Tak daleko, tak blisko - Mediateka - Muzeum Historii Polski w Warszawie SKIP_TO
Wizyta w muzeum Przejdź do sklepu
Filmy dokumentalne
Audiovideo

Tak daleko, tak blisko

Kuśmierczyk, Anna (scenariusz i reżyseria);

18/12/2013

Transkrypcja

Helena Jach: Całe życie przeżyć i nie wiedzieć, że ktoś jest z rodziny. Tak podobni jesteśmy do siebie. Nawet czerwone nosy mamy. No i tak dużo myślę... Położę się spać, tak bujam w obłokach. My z mamą nie liczyłyśmy, że brat żyje. Takie niespodzianki są.

Ruth Goldstein (Izrael): Pamiętam sen. Kiedy byłam w sierocińcu śniło mi się w nocy, że widzę moją matkę, siedzi na pięknym fotelu i mój brat siedzi na podłodze i położył głowę tak na jej kolanach, i ona widzi, ja lecę. I: „Mutti, Mutti!”. To ona mi mówi: „Ty, nie wchodzić!”. „Nie. Idź stąd. To nie dla ciebie”. I wtedy strasznie płakałam. Ale to jest sen, którego nie mogę zapomnieć. Zawsze miałam takie złe uczucie, co mnie mama nie chciała wziąć. Tak chciałam z nią być...

Alicja Poloczek (Wielka Brytania): Wisiały chmury niskie i tak siąpił taki deszczyk, który przenikał to przez odzież, przez wszystko. Inni gdzieś tam spotykali czy ojców, mężów, czy synów. Ale do nas nikt nie podszedł. Nikogo nie było, kto by nas znał, czy powitał osobiście. To było bardzo smutne. Bardzo smutne.

Władimir Młyńczak (Rosja): Podobało mi się życie mojego ojca. A ja nie mogłem zostać żołnierzem. Dlatego, że jestem specprzesiedleńcem. Gdybym został przy imieniu Waldemar, wszyscy wiedzieliby, że jestem Polakiem.

Helena i Władek (Polska, Rosja): - Wysokie, co? - Tak, oj tak. - Dzień dobry wszystkim. - Dzień dobry. - Wczoraj byłam w łaźni, brałam prysznic. - Daj walizkę. - Wstaw do wody. - Do wody to wstawić. - Tu jest pokój. - Nasze apartamenty. - Kiciuś. - Powiedz coś. - Nic nie chce. - Proszę, mów. - Jakiś milczek, nie odzywa się wcale. - Jaki nieśmiały. - Mów. - Jacy nierozmowni jesteście. - Może nie zjedliście śniadania? - Zjedliśmy. - To szkoda, bo mam pieczeń. - Dzień dobry. - Witam serdecznie. - Jak samopoczucie? - Super. - Świetnie. - Teraz pójdziemy dalej dróżką. - Patrzcie: Przed nami stoi dąb zielony, - na dębie złoty łańcuch lśni. - Lecz droga wiedzie przez polanę… - Oderwij jej ogon. - Tak, ogon.

Helena Jach: Mama musiała zdecydować, kogo zabrać ze sobą do Niemiec. No a jej nie wolno było brać dwoje tylko jedno. Chcieć, nie chcieć, ja byłam małym dzieckiem, rok czasu, a mama tak zdecydowała. On tam zupełnie sam został. Tam, gdzieśmy się rodzili.

Władimir Młyńczak (Rosja): Nagle rano usłyszeliśmy wybuchy, strzały. Zaczęła się straszna panika, mam to wciąż przed oczami. Ludzie zwariowali. Biegnę tam, ktoś biegnie z powrotem, inny w tamtą stronę, kolejni naprzeciw. Zgniatają się, tratują. Małe dzieci niesiono w koszach, workach. Nagle mama chwyciła nas za ręce i też zaczęła uciekać. W tym momencie pojawił się ojciec. Byliśmy już przy furtce. Jeszcze chwila i bylibyśmy w tłumie. Pamiętam tylko jego okrzyk: „Dokąd?!” To nas zawróciło. I to było ostatnie spotkanie. On nas zawrócił, zganił matkę i powiedział, że nigdzie uciekać nie wolno, że trzeba siedzieć na ganku i ani kroku z ganku. „Ja przyjdę trochę później”. I więcej nie przyszedł. Z charakteru jestem bardziej podobny do ojca. Po pierwsze, był to bardzo porządny, zdyscyplinowany, punktualny człowiek. Był bardzo opanowanym człowiekiem, nigdy się nie kłócił. Był wesoły. Był pracowity, nigdy nie miał wolnego czasu. Bardzo lubił zwierzęta i naturę. On zawsze miał jakieś zajęcie. To właśnie pamiętam dobrze. Mnie się wydawało, że on wszystko może. Chociaż nie istnieją tacy ludzie, ale wydawało mi się, że on może zrobić wszystko. W nocy przyszło dwóch ludzi z karabinami, z bagnetami. Wieźli nas miesiąc. To był obwód nowosybirski, rejon myszkowski, przedsiębiorstwo przemysłu leśnego Tutujaz. Trafiliśmy do lasu, do tajgi. Dali mamie siekierę i piłę, ona nie wiedziała, jak to do ręki wziąć. I poszła drzewa rąbać w pantoflach na wysokich obcasach. Długo nie wiedzieliśmy nic: gdzie, kto, jak. Potem nagle dostaliśmy list. Ojciec nas znalazł przez Czerwony Krzyż. Pierwszy list dostaliśmy pod koniec 1940 roku. Napisał: formują nas i mundurują, wkrótce dostaniemy broń i pojedziemy na front. Potem dostaliśmy list z Saratowa, potem z Taszkientu, potem ze stacji Ługowaja. Mirza-Aki. Następny list był już z Bagdadu, z Teheranu. Nie mam niektórych listów. Dlatego, że mama się bała. Przeczytała list i zaraz do pieca. Po 1945 roku już przechowywałem wszystkie listy. Wypijemy herbatę. Może za godzinkę pójdziemy do garażu. Zadzwonię do ciebie. Niedługo. Otworzę skrzynkę i naprawię światło. Jak w garażu? Schodziłeś do piwnicy? Nie, nie ma światła. A my mamy. Ty masz światło? Mam. U nas przewód się spalił. Rozumiem. Coś jeszcze? Co jeszcze. Może spróbujemy światło przerobić. Latem będzie cieplej, wyciągniemy go na zewnątrz. Jak u was jest zrobione i u tych, z wielkiej płyty. Wyprowadzić na zewnątrz. Zimno już było, padał śnieg z deszczem, wiatr, chłodno. Przez sześć dni nic nie jedliśmy. Byliśmy już wygłodzeni, a tu przez sześć dni nawet okruszka. Wydaje mi się, że to śmierć głodowa wówczas się zbliżała. Przewodniczący zapytał mamę: „Pójdziesz pracować jako sprzątaczka w sielsowiecie?”. „Co zrobić, pójdę”. Od tej pory nasza sytuacja trochę się rozjaśniła. Jest wejście? Jest wejście, skoro wyjście jest. Czyli tutaj wszystko w porządku. Tu wszystko działa, a światła nie ma. Zobaczymy. Czy Jura widział? Nie mówił, czy ma światło? Skąd mam wiedzieć? Przecież on wracał. Przeszedł obok i tyle. Nie pytaliśmy go. W 1945 roku nie wiem czy mogliśmy wrócić, czy nie. Według mnie nawet mowy o tym nie było. Później już mogliśmy. Ale dobrze zrobiliśmy, że nie wróciliśmy. Ojciec wrócił do Polski. On przeżył tam cztery dni i wyjechał z powrotem do Londynu. I przysłał nam list. On napisał: „lepiej żyć w obcym kraju wolnym, niż żyć w ojczyźnie prześladowanym”. On szybko wrócił do Londynu i nigdy więcej do Polski nie przyjeżdżał, nigdy. Długo dyskutowaliśmy nad tym, czy jechać, czy nie. Pewnego razu mama nam powiedziała: „Ja bym nie pojechała”. „Dlaczego?” „Zapomnieliście, jak tutaj przyjechaliśmy?”. „Nie, nie zapomnieliśmy”. „Przyjedziemy tam i będziemy w takiej samej sytuacji”. Po pierwsze, byliśmy obcy przez długi czas, obcy byliśmy. I mama mówi: „Przyjedziemy tam i znów będziemy obcy”. Będziemy obcy. Rozumiałem, że ani on, ani my nie mamy możliwości nawet się zobaczyć. List. Smutny. Mały smutek. 23 października 1985 roku. Kochana Zocha z całą rodziną, dziękuję bardzo za list i zdjęcie. Wszyscy na zdjęciu są młodzi i ładni. A brak ten mnie, że nigdy z wami nie stanę na fotografii. 22 października 1978 roku. Z powodu choroby. Drogi synu i cała rodzina. Tu on do mnie pisze. Miałem już 22 lata, 24. Już mocno stałem na nogach. Po prostu wierzyłem w siebie, że mogę pracować. A co na nas tam czeka - nie wiemy. Dokąd pojedziemy? Nie mamy tam nikogo. Jeździć do Polski? Po co? Dla kogo? Jedz, jedz. Łapką, łapką, wyciągaj łapką. Co jest najgorsze w życiu? Samotność. Nie ma nic gorszego od tego. Nie było rodziny. Teraz też jej nie ma. Brat w Kazachstanie. Córka tam, syn tam. Nie zdążyłem domu zbudować. Kto wie, kim mam się czuć? Kim jestem? Kim? Jaki ze mnie Polak, przeniosą mnie do Polski, ja tam zginę. Za kogo się uważam - to trudne pytanie. Bardzo trudne pytanie. Za kogo powonieniem się uważać? Najprędzej za nic.

Helena Jach: Co tu jest ładnego, ciekawego? Nic. Równe równiny. Takie nie wiadomo co.

Władimir Jarosz: Ani jednej mewy. Gdzie one są? Mewy.

Helena Jach: Ja wiem, gdzie mewy? Nie ma, poleciały. O, tam leci. Widzisz? O tam.

Władimir Jarosz: Nie.

Helena Jach: Nie mewy? A co?

Władimir Jarosz: O tu jedna.

Helena Jach: To mewa? A to co? Nie mewy? No, to ja ci pokazałam. Mówiłam ci. A co te dźwigi robiły?

Władimir Jarosz: Barki ładowały.

Helena Jach: Władek, a tam, co to jest?

Władimir Jarosz: To elektrociepłownia. Światło dawała.

Helena Jach: To ty 30 lat pływałeś, tak? Władek, no gdzie stąd poszedłeś?

Władimir Jarosz: Co takiego?

Helena Jach: Tu pracowałeś, a potem? A potem?

Władimir Jarosz: Potem poszedłem do garażu.

Helena Jach: No ja byłam maleńka, nie. Ja miałam ile? Rok?

Władimir Jarosz: Nie pamiętam.

Helena Jach: Nie pamięta. To ja ciebie nie pamiętam, ale ty mnie pamiętasz. Nie?

Władimir Jarosz: Ona mnie zostawiła, brali z jednym dzieckiem. Wzięła ją i pojechała.

Helena Jach: No a mówiłeś, że cię zaprowadziła gdzieś tam.

Władimir Jarosz: Nic nie odprowadzała. Pojechała i koniec. A dokąd, nie powiedziała.

Helena Jach: Nie powiedziała dokąd jedzie. No tak, wzięła i pojechała. Mnie na ręce wzięła. A po niego miała przyjechać przecież. Po ciebie miała przyjechać. Nie przyjechała, bo nie dali. Nie pozwolili. Ja czuję, że on jest bardzo obrażony, że go zostawiła. Ile miał, dziesięć lat. Jak został sam. Mama opowiadała: „Władek nie żyje, na pewno Niemcy go tam zabili”. Że nie żyje. Skąd miała pewność.

Ruth Goldstein (Izrael): Mieszkaliśmy w Berlinie. O czwartej nad ranem stuknęli w drzwi i powiedzieli mojemu ojcu: „Ty jesteś tym i tym. W przeciągu pół godziny masz wyjść stąd”. Wygnali ojca z Niemiec. Uciekliśmy do Białegostoku. A moja mama nie chciała być obywatelem rosyjskim, to nas wywieźli do tajgi. Myśmy zostali zwolnieni z Syberii. I wtedy zaczęła się dla mnie moja wojna. Wtedy dopiero czułam, co to jest wojna. Na jakiejś stacji zgubiliśmy ojca. My z matką zostaliśmy na peronie. Raptem pociąg ruszył, a ojciec był w pociągu w innym wagonie i odjechał. Tak rodzice się już nigdy nie spotkali. Mama była silna, kiedy ojciec był. Ja widziałam, jak ona była zupełnie złamana, kiedy myśmy się zgubili i zostaliśmy bez ojca. Ona po prostu nie była tym samym człowiekiem. Wyjechaliśmy do Uzbekistanu. Tam brat zachorował. Matka poszła go odwiedzić do szpitala. Ona nie wróciła. Ja cztery miesiące byłam zupełnie sama. I w taki sposób ja zostałam w sierocińcu. Do tego sierocińca przyjechała kiedyś jakaś nauczycielka. I ona mnie się zapytała: „Słuchaj, pamiętasz ostatni adres wasz? Pamiętasz, w jakim roku ojciec się urodził?”. Wszystko pamiętałam. Po trzech miesiącach dostałam list z adresem mojego ojca. I wtedy napisałam do ojca. Napisałam mu, jak dziecko pisze. Że mama zmarła i że brat też zmarł. Że ja jestem w sierocińcu. I przyjdź po mnie. Oni powiedzieli, że ojciec nie przyjedzie. „On nie przyjedzie. Po co jesteś mu potrzebna?”. On sobie zbuduje nową rodzinę. Ale ja zawsze mówiłam, że zobaczycie, mój ojciec przyjedzie. Bo ja znałam… byłam pewna, że moi rodzice zrobią dla mnie wszystko. Co zrobiłam nie tak? Rachele, już idę, patrzę. Jeden, dwa. Wiem, że masz dużo wzorów. Esfira? Tak. Ten był trudny. Jak wyglądam? W porządku, i jest śliczny. Ale muszę wiedzieć, gdzie mam zrobić te…? A teraz… poczekaj moment. Dobrze. Byłam bardzo chora. Ja dostałam tuberkulozę w płucach. Wtedy jeszcze więcej płakałam. To mi mówiła: „Czego płaczesz?” Powiedziałam: Bo chcę mojego ojca zobaczyć przez szparkę. „Ale dlaczego przez szparkę?” Żeby on mnie nie widział. Jeżeli on zobaczy mnie. Zobaczy, jak ja wyglądam, to będzie mu bardzo smutno. Oni powiedzieli: „Nie martw się, wsio rawno”. To znaczy: I tak wkrótce umrzesz. I ojciec przyjechał. Opuściliśmy Rosję, jak miałam czternaście lat. Ojciec chciał wrócić do rodziny do Polski. Pociąg zatrzymał się w Przemyślu i stał tam cały dzień. To ojciec wziął mnie za rękę i poszliśmy do domu jego rodziców. Nikt tam nikogo nie pamiętał, jakby nie było tej rodziny. I z całej wielkiej rodziny przeżyliśmy tylko my, we dwoje. Nie mieliśmy żadnego celu zostać w Polsce. Tylko do Palestyny, tylko do Izraela. Tutaj zbudować nowe życie. Już siódma, zaraz przychodzą.

Wnuczka: Jeszcze nie ma siódmej. Dopiero za kwadrans.

Ruth Goldstein (Izrael): No naprawdę.

Wnuczka: I tak ile zdążyłyśmy, odkąd przyszłam.

Ruth Goldstein (Izrael): No, a co zdążyłyśmy zrobić?

Wnuczka: Zrobiłyśmy awokado, placki…

Ruth Goldstein (Izrael): Jakie placki?

Wnuczka: Te placki.

Ruth Goldstein (Izrael): Ach. No tak. To niepoważne. Teraz potrzebuję…

Wnuczka: Jesteśmy zgraną paczką, babciu.

Ruth Goldstein (Izrael): Co?

Wnuczka: Jesteśmy zgraną paczką.

Ruth Goldstein (Izrael): Ojciec nie odnalazł się tutaj nigdy. On zachorował. Jego choroba była z tego, że wszystko trzymał w środku. Mieliśmy nowy dom, ale nie było rodziny. On był w prywatnym szpitalu. I kiedy przyjechałam do niego, wziął moją rękę i mówi: „Ty jesteś takim dobrym dzieckiem, taka kochana. Co ja bym zrobił bez ciebie. Przyrzekaj mi, że nie zostaniesz sama”. I to było naprawdę… przed śmiercią już.

Wnuczki (młodzież): Przestań, mamo! Tata, Maajan leżała na środku salonu! O tak! Daj jej miód! To jest nowe! - Podam ci szybko moją świeczkę. - Ale ona jest złamana. - Dam ci moją świeczkę. - Nie chcę złamanej.

śpiew: Potężna Skało zbawienia mego Radością jest Ciebie chwalić Odbuduj mój Dom Modlitwy Przyniesiemy tam ofiarę dziękczynną Gdy przygotujesz ołtarz Na pohybel bluźniercy

Opowieść Heleny i Władka (Polska, Rosja):

Helena Jach: On nic nie mówi. Nie chce.

Wnuk Władimira Jarosza: Dziadek zrobił się marudny.

Helena Jach: Niemowa. Nie chce rozmawiać.

Wnuk Władimira Jarosza: Dziadek zawsze taki był.

Helena Jach: Taki był niemowa?

Wnuk Władimira Jarosza: Zawsze.

Helena Jach: Dobry? Daj spróbować. Tak się czepiłeś kubka. No, dobry.

Wnuk Władimira Jarosza: No pij, nalej sobie.

Helena Jach: Pij. Ja tam, jak pojechałam, to jego kolega przyszedł i on mówi, że to siostra przyjechała do mnie. „Ta co cię nie chciała?”. No przecież co ja mogłam. Chcieć, nie chcieć, ja byłam małym dzieckiem, rok czasu, a mama tak zrobiła, i tak zostawiła. Ja już chyba nie przyjadę. Tak mi się wydaje, że to chyba ostatnie widzenie.

Alicja Poloczek (Wielka Brytania): Po amnestii myśmy nie wiedzieli, co z sobą robić. Do biura rosyjskiego, do komendanta przychodzi depesza, że po amnestii wracają żołnierze wypuszczeni z więzienia. I myśmy nie wiedzieli, kto przyjechał. I dopiero mamusia się dowiedziała, że w tej grupie jest jej mąż, a nasz tatuś. Otworzyły się drzwi na korytarz i taki bardzo wysoki, chudy człowiek stał. W ogóle to osoba była zupełnie nieznana dla nas. Dlatego, że on wyglądał tak zupełnie, jak kościotrup. Nie pamiętam momentu, kiedy ojciec od nas odszedł. Wyruszyli w podróż do skontaktowania się z Wojskiem Polskim.

Kobiety rozwiązują krzyżówkę: - Robot o ludzkiej postaci. - Robot o ludzkiej postaci? - Android. - Android? - Model Hondy? - Na „d” się kończy. - Model Hondy? - To jest auto, tak? - Auto. - Tak, tak, tak. - Nie wiemy. - Nissan, nissan. - Gdzie jest Narew? - Narew masz tutaj. - A tu jest Narew, Narew z Bugiem się łączy. - Tak.

Alicja Poloczek (Wielka Brytania): Mama zaopatrzyła się w chleb, słoninę, czy też miód. I to nam pomogło przetrwać całą tę podróż z północy na południe. Pamiętam dzieci biegnące wzdłuż wagonu. Nagie i wyciągające ręce i żebrzące, żeby coś rzucić, ale myśmy sami nie mieli. No więc ciągle chodziliśmy głodni. Ciągle. I dojechaliśmy do Taszkentu. Myśmy nawet nie wiedzieli, że jesteśmy aż tak blisko Wojska Polskiego. Były urządzane wycieczki w teren, żeby właśnie odszukać ludzi. I zabrali nas i kubeczki kakao. No, po raz pierwszy piłam taki nektar. To było wspaniałe. Ja pamiętam, bardzo często brana byłam na rękę. Och Boże! Jak czasem taki żołnierz tulił i mówił: „Słuchaj, ja też mam córeczkę, tylko ona nie dojechała jeszcze”.

Ksiądz: Tu przychodzi tylu wiernych. Tu się tyle osób modli. Przeżywa blisko spotkania z Bogiem. Nie ma takich innych kościołów tutaj. Nawet katedra Westminster nie ma czterech tysięcy w czasie jednej niedzieli, trzy osiemset. Moim zdaniem to jest niezwykły talent. Talent wiary przekazywany z pokolenia na pokolenie. Tradycji naszej ojczyzny, naszego języka. Tradycji naszej niepodległości, którą tak ciężko było wywalczyć. I dalej trzeba wywalczać. Dalej modlitwa „Boże, coś Polskę” i modlitwa, żeby modlić się o wolną Polskę, jest ważna.

Kobieta1: My tu za granicą stworzyliśmy sobie Polskę. I jesteśmy bardzo wielkimi patriotami.

Kobieta2: Po 68 latach pobytu w Anglii ja się nie czuję ani Angielką, ani nie mam przyjaciół Anglików, się czuję ciągle Polką i… No, jestem wdzięczna temu krajowi, że nas przyjął. Że nie wysłał nas z powrotem do Rosji, prawda, bo Wołyń był w Rosji po wojnie. Ale to jest taki dług wdzięczności, ale jednak przyjaźni nie zaznałyśmy.

Kobieta3: Nasi mężowie, bracia i tak dalej ciągle w jakichś powstaniach ginęli i tak dalej. Kto zostawał w domu? Zostawała ta matka. I to mamy już w naszej krwi. Że ta matka to jest ta, która broni tego patriotyzmu.

Kobieta4: Dzień dobry.

Alicja Poloczek (Wielka Brytania): Dzień dobry, Pani.

Kobieta4: Przepraszam, czy Pani nie ma rodziny w Polonii?

Alicja Poloczek (Wielka Brytania): Nie, nie. Mój mąż pochodził ze Śląska. Ja próbuję przypomnieć sobie Panią. Czy Pani w chórze…?

Kobieta4: Tak, a teraz śpiewam w [niezrozumiałe, 00:40:01]

Alicja Poloczek (Wielka Brytania): Aha, myśmy właśnie były, w autach były. No bardzo przyjemnie, tak mi się wydawało, że pamiętam twarz.

Kobieta4: Pani Alicjo, pani miała taki ładny głos. Ja jestem przekonana, ja bym bardzo chciała panią namówić.

Alicja Poloczek (Wielka Brytania): Nie, kochana.

Kobieta4: Chociaż odrobinę.

Alicja Poloczek (Wielka Brytania): Nie mam siły absolutnie.

Kobieta4: Dla zdrowia.

Alicja Poloczek (Wielka Brytania): No, aż mnie wstyd, że wyglądam jak dziadówka, a pani jak w żurnalu.

Kobieta4: Dziękuję.

Alicja Poloczek (Wielka Brytania): Proszę bardzo. Kolumny wojska przyjeżdżały do Teheranu jak myśmy wyjeżdżali. Proszę sobie wyobrazić, że ojciec nas zauważył. Dobiegł do nas i tak szedł z nami wzdłuż przy tej ciężarówce. Opróżniał kieszenie z jakichkolwiek pieniążków miał, cokolwiek, żeby jeszcze nam przekazać. No, myśmy już w końcu i płakali i wrzeszczeli, bo on już… kolumna się oddaliła i my już dalej. I on w końcu tak w dali biedny pozostał. I to był ostatni widok mego ojca. Sam przyjazd do South Hampton… Myśmy już byli nastawieni na to, że nie mamy nikogo. Myśmy zupełnie byli osieroceni. Z wielką szczerością powiem, że ojciec dla mnie to była fikcja. Ja go trzykrotnie tylko w życiu widziałam. To bolesne, ale prawdziwe. No straszna strata. Natomiast matka była ostoją. Ona cały czas pilnowała nas i dbała o nas. I dzięki jej zaradności myśmy wiele… Przeżyliśmy. Te nasze matki to uważam, że to były osoby święte. Przeżyły gehennę straszną i wyszły z tego cało. I wyszły niepognębione, a raczej wzbogacone tymi przeżyciami. To jest ważne, żeby dźwignąć się.

Opowieść Heleny i Władka (Polska, Rosja):

Helena Jach: No to co, trza iść.

Mężczyzna: Podziękuj Tani.

Helena Jach: No, cześć.

Kobieta1: Uspokójcie się.

Helena Jach: Za późno żeśmy się spotkali.

Dane o obiekcie

Opis

Film przedstawia losy osób, które doświadczyły II wojny światowej pod okupacją sowiecką i konsekwencje deportacji, rozdzielenia, niemożności powrotu do Polski do końca ich życia. Jest to także opowieść o pamięci, budowaniu tożsamości w nowym miejscu, zerwanych i na nowo budowanych więziach, o miejscu i znaczeniu przeszłości w teraźniejszości. Bohaterowie filmu żyją dziś w Rosji, Izraelu, Wielkiej Brytanii i Polsce. Materiał został zrealizowany w ramach projektu "Rodziny rozdzielone przez historię".