Polowanie na czarownice
29/06/2023
Klasyfikacja praw autorskich
Transkrypcja
- Czary i czarownice w dawnych czasach. A może był to tylko jeden z elementów obyczajowości? Strach przed nonkonformizmem lub reakcja na zjawisko chorób psychicznych? Może faktycznie część skazanych na stos miała coś na sumieniu, co w czasach średniowiecznych i nowożytnych uważano za konszachty z diabłem? W jakim zakresie takie praktyki występowały na ziemiach polskich i jak były postrzegane przez duchownych i świeckich oraz przez samo społeczeństwo? W dzisiejszym odcinku porozmawiamy o historii Polski z perspektywy stosów. Podobno nasze ziemie były miejscem zupełnie ich pozbawionym. A naszym gościem będzie prof. Andrzej Karpiński. Ja nazywam się Cezary Korycki i zapraszam na podcast Muzeum Historii Polski "Prześwietlenie: Inne historie Polski".
Część pierwsza: "W mrokach średniowiecza".
- Panie Profesorze, jakie mogło być najgorsze przewinienie kobiety w czasach średniowiecza? Jak wyglądała obyczajowość tego okresu?
- To wszystko zależy od tego, czy średniowiecza i wczesnej nowożytności bym to raczej określił. Tutaj różne były te takie, można powiedzieć, przestępstwa typowo kobiece i do takich zaliczano domniemane czary czy uprawianie magii i czarów. Ja mówię domniemany, ponieważ, w moim przekonaniu duża część z tych ofiar procesów, no to były domniemane czarownice, prawda? Tracone, ale one z tymi czarami sensu stricto wiele wspólnego nie miały. Oprócz tego trzeba niewątpliwie tutaj zwrócić uwagę także na przestępstwo dzieciobójstwa, które było w tym czasie dosyć nie takie rzadkie, można powiedzieć. I tutaj za to dzieciobójstwo uważano zarówno dzieciobójstwo, jak my rozumiemy, czyli zabicie noworodka, jak spędzenie płodu, czyli dzisiejszą aborcję, jak też podrzucenie noworodka ze skutkiem śmiertelnym. Czyli to były to wszystko było traktowane jako dzieciobójstwo. No i to było też zagrożone bardzo, bardzo surową karą, taką karą kwalifikowaną to było zakopanie żywcem i przebicie palem, czyli bardzo okrutna kara, można powiedzieć. Ona często była zmieniana na ścięcie, prawda, a potem najwyżej te zwłoki były zakopywane. Wiązało się to z faktem, że obwiniona była młoda kobieta. Odpowiadała nie tylko za zabicie ciała, ale także zabicie duszy, ponieważ z reguły ten noworodek nie był ochrzczony i to było. Stąd może właśnie ta taka rytualna kara. No niewątpliwie także, jeśli chodzi o te kobiece przestępstwa, tutaj może mniej prostytutki, bo sama prostytucja, ona nie była karana. To znaczy nierząd był karany, prawda, ale lekkimi karami, ale stręczycielstwo. Trzeba powiedzieć, że stręczycielek. Samo określenie stręczycielka od stręczenia do zawodu, ponieważ z tym zajmowali się bardzo często osoby, które wyszukiwały kandydatki na służbę. No, jeżeli była uczciwa, to wyszukiwała na służbę, była mniej uczciwa, to te młode dziewczęta, pochodzące z reguły spoza dużego ośrodka miejskiego, czyli albo z małego miasteczka, albo ze wsi, ona po prostu, można powiedzieć, zwodziła w cudzysłowie, stąd druga nazwa na stręczycielkę, "zwodnica" staropolskie. Do tego nierządu albo, prawda, doprowadzała to poprzez gwałt, albo w jakiś inny sposób. W każdym razie te stręczycielki, jeśli im udowodniono to, no to one też to była przewina bardzo poważna. No, nie chcę mówić także, że również kwestie takie jak podpalenie czy, prawda, czy trucicielstwo, no to były tak traktowane kobiety tutaj, jak i mężczyźni, czyli także z tymi kwalifikowanymi karami śmierci, które za to groziły za cudzołóstwo. No kara, można powiedzieć, tutaj dla kobiety częściej o to obwiniano, można powiedzieć, o to cudzołóstwo, aczkolwiek tutaj był cały szereg stopni tego cudzołóstwa. Ja cały czas opieram się na "Constitutio Criminalis Carolina", czyli na tym kodeksie karnym za Karola V ostatecznie wydanym i który wszedł do tego prawa, który w miastach obowiązywało w tym czasie. Natomiast cudzołóstwo kwalifikowane podwójne duplex, to znaczy, jeżeli i oskarżony, i oskarżona byli w związkach sakramentalnych, to było karane także karą śmierci przez ścięcie. Zależało to oczywiście także od statusu społecznego i możemy domniemywać, że w kręgach szlacheckich czy magnackich takie rzeczy się mogły zdarzać i tu nikt nie został ścięty. Ale przy biedocie i przy zbiegu przestępstw jeszcze, no bo to jeszcze kwestia zbieg przestępstw, mogła taka osoba być nie tylko cudzołóżczynią czy stręczycielką, ale także i złodziejką. No więc przy takim zbiegu przestępstw to było karane bardzo surowo.
- W ogóle jak zjawisko prostytucji i sutenerstwa wyglądało w średniowieczu, które tak tradycyjnie i stereotypowo kojarzymy z moralnością, z przestrzeganiem Dekalogu, z religijnością?
- Tak. To znaczy powiem tak, we właściwym średniowieczu prostytucja była, można powiedzieć, tolerowana. To jest rzecz bardzo ciekawa, ale tutaj nawet i autorytety duchowne wyrażały się w ten sposób, że prostytucja lepsza jest niż cudzołóstwo. A zatem oczywiście nie wszystkie, ale część prostytutek było. Były to prostytutki niejako reglamentowane. Domy publiczne mogły istnieć tam, gdzie oczywiście one, oficjalne domy publiczne, w których prawda te prostytutki pracowały. Niewątpliwie nielegalna prostytucja zawsze tutaj ona była krytykowana i tępiona. Jeśli chodzi o stręczycielstwo i sutenerstwo, czyli korzystanie z usług cór Koryntu, no to one były zawsze dosyć surowo we wszystkich kodeksach karane. To się zmieniło. To się zmieniło w XVI stuleciu i było związane z kilkoma czynnikami. Po pierwsze, to jest okres rozwoju protestantyzmu, który bardziej rygorystycznie do tego podszedł, a w ślad za tym i reformy Kościoła katolickiego poszły rygorystycznie. Po drugie, to się wiąże z wielką epidemią syfilisu, która zaczęła się po odkryciach kolumbowych i która przez mniej więcej pół wieku była rzeczywiście bardzo groźną chorobą zakaźną, która działa znacznie szybciej niż później, niż w późniejszym okresie czasu, kiedy nauczono się troszeczkę zalecać ten syfilis. Natomiast wtedy to była bardzo, bardzo szybka i bardzo brzydka choroba. I tutaj nie bez kozery uznano prostytutki jako źródło roznoszenia chorób wenerycznych. I stąd, od XVI wieku właściwie nastąpiło zamknięcie większości domów publicznych, wyłączywszy jeden dom publiczny, katowski. Otóż kat miał ten przywilej, a właściwie katowa prowadziła taki legalny lupanar w większym mieście, jedyny. Wszystkie pozostałe nielegalne domy publiczne, można powiedzieć, one służbom miejskim były w pewnej mierze znane, natomiast one były nielegalne. I tutaj w tym przypadku można było wyciągać konsekwencje w stosunku do właścicieli, a także do podopiecznych. Skala tej prostytucji w epoce wczesnonowożytnej i średniowiecznej u nas, na naszych ziemiach polskich, była specyficzna, ponieważ my nie mieliśmy wielkich ośrodków miejskich. Innymi słowy, wyłączywszy może Gdańsk, gdzie badacze doszukiwali się w pewnym momencie takiej dzielnicy prostytucji, takiego Red Light District, można powiedzieć, to u nas była sytuacja taka, że prostytutki musiały wędrować za klientem i stąd tutaj, prawda. Owszem, istniały te nielegalne domy publiczne, w tym XVI, XVII, XVIII wieku, już więcej, prawda? Nastawione na bardzo zróżnicowaną męską klientelę. Natomiast generalnie prostytutki, no, one wędrowały. Oprócz tego, że oddawały się w tych domach publicznych, często nawet te domy publiczne miały charakter objazdowych domów publicznych. Mamy takie świetne źródła z połowy wieku XVII z Lublina, gdzie wpadła siatka sutenerska i gdzie po prostu, z której okazało się, że właścicielki tych czołowych nielegalnych domów publicznych, taka Zofia Godlewska alias Kaspar, kuglarka i inne. One wyjeżdżały na słynne jarmarki, wyjeżdżały na sejmiki z tymi swoimi podopiecznymi. Jeszcze więcej wędrowało prostytutek, po prostu, po gościńcu w ramach tych właśnie ludzi luźnych jako takich, także tutaj ta sytuacja jest taka specyficzna. W dużych miastach Zachodu, takich jak Paryż czy Londyn, no to tam prawda oczywiście istniały dzielnice prostytucji, prostytucji stacjonarnej było dużo więcej. No i jeszcze jedna uwaga, że obok prostytucji zawodowej, bo tu cały czas mówimy o różnych kategoriach, tych zawodowych od, powiedzmy sobie, właśnie tych legalnych, katowskich, przez te nielegalne domy publiczne i indywidualne prostytutki zawodowe. Mamy także, no i ulicznice, bo i takie były, prawda? Ten najniższy sort prostytutek. Mamy też prostytucję okazjonalną, ona jest trudno uchwytna. Ale tutaj wiadomo jest, że prawda, tutaj zwłaszcza osoby pracujące przy wyszynku alkoholu, służące, czasami przy okazji również tutaj też starały się dorobić, w cudzysłowie, właśnie poprzez kontakty seksualne. To wychodzi potem w zeznaniach, jeżeli taka kobieta wpada za inne przestępstwa. Ona czasami w swoich zeznaniach sądowych także się i do takich kontaktów przyznaje.
- Za chwilę przeniesiemy się do epoki nowożytnej, ale prosiłbym pana profesora o taką głębszą refleksję. Czy my w ogóle słusznie używamy pojęcia średniowiecznego polowania na czarownice?
- Czyli właśnie te polowania na czarownice. Niewątpliwie psychoza pogoni za domniemanymi czarownicami. Są historycy, którzy twierdzą, że do końca to nie jest takie prawdziwe stwierdzenie "domniemana czarownica", ponieważ tak naprawdę każda chłopka w epoce późnośredniowiecznej czy wczesnonowożytnej, ona na własny użytek pewne magiczne rytuały, jak gdyby, w cudzysłowie, czarowała na własny pożytek. Tylko tyle, że potem środowisko typowało tą, która potem stawała przed sądem jako owa czarownica. No oczywiście te czary, które miały przynieść pożytki typu dostatku, typu właśnie udania się mleka, udania się piwa, one były niegroźne. Natomiast faktycznie w końcu wieku XV to się wiązało i z bólami papieskimi z tej epoki, ale także z taką pracą dwóch zakonników. Sprenger i Institoris, nazywali się i wydali tzw. "Malleus maleficarum", "Młot na czarownice". Pracę, która miała ułatwić poszukiwanie czarownic. I to stało się jak gdyby początkiem na szeroką skalę właśnie poszukiwania domniemanych czarownic, wspólniczek Szatana. To nieprawdą byłoby powiedzenie, że czarownic nie poszukiwano wcześniej. Też, ale nie na taką skalę. I teraz właśnie tutaj to się to się w całej Europie, zarówno w świecie katolickim, jak i protestanckim, pamiętajmy, rozpoczął na szeroką skalę właśnie w końcu XV wieku i trwało tak naprawdę do, powiedzmy sobie, do połowy XVII stulecia, kiedy w Europie właściwie te stosy przestawały płonąć, na naszym terytorium się to przeciągnęło. Myśmy tutaj, jakoś tak się złożyło, że największe nasilenie tych procesów o czary na ziemiach polskich miało miejsce w okresie rządów Jana Sobieskiego, czyli sam schyłek wieku XVII i w pierwszej połowie wieku XVIII, czyli to przesunięcie jest o kilkadziesiąt lat. Wtedy było tych procesów najwięcej. Skąd te domniemane czarownice miały się brać? Tutaj jest bardzo bogata literatura przedmiotu na temat tego właśnie czarostwa i procesów o czary. Generalnie splot przyczyn był bardzo różny. To mogły być osoby typowane przez lokalną wspólnotę, która to wspólnota korzystała latami całymi z umiejętności jakichś właśnie tej domniemanej czarownicy, by w pewnym momencie, kiedy coś zaczęło się nie wyjść, prawda, wytypować ją jako właśnie tą przestępczynię. To mogło się wiązać i jest taka koncepcja, że wiąże się to także z walką wewnątrz wsi. Pamiętajmy, że czarowanie jest głównie przestępstwem wiejskim. To, że domniemane czarownice, one były skazywane przez sądy miejskie, to wynika tylko z faktu, że sądownictwo wiejskie nie posiadało ono możliwości inkwizycyjnych, czyli stosowania tortur. Dlatego wszelkie domniemane czarownice oddawano do sądów miejskich i to w sądach miejskich one były sądzone. Natomiast zdarzało się, że gromada w ramach wewnętrznych porachunków oskarżała np. jakąś bogatą młynarkę czy karczmarkę, o te czary z zawiści, po prostu. Oczywiście jeszcze cały szereg innych splotów można było ułożyć. Przede wszystkim, jeżeli dochodziło do kataklizmów jakichś, kataklizmy w okolicy, one też były niewytłumaczalne czasami i też tutaj mogły w tym momencie paść podejrzenia o to, że to jest spowodowane w sposób nadzwyczajny. No i wreszcie kwestia tego, związanego z czarami, kontaktu z Szatanem. To też się wiąże, właśnie to się nasila od XVI i XVII wieku i w tym momencie, no tutaj, to były te najcięższe zarzuty, że właśnie czarownica jest wspólniczką Szatana i że tutaj właśnie ona tutaj pomaga mu szkodzić. To jest ta czarna magia, szkodzić na niekorzyść ludzi, na niekorzyść zwierząt, bo to były bardzo różne, zwierząt domowych oczywiście. Wtedy pojawiły się zresztą cały szereg tych pytań związanych z sabatami, prawda, czyli tymi zjazdami czarownic. No i oczywiście w momencie, jeśli domniemana czarownica przyznawała się najczęściej na torturach, ponieważ one podlegały procesowi inkwizycyjnemu, czy można było tortury wobec niej zastosować, przyznawała się do takich kontaktów z owym Szatanem. To właściwie los jej był, można powiedzieć, przesądzony. Tym, jakie sądy zajmowały się, no tutaj najwięcej i najokrutniejsze były sądy małych miast. Tam, po prostu, miejscowa populacja wierzyła naprawdę w to, że te kobiety są wspólnikami Szatana i dlatego tamte wyroki były najcięższe. Im większe miasto, mówię znowu o Rzeczpospolitej, tym mniej tych procesów w ogóle. A nawet przecież, powiedzmy sobie, nie każda posądzona o domniemane czary kobieta była skazywana na śmierć. Bywały nawet uniewinnienia. Natomiast jeśli chodzi o postawę Kościoła, sytuacja była tego typu, że właściwie ponieważ jest to przestępstwo przeciwko religii, czary, w związku z tym to wszystko powinno w instancjach kościelnych i przed sądami kościelnymi odbywać się. Trochę się tego odbywało, ale przeważnie jednakże to sądy świeckie wydawały te wyroki. Kościół miał w XVI, XVII wieku taką ambiwalentną postawę. To znaczy, z jednej strony nie odcinał się od tego, że istnieje możliwość kontaktów tych domniemanych czarownic z Szatanem, z drugiej zaś strony był przeciwny jednak często i tutaj stąd wychodziły te pierwsze próby, jak gdyby, łagodzenia tych wyroków przeciwnych tym bardzo ostrym, ostrym restrykcjom, jak gdyby. Ale to mówię, taka postawa niewiele tutaj pomagała i te stosy płonęły. One płonęły w Hiszpanii do 1610 roku, w Holandii do 1611 roku, w Anglii i Szkocji do 1694, we Francji do 1745. Podaję daty ostatnich, ostatniego spalenia domniemanych czarownic czy czarowników. Powiedzmy sobie, że bywały rejony, gdzie nawet więcej mężczyzn było o to oskarżanych, na przykład w państwach dzisiejszej Skandynawii. Tam więcej było oskarżonych mężczyzn. Tyle tylko, że tam tych osób było relatywnie nie tak wiele. No i wreszcie w Szwajcarii, w 1782 roku, ostatnia kobieta Anna Goldin, służąca, która zresztą na torturach przyznała się do tego, że miała kontakty z Szatanem i że rzucała uroki, została stracona. Tyle że już nie, chyba nie spalona, a ona została, ale stracona została. To był rok 1784, czyli to już było nawet po ostatnim procesie, głośnym procesie na terenie Rzeczypospolitej. Tu przypomnę ten proces doruchowski, tylko króciusieńko. W Doruchowie niedaleko Ostrzeszowa, w Wielkopolsce, miejscowy dziedzic nazywał się Stokowski. On w tym momencie, ponieważ żona mu zachorowała, to jest bardzo częsta rzecz. Uznał, że miejscowe chłopki ją zaczarowały. Pamiętajmy, że tragedia owych procesów o czary polegała na tym, że brana na tortury kobieta miała wskazać swojej domniemanej wspólniczki i ona wskazywała inne kobiety. Stąd robiło się takie procesy łańcuszkowe. To jest dramatyczna historia. Gdzieś tam właśnie któryś z biskupów w Bawarii potrafił do 900 tych kobiet różnych w różnych procesach łańcuszkowych skazać na karę śmierci przez spalenie. I one zostały tam spalone. Natomiast w tym Doruchowie też doszło do okropnej historii. To jest rok 1775, czyli późny XVIII wiek. Najpierw oczywiście poddano te domniemane czarownice ordalium, czyli w tym przypadku pławieniu, które polegało na tym, że zawiązane w łódeczkę, prawda, domniemane czarownice spuszczano na wodę i obserwowano, czy ona tonie, czy nie tonie. Ubrane w wiele tych warstw odzieży i tak związane w ten sposób, no często nie tonęły. Jak nie tonęły, to znaczy, że są winne. Jak utonęła, to inna sprawa, prawda? Bywało tak, że utonęła. Może była niewinna, ale też zakończyła życie. No tak, te biedne doruchowskie, bo ich 14 było, tych domniemanych czarownic. Były tak męczone, że 3 z nich zmarły na torturach, pozostałe zostały skazane na karę śmierci i spalone, co jednak odbiło się takim echem w Rzeczypospolitej, że w roku następnym zniesiono procesy o czary w Rzeczypospolitej. No, jest to okres Stanisława Augusta Poniatowskiego.
- Uchylił Pan Profesor trochę rąbka, smutnego rąbka, tajemnicy związanego z karami, wyobrażamy sobie stos, usłyszeliśmy o pławieniu. Jakie były kary? Czy może były troszkę lżejsze? Czy one zawsze się kończyły? Czy one zawsze były tak brutalne?
- W przypadku procesów o czary, zakończonych wyrokiem skazującym, to było spalenie. To było spalenie, tyle tylko, że spalenie mogło być też w dwojaki sposób robione jeszcze. To znaczy, właściwie w trojaki sposób. Po pierwsze, zdarzało się, że kat, zanim ta kobieta została na stos wysłana, już ją tam udusił, prawda, czy zabił. I potem właściwie zwłoki były palone. No, gorszą rzeczą było oczywiście, jeżeli ta kobieta była przywiązana do pala i palono na stosie. Najgorszą, kiedy ona była przywiązywana do pala na łańcuchu, prawda? I w całej przestrzeni ona się tam gotowała czy smażyła przez dłuższy czas? I takie, i takie wyroki również były. No niestety, aż do czasu Cesarego Beccari, czyli do drugiej połowy wieku XVIII, te kary były bardzo okrutne. Kary odzwierciedlające, na przykład, dla podpalacza spalenie. Palono sodomitów, to znaczy właśnie tych, którzy byli oskarżani zarówno o zoofilię, jak i też o homoseksualizm. To te osoby były też palone, palono świętokradców, oczywiście także tutaj. To jest jedna z okrutniejszych kar, prawda, kar kwalifikowanych. Jeśli chodzi o złodziei najczęściej ich wieszano, a złodziejki topiono, prawda. Rozmaitego typu rozbójników i morderców karano w sposób bardzo okrutny, mianowicie albo poprzez ćwiartowanie. Nie muszę tu mówić, na czym mogło to polegać, albo przez łamanie kołem. Z tym, że to łamanie kołem było specyficzne, mniej więcej prawda? Ponieważ to było albo łamanie na kole, kładziono danego delikwenta na kole od wozu, podkładano mu pod kończyny takie kołeczki drewniane i potem go na tym łamano kole albo kładziono go po prostu na ziemi i kat kołem, rzucał to koło na niego, na poszczególne kończyny, na głowę, na tułów. Tutaj gorsze było oczywiście łamanie od dołu. Bo jak poszło łamanie od góry, to pierwsze uderzenie kołem poszło na głowę i to potem już było bezczeszczenie zwłok tego przestępcy. No mniej u nas, na przykład, popularnie tutaj z filmów rozmaitego typu kara "wbicie na pal". Dosyć rzadko zdarzała się, ale tylko w stosunku do rozbójników podgórskich. No i na Dzikich Polach, gdzie wzajemnie obie strony ze sobą rywalizujące. No jest to także bardzo mało miła sprawa, podobnie jak powieszenie na haku, prawda? Który jeden z najsłynniejszych naszych zbójników karpackich właśnie na tym haku został w pewnym momencie powieszony.
Część druga: "Państwo bez stosów?".
- A jaka jest Pana opinia dotycząca "państwa bez stosów"? Porównania ziem Rzeczypospolitej Obojga Narodów do innych miejsc Europy.
- To znaczy, to jest w ujęciu historyków przede wszystkim walk religijnych i religijności powiedziane, ponieważ rzeczywiście w stosunku do innych państw europejskich, u nas natężenie tych walk związanych z reformacją było zupełnie inne. To znaczy u nas rzeczywiście ofiary można byłoby policzyć na palcach jednej czy dwóch rąk. Te osoby, które zostały stracone właśnie w sposób bardzo okrutny, spalone czy stracone za przekonania religijne, w przeciwieństwie do zachodniej Europy. Gdzie tam jednak tych procesów było dużo więcej, więc z tego punktu widzenia te stosy u nas płonęły rzeczywiście bardzo rzadko. Tutaj nieżyjący już prof. Janusz Tazbir właśnie określił to "państwo bez stosów" i nawet napisał taką pracę, która potem się przyjęła w historiografii. Natomiast jeśli chodzi o te domniemane czarownice, jaka ich liczba została u nas spalona? To są znowu duże dyskusje historyków. Zresztą w ogóle można powiedzieć, że ciężko jest określić liczbę ofiar tych procesów o czary. Zwłaszcza, że dużo osób zginęło w wyniku samosądów lokalnych i to w ogóle nic nie wiemy, co się działo. Ale nawet te ofiary, które można byłoby liczyć, w XIX wieku liczono na setki tysięcy straconych. Po tym, jak zaczęto realnie brać w rękę akta kryminalne, okazało się, że ta liczba spada. Taki historyk badający owe procesy o czary, Bohdan Baranowski, nieżyjący już, w pewnym momencie określił u nas, że jeszcze w momencie, kiedy ta liczba tych domniemanych czarownic spalonych była duża, że na terenie Rzeczypospolitej spalono 30 tysięcy. Tylko, że wszędzie w Europie to spadało, a u nas te 30 tysięcy było w historiografii powtarzane. I w pewnym momencie zaczynało się okazywać, że to myśmy byli najmniej tolerancyjnym państwem w Europie pod tym względem. Dopiero nowsze badania Małgorzaty Pilaszek i Jacka Wijaczki wykazały, że to, co możemy stwierdzić naprawdę, to jest kilka tysięcy. To i tak jest bardzo dużo, ale jest w ciągu tych trzech wieków, no, kilka tysięcy tych kobiet zostało straconych właśnie na tych stosach, to i tak jest bardzo dużo. Natomiast skąd ta różnica? Otóż profesor Baranowski trafił na akta z takiego swoistego typu zagłębia czarownic. Wielkopolska była bardzo nietolerancyjna tutaj i po prostu potem, nie badając wszystkich rejonów, przemnożył tą liczbę straszną w jednym rejonie przez inne rejony i wyszła mu taka bardzo, bardzo duża ta liczba straconych. To jest i tak bardzo dużo. Do tego trzeba byłoby dodać mniej więcej drugą część, drugą liczbę, także straconych w samosądach. Ostatni taki oficjalny proces tutaj, zakończony spaleniem, to była ta słynna Barbara Zdunk, prawda, z Reszla czy spod Reszla. To była prosta kobieta z Bartoszyc, która od młodych lat pracowała, córka jakiegoś pastucha, potem wyszła za mąż, ale małżeństwo jej się nie udało. Potem miała bardzo wielu faworytów, kilkoro dzieci nieślubnych. A potem zakochała się w dużo młodszym od siebie parobku, Marcinie. On był dwadzieścia dwa lata młodszy od niej, więc sporo. A ponieważ widocznie odrzucił w pewnym momencie jej zaloty, więc ona miała, tak przynajmniej głosiła fama, miała podpalić we wrześniu 1807 roku jego dom w Reszlu. Podpaliła ten dom. Od tego wybuchł pożar, który zakończył się spaleniem kilku posesji i śmiercią dwóch osób. I ta właśnie Barbara Zdunk została oskarżona o nie tylko podpalenie, ale także o to, że podpaliła ten dom za pomocą czarów. Osadzona w areszcie, skazana już w 1807 roku na śmierć, siedziała cztery lata w areszcie. To jest ewenement. Chcę dodać przy okazji, że w tym momencie to nie są już ziemie Rzeczypospolitej. To są ziemie zaboru pruskiego. No, niemniej Fryderyk Wilhelm III, ówczesny król pruski, nie uniewinnił jej, chociaż według kodeksu prawnego pruskiego nie było już przestępstwa czarostwa. Został dawno zniesiony w XVIII wieku. No i tą nieszczęsną Barbary Zdunk, ona miała 42 lata chyba jak została stracona, spalono na takiej górze szubienicznej koło Reszla w sierpniu 1811 roku. No więc jeśli chodzi o ziemie polskie, no to można powiedzieć jest to ostatnie spalenie kobiety. Natomiast to już nie Rzeczpospolita, tylko to państwo pruskie. Można tutaj tylko zwrócić uwagę na jeszcze jedno, że z punktu widzenia podpalaczki, a to i zarzucano, też byłaby spalona. Więc tutaj spalono ją, czy za jedno i za drugie na tej zasadzie. Ale jeżeli byłaby tylko podpalaczką, też mogła zostać spalona. No, ale to nie jest ostatni przypadek śmierci poniesionej w związku z domniemanymi czarami. Niejaka Krystyna Ceynowa, to była rybaczka, wdowa około 50 lat mieszkająca w Chałupach. Państwo znacie tą miejscowość, Chałupy, na wybrzeżu. No i tutaj została przez lokalną społeczność oskarżona o rzucanie uroków. Następnie była pławiona, a potem była po tym pławieniu została wiosłami zatłuczona przez rybaków. No był to rok 1836 i znowu państwo pruskie. Tym razem jednak winni zostali postawieni przed sądem i poszli siedzieć w więzieniu. No, niemniej trzeba powiedzieć, że cała ta sprawa została potem bardzo umiejętnie wykorzystana przez rząd pruski w okresie germanizacji, ponieważ miał być to dowód na ciemnotę kaszubskich rybaków, prawda? No tak czy inaczej, jest to ostatnia osoba, o której wiemy. Wiemy, że została z tego właśnie podejrzenia o uprawianie czarów stracona.
- Powiedział Pan, że na ziemiach polskich ustawodawstwo zakończyło te procesy. Jakie konkretnie ustawodawstwo i kiedy?
- No to właśnie to po prostu decyzją króla Stanisława Augusta Poniatowskiego w 1776 roku zniesiono procesy o czary. A to zresztą było zgodne z generalną tendencją znoszenia i tortur, jako procesu inkwizycyjnego, i procesów o czary. I to jest właściwie, można powiedzieć, koniec procesów o czary. Tego właśnie niechwalebnego procederu, który na naszych ziemiach się toczył.
- Wiek oświecenia oznaczał zmianę mentalności społeczeństwa, władców.
- Niewątpliwie oświecenie, to się wiązało z oświeceniem. No i właśnie z działalnością Cesarego Beccari, to był taki wybitny działacz oświeceniowy, włoski, który wystąpił przeciwko karze śmierci w ogóle. To jeszcze długo się przebijało, ale on się karze śmierci w ogóle jako karze eliminującej. Uważał, że kara powinna być nieuchronna, ale nie powinna być to kara śmierci. Wystąpił przeciwko torturom i właściwie on preferował to, co później zostało i obecnie zostało przyjęte, mianowicie kara więzienia. Wcześniej trzeba powiedzieć, kara więzienia jako samoistna kara, nie jest karą specjalnie częstą. Oczywiście jest, bo każdego podsądnego się trzyma na okres procesu. Mamy przykład tej Barbary Zdunk, która siedziała aż cztery lata w tym areszcie, gdzie zresztą urodziła dwoje dzieci dlatego, bo ją wykorzystywali strażnicy więzienni po prostu. Natomiast na ogół trzymano w tych aresztach, do czasu procesu. No, jeżeli, ponieważ koszty takiego przetrzymywanego człowieka ktoś musiał opłacać, więc najczęściej chodziło o to, żeby jak najkrócej skrócić to opłacanie, prawda? I w związku z tym te kary albo typu chłosty i relegacji, czyli wypędzenia albo uniewinnienia, albo kara śmierci, bo to w tym momencie owo więzienie rozładowuje. U nas te więzienie, właściwie dożywotnie więzienia istniały jednak do końca epoki stanisławowskiej, mianowicie Kamieniec Podolski i Częstochowa. Tam zsyłano tych najcięższych przestępców. Kiedy zaczęło się odchodzić w ogóle od kary śmierci? No, jest to też duży plus. Nie jest powiedziane, że całkowicie kara śmierci została skasowana, ale coraz częstsze stały się właśnie albo domy pracy przymusowej dla tych lżejszych przestępców, albo właśnie zesłanie za najcięższe nawet przestępstwa, do budowy twierdzy w Kamieńcu Podolskim.
- Wysłuchaliście podcastu Muzeum Historii Polski "Prześwietlenie: Inne historie Polski". Podcastu możecie posłuchać na YouTube, Spotify, Google Podcasts, na Audiotece i w aplikacji Empik Go, a także na innych platformach podcastowych. Chcesz być na bieżąco? Subskrybuj kanał Muzeum Historii Polski.
Dane o obiekcie
-
Nazwa / Tytuł
Polowanie na czarownice -
Rodzaj
-
Kategoria
-
Data wykonania
29/06/2023 -
Czas trwania
0h 29min 18sek -
Osoby występujące
-
Numer inwentarzowy
MHP-05-17471 -
Klasyfikacja praw autorskich
-
Permalink
Słowa kluczowe
Opis
Tym razem w podcaście Muzeum Historii Polski poruszamy tematykę czarów i czarownic. Czy w średniowieczu naprawdę wierzono w magię i kontakty z szatanem? Czy oskarżeni rzeczywiście mieli coś na sumieniu, a może byli ofiarami pomówień i niesprawiedliwych procesów? Czy tortury były często stosowane? Jakie kary groziły za różnego rodzaju obyczajowe przestępstwa? Jak radzono sobie z prostytucją i dlaczego I Rzeczpospolita była pod tym względem wyjątkowa? Nie zabraknie również odpowiedzi na pytanie, kim był czarownik i w których krajach skazywano ich częściej niż czarownice. Wreszcie, kiedy przestano stosować tortury, a oskarżenie o czary wykreślono z kodeksów? Gościem odcinka jest ekspert, profesor Andrzej Karpiński z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Wraz z Cezarym Koryckim przeniosą was w świat średniowiecznej i nowożytnej Europy.