Narodowa ofiara. Powstanie styczniowe
Muzeum Historii Polski (producent);
26/01/2023
Klasyfikacja praw autorskich
Transkrypcja
Tysiąc dwieście bitew, sto tysięcy powstańców, półtora roku bojów. Powstanie styczniowe - największy, a jednocześnie być może najbardziej pozbawiony szans polski zryw. Rozpoczynany z entuzjazmem, a kończący się pod szubienicą lub w kibitce wiozącej na Sybir. Łukasz Starowieyski. Zapraszam na kolejny podcast Muzeum Historii Polski z cyklu 1000 lat. Prześwietlenie. Narodowa ofiara. Powstanie styczniowe. Nie było w naszej historii zrywu, który trwałby dłużej, ani wojny, w której toczono by aż tyle bitew. Powstanie styczniowe ma bez wątpienia swoje heroiczne miejsce w naszej historii, ale czyż nie stoi też na półce wśród historycznych wydarzeń z kategorii „na marne” i „bezsensowna ofiara”? Nie ma obecnie dyskusji o tym, czy miało jakiekolwiek szanse powodzenia. Mówi się o wielkim wysiłku i krwawej ofierze. Do dziś polskie lasy czy wioski usiane są mogiłami powstańców. Czy ten zryw miał w ogóle sens? A może był narodowym samobójstwem? Nazywam się Łukasz Starowieyski i spróbuję w tym podcaście odpowiedzieć na te pytania, a przynajmniej zastanowić się nad odpowiedziami.
Część pierwsza. Gra w kolory. Czarny.
Gdzie sięgnąć, by rozpocząć opowieść o najdłużej trwającym polskim powstaniu. Część historyków sięga aż do upadku zrywu listopadowego 30 lat wcześniej. Inni piszą o Wiośnie Ludów, która w 1848 roku przetoczyła się przez Europę. Choć do Polski praktycznie nie dotarła. A może wojna o zjednoczenie Włoch i wyczyny rewolucjonisty Garibaldiego lub czas wojen krymskich, w którym Anglia i Francja stanęły przeciw Rosji? My zaczniemy nie od daty, a od koloru. Tak, od koloru, od czerni. Barwy, z którą bezskutecznie walczył w Warszawie carat, a która stała się symbolem oporu. Nawet jeśli czarne suknie nie doprowadziły bezpośrednio do wybuchu powstania, to były pierwszymi kamykami, które w ciągu kilku lat spowodowały prawdziwą lawinę. Patrząc przez pryzmat kolorów, pierwszym kamykiem, a może i milowym kamieniem na drodze do zrywu był pogrzeb wdowy po generale Sowińskim. Tym, co bohatersko zginął na okopach Woli. To była pierwsza patriotyczna demonstracja od 30 lat. Od upadku powstania listopadowego. Na czele procesji stanęły damy, a jakże! W żałobnej czerni. Ogień jeszcze wówczas nie wybuchł, ale tlił się niezagaszony, od czasu do czasu wydobywając się na powierzchnię. Noszenie czarnych strojów stało się patriotycznym gestem, co nie uszło uwadze władzom carskim. Wojna o czerń wzmogła się zresztą pod koniec powstania, gdy już wiadomo było, że chyli się ku upadkowi. Kobiety potrafiły nawet brać ślub w czarnych sukniach. Władze walczyły po swojemu, za czerń groziły grzywny, a nawet więzienie. Agenci na ulicach rozrywali krynoliny. Z biegiem czasu władze ścigać zaczęły także kolor szary czy brązowy, a jedna dama skazana została na 200 rubli kary za założenie koloru zielonego, czyli kolor nadziei. Gra w kolory tylko z pozoru wygląda na dziecinadę. Władze dobrze wyczuwały, że pod tekstylna fasadą kryje się coś dużo bardziej niebezpiecznego. Nim jednak spróbujemy zajrzeć pod podszewkę sukien nadobnych damy rzućmy okiem na sytuację Królestwa Polskiego. Paskiewiczowska noc. Tak mówi się o latach po upadku powstania listopadowego. Rosjanie postanowili wybić z polskich głów wszelkie myśli o buncie. Iwan Paszkiewicz, pogromca zrywu, został namiestnikiem, a w stolicy stanęła potężna i ponura twierdza szachująca Warszawę. Cytadela. Do jej więzienia można było trafić za nawet drobne działania konspiracyjne. Noc trwała praktycznie przez ćwierć wieku. Dopiero dwie śmierci utorowały drogę bladym błyskom przedświtu. W połowie lat 50. Zmarli car Mikołaj II oraz znienawidzony namiestnik. Do tego żandarm Europy, jak nazywano Rosję od czasów wojen napoleońskich, dostał srogie baty od koalicji francusko- brytyjsko-tureckiej w wojnie krymskiej. W tej sytuacji nowy car Aleksander II zdecydował się rozsunąć nieco ciężkie zasłony samodzierżawia i wpuścić do Imperium odrobinę bardziej liberalnego powietrza. W Królestwie złagodzono cenzurę, zawieszono powołania do wojska. W maju 1856 roku car nawet odwiedził Warszawę. Witany był niemal z entuzjazmem i z wielkimi nadziejami, które szybko zmroził. „Żadnych marzeń, panowie. Szczęście Polaków zamyka się tylko w zupełnym zlaniu z Rosją. Potrafię bowiem poskromić porywy tych, aby ich marzenia nie wykraczały poza granice ich wyobraźni. Pomyślność Polski zawisła od jej zupełnego zjednoczenia się z innymi narodami mojego cesarstwa. To, co zrobił mój ojciec, dobrze zrobił i ja to utrzymam”. Rzucił w czasie pobytu w stolicy. Entuzjazm do swojej osoby zgasił zupełnie, gdy przyjechał po raz drugi w 1860 roku, by spotkać się z cesarzem Austrii i regentem Prus. Na ulicach nie witał go niemal nikt. „Zlatują się kruki. Siedźcie w domu, gawrony”. Głosiła jedna z rozrzuconych w stolicy ulotek. A przed spektaklem w Teatrze Wielkim loża cara oblana została kwasem siarkowym. Sytuacja stawała się z miesiąca na miesiąc coraz bardziej napięta. Demonstracje były coraz częstsze, podobnie jak przypadki krwawego ich rozbijania. Wielkie poruszenie wywołała zwłaszcza demonstracja z 27 lutego 1861 roku, gdy po raz pierwszy do uczestników otwarto ogień. Zginęło 5 osób, które od razu stały się narodowymi męczennikami. Władze carskie na razie jednak nie chcą eskalować konfliktu. Chcą raczej pozyskać część elit. To moment, kiedy w naszej historii pierwszy raz pojawia się człowiek, który bezpośrednio doprowadzi do wybuchu powstania. Margrabia Aleksander Wielopolski, przez pokolenia nazywany arcyzdrajcą. Ale czy słusznie przez lata miał tak zszarganą opinię? „Że myśmy nie życzyli powodzenia, a utrudniali dzieło Wielopolskiego, to łatwo zrozumieć, lecz że go Polacy nie poparli. To się nigdy nie da wytłumaczyć”. Miał rzucić późniejszy kanclerz Prus i zjednoczonych Niemiec Otto von Bismarck. Skrajne opinie, a każda poniekąd uzasadniona. Ten pochodzący ze Świętokrzyskiego konserwatysta na szersze polityczne wody wypłynął w marcu 1861 roku, gdy został dyrektorem rządowej komisji do spraw wyznań religijnych i oświecenia publicznego. Niedługo później objął też tekę ministra sprawiedliwości. Miał plan oparty na czterech filarach: polonizacji administracji, oczynszowania chłopów, polskiej edukacji i zrównania praw Żydów. Ograniczona autonomia zamiast niepodległości. To był właśnie plan na przyciągnięcie polskich elit. Nie wystartował Wielopolski najlepiej. Rozwiązał dwie instytucje reprezentujące dotąd polskie interesy. Towarzystwo Rolnicze i Delegację Miejską. Decyzje te znów wyprowadziły ludzi na ulice, co dało okazję carskim władzom na krwawą demonstrację siły. 8 kwietnia doszło do masakry na Placu Zamkowym. Rosyjscy żołnierze otworzyli ogień do manifestujących. Dane co do liczby zabitych wahają się od 100 do nawet 500. Po tej masakrze demonstracje z ulic przeniosły się do warszawskich kościołów, gdzie odbywały się msze za ojczyznę. Za to rozlały się po całym zaborze rosyjskim. Odbywały się w Wilnie, Kownie czy Grodnie. Władze zareagowały po swojemu. W połowie października 1861 roku w Królestwie wprowadzony został stan wojenny. Wielopolski początkowo chciał pozostać na stanowisku. Po kilku dniach podał się jednak do dymisji i wyjechał do Petersburga. Na swą czarną legendę zapracuje dopiero w kolejnym roku.
Część druga. Gra w kolory. Czerwony i biały.
Carskie działania przyniosły przede wszystkim jeden efekt. Aktywność patriotyczna z ulic przeniosła się do podziemia. Wróćmy do gry w kolory. Tym razem to czerwony i biały. Tak nazywano dwa nurty konspiracji. Czerwień oznaczała radykalizm i parła do zwarcia. Biel była ostrożniejsza. Też marzyła o niepodległości, ale walka o nią odkładała w czasie. W jej obozie też nie było jednobarwnie. To mieszanka arystokracji, szlachty, inteligencji i zamożnego mieszczaństwa. Czerwoni na wprowadzenie stanu wojennego zareagowali błyskawicznie. Już trzy dni później zawiązał się tajny komitet, zwany nieformalnie Komitetem Miejskim lub Ruchu. Celem było przygotowanie do walki zbrojnej. Biali z natury rzeczy byli mniej porywczy. Zaczęli organizować się dopiero pod koniec roku. Sojusz ziemiaństwa z burżuazją przyjął nazwę Dyrekcji Wiejskiej. Nie chciał powstania, przynajmniej na razie, lecz poszerzenia autonomii. Zostawmy jednak na chwilę Warszawę, by przenieść się do stolicy Imperium. W nowym roku w Petersburgu powiały inne wiatry. Car jeszcze raz zdecydował karabin schować za plecy i spróbować pozyskać najzamożniejszych Polaków. Namiestnikiem w królestwie mianowany został brat cara Konstanty, który w sferach dworskich uchodził za liberała. Do tego mówił po polsku. W czerwcu na białym koniu do Warszawy wrócił Wielopolski. Tym razem jako naczelnik rządu cywilnego. Do tego ze zgodą na reformy, czyli polską administrację czy oczynszowanie chłopów. Część, zwłaszcza zamożniejsze społeczeństwa, patrzyła na to całkiem przychylnym okiem. Czerwoni mieli jednak swój plan. Pierwsze skrzypce grał wśród nich Jarosław Dąbrowski, późniejszy naczelny dowódca wojsk Komuny Paryskiej. Ów sztabskapitan armii carskiej przyjechał do Warszawy w maju. Niemal od razu stanął na czele konspiracyjnego Komitetu Miejskiego. Miesiąc później, ni mniej ni więcej, tylko wystąpił z planem rozpoczęcia walki. I to w ciągu najbliższych kilku tygodni. Wobec oporu wśród samych czerwonych plan pozostał tylko na papierze, ale w samej Warszawie i tak robiło się bardzo gorąco. W stolicy rozpoczął się sezon polowań carskiej policji na spiskowców i spiskowców na najwyższych notabli. Zaczął ukraiński konspirator Andrzej Potebnia z armii carskiej, który 27 czerwca w Ogrodzie Saskim strzelił do pełniącego obowiązki namiestnika Aleksandra Lüdersa, próbując zemścić się za skazanie na śmierć czterech kolegów z wojskowej konspiracji. W przypadku namiestnika skończyło się na lekkiej ranie szczęki. Także Potebnia uszedł cało. Zginął kilka miesięcy później, walcząc w powstaniu. Tydzień później zaatakowany został wielki książę. Konstanty dzień wcześniej przybył do Warszawy. Napastnik Ludwik Jaroszyński strzelił do niego, gdy opuszczał budynek Teatru Wielkiego. Brat cara wyszedł z tego z lekką raną ręki. „Ciosy mordercze, jeśliby jeszcze paść miały, pragnę, aby raczej przeciwko moim piersią się obróciły, niżeli żebym przeżył na tej ziemi cnoty ojców naszych i cześć imienia polskiego”, grzmiał Wielopolski. Margrabia nie musiał długo czekać. W sierpniu sam stał się celem dwóch nieudanych zamachów. Wszyscy trzej zamachowcy zostali ujęci i straceni. Czerwoni nie zasypiali gruszek w popiele. Już w czerwcu 1862 roku powstał Komitet Centralny Narodowy z jasnym celem. „Organizacja narodowa ma na celu przygotowanie kraju do powszechnego, a na dobry skutek obrachowanego powstania, które ma wywalczyć niepodległość Polski”. Innym ważnym celem było uwłaszczenie chłopów. Komitet zaczął też tworzyć namiastkę struktur państwa podziemnego, choćby organizując komitety wojewódzkie, a także ogłosił pobór jednorazowego podatku narodowego, który zbierać mieli urzędnicy organizacji. Na termin wybuchu powstania wybrano wiosnę 1863 roku. Tyle, że przeciwnik wcale nie zamierzał siedzieć bezczynnie. „Wrzód dojrzał. Trzeba go rozciąć, aby uwolnić narodowy organizm od zepsutych soków”. Wspomina słowa Wielopolskiego arcybiskup Zygmunt Feliński. Służby carskie nie miały wielkiej wiedzy na temat konspiracji. Nawet aresztowania były sporadyczne i przypadkowe, ale wszyscy wiedzieli, co się święci. Złowieszcze słowo branka pojawiło się zapewne w połowie 1862 roku. Pobór do carskiego wojska był jak plaga egipska. Rekruci trafiali do armii nawet na 25 lat. Większość z nich nigdy nie wracała. Margrabia właśnie zaczął pisać najczarniejszy fragment swojej biografii. „Zadaniem poboru tego winno być nie tylko dostarczenie armii pewnego kontyngentu, ale, co w gruncie jest nawet ważniejsze, usunięcie z kraju elementów burzliwych do niespokojności i anarchii podniecających, które najbardziej po miastach się rozwinęły”, mówił. W przeciwieństwie do poprzednich poborów, których ostrze skierowane było na wieś, tym razem miał on być przeprowadzony wyłącznie w miastach. Pogłoski o brance zaczęły krążyć w Warszawie już w lipcu. Oficjalnie decyzja została ogłoszona w październiku. W sumie branka miała objąć 10 do 12 tysięcy mężczyzn. Terminu nie ogłoszono. Nie wiadomo, kto napisał ulotkę, że dzień ogłoszenia branki będzie też dniem rozpoczęcia powstania. Historycy wątpią, by stał za tym Komitet Centralny, ale w chwili, gdy ulotka zalała ulice Warszawy, cofnąć się już nie mógł. „Danie rekruta jest najzupełniejszą zdradą narodu. Jest obaleniem chorągwi narodowej. Jest to potwierdzenie, że powstać nie jesteśmy zdolni. Jest to nareszcie zdradzić na zawsze ufność do tej konspiracji”. Mówił jeden z czerwonych. Klamka zapadła, choć brakowało broni, amunicji i pieniędzy, choć szwankowała organizacja, zwłaszcza w terenie, choć dopiero na początku stycznia zaczęto mianować dowódców lokalnych. A zewsząd dochodziły informacje o nieprzygotowaniu. I nawet terminu nie udało się dotrzymać. Branka kompletnie zaskoczyła spiskowców. Dokładnie pół godziny po północy z 14 na 15 stycznia w miasto ruszyło 240 patroli złożonych z dwóch policjantów i trzech żołnierzy. Akcja trwała do siódmej rano. „I wtedy powiedzieliśmy: Stop maszyna. Sukces przeszedł wszelkie oczekiwanie. Teraz możemy wykrzyknąć z głębi wdzięcznego serca: wielkij ruskij Bóg!” Pisał Konstanty do cara. Policja i wojsko carskie zaskoczyły warszawiaków. Funkcjonariuszom udało się zebrać ponad 1600 rekrutów. Sporo zabrakło do wykonania planu, którym było zebranie dwóch i pół tysięcy mężczyzn. By nabić kwotę, policja zgarniała nie tylko wyznaczonych, ale i tych, którzy się nawinęli. Władza w tej grze osiągnęła bez dwóch zdań sukces, czego nie zmienia nawet fakt, że spore grupy konspiratorów, potencjalnych ofiar łapanki, opuściły miasto i zgromadziły się w lasach kampinoskim i serockim. Tak czy inaczej mleko się wylało, choć spóźnieni i zrozpaczeni biegiem wypadków działacze Komitetu podjęli rękawicę. Termin wybuchu powstania wyznaczony został na noc z 22 na 23 stycznia. Wcześniej się nie dało. Rozesłanie rozkazów zajmowało tydzień. Kolejnego dnia powołany został Tymczasowy Rząd Narodowy. Zaaprobowany został również tekst manifestu. „Centralny Narodowy Komitet obecnie jedyny legalny rząd Twój narodowy wzywa cię na pole walki już ostatniej, na pole chwały i zwycięstwa, które ci da i przez imię Boga na niebie dać przysięga”. Komitet w dniu rozpoczęcia zrywu ogłosił uwłaszczenie, a posiadaczom ziemskim obiecał odszkodowanie z funduszu państwa. Chaos. Tyle można powiedzieć o ostatnich dniach przed wybuchem. Organizacyjnie nic nie było dopracowane. Plan zakładał zdobycie Twierdzy Modlin przy pomocy spiskowców w armii carskiej, co pozwoliłoby zaopatrzyć się w broń. Tyle że ten plan upadł, zanim rozpoczęło się powstanie. Carskie władze z nieznanych do dziś powodów wymieniły skład garnizonu twierdzy, wymiatając przy okazji większość członków sprzysiężenia. Spiskowcy gorączkowo szukali miejsca, gdzie rząd tymczasowy mógłby się ujawnić. Ich wzrok padł na Płock. W kierunku Płocka ruszył Zygmunt Padlewski, przewidywany na wodza powstania. Popełnił strategiczny błąd. Skołowany komitet następnego dnia zdecydował, że sam nie da rady udźwignąć brzemienia zrywu. Postanowiono wbrew woli Padlewskiego powołać dyktatora. „Pragnęliśmy złożyć z siebie brzemię odpowiedzialności”. Przyznawał później z rozbrajającą szczerością jeden z członków komitetu. Fatalna decyzja. Ludwik Mierosławski osławiony w całej Europie rewolucjonista, dowódca Powstania Wielkopolskiego z 1848 r. oraz zrywów we Włoszech i Niemczech. Naturalny i najlepszy kandydat? Wręcz przeciwnie. Biali reagowali na to nazwisko alergicznie. Zbyt kojarzył się z rewolucją. Czerwoni też, delikatnie mówiąc, byli podzieleni. Część przywódców, w tym Padlewski czy Langiewicz, nie cierpiała go. Uważano go za człowieka skrajnie konfliktowego i z rozdętym ego. „Z jego przyjazdem do Polski i oddaniem mu władzy rozbije się jedność w narodzie. Potworzą się partie i zamiast wspólnymi siłami zbawiać ojczyznę, będziemy się gryźli wzajemnie między sobą”. Argumentował Stefan Bobrowski, który jako jedyny głosował przeciw. Do tego Mirosławski przebywał w Paryżu. I pewnym było, że na rozpoczęcie powstania nie zdąży. Decyzja okazała się katastrofalna. Nim na sztorc ustawione zostaną kosy i zaczną grać karabiny i armaty, zatrzymajmy się na chwilę, by przyjrzeć się z czym i na co porwali się powstańcy. Armia carska okupujący królestwo liczyła ponad sto tysięcy żołnierzy. Prawda, że rozproszonych w 140 miejscach. Władze carskie od dwóch lat przygotowywały się na wybuch powstania, dwukrotnie zwiększając liczebność tutejszej armii. Ilu było powstańców? Organizacja spiskowa liczyła w Królestwie około 20-25 tysięcy osób, ale posiadała ledwie kilka tysięcy sztuk broni. „Pięściami zdobędziemy karabiny, a karabinami armaty”. Ogłosił jeden z naczelników wojewódzkich. Hasło na pozór romantyczne, ale nie do końca pozbawione sensu, bo rosyjskie garnizony były w wielu miejscach bardzo szczupłe. Szansą byłoby zaskoczenie. Tyle, że szansa na zaskoczenie została już dawno przegapiona. Informacja o formowaniu się uzbrojonych oddziałów w podwarszawskich lasach dotarła do carskiej władzy już w nocy 18 stycznia. „Nic nie mogło być pomyślniejszego jak utworzenie się tych band, które pozwalają rządowi schwytać masowo właśnie te jednostki, na których ujęciu najbardziej mu zależało”. Pisał naczelnik dyplomatycznej kancelarii namiestnika. Schwytanych można było postawić przed sąd wojenny i rozstrzelać w ciągu 24 godzin. Władze carskie zarządziły obławę, a los powstania zawisł na włosku. Nieudolność dowodzenia czy wojna na górze? Do dziś trwają dyskusje, jak to się stało, że przyszli powstańcy wyrwali się z matni. Wybuchu powstania już nic nie mogło powstrzymać.
Część trzecia. Z pięściami na karabiny.
Noc z 22 na 23 stycznia. Wtedy się wszystko zaczęło. Tyle, że jak pisze prof. Stefan Kieniewicz w monografii Powstanie Styczniowe: „Powszechny zryw nakazany przez Komitet Centralny spalił na panewce”. Na miejsce zbiórek stawiła się połowa spiskowców. Do walki stanęła najwyżej jedna czwarta. Zaatakowanych zostało 17 rosyjskich garnizonów. Dzień później dodatkowe 7. Na dużych obszarach kraju powstanie w ogóle nie ruszyło. Załamał się atak na Płock, choć stało tam ledwie 400 żołnierzy carskich, a powstańców w okolicach miasta było około tysiąca. Planowane ataki na pobliskie miasteczka też nie doszły do skutku. Lepiej poszło na Podlasiu, choć i tam trudno mówić o wielkich sukcesach. Zdobyto kilka miasteczek, a także obsadzono kolej petersburską, izolując Warszawę od cesarstwa. Warto też wspomnieć o sandomierskim. Tam dowodził przyszły dyktator powstania Marian Langiewicz. Powiodło się uderzenia na trzy miasta Szydłowiec, Bodzentyn i Jedlnię. A Langiewicz założył kwaterę w okolicy Wąchocka. I to praktycznie tyle. W pozostałych częściach Królestwa nie doszło do żadnych poważniejszych wystąpień. Straty Rosjan to kilkuset żołnierzy, ale powstańcy zanotowali podobne. Nie zniszczono też żadnej z atakowanych załóg, nie utrzymano na dłużej żadnego z miasteczek. Największy sukces? Powstanie przetrwało. Pierwsze strzały oceniono pozytywnie, tyle że nie w siedzibach powstańców, a na Zamku Królewskim w Warszawie. „Noc świętego Bartłomieja nie udała się”. Donosił carowi rozradowany wielki książę Konstanty, nawiązując do rzezi hugenotów w Paryżu w 1572 roku. „Rozkazałem naczelnikiem wojennym w guberniach, aby skoncentrowali o ściągnęli swoje siły z tym, aby natychmiast tworzyć kolumny ruchome z piechoty i jazdy, a w razie potrzeby i z dodaniem artylerii. Oddziały te będą musiały zacząć małą wojnę, aby oczyścić kraj i zniszczyć wszystkie bandy”. Ale humor Konstantemu szybko się psuje. „Nasze położenie w tej chwili nie bardzo apetyczne”, pisze kilka dni później. Powstańcy psują telegraf i wyłapują posłańców. Rozkazy z Warszawy nie docierają na prowincję. Trudności z przegrupowaniem sił dały powstaniu kilkudniowy oddech. Zaczęto organizować obozy, w których zbrojono i musztrowano ochotników. Stworzone zostały oddziały strzelców, kosynierów, a także szwadrony jazdy. Pod koniec stycznia powstańcza armia. Choć przy słowie armia trzeba postawić cudzysłów, liczyła kilkanaście tysięcy żołnierzy ochotników. Największym sukcesem było zdobycie Sosnowca 7 lutego. Nadal jednak walkę toczyli tylko czerwoni. Gdzie biali? Czy przekonani o nonsensie działań zbrojnych mieli zostać w domach? Początkowo na to wyglądało. Na zjazdach ziemiańskich obmyślano sposoby, by jak najszybciej zlikwidować tę, jak ją nazywano, ruchawkę. Ofiarowano nawet pieniądze lokalnym dowódcom, by rozpuścili oddziały. Komitety lokalne, choć nie potępiały zrywu, zalecały nie angażować się i czekać. Ale to długo trwać nie mogło. Wystarczyło posłuchać przedpowstaniowych deklaracji jednego z ziemian. „Jestem tak przeciwny powstaniu, że wolałbym nie wrócić do domu, do dzieci. Zginąć tu pod sztyletem zapaleńców jak zdrajca okryty hańbą. By tylko nie dopuścić do wybuchu. Ale gdy powstanie wybuchnie, ja będę z narodem. Panowie, nie łudźcie się, nie oszukujecie samych siebie. Nie tylko ja, ale i każdy z Was to samo zrobi”. Nie była to deklaracja odosobniona. Lawina ruszyła z miejsca. Pierwsze przeciw dyrekcji zbuntowały się warszawskie koło miejskie, które podporządkowało się powstańczemu rządowi. Coraz więcej osób wierzy też w międzynarodową interwencję, być może nawet wojskową. Przede wszystkim Francji. Ale na oficjalną decyzję białych o przystąpieniu do powstania musimy jednak jeszcze poczekać. Czerwoni za to działali, ale... Bałagan. Tak można jednym słowem opisać ich działania. Po informacji, że nie udało się zdobyć Płocka, czterech członków Rządu Tymczasowego postanowiło przebijać się do obozu Langiewicza koło Wąchocka. Później bezskutecznie poszukiwali przybywającego do Polski dyktatora Mierosławskiego. Najważniejsze dni zrywu, a jego przywódcy, miast rządzić i radzić, miotają się po całym kraju. Sytuacja całego powstania? Też nie różowa. „Ty dobrze wiesz, drogi Zygmuncie, jakie budowaliśmy wspaniałe plany. I jak padły one w proch”. Pisał do Padlewskiego naczelnik miasta Bobrowski. Do Mierosławskiego raport poszedł jednak optymistyczny. „W ogóle wszędzie gotowość wielka za okazaniem się sił naszych, wszystko ciągnie. Brak tylko broni nie pozwala zabrać wszystkiego. Chłopi, gdzie tylko są uwłaszczeni stają się najlepsi. Lecz uwłaszczenie tam tylko możliwe, gdzie przychodzi siła i w imieniu rządu polskiego uwłaszcza urzędowo”. Tyle że to był optymizm ponad miarę. Rosjanie już przegrupowali siły, odzyskali kontrolę nad newralgiczną koleją petersburską i przeszli do kontrataku. Dochodzi do kilku większych bitew, w tym największego starcia całego powstania - dwudniowych walk pod Siemiatyczami na Podlasiu. Polacy mają liczebną przewagę, jest ich około czterech tysięcy, Rosjan natomiast dwa i pół tysiąca. „Liczebnie byliśmy górą, lecz broń nasza była mizerna. Żadnej znajomości walczenia w żołnierzach i niestety brak koniecznej w takich razach odwagi”. Pisał jeden z dowódców polskich oddziałów. Polacy nie wykorzystują szans. Dowódcy nie mogą się porozumieć i ostatecznie powstańcy muszą się wycofać. „Rozpacz i gniew miota nami, że trzeba się cofać, gdy rano jeszcze tak pewni byliśmy zwycięstwa. Zameczek dał się wybić z pozycji, a Jabłonowski nie przybył pomimo rozkazu. To nas zgubiło”. Pisał jeden z dowódców. W bitwie Polacy stracili ponad stu żołnierzy, Rosjanie 70. Siemiatycze zostały niemal całkowicie spalone, co nie spłonęło w toku działań bitewnych, podpalili Kozacy. Chazarskie wojsko postępuje brutalnie. Pali i morduje Węgrów, Wąchock czy Tomaszów Lubelski to tylko niektóre ze spalonych miast. Kozacy rabują i zabijają ludność cywilną. Rannych powstańców dobijają. Skala musiała być naprawdę ogromna skoro: „Rozbestwienie ich jest okropne i zaczyna sięgać takich rozmiarów, że mnie przeraża”. Kto jest autorem tych słów? Wcale nie powstańczy dowódca czy zagraniczny dyplomata. To fragment listu Konstantego do brata Aleksandra. Tak, tak, namiestnika Królestwa do cara Rosji. On też nie umie powstrzymać bestialstwa.
Część czwarta. Uciekający dyktatorzy i Wieszatiel.
Wielu w historii mieliśmy nieudanych dyktatorów powstań. Mierosławski na tej niechlubnej liście zajmuje bezwzględnie miejsce w czołówce. Już sam jego wjazd do Polski był karykaturalny. Generał miał przekroczyć granicę zaboru rosyjskiego w Prusach Zachodnich. Tyle że czekające na niego oddziały miały zostać rozbite bez walki przez wojska pruskie. Mierosławski w ostatniej chwili zmienia plan i rusza w stronę Kujaw. Zły wybór. Partyzantce niezbędne są lasy, a tam akurat było ich jak na lekarstwo. Do tego miejscowe ziemiaństwo go nie cierpi. Pamięta nieudane zryw z 1848 roku, którego był dyktatorem. Mierosławski przekracza granicę 17 lutego. Ma ze sobą ledwie stu ludzi, w połowie uzbrojonych w kosy. Rozsyła wici i rozpoczyna werbunek. Już dwa dni później atakują go wojska carskie. Bohaterska obrona kosztowała życie niemal połowy oddziału. Mierosławski z garstką jazdy ucieka i dzień później łączy się z jedynym silnym oddziałem w okolicy, dowodzonym przez Kazimierza Mielęckiego, który też zresztą dyktatora nie cierpi. Połączone oddziały, wzmocnione przez kilkuset ochotników, wycofują się na południe, ku bardziej zalesionym obszarom. Rosjanie podążają za powstańcami krok w krok. 21 lutego pod Nową Wsią carska armia znów uderza i znów zmusza powstańców do ucieczki. Tego dnia w obozie podniosła się formalna rebelia przeciw Mierosławskiemu, którego oskarżono o doprowadzenie do dwóch jatek. Niewiele zabrakło nawet, by dyktator zginął, gdy jeden z oficerów Mielęckiego: „O kilka kroków przymierzył się do niego z dubeltówki”. Nie jest pewne, czy nie trafił, czy też broń nie wypaliła. Dyktator zamach przeżył, ale w obozie nie miał co szukać miejsca. 23 lutego, ledwie tydzień po przyjeździe znów był za granicą, przedostał się do poznańskiego, a później pojechał do Paryża. Tłumaczył się później gęsto i niezbyt mądrze. Mówił o chorobie wrzodzie na gardle. Wyjaśniał, że „sieci żelazne zbliżyły bardziej Paryż do Krakowa, aniżeli jakikolwiek punkt polski na tych szynach nietkwiący”. Mierosławski ucieka, ale władzy się nie zrzeka. Nawet gdy zostaje jej pozbawiony, będzie jeszcze jątrzył i intrygował. Ale pozycji już nie odzyska. Po latach słusznie jednak dodaje w swojej obronie, że powstanie było zupełnie nieprzygotowane. Kolejne tygodnie zrywu to właściwie ciąg porażek. Rosjanie rozbijają kolejne oddziały z większych ugrupowań powstańczych. Tylko Langiewicz notuje sukcesy. Do czasu. Daje się zaskoczyć pod Małogoszczem. Po trwającej 5 godzin bitwie i brawurowych kontratakach wyprowadza z okrążenia większość żołnierzy, ale traci tabory. Później wygrywa Bitwę pod Pieskową Skałą. Zostawmy na chwilę Langiewicza i jego oddział w krakowskiem, a wróćmy do Warszawy. Tam dzieją się dla powstania rzeczy najważniejsze. Do gry bowiem z opóźnieniem wchodzą biali. Na początku marca rozpoczynają rozmowy z czerwonymi. Nikt tu nie gra czysto. Obie strony chcą mieć władzę nad powstaniem. Te polityczne walki będą trwały długo, dodatkowo dezorganizując działania podziemnych władz. Zaczyna się polskie piekiełko. Pierwszą rundę wygrywają biali, wyznaczając na nowego dyktatora Langiewicza. Jego władza trwa tyle samo co Mierosławskiego. Rosjanie urządzają na niego łowy. Po krwawej bitwie Langiewicza przekracza austriacką granicę i zostaje internowany. Walka o władzę rozgorzała w najlepsze. W tym politycznym kotle mieszają biali, czerwoni i Mierosławski. Ciąg kryzysów i przewrotów trwać będzie długo. W praktyce zostanie przerwany wraz z objęciem dyktatury przez Romualda Traugutta, ale na to trzeba poczekać do jesieni. Rosjanie też jednak są sfrustrowani. Muszą się czuć, jakby walczyli z hydrą. Rozbijają kolejne oddziały powstańców, a w ich miejsce pojawiają się wciąż nowe, gotowe i nieźle uzbrojone oddziały. Co raz ruszają też z Galicji czy Wielkopolski, choć z tymi akurat Rosjanie radzą sobie łatwo, niszcząc ekspedycje zwykle tuż po przekroczeniu granicy. My na chwilę granicę Królestwa opuszczamy. Warto na powstanie spojrzeć ze znacznie szerszej europejskiej perspektywy. To na nią głównie liczyli biali. W Europie z uwagą przyglądano się wydarzeniom. Mocarstwa dostały do ręki gotowy oręż, by szachować Rosję. Anglia, Francja i uwaga, Austria – tak, tak, Austria – wysyłają do Petersburga oficjalne noty w polskiej sprawie. Groźba wojny wydaje się realna. „Jedynym skutecznym lekarstwem przed podobnym niebezpieczeństwem jest nadal szybkie stłumienie rebelii. Jest to condicio sine qua non bezpieczeństwa cesarstwa i całej naszej sytuacji politycznej”. Pisano z Petersburga do Konstantego. Właśnie jednak nadzieja obcej interwencji zagrzewa powstańców do walki. „Tylko dalsze to trwanie może dać negocjacjom dyplomatycznym podstawę dość silną, aby coś trwałego i bezpiecznego zbudować lub konieczność wojny wykazać”. Taki list otwarty opublikował Hotel Lambert, najważniejsza organizacja emigracyjna prowadząca rozmowy z rządami europejskimi. Tylko czy nadzieja na obcą interwencję była w ogóle realna? O tym dr Adam Buława, historyk wojskowości Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.
„Paradoksalnie ten konflikt wbrew pozorom miał najlepsze szanse, jeśli chodzi o koniunkturę międzynarodową, ponieważ w sprawie polskiej ujęły się rządy nie tylko mocarstw, ale również znacznej części państw europejskich. Stąd wydaje się, że jakieś teoretyczne przynajmniej szanse na interwencję mogłyby się pojawić i w pewnym momencie do interwencji dołączają się inne państwa europejskie. Jest też postulat tak zwanych sześciu punktów, czyli przywrócenia autonomii, czyli języka polskiego w urzędach, czyli dania Polakom reprezentacji narodowej, amnestii, ale również pojawia się kwestia konferencji międzynarodowej, a nawet rozejmu. Warto podkreślić, że strona rosyjska obawiała się powtórki z wielkiego konfliktu z koalicją turecko-zachodnią, czyli z czasów wojny krymskiej. Rosjanie postawili armię w stan gotowości, przygotowywali umocnienia wzdłuż wybrzeża bałtyckiego. Z drugiej strony, kiedy podpisując odpowiedź odmowną na tę interwencję letnią, car Aleksander miał się przeżegnać i powiedzieć: niech się dzieje, co ma się stać. Natomiast gra jego ministra spraw zagranicznych ewidentnie była grą na czas. I faktycznie miał tutaj rację. To wszystko ostatecznie spowodowało, że już w sierpniu 1863 roku liczenie na pomoc mocarstw to w pewnym momencie okazało się, że to wsparcie jest tylko i wyłącznie mirażem”. Carat woli dmuchać na zimne. Aleksander posyła na Litwę i do Królestwa specjalistów od mokrej roboty. Wiosną do Wilna przyjeżdża Michaił Murawjow człowiek, który terminową u boku Paskiewicza. Wieszatiel, taki przydomek otrzymał później generał gubernator Wilna. Zasłużenie. Kazał powiesić niemal 200 osób, tysiąc kolejnych skazał na katorżnicze roboty. 1500 zesłał na Syberię, a 5500 w głąb Rosji. Wszystkim skazanym konfiskował majątki. Wystarczyło podejrzenie o sprzyjanie powstaniu, by trafić do więzienia. Walki na Litwie wygasły praktycznie już w maju, po klęsce w serii starć w okolicach Birże. Terror dołożył swoje. Podobnie na Rusi, na której rozbijane były kolejne oddziały przerzucane z Galicji. Generał Berg początkowo w Warszawie pełni rolę zastępcy dowódcy wojskowego. W rzeczywistości przyjechał, by wielkiego księcia Konstantego zastąpić. Namiestnikowi powszechnie zarzucono delikatność i uległość. A także nadmierne ambicje. Padały oskarżenia, że Konstanty planuje zostać królem Polski. Taką propozycję wystosował w liście do cara arcybiskup warszawski Zygmunt Feliński wraz z prośbą, by uczynił z Polski kraj niepodległy. Swój apel Feliński przypłacił dwudziestoma latami zesłania w głąb Rosji. Gwoździem do trumny dla Konstantego okazała się Bitwa pod Żyrzynem. W wyniku zasadzki powstańcy zdobyli 140 tys. rubli przewożonych przez konwój i 400 sztuk broni. Zginęło niemal 200 carskich żołnierzy. Potyczka w sumie niewielka, ale od czego propaganda? „Zawsze bici i nieustannie ścigani przez nasze kolumny powstańcy nigdy aż dotąd nie mogli ogłosić zgodnie z prawdą rzeczywistego sukcesu. Niniejsze jest tym bardziej przykre, że jesteśmy w przededniu ogólnego powstania”. Pisał, a jakże, Generał Berg. Profetycznie też wieszczył, że teraz powstańcy będą chcieli zdobyć Zamość i utworzyć zalążek rządu. Car Aleksander się wściekł, oskarżył dowódców i zażądał śledztwa. I co najważniejsze wezwał do siebie Konstantego. Oficjalnie na kilka dni/ Wielki książę odmówił złożenia dymisji, ale musiał zgodzić się na urlop. Opuścił Warszawę na początku września. Dwa miesiące wcześniej podobną drogą podążył Wielopolski. Obaj do stolicy królestwa nigdy już nie wrócili. Nikt po nich nie płakał. Ten drugi opuszczał Warszawę w niesławie. Czy słusznie nazywano go zdrajcą? Posłuchajmy znów doktora Adama Buławy, historyka wojskowości.
„Nie postawiłbym tezy, że Aleksander Wielopolski był zdrajcą. Po prostu jego działania szły pod prąd, pod prąd nastrojów, pod prąd atmosfery, która była rozkołysana przez manifestacje patriotyczne, przez potrzebę ekspresji polskości, przez marzenia o przyszłej niepodległej Polsce. W jego przypadku tragedią było to, że był niezrozumiany tak naprawdę przez nikogo. Czerwoni uważali go za zdrajcę, za renegata, za tego, który sprzeniewierzył się idei bycia polskim patriotą. Biali uważali, że jego postępowanie zbytnio opiera się na zawierzeniu stronie rosyjskiej. A Rosjanie uważali go za pożyteczne narzędzie. Był potrzebny człowiek, który będzie firmował tę ideę pojednania. W momencie, kiedy doszło do wybuchu powstania, do przejścia konfliktu w fazę zbrojną, po kilku miesiącach Wielopolski okazał się być niepotrzebny także jako symbol tego pojednania w oczach ludzi Zachodu. Stąd jego ostateczna dymisja. Odchodził w niesławie, odchodził jako człowiek winny brance. Jako człowiek, który zaprzedał się Rosjanom. Prawda była nieco bardziej złożona. Teraz już generał Berg ma oczyszczone pole. Zostaje tymczasowym namiestnikiem królestwa. Rozkazy cara są jasne. „Stłumić powstanie zbrojne i przywrócić, jeśli nie spokój moralny, to przynajmniej porządek materialny i autorytet legalnego rządu. Tylko najsurowsze dyktatura wojskowa nie na papierze, ale dowiedzione czynem i energią rządu może nas wyprowadzić z impasu”. Niewiele jednak brakowało, by generał Berg swojej historycznej roli nie wypełnił. 19 września uszedł cało z zamachu. Ucierpieli inni. Najsławniejszym ofiarą stał się fortepian. „I znów widzę, acz dymem oślepian, jak przez ganku kolumny sprzęt podobny do trumny wydźwigają. Runął, runął twój fortepian, ten, co Polskę głosił od zenitu. Jękły głuche kamienie. Ideał sięgnął bruku”. Pisał poeta Cyprian Kamil Norwid. Zamachowcy zaatakowali, gdy namiestnik jechał powozem w stronę Zamku Królewskiego. Z czwartego piętra kamienicy przy Nowym Świecie oddali strzał z garłacza nabitego drobnymi kawałkami żelaza, a następnie rzucili bomby. Efekt nieudolnego zamachu? Pokiereszowany mundur generała. Zamachowcy uciekli. Ucierpieli mieszkańcy. Wojsko wyrzuciło z kamienicy wszystkie ruchomości, w tym fortepian Chopina. Wszyscy mężczyźni obecni w kamienicy trafili do Cytadeli, a budynek został skonfiskowany. Berg właśnie dostał do ręki świetny pretekst do rozpętania terroru. „Podejmę coś w rodzaju wojny przeciw ludności Warszawy. Jeśli uda mi się, w co nie wątpię, posiać w niej lęk wobec autorytetu rządu, główne ognisko powstania w kraju zostanie sparaliżowane”. Bo powstanie, mimo wielu przegranych starć na polach bitewnych i podjazdowej wojny u szczytów konspiracyjnej władzy wciąż trwało. Jak tlenu potrzebowało natomiast wodza i autorytetu. I taki się pojawił”.
Część piąta. Spóźniony wódz.
Romuald Traugutta nie wszystkim się spodobał. Stanisława Koźmiana, jednego z członków Wydziału Rządu Narodowego dla Galicji uderzyła: „Brzydota fizyczna Traugutta. Było w nim coś z nietoperza”. Kto ostatecznie powołał go do rządu? Nie jest pewne, po ten order post factum, gdy Polska już czciła go jako bohatera, pierś wypinało wielu konspiracyjnych działaczy. Traugutt to zresztą bohater nieoczywisty, największy symbol powstania. Wcale nie spieszył się, by do niego przystąpić. „Powstania nikomu nie doradzałem. Przeciwnie. Jako były wojskowy widziałem całą trudność walczenia bez armii i potrzeb wojennych z państwem słynącym ze swej militarnej potęgi”. Zeznawał w śledztwie. Traugutt MA 38 lat i od roku jest emerytowanym wojskowym. W carskiej armii uczestniczył w duszeniu powstania na Węgrzech oraz wojnie krymskiej. Dosłużył się stopnia podpułkownika saperów. Od roku siedzi w małym majątku w pobliżu Kobrynia na dzisiejszej Białorusi. Do powstania przystępuje później nawet niż większość białych, bo w maju jego oddział stoczył siedem potyczek, część z nich wygrał. W lipcu jednak z powodu wyczerpania i braku poparcia wśród miejscowej polskiej ludności, Traugutt rozpuścił ludzi do domów, a sam podążył do Warszawy i zgłosił się po rozkazy do Rządu Narodowego. Rząd mianuje go generałem i wysyła z misją za granicę. Traugutt wraca do kraju po dwóch miesiącach. Już nie jest jednym z wielu lokalnych dowódców. Staje się ważnym rozgrywającym, a 17 października 1863 roku obejmuje pełną władzę. Zostaje dyktatorem powstania. Ostatnim dyktatorem. Choć sam tytułu tego nie używał, a w organizacji mówiono o nim prezes. Za to dyrektorom rządowych wydziałów oświadczył. „Rząd Narodowy to ja”. Był ostatni moment, by coś jeszcze uratować. „Zupełna dezorganizacja opanowała, jak się zdaje, wszystkie tryby Rządu Narodowego. Nie ma żadnego ruchu, jest tylko zastój i cierpienie”. Tak o sytuacji pisali konsul francuski i korespondent brytyjskiego Timesa. „Od początku powstania nie mieliśmy tak ciężkiej depresji w umysłach”. Przyznawał to sam Traugutta w liście do Czartoryskiego. Traugutta rozpoczął od rozpędzenia skłóconego towarzystwa. Odwołał rząd narodowy, zdymisjonował kilku jego urzędników i zapiekłych działaczy. Wszystkie wydziały podporządkował bezpośrednio sobie i rozpoczął porządki zarówno w cywilnej organizacji, jak i wśród powstańczych oddziałów. Wojskowa organizacja szczególnie irytowała byłego wojskowego. „Kilku takich dowódców rozmaitych stopni z rozmaitą ilością ludzi tłukło się obok siebie po województwie. Każdy chodził, gdzie mu się podobało i robił, co mu się zachciało. Jednego bili, drugi mu pomagał lub nie, jak sobie życzył”. W połowie grudnia nakazał wprowadzenie jednolitej organizacji wojsk z podziałem na bataliony, szwadrony, pułki, dywizje i korpusy. Za rozpuszczenie oddziału dowódca miał iść pod sąd wojenny. Wytyczne dyktatora najdokładniej stara się realizować generał Józef Hauke-Bosak naczelnik w województwach krakowskim i sandomierskim. To postać niezwykła. Powinowaty cara Aleksandra został wychowany w carskich szkołach, a polskiego nauczył się dopiero w dorosłym życiu. Carski mundur zrzucił dopiero w 1863 roku. Do powstania dołączył latem. Hauke-Bosak zaatakował z sukcesami m.in. Opatów. Większość innych dowódców, nie widząc możliwości prowadzenia walki zimą pozostawała bierna. Także Traugutt planował dorzucić podpałkę pod powstanie na wiosnę. Chciał wówczas zwołać pospolite ruszenie. Liczył też na europejską wojnę, dzięki której pomoc powstańcom mogłyby Francja, Anglia, a być może nawet Austria. Ale dowódcom tłumaczył. „Zawsze musimy się spieszyć”. Bo w przeciwnym wypadku. „Moskwa wyłapie ludzi, a potem broń i inne zapasy powynajduje i pozabiera”. Namiestnik Berg nie zasypiał bowiem gruszek w popiele, wciąż apelował o dodatkowe oddziały armii i je dostawał. Posyłał je w bój przeciw znaczniejszych oddziałom powstańczym. Tak, pod koniec lutego carska obława rozbiła pod Opatowem choćby organizowany przez generała Hauke-Bosaka korpus krakowski. Notabene pod nieobecność jego dowódcy. Nadzieję na wiosenne odnowienie zrywu okazały się próżne. Zawiodły ostatnie rachuby na pomoc zagraniczną. Austria zamiast jak liczono, wesprzeć powstanie, surowo zakazała udzielania mu jakiejkolwiek pomocy. Za to w Królestwie coraz więcej było carskiej armii i coraz bardziej drakońskie prawa z powszechną karą śmierci dla powstańców i konfiskatą majątków dla tych, którzy pomagali zrywowi. Pętla zaciskała się też wokół Traugutta. Niemal codziennie aresztowani byli kolejni przywódcy konspiracji. Mimo to dyktator trwał na stanowisku, budując jednocześnie swoją przyszłą legendę. „Nie uwierzysz, drogi panie, jak ta twarz nieładna, ospowata, nieuderzająca wcale, rysami piękniała w ogniu tej mistyki, która była religią nie tylko Polaka, ale i człowieka”. Pisał jeden ze współpracowników. Pierwszy raz nazwisko Traugutta padło w zeznaniach 9 kwietnia. Dzień później adres. Policjanci pojawili się w budynku przy ulicy Dolnej Smolnej następnego ranka, ale zabrali innego, mieszkającego tam członka konspiracji. Traugutt miał więc szansę, by uciec, jednak z niej nie skorzystał. 10 kwietnia w nocy zapukano także do jego drzwi. Traugutt był w łóżku. Ujrzawszy wchodzących, rzekł ze spokojem sobie właściwym. „To już?” Największy cios powstaniu zadał car Aleksander wcale nie za pomocą karabinów, a dekretu. Dekretu uwłaszczającego chłopów. Ogłoszony został w marcu 1864 r. Był dla chłopów mniej korzystny niż ustawa wprowadzona przez Rząd Narodowy, ale wystarczający, by zniechęcić ich do potencjalnych działań zbrojnych. „Car nie odstręczył chłopa od sprawy narodowej i nie pozyskał go sobie. Jedno mu się udało, a i to rzecz ogromna. Być może przedłuży to niewolę naszą o pół wieku. Udało mu się sparaliżować wysiłki patriotów”. Tak opisywał go jeden z emigracyjnych działaczy rok po powstaniu. Powstanie dogasało jeszcze przez kilka miesięcy. W kwietniu zrezygnował z walki generał Hauke-Bosak. W lubelskim i na Podlasiu małe oddziałki walczyły do lata. Najdłużej do jesieni trzymał się oddział bohaterskiego księdza Stanisława Brzózki. Wikarego z Łukowa schwytano i powieszono na wiosnę 1865 roku. Traugutt wraz z czterema ważnymi członkami konspiracji powieszony został 5 sierpnia 1864 roku. Tego dnia w okolicach Cytadeli, gdzie ustawione zostały szubienice, przybyło około 30 tysięcy ludzi. Tłum klęczał w czasie egzekucji, śpiewając Święty Boże! W sumie w Warszawie stracono 54 powstańców. Niepełna liczba wszystkich egzekucji w czasach powstania wobec luk w dokumentach obejmuje niemal 700 osób. Tej liczbie niemal 90 oficerów i żołnierzy Rosjan, Ukraińców czy Białorusinów. Trudna do oszacowania jest liczba zabitych. Część historyków mówi o 20 000. Na Sybir według szacunków zesłanych zostaje około 40 tysięcy ludzi. W trakcie powstania stoczono ponad 1200 bitew i potyczek. Tak, tak. 1200. Przez oddziały powstańcze przewinęło się zapewne około 100 tysięcy osób. Trwało ono półtora roku i było najdłuższym polskim zrywem. Tylko czy zrywem, który w ogóle miał sens i czy na pewno musiał wybuchnąć? Posłuchajmy znów doktora Adama Buławy, historyka wojskowości z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.
„Mówiąc o sensie powstania styczniowego, z naszego punktu widzenia mielibyśmy dużo wątpliwości, ale myślę, że warto tutaj wczuć się w mentalność ludzi epoki. Tak jak powstanie listopadowe ma taki, można powiedzieć swój hymn śpiewany przez wszystkich, czyli „Warszawianka”. Czyli jest ta nadzieja, czyli jest ten optymizm. To w przypadku powstania styczniowego uważam, że bardzo dobrze ówczesne nastroje, sposób myślenia oddaje pieśń „Boże, coś Polskę”. Gdzie jest to poczucie, poczucie konieczności, poczucie tego, że nawet jeżeli ta ofiara na dany moment sensu samego w sobie może nie ma, ale jest konieczność, jest potrzeba, jest takie odczucie. Pamiętajmy, że byli to ludzie, którzy tą wielką poezją romantyczną żyli na co dzień, którzy brali ją dosłownie, brali ją na serio i oni uważali, że ta ofiara jest tutaj niezbędna, konieczna. Pytanie, czy powstanie styczniowe było nieuniknione, czy było nieuchronne? Czy można było jemu zapobiec? Wydaje się, że nie. Taki stopień pobudzenia społeczeństwa polskiego musiał w jakiś sposób znaleźć ujście. Powstanie utopione zostało w morzu krwi, a trauma w Polakach trwała przez wiele lat, by w kolejnym pokoleniu przerodzić się w legendę o wielkim zrywie i wielkim marzeniu. To na tej legendzie wyrosły kolejne pokolenia polskich konspiratorów, takich jak Józef Piłsudski. To też, jak piszą historycy, kolejny etap kształtowania się nowoczesnego polskiego narodu. Bo uwłaszczenie przyniosło na wsi nie tylko zmiany własnościowe, ale też zaczęło zmieniać świadomość. To nowe pokolenie i ten nowoczesny naród przyniósł ostatecznie Polsce niepodległość. Tylko czy może to usprawiedliwiać tak ogromne koszty? Na to pytanie chyba nie ma jednoznacznej odpowiedzi”.
To wszystko w tym odcinku podcastu. Dziękuję za wspólną podróż w przeszłość i zapraszam na następne. Do usłyszenia! Łukasz Starowieyski. 1000 lat. Prześwietlenie. Podcast Muzeum Historii Polski o najważniejszych wydarzeniach w historii Polski. Podcastów „1000 lat. Prześwietlenie” wysłuchasz na YouTube, Spotify, Google Podcast, w Audiotece, a także na innych platformach podcastowych. Chcesz być na bieżąco? Subskrybuj kanał Muzeum Historii Polski.
Dane o obiekcie
-
Nazwa / Tytuł
Narodowa ofiara. Powstanie styczniowe -
Twórca / Wytwórnia
Muzeum Historii Polski (producent) -
Rodzaj
-
Kategoria
-
Data wykonania
26/01/2023 -
Czas trwania
0h 54min 12sek -
Osoby występujące
-
Miejsce
-
Wydarzenie
Podcasty Muzeum Historii Polski -
Numer inwentarzowy
MHP-05-14086 -
Klasyfikacja praw autorskich
-
Permalink