Pierwsze lata II RP. Między Piłsudskim a Dmowskim
12/12/2024
Klasyfikacja praw autorskich
Transkrypcja
Polska która odrodziła się jesienią 1918 roku była państwem demokratycznym. Demokratyczna była ordynacja wyborcza, demokratycznie obradował parlament. Demokratyczna wreszcie była sfera publiczna, ale wszystko to skończyło się w maju 1926 roku wraz z krwawym zamachem stanu dokonanym przez Marszałka Józefa Piłsudskiego. Jak wyglądały pierwsze lata II Rzeczpospolitej? Dlaczego właściwie państwo polskie było tak niestabilne? Czy odpowiedzialna była hiperinflacja, trudne warunki międzynarodowe czy raczej niechęć polityków do porozumienia? Czy od zamachu majowego i rządów dyktatorskich nie było ucieczki po tym, jak konflikty wewnętrzne w II Rzeczpospolitej napędziły radykalizmy, wywracając ostatecznie polską demokrację? Rozmawiam z prof. Andrzejem Friszke z Instytutu Studiów Politycznych PAN.
Część pierwsza. Od niepodległości do niestabilności.
- Panie profesorze, Polska, która odrodziła się w listopadzie 1918 roku, w kolejnych miesiącach okrzepła w taki sposób, że stała się państwem demokratycznym. Wybory do sejmu z początku roku 1919 są demokratyczne, legitymacja państwa jest demokratyczna, a tymczasem mija kilka lat i od maja 1926 roku Polska nie jest już demokratyczna. Co się stało?
- To jest cała historia do opowiedzenia, ale jakby w punktach, rzecz ujmując, w Polsce istniał bardzo głęboki podział polityczny od początku w 18 roku już na prawicę, czyli Endecję - Narodową Demokrację z odrębną ideologią, odrębną wizją państwa i z drugiej strony jako ich przeciwników, obóz Piłsudskiego wtedy nazywany lewicą demokratyczną. No rzeczywiście to były partie lewicowe i centrowe. I sam, że tak powiem, krąg Piłsudskiego: legioniści, Peowiacy i właściwie te dwa wielkie obozy ze sobą nie mogły się pogodzić. Znaczy były takie momenty kiedy ledwo ledwo się jakoś tam godzili, to jest w gruncie rzeczy lato 20 roku, chyba tylko, czyli ten moment kiedy Bolszewicy stoją u Warszawy. Tak, chociaż to też trochę na wyrost mówi i to są dwa walczące ze sobą obozy. A trzeci, trzeci bardzo ważny segment, o którym stale zapominamy to znaczy że państwo uformowane po roku 18, i ostatecznie w roku 21 po traktacie ryskim, jest państwem z 1/3 mniejszości narodowych i to jest jakby 1/3 obywateli niepolskich obecnych, oczywiście, w parlamencie. To jest następny problem w tej całej układance demokratycznej. Czyli w konsekwencji to na co chorowała polska demokracja to jest niemożność wyłonienia stabilnego rządu i jeżeli na to popatrzeć tak generalnie to większość rządów, które funkcjonowały pomiędzy rokiem 19 a 26 były rządami pozaparlamentarnymi. Czyli jakimiś fachowymi albo tak, no takie trochę ni to, ni owo. To znaczy trochę parlamentarzystów w tym rządzie, ale większość ludzi, którzy nie są parlamentarzystami, są fachowcami, żeby tworzyć taką sytuację, że to nie jest po prostu rządy jednej orientacji, prawicowej czy lewicowej. A to z kolei wywołało, oczywiście frustracje liderów partyjnych, którzy by chcieli przejąć władzę i modelować państwo jak chcą ale, to było niemożliwe. Bo to z kolei wywoływało ogromne napięcia i konflikt polityczny. Tak będzie w roku 23. Wcześniej, przepraszam, po wyborze Gabriela Narutowicza.
- A w grudniu 22?
- W grudniu 22, co się zakończy morderstwem jak wiemy. Pół roku później jest rząd Chjeno-Piasta, który wywołuje absolutną, absolutny protest lewicy, no i dąży do jej spacyfikowania.
- Tak, ale przybliżmy to troszkę, bo Gabriel Narutowicz jest politykiem, który właściwie z poręki Józefa Piłsudskiego zostaje kandydatem, a potem zostaje wybrany na prezydenta II Rzeczpospolitej przy znacznym wsparciu, które zostało udzielone przez blok mniej narodowych.
- On jest wybrany, tak jak tu mówiłem, o tych siłach politycznych przez obóz Belwederski, przez lewicę plus mniejszości narodowe. W sumie dawało to ponad połowę głosów parlamentarnych. Po drugiej stronie pozostali przegrani, czyli Narodowa Demokracja z jej sojusznikami. I Narodowa Demokracja absolutnie nie chciała uznać tego wyboru. Rozpoczęła się kampania prasowa, demonstracje, bardzo brutalny atak, którego celem było doprowadzenie do tego, żeby prezydent ustąpił, żeby odszedł i żeby można było wybrać prawicowego kandydata. No skończyło się morderstwem. Gabriel Narutowicz nie ustąpił. 16 grudnia 1922 roku w warszawskiej Zachęcie padły strzały. Fanatyk prawicowy Eligiusz Niewiadomski strzelił do Gabriela Narutowicza, zastrzelił. Prezydent Narutowicz poniósł śmierć na miejscu. W styczniu kolejnego roku Eligiusz Niewiadomski został skazany na śmierć i stracony, ale w kilka miesięcy później powstał rząd Chjeno-Piasta, który czym był?
- No właśnie koalicją Narodowej Demokracji która pozyskała do współpracy PSL Piast Wincentego Witosa, i tym samym uzyskała większość w parlamencie. I spróbowała, tworzyć to, co było istotą dążeń Narodowej Demokracji, czyli państwo narodowe. Państwo, w którym tylko Polacy mają głos decydujący co do i ustroju, i spraw oświaty, i gospodarki i wielu innych kwestii kulturowych, również. A zarazem prawica narzuca swoje rozwiązania w obszarze praw związkowych, praw pracowniczych, reguł strajku. No i dojdzie tutaj oczywiście do wielkiej konfrontacji na tym gruncie spraw pracowniczych, jesienią roku 23 w warunkach gigantycznej inflacji. No właśnie, bo jesień 23 roku to są rzeczy, o których musimy mówić dużymi literami. Musimy mówić wprost, bo z perspektywy 100 lat tego, to nie ma żadnej społecznej pamięci tego. Jesień 23 roku to jest właściwie szczyt kryzysu ekonomicznego w Polsce. Ogromna inflacja, niestabilność społeczna, niestabilność jutra. Człowiek rano dostaje jakąś kwotę pieniędzy, a wieczorem może sobie za to kupić już nie bochenek chleba ale paczkę zapałek. Tak się po prostu nie da żyć, i w ten sposób też stabilność rządu została podkopana. Oczywiście dlatego, że jak łatwo sobie wyobrazić w tej sytuacji robotnicy, zwłaszcza ci, którzy mieli szansę wywierać silniejszą presję protestowali, żądali podwyżek. Żądali nowych warunków pracy. To oczywiście niosło niepokój społeczny, jak zawsze strajki. Temu rząd się próbował przeciwstawić brutalnie, łącznie z militaryzacją kolei, czyli uznaniem, że pracownik kolei, który strajkuje jest dezerterem z wojska. Może być postawiony przed sądem wojskowym. No to były wszystko działania zmierzające do pewnego rodzaju eskalacji, którą, jak rozumiem, Witos i jego rząd spodziewał się wygrać. Taką wojnę nerwów, wojnę napięcia. I przywrócić porządek społeczny, bo nie gospodarczy, dlatego że pomysły i próby ze strony ludzi tego rządu Ministrów finansów, no stworzenie jakichś warunków dla hamowania inflacji, one nic nie dawały. Oni nie byli w stanie temu się przeciwstawić. To jest rzeczywiście problem niesłychanie ważny sam w sobie, to znaczy ta inflacja. Powiedzieć trzeba parę słów szerzej, to znaczy skąd ta inflacja, prawda? Skąd tak straszna inflacja? Więc inflacja przede wszystkim miała dwa źródła. Po pierwsze, była nakręcaniem no właśnie inflacji przez to, że trzeba budować państwo. A z czego budować państwo jeżeli nie ma jak ściągnąć podatków? Nie ma źródeł finansowania armii, administracji. To państwo musiało być zbudowane, w zasadzie na kredyt. Ten kredyt w jakiejś mierze wytwarzał inflacja, czyli w gruncie rzeczy w roku 19, 20, 21, no wybór metody inflacyjnej był wyborem ogólnym, tak mogę powiedzieć. Nie próbowano zwalczać inflacji, nie spodziewając się, że inflacja ma to do siebie, że jak się przekroczy pewną granicę, to potem już nikt nie jest nad tym w stanie panować. I to nastąpiło w roku 23 i nałożyło się na wielką inflację w Niemczech. Polska nie była tu izolowana. W Niemczech była równie straszna inflacja, która o mało nie doprowadziła do wybuchu rewolucji komunistycznej. Przygotowywanej, stymulowanej, organizowanej przy udziale władz sowieckich z Moskwy. W sojuszu i porozumieniu, oczywiście, z komunistami niemieckimi, celem było obalenie Republiki Weimarskiej, rewolucja bolszewicka w Niemczech. To się załamało dokładnie w tym czasie, o którym mówimy, czyli w październiku roku 23. Dlatego się załamało, że socjaldemokraci niemieccy nie dali się porwać tej emocji walki rewolucyjnej. Walki klasy robotniczej. Powiedzieli komunistom: nie. No i rewolucja się nie udała. Ten ogień, że tak powiem, nie wybuchł bardziej niż można się było spodziewać.
- Dobrze panie profesorze, to w tym momencie musi paść pytanie, dlaczego w takim razie Polsce, a może inaczej. Czy w Polsce też mogła wybuchnąć rewolucja stymulowana z Moskwy? Rewolucja komunistyczna, pewnie w ogóle jeszcze o komunistach polskich zdążymy sobie dzisiaj powiedzieć, ale tylko szybkie pytanie: czy w październiku, czy jesienią 23 roku Polska była blisko takiej rewolucji?
- Nie, Polska nie była blisko rewolucji z jednego zasadniczego powodu, to znaczy, że w Polsce partia komunistyczna miała za mały wpływ, czy w ogóle miała mały wpływ na klasę robotniczą. Kiedy mówimy o robotnikach, to oczywiście trzeba sobie ich trochę podzielić i powiedzieć, że najważniejsza część robotników to są ci którzy pracują w dużych zakładach przemysłowych. Jest koncentracja, prawda, tych robotników. Tu w tych wszystkich ośrodkach dominowali socjaliści. Polska Partia Socjalistyczna, która walczyła oczywiście z Endecją, również rządem Witosa, ale była patriotyczna, była powiązana z ideą budowania państwa. Zresztą to państwo budowała właśnie w listopadzie, grudniu, styczniu 1918 na 19 rok. Wytworzyła cały szereg dekretów i rozwiązań ustrojowych podpisanych przez Piłsudskiego jako naczelnika państwa i można powiedzieć, że to państwo w sensie takich ram instytucjonalno-organizacyjnych, praw obywatelskich i tak dalej, ono było właściwie zaprojektowane przez lewicę, przez PPS. Ta sama PPS potem znajdowała się w opozycji, bardzo często wobec właśnie rządów prawicowych, ale nigdy w opozycji wobec państwa. I w związku z tym, walcząc z rządem Witosa, walcząc, prawda, o te prawa socjalne, prawa kolejarzy i innych robotników, nigdy nie przekraczała PPS granicy kiedy to mogło stać się niebezpieczne, mogło się wymknąć spod kontroli. No właśnie, jesień 23 roku to jest taki moment, w którym w listopadzie wybucha tak zwane powstanie krakowskie, które jest, być może, najbardziej symboliczne dla tego co się dzieje jesienią 23 roku; ogromne zamieszki, walki. Właściwie rzecz bliska wojny domowej.
- Nie, no znaczy, to już pan przesadził, znaczy to już jest taka, bym powiedział narracja trochę za ostra. Owszem, komuniści mówili o powstaniu krakowskim, ale to zawracanie głowy, znaczy były to rozruchy brutalne i straszne oczywiście. Trwały przez kilka godzin w centrum Krakowa. Zostały sprowokowane tym, że rząd i miejscowe władze wydały zakaz zgromadzeń robotniczych, no a robotnicy się temu nie chcieli podporządkować i szli na wiec. To policja im zagrodziła drogę i doszło do walk ulicznych. Doszło do strzelaniny, padło wiele zabitych. No ale po, jak już doszło do tego, to natychmiast właśnie ci przywódcy PPS z Krakowa stanęli, można powiedzieć, na głowie, żeby zahamować ten, te walki w mieście i doprowadzili do zahamowania. Już po południu tego feralnego dnia już się walki żadne nie toczyły. Ludzie oddali broń, wszystko się uspokoiło. Wiemy zatem, że doszło do pewnego, pewnej eskalacji kryzysu, do pewnego szczytu tego kryzysu. W efekcie niedługo później rząd Chjeno-Piasta upada. Rok 1924 i 25 to chyba są takie momenty w dziejach II Rzeczypospolitej, kiedy jednak mamy do czynienia z konsensusem wokół stabilizacji państwa. Coś się dzieje takiego, że te, że pewnego rodzaju wyciszeniu ulegają spory, to przede wszystkim, symbolizuje gabinet Władysława Grabskiego i idea złotówki.
- Tak jest, ale to też pokazuje to, o czym powiedziałem na początku, że rząd, który nie był wyraźnie partyjny, rząd nawet w zasadzie dość prawicowy, bo Władysław Grabski był człowiekiem prawicy. Ale umiarkowanej, takiej profesorskiej, fachowej, bez eskalacji takich ideologicznych jakichś elementów I ten rząd miał oparcie od lewa do prawa w gruncie rzeczy. A był skoncentrowany na rozwiązaniu konkretnych spraw, właśnie złotówka, zahamowanie inflacji i wprowadzenie nowej waluty. A więc stabilizacja pieniądza, stabilizacja, no wszystkiego, bo w warunkach inflacji, to człowiek każdy z osobna nie ma żadnej stabilizacji, a więc i społeczeństwo nie ma stabilizacji. To jest pierwsze, druga rzecz rozwiązanie różnych spraw, które wymagały rozwiązania. W tym uchwalenie reformy rolnej, w tym ustawa dotycząca relacji kościół-państwo, konkordat i w ogóle relacji z mniejszościami narodowymi i mniejszościami wyznaniowymi. Ten rząd przeprowadził cały szereg ważnych ustaw, które stabilizowały państwo, dopełniały, budowanie tego państwa i właściwie były przyjmowane bez dużego konfliktu. Znaczy, konflikty zawsze jakieś są, one były największe na kresach. One były największe na kresach, zwłaszcza w pierwszym okresie. Ale one były, po pierwsze, wynikały z niezadowolenia mniejszości narodowych. Po drugie, były bardzo mocno stymulowane przez Moskwę. Prawdopodobnie gdyby nie była podpalana, te Kresy, przez Moskwę, czyli ta tak zwana Zachodnia Białoruś, Zachodnia Ukraina, Wołyń, to może nie byłoby takich dramatycznych zjawisk. Ale były. Były i padały trupy, i było strzelanie do policjantów, i były pacyfikacje. To się wszystko zakończyło szczęśliwie w roku 25, ale dlatego że Moskwa uznała, że nie ma perspektyw rewolucji niemieckiej, po tym, porażce, o której mówiłem. W związku z tym też i nie ma perspektyw na to żeby okupować Polskę i trzeba zmienić taktykę. To pozwalało wycofać elementy terrorystyczne z działalności sowieckiej przeciwko Polsce, a zatem też umożliwiło państwu polskie przywrócenie pewnego elementarnego ładu na kresach. Ja myślę, że do tego wątku jeszcze wrócimy, bo on jest bardzo interesujący, ale chciałbym żebyśmy dopełnili te historię. Lata 24-25, okres względnej stabilizacji, ale on się jednak kończy. On się kończy znowu z powodów gospodarczych, to znaczy rząd Grabskiego doznał porażki przede wszystkim w zakresie ściągalności podatków. Ogromne inwestycje, no właśnie stabilizujące to państwo, no wymagały ściągania podatków. To jest oczywiste dla nas wszystkich, ale ten aparat nie był w stanie tego zrobić. A z drugiej strony obliczenia ile można tych podatków ściągnąć od warstw posiadających, bo to był ten model, to nie było VAT-u tak jak dzisiaj, że idziemy, płacimy coś w sklepie i od razu jest podatek. Ten system nie był taki, polegał on na tym, że się ściągało podatek od zamożnych, czyli tych co handlują, co sprowadzają, co hurt handlowy uprawiają. I tak dalej. No a ci w zasadzie byli biedni, znaczy te rzeczywiście, te fabryki ledwo, ledwo żyły i nie były w stanie płacić wysokich podatków. To spowodowało, w rezultacie, spadek wartości złotówki to raz. I dwa, ograniczenie produkcji, gwałtowny wzrost bezrobocia aż do 300 000 ludzi w końcu roku 25 i na początku 26, groźbę buntów społecznych, bo to oczywiście bezrobotni nie mieli z czego żyć. I cała sytuacja była bardzo niestabilna. Rząd ustąpił w tych warunkach nie mogąc ustabilizować złotówki. I tak pojawił się Aleksander Skrzyński i jego rząd. I tutaj dochodzimy do takiej, takiego fragmentu historii drugiej RP, który w moim przynajmniej przekonaniu jest jakoś, jakby zapomniany, czy jakby słabiej znany, a mianowicie antyrobotnicze pomysły na rozwiązanie problemów gospodarczych, które rząd A. Skrzyńskiego ze sobą przyniósł. I one są ogromnie istotne właśnie w kontekście tego, od czego zaczęliśmy czyli Maja 26 roku. Co się panie profesorze dzieje na przełomie 25 i 26, o co chodzi z tymi pomysłami wymierzonym w robotników które rząd Skrzyńskiego miał?
- Po pierwsze trzeba powiedzieć, że jak to zawsze, jeżeli mamy stabilizować walutę mamy, stabilizować budżet, to ktoś za to musi zapłacić. Jeżeli nie mogą zapłacić bogaci, to muszą zapłacić masy biednych. I w gruncie rzeczy taki był pomysł, żeby zredukować pracowników, budżetówki, byśmy dzisiaj powiedzieli. Żeby obniżyć im pensje żeby mniej zarabiali, a te pieniądze przeznaczyć, na potrzeby ogólnopaństwowe. A w gruncie rzeczy osłaniać, de facto, tych potentatów, właścicieli fabryk, wielkich majątków ziemskich. Bo w zasadzie uznano, że oni nie są w stanie zapłacić. I ten rząd na taką politykę się zgodził. To znaczy, zgodziły się nie tylko rząd Skrzyńskiego jako rząd, ale dwie główne siły polityczne czyli Endecja i PPS. Bo właściwie rząd Skrzyńskiego opierał się na tych dwóch filarach, czyli partiach maksymalnie skonfliktowanych. Ale w tym momencie obie te partie dogadały się do tego, że trzeba ratować państwo i jego budżet. Więc socjaliści zgodzili się na to, żeby zabrać ich elektorat robotnikom część ich płac. No ale jak łatwo zrozumieć oni się mogli na to zgodzić na jakiś czas. Na pół roku się zgodzili. Tymczasem jak już się zgodzili, to następnie w Narodowej Demokracji, zagościł pomysł żeby to już tak zostawić, żeby przedłużyć te pół roku na następne miesiące. A przy okazji jeszcze ograniczyć prawa socjalne robotników. Przede wszystkim prawo do strajku, prawo do związków zawodowych, do kas chorych, żeby one nie były takie suwerenne i samorządne. Krótko mówiąc, żeby robotnicy nie mogli się tak organizować i tak stawać w obronie swoich interesów. Żeby państwo miało więcej możliwości ich spacyfikowania. To był pomysł Narodowej Demokracji, również Romana Dmowskiego. W gruncie rzeczy nie nowy, bo oni uważali, że w ogóle te wszystkie zmiany, które nastąpiły od 19 roku: 8-godzinny dzień pracy, prawo do strajku, ubezpieczenia społeczne, to jest jakieś zawracanie głowy. To jest, że tak powiem, niektórzy wręcz mówili że to jest bolszewizm. To trzeba, tak się nie da zbudować nowoczesnego państwa, które musi eksploatować robotników i oni muszą więcej pracować, mniej zarabiać i koniec. Na to się oczywiście socjaliści nie mogli zgodzić. Ten rząd tym samym upadł. W tym momencie socjaliści powiedzieli: nie. No i mieliśmy kryzys, prawda, w kwietniu roku 26 nie mamy rządu. I tu moim zdaniem jest wielki błąd całej klasy politycznej. Ale szczególnie prawicy, że ona uznała, że można wrócić do pomysłu Chjeno-Piasta, a nie, na przykład, stworzyć jakiś kompromis. Co też wymagałoby rządu, znowu jakiegoś fachowców, takiego właśnie jak rząd Grabskiego, który nie będzie tak jaskrawy. Tymczasem pójście w kierunku rządu Chjeno-Piasta zostało powszechnie przyjęte jako powtórka z jesieni 23 roku no i wywołało momentalnie bunt.
Część druga. Dlaczego polska demokracja upadła?
- Panie profesorze, wywołało momentalnie bunt, jesteśmy w maju 26 roku. Raz jeszcze zaczniemy drugą część naszej rozmowy od zamachu majowego, a ściślej tego, co stało się chwilę przedtem. Rzeczywiście jest tak, że na początku maja 26 roku powstaje trzeci rząd Wincentego Witosa. Rząd drugi, rząd Chjeno-Piasta, czyli Chrześcijańskiej Jedności Narodowej dokładnie, i PSL Piasta, czyli koalicja centroprawicowa, która, no właśnie, miała taki pomysł żeby rzeczywiście powrócić do 23 roku. Czy to był tylko symbol, czy rzeczywiście były takie polityczne projekty? Czy właściwie nie wiemy? Bo jedno co wiemy na pewno, to to, że w maju 26 roku Wincenty Witos bardzo machał szabelką, drażnił Marszałka Piłsudskiego, który w międzyczasie w ostatnich trzech latach wcześniejszych znajdował się poza bieżącą polityką, poza wojskiem również. Był w Sulejówku. Ale wokół niego, tyleż moralnie, jakoś ideowo. Ale i faktycznie gromadzili się jego leguni, jego dawni towarzysze walki którzy byli wobec niego absolutnie wierni; Generał Gustaw Orlicz-Dreszer, na ten przykład chyba taki najbardziej oczywisty. Oczywisty z nich. Więc, innymi słowy, czy ta konfrontacja, czy ten zamach stanu, czy do tego rzeczywiście musiało dojść, już w maju 26 roku patrząc?
- Moim zdaniem dojść nie musiało, wszystko było, w pewnej, że tak powiem, grze politycznej i braku powściągliwości. Tak bym powiedział. Po obu stronach. Ale zacznijmy od tej strony, która w tym momencie miała władzę, to znaczy to jest Narodowa Demokracja, która w zasadzie postawiła sobie za cel, żeby Piłsudskiego już na trwale odsunąć, odseparować, pozbawić wpływów, również na wojsko i na kadrę oficerską. W tych poprzednich latach nastąpiło cały szereg faktów - no odsuwania na boczny tor, deprecjonowania ludzi związanych z Piłsudskim, oficerów legionowych i tak dalej. To oczywiście wytwarzało niezadowolenie, irytację, gotowość do jakiegoś odwetu. Tak zawsze jest. To jest pierwsze, druga rzecz, oczywiście Piłsudski nie był gotów pójść na emeryturę. Jego horyzont, moim zdaniem, polityczny w tym momencie polegał na tym, że on chciał wrócić do pokierowania wojskiem. Nie to, żeby mieć władzę całą polityczną, ale mieć władzę nad wojskiem. Uważał, że jemu się to należy, że on ma najlepszy na ten temat pomysł. Nie wchodzę w ścisłość, ale tak, taki był stan rzeczy. Natomiast ze strony Endecji to są wręcz artykuły odpowiednie w prasie i tak dalej odwrotnie, znaczy, on powinien już być całkowicie skreślony, wyeliminowany. No i to jest, bym powiedział, jeden element paliwa w relacjach, właśnie z Piłsudskim. A drugi element paliwa, to jest właśnie sytuacja ogólna społeczna, to znaczy kryzys ekonomiczny, 300 000 bezrobotnych perspektywa, że będzie następne 100 000 za chwilę, brak że tak powiem stabilnego budżetu, wizja osiągania oszczędności budżetowych kosztem przerzucania kosztów na społeczeństwo to biedniejsze, czyli obniżania płac, obniżania możliwości protestu ze strony tych warstw społecznych, ich reprezentacji. No i to tworzyło w sobie mieszankę wybuchową, i teraz czy ta rzecz mogła być załagodzona? Pewnie mogła być. Ale wymagałaby, że tak powiem, działań łagodzących. Tymczasem mianowanie rządu w takim stanie w jakim on był w maju 26 roku, czyli de facto jest absolutnie powtórka z 23 roku: Witos jest premierem, te same stronnictwa tworzą kierownictwo tego rządu. Również nazwiska symboliczne w tamtym czasie, prawda, obwiniane o strzelanie do robotników w 23 roku się pojawiają znowu. To to jest takie właściwie jak pomachanie przed bykiem czerwoną flagą. No i rozumiem, że tutaj pojawia się Józef Piłsudski. Kiedy patrzy się na to dziś, znowu to na pewno zależy od tego, czy ktoś jest sympatykiem Marszałka, jest go gotów może nawet i ze wszystkiego rozgrzeszyć, co, czym być może zgrzeszył wobec Polski czy polskości. Rozgrzeszyć go tym, że bez niego jesienią 18 roku pewnie Niepodległej by nie było, ale to jest, jakby jedna sprawa; nikt tego przecież nie kwestionuje, trudno byłoby to zakwestionować. W te dyskusje wchodzić w ogóle nie musimy, ale to co się dzieje w 26 roku, w maju 26 roku jest, no wyjątkowo niejednoznaczne.
- Jak pan to ocenia, to w tym momencie nie rozmawiamy o faktach, a może o próbie oceny historyka również z perspektywy tego, wiemy jakie lata nastąpiły po 26 roku, znaczy na ile to hasło już później wprowadzone. Hasło sanacji, hasło poprawy państwa jak usłyszeliśmy było z czego poprawiać. I co naprawiać. Czy to co się wydarzyło w maju 26 roku to było najlepsze co się mogło wydarzyć?
- Nie, nie. Tego nie możemy powiedzieć. To jest w ogóle bardzo trudne. Pytanie jest bardzo trudne, bo problem jest bardzo trudny. Na zasadzie pryncypiów pewnych, którymi się kierujemy i one są dla mnie bardzo ważne. Demokracja parlamentarna, prawo w państwie, konstytucyjność państwa, to są rzeczy fundamentalne. Tego nie wolno traktować jako takie, które sobie można obchodzić, lekceważyć. Zarazem układ sił politycznych i problem stopnia napięcia politycznego, no to jest z kolei, też nie można tego lekceważyć. Bo jedno z drugim nie koreluje, no znaczy, jeżeli ma funkcjonować demokracja to wszyscy się muszą zgodzić na pewne reguły. Tu nie było tej zgody, one się rozsypały w poprzednich miesiącach, w związku z tym co ja mówiłem, to znaczy próba ograniczenia praw obywatelskich dla pewnej dużej grupy społecznej była nieodpowiedzialnością absolutną. Jej zgłaszanie i drażnienie pewnymi symbolicznymi kwestiami i postaciami też było nieodpowiedzialne. Ja uważam, że przewrót majowy był rzeczą złą, ale w jakiejś mierze nieuniknioną, to znaczy uważam, że wyczerpała się możliwość kompromisów. I albo nastąpić musiał przewrót ze strony Piłsudskiego przeciwko prawicy, albo by nastąpił przewrót prawicy przeciwko Piłsudskiemu i lewicy. Oczywiście przewrót prawicy przeciwko Piłsudskiemu i lewicy nie miałby takiego charakteru. Nie byłoby wojska, nie byłoby strzelania były, po prostu, odpowiednie uchwały parlamentu i na ich mocy egzekwowanie określonych praw kosztem warstw społecznych, lewicy, mniejszości narodowych. Myśmy poszli, jednym słowem, też w kierunku autorytaryzmu, tylko bardziej nacjonalistyczno-katolickiego. Bo taka była ideologia. Rok 1926, tu sięgnę do końca tego roku, 4 grudnia 26 roku w Poznaniu zawiązuje się Obóz Wielkiej Polski. Niektórzy ówcześni polityczni działacze, publicyści, mówili, że rok za późno, kilka miesięcy za późno. Gdyby OWP istniał wcześniej, być może mógłby stać się zaczynem, jakąś podstawą kadrową, organizacyjną dla tego właśnie potencjalnego, możliwego, A tego, który się nigdy nie wydarzył, zamachu stanu ze strony prawicy. Prawicy polskiej. Wielu badaczy pisało o Obozie Wielkiej Polski. Chyba wszyscy się zgadzają, że jednak wzorce, może pewnie nie wszyscy. Ale wielu się zgadza, że wzorce faszystowskie, rozumiane jako pewien polityczny modernizm. Organizacja, taka organizacja wzorowana na militarnej. Taki porządek, autorytaryzm, duża siła wodza, lidera politycznego. Oczywiście Roman Dmowski w tej roli, w wypadku Obozu Wielkiej Polski. Ale to jest fakt, który trzeba mocno podkreślić. Nigdy się polskiej prawicy takiego zamachu stanu przeprowadzić nie udało. Chyba w ogóle nigdy nie było tego blisko, tak naprawdę.
- Nie, bo prawica nie miała wojska tak naprawdę. Znaczy różnica, to by trzeba bardzo długo i szczegółowo analizować, czym się te dwa obozy różniły ze sobą. One się mnóstwem rzeczy różniły. Ale również tym, że Endecja miała oczywiście wielu ludzi w mundurach, czy niedawno w mundurach: Hallerczyków, Dowborczyków. Większość społeczeństwa Wielkopolski. Także to była poważna siła polityczna również o pewnych zdolnościach mobilizowania militarnego. Co tworzyło, oczywiście, niebezpieczeństwo w 26 roku, że się może to wszystko w wojnę domową przerodzić. Ale jednocześnie to nie był typowy wzór działania dla ludzi prawicy. Liderzy prawicy, obozu prawicy, to nie byli ludzie w mundurach, to byli politycy o charakterze ideologicznym. Więc oni nie mieli wyobrażenia i pomysłu na to, żeby robić pucz, zamach stanu. Oni dążyli do opanowania kluczowych ogniw aparatu władzy i narzucenia odpowiednich praw, odpowiednich rozwiązań. Przez parlament, przeważnie. Więc ja myślę, że ta sprawa, o której pan mówi Obóz Wielkiej Polski, rzeczywiście jest bardzo ciekawy wątek. Moim zdaniem nie dość dobrze zbadany. Na pewno nie dość dobrze osadzony w całej opowieści o II Rzeczypospolitej. Ale tak to była trochę próba stworzenia konsolidacji narodowców. Takiej, żeby to nie było tylko konsolidacja na szczeblu samorządowców, parlamentarzystów, ale też żeby objęła związki o charakterze masowym. I kombatanckie, i społeczne. Sięgnęła w głąb do miast powiatowych, do gmin i stworzyła wielką organizację złączoną wolą stworzenia, właśnie, katolickiego państwa narodu polskiego. Można to już tak to nazwać, bo w 27 roku Dmowski ogłosił taką właśnie broszurę: "Kościół, naród i państwo", gdzie zaprojektował że Polska ma być katolickim państwem, czyli wyznaniowym i wyłącznie narodu polskiego. Czyli mniejszości narodowe, których przypominam, było 1/3 obywateli. Będą pozbawione praw obywatelskich, właśnie nie bardzo wiadomo, co oni...
- Myślę, że ten temat, oczywiście dobrze, że on tutaj wybrzmiał, ale ja bym go zostawił obok. Nie chcę powiedzieć że na marginesie, bo pozostaje ważny, ale chciałbym go zostawić obok. Bo wydaje mi się, że do tego gdy przyjdzie nam porozmawiać, w co wierzę, o latach 30, to ta figura, idea, i w ogóle koncepcja katolickiego państwa narodu polskiego w latach 30 jest, myślę dużo istotniejsza. A chciałbym żebyśmy jednak patrzyli na tę część II Rzeczpospolitej, która była przed rokiem 26. Tu muszę zadać jeszcze jedno pytanie; bo wspominał pan wcześniej o pewnej odpowiedzialności polityków PPS-owskich, polityków Lewicy Demokratycznej. I faktycznie można podać wiele takich dowodów. Myślę, że na czele jednak z tym co się wydarzyło - czy może co się nie wydarzyło w grudniu 22 roku. Mam na myśli rozgrzane głowy socjalistów Warszawskich, którzy gotowi byli, na wieść o tragicznej śmierci prezydenta Narutowicza, ruszyć z odwetem na narodowców. Mówiło się wtedy o potencjalności realnej wojny domowej, o samosądach socjalistów na narodowych demokratach. Do tego nie dochodzi na to absolutnie, kategorycznie nie zgadza się Piłsudski i jego otoczenie ostatecznie też nie. I chwała bogu.
- Ale też właśnie Daszyński twardo mówi nie.
- Tak jest.
- Czyli przywódca PPS.
- Polskiej Partii Socjalistycznej, sale tutaj muszę zadać pytanie, o to, jak w takim razie ocenić, czy jak pan ocenia polityków narodowo-demokratycznych, polityków prawicowych, bo w porządku, zgadzam się z tym, że na przykład, w grudniu 22 roku, a w ogóle wcześniej, jesienią 22 roku kampania oszczerstw wobec bloku mniejszości narodowych. Także PSL Piast notabene, pamiętajmy, wówczas PSL Piast także dostał mocno w kość od Narodowej Demokracji. I w grudniu 22 roku, tacy ludzie jak Stanisław Stroński - skądinąd wybitne pióro, ale używane w cokolwiek niegodziwej sprawie. Stanisław stroński był bardziej publicystą niż liderem politycznym Narodowej Demokracji, więc to raczej publicystom a nie liderom politycznym Narodowej Demokracji należałoby, jak sądzę, przypisywać jakiegoś rodzaju moralną odpowiedzialność za śmierć prezydenta Narutowicza. Tutaj już oddaję panu głos, tylko dopowiem pytanie: Jak w takim razie, ocenić w przestrzeni do 26 roku i przewrotu majowego, ocenić polityków prawicowych, liderów Narodowej Demokracji?
- To jest rzeczywiście ważne pytanie. I dotyczy, w ogóle, jakby, problemów, które są typowe dla każdego z nurtów politycznych. Bo w każdym z nurtów politycznych, mówimy i o Endecji, i o socjalistach, i o ludowcach. Mamy w gruncie rzeczy dwa typy działania i myślenia politycznego, i sposobu funkcjonowania. Jeden to jest przywiązanie do reguł parlamentaryzmu, do pewnych zasad parlamentarnych; to głównie dotyczy ludzi z zaboru austriackiego, którzy mieli doświadczenie parlamentarne. I tak postrzegali politykę. Że polityka jest grą pluralistyczny stronnictw; zawsze będą socjaliści, zawsze będą konserwatyści, zawsze będą ludowcy. A my jesteśmy narodowcy. No gramy w te szachy. Mniej więcej tak sobie to wyobrażali. I druga grupa, to jednak są, bardzo silny tendencja wśród działaczy zaboru rosyjskiego. Bez tego doświadczenia parlamentarnego. Z wyobrażeniem, że polityka polega na tym, żeby zdominować państwo. Narzucić swoje i odsunąć konkurentów. W gruncie rzeczy to się pojawia w różnych, jak pan powiedział, o tej próbie wykończenia ludzi Endecji po zabójstwie Narutowicza, no nie bez przyczyny to w organizacji warszawskiej pomysł się pojawił. Czyli złożonej z ludzi, którzy mieli doświadczenie walk z carską policją, z carskim reżimem, jeszcze pod zaborem rosyjskim szkolili się na rzucaniu bomb czy ich przygotowywaniu. A sprzeciwili się temu, między innymi, właśnie Daszyński czy inni działacze o standardzie demokratycznym. Kiedy mówimy o Endekach, to niestety widzimy, ja w książce swojej cytuję też zapiski Zdanowskiego - to był szef klubu parlamentarnego, senackiego klubu Narodowej Demokracji, który mówi o naradach, tam rozważaniach co robić przed 26 rokiem. I on tam pisze wprost: Trzeba złamać siłę lewicy. Trzeba ich złamać. Bo nigdy nie stworzymy takiego państwa, jakiego chcemy, dopóki oni będą mieli takie możliwości. To jest właśnie myślenie tymi kategoriami, wziąć wszystko. I ewentualnie zostawić tą opozycję, na zasadzie, jakiejś koncesjonowanej, osłabionej, pozbawionej możliwości odegrania się w najbliższych wyborach. To co planowano, przygotowywano przed majem 26 roku, czyli taką ordynację wyborczą, która by złamała zasadę proporcjonalności. W tym kierunku żeby najwięcej posłów, to wybierała Wielkopolska i ziemie Zachodnie. Tak średnio: Warszawa, Królestwo Kongresowe. A na Kresach, to tak, jak najmniej, żeby to była tylko mała reprezentacja ludności Kresów. To jest zupełny szok, można powiedzieć, wobec naszych standardów, gdzie wiadomo ilu ma być posłów na 100 tys. mieszkańców. To są pewne reguły żelazne. Oni to wszystko tak próbowali odwrócić, po co? Po to żeby wykreować odpowiednią większość - Wyłącznie prawicową. I wyłącznie polską, żeby właśnie ograniczyć prawa innych, i to jest pytanie, czy problem taki, że się nie dało zbudować państwa jednonarodowego. Nie dało się to, by Polska, o tych mniejszościach nie mówiliśmy za dużo. Ale Polska miała, jak mówiłem, 1/3 mniejszości narodowych i tak została uformowana. I tego się nie da przeskoczyć. Nie była państwem jednonarodowym. I tych mniejszości nar. było za dużo, żeby wziąć je pod but; odebrać im prawa. To mogła sobie na takie numery pozwolić Prusy z Polakami z Wielkopolski. I wiemy jak to źle wspominamy, prawda? Jakie to krzywdzące, jakie okropne, ten Kulturkampf, to wszystko. Ale nas tam było mało w stosunku do Prusów, prusaków. Tymczasem na Kresach mieliśmy dużo większe mniejszości. Nie można było po prostu im odebrać szkół, odebrać praw. Nie dać udziału w reformie rolnej i liczyć, że będą to lojalni obywatele. To samo z Żydami: nie można im było odebrać sklepików, odebrać środków utrzymania, odebrać prawa do obrony i sprzeciwu i liczyć, że oni będą lojalnymi obywatelami.
- Panie profesorze, ja myślę że jeszcze w trzeciej części naszej rozmowy wrócimy do mniejszości narodowych, bo to jest zbyt ważny temat. Ale teraz pytanie ostatnie. Proszę powiedzieć możliwie krótko, czy po Endeckiej stronie, po stronie narodowo-demokratycznej, po stronie prawicowej nie było żadnego sprawiedliwego? Nie było żadnego polityka, którego wskazałby pan, jako próbującego, jednak moderować, znaleźć jakiś, próbować dialogu?
- Nie ale oczywiście, że byli. Znaczy, tam była, cały wachlarz był postaw. Ja je próbowałem zarysować, bo to rzeczywiście często się wiąże, jakby, z pochodzeniem z którego zaboru. Ale nawet wspomniany przez pana tutaj Stanisław Stroński. Który miał okropną kartę publicystyczną przed 26 rokiem, on nie był zwolennikiem totalistycznym. Totalistycznych działań, monopartyjności i tak dalej. No i nie bez przyczyny w latach 30-stych właśnie wyleci z tego stronnictwa. Przestanie być działaczem Endecji. Ale była całkiem spora grupa ludzi na pewnym poziomie, często związanych z ziemiami Zachodnimi; z Wielkopolską. No jednak uformowanych w warunkach państwa prawa. Którzy, jakby, nie bardzo byli skłonni akceptować takie rozwiązania à la Mussolini. To jest grupa poznańskich Endeków, z nich najbardziej wybitni, no to jest: Trąmpczyński, Seyda, z tych młodszych. To był ważny krąg takich raczej narodowych konserwatystów, niż takich radykalnych nacjonalistów. No ale dzięki postawie Dmowskiego, i tym jak on, bo to jednak był ruch wodzowski. No niechętnie się tak nazywali, ale decydował Dmowski. Jak Dmowski coś twardo powiedział, to nie było możliwości radykalnego sprzeciwu. I on to przesądzał, że to szło w kierunku konfrontacji ze wszystkimi ugrupowaniami parlamentarnymi centrum i lewicy. W kierunku wojny z Żydami, wojny wręcz z Żydami w Polsce. I perspektywie państwa monopartyjnego. To on taki kierunek narzucił. I ci, którzy się z tym nie zgadzali mogli coś tam pisać w gazetach. Że może inaczej to zrobimy? Ale to nie miało odpowiedniego posłuchu. I owszem, no tych profesorów, bo to właściwie się tak mówi. Grupa profesorska (Endecji): Rybarski, Staniszkis - dziadek Jadwigi Staniszkis. Znanej, skądinąd, prawda? Seyda wspomniany, Stroński dopóki był w tym klubie. No to byli umiarkowani politycy, którzy nie chcieli takiego kierunku. Wzorowanego na nowych kierunkach nacjonalizmu zachodniego. W który był zapatrzony Dmowski. Action française, Mussolini. Radykalne ruchy, które miały złamać państwo demoliberalne. Państwo masońskie, tak określano demokracje parlamentarne zachodu.
Część trzecia. Mniejszości narodowe i komuniści.
- Panie profesorze, trzecia część naszej rozmowy. Tak jak obiecałem o perspektywie mniejszościowej. Bo mniejszości narodowe, ale i komuniści to oczywiście dwa zupełnie różne zjawiska. Ale tak jako się rzekło, perspektywy spojrzenia mniejszych grup, które były ważne. Zacznijmy od tych mniejszości, a na komunistach sobie skończymy. Blok mniejszości podczas jedynych takich na blisko 70 lat wyborów parlamentarnych; W grudniu 22 roku uzyskał fantastyczny wynik, stając się bardzo istotną siłą w polskim parlamencie. To był dosyć egzotyczny, trzeba przyznać, a przynajmniej z dzisiejszego punktu widzenia; blok, który grupował i mniejszość żydowską i ukraińską. I różne inne mniejszości w jednym bloku. Czy one rzeczywiście miały jedną wspólną agendę polityczną?
- Obronę swoich praw przede wszystkim. Blok mniejszości narodowych gromadził posłów: Żydów, Ukraińców, Białorusinów, Niemców. Te cztery mniejszości trzeba wyróżnić. One oczywiście były, w różnej skali miały znaczenie w państwie, ale miały. Największa mniejszość to są Ukraińcy: prawie 5 milionów obywateli. Druga grupa to są Żydzi: 3,5 miliona obywateli. Trzecia grupa Białorusini: 2 miliony obywateli. No i Niemcy, oblicza się na 700 tysięcy. To jest w sumie duża grupa. No mówię 1/3 obywateli, którzy, co to znaczy, że są mniejszością narodową; To my tak nie do końca wszystko rozumiemy w dzisiejszych kategoriach. Trzeba powiedzieć że ci ludzie znaleźli się w Państwie Polskim, nie biorąc tego wcześniej w ogóle pod uwagę. Całkiem spora grupa nie znała języka polskiego. Nie chodziła do żadnych polskich szkół. I nie mówimy tylko Ukraińcach, na przykład z Wołynia; Chłopach z Wołynia, ale na przykład, jak to niedawno gdzieś, prawda, czytałem Żydzi z Wilna czy z Brześcia, to oni w zasadzie po polsku nie mówili. A jeżeli, to tak minimalnie, tak do handlu co potrzeba coś kupić, sprzedać na rynku. W zasadzie nie. Polski nie było przez ponad 100 lat. W związku z tym dla nas, dla Polaków, to oczywiście było marzenie, chociaż nie dla wszystkich. Bo to trochę tak...
- Ma pan na myśli odzyskanie niepodległości?
- Dodajemy sobie, ale dla mniejszości narodowych, to w ogóle nie był problem. One sobie funkcjonowały w swoim kręgu kulturowym, obyczajowym, religijnym, w ramach, przeważnie Imperium Carskiego. Miały swoje problemy i potyczki, że tak powiem, z władzami carskimi. Ale nie dotyczyły one Polski. I teraz powstaje Polska. Buduje swoje państwo na tym terenie. No i oczywiście powstaje problem lojalności. Jak uzyskać lojalność tych mniejszości? Problem jest bardzo skomplikowany, bo z każdą z tych mniejszości jest inna sytuacja. Ukraińcy chcieli stworzyć swoje państwo. W listopadzie roku 18 próbowali, opanowali Lwów. Rozpoczęła się wojna polsko-ukraińska o Lwów. Potem mamy cały, skomplikowaną historię, że tak powiem wojny w Galicji; trwa pół roku. Wypchnięcia sił ukraińskich, wojskowej armii normalnej poza ten teren. Potem jest lepszy okres ugody z Petlurą. No tego wszystkiego nie dam rady wszystkiego opowiedzieć. Efekt jest taki, że niewątpliwie jak te całe walki się skończyły, to ogromna część tego społeczeństwa miała poczucie, że zostali przez Polskę podbici. Znaleźli się w tej Polsce wbrew swoim nadzieją, prawda, walce zbrojnej. I jak mają tutaj być? Znaczy trzeba zbudowanie tutaj lojalności tych obywateli było wielkim problemem i się nie udało przez całą drugą Rzeczpospolitą. Z Żydami było lepiej, bo Żydzi nie mieli aspiracji państwowych. Nie chcieli tworzyć państwa. No ale mieli rozmaite aspiracje związane z prawami ekonomicznymi, z prawami własnej religii i jej pielęgnowania. Swojego języka, swojej kultury. A tworzyli 1/3 obywateli dużych miast, a małych miast, takich jak Białystok czy Siedlce, to były wtedy małe miasta, to połowę. Lublin połowa mieszkańców to są Żydzi. Na kresach jeszcze bardziej. O Wilnie mówiłem. Oni są, że tak powiem, czynnikiem obcym niewątpliwie jakoś. Choć wszystko to jest skomplikowane, bo część Żydów jest blisko kultury polskiej. Posługuje się językiem polskim. Część ludzi wychodzących ze środ. żydowskiego staje się Polakami, i to ważnymi Polakami. Identyfikuje się z Polską, a część nie. Wszystko jest złożone. I mamy Białorusinów, prawda, którzy mieli bardzo małą inteligencję - to przeważnie jest ludność chłopska. Która ciążyła w ogromnej mierze do prawosławia, do Rosji. Do tamtego, że tak powiem, kręgu kulturowego. A przede wszystkim jako chłopi pragnęli ziemi, tak samo jak ogromna część Ukraińców. Więc mamy wielki problem głodu ziemi ze strony tych mniejszości. A głodu ziemi, przypominam, kosztem polskich ziemian. Polskich majątków na Kresach. I mamy Niemców, którzy znaleźli się, wbrew swojej woli, w Państwie Polskim. Bo uważali, że mieszkali też niekoniecznie tak świeżo często od pokoleń. Czy na Śląsku, czy na Pomorzu, czy nawet w Wielkopolsce. I mieli przynależności do Państwa Niemieckiego, nagle znaleźli się w Polsce. Problem z uznaniem Polski za państwo, do którego mają być lojalne był ogromnym problemem. Ogromnym. Jednym słowem Polska miała naraz z tymi czterema mniejszościami ogromne problemy, poniekąd każdy o innym charakterze. I ułożenie tego w ciągu tak krótkiego okresu jak istniała II Rzeczpospolita, było w zasadzie niemożliwe. Ten problem można było jedynie łagodzić, albo zaostrzać. No i tu właśnie mamy różne próby, to by długo o tym mówić, jak łagodzono i jak zaostrzano. I kto łagodził, a kto zaostrzał.
- Jak syntetycznie pan to ujął, pewnie jesteśmy w stanie powiedzieć, jako taką ocenę generalną. Myślę że wrócimy do tego, bo to temat sam w sobie warty pociągnięcia. Zacząłem od tego, że sukces z jesieni 22 roku, pojawia się blok mniejszości narodowych. Czy powinniśmy wspomnieć o jakichś wybitnych politykach? Czy to nie jest jest taki ruch, to oczywiście jest ruch niejednorodny. Ale czy to jest tak, że powinniśmy na ten blok patrzeć jako na coś symbolicznego; ale przez to też amorficznego? Czy jednak miał on swoich jakichś przywódców o których powinniśmy pamiętać? Czy oni byli uczestnikami realnej gry politycznej w Polsce, czy raczej stali z boku?
- Raczej stali z boku, to znaczy, oni oni byli izolowani. Narodowej Demokracji w konsekwencji właśnie tego co się stało po śmierci Narutowicza, udało się narzucić takie mniemanie, które milcząco właściwie akceptowali również nawet socjaliści; że nie można kombinacji większościowych, parlamentarnych budować przez pozyskanie bloku mniejszości narodowych. Były sytuacje, że próbowano, jakby, neutralizować ten blok, żeby on nie występował twardo przeciw. No między innymi właśnie rząd Grabskiego takie podejmował próby - ugodę z Żydami, tak zwaną. Czy próba rozwiązania spraw szkolnictwa na Kresach mniejszości narodowej. Ale w zasadzie nie było próby wciągnięcia ich we współodpowiedzialność. Tu się również lewica bała, że tak powiem, pójść za daleko. Więc oni byli izolowani, ale oczywiście tam były indywidualności bardzo ciekawe. Może bardziej ciekawe niż mające znaczenie. No Grünbaum ze strony Żydów, Ozjasz Thon ze strony, właśnie też Żydów. Czy Dmytro Lewicki, jako długoletni przywódca klubu ukraińskiego. Czy Wołodymir Celewicz, bardzo antypolski. W gruncie rzeczy, tak samo jak Dmytro Lewicki. I właściwie taki jest finał ich życia, jest ciekawy. To znaczy, jak wyszli z sowieckich łagrów w 41 roku po pakcie Sikorski-Majski, to zdołali doczłapać do armii Andersa. I tam umarli z wycieńczenia, bazując na tych, prawda, posiłkach, zupkach czy pomocy lekarskiej. Właśnie nie znamy szczegółów, ale to wybitni dwaj politycy ukraińscy. A niektórzy, no to właśnie już może nie oni, tylko ich dzieci, służyły w Wojsku Polskim, w armii Andersa. Także to, to pokazuje, że sytuacja nie była beznadziejna. Taka, bym powiedział, budowania pewnej lojalności z mniejszościami. Tylko za mało czasu było. Realnie, że tak powiem, nawet nie było 20 lat. Wojna się skończyła w 20 roku jesienią. Ostateczne decyzje o kształcie granic zapadły w 23. Wtedy ci przywódcy mniejszości narodowych stracili nadzieję, że będą mieli jakąś autonomię, albo się oderwą od Polski. Oczywiście potem były różne elementy gry w każdym z tych obozów, pomiędzy radykałami a umiarkowanymi. Jak zawsze w polityce są radykałowie, są umiarkowani. Ci umiarkowani na ogół przegrywali. Ale w latach 30, kiedy, prawda, Stalin w Rosji robił kolektywizację i wymordował elitę ukraińską, to ci liderzy, właśnie, umiarkowani ukraińscy widzieli, że w Polsce może jest lepiej. No może nie warto dążyć do tak oderwania, bo nie wiadomo gdzie się znajdziemy. To dawało pewne pole do dialogu. Ale żeby ten dialog mógł zaistnieć, po pierwsze, zabrakło czasu. No i zabrakło dość dużych sił po polskiej stronie naprawdę zainteresowanych w takim dialogu.
- Panie profesorze, tak naprawdę powodem, dla którego pomyślałem sobie, że muszę z panem porozmawiać jest pańska najnowsza książka: "Czekając na rewolucję", i to jest drugi tom. Jak sądzę, pewnie pomyślanej na więcej tomów, serii. W każdym razie, druga część opowieści o polskiej radykalnej lewicy. O lewicy komunistycznej. Pierwsza część to była piękna opowieść o tym, jak ta lewica, która była czymś naturalnym intelektualnie, jeżeli chodzi o obserwację rzeczywistości społecznej. Ona wyewoluowała w końcówce XIX wieku. Po czym zróżnicowała się wewnętrznie. Podzieliła, no tak jak pan powiedział chwilkę temu: na radykałów i tych nieco bardziej umiarkowanych. I tych radykalnie internacjonalistyczny, i tych, których zwykliśmy nazywać lewicą niepodległościową. Ta druga część, najnowsza książka, to już nie jest opowieść o lewicy niepodległościowej. To zdecydowanie jest lewica internacjonalistyczna, jeżeli trzymać się tej nomenklatury. Nie da się oczywiście w parę minut streścić całej tej przebogatej książki. Do której, zresztą, czytania gorąco wszystkich zachęcam. Ale zaczęliśmy od tego, padły już te słowa, że w Polsce komuniści nie ważyli. Po jakiejś części, było tak dlatego, o tym pisze pan w poprzedniej książce, że właściwie w lipcu 20 roku już bezdyskusyjnie przekroczyli oni granicę zaprzaństwa narodowego, stając po stronie najeźdźców - bolszewików w sierpniu 20 roku, jak wiemy oczywiście, spod Warszawy odgoniono. No ale ci komuniści jakoś tu zostali, funkcjonowali i może nie tak ważni. Broń Boże, nie tak ważni jak socjaliści, jak endecy, jak ludowcy, ale byli. Funkcjonowali.
- Byli, no byli, chociaż rzeczywiście zdecydowanie nie tak ważni. Bo partia komunistyczna, właśnie pytanie jaka ona była duża. Ja próbuję to rekonstruować w swej książce, na podstawie własnych ocen. Własnych, nie to jak inni patrzą. Łącznie z policją, na nielegalną partię, tylko jak oni się sami określają. W 26 roku określano, że partia, pomijając Kresy, Białorusinów i Ukraińców, liczy ok. 1000 członków. To pokazuje ich skalę, to jest bardzo niedużo. Trzeba ten 1000 jeszcze podzielić na pół, bo partia była polsko-żydowska. W związku z tym połowa to mniej więcej Żydzi, więc około 500, można powiedzieć, członków robotników, polskich intelektualistów, inteligentów, którzy mieli wizję. Bo to chyba łączyło tak naprawdę szaloną, w gruncie rzeczy, stworzenia nowej cywilizacji, nowej Europy, nowego świata W którym nie będzie panowania pieniądza, podziałów klasowych, wyzysku. To wszystko było prawdą. Wyzysk, prawda, bieda nieprawdopodobna. W miastach i na wsi. Wielkie problemy społeczne. I komunizm był odpowiedzią, właśnie tych radykałów, którzy nie chcieli czekać i nie wierzyli w żadne częściowe rozwiązania. To wszystko miało być zburzone i budujemy od nowa rzeczywistość. No w taki, mniej więcej, stan psychiczny, by trzeba powiedzieć, ci ludzie wchodzili. Z tą ideologią, która miała to umożliwić, się wiązali, a państwo polskie traktowali jako państwo burżuazji, kapitału. Po to stworzone, żeby panować nad tym, biedotą. I uniemożliwiać ich ekspansję. Wyzwolenie z kajdan niewoli kapitalistycznej, o, mówiąc takim językiem właśnie jakiego oni używali. Więc, to byli ludzie, którzy tym się kierowali i odmawiali, że tak powiem, patrzenia na istniejące podziały kategoriami narodowymi, państwowymi. No właśnie, sympatyzowali ze Związkiem Sowieckim, jako państwem, gdzie obalono władzę kapitału. Obalono władzę Ziemian, obalono podporządkowanie się międzynarodowemu kapitałowi, również. Liczyli, że w Polsce będzie coś takiego. Oni nie byli wrogami państw- Państwa wrogami byli. Nie byli wrogami kultury narodowej, języka. Uważali, że rewolucja to wszystko rozwiąże. Natomiast wrogami państwa byli.
- Rewolucja to wszystko rozwiąże? To chyba rewolucja to wszystko zniesie. Zniszczy, jednak.
- Tak, to znaczy zniesie, że tak powiem, nie zniesie języków ani kultury narodowej. Tylko obali wszelką, że tak powiem, próbę dominacji. Jakiejś, nie wiem, burżuazji, czy jakieś kultury rosyjskiej, czy niemieckiej, na przykład, nad Polską. Nie, bo oni uważali, że wszystkim językom należy się równoprawność.
- Przynajmniej deklaratywnie.
-Tak, oczywiście. I potem był problem wielki jak w praktyce tak nie było. Stawali wobec różnych problemów, które narastały zwłaszcza po roku 26 w relacjach: Rosjanie-Ukraińcy, Rosjanie-Białorusini, Rosjanie-Żydzi. I prowadziły do wielkich terrorystycznych działań państwa sowieckiego.
- To jest jedna rzecz, bo bardzo ważne jest to, że za miedzą, z perspektywy polskiej, było komunistyczne państwo. Inaczej było być komunistą za czasów Róży Luksemburg przed I Wojną Światową. Zupełnie inaczej już po rewolucji październikowej z 17 roku. Wspomniał pan o tym, że..
- Oczywiście. Dodam jedno jeszcze. Żeby to mocno zabrzmiało. I dlatego dla ogromnej większości społeczeństwa, to było nie do przyjęcia. Jakie by oni nie mieli marzenia, i można było uznać, że te marzenia mają jakiś sens. to jednakowo powiązanie z Rosją, czerwoną, było nie do przyjęcia.
- Właśnie, bo wspomniał pan też o tym, o takich wprost terrorystycznych działaniach państwa sowieckiego. Ono mogło mieć jakąkolwiek ideologię. Miało komunistyczną, bardzo wyrazistą, która sobie ewoluowała. To osobna sprawa. Natomiast jej, znaczy Rosji sowieckiej, potem Związku Sowieckiego, negatywne, wrogie, wprost wrogie, lub nieco tylko ukrywane, ale jednak wrogie nastawienie wobec Polski było faktem przez cały czas.
- Absolutnie i ja w tej swojej książce cytuję takie wypowiedzi wewnętrzne: Na radach komunistycznych, na zjazdach partii komunistycznych. Które jasno pokazują, że to, że zawarto porozumienie w Rydze o uznaniu państwa polskiego, to jest tak zwana pieredyszka. To jest tylko taki etap. Dzisiaj na spokojnie, nie będziemy kontynuować wojny, ale czekamy aż to państwo wpadnie w kryzys, i do tego wtedy wrócimy. Niektórzy wręcz mówili, że to nawet nie rewolucja wewnętrzna ma się zdarzyć - chociaż to była tendencja dominująca. Wszystkie te procesy, o których tutaj mówiliśmy: kryzysowe, bieda, konflikty narodowościowe. Problem mniejszości narodowych, właśnie. Napięcia między nimi. Komuniści starali się na tym grać, żeby doprowadzić do takiego kryzysu, który spowoduje eksplozję. Czyli rewolucję.
- Ale się nie doczekali?
- Nie doczekali. Nie było nawet śladów, które mogłyby wskazywać, że się doczekają. Ale też byli tacy, którzy mówili, że to jest mniej ważne. I tak przyjdzie Armia Czerwona i wszystko narzuci.
- Jak wiemy tak się ostatecznie stało, ale to w toku tego co się działo na froncie wschodnim II wojny światowej. To zostawimy sobie na już zupełnie, może kiedyś, inną rozmowę. Tym niemniej, ja jeszcze wrócę do tego czekania na rewolucję i tej rewolucji, która to, no nigdy nie przyszła. Mówiliśmy o jesieni 23 roku. Skarcił mnie pan, że to jest... Tak zbyt śmiało określiłem skalę tych walk robotniczych. Tam komuniści odegrali jakąś rolę?
- Żadnej, ale to dlatego też, że partia komunistyczna, w dawnym zaborze austriackim nie miała żadnego oparcia. To jest część trochę tego o czym mówiłem przed chwilą, o podziałach w ogóle: w zaborze rosyjskim i w zaborze austriackim. Oni nie mieli oparcia, nawet jeżeli byli radykałowie, zdecydowani dawni obywatele Austro-Węgier, to oni, nawet będąc radykałami, jednak trzymali się swoich osobnych organizacji. Nie podporządkowali się komunistom, nie wchodzili do komunistów. Partia komunistyczna, w zasadzie, do 26 roku nie zagrzała miejsca w Krakowie i innych miastach Galicji. Potem dopiero budowała jakieś małe ośrodki. Ale to było bardzo słabiutkie. Więc oni nawet nie mieli ludzi w Krakowie, którzy mogliby się przyłączyć do tych demonstracji i jakoś agitować. Tym bardziej nie miała wpływu na robotników, na członków związków zawodowych. To tylko socjaliści.
- Panie profesorze zaczęliśmy te rozmowę od maja 26 roku. Wracaliśmy kilka razy i w ostatnim pytaniu też do tego wrócę. Błąd majowy z 26 roku, tak potem komuniści określali to co się wydarzyło. Coś, co jak dzisiaj na to patrzymy, znowu nie znając, zwłaszcza nie wiedząc niczego bliżej o 20-leciu, o ruchu komunistycznym, o tamtej sytuacji. Jak to się stało, że komuniści w maju 26 roku, przez chwilę, ale jednak, poparli Józefa Piłsudskiego?
- No, to stało się tak, że próbowali, jakby, skopiować trochę sytuację w Rosji w roku 17. To znaczy, w roku 17, przypominam, jak obalono carat. No to oczywiście partia bolszewicka poparła obalenie caratu. Potem jako część sił rewolucyjnych próbowała, że tak powiem, przejąć kontrolę nad rozwojem sytuacji. No I przejęła. W październiku roku 17, dokonując puczu w Petersburgu, czy w Piotrogrodzie ówczesnym, i tworząc zaczątek Związku Radzieckiego. Więc oni myśleli takimi tropami. A zatem, jeżeli dochodzi do ostrej konfrontacji pomiędzy umiarkowaną lewicą, czy lewicą demokratyczną, a reakcją endecką, no to trzeba poprzeć tą lewicę demokratyczną, żeby ona pokonała tą reakcję endecką. Wówczas nastąpi okres, że sytuacja będzie kontrolowała w Polsce lewica wyłącznie. W walce z prawicą. A w ramach tego będziemy starali się zyskiwać kontrolę nad umiarkowaną lewicą. Będą przechodzić ludzie w miarę radykalizowania się. Będą uciekać od socjalistów i przychodzić do komunistów. Krótko mówiąc logika wojny domowej, w której następuje zwykle, prawda, zanik centrum i rosną siły ekstremalne po obu stronach. Oni na to liczyli, jednym słowem, że to się nie skończy po 3 dniach, tylko przyjmie formę trwałej, długotrwałej walki, której oni będą jako czynnik skrajnie lewicowy, przejmować kontrolę nad zradykalizowanymi masami. Taka była wizja. To się wszystko nie udało, bo się przewrót majowy skończył w trzy dni. Przestano strzelać, nastąpiła stabilizacja państwa. No i komuniści zostali, że tak powiem, z niczym. No ale jeżeli chodzi o błąd majowy, to jaki to błąd? No a jaką oni mieli podjąć działanie? Mieli powiedzieć że tu się toczy walka, a my nic nie mamy do powiedzenia w tej materii? Nie mogli tak powiedzieć. To że oni popełnili błąd taka ocena została narzucona przez Komintern, przez Moskwę. I można powiedzieć, że to jest kolejny rozdział zdominowania polskich komunistów przez Moskwę. Myśmy tego wątku nie rozwijali, bo to by trzeba osobną rozmowę mieć. Jaki był stopień autonomii partii komunistycznej wobec Moskwy? Więc on był mały, od razu powiem, i zmniejszał się stale. Natomiast, właśnie orzeczenie o błędzie majowym było kolejną bardzo ważną granicą kiedy partia stała się jeszcze mniej samodzielna niż była wcześniej.
- Bardzo dziękuję, panie profesorze, za naszą dzisiejszą rozmowę o błędzie majowym, ale tak naprawdę o znacznie ważniejszych rzeczach: o tym co działo się w Polsce między rokiem 18 a 26. Miałem wielką przyjemność rozmawiać z profesorem Andrzejem Friszke z Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk.
- Bardzo dziękuję.
Podcastów Muzeum Historii Polski wysłuchasz na YouTube, Spotify, Google Podcasts, w Audiotece, a także na innych platformach podcastowych. Chcesz być na bieżąco? Subskrybuj kanał Muzeum Historii Polski.
Dane o obiekcie
-
Nazwa / Tytuł
Pierwsze lata II RP. Między Piłsudskim a Dmowskim -
Rodzaj
-
Kategoria
-
Zakres chronologiczny
-
Data wykonania
12/12/2024 -
Czas trwania
1h 8min 35sek -
Osoby występujące
-
Numer inwentarzowy
MHP-05-17391 -
Klasyfikacja praw autorskich
-
Permalink
Opis
Polska, która odrodziła się jesienią 1918 r. stała się państwem demokratycznym. Nie trwało to długo, bo w maju 1926 roku marszałek Józef Piłsudski dokonał zamachu stanu, który nazywamy przewrotem majowym. Jak do tego doszło? Czy musiało tak się stać? Druga Rzeczpospolita była politycznie bardzo podzielona. Symbolizował to konflikt pomiędzy Narodową Demokracją a Polską Partią Socjalistyczną oraz wyraziste osobowości Romana Dmowskiego i Józefa Piłsudskiego. Ogromne znaczenie miał także fakt, że 1/3 populacji stanowiły mniejszości narodowe. Wszystko to powodowało, że trudno było wyłonić stabilny rząd. Dlaczego politycy nie potrafili osiągnąć porozumienia? Wielkim wstrząsem dla Polski stał się polityczny mord dokonany na prezydencie Gabrielu Narutowiczu. Pierwsze lata niepodległości przyniosły także poważne problemy gospodarcze: ogromne zniszczenia wojenne, rosnącą inflację. Kolejne rządy starały się poprawić dramatyczną sytuację. Kto podołał temu zadaniu? Kto się nie sprawdził? Jak funkcjonowały mniejszości narodowe w tym okresie? Ukraińcy, Białorusini, Żydzi, Niemcy - wszystkie te mniejszości miały swoją specyfikę. Każda z nich oczekiwała czego innego. Czy II RP była w stanie odpowiedzieć na ich potrzeby? I jak na tym tle wyglądała działalność komunistów?