Stanisław Matejczuk
Muzeum Historii Polski (produkcja); Ujazdowska, Lidia (prowadzący/a rozmowę); Różański, Maciej (operator kamery); Matejczuk, Stanisław (świadek historii);
30/10/2017
Klasyfikacja praw autorskich
Minutnik
-
Pochodzenie rodzinne ze strony ojca
-
Pochodzenie rodzinne ze strony matki
-
Wspomnienie o rodzicach
-
Dzieciństwo
-
Ojciec świadka zakłada organizację w wojsku, która przygotowywała plany w razie inwazji sowieckiej
-
Nauka w liceum im. Jana Kawalca
-
Wycieczka samochodowa - aresztowanie przez KGB. Zakaz wyjazdu na wschód i zachód.
-
Patriotyczne Towarzystwo Studentów Polskich zorganizowane dla uczelni śląskich. Zwalnianie pracowników uczelni. Przeprowadzka do Grodziska Mazowieckiego.
-
Dostanie się na Katolicki Uniwersytet Lubelski
-
Rozpoczęcie działalności opozycyjnej w 1979 r. - świadek pomagał przy drukowaniu czasopisma "Spotkania". Udzielał się również w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów
-
Po ogłoszeniu stanu wojennego świadek opuścił stancję, w której mieszkał, aby uniknąć aresztowania
-
Świadek założył grupę, która zajmowała się gromadzeniem broni
-
Próba wyprowadzenia osób internowanych z Białołęki
-
Aresztowanie świadka, brutalne przesłuchania
-
Audycja radia Solidarność - sprawa aresztowania zrobiła się bardziej medialna
-
Proces odbył się we wrześniu 1982 r.
-
Przeniesienie do celi śmierci. Interwencja Tatcher, Reagana i papieża w sprawie wyroku.
-
Warunki w więzieniu
-
Przewiezienie do więzienia przy ul. Kleczkowskiej we Wrocławiu
-
Zaczęto respektować prawa świadka jako więźnia politycznego, dzięki czemu mógł otrzymywać korespondencję. Świadek otrzymał wiele listów ze słowami wsparcia
-
Możliwość kontynuowania nauki na KUL-u, pomimo odsiadywania wyroku
-
Pomoc strażników więziennych
-
Świadek przebywał w więzieniu do 1984 r.
-
Wyjście na wolność
-
Organizacja oficerska ojca świadka nawiązała kontakt z organizacją o podobnym charakterze, nastąpiło połączenie tych organizacji. W 1991 r. czternastu oficerów ujawnia się jako Stowarzyszenie Patriotyczne "Viritim"
-
Zorganizowanie pierwszej niezależnej pielgrzymki do Katynia i Ostrej Bramy
-
Śmierć Sylwestra Zycha w 1989 r. Zaproszenie do Anglii - przedstawienie dowodów na to kto zamordował Zycha
-
Po powrocie z Anglii świadek zaczął otrzymywać listy z pogróżkami. Zostaje napadnięty na ulicy
-
Wyjazd do Stanów i otrzymanie azylu politycznego
-
Udział w różnych sprawach polskich
-
Świadek pracował m. in. w ochronie na Manhattanie, oraz w Centrum Polsko-Słowiańskim ds. pomocy Polakom
-
Atmosfera w Nowym Jorku
-
Szukanie miejsca w Stanach na osiedlenie się
-
Założenie organizacji zajmującej się uczeniem Polonii o jej korzeniach "Polonia Semper Fidelis"
-
Brak wiary w niepodległą Rzeczpospolitą
-
Pomimo nowej władzy, struktury służb zostały te same
-
Powrót na KUL po wyjściu z więzienia
-
Spektakl Telewizji Polskiej o życiu Stanisława Matejczuka
-
Ujawnienie Stowarzyszenia Patriotycznego "Viritim"
-
Patriotyczne wychowanie, przekazywanie darów do muzeów
Transkrypcja
Stanisław Matejczuk
Dzień dobry. Dzisiaj jest 30 października 2017 roku. Znajdujemy się w Muzeum Historii Polski w Warszawie. Nazywam się Lidia Ujazdowska. Towarzyszy mi Maciej Różański. Moim rozmówcą, moim gościem jest Pan Stanisław Matejczuk. Bardzo proszę. Pan przyniósł dary do Muzeum Historii Polski. Mieszka Pan poza granicami Polski. Chciałbym, żeby Pan opowiedział o swoim losie, o swoim życiu.
To trudno w zasadzie tak od razu wejść na ten temat, bo to mój los, moje życie jest już troszeczkę długie. Urodziłem się w [19]58 roku we Wrocławiu, 26 kwietnia. I urodziłem się jako syn wojskowego, który notabene nigdy nie należał do komunistycznej partii, zresztą później to miało swoje konsekwencje. No, ale to wiązało się z historią całej rodziny, bo po prostu praprapradziadek musiał uciekać z terenów w okolicach Równego za aktywną postawą, za walkę w powstaniu styczniowym. Mój ród nazywał się Szymanowscy i zasadzie tak powinienem się nazywać, ale właśnie wtedy wziął w papiery, metrykę od Białorusina, który pracował u nich na folwarku tam i właśnie było to nazwisko Matejczuk. Stąd to nazwisko. No i uciekł do Siemiatycz i potem z Siemiatycz część rodziny przeszła w okolicy Zamojszczyzny czy Białostocczyzny, a tutaj jedna gałąź właśnie do Milanówka pod Warszawą. Miałem 3, w zasadzie, mój pradziadek Aleksander miał 3 synów. Jeden mój dziadek, Michał, walczył tutaj w obwodzie czy okręgu „Bażant” Armii Krajowej w czasie II wojny światowej. Drugi, Edward, był komendantem Narodowych Sił Zbrojnych pod Warszawą. Zginął w [19]47 roku w bitwie pod wsią Kady. Do dzisiejszego dnia jego ciała nie odnaleziono. Po prostu został z rkm osłaniając powrót swojego oddziału. Wszyscy wyszli bezpiecznie. Jego już nigdy nie znaleziono. Walczyli z KBW i UB, prawda? Następny brat, Franciszek, był w królewskich siłach zbrojnych Wielkiej Brytaniach, w RAF w czasie II wojny światowej. I też leży na cmentarzu w Milanówku, tak jak mój dziadek - Michał. To spowodowało… Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że tutaj chcę odpowiedzieć w jaki sposób mój ojciec się znalazł w ogóle we Wrocławiu. Otóż, babcia, która szukała jakiegoś wyjścia po II wojnie światowej, ponieważ w każdej chwili mogła zostać aresztowana przez UB, chciała ocalić swoich dwóch synów. Właśnie starszego, czyli mojego ojca umieściła, kupiła papiery od Żyda na bazarze w Grodzisku, papiery pochodzenia robotniczo-chłopskiego i wysłała go do Wrocławia na szkołę oficerską. Pod latarnią najciemniej, prawda? Drugiego, młodszego Andrzeja ukrywała, bo musiał być bliżej. On się w [19]39 roku urodził. Mój ojciec w [19]34. I tak ojciec się znalazł we Wrocławiu. Z kolei moja matka pochodząca z rodu Kisielów, z okolic…, z tego niesławnego rodu Kisielów z okolic Bracławszczyzny. Po prostu urodziła w małej wiosce - Brzozówka Folwarczna na Białostocczyźnie. Dziadek Józef walczył walczył w wojnie bolszewickiej. Był kawalerem orderu Virtuti Militari [05:00]. No i później został niestety przez własnego brata zabity na polowaniu, prawda? Po wojnie już, ponieważ ten zabójca ukrywał się w lasach Puszczy Knyszyńskiej i Białowieskiej. Chciano jakoś matkę bezpiecznie umieścić. Umieszczono w Bolesławcu. Potem mieszkała w Żaganiu u takiego wujka, który mieszkał tam niedaleko na Białostocczyźnie. Został zesłany do Workuty. Nie mógł się dostać do armii Andersa, nie puszczano. Ale do berlingowców go na siłę prawie wysłali. Zresztą nie było to na siłę, bo on chciał po prostu wrócić do Polski jakkolwiek. Przeszedł cały szlag od Lenino do Berlina w pierwszej linii. Nigdy nie został ranny. Zawsze mi mówił, że wszystko zawdzięcza medalikowi, który mu jego mama dała jak wychodził tam. Wracając z Berlina znalazł jakąś Polskę, która po powstaniu warszawskim była wywieziona na roboty do Niemiec i osiedlili się w Bolesławcu, potem w Żaganiu i wreszcie we Wrocławiu. Tam moja matka się znalazła i jako 15-latka została główną księgową sztabu we Wrocławiu. To były takie czasy. Tam poznała ojca. Potem był rok [19]56 - się pobrali. I ojciec pomimo tego, że był oficerem wziął oficjalnie ślub kościelny. Zrobił tym niesamowite trzęsienie ziemi i chyba tylko to go uratowało przed jakimiś represjami, że to było tuż przed Październikiem, bo to był wrzesień po prostu [19]56 roku. Ja urodziłem się, tak jak mówiłem, w [19]58 roku i znowu chrzest normalny w kościele. Próbowano jeszcze na poprawę kośćca ideologicznego ojca jakoś przeciągnąć do siebie. Ponieważ był prymusem w szkole, miał możliwość wyboru pracy i wybrał sztab we Wrocławiu. Mój ojciec jako filatelista utrzymywał kontakty z ojcami dominikanami, którzy wówczas nie mogli po cywilnemu występować, tylko normalnie w habitach wchodzili do naszego mieszkania, przychodzili nas odwiedzać, a to był blok oficerski akurat, więc można sobie wyobrazić jaką to powodowało konsternację. Z tego powodu w [19]63 ojca wywalono ze sztabu we Wrocławiu i przeniesiono nas karnie do Katowic. W zasadzie moje całe dzieciństwo i młodość jest związana z Górnym Śląskiem, bo od tamtego roku mieszkaliśmy właśnie aż do roku [19]79, [19]80 nawet właśnie w Katowicach. I tu właśnie się zaczęły początki mojej działalności.
No i tam właśnie… Mój ojciec mnie wychowywał po polsku, bardzo po polsku. I urodziła się tam moja siostra w [19]65 roku. Ja poszedłem do podstawówki w tym samym roku. No i w zasadzie wiadomo było, że przy takim wychowaniu rodzinnym nie mogło być inaczej… W roku [19]70, znaczy po wydarzeniach grudniowych ociec zaczął organizować, znaczy zorganizował organizację w wojsku oficerów, którzy przygotowywali plany w razie jakiejś inwazji sowieckiej. Była to ściśle tajna organizacja. Dopiero została ujawniona w [19]91 roku, ale do tego jeszcze wrócimy. Ja pamiętam jak do nas… na Koszutce do takiego [10:00] małego mieszkanka przychodzili oficerowie po cywilnemu, po dwóch najwyżej wchodziło. Sztabowe mapy rozkładali. Tam wszystko rozmawiali. No oczywiście jako chłopak to tam troszeczkę podsłuchiwałem, ale wyganiali mnie. No takiego gówniarza, trudno było inaczej. No i tak to tam sobie było. Ja skończyłem liceum w [19]77 roku, liceum ogólnokształcące. Zresztą liceum bardzo czerwone, imienia Jana Kawalca. Tam chodzili różni prominięci do tego liceum. No i po prostu już wtedy w liceum byłem niepokorny. Na lekcjach historii dałem się we znaki, bo mówiłem o agresji sowieckiej, mówiłem o Katyniu, mówiłem o różnych takich rzeczach, gdzie po prostu to wywoływało szok. No i tak to było, że jeszcze w dodatku w [19]77 roku, co tu dużo mówić, za łapówki, ponieważ moi rodzice mieli kwiaciarnie w Katowicach na ulicy Mariackiej, nazywała się „Gerbera”, było stać nas na to, żeby łapówkami wyrobić sobie taką wycieczkę samochodową przez Ukrainę, Krasnodarską Oblast do Gruzji, Armenii, Azerbejdżanu. No i tam zostałem aresztowany, miałem wtedy 18 lat, przez KGB na Przełęczy Kazbeckiej jako szpieg CIA, tylko dlatego, że fotografowałem tunele na granicy rosyjsko-gruzińskiej. No zawieźli mnie do twierdzy kazbeckiej. No, bardzo dobrze, że ja znam język rosyjski. Już wtedy znałem tak, jak język. Znam 8 języków tak, że… A ten znałem dosyć dobrze dzięki profesor w liceum, która, której ojciec czy dziadek zginął w Katyniu i która, myśmy o tym nie wiedzieli wtedy, chciała nas nauczyć jak najlepiej rosyjskiego. Mówiła później, jak się ze mną spotkała, mówi: „Staszek, pamiętaj jedną rzecz: chociesz pobiedit wroga, nado znat jego jazyk”. Jej byłem wdzięczny za to. I tylko właściwie dlatego nie pojechałem na białe niedźwiedzie z tej Przełęczy Kazbeckiej. Dostałem parę razy po gębie, jak to się mówi, bo nie chciałem podpisać właśnie takiego oświadczenia napisanego cyrylicą po rosyjsku, że jestem szpiegiem CIA. Wyratowali mnie z opresji Gruzini, którzy z kolei, którzy z kolei przejęli ojca i z samochodem i moją matką i z moją siostrą, prawda, i na gruzińską stronę przewieźli. I potem właśnie zawiózł mnie taki stary kagiebowiec na ich stronę na szczęście i, jak on to mówił, wyższemu naczelstwu. Tam już ojciec był. Popijał sobie koniaczek z Gruzinami. No i ten Gruzin się zapytał do tego kagiebowca co ma ze mną zrobić, „ja nie znaju, ja jego prekazal, wsio. Ja ujezdzaju siejcias”. Ten odjeżdża, a Gruzin powiedział: „wot, stary durak. Idij parien”. No i mnie w ten sposób wybawili. Ale od tego czasu, bo to jest istotne, miałem absolutny zakaz nie tylko jako członek rodziny oficera zawodowego, wyjazdu na Zachód, ale też i na Wschód. Nie wolno było. Ja nie mogłem pieczątki do dowodu osobistego nawet dostać, żeby przekraczać granicę demoludów, prawda? A mój ojciec od czasu wrocławskich przez 22 lata awansował z porucznika do majora, czyli można sobie wyobrazić jak był traktowany. Zresztą w aktach wojskowych, mam kopię tych akt, ma dopisek, że nie wolno go używać do szkoleń żołnierzy, bo ma zły wpływ na żołnierzy polskich. I to tak sobie było. Był rok [19]77 [15:00] i potem, ponieważ uczęszczałem na duszpasterstwo akademickie w Katowicach Dąbie. Prowadził je ksiądz Holi. I tam zacząłem organizować dla wszystkich uczelni śląskich, czyli Uniwersytetu Śląskiego, politechniki, akademii ekonomicznej i śląskiej akademii medycznej, Patriotyczne Towarzystwo Studentów Polskich. To spowodowało, że w roku [19]79 mój ojciec najpierw był wezwany przez Zarząd Polityczny LWP na rozmowę, gdzie na przykład takie stwierdzenie było, które ojciec opowiadał, bardzo myśmy się śmiali z tego: „wiecie, obywatelu majorze, Kościół w Polsce jest tak perfidny, że wstrzymał post w piątki, żeby pogłębić nasze trudności gospodarcze”. Ojca wywali z pracy wtedy już zupełnie. Nie dostawał ani za wysługę lat, ani żadnej emerytury, bo nie przysługiwało mu. Tak, że po prostu znalazł się na bruku bez żadnego dochodu. Rodzicom skasowali kwiaciarnie, zlikwidowali, a mnie wywali z uczelni. No oczywiście do tego przyczynił się najwięcej, bo to był mój główny przeciwnik, dowódca WSW i kontrwywiadu na Śląsku w Gliwicach - pułkownik Czesław Kiszczak. Jego zastępcą był, nie pamiętam imienia, pułkownik Wójcik. I oni w zasadzie we dwójkę sprawili to, że ja wyleciałem. Mało tego, wylecieli z pracy także pracownicy naukowi, asystenci, np. pani Barbara Salomon z Politechniki Śląskiej, specjalista od fizyki nuklearnej i jej mąż z Uniwersytetu Śląskiego - Antoni Salamon. On już zresztą miał doktorat. Został, oni zostali uratowani przez naszego znajomego, doktora Karolczuka, który był wicedyrektorem GIG - Głównego Instytutu Górniczego i był nie do ruszenia ze względu na to, że jako jedyny znał się na licencjach zachodnich, prawda? WIęc trochę się tam ich osłoniło. Wylecieli też inni studenci. I to jest taki epizod, który jest dosyć ciekawy, ponieważ na przykład IPN w tej chwili nie ma akt z tej sprawy. One są prawdopodobnie gdzieś w archiwach, o ile nie zostały zniszczone, albo Śląskiego Okręgu Wojskowego, bo ja podlegałem pod kontrwywiad wojskowy, nie pod bezpiekę nawet, albo we Wrocławiu, albo w Katowicach. Nie wiem. Tam by trzeba było poszukać. Bo ja mam pewne kopie dokumentów. Na przykład jak ojca zwalniali, taki dokument jest, że „ze względu na zły stan zdrowia przeniesiony do cywila” i z tego samego dnia drugi dokument: „ze względu na dobry stan zdrowia nie przysługuje mu żadne świadczenie”. I to sprawiło, że rodzice za ostatnie pieniądze, które im zostały po kwiaciarni, kupili posiadłość w Grodzisku Mazowieckim i się tutaj przeprowadzili. Posiadłość, którą mam zresztą do tej pory. Natomiast ja musiałem, znaczy ojciec mnie, razem z tą organizacją swoją, tą oficerską, po prostu walczył z Kiszczakiem… Ponieważ ja byłem przeznaczy od razu do Orzysza do kompanii karnej. W ogóle wilczy bilet miałem na wszelkie uczelnie. I sprawą zainteresował się Prymas Tysiąclecia, ksiądz kardynał Wyszyński oraz profesor KUL, między innymi, Karol Wojtyła. I dzięki nim znalazłem się na KUL, bo to była jedyna uczelnia w bloku sowieckim, do której mogłem, na która mogłem, powiedzmy sobie, pójść. Tak się zaczęła moja przygoda z KUL. No oczywiście w roku [19]79 tam brałem udział w Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. No to takie małe rodzaje działalności jak to wtedy było: jakieś książki drukowałem, pomagałem Januszowi Krupskiemu w druku „Spotkań”. [niezrozumiałe 19:58] „Spotkania” właśnie w Lublinie [20:00] parę numerów. Później, gdy wybuchła „Solidarność” to oczywiście zaczął się NZS - Niezależne Zrzeszenie Studentów, które było na KUL. No i byłem zarówno w komitecie założycielskim, jak i tymczasowym komitecie wykonawczym, jak i potem w zarządzie przez cały czas tej wiosny „Solidarności” po prostu działałem. Miałem pod sobą komisję organizacyjną, techniczną. W zasadzie miałem takie ciągoty, że musiałem mieć tam sekcje taką niejawną, powiedzmy sobie, tajną. Sekcję specjalną, do której potem się też doczepiali przesłuchujący mnie, ale to już jest inna rzecz. I w zasadzie po, po wybuchu stanu wojennego udało mi się po prostu uciec ze stancji w Lublinie tylko dzięki takiej matce, staruszce, matce gospodarza, który to wynajmował, która mnie obudziła dosłownie o 6 rano, zaraz jak Jaruzelski zaczął coś mówić, bo ona nie spała. Jak to starsza pani, wcześniej wstawała. „Panie Stasiu, panie Stasiu, wojna. Uciekaj pan. Ja już panu kanapki robię”. Wyskoczyłem. Później się dowiedziałem, że jakieś 20, 25 minut później podjechali tam, ale już mnie nie było. No i tak później przeszła mi ochota, może do mojego aresztowania. Zresztą ja już wtedy założyłem tą, taką, to była jedna z grup, z wielu grup, bo to nie było tylko grupa Grodziska, to były też inne grupy tam w Łapach, ale były też w Katowicach, które miały za zadanie po prostu organizować się, zbierać ewentualnie broń, bo to był stan wojenny. Nikt nie wiedział jak to będzie. To były takie czasy, że po prostu no wojna i co robić, prawda? Trzeba było robić to, co można było. Z tą grupą w Grodzisku spotkałem się i przekazałem im ulotki z wierszem do generała, za który zresztą później dostałem w wyroku dostałem 3 lata dodatkowo i kolędę „Bóg się rodzi”. Jako pierwsze zadanie dostali, żeby rozpowszechnić je w kościele św. Krzyża w Warszawie. I to było tak organizowane, że po prostu nie rozdawanie ulotek, bo by wpadli, tylko przeszli do ostatniego tego rzędu i dali jednej osobie i pokazali, żeby wzięła dla siebie, a cały pakiet dalej podała. I po prostu oni byli już bezpieczni, prawda, a ulotki się rozdawały same. To był mój pomysł, ale uważałem, że najbezpieczniejszy. To się powiodło. No niestety potem… Zresztą pierwszą sztukę broni to zdobyli w Grodzisku. Jakiegoś takiego zalanego w trupa zomowca czy chorążego, czort wie kogo, uderzyli odważnikiem w czapę taką. Patrzyli, żeby go nie zabić, tylko po prostu ogłuszyć. Zabrali mu broń. A później była na tapecie, było rozbrojenie posterunku w Jaktorowie, zomowskiego. Niestety do tego nie doszło, bo do tego trzeba było się przygotować. A z drugiej wysłałem dwóch najmłodszych: Józka Serwacińskiego, pseudonim „Idealista” i Czarneckiego, pseudonim „Litwin”. Już nie pamiętam jak on miał na imię, bo myśmy się po pseudonimach znali, do sporządzeniu szkicu Białołęki z zewnątrz. Bo naszym głównym celem, do którego żeśmy się przygotowywali, było po prosty wyprowadzenie internowanych z Białołęki. Chodziło nam o wydźwięk bardziej medialny, propagandowy na cały świat. Z drugiej strony, prosiliśmy i mieliśmy [25:00] kontakt z internowanymi tam. I Mieczysław Jankowski i inni sporządzali szkice przejść studzienek itd., bo chodziło o to, żeby w ten sposób wyprowadzić, a z kolei, już teraz mogę powiedzieć, bo tego nigdy nie mówiłem. Po prostu organizacja ojca zapewniała budy takie wojskowe i ubiory wojskowe, prawda? Tam mieliśmy podjechać od torów kolejowych. To było w Białołęce. To był jedyny, jedyna możliwość wyprowadzenia internowanych i po prostu w ten sposób ich tam wyprowadzić, nawet jeśli by się udało 30 - 40 i rozwieść iść i rozśrodkować po prostu, a dalej niech oni się ukrywają. Chodziło po prostu o to, żeby Jaruzelskiemu zagrać na nosie i jego największy ośrodek po prostu ośmieszyć. No, ale w międzyczasie doszło do tego, że chłopcy postanowili zdobyć broń sami. Zresztą to było niepotrzebne, bo ja znam arsenał pod Warszawą, gdzie jeszcze pewnie do tej pory ta broń poniemiecka leży zatopiona w jakimś tym, widziałem to, w tłuszczu jakimś, taki stary, kurczę, smalec. Ale oni postanowili zabrać broń. Tutaj najpierw w autobusie jakimś odebrali jakiemuś tam wojskowemu czy milicjantowi broń. Zachowywał się normalnie. Dostał pokwitowanie, żeby nie miał sam problemów. No i trafili na sierżanta Karosa wreszcie w tramwaju, który chciał zagrać kowboja. No, bo przecież jak można sobie wyobrazić, który widzi wycelowaną lufę pistoletu w siebie i pociąga za broń? No to przecież wiadomo, że… i to trzy razy chyba. Za trzecim razem padł strzał. I on został w zasadzie ranny. Komunistom potrzebne było to, żeby on zmarł po prostu. Wozili go chyba przez 6 godzin od szpitala do szpitala. To był w ogóle cyrk. Chłopcy powpadali najpierw i Sylwek Zych, ksiądz Sylwester Zych wpadł. O mnie nic nie wiedzieli, bo po prostu nawet jak byli bici, to mogli powiedzieć „Student” - mój pseudonim, nic. Więcej nie wiedzieli co, nie wiedzieli jak. Dopiero wydał mnie ten Czarnecki, młody chłopak, który jak… On się, z moją siostrą miał kontakt i po prostu on dopiero powiedział moje imię i nazwisko. Ja jechałem z Lublina i w zasadzie to było jakoś przez przypadek. Oni tam jechali do moich rodziców, a ja wchodziłem od tyłu i wpadliśmy na siebie można powiedzieć. Oczywiście przewieźli na pałac Mostowskich.
Który to był rok?
To był rok [19]82, to był dokładnie początek marca, 4 marca, w nocy z 4 na 5 marca. Mojej siostrze połamano nos tak dalece, że tylko na bazie rentgena mogli jej ten nos odbudować. Co się stało, co tam się działo ze mną, to już jest inna sprawa. Możecie sobie tylko państwo wyobrazić. Miałem szpilki pod paznokciami. Miałem różne inne przyjemności. Przyjemności w cudzysłowie. Jeden z oficerów moje genitalia w szufladę wkładał i zatrzaskiwał. Były takie… Dwa tygodnie na Mostowskich, które spędziłem, to był po prostu horror taki typowo ubecki. Chłopacy też dostawali ścieżki zdrowia itd. Sylwka Zycha też bito. Ja musiałem wziąć to wszystko na siebie, bo nie mogłem żadnego śladu do mojego ojca broń Boże, bo ojcu po prostu i tym oficerom groziła kara śmierci od razu, przecież gdzie… Nie było innego. Tak, że wziąłem wszystko na siebie. Wyszło jak wyszło. Na początku wsadzono mnie do [30:00] celi śmierci na Rakowieckiej, bo byli przekonani, że dostanę karę śmierci. Ciekawa była postawa… Ten, który mnie pocieszył, to był mecenas Siła-Nowicki świętej pamięci. Przyszedł do mnie na widzenie i to dopiero po 6 miesiącach dopuścili adwokata. Tak człowiek był zupełnie sam na siebie skazany. I powiedział mi tak: „panie Stanisławie, ja byłem, wie pan, skazany na czterokrotną karę śmierci i wie pan co? Ja się bałem tej pierwszej. Reszta mi jakoś zleciała”. No tak mnie tym pocieszył jakoś. Ja nie potrafię wyjaśnić, ale normalnie przestałem się tego bać. Mówię: „no pewnie, tylko raz”. No, a w między czasie zaraz po tym pałacu Mostowskich, to przecież na wolność wychodziły, jakimi drogami nie wiem, wiadomości o tym, co się ze mną działo. Dlatego w pierwszej audycji radia „Solidarność” Romaszewskich, jak macie Państwo nagranie gdzieś, to możecie sobie Państwo tego odsłuchać, było właśnie o tym, że jestem pobity itd.itd. Potem na Rakowieckiej pojawiła się ekipa Telewizji Polskiej, która mnie się pytała jak się czuje. Ale to było 3-4 miesiące później. To jak się miałem czuć? Przez pierwszy miesiąc, do dwóch miesięcy jak mnie przewieźli na Rakowiecką, to po Mostowskich ja normalnie z rana plułem krwią. Tak to było. Później, jak już wyszedłem po więzieniu, to z komitetu prymasowskiego doktor Kuratowska i doktor Wolakowa wzięły mnie w swoje obroty i stwierdziły przepuklinę rozworu przełykowego żołądka od jakiś takich urazów, w stanie zanikowym, ale to już było 5 lat później. Tak, że tak to mniej więcej było. Byłem, najpierw był proces. Proces był zupełnie sfingowany, nagrany. Sędzia Monarcha, prokurator Obara, prawda, który na stwierdzenie, że, powiedzmy sobie, byliśmy torturowani i bici, powiedział: „bardzo mi przykro”. To były niesamowite osobowości.
Który to był rok?
To był rok [19]82. To był wrzesień jak był mój proces, znaczy nasz proces. To było, w zasadzie tam było 8 osób tylko, bo reszcie, żeby nie pokazywać opinii publicznej coś większego, bardziej liczebne, to dam wali jakieś kolegia, sądy dla nieletnich, wyroki w zawieszeniach. A tutaj był proces tych głównych z grupy, to był: Robert Chechłacz, Tomek Łupanow, byłem ja, był Sylwek Zych i tam, prawda, jeszcze 4. Z tej czwórki podstawowej tylko ja i Robert Chechłacz żyjemy jeszcze. Robert jest we Francji, ja jestem w Stanach. Sylwka zabito. Tomek zginął w Irlandii. Tak, że nie wiadomo co się tam stało. W sumie to… Cóż, na początku, tak jak mówiłem, wzięto mnie na celę w oddziale II, do takiej celi śmierci. Tam oddział II to byli skazani właśnie czy, powiedzmy, oczekujący. Ale nie długo tam byłem, bo co się okazało? W sumie o mnie bardzo zabiegały 3 osoby i udało się to im, dzięki nim w zasadzie żyję chyba. To był Ojciec Święty Jan Paweł Wielki, to był prezydent Reagan i premier Tatcher. I oni tam z komunistami w tej mojej sprawie tam czy pertraktowali, czy jak to tam było. W każdym razie, później powiedzieli: „a, to dostaniesz 25 lat”. No to sobie myślę: „dobra, to już oczko lepiej”. No, ale już przestałem się tego bać. A to już tam jakoś to będzie. Nawet już nie musiałem liczyć, że tylko raz mogli mnie powiesić. No i potem nagle się okazało, że te naciski były dosyć potężne i prokurator chciał dla mnie 8 lat więzienia, a dostałem 6 więzienia. Dostałem z artykułów za [35:00] przywództwo i zorganizowanie grupy zbrojnej na terenie PRL w okresie obowiązywania stanu wojennego. Sylwek tam miał zarzut posiadania, przynależność do związku i tam na ogół tak dawali wszystkim. No, ale rozpocząłem siedzenie, odsiadywanie najpierw na Rakowieckiej, na tym pawilonie MSW. Potem przewieziono mnie jakoś w listopadzie [19]82 roku do Strzelec Opolskich na osławioną „1”. Wtedy właśnie Sylwka Zycha wzięto do Braniewa na północ, a mnie do Strzelec i mnie tam umieścili w piwnicy. Wiem tylko jedno, że obecni więźniowie nie mają pojęcia w jakich warunkach się odsiaduje coś takiego, bo, prawda, musiałem walczyć ze szczurami na przykład, które jeżeli mi się coś udało z tych racji więziennej na następny dzień zachować, po prostu wyżerały. No i to było w piwnicach, w takich bardzo złych warunkach. I tam właśnie za mówienie więźniom o Katyniu i robieniu wykładów o Katyniu, tam odsiedziałem, odleżałem, odsiedziałem swoje po dwa tygodnie kary twardego łoża. To jest też specyficzna kara. Zazwyczaj po takich dwóch tygodniach to ludzie wychodzili z zapaleniem płuc przynajmniej. Ja się nie dałem. Organizm miałem silny. Miałem taką ciekawą rozmowę z ówczesnym naczelnikiem więzienia, znaczy zastępcą naczelnika, podpułkownikiem Wojdakiem, który mnie wyzwał od nacjonalistów polskich. Ja powiedziałem, że „dobrze, ja się zgadzam z tym” i jestem mu wdzięczny za to, bo nacjonalista znaczy narodowiec, więc ja jestem z narodu polskiego. Zapytałem się tylko: a kim on jest? Wielkie ryknięcie: „wyjść”, dwa tygodnie twardego. Okej. No więc pierwszy raz zresztą zaliczyłem to twarde łoże jeszcze na Rakowieckiej za to, że uczyłem Zosię Romaszewską przez ścianę alfabetu Morse’a. Nauczyła się. Bardzo była pojętna, prawda? Zresztą z nią to taki handel wymienny prowadziłem na Rakowieckiej na spacerniku. Ja chodziłem, miałem to szczęście chodzić na tym największym, specjalnie wybudowanym dla Gomułki kiedyś spacerniku i tam rosły takie kwiatki. A Zosia Romaszewska chodziła w takiej małej studzience. Ponieważ ona mogła dostawać wtedy jakieś tam paczki żywnościowe, więc robiliśmy taki handel, znaczy nie handel: ja jej kwiatki przerzucałem przez mur, a za chwilę ona mi czekoladki, prawda? No i każdy był zadowolony. Tak, że to był też tak. W tym takim piekle to były takie rzeczy na wesoło, prawda? Oczywiście moi rodzice robili, co mogli. Gdyby nie pomoc z Zachodu wielu dobrych ludzi, to nie mieli by szans przeżycia. Nie mieli nic. Moja siostra wtedy jeszcze z Katowic okazało się, że nie miała możliwości uczenia, nagle kłopoty w szkole itd. Pod Warszawą już normalnie mogła coś tam robić, uczyć się i jakoś tam wyszło jej to. Późnej, po Strzelcach Opolskich, czyli od [19]82 roku listopada, tam siedziałem prawie przez rok do listopada [19]83 roku. Wywieziono mnie do Wrocławia na Kleczkowską. W Strzelcach Opolskich to było tyle, bardzo źle, że na przykład przyjechała kiedyś delegacja z komitetu prymasowskiego, żeby mnie zobaczyć. Nie wolno było. Przyjechał Siła-Nowicki. Nie dopuszczono go do mnie w ogóle tak, że zupełnie byłem odseparowany [40:00] od wszystkiego. A już jak znalazłem się we Wrocławiu na Kleczkowskiej, to tam bardzo duże możliwości miał arcybiskup Gulbinowicz, więc tam się troszkę inaczej zrobiło. Był kapelan, który przychodził, ojciec Wojciech Tokarz z parafii nieopodal i zawsze tam przynosił mi różne rzeczy z tych zrzutów z Zachodu tak, jak to żeśmy nazywaliśmy. Tam były przede wszystkim witaminy, co było istotne. Tam były różne inne rzeczy. A oprócz tego już troszeczkę było normalności takiej więziennej. To znaczy normalności, jeśli to można normalnością nazwać. No luksusem było to, że już można było mieć na przykład, była wtyczka prądu w celi i można było sobie zagotować herbatę powiedzmy. W [41:03] nie było możliwe.
Ale na żyletkę?
Nie, na żyletkach i od lampy to ciągnęło się prąd w Strzelcach Opolskich właśnie. Tak to się nazywało: jantara. Ja to doskonale znam, potrafiłem konstruować oczywiście. A tu już nie. Tu normalną grzałkę mogłem mieć. Mogłem sobie herbatę zagotować czy kawę nawet tak, że to było trochę normalnie. Z tym, że no oczywiście nie wiedzieli co ze mną zrobić. Zresztą wielokrotnie mówiono mi: „wiecie, Matejczuk - taki wychowawca mówił - ja bym was najchętniej wyrzucił stąd, z więzienia”, mówi „bo tak: od jednych dostaję w tyłek i od drugich dostaję w tyłek”, ja mówię: „no to niech mnie pan wyrzuci. Ja już jestem gotowy. Idę sobie. Już mam iść na wolność? Proszę bardzo”, ale jakoś nie bardzo to było. No i tak po prostu trwało. Zresztą w pewnej chwili zezwolono mi, bo to też jest istotne, jakoś zaczęto respektować prawa więźnia politycznego, bo poprzednio nie było mowy o tym. I miałem prawo otrzymywania nieograniczonej korespondencji, więc wtedy każdego dnia taki stos plików z różnych krajów świata. Z różnych krajów świata, nawet z Zambii, prawda, przychodziły do mnie różne kartki. To podnosi na duchu. Ale dlatego musiałem się nauczyć, w więzieniu się nauczyłem francuskiego. No bo chciałem odpisywać w tym języku, w którym dostawałem. Miałbym problem, gdyby jakiś Japończyk zaczął do mnie pisać, bo to by nie było takie proste. Ale pamiętam, że jaki pierwszy napisał pan Jean-Jacques Jarrige z Bihorel we Francji. Nie wiem kim on jest. W ogóle późno go już nie spotkania. A potem taka rodzina ze Szwajcarii pisała do mnie, przesyłała różne rzeczy. Tam z Norwegii pisali. Z krajów anglojęzycznych to mnóstwo. Hiszpański znałem i znam. Tam też pisali z Hiszpanii, z Meksyku nawet dostawałem jakieś tam kartki. I wreszcie któregoś dnia zmienili wychowawcę na takiego w stopniu majora, bo już nie mogli się połapać co jest grane. I to był bardzo niebezpieczny człowiek, bardzo inteligentny, niebezpieczny. Powiedział mi: „słuchajcie Matejczuk, napiszcie do tych swoich wszystkich, bo nie mogę wam zabrać korespondencji bez ograniczeń, bo to wyżej zostało ustalone, że tu są takie debile, że nie znają innego niż angielski, żeby do was o angielsku pisali, bo my za każdym razem z Warszawy musimy tłumacza do waszych listów ściągać”. Jak prosił, tak zrobiłem. Przecież nie mogłem inaczej. Napisałem dosłownie, że tu są takie debile itd. itd., a on to wysłał. No i był śmiech na cały, nie wiem, wszędzie [śmiech - przyp. M.R.] ci, którzy to dostawali. I pisali mi po angielsku na przykład.
Proszę się napić wody. Proszę złapać oddech. Ale te listy były, rozumiem, z takimi wyrazami solidarności.
Tak, tak. Poparcia kartki, listy. A potem to tylko przekazałem na widzeniu za zgodą władz więziennych oczywiście itd., kilka razy taki wielki wór tej korespondencji, bo gdzie ja to miałem trzymać. Pod łóżkiem nie było miejsca już, [45:00] to przekazywałem. No i wreszcie na podstawie porozumienia między episkopatem a władzami komunistycznymi, byłem pierwszym w PRL i jedynym, jak się okazuje, więźniem, któremu dozwolono kontynuować studia na KUL. Od tej pory ojciec jeździł zawsze przed wizytą u mnie we Wrocławiu, jeździł do biblioteki KUL i tam pan doktor Jagodziński wtedy, teraz to już profesor Jagodziński, i pani Truskawiec szykowali mi kolejne porcje książek, które ojciec następnie z Lublina przyjeżdżał do Grodziska i z Grodziska do Wrocławia. I mi woził zabierając te już przeczytane, przerobione z poprzedniego razu. Tak, że cenzura była bardzo śmieszna, bo w więzieniu „Mein Kampf” dostałem i czytałem. Im nie chodziło o to, co jest w tych książkach, tylko patrzyli, kartkowali czy między kartkami nie ma czegoś, prawda? Tak, że to było śmieszne. Dostawałem wydawnictwa przedwojenne, dostawałem różne, różne rzeczy o Piłsudskim, rzeczy Romana Dmowskiego. Nikt nic nie interweniował. I wreszcie dopuszczono do mnie egzaminatorów z KUL. Najpierw przyjechał jako dziekan wydziału nauk humanistycznych, bo ja byłem przecież na historii. Przyjechał profesor Bender, świętej pamięci już. To zdałem przed nim kilka egzaminów, a potem przyjechał wspaniały naprawdę, mój późniejszy profesor, profesor Czesław Bloch, który zachował się wyśmienicie, bo w takiej salce, w której nas umieszczono na egzamin usiadł taki jakiś młody wychowawca, gdzieś tam z innego oddziału, któremu nakazano po prostu przysłuchiwać się. No, ale co on mógł się przysłuchiwać? Profesor Bloch powiedział: „a pan tu co robi?”, „ja tutaj siedzę, przysłuchuję się”, „proszę pana, tu jest egzamin. Proszę wyjść” i go wywalił stamtąd. No i tamten posłusznie wyszedł. Tylko, że to się skończyło, że długo rozmawialiśmy z profesorem Blochem, już niekoniecznie na tematy egzaminacyjne później. I on już się spieszył na pociąg. Otwieramy drzwi tego pokoiku, wychodzimy na korytarz zamknięty kratą z jednej, z drugiej strony. Tam tylko takie wyjście było, z którego zresztą profesor Bloch skorzystał i nikogo nie było. Ja nie mogłem dojść do celi. Zawsze byłem, od początku, klasyfikowany w więzieniu jako szczególnie niebezpieczny dla ustroju politycznego PRL. Jak to się wyrażało? Po prostu na drzwiach mojej celi była taka duża tabliczka z dużą literą czerwoną „N”. Nie wolno było mnie wypuścić z celi bez dwóch przynajmniej klawiszy, prawda? A to potem nie było później respektowane, ale to różnie bywało. Jedzenie dostawałem przez klapkę w drzwiach. Tak było przez cały okres więzienny. Tak, że… no, ale z tym się przyzwyczaiłem, przywykłem z tym, żeby żyć. A jednocześnie tam we Wrocławiu okazało się po prostu normalnych Polaków, którzy mi pomagali. Po prostu zaczęli mi pomagać, co było dla mnie wielkim odkryciem. Pewnej osobie, jednemu z klawiszy, nie ujawnię jego nazwiska, bo mnie prosił, napisałem pracę magisterską na Uniwersytet Wrocławski z resocjalizacji. Tak, że po prostu żeśmy tam jakoś… Praca oceniona zresztą na bardzo dobry, ale to nie była moja dziedzina. Nie czułem się w tym zbyt mocno, ale bardzo się cieszyłem, że obronił na czwórkę, więc dobrze jest.
To było już rok [19]84 czy [19]83?
To był [19]84 chyba rok, jakoś tak. [19]84, może [19]85. Ja siedziałem do października [19]86 roku. Żadna [50:00] amnestia mnie nie obejmowała. Raz tylko ta pierwsza amnestia zdjęła mi ten artykuł: za lżenie i wyszydzanie prezesa rady ministrów PRL. Właśnie z tego wiersza „Do generała”, a dalej to po prostu główny wyrok pozostawał. Bo to było 6 lat i 3 lata niby włączone. 3 lata mi zdjęli, ale 6 lat mi dalej zostało, więc mi to nie robiło różnicy. I nie było mowy o tym, żeby mnie jakoś tam obejmowało. Zresztą w więzieniu we Wrocławiu poznałem syna, takiego starego Ukraińca, Syna Jewhena Konowalca z OUN, prawda? Siedział za morderstwo siekierą. Tam wymordował 5 osób. Słynna sprawa „Czerwonej oberży”, czy jakoś tak to się nazywało, na Pomorzu. On pracował dla komunistów, ale nie chciał na mnie nadawać. Powiedział: „ty walczysz o swoją ojczyznę, ja o swoją” i tak dosyć nawet z takim szacunkiem, chociaż ja… nie bardzo mi odpowiadał, prawda? No, ale nauczył mnie ukraińskiego i tak w ogóle to była taka ciekawa strona, jeżeli można powiedzieć, że coś w więzieniu ciekawego. On się nazywał Roman Hruszowiec. No i tak jakoś ten czas więzienny przebyłem. I nagle któregoś dnia ojciec mi mówi na widzeniu: „gratuluję odzyskania wolności”. Ja się patrzę - co mu się stało? O co chodzi? A on mówi: „tak, dostałem wiadomość i zaraz idę, żeby ciebie uwolnili”. To było 9 października, jeśli dobrze pamiętam. Bo co się okazało? Otóż, do Wiednia na rozmowy gospodarcze, po prostu komuniści się już brzytwy chwytali, pojechała delegacja z Warszawy peerelowska na rozmowy gospodarcze z Amerykanami. W delegacji amerykańskiej byli panowie: Schulz i Bush i ich pierwszym i jedynym pytaniem, gdy wkraczali na konferencję było czy ja i ksiądz Zych siedzimy. W momencie, gdy potwierdzili komuniści, że siedzimy, panowie Schulz i Bush odwrócili się na pięcie i wyszli. Nie było nawet „dzień dobry”, ani nic, koniec. W tym momencie, to było 8 albo 9, chyba 8 października. 9 października była decyzja, czy nawet 7 października, już nie pamiętam dniowych - a bym musiał sprawdzić w tych swoich dokumentach, bo mam te dokumenty, ale niestety nie tutaj, tylko w domu - decyzja prokuratora generalnego o uwolnieniu mnie i księdza Zycha.
Decyzja prokuratora generalnego o uwolnieniu mnie i księdza Zycha. I 10 nas uwolnili, bo bali się, że po prostu będzie jakaś demonstracja przed więzieniem czy coś. Wiedzieli o tym, że ojciec musi wracać do Warszawy, więc on wrócił do Warszawy. Ale mieliśmy z ojcem plan b. Zawsze z ojcem jako oficerem mieliśmy plan a, plan b, plan c. Ja się udałem wprost z więzienia do tego księdza Wojciecha Tokarczyka. No i byłem już pod parasolem arcybiskupa Gulbinowicza. Już było fajnie. A ojciec następnego dnia przyjechał z powrotem pociągiem do Wrocławia, a tam, we Wrocławiu, zostawił samochód. Żeśmy przyjechali do domu. Z tym, że to jest tak, teraz dopiero jak tak się zastanawiam i z tego, co wiem, co mecenas Siła-Nowicki powiedział - do mecenasa Siły-Nowickiego zadzwonił sam Kiszczak, że jestem uwolniony, Siła-Nowicki do ojca od razu. Tak to było, prawda? Zresztą Kiszczak mówił zawsze Sile-Nowickiemu, że on starego i młodego Matwiejczuka zna jako zły szeląg i ma ich dość. Udała mu się kiedyś akcja umieszczenia mnie w Orzyszu, bo tam tego… A w między czasie…
Wyszedł Pan 10, 9 października [19]86 roku?
Tak, 10 października dokładnie, tak, mnie wypuścili. Bo jak ojciec tam poszedł do administracji więziennej, oni wielkie oczy: „my nic nie wiemy o tym. A skąd pan?”, „nie wasz biznes skąd ja to wiem, po prostu”. Potem Kiszczak okazało się, że wiedział o tej rozmowie i powiedział przez Siłę-Nowickiego, że „no Matejczuk się dobrze zachował, ze mnie nie wsypał”. Tak, że to była inna sprawa. I w sumie to po prostu w tym cały czasie więziennym, to jak to w więzieniu - nic ciekawego się nie dzieje, ale jednak no były takie pewne rzeczy. Dowiedziałem się też jakoś w [19]84 czy [19]85 roku, że organizacja oficerska mojego ojca, bez nazwy jeszcze wtedy, weszła w kontakt, bo tamta organizacja też była bardzo mocno zakonspirowana z identyczną organizacją w wielkopolskim okręgu wojskowym pod dowództwem generała Dorfa, pułkownika Dorfa. I po prostu zaczęli działać, połączyli się, jak jedna organizacja wojskowa. W roku, jakoś tak, [19]91 14 oficerów - to możecie sobie znaleźć Państwo nawet na internecie - 14 oficerów z tej organizacji, która liczyła 300 oficerów, ujawniło się do rozmów z tym po okrągłomeblowym establishmentem. No i nastąpił szok. Od razu na tych 14, między innymi na mojego ojca, na pułkownika Dorfa i tam na jeszcze innych, siadło WSI i oczywiście bardzo mocno z nimi działający Komorowski. To było ohydne po prostu. Nie dość, że ujawnia się organizacja, która chce jakoś w budowie Polski uczestniczyć. No niestety… No i zaczęły się różne problemy, ale to już było po tym okrągłym meblu, to już było zupełnie inaczej. Natomiast po wyjściu z więzienia ja pojechałem, bo już wtedy tak specjalnie zwróciłem się zobaczyć jak te zmiany idą, prawda, o paszport. To był rok [19]89, bo z ojcem, który był aktywnym, był prezesem Komitetu Pomocy Bliźniemu w Podkowie Leśnej przy księdzu Leonie Kantorskim postanowiliśmy, znaczy ojciec postanowił, ja tam nie miałem wiele do gadania, ale też [05:00] wspierałem, zorganizować pierwszą niezależną pielgrzymkę do Katynia i do Ostrej Bramy. No i oczywiście skład był taki: wszystkich tych, którzy siedzieli. To była opozycyjna jak cholera ta pielgrzymka. I była taka, że tam był jeden agent nawet nie bezpieki, był agent KGB. Myśmy wiedzieli kto to jest. Ja nie będę teraz nazwiska mówił, bo ta osoba jeszcze żyje, a już jest niewiele warta, żeby o niej wzmiankować. I stwierdziliśmy z ojcem publicznie na tym komitecie, że będziemy, że w takim razie wysyłamy list otwarty na Zachód jak wygląda pierestrojka Gorbaczowa. Wracamy z tego komitetu, godzina po 10 wieczorem, dzwoni do nas kobieta z biura turystycznego, rosyjskiego „Kalinka” - „wszystko jest załatwione”. Po 10 oni jeszcze urzędują? „Już wszystko jest załatwione”, żebyśmy broń Boże nie wysyłali niczego. No i faktycznie zorganizowaliśmy to. Ponieważ w międzyczasie ja zacząłem reaktywować z Heniem Bąkiem, który do mnie przyszedł do domu, i tam jeszcze z innymi, Polskie Stronnictwo Ludowe mikołajczykowskie. Chciałem w tym pomóc. Zresztą ja pisałem pracę magisterską na temat właśnie PSL. No więc byłem redaktorem naczelnym „Gazety Ludowej”. Zresztą ja w dziennikarstwie dosyć mocno siedziałem i siedzę. Najpierw „Kurier” [„Kurier Lubelski” - przyp. M.R.] na KUL, potem ta „Gazeta Ludowa”. Siedem pierwszy numerów, to można sprawdzić w archiwum tej partii ludowej ZSL, który się teraz nazywa bezprawnie PSL, pierwszych siedem numerów wyszło spod mojej ręki. Te pierwsze siedem numerów dało mi trochę pieniędzy, że zacząłem myśleć o tym, że złożę wieniec w imieniu PSL w Katyniu. Piękna postawa była warszawskich kwiaciarek, bo ja zamówiłem w kwiaciarni taki wieniec. Jak powiedziałem na jaki cel, no ja miałem niewiele tych pieniążków ostatecznie, „pan się nic nie martwi, my wszystko zrobimy” i zrobiły bez pieniędzy wieniec, który był ciężki jak nie wiem. To był orzeł z koroną trzymający ludowa koniczynkę na czerwonym tle, prawda? No i przewieźliśmy to do Katynia. W ogóle to wszyscy byli zdziwieni, bo myśmy tak do tego autokaru, bo to były dwa autokary z Podkowy Leśnej, które jechały, wrzucili i to w zasadzie nikt nie zauważył tego. To sobie spokojnie dojechało. Potem przy stacji Gniezdowo wyciągamy ten nasz wieniec. No i jest wieniec od Podkowy taki sobie, no ładny, ale taki sobie i my ten z tą szarfą, a ksiądz Kantorski: „jak żeście to przemycili w ogóle?”, a to było wielkie. No i oczywiście złożyliśmy wieniec. Jeszcze wtedy był ten napis kłamliwy, że zostali rozstrzelani przez Niemców w [19]41 roku. I tam na jednym, jeden z grobów posłużył nam za ołtarz i właśnie tam była msza odprawiona. Wróciliśmy z powrotem do Smoleńska i następnego, następnej nocy wyjeżdżaliśmy w kierunku Wilna drogą na Witebsk, Kowno do Wilna. I zatrzymaliśmy się gdzieś koło godziny 3 czy 4 nad ranem tam przy Gniezdowie, bo to droga wiodła tam. Tam jest takie wejście, taka alejka do tych grobów katyńskich. Chcieliśmy zobaczyć co się stało po naszej wizycie. W nocy kilku z nas, między innymi Ania Maziarska, Heniu Bazydło jako fotograf, tam jeszcze inni wyskoczyliśmy, pobiegliśmy na te groby. Wszystko było porozwalane, co żeśmy zostawili poprzedniego [10:00] dnia. Dosłownie, wieniec został, bo był za ciężki, ale wszystkie znicze, wszystko absolutnie zmiażdżone prawie. Heniu ładnie to ofotografował. Są zdjęcia z tej wyprawy nocnej. Pojechaliśmy dalej do Wilna. Mieliśmy tam problemy, bo Litwa się dopiero otworzyła. Bardzo antypolski dowódca „Sajudisu”, z którym rozmawialiśmy - Landsbergis. Bardzo niesmacznie to wspominamy w każdym razie. Oczywiście nie było mowy o tym, żebyśmy w katedrze odprawili mszę. To w ogóle, Swiatkiewicus - tak się nazywał ten wtedy metropolita wileński, w ogóle nie chciał o tym słyszeć. No i potem z kolei przyszedł lipiec [19]89 roku, bo to był marzec-kwiecień i zamordowano Sylwka Zycha. A ja zostałem po raz pierwszy zaproszony na Zachód do Anglii przez rząd brytyjskie i organizacje polityczne brytyjskie. No i pojechałem tam. Pojechałem we wrześniu, wróciłem w listopadzie [19]89 roku. W czasie tych dwóch miesięcy miałem ponad 120 spotkań z różnymi politykami, przedstawicielami różnych organizacji religijnych i humanitarnych itd. itd. Wręczyłem osobiście memorandum osobiście pani premier Margret Tatcher podczas Prime Minister’s Question Time w parlamencie brytyjskie mówiące o tym i pokazujące dowody i wszystko kto zamordował Sylwka Zycha. Jak wracałem, pamiętam, to na Heathrow taki doradca pani Tatcher Gerald Howard i namawiał mnie, żeby został w Anglii. Mówi: „słuchaj, ty nie możesz wracać do Polski, bo, kurczę, tutaj żeś ujawnił te rzeczy i tego…”. Ale ja nie mogłem inaczej zrobić, ja musiałem wrócić do Polski. Ja mu powiedziałem: „ja bardzo przepraszam, ja nie mogę zostawić moich ludzi”, bo przecież niektórzy ludzie nie wpadli, ja byłem stale i jestem jeszcze do tej pory z nimi w kontakcie. Mówię: „ja nie mogę tak zrobić, że wyjechałem i po prostu zapomniałem ich. Powiedzą potem: no tak, pierwszy raz udało mu się na Zachód wyjechać i dał nogę”. To było niepoważne i niemoralne nawet, więc, no i wsiadłem w samolot i wróciłem. I zaczęły się przeboje, bo faktycznie zacząłem dostawać listy z pogróżkami. One są wszystkie w Departamencie Stanu Stanów Zjednoczonych w tej chwili, bo tam je złożyłem. I 22 kwietnia, tak to było, [19]90 roku zostałem napadnięty przez kilku mężczyzn jak wysiadałem na przystanku kolejki, w drodze do domu. Niestety próbowali, ja kątem oka dostrzegłem, bo było szamotanina, ale krótka dosyć, a zaraz powiem dlaczego, dostrzegłem taką niebieską, zieloną nakrętkę butelki, którą wyciągali. Przecież to spirytus. Chcieli mnie tak samo załatwić jak Sylwka. Po prostu wlać mi na siłę spirytus i potem, no zalał się na śmierć - wszystko, dziękujemy. Trochę, miałem trochę szczęścia, bo przecież sam bym nic nie zrobił przeciwko 3 takim zbirom. Ale z uliczki takiej, bo to była godzina 10 wieczorem, jakoś tam, już ciemno było, czy w pół do 10, z uliczki obok wyszła para zakochanych młodych ludzi i jako oni to zobaczyli, to wzięli swojego kumpla pod pachę i w las uciekli. Tam taki lasek niedaleko stacji Grodzisk Mazowiecki - Piaskowa. Bo ja miałem swój dom. Właśnie tam wysiadałem i szedłem do tego i [15:00] uciekli. No dobra, ale ponieważ ja jednocześnie robiłem doktorat na KUL, bo to właśnie z seminarium doktoranckiego wracałem, dostałem też stypendium w instytucie Piłsudskiego w Nowym Jorku, więc… A po tym wypadku przyjechał do mnie taki wysłannik specjalny parlamentu brytyjskiego - Steven Allport, który siedział u mnie w domu do chwili ja prawie nie wylatywałem. Po prostu chodziło o jakieś zabezpieczenie. Ja z kolei już, bo pytali mi się czy chcę do Anglii. Ja mówiłem, że Anglia za blisko. No więc po prostu siedział u mnie w domu i stwierdziliśmy, że skoro ja mam papiery na stypendium, mam już wizę nawet naukową do Piłsudskiego, to żebym tam jechał, żebym tu zamieszania już nie robił. Zresztą było tak, że tam ktoś przywiózł tę wizę z ambasady. To już Borys załatwiał. On już teraz jest na emeryturze. On był tutaj rezydentem CIA kiedyś. No i, znaczy on przywiózł, ale on to nagrał. To było tak nagrane, że w tym wszystkim, w mojej ucieczce brali udział zarówno parlamentarzyści brytyjscy, jak i kongresmeni amerykańscy i nawet dyrektor ten główny holenderskich linii lotniczych KLM. Tak, że było tak, że jak ja się pojawiłem na lotnisku, to moje nazwisko na liście pasażerów samolotu KLM, nie LOT, do Amsterdamu pojawiło się na 15 minut przed startem. A jak tutaj na Rakowieckiej MSW się obudziło, to ja już byłem w Amsterdamie. Już tam sobie spokojnie doleciałem. Oczywiście stypendium tam swoje odrobiłem jak to się mówi. No i dostałem azyl polityczny. Ale nie byłem pierwszy raz w bezpiecznym w kraju, bo pierwszy raz był w Anglii, ale to wszystko pominięto: tak, okej, nie ma sprawy. No i zostałem. Potem żona z córką została wzięta przez Anglików do, właśnie do Anglii. Nawet nie rozpatrywano jej sprawy wyjazdu do Stanów, jak zazwyczaj jest, w kraju pochodzenia, czyli w Warszawie, tylko w Londynie ambasada załatwiła to wszystko, amerykańska. Przyleciały do mnie 9 miesięcy później, w sierpniu chyba. Trochę dłużej niż 9 miesięcy - w sierpniu [19]91 roku, bo ja w [19]90 roku, dokładnie 15 lipca stanąłem na ziemi amerykańskiej [19]90 roku, więc już mieszkam tam 27 lat. No i cóż, a potem już w Stanach brałem udział w różnych sprawach polskich: czy przy wyborach, czy w Nowym Jorku, prawda, czy byłem głównym reprezentantem profesora Adama Strzembosza podczas kampanii prezydenckiej. No niestety byłem zawiedzony i rozczarowany, że on się zrzekł tego, bo zorganizowałem ośrodki na całym świecie, a byłem po prostu przedstawicielem na cały świat poza Europą, bo on w Europie miał tutaj w swoich. No to było i w Stanach, w Kanadzie ośrodki, w Australii, w Nowej Zelandii - wszędzie, wszędzie, gdzie to było możliwe, i w Ameryce Południowej. To nas bardzo, bardzo zniesmaczyło i taki szok był jak on zrezygnował. Nie było ładne z jego strony, ale cóż. W każdym bądź razie tam zacząłem wiele rzeczy robić. Byłem też przez pewien czas sekretarzem Kongresu Polonii Amerykańskiej stanu Nowy Jork tak, że przyjrzałem się stosunkom tam panującym. No różne to były stosunki, w każdym razie kongres w tej chwili się praktycznie nie liczy. To [20:00] jest towarzystwo wzajemnej adoracji. No tragedia, tragedia. No i tworzyłem ze znajomymi „Akcję Polską”. „Akcję Polską”, którą, nawiasem mówiąc, potem, brzydko to brzmi, ale taka jest prawa, ukradł nam pan Antoni Macierewicz jak był u mnie, znaczy on był u Jurka Prusa się zatrzymał. No i potem po jego wyjeździe dowiedziałem się, że. on przywiózł do Polski tę idę i zabrał nam logo. To już musieliśmy to rozwiązać. Ale to nie było ładne po prostu. Jestem tutaj zawiedzony całą tą postawą. Zresztą było też tak, że myśmy organizowali też inne rzeczy, ale w sumie to, prawda, jak to na emigracji - trzeba było pracować. Pracowałem tam na 3 pracach, bo byłem takim bezpieczniakiem, jak to się mówi, taką ochroną na Manhattanie w takim wielkim budynku, znaczy wieżowców apartamentalnym dla modelek i aktorek, prawda? A jednocześnie po tym wszystkim jechałem na Wall Street do takiego biura prawnego zajmującego się prawami imigration. Dlatego przepis emigracyjny Stanów Zjednoczonych to ja mam w mały palcu, prawda? I tam pomagałem ludziom, ale też ten adwokat zarabiał na tym, a ja po prostu się uczyłem wszystkiego. I to mi też dużo dało. Pracowałem przez pewien czas w Centrum Polsko-Słowiańskim. Najpierw do spraw pomocy Polakom razem ze świętej pamięci księdzem Emilem Altmajerem, a potem jako sekretarz tego centrum na Green Poincie. No i w sumie zacząłem się wtedy interesować komputerami, bo to komputery tutaj były w powijakach jeszcze w Polsce, gdy wylatywałem. I zostałem zatrudniony jako konsultant, tak to się nazywało, ale co tam się mogli ze mną skonsultować? Nie wiem, tylko tyle, że ja się nauczyłem w takiej firmie Bonner, polskiej firmie, w New Jersey. No i potem to, po prostu…Ja miałem dość Nowego Jorku, tych różnych, powiedzmy, spraw takich polonijno-amerykańskich, a poza tym to było to, że jednak mimo wszystko w Nowym Jorku trzeba być. Ten brzydki zapach na ulicach, ci różni, dziwni ludzie, prawda, niebezpiecznie, bardzo niebezpiecznie. Ja nie mogłem córki ot po prostu wypuścić do szkoły. Trzeba było ją zawieźć i przekazać nauczycielce w obecności policjanta, który brał każde dziecko do szkoły, wprowadzali i potem jak lekcje się kończyły podobnie: nauczycielka nie wypuściła dziecka, jeśli nie była pewna, że to jest rodzic czy ktoś, kto jest upoważniony. Tak, że to było dużo takich niefajnych spraw. No tam byłem odwiedzany. Do mnie przylatywali: to Zbyszek Romaszewski był, to był Józek Szaniawski, to różni ludzi, którzy są tutaj znani. No już nie żyją niestety. I któregoś dnia po prostu wsiadłem w samochód. Zrobiłem w ciągu 10 dni 10 tysięcy mil dokładnie. Odwiedziłem 20 stanów. Szukałem miejsca na osiedlenie się. Padło na New Mexico. I tam po 5 latach wyrwałem się z Nowego Jorku i tam jest. Zaraz po zamachu smoleńskim, bo ja tego inaczej nie traktuję. Zresztą ja cały czas wywieszam na naszym portalu Polonia Semper Fidelis początek pisma ówczesnego marszałka Sejmu Komorowskiego uwolnionego z kancelarii o chyba 5 chyba 30 z rana przed katastrofą, mówiącym o katastrofie. Więc albo ja jestem głupi, albo on jest jasnowidzem. Dla mnie to są rzeczywiste. Niech mi to ktoś tylko wytłumaczy, to ja jestem w stanie we wszystko [25:00] wytłumaczyć, że było inaczej. Wtedy właśnie postanowiłem powołać do życia organizację, która będzie się zajmowała uświadamianiem polonii o jej korzeniach, uczeniem ludzi po prostu, nauczaniem i jakimś kształtowaniem postaw polskich w Stanach Zjednoczonych, organizację Polonia Semper Fidelis. To nie jest organizacja masowa. Zresztą od razu stwierdziłem, że my nie będziemy nigdy startować w żadnych wyborach, ani nic. Po prostu uczmy młodzież, przygotowujmy, czy nawet w Stanach czy nawet w Polsce, bo jest wiele do zrobienia. Szybko te ośrodki się zaczęły kształtować w Polsce. Mamy swoje ośrodki w Małopolsce, śląski, górnośląski, mazowiecki, ziemia radomska jest wyodrębniona. Jest mistrz balonowy, który ma z kolei Podlasie - Bazyli Dawidziuk, prawda? Jest Pomorze Gdańskie z Mariuszem Drapikowskim. Jest tego sporo. Jest, powiedzmy sobie, w innych krajach. [niezrozumiałe 26:30] jest w Sztokholmie. Ojciec Aleksiej w Tainczy w Kazachstanie, prawda? Mamy nawet w Australii czy w Egipcie, we Włoszech, prawda, swoje ośrodki, takie małe centra. I organizujemy różne imprezy polskie. W tej chwili parę dni temu byłem zaproszony do pani senator Anders do Kancelarii Rady Ministrów. Chcemy po prostu coś zrobić. Bo ja się spotkałem z panią senator w El Paso w Teksasie i po prostu ona jest od spraw polonijnych, ja chciałbym też w jakiś sposób to robić, więc zobaczymy co wyjdzie z tej współpracy. My jako Polonia Semper Fidelis wydajemy swój dwutygodnik. Na internecie można go znaleźć. Wydajemy, znaczy przesyłamy go tylko do tych osób, które wyrażą na e-mailu zgodę o to. Nie dajemy tego do nikogo, powiedzmy, reklamowo czy coś, tak na siłę. Nawet do tego stopnia, że jak prymas Polak chciał otrzymać, to musiał się do nas najpierw zgłosić i otrzymuje. Otrzymuje profesor Gliński, profesor Żaryn. Dostaje wiele osób znanych, ale też mało znanych. Dlatego nie wiemy na ile to osób czy w ogóle odbiorców rozchodzi się nasze pismo, ale szacujemy, że do 100 tysięcy na pewno. Reżyser Piotr Zarębski z Łodzi. Bo jak to działa? Po prostu każdy rozsyła po swoich jeszcze e-mailach i to taka choinka się potworzyła. Że kolega mi mówi, że do jego matki-staruszki przyszedł jakiś kum z innej wsi i przyniósł wydrukowany nasz dwutygodnik. Jakim sposobem on to dostaje, tego nie wiem, no ale widać tak jest. Mamy w zespole redakcyjnym wspaniałego księdza profesora Zygmunta Zielińskiego z KUL, doktor Sabinę Bober, doktora Staszczaka, ekonomistę. Mamy wielu innych: Przemka Słowińskiego, autora wielu, wielu książek, z Katowic z kolei jest. Ja to prowadzę. No cóż, tak znalazłem jakieś swoje. Z tym, że zacząłem pisać książkę swoich wspomnień pt. „Okruchy mojego życia” i nie mogę jej przez tę działalność dokończyć, bo nigdy nie mam czasu, prawda? Tak, że tak wygląda moja rzeczywistość w tej chwili. Przeszedłem tak bardzo, bardzo jak burza przez ten cały życiorys, ale on jest jednak trochę… No nie chciałem już tak w szczegóły niektóre wchodzi, bo to jednak byśmy tutaj naprawdę spędzili parę dni.
[przerwa w nagraniu]
To na razie tak zamknąłem. Jeśli są jakie dodatkowe pytania, chętnie odpowiem, bo ja nie wiem po prostu…
Tak, tak. [30:00] Rozumiem. Dla mnie, poza szczegółami, o których Pan wspomniał - jak wyglądało przesłuchanie w pałacu Mostowskich, wydaje się, że były pobicia i były przypadki śmiertelne, ale to jednak bardzo drastyczne to, o czym Pan powiedział, że używano takich metod.
No, tak.
I to był [19]82, to nie [19]52.
No, tak. Ale, wie Pani, o tym mówił mój ojciec na przykład w filmie dokumentalnym, który został przez Telewizję Polską. O tym w zasadzie, o tym zamykaniu w szufladzie moich genitaliów. Bo tak było. Ja opowiedziałem ojcu kiedyś na wizycie. No co miałem powiedzieć? Ja się tylko zastanawiam czy ja będę mógł mieć dzieci. Bo tak było po prostu. Tu nawet… Ojciec dopiero: „co się stało? Co tego?”. No, ale były jeszcze inne rzeczy i to był rok [19]82.
Tak. I proszę powiedzieć, zaskakujące jest również to, że Pan, [19]90 rok, że pan wyjeżdża z Polski jednak w sposób maskujący swój wyjazd. Czuje się Pan zagrożony. Wszyscy na ulicach świętują odrodzenie niepodległej Rzeczpospolitej.
Ja w tą niepodległą Rzeczpospolitą nie wierzyłem od samego początku. W zasadzie to dopiero teraz, po tych… Najpierw jak był prezydent Lech Kaczyński, a teraz no obserwuję, bardzo krytycznie obserwuję. Jak jest coś źle, to ja mówię, bo jest bardzo dużo jeszcze do zrobienia, ale jestem zachwycony pewnymi rzeczami, które robi pani Szydło. Przecież program „500 plus” to absolutnie fantastyczna rzecz, prawda? Ja nigdy do, no poza tym epizodem z PSL reaktywowanym, prawda, przez pewien czas, bo ja potem się z niego wycofałem, w momencie jak ZSL przejął bezprawnie nazwę. Po prostu powiedziałem: „nie, mnie tu nie będzie”. I dlatego rzuciłem tą „Gazetę Ludową” i nie chcę o nich słyszeć więcej. Ja nigdy nie byłem partyjnym typem człowieka. Dla mnie to zawsze była Polska po prostu. Partia, każda partia ma ograniczony zasób działania. Po prostu program i według tego lecimy. Polska to coś więcej niż partia. Nie lubię partyjniactwa, ale teraz patrzę pod kątem tego, co jest dla Polski dobre. I myślę, że to po prostu w tej chwili jestem pełen dobry myśli. Nie wiem jak to długo potrwa, bo mimo wszystko jako historyk muszę powiedzieć, że jesteśmy, czasami tak czuję, dokładnie w takim samym położeniu jak Polska w XVIII wieku, prawda? I zwalanie wszystkiego, że to wszędzie wydzierają zza kominów agenci Putina, a nie dostrzega się agentów niemieckich - to dla mnie jest to głupota, bo jedni i drudzy są. Proszę zobaczyć, że niedawno Niemcy po prostu zatrzymali agenta w kraju zaprzyjaźnionego jakim jest Szwajcaria u siebie, prawda? Oni potrafią. A tutaj nie łudźmy się. Owszem, trzeba cały czas patrzeć na zagrożenie rosyjskie, bo niestety jesteśmy między dwoma krajami, ale nie można zagrożenia niemieckiego, które… Agent niemiecki nie ma teraz żadnych przeszkód dotarcia do czegokolwiek. A dla mnie to wszystko czy to będzie agent niemiecki czy rosyjski, czeski, słowacki - to zawsze agent. Tego mnie nauczył ojciec, bo to jednak trzeba pewne rzeczy widzieć troszkę tak bardziej szeroko. Ja jestem bardzo, bardzo w tej chwili taki zafascynowany tymi zmianami, które widzę. I to jest coś dobrego, bo to jednak człowiek bardzo krytyczny był do wszystkiego. Nie wiem jak długo to potrwa. Mam nadzieję, że to już tak zawsze będzie, ale… no mój Boże.
Dobrze. Jeszcze wrócę do tego [19]90 roku. Czy Pan wtedy uznał, że służby są tak świetnie zorganizowane, że one jakby z pozoru, jest [35:00] nowy rząd, nowa władza, ale służby jakby dalej funkcjonują.
Tak, tak.
Jeśli tak, to czy uważa Pan, że one w którymś momencie się rozwiązały?
Nie. Powiedzmy sobie: struktury formalne na pewno uległy jakiemuś rozwiązaniu. To, co mamy do dzisiaj, te struktury towarzyskie, tak to nazwijmy, stale istnieją. Oczywiście teraz, po tylu latach, to one są o wiele słabsze, ale istnieją powiedzmy sobie całe rodziny, które były tak czy owak wychowywane w PRL, prawda? Ojciec mi zresztą powiedział też, że w [19]90, [19]89 roku to jest, jak on to używał, „pic na wodę” mówi, „cała ta zmiana” mówi. To nic się nie zmienia, bo oni widzieli dokładnie, i ojciec i jego koledzy i ja to też widziałem, że te same osoby były na pewnych stanowiskach. I po prostu nic się tam nie zmieniało wtedy. A to, że atakowali, to atakowali. Ranna bestia mocniej kopie, prawda? Ja stwierdziłem w roku [19]90, już po tym napadzie na mnie, że po prostu albo zostać, albo uciekać. I tak zrobiłem. Nie wiem, wydaje mi się, że skoro żyję, to chyba dobry wybór. Nie wiem co by się stało, po prostu nie wiem. To trudno gdybać. Zresztą ja jako historyk nigdy nie lubię gdybania. Albo coś jest, albo nie ma. Tak, że dlatego podjąłem tą decyzję.I po prostu zresztą wywiad brytyjski dawał mi wyraźnie do zrozumienia, jeszcze zanim opuściłem Anglie, właśnie między innymi ten Gerald Howard, tam inni, że ja nie będę bezpieczny w Polsce, przynajmniej przez najbliższy czas. Przez ile lat, oni nie wiedzieli. I to się sprawdziło. Na jakiej podstawie oni to wnioskowali - nie wiem po prostu. Zresztą się nie pytam. Najważniejsze się nie pytać i za dużo nie wiedzieć. Tak, że tak to było. No nie wiem co jeszcze mógłbym powiedzieć.
Chyba dziękuje bardzo. Po prostu umówimy się tak, że może jeszcze do Pana zatelefonuję i jakby ogarnę dzisiaj Pana wspomnienia, bo na pewno ciekawi mnie jeszcze jaka była reakcja kiedy Pan wyszedł z więzienia. Czy Pan wrócił na KUL czy…
Tak. Wróciłem na KUL.
Jak przyjmowana Pana?
Bardzo serdecznie, bardzo serdecznie. Wszędzie się spotykałem z takim ciepłym, a nawet gorącym przyjęciem. I to zostało nawet do dzisiejszego dnia. Byłem parę dni temu właśnie w Lublinie, gdzie tam właśnie się poschodzili wszyscy, co tam uczą na KUL i na innych uniwersytetach, którzy słyszeli o mnie, znali mnie. Naprawdę tak czułem się bardzo dobrze przyjmowany przez ludzi. Zresztą na temat tego, co tam było, to pewne rzeczy, co było na Mostowskich na przykład, starał się przemycić w spektaklu Telewizji Polskiej pt. „Oskarżeni. Śmierć sierżanta Karosa” reżyser Kuźnik, Stanisław Kuźnik, który po prostu… Zresztą on mi powiedział, że „wie pan, panie Stanisławie, ja nie mogłem więcej pokazać, bo bym nigdy w życou nie mógł tego wypuścić”, a to się ukazało w telewizji. Ale tam jest właśnie taka, coś jakiś aktor, który gra mnie, Tomek Błasiak, z którym jestem zresztą w dobrych kontaktach, siedząc przed Obarą, przed tym prokuratorem, że tam nerki, coś tego; „bardzo mi przykro” - to właśnie te słowa. [40:00] Pan Kuźnik zrobił tyle, ile mógł. Nie mógł zrobić wszystkiego. A co jest jeszcze ciekawego, to właśnie powiem Pani, bo wtedy przyleciałem pożegnać się z moją matką, która umierała na raka. I Tomek Błasiak mnie złapał w domu moich rodziców i zawiózł mnie, to był wieczór, na kręcenie tego filmu. I scenę z mojego aresztowania, jak mnie wtedy już tam łomotali, prawda, bili, to ja kierowałem zza kamery jak to było. To była niesamowita rzecz, bo on mnie wziął na tą scenę mojego aresztowania i ci aktorzy, którzy grali zomowców czy ta tam milicjantów mnie się pytali: czy tak, czy tak uderzyć. To było coś niesamowitego. Powiedziałem tylko: „nie połamcie Tomka”. Ale to właśnie tak powstawało. To jest taki autentyk. Oczywiście taki niepełny, bo wiele osób nawet boi się o tym wspominać. Tak samo jak jest z organizacją tą mojego ojca, która w [19]91 roku się ujawniła. Ujawniła się jako Stowarzyszenie Patriotyczne Viritim. To jest właśnie… To można na komputerze zobaczyć, chociaż tam jest jedno wielkie kłamstwo, że organizacja ta nie chciała przystąpienia do NATO, co nie jest prawdą, jest fałszem. Ja przecież wiem o tym. Nie wiem, ktoś tam po prostu stara się to fałszować. Natomiast, natomiast to są te wątki, Pani może usiąść na komputerze i sprawdzić sobie. To czasami są, wpadnie Pani na rzeczy, o których zapomniałem powiedzieć czy po prostu jakoś umknęło nam.
No cóż, potem jeszcze jak ojciec się ujawnił, to wczesny admirał Kołodziejczyk, Kołodziejski awansował ojca, przysłał takie pismo, że, w którym potwierdza, że te represje, które ojca dotknęły były przeze mnie, przez moją działalność i awansował ojca do stopnia pułkownika. No, ale oczywiście bez żadnej podwyższenia, czy dania jakiś pieniędzy, jakiejś emerytury. Ojciec nawet prosił: „to przywrócicie mnie na te dwa lata do służby. Dosłużę sobie nawet gdzieś tam na portierni na jednostce”. Nie, nie wolno. To był rok [19]91. Ja mam te dokumenty. Mogę zawsze je. Nawet mam niektóre skanowane, więc od razu mogę Pani przesłać, jakby była Pani zainteresowana.
Bardzo chętnie.
To są dokumenty właściwie. Poza tym jest tak, że w IPN na przykład mają kopie, podróbkę mojego aktu zwolnienia z więzienia z datą ręcznie dopisaną jako 10, nie 10, tylko 7 października, że oni już wtedy mnie zwolnili. To jest kłamstwem. A ja mam maszynopis, gdzie jest właściwa data. To są takie drobiazgi, ale są. I jak ktoś mówi: „no tak, ale tu mam takie dokumenty”, to mówię: „to masz złe dokumenty”. Proszę bardzo, już ci przesyłam dokument, który ja mam, który mnie wręczono podczas wychodzenia z więzienia, napisany na maszynie, tak jak powinien być. Różne takie cuda była. Cuda… To trudno cudami nazywać. Po prostu kręcenie, mataczenie itd.
Wielokrotnie Pan wspomina, jakby mówi Pan o ojcu, wspomina Pan ojca. Wasza relacja była szczególnie mocna i bliska, jeśli ojciec ponosił Pana działalności, a Pan z kolei wybrał ścieżkę, która też jakoś płynęła…
Niezbyt bezpieczną [śmiech - przyp. M.R.]
Ale taką drogę, która była wynikiem tego nauczania, tego ducha, który ojciec Panu zaszczepił.
Tak, tak. U mnie zawsze w domu była Polska. Zawsze była Polska i to się najbardziej liczyło. Nie było jakiś tam spraw, powiedzmy sobie, konformistycznych, bo tu PZPR, bo tu tego. Nie, ojciec w ogóle się z tym nie liczył. Mówił: „w razie czego mnie zwolnią”. Ojciec był taki, takim bardzo twardym człowiekiem i mnie nauczył. [45:00] Ja tą ścieżką cały czas szedłem. I zresztą… Cóż, to wynika z moich przemyśleń. Ja mam na przykład sporo różnych zabytków, które należały do mnie, do ojca. To jest nasza własność. Jak choćby kazania księdza Skargi, które przywiozłem tutaj do Państwa muzeum z 1609 roku. No po prostu chciałem, żeby to… Bo to jest własność narodu polskiego. To co, że ja jestem właścicielem? Ja jestem Polakiem i to chyba było normalne. Dlatego tak to odbieram. Muzeum Józefa Piłsudskiego też dostało swoją działkę, bo dostało na przykład zegarek amerykańskiej firmy Elgin. To jeden ze 100, który prezydent Woodrow Wilson dał Józefowi Piłsudskiemu. To była cała pomoc w wojnie z bolszewikami amerykańska dla Polski. Nie było żadnej innej. No i marszałek Piłsudski nie bardzo wiedział co z tym zrobić, to jak ktoś dostawał krzyż Virtuti Militari, a miał specjalne zasługi, to jeszcze ten zegarek dorzucał. No i tak mój dziadek dostał ten zegarek. Przekazałem. Tam wskazówek już nie ma, a niestety nie mogłem go naprawić w Stanach, bo firma Elgin nie istnieje - to firma w Bostonie. A zegarek pochodzi z 1904 roku, prawda? No i tam dostali jeszcze obraz olejny Piłsudskiego na Kasztance. Tak, że po prostu poprzywoziłem trochę tego. Wiem, że na przykład jak przekazywałem te sprawy, te kazania księdza Skargi do Waszego muzeum, wiem, że ci panowie byli bardzo zainteresowani wydawnictwami polonijnymi z XIX wieku. A ja mam takie wydawnictwa, np. lirnika polskiego wydanego w Chicago w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym którymś roku, prawda. Są to jakieś zabytki, które w Stanach nie mają żadnego prawa bytu, bo są niszczone.
Tak, to możemy mieć nadzieję, że te wydawnictwa, o których Pan wspomina jeszcze…
Tak. Następnym razem, jak dowiedziałem się, że jest zainteresowanie, to powiedziałem sobie: wezmę trochę tego i przywiozę. Mam jeszcze inne rzeczy, które może powinny być bardziej w Polsce niż u mnie. Bo to jednak tak tu jest ich miejsca, a tam by tylko zaginęły, nie byłby szanowane, prawda?
Panie Stanisławie, bardzo dziękuję za rozmowę.
Ja również dziękuję i mam nadzieję, że temat został jakoś wyczerpany.
Dane o obiekcie
-
Nazwa / Tytuł
Stanisław Matejczuk -
Twórca / Wytwórnia
Muzeum Historii Polski (produkcja); Ujazdowska, Lidia (prowadzący/a rozmowę); Różański, Maciej (operator kamery); Matejczuk, Stanisław (świadek historii) -
Rodzaj
-
Kategoria
-
Zakres chronologiczny
-
Data wykonania
30/10/2017 -
Czas trwania
1h 41min 8sek -
Miejsce
-
Numer inwentarzowy
MHP-07-3008 -
Klasyfikacja praw autorskich
-
Permalink
Opis
Stanisław Matejczuk opowiada o swojej rodzinie z tradycjami patriotycznymi, sięgającymi powstania styczniowego i II wojny światowej, oraz o własnej działalności opozycyjnej przeciwko komunizmowi. Aresztowany przez służby bezpieczeństwa, został skazany na 6 lat więzienia za udział w podziemnej grupie zbrojnej podczas stanu wojennego. Dzięki wsparciu międzynarodowemu i wpływowym osobom, jak Jan Paweł II, wyrok został złagodzony, a w 1986 roku został uwolniony.
Po wyjściu z więzienia wrócił na Katolicki Uniwersytet Lubelski, gdzie spotkał się z ciepłym przyjęciem. Wspomina także współpracę z reżyserem Stanisławem Kuźnikiem, który próbował przedstawić jego historię w filmie telewizyjnym. Bliska relacja z ojcem, oficerem wojska i patriotą, miała duży wpływ na jego postawę.
Matejczuk podkreśla także wagę rodzinnych pamiątek historycznych, które przekazał polskim muzeom, aby lepiej je chronić i upowszechniać polską historię oraz tradycję. Po doświadczeniach represji wyemigrował do USA, gdzie angażuje się w działalność polonijną.