Polacy na frontach Wielkiej Wojny
Muzeum Historii Polski;
06/11/2024
Klasyfikacja praw autorskich
Transkrypcja
Wojna, na frontach której poległo więcej Polaków niż na wszystkich frontach II wojny światowej. Konflikt, bez którego w listopadzie 1918 r. nie odrodziłaby się Niepodległa. Wydarzenie, które przerwało 120 lat politycznej niemocy i pozwoliło zrealizować wolnościowe marzenia kilku pokoleń Polaków. Dlaczego zatem I wojna światowa, bo o niej mowa, uchodzi za “nie naszą” wojnę? Tragedia Polaków przymusowo wcielonych do armii zaborczych i wysyłanych na front I wojny światowej przez lata znajdowała się w cieniu odzyskania przez nasz kraj niepodległości, a później zwycięskiej walki o jego granice. Że Polska nie wzięła w tym konflikcie udziału jako państwo – to prawda. Ale polscy żołnierze walczyli na wszystkich najważniejszych frontach tej wojny. Jakie było znaczenie złożonej przez nich obfitej daniny krwi? I dlaczego warto pamiętać o I wojnie światowej, choć polska pamięć o niej jest taka trudna? O tym właśnie opowiem w dzisiejszym odcinku Rzeczy Historycznej. Dramat Wielkiej Wojny I wojna światowa była wielkim konfliktem największych europejskich mocarstw. Europa podzieliła się na dwa obozy: Ententę (główne państwa: Wielka Brytania, Francja, Rosja) i Państwa centralne (Austro-Węgry, Niemcy, poparte przez Turcję i Bułgarię). Ten konflikt mógł przynieść zniewolonej Polsce możliwość odzyskania niepodległości. Wojna, która wybuchła w roku 1914, oznaczała jednak głównie wielki dramat, bezprecedensową liczbę ofiar i fakt, że naprzeciw siebie stanęli Polacy będący żołnierzami w zaborczych armiach. Przypomnijmy, jakie wydarzenia i procesy doprowadziły do wybuchu wojny. Przenieśmy się do Sarajewa, jest 28 czerwca 1914 roku. Arcyksiążę Franciszek Ferdynand Habsburg wraz z towarzyszącą mu małżonką Zofią odwiedzają południowe rubieże swojej monarchii. Zanim pójdziemy dalej, wstrzymajmy się jeszcze na chwilę. Dziś widzimy, że na dłuższą metę utrzymanie pokoju w Europie nie było możliwe. Decydujące znaczenie miała angielsko-niemiecka rywalizacja o hegemonię na świecie, nabierająca rozpędu od końca XIX wieku. Niemcy lubili przedstawiać Wielką Brytanię jako ośmiornicę oplatającą swymi mackami Europę, jednak sojusze z Francją i Rosją, które stały się podstawą Ententy, były w istocie rzeczy sojuszami obronnymi. Londyn bronił za ich pomocą swojego stanu posiadania. Berlin natomiast – związany sojuszem z Austro-Węgrami oraz Włochami – nie wierzył w ich trwałość. Uważał, że animozje związane z ekspansją kolonialną w Afryce i strefami wpływów w Azji Środkowej rozbiją porozumienie w trójkącie Londyn-Petersburg-Paryż. Jeżeli dyplomację porównamy do brydża, to Cesarstwo Niemieckie zdecydowanie przelicytowało. W obliczu splotu sprzecznych, globalnych interesów, najdrobniejszy konflikt mógł doprowadzić do uruchomienia machiny traktatów i w ten sposób do wybuchu wojny na bezprecedensową skalę. I dokładnie to stało się latem roku 1914. Zabójstwo w Sarajewie doprowadziło do wybuchu wojny, choć przecież prawie nikt z żołnierzy Wielkiej Wojny nie powiedziałby, że walczył za dobre imię austriackiego arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. W efekcie doszło do konfiguracji politycznej zupełnie bez precedensu w naszej historii. Nagle wszystkie trzy monarchie – niemiecka, austro-węgierska i rosyjska – które zagrabiły polskie ziemie w ramach rozbiorów, znalazły się po przeciwnych stronach barykady. Niestety oznaczało to też, że te trzy wielkie armie Wielkiej Wojny rzucą na front setki tysięcy Polaków znajdujących się w ich szeregach. A i to nie wszystko. W tej wojnie Polacy znaleźli się także i w szeregach armii francuskiej oraz korpusie amerykańskim, gdy USA przystąpiły do wojny. Można z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że byliśmy jedynym narodem w Europie wchodzącym w skład praktycznie wszystkich armii biorących udział w walkach: czy to na froncie zachodnim, południowym, czy wschodnim. Przed wybuchem I wojny światowej w armiach państw zaborczych służyło od 250 do 300 tys. Polaków, którzy będąc obywatelami Rosji, Niemiec i Austro-Węgier podlegali obowiązkowi służby wojskowej. W Rosji, ze względu na wyższy poziom wykształcenia Polacy mogli stanowić kilkanaście do nawet 20% korpusu oficerskiego. Choć strategia Imperium Rosyjskiego wobec ludzi z Nadwiślańskiego Kraju, jak nazywano Królestwo Polskie, była specyficzna. Polaków nie wcielano do jednostek Warszawskiego Okręgu Wojskowego i leżącego już w ziemiach zabranych Wileńskiego Okręgu Wojskowego, wysyłając ich raczej w głąb Rosji. Przestrzegano ponadto skrupulatnie zasady, zgodnie z którą do Akademii Sztabu Generalnego w Petersburgu nie byli przyjmowani wyznawcy religii rzymsko-katolickiej. Mało znanym faktem jest także to, że w XX wieku w armii carskiej było ponad 100 generałów mających polskie pochodzenie. Inaczej było w Cesarstwie Niemieckim. Polacy z Wielkopolski, Śląska, Pomorza, Warmii czy Mazur oczywiście byli chętnie wcielani w szeregi armii, ale rzadko kiedy zyskiwali oficerskie szlify. "Wprawdzie powątpiewam, czy dla mnie osobiście, wobec tego, że tak wyraźnie jako Polak występuję, w ogóle kiedykolwiek zakwitnie kwiat świetnej przyszłości w ogrodzie militaryzmu pruskiego. Cała kompania wie o tym, że czytam polskie gazety i że je daję dalej innym Polakom. O tym wiedzą i oficerowie. W jakim świetle i czy w ogóle o tej sprawie mówili szefowi kompanii, tego nie wiem. W każdym razie, mimo nieprzyjemności, które są z tym połączone, wolę nie awansować, jak zupełnie nie wiedzieć, co się u nas dzieje w tak ważnej chwili." W ten sposób do swojej mamy pisał z frontu Józef Iwicki, jeden z setek tysięcy mających polskie pochodzenie żołnierzy armii Cesarstwa Niemieckiego. Prusacy mieli do Polaków surowe podejście, nie istniały osobne „polskie” pułki, jak to było w armiach rosyjskiej czy austriackiej. Polacy nie mieli prawa do jakichkolwiek dystynkcji czy specjalnych odznak na mundurach. Co więcej, zabraniano im używania języka polskiego! Z kolei w armii imperium Habsburgów Polacy służyli zasadniczo w jednostkach wchodzących w skład trzech Dowództw Korpusów. Rekruci narodowości polskiej stanowili zdecydowaną większość w jednostkach należących do zachodnio-galicyjskiego I Korpusu. W korpusach X (Przemyśl) i XI (Lwów) odsetek Polaków był zdecydowanie niższy. Liczbę Polaków zmobilizowanych do armii austriackiej podczas I wojny światowej szacuje się na ok. 720 tys. żołnierzy. W czasie działań wojennych w latach 1914-1918 do armii państw zaborczych powołano w sumie około 3 mln żołnierzy polskiego pochodzenia. Według współczesnych badań w czasie I wojny światowej poległo, zmarło lub zaginęło bez wieści ponad 500 tys. naszych rodaków: ponad 220 tys. w armii austriackiej, około 200 tys. w armii rosyjskiej i dobrze ponad 110 tys. w armii niemieckiej. Blisko 800 tys. odniosło rany lub zostało kalekami. To ogromna liczba, choć historycy nie są w pełni zgodni w tych szacunkach. Dla porównania, w czasie II wojny światowej szacuje się, że poległo około 110-300 tysięcy polskich żołnierzy – w zależności od sposobu liczenia poległych członków Podziemia, żołnierzy zmarłych w niewoli i zamordowanych w obozach. Tyle, że Polacy w czasie I wojny światowej wcieleni do armii zaborczych to nie wszystko. Była jeszcze jedna formacja nieco zapomniana, która do walki na froncie zachodnim przystąpiła praktycznie od początku Wielkiej Wojny. Bajończycy to nieco zapomniana i mało znana formacja francuskiej Legii Cudzoziemskiej. Żołnierze polscy z oddziału sformowanego w Bajonnie na samym południowo-zachodnim skrawku Francji nad zatoką Biskajską nie byli jedynymi polskimi ochotnikami, którzy zgłosili się do Legii Cudzoziemskiej. Kolejną, liczącą kilkuset żołnierzy grupę, dowództwo francuskie skierowało do miasteczka Rueilly. W rezultacie powstały w tym czasie we Francji dwie polskie kompanie, które przeszły do historii jako Bajończycy i Rueillczycy. Polacy, którzy znaleźli się w Bajonnie, podkreślali swą odrębność narodową, lecz mundury, które otrzymali, były typowe dla żołnierzy Legii Cudzoziemskiej, bez emblematów narodowych. Dlatego zwrócili się do władz francuskich o zgodę na nadanie polskiej kompanii sztandaru z wizerunkiem orła. Zaprojektowali go dwaj żołnierze kompanii: znany artysta i rzeźbiarz Xawery Dunikowski oraz powieściopisarz i malarz Jan Żyznowski. Polacy trafili na najbardziej krwawe odcinki frontu w pierwszych latach wojny. Walczyli przeciwko Niemcom na froncie zachodnim w Szampanii, a następnie zostali skierowani w okolice miasta Arras, gdzie uczestniczyli w natarciu na wzgórza Vimy. W trakcie tych walk Bajończycy ponieśli duże straty, sięgające 75% stanu wyjściowego, zostało ich mniej niż 50. Straty improwizowanej kompanii z polskim plutonem były tak duże, że dowództwo 1 Pułku Legii Cudzoziemskiej nakazało ją rozwiązać. Pozostali przy życiu Bajończycy rozproszyli się: część udała się do Rosji, część z uwagi na odniesione rany została zwolniona od dalszej służby wojskowej, niektórzy zdecydowali się walczyć dalej w szeregach armii francuskiej, zaś kilku znalazło się później w szeregach formowanej od czerwca 1917 r. Armii Polskiej we Francji. O Bajończykach pamiętamy, a ich sztandar został przez Prezydenta Republiki Francuskiej Raymonda Poincarégo udekorowany Krzyżem Wojennym z Palmą, zaś po powrocie do ojczyzny także Orderem Wojennym Virtuti Militari V klasy, później reprezentował on oficjalnie armię polską we Francji podczas przemarszu zwycięskich armii alianckich w Paryżu. Z Bajończykami łączy się także jeszcze jedna historia ilustrująca cały tragizm polskiej historii w czasie I wojny światowej. Okresu, w którym naprzeciwko siebie stawali rodacy. Brat przeciwko bratu Listopad 1914 roku. Niewielki pododdział Bajończyków natrafia na Polaków z armii niemieckiej. Oto wspomnienie jednego z żołnierzy w służbie francuskiej. "Stanęliśmy w małym rowie: na polu widać było trupy francuskich i niemieckich żołnierzy, których pochować nie było można od początku walki. Dookoła spokojnie. Słońce już zaszło, zmierzch powoli zapadał i wśród tej ciszy rozlega się nagle potężna Grunwaldzka pieśń: „Tak mi dopomóż Bóg”. Z początku nieśmiało, później coraz głośniej, śmielej pieśń płynęła w stronę niemieckich okopów. My wychylamy się z rowu i widzimy naprzeciwko kilkanaście szarych postaci, zasłuchanych w naszą pieśń. Pieśń zamarła. Zaczynamy „Boże, coś Polskę” i widzimy, że nas rozumieją, zaczynają machać czapkami, chustkami! A więc prawda! – Są Polacy. Dziwne uczucie nas ogarnęło: tam Polacy w szarych mundurach niemieckich, tu w granatowych francuskich. Jedni i drudzy Polacy na obcej ziemi." Tę historię znamy z relacji Bajończyka Tadeusza Wielowiejskiego. Opisana przez niego pieśń „Tak mi dopomóż Bóg” to rzecz jasna „Rota” z tekstem autorstwa Marii Konopnickiej. Frapująca jest dalsza część tej historii. Polacy z armii francuskiej zaczęli przemawiać przez tubę do Polaków służących w armii niemieckiej, by ci przeszli bez broni linię frontu. Okazało się jednak, że jest ich znacznie więcej niż pierwotnie sądzono, dlatego też Bajończycy postanowili powrócić następnego dnia w to samo miejsce, wraz ze swoim sztandarem. Niemcy okazali się jednak przewidujący. Oddziały złożone z Polaków przenieśli szybko na inny odcinek frontu. Potencjalnego ryzyka dezercji (z ich perspektywy oczywiście) należało za wszelką cenę uniknąć. W efekcie akurat w tym miejscu do bratobójczego starcia nie doszło. Faktem jest, że byli Polacy walczący w szeregach armii niemieckiej, którzy przechodzili na drugą stronę frontu. Skala dezercji z tej armii była jednak stosunkowo niewielka. Wśród dezerterów znajdowali się nie tylko Polacy z terenów Wielkopolski i Pomorza, ale również z Górnego Śląska. Wśród nich znanym nazwiskiem jest choćby Jan Józef Ludyga-Laskowski, który przeszedł na stronę francuską w czasie bitwy pod Verdun. Jego droga jest cokolwiek symboliczna. Był on jednym z pierwszych ochotników, którzy wstąpili do Błękitnej Armii gen. Józefa Hallera tworzonej pod auspicjami Komitetu Narodowego Polskiego. Armia ta miała stanowić zalążek przyszłej armii niepodległej Rzeczypospolitej. Ludyga-Laskowski znalazł się w jej szeregach w grudniu 1917 r., na czele blisko 400-osobowego oddziału złożonego z podobnych mu żołnierzy-Polaków, jeńców z szeregów armii pruskiej. Znacznie później, w kwietniu 1919 roku wraz z żołnierzami armii Hallera uczestniczył w zajmowaniu przez wojsko polskie Pomorza, a jeszcze później był jednym z przywódców II i III powstania śląskiego. Z ziemi francuskiej – do Polski. Walk bratobójczych niestety jednak nie brakowało. Polscy żołnierze fatalnie znosili świadomość, że walczą przeciwko rodakom. „Wszystko można wytrzymać, ale jak przeciwnik, do którego się strzela, ręce w górę podnosi i pada, wołając: "Jezus, Maria!" – to za wiele, tego człowiekowi znieść niepodobna” – takie słowa zapisała mieszkanka Kongresówki i pamiętnikarka, hrabianka Maria z Łubieńskich Górska. Słowa te usłyszała od polskiego żołnierza w rosyjskim mundurze, który z przejęciem opowiadał jej o swoich doświadczeniach z pola walki. A jednak są to historie słabo pamiętane. Spójrzmy: w Europie Zachodniej piekło I wojny światowej stanowi istotny element pamięci historycznej. W krajach takich jak Wielka Brytania, Francja czy Belgia liczba ofiar w latach 1914-1918 stanowiła znacznie większy odsetek niż w II wojnie światowej. Dość powiedzieć, że we Francji zginęło 1 mln 300 tysięcy mężczyzn w porównaniu do ok. 600 tysięcy w II wojnie światowej. W Wielkiej Brytanii ponad 880 tysięcy wobec 450 tysięcy w czasie kolejnego konfliktu. Horrorem tej wojny była jej nowa formuła opierająca się na wykorzystaniu militarnych zdobyczy technicznych, śmiercionośnej broni takiej jak ciężka artyleria i szybkostrzelne karabiny, a także gazów bojowych. Dramat I wojny światowej był uwieczniony w literaturze, a do dziś także w filmach takich jak choćby nagradzanych ostatnio Oscarami “1917” czy “Na zachodzie bez zmian”. Wszędzie na pierwszy plan wychodzi masowość śmierci, absurd wojny pozycyjnej, bezcelowość działań dowódców wysyłających żołnierzy na zasieki i pod lufy karabinów maszynowych. W całej opowieści o I wojnie światowej brakuje Polaków. Traktujemy ją jako konflikt, który był „nie nasz”, po prostu nie był wojną Polaków. Tylko że to ewidentna nieprawda. Nasi przodkowie, jak przed chwilą zilustrowały to liczby, ginęli w tej wojnie już od pierwszych dni. Symbolicznym początkiem I wojny światowej na ziemiach polskich są wydarzenia z sierpnia 1914 roku w Kaliszu, mieście granicznym Królestwa Polskiego które znajdowało się nieopodal granicy z pruską Wielkopolską. Kiedy 1 sierpnia 1914 roku Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji, zajęły szybko przygraniczne miasto Królestwa Polskiego. Wieczorem 3 sierpnia miał miejsce incydent, który zadecydował o przebiegu następnych dramatycznych dni. W nocy doszło do przypadkowej strzelaniny, w której zginęło ponad 20 niewinnych i nieuzbrojonych Kaliszan oraz kilku niemieckich żołnierzy. Niemcy wycofali się z miasta i z okolic przedmieścia ostrzelali z armat śródmieście, później zrabowali miasto, a na końcu je podpalili. Bilans strat był porażający. Dla współczesnych przekraczał wszelkie możliwe wyobrażenia. Według powojennych już szacunków zburzonych zostało około 75% historycznej zabudowy miasta, zaś stopień zniszczenia wszystkich budynków w mieście oszacowano na blisko 90%. Straty materialne wynosiły ponad 22 mln rubli. Oceniano, że stanowiło to blisko 1/3 wszystkich strat w substancji budowlanej, jakie poniosło Królestwo Polskie w czasie I wojny światowej. Zburzenie Kalisza było jednym z najbardziej znaczących aktów niemieckiego barbarzyństwa i to na długo przed wybuchem II wojny światowej. Zniszczeniu uległa większa część śródmieścia, w tym średniowieczny Rynek Główny. Większość Kaliszan uciekła z miasta. Z 70 tysięcy przedwojennych mieszkańców w końcu 1914 roku pozostało w nim zaledwie 5 tysięcy. Takich spektakularnych wydarzeń na skalę globalną ziemie polskie widziały więcej w czasie I wojny światowej. Jesienią 1914 r. na ziemiach polskich toczyła się największa manewrowa bitwa całej I wojny światowej, pierwszy „blitzkrieg” – czyli przykład „wojny błyskawicznej” – w dziejach sztuki wojennej. Z tego powodu przez całe dwudziestolecie międzywojenne bitwę tę studiowano na wszystkich liczących się akademiach wojennych. Dodatkowo w czasie walk pod Łodzią wojska rosyjskie po raz pierwszy użyły samochodów pancernych. Tzw. operacja łódzka toczyła się w istocie od Piotrkowa aż po Toruń. Walczyło w niej blisko 700 tys. żołnierzy, z czego poległa prawie 1/4. W planie strategicznym Niemcom przy wsparciu Austriaków udało się zatrzymać rosyjską ofensywę na linii Rawki i Bzury, a także udało im się zająć Łódź. Strategicznego przełomu jednak to nie przyniosło. Kolejna odsłona zmagań na ziemiach polskich również zapisała się w historii wojen. W końcu stycznia 1915 r. pod Bolimowem, nieopodal Skierniewic, Niemcy po raz pierwszy na masową skalę zastosowali broń chemiczną. Wojska rosyjskie broniły się twardo ze względu na strategiczne znaczenie przebiegającej nieopodal linii kolejowej łączącej Łódź z Warszawą. Pozycje rosyjskie zostały ostrzelane blisko 20 tysiącami pocisków artyleryjskich które wypełnione były bromkiem ksylilu, łącznie wykorzystano go aż 72 tony. Atak okazał się jednak nieudany: było zbyt zimno, by gaz wyparował. Do przełamania nie doszło, a bitwa raz jeszcze była nierozstrzygnięta. Jednak w szerokim planie I wojna światowa była wojną rozstrzygniętą. Z perspektywy polskiej najważniejszym rozstrzygnięciem było oczywiście odzyskanie przez nasz kraj niepodległości. Marsz do niepodległości Jak już wspominaliśmy, nierzadko zdarzało się, że w okopach naprzeciwko siebie znajdowali się Polacy, że szli naprzeciw do walki na bagnety albo jedni drugich brali do niewoli. Felicjan Sławoj Składkowski, oficer I Brygady Legionów Polskich, tak wspominał Wigilię w czasie bitwy pod Łowczówkiem w 1914 r. "W tę noc wigilijną chłopcy nasi w okopach zaczęli śpiewać „Bóg się rodzi”… I oto z okopów rosyjskich Polacy, których dużo jest w dywizjach syberyjskich, podchwycili słowa pieśni i poszła w niebo z dwóch wrogich okopów! Gdy nasi po wspólnym odśpiewaniu kolęd krzyknęli: „Poddajcie się, tam, wy Polacy!", nastała chwila ciszy, a później - już po rosyjsku: „Sibirskije striełki nie sdajutsia". Straszna jest wojna bratobójcza. Podobno jeden z naszych młodych chłopców wziął do niewoli ojca swego, którego zabrali do wojska rosyjskiego." Codzienność w okopach i polach bitew I wojny światowej, przelana krew i oddane życie przez setki tysięcy Polaków, to jedno. Drugie to realia polityczne i wielka rozgrywka, w wyniku której Polska miała wrócić na mapę Europy. Pomysły na to, w jaki sposób poprowadzić tę rozgrywkę, od początku były dwa. Oba nieoczywiste i oba właściwie wykluczające się wzajemnie. Bo, w istocie rzeczy, jak stawiać na wielkiego patrona polskiej niepodległości, skoro wszystkie trzy zaborcze monarchie wcale na dłuższą metę nie życzyły sobie wolności Polaków? Jedną orientację reprezentował Józef Piłsudski. Już na kilka lat przed wybuchem I wojny światowej współorganizował w Krakowie drużyny strzeleckie, podejmując jednocześnie współpracę z wywiadem austro-węgierskim. To z tej opcji i z tych planów narodzić się miały Legiony Polskie u boku armii austriackiej. Z kolei Roman Dmowski popierał państwa Ententy i także podjął starania o utworzenie polskiej formacji narodowej mającej walczyć – tym razem – z państwami centralnymi. Orientacja ta cieszyła się dużą popularnością wśród Polonii we Francji a także w innych państwach sympatyzujących z Ententą. W ten sposób dzięki Piłsudskiemu zaistniały Legiony walczące ramię w ramię z Niemcami oraz Austriakami i Węgrami przeciwko Rosji. Zmieniały się nazwy i formy organizacyjne, a polityczne losy Legionów bywały nie mniej powikłane niż te militarne. Dość powiedzieć, że dzięki zręczności polskich polityków i dowódców oddziały polskie w służbie państw zaborczych pozostawały istotnym argumentem politycznym od samego początku aż po koniec I wojny światowej. Z kolei wspomnianemu Dmowskiemu i jego współpracownikom zawdzięczamy fakt powołania jednostek polskich w państwach Ententy. Zrazu w Rosji jesienią 1914 r. rozpoczęło się formowanie Legionu Puławskiego, później rozbudowanego w Brygadę, Dywizję Strzelców Polskich, aż wreszcie Korpus dowodzony przez gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego. Jeszcze istotniejsze znaczenie miało jednak powołanie wspomnianej już przeze mnie wcześniej Armii Polskiej we Francji. Była ona najliczniejszą polską formacją wojskową utworzoną na obczyźnie, licząc sobie blisko 70 tys. żołnierzy. Gdy jesienią 1919 r. została włączona oficjalnie do Wojska Polskiego, stała się jednym z jego najistotniejszych filarów. I wojna światowa była konfliktem dla Polaków niewątpliwie bratobójczym. Jak jednak pokazały wydarzenia z lat 1918-1920, ta ogromna ofiara nie poszła na marne. Potrzebna była tak współpraca z państwami centralnymi, które ostatecznie wojnę przegrały, ale które utworzyły zręby polskiej administracji na ziemiach odwojowanych od Rosjan – jak i współpraca z Ententą, dzięki której odradzająca Polska zyskała międzynarodowe uznanie. Polska pamięć o I wojnie światowej z pewnością jest trudna. Ale też i z pewnością nie mają racji ci, którzy mówią, że byłą to „nie nasza” wojna.
Dane o obiekcie
-
Nazwa / Tytuł
Polacy na frontach Wielkiej Wojny -
Twórca / Wytwórnia
-
Rodzaj
-
Kategoria
-
Zakres chronologiczny
-
Data wykonania
06/11/2024 -
Czas trwania
0h 25min 13sek -
Osoby występujące
-
Miejsce
-
Numer inwentarzowy
MHP-04-4732 -
Klasyfikacja praw autorskich
-
Permalink
Opis
Tragedia Polaków przymusowo wcielonych do armii zaborczych i biorących udział w I wojnie światowej przez lata znajdowała się w cieniu odzyskanej przez nasz kraj niepodległości. I to pomimo faktu, że na frontach tego konfliktu zginęło więcej Polaków niż na frontach II wojny światowej. Ilu Polaków zaciągnięto do armii zaborczych i jaką zajmowali w nich pozycję? Ilu było generałów polskiego pochodzenia w rosyjskiej armii? Kim byli Bajończycy? Czy Polacy walczyli na froncie ze swoimi rodakami? Wreszcie, które istotne wydarzenia I wojny światowej miały miejsce na polskich ziemiach i dlaczego warto w tym kontekście przywołać historię Kalisza? Czy można przyjąć, że I wojna światowa była wydarzeniem, bez którego w listopadzie 1918 roku nie odrodziłaby się Niepodległa? Dlaczego I wojna światowa uchodzi za “nie naszą” wojnę?
Rozdziały:
00:00 Wojna, na której Polacy walczyli ze sobą
01:11 Dramat Wielkiej Wojny
11:06 Brat przeciwko bratu
20:44 Marsz do niepodległości