Wojsko na ulicach. Polska 1981 między strachem a buntem
Muzeum Historii Polski (produkcja);
18/12/2025
Klasyfikacja praw autorskich
Transkrypcja
Stan wojenny, czas próby i desperacji. Ze stanem wojennym wprowadzonym w Polsce 13 grudnia 1981 roku dzieje się to, co z każdym doświadczeniem historycznym dla kolejnych roczników, które nie przeżyły go osobiście, jest faktem pamięciowym, a nie dramatycznym elementem własnej biografii. Socjolodzy zaprzestali badania postaw Polaków wobec grudniowej nocy. Kilkanaście lat temu. Najdłużej do 2016 roku prowadził je CBOS. Ze śmiercią jego architektów, w tym przede wszystkim Wojciecha Jaruzelskiego. W roku 2014 skończyły się manifestacje memoratywne w rocznicę jego wprowadzenia. Coraz rzadziej też zachowania z tamtego czasu wykorzystywane są jako tytuł do chwały lub kompromitacji któregoś z polityków. A jednak było to niewątpliwie jedno z najbardziej dramatycznych polskich doświadczeń ostatnich kilkudziesięciu lat. O gigantycznych konsekwencjach politycznych i bezpośrednich faktyczne, a wkrótce potem formalna delegalizacja Solidarności, jaskrawe ograniczanie swobód obywatelskich, dystans krajów Zachodu przyczyniający się do izolacji PRL na arenie międzynarodowej i dalekosiężnych. Solidarność i inne środowiska dysydenckie przetrwały osiem lat represji, doczekały słabnięcia systemu moskiewskiego i propozycji podjęcia rozmów przez rządzącą krajem bez demokratycznego mandatu PZPR. To, że emocje związane ze stanem wojennym nieco słabną, nie oznacza oczywiście, że nie zadajemy sobie w związku z nimi pytań.
Prawdę mówiąc, najważniejsze zadawane sobie powszechnie w Polsce jeszcze przed jego wprowadzeniem. Brzmiało ono wówczas wejdą czy nie wejdą? I dotyczyło oczywiście ewentualnej interwencji sowieckiej na wzór tej z Czechosłowacji w 1968 roku. Ta groźba się nie spełniła. Nadal jednak podnoszona jest przez historyków kwestia odpowiedzialności za wprowadzenie stanu wojennego. Była ona zresztą kilkakrotnie dyskutowana, również na sali sądowej i scenariuszy alternatywnych, czyli możliwości uniknięcia wypadków. Nadal nie znamy. Czy poznamy pełnej liczby ofiar 13 grudnia? Nadal wypadałoby spytać o rachunek strat gospodarczych, demograficznych i ludzkich. W kolejce stają pytania o szczegółowe okoliczności towarzyszące wprowadzeniu stanu wojennego. Kiedy dokładnie władze podjęły decyzję? Czy mogła na nie wpłynąć postawa Solidarności podczas tak zwanego kryzysu bydgoskiego w marcu 1981, czy nagrania z ostatniego przed 13 grudnia posiedzenia Komisji Krajowej. Zostały zmanipulowane? Równie istotne są pytania o dramatyczną historię lat osiemdziesiątych, o liczne zabójstwa dokonane przez nieznanych sprawców, o rzeczywistych zleceniodawców uprowadzenia i zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki, o stopień zinfiltrowania podziemnych struktur S przez Służbę Bezpieczeństwa. Oto, w którym momencie władze zaczęły przygotowywać się do ponownego podjęcia rozmów, ale też o życie codzienne ludzi Solidarności uwięzionych w obozach internowania i młodszych roczników, angażujących się w tym czasie w walki uliczne.
Stan wojenny formalnie obowiązywał przez kilkanaście miesięcy. Zawieszono go w grudniu 1982, zniesiono w lipcu 1983 roku, ale mówienie o okresie do 1989 jako o dekadzie stanu wojennego, mimo dokonujących się w tym czasie zmian demograficznych i kulturalnych, nie jest nadużyciem. Wstrząs z 13 grudnia mógł zostać zneutralizowany jedynie wydarzeniem o podobnej sile i dynamice, jakim była ponowna legalizacja Solidarności i otwarcie drogi do niepodległości i demokracji dla nowej elity politycznej, uformowanej błyskawicznie w ciągu kilkunastu miesięcy od sierpnia 1980 do grudnia 1981. Stan wojenny był czasem próby zarówno dla tych, którzy trafili do aresztów, więzień i obozów internowania, jak i dla tych, którzy podjęli działania konspiracyjne. Także dla tych, którzy nie podjęli wyzwania. Zdecydowali się na emigrację z kraju lub na życie prywatne. Roczniki o kilka lat młodsze nie stały przed takim dylematem. Dla sporej części, szczególnie w większych miastach, wyborem była radykalizacja polityczna, która w warunkach stanu wojennego i post wojennego oznaczała przede wszystkim udział w demonstracjach ulicznych. Zarówno obozy internowania, jak demonstracje i starcia uliczne były czasem formacyjnym, bardzo dramatycznym, choć czasem nie pozbawionym elementów tragikomedii.
O tym właśnie o życiu codziennym internowanych i demonstrantów usiłujemy dziś opowiedzieć, zastanawiając się, co najmocniej ich kształtowało. 13 grudnia roku pamiętnego. Tak. Wprowadzenie stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku dość powszechnie postrzegano, nie jak kolejne nieznośne posunięcie nielubianych władz, ale jako ostre cięcie, zerwanie stanu względnej normalności, wstrząs porównywalny w poezji, ale i w języku codziennym do wybuchu wojny w roku 1939. Wstrząs tym większy, że w pierwszej chwili okoliczności przejęcia władzy przez Wojskową Radę Ocalenia Narodowego przypominały klasyczny pucz wojskowy. Działanie polityczne w historii Polski, mimo precedensu zamachu majowego z 1926 roku, niemal nieznane i przez to nieoswojone, stosunkowo częste zaś w drugiej połowie XX wieku w krajach Trzeciego Świata. Stąd generała Jaruzelskiego często przyrównywano do głośnego w tym czasie Augusto Pinocheta, Mobutu czy innych brutalnych dyktatorów. W 40 lat później. Emocje oczywiście opadły, choć oceny niewiele się zmieniły w opinii większości Polaków i znakomitej większości historyków. Wprowadzenie stanu wojennego było aktem bezprawia, pociągającym za sobą nie tylko śmierć stu kilkudziesięciu osób i cierpienie wielu tysięcy, lecz w szerszym wymiarze ogromny kryzys społeczny i moralny.
Zwolennicy patosu skłonni są mówić, że 13 grudnia 1981 zamordowano nadzieję. Socjolodzy dopowiadają rzeczowo, że przez wiele lat nie udało się odbudować poziomu zaufania społecznego i gotowości do angażowania się, jaki istniał w okresie karnawału, czyli legalnego istnienia Solidarności od sierpnia do grudnia. Nadal pozostają otwarte pytania o to, w jakim stopniu stan wojenny wprowadzony został pod naciskiem Moskwy, Czy jego wprowadzenie było przesądzone już w dniu podpisania Porozumień Sierpniowych. A przede wszystkim, czy można wyobrazić sobie przebieg wypadków, w którym do Nocy Jaruzelskiej by nie doszło. Jednym z pierwszych posunięć wykonawców stanu wojennego i jedną z najważniejszych operacji podjętych w jego ramach były masowe zatrzymania. Już pierwszej nocy z 12 na 13 grudnia internowano ponad 3 tysiące osób. Łącznie liczba internowanych sięgnęła 10 tysięcy. Miesiące spędzone przez nich w często zaimprowizowanych, zwykle siermiężnych miejscach odosobnienia obfitowały w sytuacje zarówno dramatyczne, jak i komiczne. Dziesiątki tysięcy zwolenników Solidarności, które pozostały na wolności, były gotowe demonstrować swoje przekonania. Lata 1982 83 to okres Najbrutalniejszych i najbardziej masowych w PRL walk ulicznych. O tym wszystkim opowiem w dzisiejszym odcinku podcastu Muzeum Historii Polski.
Zaczynamy! Decyzja. Kiedy zakończył się czas prawdziwego dialogu, porozumienia jak Polak z Polakiem, by przytoczyć emblematyczne słowa Lecha Wałęsy wypowiedziane w jednym z ostatnich dni negocjacji z komisją rządową w Stoczni Gdańskiej, Być może zanim się zaczął w sugestywnej scenie filmowej z Człowieka z żelaza filmu ukazującego przełomowe dni sierpnia 1980 roku, jeden ze szwarccharakteru filmu wykrzykuje Nie są ważne żadne porozumienia zawarte pod naciskiem. Czy taka wykładnia porozumień zawartych na przełomie sierpnia i września w Szczecinie, Gdańsku, Jastrzębiu Zdroju i Dąbrowie Górniczej. Od początku powszechnie obowiązywała w obozie władzy. Tego nie wiemy. Wiemy za to na pewno, że już w trzeci dzień strajków na Wybrzeżu, 16 sierpnia minister spraw wewnętrznych, towarzysz Stanisław Kowalczyk, powołał w ministerstwie sztab do spraw kierowania operacją Lato 80. Cel operacji był dość enigmatyczny zapewnienia bezpieczeństwa, ładu i porządku publicznego w kraju. W skład sztabu weszli jednak funkcjonariusze, którzy w latach stanu wojennego odegrają rolę tak złowrogą, jak płk Władysław Ciastoń i generał Józef Bajm. Znacznie bardziej jednoznacznie brzmią dokumenty późniejsze o dwa miesiące jeszcze przed formalnym zarejestrowaniem Solidarności jako Ogólnopolskiego Związku Zawodowego KC PZPR polecił sztabowi Generalnemu Wojska Polskiego powołanie zespołu szybkiego reagowania na wypadek strajku Generalnego 22 października.
Sztab Generalny rozpoczyna opracowywanie założeń wprowadzenia stanu wojennego. Ze względu na bezpieczeństwo państwa, a w trzy tygodnie później generał Jaruzelski deklaruje na posiedzeniu Komitetu Obrony Kraju posiadanie zestawu niezbędnych aktów prawnych do wprowadzenia stanu wyjątkowego. Z tego samego okresu koniec października pochodzą pierwsze listy osób wytypowanych do internowania. Co ciekawe, w różnych wariantach tych list wahano się w tym czasie między pozbawieniem wolności półtora tysiąca osób a blisko 100 tysięcy. Czy to oznaka widzimisię towarzyszy z SB, a raczej konieczność kalibracji? Poszczególne Komendy Wojewódzkiej MO i SB obok działaczy związkowych, współpracowników prasy niezależnej czy lokalnych radykałów, gotowe były, jak się okazuje, umieszczać na listach również tradycyjnych podejrzanych weteranów Armii Krajowej i dawnych działaczy mikołajczykowskiego PSL. Dobrze, że oszczędzono ostatnich legionistów. Dokumenty z jesieni 1980 roku jednoznacznie wskazują zarówno fakt, że inicjatywa wprowadzenia stanu wojennego leżała po stronie polskiej, jak i to, że podjęta została niezwykle wcześnie. Finał, można rzec zawczasu, był postanowiony. Widać też z ujawnionych źródeł rozmach planowania. Już w dwa miesiące po pierwszych strajkach myślano zarówno o podstawie prawnej przyszłych działań jako takich konkretach, jak kolejność zatrzymań i dyslokacja internowanych, bezspornie ność polskiej inicjatywy.
Nie był potrzebny żaden sąsiad rodzimej dosyć jej kanalii. Śpiewał w kilka lat celnie w balladzie o sentymentalnej pannie S. Jan Krzysztof Kelus nie stoi w sprzeczności z faktem, że władze PRL musiały się liczyć z mocnymi naciskami strony sowieckiej. Już 3 września 1980 roku KC KPZR zaleca polskim towarzyszom przygotowanie kontrataku politycznego. Moskwa występowała zarówno z generalnym zaleceniem, by jak najprędzej zapanować nad sytuacją i zlikwidować lub zneutralizować potencjalne źródło napięć dla całego bloku wschodniego. Jak z konkretnymi gestami, czasem mocno topornymi, ale tym bardziej wymownymi dla obserwatorów w Polsce i na świecie. Na pewno takim gestem było rozpoczęcie w pierwszych dniach grudnia manewrów wojsk Układu Warszawskiego pod kryptonimem Sojuz 80. To wtedy po raz pierwszy tak jednoznacznie zabrzmiało w powszechnej świadomości wyrosłe na doświadczeniach Budapesztu 56 i Pragi Czeskiej 68. Pytanie wejdą czy nie wejdą? Według raportów pułkownika Kuklińskiego do wejścia gotowych było 15 dywizji sowieckich dwie czechosłowackie i jedna z terenu NRD. Współcześnie potrafimy ocenić tę sytuację znacznie lepiej niż w dramatycznych dniach karnawału 1980 81. Wydaje się niemal pewne, że przynajmniej po zakulisowych naciskach amerykańskich w grudniu 1980 roku, Moskwa była zdecydowanie przeciwna bezpośredniej interwencji i dążyła do zneutralizowania Solidarności polskimi rękami.
Spór historyków może dotyczyć najwyżej tego, czy intencje te otwarcie zadeklarowała partyjnej w Warszawie. W takim przypadku wszelkie pogróżki padające ze strony ZSRR w roku 1981 można postrzegać jako element gry propagandowej adresowanej do S. Do społeczeństwa polskiego i do Zachodu, czy też, że perspektywą wejścia starała się zastraszyć i zmusić do zdecydowanego działania również polskie władze partyjne. To zaś sprawia, że etapy drogi do stanu wojennego wyznaczają co najmniej cztery postępujące równolegle, choć z własną dynamiką, procesy. Po pierwsze podejmowane przez polskie władze i resorty siłowe prace, nazwijmy to, koncepcyjne, logistyczne, dotyczące zaplanowania i realizacji operacji wprowadzenia stanu wojennego. Po drugie gesty, deklaracje i naciski Moskwy, zarówno podejmowane publicznie, jak przekazywane wybranym adresatom w Warszawie, mające na celu zwiększenie stanowczości polskich towarzyszy. Obok tego istotne jest również, choć nie tak przesądzająca o ostatecznym wyniku. Aktywność dyplomatyczna innych podmiotów od Stanów Zjednoczonych i Watykanu po inne państwa bloku wschodniego. Po trzecie, podjęta przez władze PRL gra na osłabienie Solidarności poprzez eskalowanie, a następnie redukowanie napięcia zakulisowe, umacnianie radykałów, mnożenie lokalnych konfliktów, a w konsekwencji wyczerpanie społeczeństwa i doprowadzenie do spadku poparcia dla Solidarności.
I po czwarte pogarszanie się sytuacji gospodarczej, związane zarówno z zapaścią systemu nakazowo rozdzielczego, jak z zadłużeniem z okresu gierkowskiego. Częściowym embargo na dostawy surowców z ZSRR, postępującą inflacją oraz last but not least kolejnymi falami strajków. Tych czterech procesów nie sposób w krótkim wystąpieniu wypreparować. Warunkowały się one wzajemnie i wzmacniały. Można jedynie wskazać kilka przesileń. O jednym z nich, pierwszych dniach grudnia 1980 roku była już mowa. Drugim, szeroko odnotowanym w pamięci społecznej i wskazywanym przez wielu historyków, był tzw. kryzys bydgoski w marcu 1981 roku, notabene poprzedzony w lutym przez grę sztabową MON i MSW, podczas której rozpatrywano różne warianty rozwoju operacji likwidującej Solidarność jako podmiot polityczny. Lawina wydarzeń została wywołana przez skandaliczny incydent 19 marca podczas sesji Wojewódzkiej Rady Narodowej w Bydgoszczy. Obecni na sali związkowcy zostali po niespodziewanym zawieszeniu obrad pobici przez milicję. Trzech z nich, w tym przewodniczący regionu Jan Rulewski, trafiło do szpitala. Pamięć o wcześniejszych represjach i świadomość tego, że resorty siłowe znajdują się poza kontrolą społeczną, przyczyniały się do wzrostu oburzenia w związku. Powszechnie domagano się przeprowadzenia strajku generalnego.
Władzę, obiecując przeprowadzenie śledztwa i ukaranie winnych incydentu, do czego ostatecznie nie doszło. Jednocześnie suflowały zakulisowo informacje o spodziewanej interwencji sowieckiej. Informacje te, nawet jeśli nosiły charakter blefu w połączeniu z mediacją podjętą przez prymasa Stefana Wyszyńskiego oraz konfliktami ambicjonalnymi w łonie kierującej Solidarnością Komisji Krajowej, przesądziły o podjęciu przez Lecha Wałęsę decyzji o zmianie formuły strajku generalnego na czterogodzinny ostrzegawczy. Odbył się on 27 marca. Przesilenie to zostało odczytane przez władze jako słabość Solidarności niezdecydowanej na konfrontację i traktującej poważnie groźbę interwencji sowieckiej. Ostatnim akordem kryzysu bydgoskiego było tajne spotkanie ówczesnego premiera i ministra obrony narodowej, czyli Stanisława Kani i Wojciecha Jaruzelskiego z szefem KGB Jurijem Andropowem i ministrem obrony ZSRR Dmitrij Ustinowem. Do spotkania doszło 3 kwietnia 1981 roku w Brześciu nad Bugiem. Strona sowiecka postawiła sobie za cel mobilizację polskich towarzyszy. Namówienie ich do przejęcia inicjatywy i wprowadzenia stanu wojennego własnymi siłami. Marcowy kryzys bydgoski był bezsporny. Za wyraźny element przesilenia można również uznać wydarzenia z początku września. Pierwszą turę pierwszego Krajowego Zjazdu Solidarności w Gdańsku 5 10 września, podczas której z jednej strony Ujawniły się poważne podziały polityczne w Solidarności, Z drugiej uchwalone zostało posłanie do ludzi pracy Europy Wschodniej, zakreślające dalekosiężną perspektywę reform bloku sowieckiego, ale też posiadające potężny potencjał prowokacji.
W kilka dni po zakończeniu pierwszej tury, 13 września, na posiedzeniu Komitetu Obrony Kraju omówione zostały projekty dokumentów mające stanowić fundament prawny stanu wojennego. Nie zawsze jednak jesteśmy w stanie wskazać terminy przesileń. Tak precyzyjnie decydujący okazał się postępujący proces zapaści gospodarczej. System kartkowy okazał się niewydolny. Kraj stał w obliczu zapaści energetycznej podczas nadchodzącej zimy oraz uwikłanie solidarności w dziesiątki drobnych lokalnych konfliktów, których rozwiązanie było niemożliwe przy biernym oporze władz. Taktyka ta w dokumentach PZPR określana była jako mnożenie odcinkowych konfrontacji. W rezultacie w listopadzie bieżącego roku poparcie dla Solidarności spadło w sondażach do 58%. Jeszcze w lecie wynosiło blisko 80%, podczas gdy zaufanie do władz wzrosło do 51%, w lecie niespełna 30. Taki parytet w połączeniu z domknięciem przygotowań logistycznych i prawnych oraz nadal funkcjonującym straszakiem sowieckim, pozwalał na zadanie skutecznego ciosu już 4 października. Stojący na czele resortu spraw wewnętrznych generał Czesław Kiszczak nakazał utrzymywanie napięcia i podgrzewanie nastrojów. Przedtem, jeszcze na przełomie sierpnia i września 1981, MSW uzgodniło drobną, na pozór, lecz kluczową sprawę wydrukowanie w Moskwie obwieszczeń o wprowadzeniu stanu wojennego. Ze względu na konieczność dochowania tajemnicy nie sposób było powielić ich w żadnej drukarni w Polsce.
Resortowa mała poligrafia nie wchodziła w grę, skoro chodziło o nakład rzędu 25 tysięcy. Zarazem ten drobny konkret ukazuje, jak dalece finał zawczasu był postanowiony. Pozostało dopracowywanie szczegółów. Od połowy października prowadziły rozpoznanie tzw. wojskowe Terenowe Grupy Operacyjne. Oficjalnie miały one za zadanie wspomagać koordynację pracy władz lokalnych. Przygotowywano więzienia i miejsca internowania. Pełnię władzy przekazano w majestacie prawa w ręce ministra obrony generała Jaruzelskiego, którego 18 października 1981 roku wybrano na pierwszego sekretarza KC PZPR. Termin grudniowy wydawał się z wielu powodów najsensowniejszy. Niskie temperatury i krótkie dni utrudniały organizację protestów ulicznych. Zbliżające się święta oznaczały demobilizację społeczną. Sytuacja patowa. W relacjach Solidarność władzę utrzymywała się od pierwszych dni listopada, kiedy to Komisja Krajowa wystąpiła z wnioskiem o powołanie Społecznej Rady Gospodarki Narodowej i wspólne ustalenie kierunków reformy gospodarczej. Doskonałym pretekstem propagandowym dla uruchomienia operacji okazało się posiedzenie Prezydium Komisji Krajowej i Przewodniczących Zarządów Regionów w Radomiu z 3 grudnia 1981. Fragmenty obrad nagrane przez tajnych współpracowników SB i odpowiednio przycięte były emitowane w radiu i telewizji, stwarzając wrażenie dążenia przez Solidarność do konfrontacji. Dzień wcześniej nastroje w Warszawie podgrzało spacyfikowanie przez oddział komandosów Strajku Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej oraz przeciek kontrolowany o przygotowywanej ustawie nadającej rządowi specjalne pełnomocnictwa.
Napięcie rosło, średnie temperatury dobowe spadały, podobnie jak wskaźniki zapełnienia magazynów paliw i strategicznych rezerw żywności. Można było zaczynać. Jedni trafili do więzień, inni na ulice. Internowani. Jednym z pierwszych posunięć w nocy z 12 na 13 grudnia, oprócz zamknięcia granic oraz wyłączenia sieci telefonicznej i telexowej, było stosunkowo humanitarne wyeliminowanie z rozgrywki politycznej elity Solidarności szerzej wszystkich elementów dysydenckich, które ujawniły się w okresie karnawału. W dalszej kolejności rozpatrywano możliwość wytoczenie im procesów i zastosowanie sankcji karnych, nakłonienia do współpracy agenturalnej lub emigracji. Potrzebą chwili było internowanie w pierwszych godzinach w ramach tzw. akcji Jodła internowano nieco ponad 9 tysięcy osób. Niby to drobna cząstka, jedna dziesiąta promila 10 milionowej Solidarności. Uderzenie Jednak mimo głośnych groteskowych pomyłek, zatrzymywanie imienników lub członków rodziny, nakazy internowania wystawione na osoby zmarłe lub w bardzo podeszłym wieku było celne. Do internatów trafiły ogólnokrajowe i lokalne elity Solidarności. Niezależni dziennikarze, działacze organizacji niezależnych od KPN, Pokorę oraz w ramach zarzuconej z czasem gry propagandowej. Garstka wysokich rangą członków przedsierpniowych władz z Edwardem Gierkiem na czele. Najwięcej internowań mających na celu sparaliżowanie oporu to grudzień 1981, kiedy to w celach przebywało ponad 5000 osób.
Już na Święta Bożego Narodzenia. Miały miejsce pierwsze zwolnienia. Ich fala ruszyła na wiosnę. Wielu wyszło z amnestii na 22 lipca 1982, choć nowi cały czas przybywali. Obozów internowania było według obliczeń Grzegorza Majchrzaka 67. Niemal wszystkie z nich to więzienia. Wyjątek stanowił ośrodek wypoczynkowy w Gołdapi, gdzie trafiły internowane kobiety oraz rządowe pensjonaty z najbardziej znanym Arłamowem w Bieszczadach, w którym umieszczono Lecha Wałęsę. Niektóre z tych ośrodków powszechnie kojarzą się z internowaniem. Wśród nich przede wszystkim podwarszawska wówczas Białołęka, legendarnie ciężkie więzienia w rodzaju Strzelec Opolskich, Sztumu czy Bydgoszczy. Niektóre placówki zachowały się w pamięci za sprawą przygotowywanych w nich efektownych podziemnych publikacji, ucieczek albo strajków, jak Potulice, Mielęcin czy Załęże. W większości zresztą, jeśli chodzi o pamięć obozów internowania, skazani jesteśmy albo na dość monotonne dokumenty zachowane w IPN, albo nieliczne świadectwa materialne, przede wszystkim podziemne publikacje, garść siermiężnych pamiątek w rodzaju aluminiowej miski czy ręcznie malowanej, misternie wykończonej talii kart. Zarówno duch buńczucznego oporu, jak i fakt, że w długiej perspektywie walka okazała się wygrana, sprawiają, że ogromna większość wspomnień utrzymana jest w tonacji na poły zawadiackiej, na poły heroicznej.
A przecież zwłaszcza dla lokalnych działaczy Solidarności, była to często pierwsza konfrontacja z brutalnością władz i doświadczenie traumatyczne, często skutkujące decyzją o emigracji i całkowitym wycofaniu się z życia publicznego lub w najgorszych przypadkach podjęciu współpracy z SB. Ale też przemnożywszy dziesięć tysięcy biografii przez kilka czy kilkanaście tygodni lub miesięcy otrzymuje się całkiem kompletny obraz życia codziennego w obozach internowania, życia, jako się rzekło, prymitywnego, naznaczonego niepewnością w pierwszych dniach, wręcz lękiem przed wywózką czy śmiercią. A jednocześnie szalenie monotonnego w rutynie dnia, w niekończącym się oczekiwaniu ratowano się albo czytaniem. Trudno jednak po latach odtwarzać dziennik lektur albo graniem na nosie nielubianym władzom więziennym, demonstrowaniem wierności swoim poglądom bądź rzemiosłem artystycznym. I właśnie te trzy rodzaje aktywności wspomina się dziś najchętniej. Pieczątki, misternie wyplatane krzyże, Akademia Majowa, zagranie na nosie ubekowi. Pierwsze tygodnie były oczywiście najcięższe. To wtedy dochodziło nieraz do równie bezmyślnego, co brutalnego pacyfikowania cel czytaj masakrowania bezbronnych więźniów. Czemu towarzyszyło niszczenie ich dobytku? Wtedy najczęściej stosowano przymusowe karmienie, ale też życie ludzi stłoczonych na kilku metrach kwadratowych, oderwanych od rodziny, stale zagrożonych pobiciem i niepewnych jutra.
Stanowiło nużącą grę pozorów, pychy, Złośliwości i ambicji. Na szczęście przez cały czas trwania internowania toczyła się gra o wypuszczenie internowanych prowadzona na różnych piętrach. Na władze naciskali dyplomaci, Episkopat Międzynarodowy, Czerwony Krzyż. Utytułowani profesorowie i rodziny W poszczególnych obozach komendantów urabiali goście, kapelani i najsłynniejsze aktorki polskie wysyłane w misjach przez Prymasowski Komitet Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich rodzinom. W efekcie internaty były strefą graniczną, obszarem przenikania się więziennego i wolnego świata. Więzienne były pomieszczenia, rygory i personel. Celę zwykle kilkuosobowe, ciasne, z wydzielonym przepierzeniem toaletowym, z obu tymi drzwiami, wizjerem otworem na podawanie posiłków i piętrowymi pryczami. Okna różnie, Niektóre zblendowane, czyli osłonięte z zewnątrz blachą, inne z widokiem na przestrzał. Wszystkie okratowane więzienne były mury i wieżyczki z wszechobecnym, przynajmniej w ikonografii internowanych, drutem kolczastym. Więzienny był też personel z klawiszami, w większości funkcjonariuszami służby więziennej i regulaminy, które z czasem dopiero negocjowano. Odwilż. W świecie internowanych miała bowiem miejsce wcześniej niż amnestia. W większości zakładów już na wiosnę, gdy okazało się, że masowy opór spacyfikowano, a naciski na władze w sprawie internowanych zaczęły się mnożyć w drodze negocjacji lub nakazu komendanta, zezwala na kolejne swobody możliwość wyjścia z celi w ciągu dnia, dłuższe spacery lub wręcz plażowanie na spacerniaku, spotkania grup samokształceniowych, posiadanie w celi większej ilości należących do więźnia przedmiotów, w tym książek, jedzenia, a nawet szklanych naczyń.
Z czasem władze zaczęły patrzeć przez palce na przemycane do celi aparaty fotograficzne czy radia. Weterani pierwszych grudniowych dni, gdzie bito za próby stawiania oporu, straszono wywózką na białe niedźwiedzie, odbierano lekarstwa ludziom poważnie chorym, a za przykrycie służyły koce. Wynieśli więc inne wspomnienia niż wrogowie ustroju, którzy doczekali w celach upalnego lata 1982, które rozluźniło rygory. Więzienni byli strażnicy z ostrą amunicją i psy strażnicze o różnych zresztą usposobieniach. Jaruzel, pies rasy wilczur spuszczany nocą z łańcucha. Służbę pełni na zmianę z Kiszczakiem, od którego jest bardziej melancholijny. Często wyje notował anonimowy kronikarz w białołęckiej gazetce. Koniem przez świat więzienne były kary Kabaryna, czyli kara izolatki. Kipisz, czyli przeszukanie zwykle połączone z niszczeniem własności więźnia. I kuchnia niesmaczna i mało pożywna, tyleż za sprawą ducha represji, co katastrofalnej sytuacji w kraju. Królowały pazurki, zupa na mleku z otrębami i beton, czyli danie typu eintop z rozgotowanym grochem jako główną składową oraz rozgotowana kasza ze skórkami wieprzowymi. Więzienne Były sposoby i taktyki na maksymalne wykorzystanie lokalnej przestrzeni i sprzętów do poszerzenia obszaru wolności. Część internowanych uczyła się tych technik od więźniów kryminalnych, część znała je z wcześniejszych doświadczeń penitencjarnych, część stanowiła wkład internowanych do kultury więziennictwa w Polsce.
Stary jak świat. Był telegraf między celami. Nadawanie alfabetem Morse'a lub innym systemem umówionych znaków poprzez tłuczenie w ściany cel lub znacznie lepiej w rury kaloryferów. Stare było przemycanie przedmiotów między celami. Stare jak świat. Było gotowanie wody na wykrojonych z puszki lub aluminiowej tuby na pastę do zębów w wąskich, długich blaszkach, przedzielonych zapałkami i związanych nitką. Przewody również najczęściej darte z tuby po paście izolowane przy pomocy folii z reklamówek podłączono wprost do kabli elektrycznych, do których wkłuwano się przez tynk. Czasem, jak notuję w dzienniku internowanego Jan Mur pod tym pseudonimem wydali swoją relację Andrzej Drzycimski i Adam Kinaszewski. Konstrukcje z wykonanych rękodzielniczo kabli rozwieszono dodatkowo na przykład dla przesmażenia wędzonki na stelażu z metalowego stołka będącego na wyposażeniu celi. A mimo to wśród wielu przypadków drastycznego łamania praw człowieka w więzieniach PRL, annały nie odnotowały czyjejkolwiek śmierci spowodowanej użyciem krzesła elektrycznego. Nie więzienne były ambicje Służby Bezpieczeństwa, której ogromnie zależało na pozyskaniu wśród internowanych informatorów lub na złamaniu ich oporu. Oczywiście tajnych współpracowników lub pospolitych kapusiów. Służba więzienna pozyskiwała i wśród więźniów kryminalnych, ale to na Białołęce, w osobnym budynku zwanym ambasadą, oficjalnie mieściła się rezydentura SB.
W tym samym budynku znajdował się też więzienny dentysta, co narażało na poważne dylematy moralne opozycjonistów z niezaleczonymi ubytkami, mając zresztą swoje przedstawicielstwa konsulaty na poszczególnych oddziałach. To tam zapraszano na rozmowy w jednym celu uzyskania podpisu pod deklaracją lojalności wobec ustroju PRL, pieszczotliwie zwaną volkslistą. Działano oczywiście metodą prób i błędów, ale skutecznie. W pierwszym kwartale stanu wojennego SB pozyskała w internatach aż 866 osobowych źródeł informacji. Zdecydowana większość internowanych jednak doskonaliła się w rozmaitych postaciach oporu od odmowy stosowania się do regulaminu i oddziałowych lub rotacyjnych, od celi do celi głodówek, aż po całą paletę manifestacji żartów i gestów przekory. Dawały one poza wszystkim innym również ujście fantazji ludzi, których nagle z dnia na dzień zatrzymano w gorączkowej dotąd działalności. Stąd akty mniej lub bardziej nieszkodliwego wandalizmu. Wybijanie wizjera, czyli lima w drzwiach, zasmarowywanie go tłuszczem lub zamalowywanie. Stąd prowokacyjne, lecz niewinne figle na spacerniaku, odlepienia bałwana w czarnych okularach. Wątek znany wszystkim z Ballady Kaczmarskiego powtarza się we wspomnieniach z wielu obozów internowania po parodię defilady na Placu Czerwonym. Wiktor Mikusiński przed grudniem współzałożyciel Niezależnych Związków zawodowych M.O. zorganizował na spacerniaku wielotygodniowy bieg sztafetowy na trasie Lwów Wilno Warszawa.
Blisko 1000 kilometrową trasę ukończyło ostatecznie kilkanaście osób. W kilka tygodni później zorganizowano olimpiadę w Białołęce, gdzie o puchary walczyły mocne kadrowo, choć nieznane dotąd szerzej kluby Wrona Love Supreme, Czerwoni Łowcy Okoni, Black Wrona, Killers i kotwice. Zwolennicy konkurencji indywidualnych, jak Gabriel Janowski, rzucali w klawisze śnieżkami. Najważniejsza była oczywiście działalność wydawnicza. W warunkach więziennych nie było mowy o offsecie ani ramkach. Ale od czego oderwane z posadzki płytki, linoleum i rylce z zaostrzonych łyżek lub wydłubanych za ściany gwoździ. Pierwsze realizacje plastyczne kartki na Boże Narodzenie pojawiły się już po dziesięciu dniach internowania. Dłuższe formy, jak gazetki, zwykle przepisywane w dwóch egzemplarzach. Było co przepisywać. Pierwsze radio pojawiło się na Białołęce w lutym, w innych obozach niewiele później. Paradoksalnie, chociaż izolowani, inwigilowani, internowani stali się ważnym ogniwem pierwszych struktur solidarnościowych konspiracji. Do obozów trafiali obok związkowej drobnicy najbardziej kompetentni działacze krajówki i opozycji przedsierpniowej, którzy mieli tu okazję porozumieć się, poznać, przegadać różne warianty działania i uzgodnić różne kontakty. Inna rzecz, że nie stworzyli jednolitego środowiska, że doświadczenie internowania nie okazało się cementujące blisko jedność internowanych.
Często lokalni działacze skorzystała z możliwości emigracji. Wielcy rozeszli się w różne strony, ale przez tych kilka miesięcy od grudniowych mrozów do upalnego lata myśleli o nich wszyscy. Gaz na ulicach. A ci, których przeoczono zestawiając listę internowania lub po prostu nie brano ich pod uwagę jako niepełnoletnich, nieważnych, niestanowiących zagrożenia. Ci rychło upomnieli się o swoje. Nie obalili systemu zabawnie nawet myśląc o takiej konfrontacji. Armia, milicja i Służba Bezpieczeństwa przeciw kilkunastoosobowym grupkom. Ale z tych walk ulicznych też wyrosła legenda inna, bardziej konfrontacyjna niż sierpniowa. Czy sam termin nie jest trochę na wyrost? Walki uliczne to hasło dobre do opisu powstania, nie starć i bez użycia broni palnej. I oczywiście nikt, nawet największe jastrzębie podziemia nie uważały takich lokalnych starć za narzędzie pokonania komunistów. Prędzej już spekulowano w pierwszych miesiącach po 13 grudnia na temat ewentualnego strajku generalnego połączonego z elementami pospolitego ruszenia. A jednak pokusa, by chociaż przez godzinę, dwie zobaczyć cofające się nyski i ciężarówki Star przeznaczone do transportu ZOMO lub zatrzymanych, by skandować. Tu jest Polska i napatrzeć się do syta na hasła pisane solidarycą zagrzewała entuzjastów przez kilka lat.
Oczywiście dzieje walk ulicznych w Polsce Ludowej rozpoczynają się dużo wcześniej. Prof. Antoni Dudek rozpoczyna poświęconą im książkę od starć na ulicach Poznania w czerwcu 1956 roku. Wśród manifestantów w Trójmieście epoki stanu wojennego wielu było weteranów starć z grudnia 1970. Skala i ciągłość manifestacji zwoływanych w odpowiedzi na wprowadzenie stanu wojennego nie miały jednak porównania z niczym wcześniejszym. W grudniu 1981 roku do walk ulicznych na największą skalę doszło jednak w Gdańsku. Po rozbiciu nad ranem 16 grudnia strajku w Stoczni Gdańskiej. Po dramatycznej pacyfikacji stoczni. Konflikt przeniósł się na ulice. Po próbach przedarcia się pod Pomnik Poległych Stoczniowców, manifestanci skupili się w rejonie Węzła Piastowskiego i dworca PKP Gdańsk Główny. Walki trwały przez cały dzień. Milicja utrzymywała posterunki pod Biblioteką Polskiej Akademii Nauk i Hotelem Heweliusz. Gdzie indziej jednak oddawała pole. Nic dziwnego. Koleją SKM nadjeżdżały kolejne fale manifestantów. Do centrum miasta ściągała wolna od obowiązku szkolnego młodzież. To w Gdańsku po raz pierwszy mo. Obok standardowych granatów gazowych i armatek wodnych, w desperacji zdecydowała się użyć nowych, nieprzewidzianych żadnymi regulaminami środków wystrzeliwanych wprost w tłum, parzących rac sygnałowych oraz ciężkich helikopterów wojskowych, które gwałtownie pikowały z wysokiego pułapu, przysiadając nad głowami manifestantów, ogłuszając ich i przewracając podmuchem.
Manifestanci również nie pozostali dłużni. Już 16 grudnia po południu rozpoczęto miotanie w stronę ZOMO ciężkimi nakrętkami, mutrami z rozkręconego torowiska i kamieniami z rozkopywanych nasypów kolejowych. To samo miało miejsce w dzień później, 17 grudnia, gdy po ocalałem to, że SKM zaczęły nadjeżdżające składy z manifestantami wyposażonymi w oskardy do rozkopywania nasypu i kosze do noszenia kamieni oraz zawczasu przygotowane butelki z benzyną, przystąpiono do szturmowania komisariatu kolejowego MO i kilku innych posterunków w mieście. Jeden z transporterów opancerzonych zapędził się w pogoni za ekstremą aż do budynku dworca PKO, gdzie został unieruchomiony w jednym z korytarzy. Wszystko sprzyjało rekrutacji. Gdy demonstrantom udało się przewrócić na ulicy Świerczewskiego jeden z wozów tramwajowych. Pasażerowie kolejnych unieruchomionych w korku ochoczo dołączyli do starć. Wieczorem, 17 grudnia kilka komisariatów było bliskich kapitulacji. Prawdopodobnie właśnie dlatego Gdańsk był jedynym miejscem w grudniu 1981 roku, gdzie władze zdecydowały się na użycie broni palnej przeciwko manifestantom w sytuacji ulicznej. To wówczas przez radioamatorów nagrane zostały rozmowy Dowództwa Operacyjnego ZOMO, powielane później tysiące razy na kolportowanych przez oficynę kasetach z pieśniami stanu wojennego. Pod Komitetem Wojewódzkim PZPR na ostro idzie czy idzie na ostro walka, czy idzie ostra amunicja?
To jest dla mnie różnica zasadnicza. Cały czas o amunicji mówię ostrą amunicją. Strzelają seriami. Przy komitecie na Górnym Śląsku pierwsze strzały padły 15 grudnia w kopalni węgla kamiennego Manifest Lipcowy w Jastrzębiu. Jak zwykle w takich przypadkach bezpośrednim powodem otwarcia ognia była panika i brak łączności. Czołg szturmujący bramę główną zawisł na barykadzie. Pluton specjalny został wciągnięty w głąb kopalni przez na pozór cofających się górników i w sytuacji otoczenia oddał salwę, ciężko raniąc cztery osoby. W pół godziny później, podczas kolejnego szturmu, milicja podjęła systematyczny ostrzał dachów kopalni, z których górnicy ciskali na szturmujących narzędzia i pręty. Najgłośniejsza pozostaje jednak tragedia w KWK Wujek w Katowicach Brynowie, do której doszło w dzień później. Wieści o pacyfikacji Manifestu Lipcowego dotarły do strajkujących, którzy wyjątkowo starannie przygotowali się do obrony, szykując uzbrojenie i barykady Również w przypadku ZOMO została przekroczona bariera psychologiczna. Wyjątkowo silne były też naciski Warszawy na zakończenie protestu. W skład grupy uderzeniowej weszło kilka kompanii ZOMO i Wojska Polskiego i pluton czołgów. Zmobilizowano również tzw. ZOMO rezerwowe oddziały Milicji Obywatelskiej, czyli kończących już zasadniczą służbę wojskową żołnierzy ochotników.
Na wyposażeniu grup uderzeniowych Klon i bojkot znalazły się nawet gigantofon, zaś oficerom, członkom Kompanii Nadzwyczajnej i Plutonu specjalnego wydano pistolety maszynowe P-63 rak z ostrą amunicją. Atak rozpoczęto na chwilę przed wpół do dwunastej w południe od czołgowego ostrzału kopalni ślepą amunicją. Zrzutu pocisków gazowych z helikopterów i rozbicia czołgami murów przez półtorej godziny. Walki trwały ze zmiennym szczęściem. Bez porównania gorzej uzbrojonym górnikom udało się unieruchomić i podpalić dwa czołgi, wziąć do niewoli kilku funkcjonariuszy, zniszczyć kilkadziesiąt tarcz. Około godziny 13.00 rozległy się pierwsze serie. To strzelał pluton specjalny ZOMO. Na miejscu zginęło 6 górników. Trzech następnych zmarło w szpitalu. O dziewiątej, po kilkugodzinnym zawieszeniu broni, załoga opuściła kopalnię. Podobnie jak masakra w Trójmieście w grudniu 1970 stała się swoistą przestrogą dla ekipy Gierka. Dramat w kopalni Wujek został zapamiętany przez ekipę Jaruzelskiego. Owszem, ZOMO jeszcze kilkukrotnie pacyfikowało strajkujące zakłady pracy. Po raz ostatni w maju 1988, bijąc i masakrując robotników. Nigdy jednak nie wydawano już oddziałom broni palnej. Wyjątek stanowiły salwy w Lubinie, gdzie 31 sierpnia 1982 roku od strzałów zginęli Michał Adamowicz, Andrzej Rakowski i Mieczysław Poźniak.
Zwykłe pałki, pociski gazowe, armatki wodne, race okazywały się na manifestacjach wystarczająco skuteczne. Milicjanci i esbecy mordowali na komisariatach w lesie, w szczerym polu, w bunkrach i na tamie we Włocławku. Ulice pozostawały relatywnie bezpieczne. Do najczęstszych obrażeń manifestantów należały złamania kości przedramienia i twarzoczaszki, Pęknięcia kości potylicznej lub ciemieniowej, połączone ze wstrząsem mózgu, oparzenia lub zatrucia gazem połączone z umiarkowaną niewydolnością oddechową lub najczęściej po prostu krwawe podbiegnięcia i wybroczyny masy mięśniowej, pleców, ud i podudzi. Takie rezultaty uderzenia pałką goją się w ciągu kilku tygodni. A jednak to właśnie stosunkowo skromna praktyka chaotycznych, kilkugodzinnych starć, gonitwy ulicznych zostało wyniesione jako jedno z najważniejszych doświadczeń przez kilkadziesiąt tysięcy osób żyjących w stanie wojennym. Po najpotężniejszych falach 3 maja i 31 sierpnia 1982 roku znany już był największy możliwy zasięg takich manifestacji w każdym mieście i skutki, jakie mogą one wywołać Mobilizacja znacznych sił milicyjnych, chwilowa panika, możliwość opanowania na krótko jakichś kojarzonych z partią lub lokali. Szczytem marzeń było dotarcie do gmachu Komitetu Wojewódzkiego. Znany był kalendarz tych manifestacji. Pierwszy i trzeci maja, 31 sierpnia, 13 grudnia.
W pierwszych dwóch latach kolejne miesięcznice stanu wojennego. Od roku 1984 rocznicę męczeńskiej śmierci księdza Jerzego Popiełuszki. Znany był z grubsza ich scenariusz 1 maja marzeniem było wdarcie się w szeregi oficjalnej manifestacji pierwszomajowej i dotarcie z transparentami Solidarności pod trybunę honorową. W pozostałe uroczyste dni zwykle zaczynało się od Mszy świętej w którymś z patriotycznych kościołów. Już na godzinę przed jej rozpoczęciem młodzież ściągała licznie zwykle schowanymi w nogawkach drążkami od transparentów po mszy. Formowanie się pochodu pod pomnik, na plac, pod komitet, na grób zwykle po kilkudziesięciu krokach napotykało kordon. Chwila ciszy. Próby rozmowy. Zarządzam rozejście się manifestacji w ciągu trzech minut. To dowódca przez megafon lub wprost do tłumu. Skandowanie z dalszych szeregów, lamentujące głosy starszych pań z boku. Potem szarża ZOMO rozbijające pierwszy szereg, po której na asfalcie zostawały zdjęte transparenty, czyjaś torebka, zgubione pół buty, a potem kilkugodzinna wolna amerykanka w możliwie wąskich uliczkach staromiejskich czy Żoliborskich. Czasem w poprzek ulicy stawała bieda barykada z kilku solidnych ławek. Częściej ruchomymi punktami osłaniającymi były kontenery na śmiecie, szaliki na twarzach w złudnej nadziei na ochronę przed gazem i identyfikacją.
W połowie lat 80. Wraz z początkami kultury video i filmami o IRA pojawiły się robione na drutach Kominiarki, terrorystki odsłaniające tylko oczy, granaty gazowe. Czasem, jeśli znalazł się błyskotliwy zagończyk odbijany rakietą tenisową, dopóki nie roztopił się naciąg. Częściej odrzucane. Starsi wiedzieli, że wolno to robić tylko w rękawicach roboczych. Młodsi uczyli się po pierwszym poparzeniu. Płyty chodnikowe wykopywane z rozchwianych chodników i rozbijane o krawężnik metodą na dwa. I jeszcze na dwa miały zasięg do 15 metrów. Ochrypłe skandowanie na trzy lub cztery sylaby. Solidarność. Gestapo. Mordercy. Wyjątkowo. 5 lis. Michnik. Frasyniuk. Z początku w maszerującej kolumnie manifestantom starczało jeszcze tchu na wymyślniejsze frazy. Nie ma wolności bez solidarności lub znajdzie się pała na dupę generała. Potem pozostawało dyszenie w trój takcie. Niepodległość. Solidarność. Gestapo. Czasem na początku manifestacji odzywał się zapobiegliwie umieszczony gdzieś w koronie drzewa albo na opuszczonym strychu sprzęt nagrywający z krótkim przemówieniem Wałęsy albo Bujaka. Nic nie było słychać, wszyscy klaskali. Czasem przez megafon odzywała się milicja, wzywając do rozejścia się. Nic nie było słychać, wszyscy gwizdali.
Jeżeli udawało się dopaść torowiska tramwajowego, w ruch szło kruszywo ciemne od rdzy i mazutu. Ale nie słyszałem, żeby ktoś zdążył gdańskim wzorem odkręcać mutry. Czasem na szerokich ulicach na Krakowskim Przedmieściu czy w Nowej Hucie dochodziło do konfrontacji dwóch szeregów karatecy amatorzy i chłopaki po służbie u komandosów, skupieni w grupach oporu, solidarni brali po dwóch pleksiglasowe tarcze zomowców i ukręcali je razem ze stawem łokciowym. O takich akcjach krążyły legendy, ale w rzeczywistości jeńców i łupów było mało. To w Paryżu po 1968 na studenckich masardach zadawano szyku mundurami skonfiskowanymi flicom. W Warszawie najczęściej eksponowano tekturowe hełmy ORMO z demobilu. Czasem robotnikom udawało się przewrócić i podpalić nyskę. Żadne dymy ofiarne, żadne kadzidła nie mogły się równać z tą wyborną wonią płonącej benzyny, plastiku i purchlącego się lakieru. Marzono o jeżykach rzucanych pod koła ciężarówek. Z początku wydawało się, że wystarczy skręcić je z mocnego drutu w imadle, ale rychło okazało się, że stary ważą więcej niż gaziki za okupacji i jerzyki trzeba spawać z drutu o średnicy co najmniej czterech milimetrów, a potem jeszcze ostrzyc. Nigdy nie stały się zatem bronią masową, w odróżnieniu od wciskanych z okien staromiejskich kamienic doniczek z pelargonią.
Ta ostatnia technika sprawdziła się zresztą również, kiedy 3 maja 1982. Demonstrantom udało się opanować Most Śląsko-Dąbrowski w Warszawie i z jego Wysokości skutecznie blokować ruch kolumn ZOMO na Wisłostradzie. Jeśli butelki z benzyną rzadko, to banalne z płonącym gałgankiem, mało kto miał cierpliwości do sporządzania roztworu kwasu siarkowego, tak by były to rzeczywiście butelki samo zapalające. Proce strzelające śrubami i kulkami miały fantastyczny zasięg, ale fatalną celność większości pozostawało skandowanie, odwrót, zbieranie się za warzywniakiem w tamtą, skandowanie, wyjęcie z umocowanego na latarni pierścienia ostatniej ocalałej flagi. I jeśli czerwona podarcie, a jeśli biało czerwona do malowanie na niej kotwicy. Bieg, skandowanie, bieg, Kilka zajączków z rozcapierzonych palców do widzów stojących bezpiecznie na balkonach. Powroty w podartej kurtce, oglądanie z dziką satysfakcją relacji w Dzienniku telewizyjnym. Dziś po południu doszło do krótkotrwałego zakłócenia ruchu ulicznego przez grupki chuligańskiej młodzieży. Nic, tylko zacytować fragment sentymentalnej ballady śpiewanej w tamtych latach przez Oddział Zamknięty. Nie zamieniłbym tych paru dni na żaden skarb. Na nic.
Dane o obiekcie
-
Nazwa / Tytuł
Wojsko na ulicach. Polska 1981 między strachem a buntem -
Twórca / Wytwórnia
Muzeum Historii Polski (produkcja) -
Rodzaj
-
Kategoria
-
Zakres chronologiczny
-
Data wykonania
18/12/2025 -
Czas trwania
0h 55min 55sek -
Miejsce
-
Wydarzenie
Podcasty Muzeum Historii Polski -
Numer inwentarzowy
MHP-05-17491 -
Klasyfikacja praw autorskich
-
Permalink
Opis
13 grudnia 1981 roku w Polsce doszło do jednego z najbardziej dramatycznych momentów powojennej historii. W tym odcinku podcastu analizujemy kulisy decyzji władz PRL, polityczne kalkulacje i przygotowania do operacji, która na lata zmieniła życie milionów ludzi.
Dlaczego zdecydowano się na ten krok? Czy groźba interwencji ZSRR była realna, czy raczej stała się narzędziem presji i usprawiedliwienia działań władzy? Jak wyglądała sytuacja polityczna w latach 1980–1981? Czy kryzys gospodarczy, narastające napięcia społeczne i rosnąca siła „Solidarności” nieuchronnie prowadziły do konfrontacji?
Podcast pokazuje także codzienność tamtego czasu: internowania, mechanizmy represji i funkcjonowanie obozów odosobnienia. Jak radzono sobie z izolacją, strachem i niepewnością jutra? I wreszcie — czy decyzje z grudnia 1981 roku złamały społeczeństwo, czy przeciwnie, wzmocniły dążenie do wolności?
00:00:00 Pamięć o stanie wojennym
00:01:52 „Wejdą czy nie wejdą?” i spór o odpowiedzialność
00:09:01 Wczesne przygotowania władz
00:16:13 Kryzys bydgoski, Brześć i ostatnia prosta do 13 grudnia
00:23:48 Fala internowań
00:29:21 Życie w internatach: codzienność, represje i „odwilż”
00:40:24 Grudzień 1981 na ulicach
00:49:09 Demonstracje 1982–1985