmy na dół, dowiedzieliśmy się, że akademiki są otoczone, że stoi czołg, że są posterunki wystawione. Oczywiście poszliśmy zobaczyć. No oczywiście są Rosjanie. Są Rosjanie, z nikim nie rozmawiają. Czesi próbują z nimi dyskutować, wskazywać, po co oni się tu zjawili i o co chodzi. To jest inwazja, że: "procz wasza armada u nas, procz waszi wojaczi?". To tak jak jeszcze pamiętam, brzmią mi te teksty. "Jsme bratcy ne?", z lekkim sarkazmem. Jacy to niby bracia nas tutaj odwiedzili czy nawiedzili.

Jerzy Kronhold (student w 1968 roku): Ciekawe są epizody odnotowane wtedy w różnych punktach miasta. Na przykład w Cieszynie na Placu Teatralnym przez długi czas widać było uszkodzony pojazd gąsienicowy, ale także widać było na tym samym placu płaczącego młodziutkiego żołnierza, który zgubił broń. Opowiadał mi jeden z braciszków w klasztorze bonifratrów w Cieszynie, że wtargnęli tam oficerowie rosyjscy i zażądali alkoholu, ponieważ w ich mniemaniu klasztor to jest miejsce, gdzie w piwnicach muszą być beczki z winem, albo jakimś innego rodzaju mocniejszym alkoholem. No, ale przeor im to wyperswadował i wówczas jeden z tych oficerów wyciągnął z kabury rewolwer, wymierzył ten pistolet w krucyfiks i powiedział: "Niech mi ta ręka uschnie, jeśli on zmartwychwstał".

płk Tadeusz Oratowski (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Kiedy otrzymałem sygnał ze sztabu dywizji, że jest ogłoszony alarm dla batalionu czołgów, nie spodziewaliśmy się, w ogóle nie przyjmowaliśmy do świadomości tego, że nas czołgistów mogą gdzieś ruszyć z tego garnizonu. Nie, dlatego że byliśmy nietykalni, tylko po prostu mieliśmy sprzęt zdezelowany z II wojny światowej, T-34. W moim plutonie miałem dwa tak zwane "berliniaki". Jeden miał przestrzelony właz mechanika kierowcy a drugi miał podziobany pancerz boczny. W 1968 roku był przewidywany do wymiany, ale to zostało zatrzymane z chwilą, kiedy się zaczęła ta dziać historia w Czechosłowacji.

Jacek Zommer (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): W porze obiadowej rozległ się alarm. Na zainstalowanym urządzeniu na kuchni świeciły się trzy lampy o zagrożeniu chemicznym, bojowym i ogniowym. Zauważyliśmy, że pod budynkiem sztabu gromadzi się bardzo dużo oficerów. Udaliśmy się do kompanii swoich i tam już widać było, że szef kompanii wydaje broń, wydaje maski. Zasugerowano nam, że coś się dzieje w Czechosłowacji, że jedziemy z bratnią pomocą, że jakieś elementy kontrrewolucyjne atakują z bliżej nieokreślonego kierunku. Było podejrzenie, że może gdzieś z Niemiec. Ale zacząłem wtedy już myśleć, czy przypadkiem to nie ma związku właśnie z tymi wydarzeniami na Czechosłowacji, kiedy chcą po prostu troszkę życie społeczne inaczej ułożyć, prawda.

płk Tadeusz Oratowski (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Wysłuchałem w radiu, że nasze wojska wkroczyły do Czechosłowacji. Bo to było w nocy dwudziestego pierwszego. Przed północą już tam byli. I pierwszy dziennik radiowy po północy właśnie tę wiadomość nam przykazał. Gdy przyszła ta komenda alarm z wyprowadzeniem do rejonu alarmowego, no to wtedy dreszcze po skórze zaczęły. Już człowiekowi zaczęła pracować wyobraźnia. Pojedziemy gdzieś, no nie wiadomo, co to może być dalej.

Jacek Zommer (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Niektórzy nadrabiali miną, że jest wszystko dobrze, natomiast inni byli też spanikowani, szczególnie młodzi żołnierze.

prof. Krystyna Heska-Kwaśniewicz (Uniwersytet Śląski): W 1968 roku spędzałam wakacje w Buczkowicach koło Szczyrku i wróciłam do Katowic wcześniej. Z moją przyjaciółką już nieżyjącą, Teresą Michalewską, umówiłyśmy się w rynku na kawę. W Buczkowicach miałam ograniczony dostęp do mediów i nie wiedziałam w ogóle, co się dzieje. A na rynku zobaczyłem dość dużo ludzi. Szli w ogromnym pośpiechu, przystawali grupkami i usłyszałam, że coś mówią o poborze do wojska. Ale przecież nie było żadnej wojny. A potem jeszcze usłyszałam, że kupują cukier, idą do sklepów spożywczych. I rzeczywiście jak się patrzyło w ten tłum, widać było, że wychodzą ludzie z wieloma kilogramami cukru.

płk Tadeusz Oratowski (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Kolejarze przekazali nam wiadomość, że nie są w stanie ściągnąć z całej tej wrocławskiej DOKP, takiej liczby platform kolejowych, więc trochę nam się do przedłużało. I ładowaliśmy czołgi w ciemną, granatową noc z piorunami, z burzą. Gdzieś tam walnął piorun w stację transformatorową i przy tych latareczkach tylko wprowadzaliśmy czołgi na platformę ze strachem w oczach, bo czołgi miały przekroczoną skrajnie, czyli czołg był szerszy niż platforma kolejowa. I najmniejszy błąd przy wprowadzaniu, to kończył się tym, że czołg spadał z platformy, na plecy się walił i było koniec.

Jacek Zommer (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Co było zastanawiające, że wszystkie wyjazdy, jakie się kiedyś odbywały w jednostce, odbywały się tylko czołgami eksploatacyjnymi. To były takie czołgi, które były przygotowane do jazdy w terenie, do zużycia praktycznie. Natomiast tym razem wyjeżdżała cały jednostka, łącznie z nowiutkimi czołgami, które miały przebieg tylko może kilkunastokilometrowy.

płk Tadeusz Oratowski (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Nie jechałem żadnym ekspresem z taką prędkością, jak wtedy jechaliśmy do Czechosłowacji. Raz tylko stanęliśmy na górce rozrządowej pod Wrocławiem, żeby wojsku wydać gorący posiłek. I następny przystanek, to był już w Kamiennej Górze.

Jacek Zommer (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Po rozładunku w Bystrzycy Kłodzkiej, przejechaliśmy drogą w kierunku granicy i zatrzymaliśmy się na krótko w miejscowości Długopole. Przez całą drogę miejscowa ludność bardzo witała nas z łzami w oczach. Podawała nam kwiaty, owoce, po prostu czuła, że my idziemy na wojnę. Nawet my nie mieliśmy takiej świadomości, że to tak mogło być.

dr Wojciech Beblo: Ktoś przybiegł do schroniska na Murowańcu i mówi: "Słuchajcie uciekamy, bo będzie wojna atomowa. Wojska Paktu Warszawskiego wkroczyły do Czechosłowacji". Jedyna rada, żeby uniknąć efektu ewentualnego wybuchu jądrowego, to jest Jaskinia Magurska. To niedaleko Hali Gąsienicowej. Więc wszyscy ludzie, którzy byli w Murowańcu, w Betlejemce, w Księżówce, takim sznurem udawali się w kierunku Przełęczy między Kopami. I tam z tej przełęczy trawersem w kierunku Kopy Magury i myśmy wszyscy wleźli do tej Jaskini Magurskiej, żeby przeczekać wybuch jądrowy. A ktoś stał na zewnątrz i wypatrywał, czy ten rozbłysk nastąpi, czy nie. Ale myśmy byli autentycznie wystraszeni. Ja teraz z perspektywy czasu, to wszystko oceniam jako histerię i nadmiar emocji, ale tak to było. To skoro tego wybuchu jądrowego do rana nie było, no to wróciliśmy do Murowańca. Koledzy z Tatrzańskiego Parku Narodowego powiedzieli: "Słuchajcie, jak chcecie zwiedzić słowacką stronę Tatr, to to jest jedyna szansa, bo czechosłowaccy strażnicy są skoszarowani i nie patrolują w górach". Weszliśmy na Cubrynę i rzeczywiście tak zwanych "filańców" nie widzieliśmy. I takie wspomnienie mam, jak siedzimy sobie na przełęczy pod Zadnim Mnichem i zastanawialiśmy się: I co dalej.

płk Tadeusz Oratowski (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Dojeżdżamy do Lubawki, gdzie było przejście graniczne, mam to przed oczami, jak dzisiaj widzę. W tym miejscu, gdzie była komora celna i tam straż graniczna czeska urzędowała, na ławce siedział jeden czy dwóch celników tych czeskich, po boku żołnierze rosyjscy, na poboczu stał czołg rosyjski. Szlaban oczywiście był tam gdzieś wyłamany i leżał sobie w rowie. I tak utkwił mi w pamięci wzrok taki niezwykle smutny tych Czechów, którzy siedzieli i obserwowali jak taka masa żelastwa się tam wlewa do ich kraju, masa ludzi, masa sprzętu wojskowego. A oni siedzą bezradni i nic nie mogą zrobić. Na tej drodze bez przerwy obserwowaliśmy na asfalcie były wypisane takie: "Leninie obudź się, zobacz, co te twoje pachołki robią".

Jacek Zommer (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Przejazd był na drodze takiej, że dwa samochody by chyba miały problem się nawet zmieścić. Jakaś musiała być boczna droga. Słychać było, że dowódcy się porozumiewają między sobą i mówią, że Czesi zrobili jakąś dywersyjną robotę, bo były drogowskazy poprzewracane lub zmieniony kierunek i mieli problem z właściwą jazdą.

płk Tadeusz Oratowski (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Najtrudniejszym dla nas momentem, to był przejazd przez Jiczyn, przez miasteczko, gdzieś około północy. A na ulicach tłumy ludzi, jakieś transparenty, jakieś tam krzyki. W pewnym momencie z tłumu wyskoczył jakiś chłopak z butelką z płynem zapalającymi prawdopodobnie. I taki zamach zrobił, chciał rzucić na transmisję czołgu tę butelkę. Ale kolega ten, który to zauważył, wyskoczył z samochodu, złapał pistolet i po prostu... No panowie taka jest zasada na wojnie: "Jak nie ja jego, to on mnie". Gdyby temu chłopakowi udało się rzucić, załoga by się upiekła tam w tym czołgu. A temu koledze z kompanii remontowej było bliższe życie jego kolegów, jak tam jakiegoś Czecha. Może to nieładnie brzmi, może niehumanitarnie, ale takie są prawa wojny. No myśmy byli na wojnie, bo nikt nie wiedział, o co tam chodziło. I ludzie jak zobaczyli, że to już nie przelewki, tego chłopaka ktoś tam z tyłu złapał za pasek od spodni i go wciągnęli z powrotem w tłum.

Jacek Zommer (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Z samego rana, to już był wczesny świt, dojechaliśmy do miejscowości Żamberk lub Zamberk, jak mówili. Było to wzgórze oddalone jakieś kilka kilometrów od miejscowości Żamberk. Na obozowisku, gdzie stacjonowaliśmy, zobaczyliśmy, że jest sporo wojska "czerwonych beretów" z 6. Pomorskiej Dywizji Powietrznodesantowej. Od żołnierzy mogliśmy się dowiedzieć, że w tym czasie przez miesiąc mieli szkolenie na Mazurach a dokładnie w Szymanach. I to właśnie oni pierwsi ruszyli w kierunku granicy i wyprzedzili po prostu nasz przyjazd, po prostu zabezpieczali wtedy. I od nich się dowiedzieliśmy, że to jakie plany przygotowali dla nich, to w przypadku jakiegoś konfliktu praktycznie to by byli mięsem armatnim. Oni mieli działać po prostu w walce wręcz, po prostu ci żołnierze byli wystawieni na najcięższą próbę.

płk Tadeusz Oratowski (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Naszym zadaniem, tam już postawiono nam, że jest ochrona pasa startowego i tych jednostek Wojsk Lotniczych Armii Radzieckiej, które tam stacjonują. Wzdłuż tego pasa startowego były rozstawione zbiorniki paliwowe dla tych wszystkich samolotów rosyjskich, które tam bazowały, takie gumowe bańki po 60 tysięcy litrów każda.

Jacek Zommer (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Koledzy z "czerwonych beretów" opowiadali o kilku incydentach, jakie miały miejsce właśnie w Czechosłowacji, że jadąc SKOT-ami zostali ostrzelani również przez SKOT czeski, że próbowali go gonić i co było dziwne, że ten SKOT jechał w miejsce zgrupowania Rosjan. Sami wleźli w łapy ruskich. Czy to nie byli Czesi, czy ktoś próbował stworzyć jakąś prowokację? To było bardzo dziwne.

dr Łukasz Kamiński (historyk, Uniwersytet Wrocławski): Polscy żołnierze zajęli teren około 20 tysięcy kilometrów kwadratowych. Najważniejszym z zajętych przez nich miast było Hradec Kralove. Zadaniem polskich żołnierzy było przede wszystkim blokowanie koszar czechosłowackiej armii a także służba patrolowa. Jednostki specjalne uczestniczyły w likwidacji niezależnych rozgłośni radiowych, które działały w pierwszych dniach po interwencji, odgrywając ważną rolę w podtrzymywaniu oporu Czechów i Słowaków.

Jerzy Kronhold (student w 1968 roku): Nieustannie słuchałem wtedy radia czeskiego, bo Czesi w jakiś sposób, przynajmniej media czeskie, przygotowane były na to. W ten sposób, że miały ruchome wozy transmisyjne i mogły gdzieś nadawać wiadomości w ruchu. Słyszało się na przykład taki komunikat: "Hlasi se svobodna wysylacka stredni Czechy".

prof. Grzegorz Opala (w 1968 roku student Śląskiej Akademii Medycznej): Każdy Czech miał radio. Tranzystorowe radia, które nosili prawie wszyscy przy uchu, bo telewizję zajęli stosunkowo szybko, ale radiostacji nie, bo jak zlikwidowali jedną, to nadawała druga. Jeśli chodzi o Rosjan, którzy byli zarówno czołgistów, jak i rozstawionych, byli oni z wyraźnym wyglądem niezwykle zmęczonych, niewyspanych. Część wyglądało na skośnookich. Nie podejmowali żadnej rozmowy mimo tego, że w paru tych momentach, które mogliśmy widzieć, Czesi bardzo tak zdecydowanie ich nawet prowokowali do przynajmniej odezwania się.

płk Tadeusz Oratowski (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Jak gdzieś tam nam wypadło miejsce zatrzymania kolumny, to natychmiast się zjawiali wokół czołgów młodzi ludzie zwykle. I nam takie jakieś tam broszury informacyjne wręczali. Pokazywali zdjęcia z Pragi, gdzie tam Rosjanie, no strasznie zmaltretowali, te całe Vaclavske Namesti i tam inne te ulice. Czołgami się wpychali do tyłu w witryny sklepów. No pokiereszowane to było strasznie. Jakieś tam poburzone kamienice nawet. No widok był naprawdę nie tego. Jaka mogła być reakcja z naszej strony? No gdzieś tam w duchu człowiekiem im przyznawał rację.

prof. Grzegorz Opala (w 1968 roku student Śląskiej Akademii Medycznej): Wszystkie stacje benzynowe zamknięte. Wszystkie zbiorniki Czesi opróżnili. Pozdejmowali nazwy ulic. My poruszaliśmy się według prostych schematów, kierunki świata i byliśmy blisko Vaclavskich Namesti , gdzie w pewnym momencie usłyszeliśmy strzelaninę. Kiedy doszliśmy do Vaclavskich Namesti, to już karetki jechały, już karetkami zabierano tych wszystkich rannych czy zabitych. Nie potrafię dzisiaj skali tego powiedzieć. Byliśmy świadkami, tam też stał czołg, tam zaczęto wchodzić na ten czołg, zaczęto jak gdyby oswajać tę całą sytuację inwazyjną.

Jacek Zommer (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Wydaje mi się, że cała zasługa tego, że nie doszło do czegoś większego, to chyba była wypowiedź prezydenta Svobody, które powiedział, żeby wojsko nie próbowało atakować, ani stawiać oporu. Bo gdyby stawiali opór, to mogłoby się to całkiem inaczej skończyć.

Jerzy Kronhold (student w 1968 roku): W Cieszynie zatrudniono nauczycieli i użyto do powitań tych wojsk radzieckich dzieci z goździkami witały. Witały bohaterską Armię Radziecką.

dr Andrzej Grajewski: Incydent, który zapamiętałem z takich rodzinnych rozmów, to spotkanie z przyjacielem domu, takim inżynierem górnictwa z Murcek, który jednocześnie był działaczem partyjnymi. I on opowiadał o jakimś okropnym wstydzie z jakim brał udział w manifestacji w Ostrawie. Zostali tam zwiezieni autokarami i żeby było śmiesznie robili za Czechów. Ponieważ mieli w ręku tabliczki wypisane w języku czeskim, które witały armię wyzwoleńczą i popierały tę interwencję. I mówił o tym z głębokim wstydem, no ale jako członek partii brał w tym udział.

Jerzy Kronhold (student w 1968 roku): Mam takie podejrzenie, że wielu Cieszynian miało nadzieję, że dzięki Armii Radzieckiej, Zaolzie wróci do Polski. Ja tak przypuszczam, że wielu ludzi witających z radością i z satysfakcją tych żołnierzy, to było zadziwiające, podejrzewam, że to wynik oczywiście tej traumy z 1919 roku, związanej z podziałem Śląska Cieszyńskiego, że w części Cieszyniaków, przynajmniej tych, których ja widziałem wiwatujących na ulicach, właśnie się budził taki odruch radości: A niech im się dostanie za wszystko.

dr Krzysztof Brożek (w 1968 roku lekarz pogotowia ratunkowego w Rybniku): Tak się składa, że mam zaolziańskie korzenie. Mój ojciec urodził się w Karwinie, ale nie przypominam sobie, żeby Polacy mieli satysfakcję. Było współczucie, współczucie dla Czechów.

dr Łukasz Kamiński (historyk, Uniwersytet Wrocławski): Inwazja na Czechosłowację diametralnie zmieniła podejście społeczeństwa polskiego do wydarzeń za południową granicą. Przede wszystkim pojawiła się fala ogromnej sympatii do Czechów i Słowaków, których od tego momentu zaczęto postrzegać, jako tych, którzy mieli odwagę, aby przeciwstawić się wszechpotężnemu Związkowi Sowieckiemu.

dr Grzegorz Majchrzak (historyk, Instytut Pamięci Narodowej): Jeśli się spojrzy na skale protestów w sierpniu i kolejnych miesiącach, jest ona zaskakująca. Bo co się okazuje? Mamy dwa razy więcej ulotek niż w marcu 1968. Mamy dwa razy więcej napisów niż w marcu 1968. Skala tego zjawiska jest na tyle poważna, że wiceminister Spraw Wewnętrznych mówi w przypadku napisów, że to zupełnie nowe, wcześniej niewystępujące zjawisko. W przypadku ulotek nakazuje urządzać zasadzki w miejscach, gdzie one mogą być najczęściej rozrzucane.

Mirosław Chojecki (w 1968 roku student usunięty z uczelni za udział w strajku na Politechnice Warszawskiej): Już początek września 1968 roku z Jackiem Jakubowskim rozklejaliśmy takie małe fotograficzne ulotki, protestujące przeciwko inwazji w Czechosłowacji. I te ulotki naklejaliśmy w tramwajach, autobusach. No było tak, że jeden z nas kleił a drugi go asekurował. Nic się nie działo i właściwie prawie wszystkie ulotki, nie było ich dużo, z pięćdziesiąt może, rozkleiliśmy i wracaliśmy do domu. Tuż przed moim budynkiem, przed klatką schodową nagle zauważyliśmy samochód hamujący z piskiem opon i wyskakujących z niego kilku ludzi. Rzuciliśmy się do ucieczki. No, gdyby ten samochód zahamował 5 sekund później, bylibyśmy już na klatce schodowej, ale mieliśmy szczęście. Zaczęliśmy uciekać. No byliśmy wtedy jeszcze bardzo młodzi, w porównaniu z tymi starszymi panami, którzy nas gonili, no mieliśmy nad nimi pewną przewagę.

dr Grzegorz Majchrzak (historyk, Instytut Pamięci Narodowej): Pokutuje taki mit, że Polacy masowo poparli inwazję na Czechosłowację. Jest to nieprawda. Polacy w większości byli przeciwni interwencji. Oczywiście nikt wtedy nie prowadził badań, które by pokazały stopień poparcia, stopień sprzeciwu wobec inwazji. Natomiast zachowały się bezcenne listy do polskiego radia i telewizji, w których widać stosunek Polaków do inwazji. I co się okazuje? Ponad 70% Polaków było jej przeciwnikami, niespełna 30% opowiadało się za nią. Tu w tym drugim przypadku decydował czynnik obawy przed rzekomym zagrożeniem niemieckim. Paniczna wręcz obawa przed powtórzeniem września 1939 roku, okupacji niemieckiej.

płk Tadeusz Oratowski (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Taki też epizod się zdarzył, że jechali samochodem ciężarowym, Rosjanie, załadowanym jakimś tam ekwipunkiem wojskowym i coś im się zepsuło. No i zatrzymali czeską Tatrę, taki duży samochód ciężarowy i kazali Czechom przeładować ten swój towar na ich samochód. Po czym ten podoficer, który tam był dysponentem wyjął pistolet, podszedł do tego swojego, strzelił w zbiornik. Samochód stanął w płomieniach a oni wsiedli w ten czeski pojazd i sobie pojechali. No i takich zdarzeń było naprawdę dużo. Nie było takiej bezpośredniej niechęci do Polaków na terenie Pragi.

prof. Grzegorz Opala (w 1968 roku student Śląskiej Akademii Medycznej): Chociaż już w drugim dniu wyglądało to coraz gorzej, bo docierały informacje z tego ich nasłuchu, że zaraz, zaraz, to nie są tylko Rosjanie. To są Polacy, to są NRD-owcy, tam są Węgrzy. W związku z tym, to również tworzyło te same pytania, które mógłbym powtarzać. Oni je kierowali do Rosjan a potem kierowali do nas. "Procz wasza armada u nas, procz waszi wojaczi, a jsme bratcy, ne?" Natomiast, co nam pomagało? Przywołanie w każdej takiej rozmowie, że no nie jesteście pierwsi w tej relacji. Nasi studenci, jesteśmy studentami, my w marcu 1968 roku strajkowaliśmy, protestowaliśmy przeciwko władzy komunistycznej. Czy wy cokolwiek wiecie na ten temat? Wielu z nich w ogóle nie widziało.

dr Grzegorz Majchrzak (historyk, Instytut Pamięci Narodowej): Z powodu protestów przeciwko inwazji na Czechosłowację, czy też wyrażania solidarności z Czechami i Słowakami, zatrzymano ponad 100 osób. Kilkaset osób miało przyjemność wątpliwą rozmów ostrzegawczych. Kilkadziesiąt osób aresztowano. I wyroki wydawałoby się niewysokie, do 3 lat więzienia. Ale tu przytoczę tylko jeden przypadek, studentki Uniwersytetu Jagiellońskiego, Joanna Helander, która wówczas miała 20 lat. Ona z siostrą i koleżanką wywiesiła plakat w akademiku o treści: "Moskale, ręce precz od Czechosłowacji". Ten plakat wisiał 10 minut, bo społeczny opiekun tego akademika doniósł na nią. I ona za wywieszenie tego plakatu otrzymała 10 miesięcy więzienia, czyli za każdą minutę swojego protestu przesiedziała miesiąc. Mało tego, po zwolnieniu z więzienia, została zawieszona w prawach studenta. Ona nigdy uczelni nie skończyła. Wyjechała z Polski do Szwecji. Dziś jest uznaną plastyczką.

dr Łukasz Kamiński (historyk, Uniwersytet Wrocławski): Na udział Ludowego Wojska Polskiego w interwencji patrzono przede wszystkim jako na powód do wstydu. Odwoływano się do historycznego hasła walki: "Za wolność waszą i naszą". Gorzko mówiono, że teraz Polacy walczą za waszą i naszą niewolę.

Andrzej Rozpłochowski (w 1968 roku elew podoficerskiej szkoły zawodowej): Oczywiście były pogadanki polityczno-wychowawcze. Pamiętam takiego porucznika Gornata, to był zastępca dowódcy kompanii do spraw politycznych. Taki przystojniaczek wymuskany o czysto stalinowskiej duszyczce. I takim charakterku, takiego słodziutkiego łobuza, który nam z kamienną miną próbował wyjaśniać, że to wszystko jest w porządku, co się odbyło i tak dalej, że wasi rówieśnicy tam spełniają misję pokojową, utrzymania pokoju, demokracji i tak dalej.

Jacek Zommer (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Podczas zaprawy porannej w lesie znajdowaliśmy masę ulotek. Ulotki o treści: "wyjeżdżajcie, bo jesteście tu nieproszeni", "wracajcie do Warszawy, bo w Warszawie już Rosjanie okupują Polskę". Jeszcze mogę wspomnieć o takim incydencie, kiedy pobieraliśmy wodę do kuchni, jednego dnia wystąpiło bardzo duże zatrucie właśnie w obozowisku. Wszyscy podejrzewali, że być może ktoś z prądem rzeki puścił może coś takiego, że spowodowało jakieś niestrawności wśród żołnierzy.

płk Tadeusz Oratowski (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Zdarzyły się parę razy takie różne sytuacje, że ktoś przeciął kabel energetyczny, który zasilał tę jednostkę lotniczą na pasie startowym. I przecięcie tego kabla spowodowało, że wszystko zostało unieruchomione. A ponieważ to się znajdowało w sektorze naszej odpowiedzialności, więc trochę nam się tam zebrało. Były też inne różne takie epizody, na przykład Czesi ustawili nam takie gigantofony Tesli i całodobowo nam fundowali wycie psa. To takie psychologiczne tam tego, ale myślę, że to każdemu by siadły nerwy, jakby coś takiego miał wysłuchać. No, ale ci Rosjanie, którzy byli na lotnisku, szybko się z tymi gigantofonami uwinęli.

Jacek Zommer (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Z Czechami dopiero mieliśmy przyjemność poznać się może po 4-5 dniach w obozowisku, kiedy przyjechali jacyś przedstawiciele władz z Żamberka. A później przychodziła młodzież czeska do nas. No i żeby uspokoić, że my tak samo nie jesteśmy tu agresorami, rozdawaliśmy im różne pamiątki. Mogli się pobawić rozładowaną bronią, żeby im coś nie groziło. Mogli sobie iść do czołgów. Mogli poznać całe takie życie obozowe. Innych kontaktów z ludnością nie mieliśmy poza tym, że chyba to była jednostka w Rychnowie, tam gdzieś w porozumieniu z kadrą czy z miejscowymi władzami, umożliwiono nam się wykąpanie, wreszcie chyba po dwóch tygodniach.

dr Łukasz Kamiński (historyk, Uniwersytet Wrocławski): Największa tragedia związana z udziałem jednostek Ludowego Wojska Polskiego w inwazji na Czechosłowację wydarzyła się 7 września 1968 roku w Jiczynie. Wówczas to pijany polski żołnierz zabił dwie osoby, kilka innych ciężko zranił. Sprawca tego morderstwa został skazany na karę śmierci. Później ułaskawiony za dobre sprawowanie w więzieniu, został na początku lat 80. zwolniony. To do nas dotarło, ta informacja, było bardzo to nagłośnione. W tamtych czasach nie było w jednostkach ani psychologów, ani psychiatrów. Nikt tych żołnierzy nie badał podczas komisji lekarskiej na poborze. I dostawał się do wojska różny element niezrównoważony.

dr Grzegorz Majchrzak (historyk, Instytut Pamięci Narodowej): Zdarzały się przypadki poparcia dla Czechów i Słowaków na terenie Czechosłowacji. To były dwie grupy. To byli Polacy, którzy pracowali w Czechosłowacji i Polacy, którzy mieszkali w tym kraju. Polacy, którzy mieszkali w Czechosłowacji, taki dla mnie najbardziej niezwykły jest przypadek z Jiczyna. Jiczyn kojarzy się wszystkim, jeżeli chodzi o inwazję na Czechosłowację, z pijanym szeregowcem Dorną, który otworzył ogień i zabił dwoje Czechów. W tym mieście dwa tygodnie wcześniej panie Willas i Moryń wystąpiły w jednej z czechosłowackich niezależnych rozgłośni z apelem do polskich żołnierzy, żeby ci nie brali udziału w interwencji. W miejscowości Zamberk Polki z własnej inicjatywy brał udział w budowie barykad i zapór. Polacy kolportowali ulotki z Czechosłowacji. Przewozi ulotki, prasę czechosłowacką do Polski, kolportowali je. Mieszkańcy jednej z pogranicznych miejscowości, Polacy, zorganizowali akcję zbierania podpisów przeciwko inwazji na Czechosłowację.

dr Andrzej Grajewski: Taką zapomnianą ofiarą 1968 roku jest jednym z liderów polskiej mniejszości na Zaolziu, Henryk Jasiczek. Ocenia się, że to najwybitniejszy polski poeta zaolziański XX wieku. Był on zresztą członkiem Partii Komunistycznej Czechosłowacji. W 1968 roku był on szefem Sekcji Oświatowo-Literackiej Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego. Zdecydowana większość Polaków popierała Dubczeka. I w tych zmianach, które się dokonywały w Czechosłowacji widziała również szansę dla siebie. Był na pewno liderem opinii. On przeżył straszny wstrząs, kiedy wjechały tu między innymi polskie czołgi. I on z grupą działaczy pojechał do polskiego sztabu, który stacjonował pod Hradec Kralove, aby wyrazić protest przeciwko udziałowi Polski w tej agresji. Jasiczek zapłacił za swój protest największą cenę spośród liderów polskiej społeczności na Zaolziu, ponieważ w 1970 roku został wyrzucony z partii i usunięty ze wszystkich miejsc w pracy, co więcej, został objęty zakazem publikacji. Nie tylko w Czechosłowacji, ale również w Polsce. Był bezrobotny, żył w nędzy. W końcu znalazł pracę jako korektor w którymś tam z wydawnictw w Czeskim Cieszynie. A tym, co go przebiło najbardziej to to, że władze polskie odmówiły mu przepustki granicznej i nie mógł odwiedzić swojej rodziny po polskiej stronie. Zmarł, wszyscy mówią, że on zgryzoty, od zmartwienia w 1976 roku. I w grudniu był jego pogrzeb w Czeskim Cieszynie, to była milcząca, ale bardzo wymowna manifestacja. I to była jakby również polska ofiara tego 1968 roku.

Jacek Zommer (uczestnik interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku): Była możliwość, że mogłem wyjechać z "czerwonymi beretami" na patrol. Patrole odbywały się dwoma, trzema gazikami. Na pustych drogach nie spotykaliśmy ludzi, jadąc patrolem. Ale w miastach, jak w Hradec Kralove, gdzie było bardzo dużo ludzi, widać było, że nie wszyscy przychylnie patrzyli na nas. Odwracali głowy, pluli, dziewczyny zadzierały spódnice, wypinały się. No nie był to przyjemny widok.

dr Łukasz Kamiński (historyk, Uniwersytet Wrocławski): Najbardziej dramatyczną formy sprzeciwu wybrał Ryszard Siwiec, 59-letni były żołnierz Armii Krajowej z Przemyśla. Postanowił on poświęcić własne życie po to, aby z jednej strony zaprotestować przeciwko interwencji, ale z drugiej też poderwać Polaków do oporu wobec komunistycznego zła. 8 września 1968 roku na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie, w obecności 100 tysięcy ludzi i najwyższych władz partyjnych i państwowych, zgromadzonych na ogólnopolskich dożynkach, oblał się rozpuszczalnikiem i podpalił. Wcześniej rozrzucił ulotki, krzyczał: "Protestuję!". Zmarł 4 dni później.

dr Grzegorz Majchrzak (historyk, Instytut Pamięci Narodowej): Paradoks tej sytuacji polega, że ten jego czyn przez wiele lat był nieznany, zapomniany. Polacy owszem, czcili osobę, która dokonała samospalenia, ale to był czeski student Jan Palach ze stycznia 1969 roku.

dr Łukasz Kamiński (historyk, Uniwersytet Wrocławski): Sprzeciw wobec interwencji wyrazili także polscy intelektualiści. Rozważano pomysł listu otwartego polskich pisarzy do władz, protestującego przeciwko udziałowi PRL w tej inwazji. Jednakże z obawy przed represjami nie zdecydowano się na realizację tego pomysłu. Jerzy Andrzejewski napisał list otwarty do Edwarda Goldstückera, szefa Związku Literatów Czechosłowacji. Wyrażając w imieniu nie tylko polskich pisarzy, ale także wszystkich Polaków swoją solidarność z Czechosłowacją. Podobny list do czeskich i słowackich muzyków wystosował Zygmunt Mycielski, szef Związku Kompozytorów Polskich.

dr Krzysztof Brożek (w 1968 roku lekarz pogotowia ratunkowego w Rybniku): Współczuliśmy Czechom, że to się tak skończyło. I dobrze, że nie skończyło się to tak tragicznie, jak na Węgrzech. Bo gdyby zaistniała taka sytuacja jak na Węgrzech, jestem pewny, że Polska krew byłaby oddawana dla Czechów.

dr Andrzej Grajewski: To przełamanie tych wzajemnych niechęć, wrogości, jakie miały miejsce, nastąpiło w 1976 roku w kwietniu, jak w Katowicach były Mistrzostwa Świata w Hokeju na Lodzie. Ja wtedy pracowałem jako przewodnik turystyczny i pilot zarówno z grupami z Czech, Słowacji, jak i z grupami ze Związku Sowieckiego. No Czesi opowiadali po prostu, co się wtedy stało. Byli dumni z tego zwycięstwa, które wkrótce po tej agresji odnieśli w Wiedniu. Też był taki głośny mecz, gdzie wygrali 3:2 w takim dramatycznym, gdzie krew się lała na lodzie. I wtedy, po całej Czechosłowacji były napisy na murach: "3:2 bez tanków". Proszę sobie wyobrazić Spodek, to jest 17 kwietnia, jest mecz Czechosłowacja - Związek Sowiecki, który był chyba mistrzem świata. I cała sala, cały Spodek, jak jeden mąż, dopinguje reprezentację Czechosłowacji. Ci Rosjanie, z którymi tam byłem, byli zaszokowani. Dlaczego wy nas tak nie lubicie? Dlaczego wszyscy są przeciwko nam? Oni tego nie mogli zrozumieć. A ja mówię: "No, są przeciwko wam, dlatego że w 1968 roku napadliście na Czechosłowację. I ta sympatia była. Potem rozmawiałem też z Czechami a oni byli też wzruszeni. I ja myślę, że jeżeli nastąpił taki pierwszy moment pojednania, to był ten mecz w Katowicach, gdzie ta sympatia polskich kibiców poniosła reprezentację Czechosłowacji do zwycięstwa, które otwarło im drogę do Mistrzostw Świata. I Polacy już potem im stale kibicowali. W tym kibicowaniu można było się doszukać takiej formy ekspiacji za niepopełnione winy, bo przecież to nie społeczeństwo decydowało o tym, że wojska polskie wzięły udział w operacji "Dunaj".

dr Łukasz Kamiński (historyk, Uniwersytet Wrocławski): Kwestią wzajemnych relacji Polaków, Czechów i Słowaków w roku 1968 zajmuję się już od wielu lat. I patrząc z tej perspektywy na wydarzenia sprzed półwiecza, sądzę, że płynie z nich jeden podstawowy wniosek, że można przełamać historyczne uprzedzenia. Można przełamać także skutki wieloletniej propagandy, która ustawia narody przeciwko sobie. I mimo trudnego bagażu historii można i przede wszystkim warto okazywać sobie wzajemną solidarność.

dr Andrzej Grajewski: Sierpień 1989 roku, kiedy już w nowych warunkach żeśmy zorganizowali w ramach solidarności polsko-czechosłowackiej, przede wszystkim Janusz Okrzesik oraz Jurek Kronhold i grupa ludzi z Cieszyna, zorganizowała duży wiec w centrum miasta pod hasłem: "Nigdy więcej bratniej pomocy". I tam na rynku cieszyńskim przyszłego naprawdę, myślę, że kilka tysięcy ludzi. Przyjechali już nowo wybrani parlamentarzyści z Solidarności. I jeżeli w sierpniu 1968 roku te nastroje były różne, wobec tych czołgów naszych i sowieckich, które przekraczały tak granice, to w sierpniu 1989 roku już były zupełnie jednoznaczne. Po tym wiecu żeśmy poszli nad zamkniętą wtedy granicę i po drugiej stronie były grupy czeskich dysydentów, które tylko żeśmy się pozdrawiali poprzez Olzę, która jeszcze była granicą, która nas udzieliła. Ale to już było niedługo do jej otwarcia i do tego, żeby sytuacja się już stała zupełnie normalna.

Jerzy Kronhold (student w 1968 roku): Ja zawsze myślałem, że ta granica powinna być otwarta i ona jest dzisiaj otwarta. I żeby ustały konflikty, żeby zagoić rany, należy otwierać granice. Ja przechodząc na drugą stronę do sąsiedniego państwa, cieszę się tym nieustannie. Ponieważ w młodości tego nie zaznałem. Tego, co zaznaję teraz, że mogę pójść na piwo do drugiego państwa i wrócić z powrotem do Polski. I że to skutek walki tych wszystkich ludzi bezimiennych dzisiaj, którzy poświęcili niekiedy życie, ale niekiedy i coś ważniejszego niż życie w roku 1968.

Dane o obiekcie

Opis

Za waszą i naszą niewolę” to tytuł filmu dokumentalnego mówiący o agresji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację w 1968 roku widzianej z polskiej perspektywy. Film został zrealizowany przez Muzeum Historii Polski i portal historyczny dzieje.pl, reżyserem filmu jest Adam Turula. W dokumencie prezentowane są kulisy i przygotowania poprzedzające inwazję, przebieg interwencji oraz jej reperkusje. Film stara się przedstawić obiektywnie udział w interwencji żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego – nie unikając też epizodów tragicznych i wstydliwych, a także pokazać opór i sprzeciw, jaki interwencja w Czechosłowacji wzbudziła u większości Polaków.

Powiązane Materiały