Prowadzący:
Czy festiwal muzyczny może wymknąć się spod kontroli? W Polsce komunistycznej zdarzało się to zaskakująco często. Władza chciała rozrywki bezpiecznej, przewidywalnej i najlepiej zgodnej z oficjalnym przekazem. Tymczasem w Sopocie jazz stał się eksplozją wolności. W Opolu ze sceny padały treści, których nie dało się powiedzieć wprost. A Jarocin, pomyślany trochę jako wentyl bezpieczeństwa dla młodzieży, stworzył własny świat, własny język i własny etos. Bywało też bardziej absurdalnie. Artyści występowali na festiwalach piosenki żołnierskiej i radzieckiej, żeby móc funkcjonować w oficjalnym obiegu, a chwilę później ta sama scena potrafiła przynieść coś naprawdę wywrotowego. Dlaczego PRL tak bardzo kochała festiwale i dlaczego właśnie tam tak często rodziło się coś, czego władza nie potrafiła przewidzieć? O tym wszystkim rozmawiam z Piotrem Metzem, legendą polskiego dziennikarstwa radiowego. Podcast Muzeum Historii Polski, serdecznie zapraszam, Michał Przeperski.
Panie redaktorze, to dlaczego właściwie Polska Rzeczpospolita Ludowa tak bardzo lubiła festiwale? Wydaje mi się, że to.
Gość:
Wydaje mi się, że to był powód dość mało merytoryczny, jeżeli chodzi o muzykę wysokiej próby. Myślę, że to jest w pewnym sensie pokłosie naszej powojennej rzeczywistości i takiej pewnej ludyczności, którą festiwale mimo wszystko zapewniały. Kultura tamtego okresu to jest cała masa paradoksów, bo z jednej strony do tam pięćdziesiątego powiedzmy, piątego, szóstego roku mieliśmy prikaz z góry, żeby ta kultura reprezentowała określone wartości i treści. Z drugiej strony to, co się mimo wszystko w czasach jeszcze komunizmu, czyli przed murem berlińskim, w Polsce zdarzyło, pod wieloma względami często przewyższa to, co było po 89 roku. I to jest taki swoisty paradoks, który podobno jest dość częstym zjawiskiem. Nie tylko jeżeli chodzi na przykład o blok wschodni, ale także o takie najprostsze korzenne rzeczy jak, nie wiem, bluesmani. Jak życie nie ułatwia i nie pomaga, to powstaje piękna, osobista, wyrazista, szczera sztuka. Ja wiem, że to był straszny przeskok i straszny skrót myślowy, ale myślę, że coś w tym jest.
Prowadzący:
Myślę, że coś w tym jest. Tym bardziej, że teraz jestem sprowokowany do tego, żeby ten węzeł, węzełek przynajmniej spróbować rozsupłać. Bo czy to ma oznaczać, że te festiwale, one tak bardzo utrudniały twórcom życie, że musieli jakoś pomimo tego się rozwijać? Czy tak mam to rozumieć?
Gość:
Były takie festiwale, które pozostawiły po sobie ślad, czasami surrealistyczno-zabawny. Sam mam w swojej kolekcji taką epkę, czyli płytę winylową z czterema utworami chyba zespołu Skaldowie z czterema piosenkami żołnierskimi. Wydaje mi się, że nawet nie do końca wszystkie są przez nich napisane, nagranymi z okazji Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu. To była taka cicha umowa społeczna, jak rozumiem, wtedy między władzami a artystami. Jak chcecie mieć ten przemielony z grzebieni materiał na płyty winylowe? Jak chcecie mieć dostęp do Opola i bezproblemowe koncerty, to czasami musicie złożyć daninę w postaci występu albo w Zielonej Górze, albo w Kołobrzegu. To jest tak abstrakcyjna rzeczywistość, że dzisiaj chyba trudna w ogóle do pojęcia i do zrozumienia. Niemniej jednak... Nie wiem, przykład, który mi przychodzi do głowy. Urszula, czyli ta wokalistka Urszula, która nazywa się Urszula, a wtedy nazywała się Urszula Kasprzak, wypłynęła na szersze wody na festiwalu w Zielonej Górze w pięknym ludowym stroju. Już nie będę, nie jestem specjalistą, jaki to był strój, ale na pewno zza tamtej granicy.
I to był początek. Z kolei w Kołobrzegu wprawdzie dość dużą część artystów to byli śpiewający aktorzy, wówczas prawie każdy aktor dobrze śpiewał. To już jest jakby zupełnie inna dziedzina pewnie edukacji w tamtym czasie. No ale oni często występowali od Klossa Mikulskiego, Józefa Nowaka czy kogoś tam jeszcze. To pamiętam, bo oglądałem to z zapałem jako dziecko w telewizji, bo to jednak było jakieś wydarzenie. Mieliśmy jeden program telewizyjny, a z uwagi na to, że występowali tam artyści, którzy, jak mówiłem, składali daninę, to często w sensie wykonawczym, to było na całkiem dobrym poziomie. No tam wiadomo, oni mieli na tych festiwalach najlepsze orkiestry, najlepszych dyrygentów, najlepszych aranżerów, no jeszcze jak do tego dodaliśmy kogoś, kto potrafi grać i śpiewać, jak wspomniani przeze mnie, bardzo przeze mnie ulubieni Skaldowie, to tam się to wszystko zgadzało. No tylko treści, które niosły te piosenki, często były dość zabawne dla mnie. Myślę taką ikoniczną historią piosenki gatunku, o którym mówię, to jest „Przyjedź, mamo, na przysięgę” zespołu Trubadurzy.
Prowadzący:
Aha, i to jest przykład takiej...
Gość:
Tak, ona się prześlizgnęła nawet z Kołobrzegu, a potem do takiego mainstreamu bardziej jako przebój wręcz radiowy. No ale to w ogóle zabawna historia, ponieważ z perspektywy czasu zespół Trubadurzy czy zespół No to co?, który był w sześćdziesiątym bodajże siódmym albo ósmym roku castingowany, co jest bardzo współczesnym zabiegiem, a wówczas castingowano zespół, który będzie w sposób quasi-rockowy grał polską muzykę ludową albo nawiązywał do niej. To były takie twory, które przechowały się jako kuriozum. Znakomite piosenki Skaldów z tekstami najlepszych Młynarskiego czy Osieckiej do dziś budzą podziw, szacunek. Są nagrywane i często, jak zauważyłem, sprawiają interpretatorom spore trudności z uwagi na swoje walory muzyczne i skomplikowanie. Skaldowie to dla mnie jest osobny zupełnie temat. Natomiast kiedy posłuchamy niektórych utworów zespołu No to co? czy Trubadurzy to dziś się wydaje, łącznie z tymi strojami, w których występowali, kompletną abstrakcją. No ale bądź co bądź Trubadur Ryszard Poznakowski potem był bardzo wysoko we władzach artystycznych polskiego świata muzycznego.
Prowadzący:
Myśmy zaczęli od festiwali w Zielonej Górze i festiwalu w Kołobrzegu, i jeden ten w Zielonej Górze to festiwal Piosenki Radzieckiej, od połowy lat 60. Organizowany. Drugi to Festiwal Piosenki Żołnierskiej, jako się już rzekło, też od połowy lat 60., od 67 roku, o ile dobrze pamiętam, organizowany. Ale to nie były pierwsze festiwale, jakie w Polsce Ludowej się pojawiły, bo pierwszy festiwal, teraz patrzę na pana redaktora jako specjalistę od historii muzyki, to chyba jednak będzie rok 56. Sopot i Jazz?
Gość:
Tak. I od razu było to z ogromnym przytupem, bo... Moja taka trochę prywatna teoria na temat tego, co się zdarzyło wtedy w Sopocie, jest równoległa z moją teorią, być może uproszczoną i naiwną, ale tak sobie myślę z tym, co się zdarzyło w latach 80. w Jarocinie. Chodzi mi w tej chwili o w ogóle fakt pojawienia się tych festiwali. Ja miałem wrażenie, że na fali odwilży w 56 roku i jazzu, który był muzyką absolutnie tak uważam, bezpieczną, bo instrumentalną. Nie było tam tekstów, nie było tam zagrożenia, że ktoś zacznie śpiewać jakieś wraże treści. Zgodzono się na jakąś rozrywkową imprezę na Pomorzu. To, co się zdarzyło wtedy w Sopocie i na kolejnych edycjach, zdaje się, że potem doprowadziło, tego nie pamiętam dokładnie, ale doprowadziło do zamknięcia tych festiwali kilka lat później, prawda? Bo to się okazało, że to nie był festiwal, to był manifest eksplodującej wolności z przemarszem. To była eksplozja powojennego młodego pokolenia, które miało dość wspominania wojny, prawda? W dodatku owoc zakazany, jakim był jazz.
Nominalnie przynajmniej, bo to była zła sztuka zgniłego Zachodu. Amerykańska. W dodatku Amerykanie byli naszymi wrogami. I która się rodziła jeszcze chyba w 49-50. Się to zaczęło już w katakumbach tak zwanych, czyli pod ziemią. No nie wiem, na prywatnych spotkaniach, w mieszkaniach gdzieś tam jeszcze jazz się wtedy urodził. Wtedy rozpoczął Komeda, wtedy rozpoczął Trzaskowski i cała reszta wspaniałych utworów. Więc ten owoc zakazany, wyrafinowany, bo jazz był zupełnie inną sztuką niż te proste piosenki na dwa, który mógł być dla młodzieży w dodatku jakąś przynależnością do zupełnie innego świata niż ten wokół za oknem. Eksplodował w tym Sopocie niesłychanie. I to nie było wydarzenie muzyczne. To było bardzo ważne wydarzenie socjologiczno-społeczne moim zdaniem.
Prowadzący”
Co zresztą jest bardzo ważnym kontekstem, bo wystawa „Za czym kolejka ta stoi?”, która jest jakimś pretekstem do naszej rozmowy, a przynajmniej jakimś kontekstem, no właśnie o tym opowiada, jak bardzo muzyka jest nie tylko wielkim, wspaniałym, a czasem po prostu interesującym dziełem, wytworem, ale też jest, no właśnie, czymś więcej. Czasem potrafi pociągnąć za sobą zmianę społeczną, czasem potrafi za sobą pociągnąć... Kto wie? I zmianę polityczną też. Więc muzyka to więcej niż tylko niż tylko sama muzyka. Można by powiedzieć bo ten 56 rok, ten pierwszy festiwal, no to jest właśnie to, tam się pojawia Leopold Tyrmand. Ale tam się pojawiają też wielcy polskiego jazzu. Przecież ten jazz z początku lat 50., to co początkowo jest jazzem, jest czymś innym właśnie niż ten jazz, niż jazz późniejszy. Bo powiedział pan, że to nie ma problemu z perspektywy władzy, że ktoś tam zacznie coś śpiewać, bo to muzyka instrumentalna. No ale chyba było inne ryzyko. Ludzie mogli zacząć tańczyć, prawda?
Gość:
Tak, dlatego że jazz, o czym się bardzo rzadko teraz pamięta, to w ogóle była muzyka do tańca. Oryginalnie ona się w salach balowych w Stanach gdzieś tam narodziła. Ja pomijam w tej chwili aspekt, bo on tutaj nam troszkę miesza, aspekt wykorzystywany później przez nasze władze, aspekt rasowy, że to była muzyka czarna. I Presley zrobił tak ogromną karierę, bo był pierwszym białym człowiekiem, który zaczął grać czarną muzykę dla białych ludzi. I rzeczywiście ten jazz z 56 roku to była raczej wesoła muzyka taneczna niż wyrafinowany jazz. Jazz trochę zdradził te swoje pierwsze ideały. Ubrał białą koszulę, muszkę i trafił do filharmonii na początku lat 60. Natomiast do tej eksplozji radości, o której mówiłem, to ówczesny jazz grany w Polsce, no podsłuchiwany gdzieś tam przede wszystkim w audycji Głosu Ameryki Willisa Conovera, który był dla rozwoju jazzu w Polsce i w ogóle trochę wolności w Polsce postacią absolutnie niezwykłą. To była muzyka idealna, bo to była muzyka, której trzeba było słuchać jak cool jazzu, za chwilę w skupieniu, prawda?
To było coś zupełnie innego. Natomiast ja na początku powiedziałem, że podobne wydają mi się przypadki Sopotu i Jarocina, później w latach 80. Chodziło mi o to, że podobnie jak władze nie doceniły trochę tego, co się dzieje w Sopocie, moim zdaniem Jarocin narodził się dlatego, że mieliśmy ten jednak okres post, stan wojenny. Mieliśmy ten okres, kiedy przypomnę, władza puściła, i umówmy się, puściła tak zwany wentyl pozwalający zespołom młodzieżowym zajmować, że tak powiem, umysły młodzieży zamiast demonstracji ulicznych. No i stąd jest ta eksplozja grających po 3 albo 4 razy dziennie podobno Perfectu, Republiki i wszystkich innych zespołów. Ja nie mówię o tym lekceważąco, ja bardziej opisuje sytuację tak, jak ją widzę. I myślę, że na tej fali ktoś zgodził się gdzieś na szarym końcu Polski w zasadzie to nie wiadomo, gdzie jest ten Jarocin. W jakiejś małej miejscowości, żeby tam parę zespołów zagrało. To było na tej zasadzie i to się wymknęło spod kontroli. Nikt nie przypuszczał, że trochę podobnie jak w Sopocie, stanie się tą manifestacją alternatywnego świata w pewnym sensie.
Ja pamiętam ze wspomnień jarocińskich, że takie, które mi najbardziej utkwiło w pamięci, ale mówię teraz o wspominaniu samych początków jarocińskich. Bo oczywiście ten festiwal miał swoje preludium. Tam były Wielkopolskie Rytmy Młodych, to nie było...
Prowadzący:
To jest końcówka lat 70.
Gość:
To nie jest na ubitej ziemi, w związku z czym też się wydawało, że było do tej pory, te Wielkopolskie Rytmy Młodych to podejrzewam, nie pamiętam, była jakaś nad tym instytucja typu Socjalistyczny Związek Studentów Polskich, coś tam musiało być takiego.
Prowadzący:
Zdecydowanie, to była młodzieżówka partyjna.
Gość:
I to po prostu była jakby kontynuacja czegoś. I tak jak mówię, to jeszcze pomogło zlekceważyć decydentom to, co tam się wydarzy. A wspomnienie, o którym mówię z początków już tego Jarocina, to było takie, że ludzie jechali tam, pamiętajmy, to nie było Internetu i telefonii komórkowej, a w mediach to było nieobecne. Ludzie tam jechali, nie do końca wiedząc, czego się spodziewać, ale raczej spodziewali, że będzie nas tam pewnie 200 osób i posłuchamy paru zespołów. I ludzie byli najbardziej zaskoczeni, jak przyjeżdżają literaci. Ilu nas tu jest? Co tutaj się w ogóle dzieje?
Prowadzący:
To ja proponuję, żebyśmy do Jarocina jeszcze wrócili, bo chronologicznie do Jarocina dojdziemy. A tymczasem ten Sopot, od którego zaczęliśmy i to nie ten Sopot, ten festiwal, który później był festiwalem interwizji, między innymi. Zupełnie inny festiwal. Ten pierwszy sopocki to festiwal jazzowy. I tak jak pan redaktor powiedział, on w jakimś sensie okazał się falstartem. To znaczy i pierwsza edycja, zdaje się, że druga edycja i tyle tego było, ale okazuje się...
Gość:
Ale to, co zostało zasiane, to zostało zasiane.
Prowadzący:
Otóż to. Otóż to. To miało swoje znaczenie, ale to pokazuje, że z perspektywy takich ram instytucjonalnych jesteśmy w końcu w podcaście nie tylko muzycznym, ale również w podcaście Muzeum Historii Polski. A zatem można powiedzieć, że władze komunistyczne w pierwszej dekadzie czy też w pierwszych latach mimo wszystko funkcjonowania, ciągle w pierwszych latach funkcjonowania władzy komunistycznej są w stanie ten entuzjazm, który jakoś się wymyka im z rąk, ale są ostatecznie w stanie nad tym zapanować. A potem lata osiemdziesiąte, o których też tutaj napomknęliśmy, pokazują, że te moce władzy, one po prostu coraz bardziej słabną. Ale póki co mamy początek lat 60. I władza ma się nieźle. Raczej to wszystko idzie w tamtym czasie politycznie ku przykręceniu śruby. Politykę zostawmy, muzyka jest ciekawsza. Jest rok 61, dobrze pamiętam, i w Szczecinie... W Szczecinie znowu, w portowym mieście. To chyba też jakoś charakterystyczne?
Gość:
To nie jest przypadek. Portowe miasta zawsze na świecie były ogniskiem nowego w muzyce. Pewnie nie tylko w muzyce, ale o muzyce rozmawiamy. Stąd jest Seattle. Stąd jest Liverpool, stąd jest jeszcze... To jest bardzo prosta, zdaje się taka przyziemna historia, że to jest zawsze miejsce, które ma granice tylko w jedną stronę, a w drugą już nie ma. I płyty przywożone przez marynarzy naprawdę w paru miejscach zmieniły świat i muzykę. No tak, to tak to dokładnie wyglądało. A na początku lat 60. właśnie w Szczecinie był Festiwal Młodych Talentów. Ale pamiętam, że dla mnie zawsze było ciekawe i nigdy tego nie rozgryzłem, bo też nie studiowałem. To pewna dwoistość, że z jednej strony władze się zdenerwowały i w końcu nie tylko przykręciły festiwal, ale chyba też przykręciły w Rudym Kocie w Gdańsku tam te początki rock'n'rolla, coś tam właśnie instytucjonalnie zabraniano. Ale z drugiej strony polscy muzycy mogli pojechać na tournee nie tylko po Europie, po Europie Zachodniej, ale także do Stanów. Jan Ptaszyn pojechał jeszcze wcześniej, w ogóle w latach 50.
To nie jest muzyka, ale to jest sport. Ale to była wtedy też moja pasja i nigdy nie zrozumiem, jak to jest, że wszystko, co amerykańskie było be, a zaproszono do Polski koszykarzy wstrętnego, komercyjnego, zawodowego cyrku i tak dalej. Bo to się dzisiaj wydaje dość śmieszne, ale to naprawdę było wówczas wydarzenie z trochę innego świata. Ja zrobię króciutką dygresję, ponieważ to jest moja pasja. W latach 60. sport był moją pasją równą jak muzyka i dopiero po latach zacząłem się zastanawiać nad fenomenem takiego magazynu „Sportowiec”, bo to była jak na owe czasy absolutnie awangardowa gazeta, która pokazywała NBA, NHL, cały zachodni sport, zupełnie bez żadnych ograniczeń i cenzury. Dzięki temu kupując w kiosku Ruchu gazetę, miałem tak naprawdę obraz tego, co się na świecie w sporcie dzieje. Dopiero po latach zacząłem się zastanawiać, jak to było wtedy możliwe. Było to, nie jest nasza dziedzina, ale to trochę tak jak z muzyką. Program Willisa Conovera, którego potem zaproszono do Polski, w „Głosie Ameryki” nauczył całe pokolenie jazzu.
Z tego się słuchało. Jak ktoś miał na czym, to nagrywało najnowsze, najnowsze utwory. Osobną historią jest Radio Luksemburg...
Prowadzący:
To rzeczywiście osobna historia, chociaż myślę, że i o nim będzie warto tutaj wspomnieć. Tym niemniej wróćmy do tego Szczecina. Pierwszy festiwal, a potem drugi Festiwal Młodych Talentów, lata odpowiednio 62 i 63. I te nazwiska, które tam się pojawiają, to naprawdę nie są to nie są przypadkowi ludzie. Pojawia się taki młodzian na przykład Czesław Wydrzycki, prawda?
Gość:
Tak, który już wtedy trochę wystaje ponad przeciętność. Z całą pewnością. Ale ja bym nie chciał umniejszać, bo uważam, że to jest absolutnie fenomenalne. To, co się zdarzyło później z nim na krótkim okresie paru lat. I nie mówię tylko o występie z „Dziwny jest ten świat” na festiwalu, tak?
Prowadzący:
No bo to Czesław Wydrzycki, to oczywiście Czesław Niemen, podkreślam.
Gość:
Ale, ale już wówczas on wystaje ponad przeciętność. Choć jak się posłucha niektórych rzeczy, które on tam wówczas wyśpiewywał, łącznie z bardzo na czasie piosenką „Nie bądź taki Beatles”. No to dzisiaj się możemy tylko uśmiechnąć. Ale to był niezbędny początek, żeby to, co się później zdarzyło, mogło się zdarzyć. No tak, to tak to wygląda niesamowita, że tak powiem, niesamowita podaż artystów, którzy się zgłosili na te festiwale, świadczy o tym, że to był jakiś wtedy w Polsce też taki kipiący garnek po prostu tego, że nie było z tym za bardzo co zrobić. I nagle się pokazał festiwal, szansa na zaistnienie. Gdybyśmy rzeczywiście policzyli osoby, które tam zaczynały, no to mamy encyklopedię muzyki lat 60. w dużej mierze polskiej.
Prowadzący:
Kogo powinniśmy przypomnieć tutaj?
Gość:
Powiem szczerze, że tu akurat pamięć mnie troszkę zawodzi.
Prowadzący:
To ja mogę pomóc.
Gość:
Ale wiem, że to jest nasza gwiazda tylko przez chwilę. Niestety trochę zapomniana. Niesłusznie. Helena Majdaniec.
Prowadzący:
Helena Majdaniec.
Gość:
Ona na pewno. Na pewno Karin Stanek, absolutnie kultowa wykonawczyni. Taka trochę niby polska Suzi Quatro, ale jak sobie dzisiaj posłuchamy, z jakim zaciąganiem ona śpiewa, jakim akcentem i jakie rzeczy wyśpiewuje, no to myślę, że ona jest trochę taką, trudno mi jest porównać to z kimś współczesnym, ale ją roznosiła energia. No to jakby było to. Kto tam jeszcze debiutował w Szczecinie? Gąsowski.
Prowadzący:
Wojciech Gąsowski.
Gość:
Gąsowski, niejaki Toni Keczer, czyli Antoni Kaczor pewnie też. Oni wszyscy gdzieś tam potem zasilali wokale polskich zespołów Niebiesko-czarnych, Czerwono-czarnych. Gąsowski śpiewał w znakomitym zespole Test rockowym lata później, a potem śpiewał prywatki. Ale to już zupełnie inna historia. No, kogo mam jeszcze na liście?
Prowadzący:
Myślę, że ta lista byłaby znacznie, znacznie dłuższa. Ale żeby się nikt tutaj do nas nie krytycznie odniósł, to uzupełnijmy jeszcze, bo była mowa o pochodzie w Sopocie. Przecież Szczecin to też jest korowód kilkuset tam pięciuset kilkudziesięciu gitarzystów, którzy w Szczecinie też są i się pokazują. Dlaczego o tym wspominam? Bo znowu też muzyka i festiwale tak rozumiane to znowu więcej niż tylko sama muzyka. Chociaż przecież ona jest niezwykle interesująca.
Gość:
Wracamy do momentu pytania, dlaczego festiwale w Polsce odniosły taki sukces? Otóż właśnie dlatego, że to była pewna jednak taka plemienna, plemienna, gromadne doświadczenie, co przypomnijmy w PRL-u nie było łatwe, ponieważ wszelkie zgromadzenia publiczne były podejrzliwie oglądane, a tu można się było bawić i w zasadzie nikt chyba nawet palcem nie pogroził.
Prowadzący:
Panie redaktorze, musimy przeskoczyć do Opola. Zanim to zrobimy, to jeszcze szybciutko zerknę do swoich notatek, bo mówiliśmy o tym, kogo myśmy tutaj pominęli z tym Szczecinem, to żeby nie było. Kasia Sobczyk.
Gość:
Tak, oczywiście.
Prowadzący:
Zdzisława Sośnicka. Pojawili się...
Gość:
Nie pamiętałem o Zdzisławie Sośnickiej, przyznaję, biję się w piersi.
Prowadzący:
Pojawili się Mira Kubasińska i Tadeusz Nalepa.
Gość:
To pamiętałem. Oni się chyba w ogóle jeszcze wtedy jakoś inaczej nazywali. A żeby było zabawniej, bo to jest niezwykła pętla czasowa. Od dobrych 10 lat jestem jurorem w Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie, który dalej funkcjonuje.
Prowadzący:
No i rzeczywiście piękna to pętla.
Gość:
Życzę im takiego narybku jak wtedy.
Prowadzący:
Rok 1963 to jest moment w polskiej kulturze tak naprawdę wcale niełatwy, bo w lipcu 63 roku, to mówię jako historyk tutaj odgrywający w tej naszej dyskusji raczej rolę tego dającego ramę, to jest takie plenum, trzynaste plenum Komitetu Centralnego PZPR o kulturze i nie zwiastujące dla kultury niczego dobrego. Raczej przykręcanie śruby. Ale w 63 roku w Opolu zaczyna się historia czegoś niezwykle poważnego. Festiwalu opolskiego. Festiwalu Polskiej Piosenki, którego historia trwa do dziś.
Gość:
Śmiem twierdzić, że te dwa fakty są połączone, ponieważ najprawdopodobniej ktoś wymyślił, że trzeba dofinansować polską własną twórczość w kontrze do amerykańskiej. Jak to wykorzystano potem w Opolu, to pewnie władzy się nie do końca spodobało, bo potem były nawet takie epizody. Były dwa epizody absolutnego ogrania cenzury i władz. Pierwszym z nich jest „Biały krzyż” zespołu Czerwone Gitary.
Prowadzący:
Rok 68.
Gość:
68, a drugim jest „W żółtych płomieniach liści”, który dostał chyba nawet Grand Prix Ministra Kultury i Sztuki.
Prowadzący:
Obydwie te piosenki mają konotacje historyczne. Powiedzmy o tym dwa słowa.
Gość:
Prosta ballada, choć wiadomo, że Klenczon był trochę polskim Lennonem, a Krajewski był polskim McCartneyem. To jest piosenka, w której przywrócono tekst poświęcony ojcu Krzysztofa Klenczona, który był chyba żołnierzem Armii Krajowej. Tak mi się wydaje. No i tam była, nawet ja to widziałem na żywo, pamiętam, tam była cała ceremonia ze złożeniem goździka, chyba pęk goździków przez Klenczona na taki snop z reflektora rzucony na estradę. No i to było pięknie odebrane jako taki hołd. Tylko że zupełnie innej armii chyba niż to, co było w zamierzeniu. I to zostało bardzo dobrze schowane, dlatego, że cała historia to ja nie wiem, czy po 89 dopiero wróciła tak naprawdę.
Prowadzący:
No bo 68 rok to jest taki moment, już nie wchodząc, to...
Gość:
To jest bardzo trudny moment, tak.
Prowadzący:
Bardzo poważne polityczne historie tego czasu. To jest taki moment, gdzie wojsko rozumiane jako tzw. Ludowe Wojsko Polskie ma bardzo dużo do powiedzenia i popkulturowo to jest czas ogromnej popularności, na przykład „Czterech pancernych i psa” czy wspomnianego tu już wcześniej Stanisława Mikulskiego, grającego rolę Hansa Klossa. Więc popkulturowo to jest to jest bardzo ważne, ale też i wojsko, Ministerstwo Obrony Narodowej...
Gość:
Czechosłowacja.
Prowadzący:
Na czele którego stoi w ogóle Wojciech Jaruzelski, on jest wtedy potęgą i w końcu też Czechosłowacja. Sierpień 68 roku to też ważne hasło. Chodzi mianowicie o inwazję wojsk Układu Warszawskiego, w której oczywiście to haniebna rzecz, której niestety Ludowe Wojsko Polskie także brało udział. A tymczasem grupa Czerwonej Gitary śpiewa taką piosenkę, która właściwie może być...
Gość:
Bardzo popularna grupa w najlepszym czasie telewizyjnym, bo wtedy wszyscy to oglądali, prawda? No to to jest rzeczywiście mistrzostwo świata, a jeszcze większe mistrzostwo świata, moim zdaniem, to jest to, co wykonała Agnieszka Osiecka, pisząc „W żółtych płomieniach liści”. Łucja Prus i Skaldowie chyba Grand Prix w Opolu, o ile pamiętam. Jedna z głównych nagród na pewno w 71, moim zdaniem, może 70. I to jest piosenka o emigracji 68.
Prowadzący:
Czyli właściwie komentarz polityczny do bieżących, niezwykle bolesnych wydarzeń, o których nie można było powiedzieć wprost ze względu na cenzurę.
Gość:
I znów ta historia wypłynęła chyba po 89 dopiero. Ona to zrobiła w tak mistrzowski sposób, a wiedziały o tym pewnie 3 osoby. Nie jestem do końca pewien. Pytałem o to Andrzeja Zielińskiego, ale chyba... Wydaje mi się, że artyści nie wiedzieli. To była prywatna akcja Agnieszki Osieckiej. Piękna, artystyczna. Tak jak się tak muzyka czy sztuka generalnie splata z historią, to mamy wtedy wybuch. Ale jesteśmy teraz na początku w 63, bo zaczęliśmy o takich konotacjach trochę politycznych kierunku Opola. Opole jest dla mnie dość trudne do objęcia skrótem myślowym. Powiem tyle, że powiedzmy tak umownie od 67 roku, kiedy Niemen wyśpiewał „Dziwny jest ten świat”, wyśpiewał i stał się supergwiazdą, został wdeptany w ziemię przez zachowawczych krytyków muzycznych i to takich poważnych, chyba „Ibis” Wróblewski i tak dalej, że to nie jest śpiew, to jest wrzask i tak dalej. No takie dość charakterystyczne dla tamtego okresu rzeczy. A jemu udało się w 67 roku wyśpiewać protest song, który jest aktualny do dziś, tak jak parę innych największych na świecie utworów. To jest niezwykła historia, dlatego uważam, że taka cezura dla Opola od tego momentu.
Prowadzący:
No i co? I potem jest dziesięć lat tłustych.
Gość:
A potem jest dziesięć lat supertłustych, dlatego że po pierwsze takie było założenie, tylko że ono zostało w bardzo artystyczny sposób zrealizowane. Opole jest naprawdę świętem polskiej piosenki. To jest święto polskiej piosenki. Wszyscy za punkt honoru stawiają sobie występ w Opolu i przede wszystkim napisanie piosenki na premierę. Jakbyśmy zobaczyli listę premier i rzeczy, które pojawiły się w Opolu po raz pierwszy, zostały napisane specjalnie przez Młynarskiego, Osiecką, nie mówiąc już o muzyce. No to czasami się będziemy mogli zastanawiać, jak to jest, że w tak trudnych czasach powstawała taka muzyka. Dla mnie sztandarowym przykładem mniej więcej tego okresem jest coś, co dzisiaj jest kompletnie niewyobrażalne, bo my za chwilę musimy się zderzyć z rzeczywistością Opola. Dziś Opole jest po prostu nastawionym na wysoką oglądalność programem telewizyjnym. To jest tylko program telewizyjny, to nie jest żaden festiwal piosenki, to jest program telewizyjny.
Prowadzący:
I tu mówimy współcześnie. Ale gdybyśmy powiedzieli o tym Opolu początku lat 90., to chyba Opole też nie przeżywa wtedy, by tak to delikatnie określić, najlepszego czasu.
Gość:
Nagle niespodziewaną konkurencję, ponieważ wokół w zasadzie wolno wszystko, więc to jest jakby też taka historia. Natomiast ten sztandarowy przykład Opola, tamtego okresu, o którym chciałem powiedzieć, to jest to, że w 71 roku nagrodę Grand Prix Ministra Kultury i Sztuki dostaje „Korowód” Grechuty, który w wersji live ma 15 minut. I Kanty Pawluśkiewicz tarza się po scenie i jest to jakby taki hippisowski manifest wspaniały artystycznie jakiegoś szalonego jazz rocka, i on dostaje nagrodę Ministra Kultury i Sztuki w Opolu. I on jest bisowany, i on jest w najlepszym czasie telewizyjnym oglądalności. I wszyscy są zachwyceni. To jak wysoki poziom to wszystko reprezentowało i jaki to miało wpływ na... Nie chcę popadać w zbyt wysokie tony, ale tak uważam edukację muzyczną społeczeństwa, bo oni wszyscy to oglądali, bo nie było co oglądać. Opole było świętem, prawda? I założę się, że połowa oglądającej publiczności telewizyjnej nie do końca rozumiała i tą muzykę, i to, dlaczego to tak długo trwa i co on tam wyśpiewuje, i tak dalej, i tak dalej.
Ale gdzieś tam czuła, że warto. I myślę, że trochę coś zostało i trochę byli lepsi. Ja pamiętam swoje przygody z tamtego okresu z jazzem. No też jak poszedłem pierwszy raz na koncert Dżambli mając lat 12, to trochę mi się ta muzyka wydawała niezrozumiała w stosunku do Skaldów, ale wiedziałem, że tam się coś dzieje, że tam się coś zdarza. I ten koncert, i potem płyta Dżambli i tak dalej, naznaczyła mnie na całe życie do dziś. I myślę, że ta rola jest absolutnie nie do przecenienia. Tego obcowania z trochę wyższą sztuką, podnoszenia poprzeczki, tego ciągnięcia za uszy. Trochę tak jak Sojka przez całą swoją karierę ciągnął publiczność, tak jak Beatlesi ciągnęli cały świat, wyprzedzając ich trochę o krok, że to jest tamto. Opole w zderzeniu do dzisiejszego schlebiania najprostszym gustom i grania w nieskończoność coverów.
Prowadzący:
I ja się tak zastanawiam, chociaż pewnie ten temat należałoby roztrząsać znacznie dłużej, może też i w znacznie szerszym gronie. Ale w ogóle przełom lat 60. i 70. No bo wspomniał pan, że najdłuższe lata Opola to jest mniej więcej 67-77.
Gość:
Ja uważam, że polskiej muzyki popularnej w ogóle.
Prowadzący:
Ale to ja w takim razie jeszcze licytuję wyżej, jakbyśmy na sekundkę wychynęli spoza polskiego opłotka i na przykład popatrzyli, ja wiem, na Rolling Stonesów. Rolling Stonesi, lat 67-72 to pewnie też jest, a mówię przecież o absolutnych no nie wiem, jak ich określić, no niech będzie klasycy, bo nie chcę mówić dinozaury rocka. Ja sądziłem, że nigdy nie zobaczę Rolling Stonesów koncertujących, a tymczasem cztery razy mi się zdarzyło. Oczywiście to już zupełnie inni Stonesi...
Gość:
Zupełnie inny element. Tutaj, I nie wchodźmy o tym, dlaczego to się zdarzyło, jak się zdarzyło. Rolling Stonesi przyjeżdżają 13 kwietnia 67 do Kongresowej i ja wiem, że dla wielu to jest rok zero albo moment zero, że nigdy potem już nic nie było takie samo. Zobaczyliśmy zespół absolutnie ze światowej czołówki. Cała ikonografia tego koncertu, wszystko, co się tam zdarzyło. Ja rozmawiałem o tym z Jaggerem. W ogóle to jest to jest niezła historia, ale pewnie na osobną zupełnie opowieść. Ale to było wydarzenie, które moim zdaniem strasznie dużo u nas zmieniło. Jeden z przykładów, dość przyziemny, ich supportowali Czerwono-Czarni i szokiem, który był opisany chyba w magazynie Jazz nawet było to, że Rolling Stonesi ubierają się tak samo prywatnie jak na scenę. Czerwono-Czarni przebierali się w takie garniturki. Eleganckie, bo mieli występ dla publiczności.
Prowadzący:
Jak Eric Bardon i The Animals.
Gość:
Tak, a tutaj było to samo. On, Jagger wyglądał równie kolorowo w czasie jak i przed. I tak dalej, i tak dalej. Oczywiście to było bardziej znowu wydarzenie plemienne z uwagi na jakość nagłośnienia, na te różne rzeczy, ale nie o to chodziło. Weszliśmy na chwilę do klatki 2 i moim zdaniem to bardzo wiele w Polsce zostawiło.
Prowadzący:
Jest coś takiego, że są setki tysięcy ludzi, którzy się przyznają do obecności na tym koncercie? Nie, to niemożliwe.
Gość:
Tak, tak, to musiałby być Stadion Śląski. Jest nawet taka anegdota o Hołdysie, ale nie powiem jej teraz głośno. Natomiast jeżeli rozmawiamy o sprawach trochę też dookoła muzycznych i wyskoczył nam 13 kwietnia 67 roku w Kongresowej, to ja muszę powiedzieć o historii, która trochę nam zajmie czasu, ale jest moim hobby. Poświęciłem jej bardzo dużo szperania i może kiedyś zrobimy w Muzeum Historii Polski o tym coś. Wtedy wystrzelono już komplet satelitów telekomunikacyjnych, które pozwalały przekazywać obraz między kontynentami telewizyjnym. Dziś to nam się wydaje, w ogóle ja tak opowiadam o takich rzeczach, które są dość oczywiste, bo mieliśmy przed chwilą mistrzostwa świata w piłce nożnej i wiadomo, że pokazywano obrazy ze Stanów Zjednoczonych. Wtedy to nie było takie oczywiste. To była absolutna rewolucja. Pewien producent BBC wymyślił. O, to w takim razie zróbmy taki program, żebyśmy połączyli cały świat na żywo, telewizyjnie. To wówczas było w ogóle nawet trudne do wyobrażenia. I zrobiono program, który nazywał się „Nasz świat” - „Our World”. Program, który dziś, jak się go ogląda, budzi zdumienie, podziw i nie wiem...
Gość:
Wydaje mi się nawet, że dzisiaj by to było niemożliwe, żeby taki program zaistniał. To jest program, który miał jedno w formule od razu założenie takie, że musi być na żywo wszystko. I teraz uwaga w programie wszystko na żywo. Pablo Picasso malował u siebie w pracowni obraz w Hiszpanii, kamera się przełączała do La Scali, gdzie Maria Callas śpiewała na żywo Arię. Potem przełączyła się do Leonarda Bernsteina w Stanach, który robił próby orkiestry nowojorskich filharmoników, potem do Marshalla McLuhana w Kanadzie, który właśnie wygłaszał swoją nową medialną teorię. I to wszystko było na żywo. Taka była zasada. Jest tutaj na koniec jeszcze wątek beatlesowski, do którego wrócę, ale przez lata krążyła, krążyła uporczywa plotka, że Polska miała w tym brać udział. Ja to traktowałem trochę jako legendę miejską, ale bardzo zacząłem to śledzić. I pierwszy atut do ręki dostałem, jak udało mi się kupić na jakiejś aukcji internetowej coś w rodzaju takiego „Tele tygodnia” BBC z tamtego tygodnia właśnie. I tam jako żywo Warszawa była na mapie i mieliśmy w tym brać udział. Potem doszedłem gdzieś tam szperając, że zostaliśmy przez telegram z Moskwy wycofani.
Łącznie chyba z kimś jeszcze z demoludów. No nie wiem, czy nie sama Rosja, ówczesny ZSRR miał w tym brać udział. No, mniej więcej tydzień przed programem, z uwagi na, nie wiem, jakąś politykę na Półwyspie Arabskim. Coś tam, jakaś tam była wojna wtedy krótka.
Prowadzący:
No jeśli to był rok 67, to niewątpliwie chodziło o wojnę arabsko-izraelską, która rzeczywiście była tąpnięciem politycznym.
Gość:
Więc przyszedł rozkaz i cofnęliśmy się w ostatniej chwili, a potem pytałem o to w 2013, pytam o to McCartneya. Czy on wiedział? On powiedział: Nie, nie wiedzieliśmy, pytaliśmy. Cały świat miał być przecież. No. Natomiast mówię o tym dlatego, że uważam, że gdyby doszło do tej transmisji, to występ Rolling Stonesów w Kongresowej byłby drobiazgiem w stosunku do impaktu kulturalno-społecznego, który ten program na żywo pokazany w telewizji by wywołał. Doszedłem też w archiwach, że naszym wkładem miało być coś, czego nie potrafię wytłumaczyć. U nas miała być transmisja ze szpitala, z przychodzenia dzieci na świat na żywo.
Prowadzący:
To bardzo interesujące.
Gość:
Bardzo interesujące i zastanawiałem się, bo nie wymyślimy. Ale z kolei Australia, która miała wtedy 3:30 nad ranem, pokazywała autobusy wyjeżdżające z zajezdni, bo też nie było co pokazywać i tak dalej. To wszystko było...
Prowadzący:
Panie redaktorze, jest tak, że faktycznie pozwoliliśmy sobie na taką dygresję, która jest ściśle związana oczywiście z popkulturą, subkulturą i z muzyką... O niezwykłych czasów.
Gość:
Niezwykłość czasów, to o to mi chodziło.
Prowadzący:
O tym, że nie będziemy w stanie spiąć całości opowieści o Opolu, to właściwie byłem przygotowany, więc właściwie wspomnieliśmy o o kilku tylko obrazkach, ale myślę, że o obrazkach istotnych...
Gość:
I jeszcze jeden obrazek muszę przytoczyć z Opola. To jest 77 rok i to jest wspaniały, taki kontestujący rzeczywistość. Już trudno wtedy, w 77 wieczór „Nastroje” zrobiony przez Osiecką, Koftę i Młynarskiego chyba.
Prowadzący:
A sądziłem, że jak 77 rok Opole, to wspomni pan o Jerzym Stuhrze, który przypominał, że śpiewać każdy może.
Gość:
Nie wspomnę, bo traktuję to jako pewien żart towarzyszący, chociaż w kontekście tych „Nastrojów, o których mówię, bo to był przepiękny wieczór rozgrywany na scenie, gdzie ja miałem wrażenie, że biorę udział w tak zwanej domówce u znajomych, w której wszyscy wiemy, jak jest źle i próbujemy się trzymać razem i pobawić. Myślę, że incydent, który można nawet trochę pod to podciągnąć, ale nie do końca jestem... Ja nie mam w swoich wspomnieniach wszystkich dowcipów Stuhra z Łukaszewiczem ze słynnego filmu z głowy tego kosmicznego.
Prowadzący:
„Seksmisja”.
Gość:
„Seksmisji” oczywiście. I tak samo ten występ traktuję jako pewien incydent na festiwalu. Nie uważam, że on coś zmienił. Może pokazał w krzywym zwierciadle na przykład tamte inne festiwale. No dobrze, dość siermiężną rzeczywistość.
Prowadzący:
Panie redaktorze, to ja wspomniałem o Jerzym Stuhrze, myślę, że głównie dlatego, żeby wskazać też poza tym, że to interesujące, że to jakoś tam ciekawe, zabawne pewnie, ale też pokazujące, że festiwal opolski z czasem jakby poszerzył się, że nie był tylko festiwalem muzycznym, kabaretem polskim, miał swoje dobre czasy kiedyś. Natomiast jak mowa jest o tych takich występach opolskich, to już niech będzie naprawdę ostatni obrazek opolski. No to przychodzi mi do głowy Kora z Manaanem śpiewająca „Boskie Buenos”. Nie pamiętam, który to z naszych znakomitych dziennikarzy muzycznych. Nie będę tych słów nikomu przypisywał, ale wspominał, że dla niego to było to, co kilka tygodni później obaliło Edwarda Gierka. Oczywiście bardzo umownie. Jest w tym coś.
Gość:
Trochę jestem nawet zły, że ja o tym nie pamiętałem, dlatego, że ja uważam, że występ Kory w Opolu kolejny raz zmienił, tak jak Niemen 67 naszą rzeczywistość i pokazał nam coś zupełnie innego, inną estetykę, inną muzykę. Tą, która oczywiście w Polsce już gdzieś tam raczkowała w podziemiu, a to nagle wskoczyło na estradę opolską. Ja myślę, że znów powtórzmy, nikt z władz nie zorientował się do końca, co się zdarzyło i jakie tego będą konsekwencje. Oczywiście nie takie bardzo linearne i wymierne, ale że to znowu był początek czegoś, bo za to mogę dostać przez niektórych po łapach. Ale odważę się na stwierdzenie, że Kora w Opolu to jest początek Jarocina w takim sensie bardziej filozoficznym, pewnej innej estetyki i tak dalej.
Prowadzący:
Myślę, że nie brakuje też osób, które się które się z tym zgodzą. W ogóle tych kontekstów, takich kulturowych lat 80. będzie wiele i ciekawych, bo rok 80, to pozwolę sobie na kontekst, taki kontekst, który czasem też był w Polsce interesujący. To jest moment, w którym zasadniczo przekształca się na przykład estetyka grupy Bijelo dugme, która w 80 roku wydaje swoją taką paranowofalową, quasi-nowofalową, nie przejdzie mi przez głos, że w pełni nowofalową płytę, dokładnie po tym, kiedy chwilę temu była „Bitanga i princeza”, a tutaj mówimy o grupie, która w Polsce nie miałaby odpowiednika, która dla Jugosławii, byłej Jugosławii jest, jest takim nośnikiem popkultury, też akceptowanej oczywiście przez władzę. Zostawmy festiwal w Opolu, chociaż jego historia jest oczywiście znacznie dłuższa i warta... Dla dalszej dyskusji przenieśmy się jeszcze na chwilę z powrotem do Sopotu. No bo Sopot... Zaczęliśmy, że Sopot w 56 roku, ale Sopot to też festiwal sopocki, inny zupełnie festiwal. Festiwal, o którym z perspektywy czasu i w zupełnie innych czasach, połowie lat 90. Kazik Staszewski śpiewał dosyć szpetnie, że to raczej ochlaj i wyżerka, i zastanawiał się nad tym, ile kasy dać dziadowi o zniszczonych nerkach. To na prawie cytatu. O, tak wyglądał festiwal w Sopocie w latach 90. oczami kontestującego krytyka. A jak wyglądał? Jak wygląda z perspektywy dziennikarza pasjonującego się muzyką?
Gość:
Bardzo dziwnie, bo to była trochę sztuczna konstrukcja od samego początku. Ja rozumiem, że ideologicznie podobna do tego, co wymyślono na Opole w 63. Że to będziemy promować teraz polską twórczość, polską piosenkę. No, to samo było tam, bo tam nieszczęśni przybysze z całego świata musieli się mierzyć z polskimi piosenkami, interpretując je, co często bywało tragikomiczne. Moim zdaniem są wspaniałe oczywiście przykłady. Bułgarka, która miała na imię Pasza, ale nie pamiętam...
Prowadzący:
Ona zdaje się interpretowała Niemena „Dziwny jest ten świat” i zdaje się, że jej to nawet całkiem dobrze poszło.
Gość:
Dokładnie tak. Mieliśmy oczywiście pewną międzynarodowość tego festiwalu, takich gości z łapanki, bo tam widać było zawsze. Mówimy teraz jeszcze o latach 60.-70., że tam wystąpili artyści, którzy akurat gdzieś przejeżdżali obok albo z jakiegoś powodu mieli wolny termin i tam była jakaś absolutnie eklektyczna mieszanka przez już nie pamiętam jakiegoś Kanadyjczyka, który kiedyś wygrał, to Kanadyjczyk wygrał nagrodę, grał w Sopocie i potem zrobił niezłą karierę u siebie w domu. Natomiast dla mnie Sopot był trochę zawsze niezrozumiały. To było oczywiście wielkie święto z takim sznytem międzynarodowym, ale tam było coś bardzo sztucznego w całej konstrukcji tego festiwalu.
Prowadzący:
Właśnie ze względu na to, że zapraszamy kogoś z zewnątrz, żeby śpiewał nasze.
Gość:
Ale też było tak, że ktoś, kto na przykład w Opolu z polskich wykonawców zdobył Grand Prix, to czasem był zapraszany rok później do Opola jako gwiazda i tak dalej, i recital, na jakieś towarzyszące. Ja nie do końca rozumiałem formułę tego festiwalu, zawsze go oglądałem, ale o Opolu z tamtych czasów mogę mówić w nieskończoność, z wypiekami na twarzy. O Sopocie raczej nie.
Prowadzący:
Chce pan powiedzieć, że nie kręci ani Helena Vondrackova, ani Afric Simone w 77 roku?
Gość:
Nie do końca, nie do końca. I tak jak mówię, to jest tak przypadkowo eklektyczny zbiór różnych wykonawców, że nie zostawił po mnie... Bardziej zostawił we mnie wspomnienia, didaskalia scenograficzne niż artystyczne. O tak bym to powiedział, bo tam były oczywiście różne wielkie historie, no już mieliśmy Whitney Houston mieliśmy kiedyś w Sopocie, kompletnie nieudany występ i tak dalej, ale takie jakieś dziwne, trochę przypadkowe gwiazdy tam się pojawiały. Zresztą potem wychodziło na to, że to były naprawdę bardzo przypadkowe w ostatniej chwili przez Pagart złapane jakieś tam okazje, ale dla mnie o dziwo, ja wiem, że to jest może niestandardowa opinia, Sopot był mało wyrazisty.
Prowadzący:
Mało wyrazisty.
Gość:
Mało wyrazisty. Ja nie bardzo, nie bardzo wiedziałem na czym ten festiwal polega i on niewiele we mnie zostawiał. Bardzo dużo...
Prowadzący:
Przepraszam, to nie mogę sobie pozwolić na to, żeby... Muszę po prostu zadać to pytanie. Czy to nie jest tak, że okiem warszawskiego inteligenta, smakującego muzykę różnego rodzaju naprawdę szeroką, tu Dżamble, tu jazz tam to i jeszcze co innego, i rozczytywanie takich kontekstów jak to, że nie wiem, „Korowód” nie tylko z tekstem Leszka Aleksandra Moczulskiego, ale jeszcze inspirowany, nie wiem, Comusem, grupą progrockową z Wielkiej Brytanii. I tak dalej, i tak dalej. Może to po prostu była popularna taka jeszcze bym powiedział przed naszymi czasami, ale papka z dobrymi i złymi tego konsekwencjami dla popularnego odbiorcy.
Gość:
Myślę, że coś w tej opinii jest. Muszę zaznaczyć z uśmiechem, że perspektywa była krakowska, bo ja jestem Krakusem.
Prowadzący:
Rozmawiamy w Warszawie, także przepraszam za to wciśnięcie w nie te ramy, co trzeba.
Gość:
Szczególnie w tamtych czasach ta perspektywa krakowska i warszawska pewnie były jednak inne, bo te wszystkie sceny były... Natomiast ja do...
Prowadzący:
Do Sopotu było jeszcze dalej.
Gość:
Do Sopotu było jeszcze dalej. Ja do Sopotu, nawet do Trójmiasta miałem w ogóle dużą słabość, bo tam się bardzo wiele rzeczy fajnych, artystycznych pojawiło. Natomiast no, myślę, że najprostszym porównaniem będzie to, że Sopot tamtych czasów jest trochę jak Opole obecnie.
Prowadzący:
Aha, to znaczy równa ku gustom pośledniejszym czy takim przeciętnym, tak by powiedzieć.
Gość:
Albo wymyśla jakieś takie karkołomne pomysły, jak te śpiewanie przez zagranicznych, że... No i potem jak jakiś biedny, nie wiem, Francuz, męczył się z polskim językiem i polskim przebojem, no to się robiła z tego taka impreza, prawda? I wszyscy tam się śmiali, jak to kiepsko idzie i jaki to mamy trudny język i tak dalej. No trochę tak ten Sopot wyglądał. Ja oczywiście krzywdzę w tym momencie masę pięknych zjawisk, które w Sopocie miały miejsce, ale średnia była właśnie taka. Tak, tak trochę uważam.
Prowadzący:
No dobrze, zostawmy ten Sopot, bo widzę, że dostał tutaj łupnia dosyć solidnego, zwłaszcza po tym, jak dopieszczone zostało Opole. Wróćmy na koniec do Jarocina. Siłą rzeczy oczywiście nie zajmiemy się szczegółowo wszystkimi festiwalami, bo na to nam czasu by nie starczyło, ale o Jarocinie jeszcze powiedzieć musimy więcej. Jakiś czas temu miałem okazję rozmawiać z Michałem Fajbusiewiczem, który jako dziennikarz w 85 roku reporter ówcześnie „Dziennika”, nie „Dziennika Telewizyjnego”, a jako dziennikarz Łódzkiego Ośrodka Telewizji Polskiej został wysłany do Jarocina. Co tu dużo kryć, raczej nie po to, żeby zrobić obiektywny obraz, ale raczej po to, żeby pokazać, jak niedobrze jest na Jarocinie. No i rzeczywiście w obiektywie Telewizji Polskiej specjalnie dobrze nie było. Raczej to wyglądało na ciężkie picie alkoholu, którego przecież notabene nie można było w ogóle kupić w promieniu 30 czy 40 km, bo była prohibicja. Ale o tym nie dowiedzieli się ci, którzy reportaż obejrzeli. Sporo było o narkomanii, sporo było o patologii. O muzyce właściwie tyle, co nic. A był to rok 1985, dla Jarocina naprawdę muzycznie mocny. Jakie jest pańskie wspomnienie jarocińskie? Najlepsze, najważniejsze?
Gość:
No, nie będę ukrywał, że ja mam trochę skrzywione podejście do odpowiedzi na to pytanie. Z uwagi na to, że miałem w 1987 roku surrealistyczny z dzisiejszej perspektywy zaszczyt prowadzenia na dużej scenie z Piotrem Majewskim całego festiwalu, więc miałem ogląd jakby od trochę innej strony. Mam nawet przygodę na temat tego, jak łatwo było tą prohibicję obejść, ale to już zostawmy. Myślę, że Jarocin to jest bardzo wielowarstwowe zjawisko. Często się to sprowadza do tam, nie wiem, historii punkowo później metalowych i tak dalej, a to wręcz przeciwnie. W Jarocinie się urodziło tyle rzeczy, łącznie na przykład z zespołem Voo Voo, który tak naprawdę to się urodził w Jarocinie w latach 80. Stamtąd poszła iskra, która to powodowała. Kto pamięta, że Sojka śpiewał ze Sforą w Jarocinie na przykład. To było niesamowite zjawisko artystyczne, w którym takie gwiazdy jak Republika. To jest ta słynna historia, prawda? Miały, tak naprawdę będąc absolutnie mega super gwiazdą poza Jarocinem, test na, że tak powiem, czy to tak jest, czy to tak nie jest, to.
Prowadzący:
Od razu dopowiedzmy co to za historia, bo my wiemy, jak tu siedzimy, a państwo nie muszą wiedzieć. Rok 1985, Grzegorz Ciechowski i Republika w absolutnym piku swojej popularności. Po drugiej płycie „Nieustanne tango” przyjeżdżają do Jarocina, gdzie nie są mile widziani. Dlaczego? Bo rok wcześniej do Jarocina nie przyjechali i nie przyjechali, bo Ciechowski został powołany do służby wojskowej. Ale radykałów jarocińskich to nie przekonało. 85 rok, oni zaczynają swój koncert. W czasie pierwszego utworu leci kubeczek ze śmietaną i ląduje w ogóle na keyboardzie Grzegorza Ciechowskiego. Zespół nie przestaje grać. Gra numer po numerze, milkną gwizdy, rozpoczyna się wielkie muzyczne misterium. Wszystko kończy się zagraną w jakiś zupełnie niesamowity sposób „Moją krwią”. Wszystko kończy się żądaniem publiczności o bisy. Grzegorz Ciechowski odpowiada krótko „taka publiczność nie zasługuje na bisy”. Ciary przechodzą nawet dzisiaj. Legendarny koncert.
Gość:
I myślę, że każdy artysta na świecie chciałby mieć taką przygodę, która się w ten sposób kończy. Ale tutaj dotknęliśmy bardzo ważnej rzeczy. To masa zespołów, wtedy wówczas bardzo popularnych, nawet nie myślało pojechać do Jarocina. Republika się odważyła, ale Lady Pank na przykład nie.
Prowadzący:
Można by podejrzewać, że oni też nie zostaliby przyjęci ciepło.