Najazdy mongolskie na Polskę - Mediateka - Muzeum Historii Polski w Warszawie SKIP_TO
Wizyta w muzeum Przejdź do sklepu
Podcasty
Audio

Najazdy mongolskie na Polskę

Muzeum Historii Polski (producent);

29/04/2024

Transkrypcja

[Muzyka] Mongołowie, zwani "Tartari" - z piekła rodem, spadli na Polskę jak szarańcza. Choć puścili tu tylko drobne zagony, dwa razy splądrowali kraj, spalili Kraków i Sandomierz, wybili kwiat rycerstwa z Małopolski i Śląska. Pod Legnicą zgładzili najpotężniejszego wówczas piastowskiego księcia Henryka Pobożnego. Stepowi wojownicy stworzyli imperium 4 razy większe od Cesarstwa Rzymskiego. Podbili ziemie od Chin i Korei przez Iran, Ziemię Świętą, po Ruś oraz Węgry. Drugiej tak przerażającej i jednocześnie skutecznej armii w historii świata zapewne nie było. Z piekła rodem.  Najazdy mongolskie na Polskę. - "Gorze nam się stało" zawołał książę Henryk Pobożny. Był 9 kwietnia 1241 r. Bitwa pod Legnicą trwała już od kilku godzin. Mógł przeczuwać śląski książę, że czeka go klęska. Był ledwie jednym z długiego korowodu władców, którzy starcie z Mongołami przypłacili życiem. "Tartari", jak nazywali najeźdzców współcześni, miażdżyli kolejne kraje już od kilkudziesięciu lat i stworzyli drugie co do wielkości imperium w dziejach. Nazywam się Łukasz Starowiejski. Zapraszam do wysłuchania kolejnego odcinka podcastu Muzeum Historii Polski "1000 lat. Prześwietlenie". Wiązkę promieni historycznego rentgena zogniskujemy na średniowiecznym blitzkriegu i strasznych hordach ze wschodu, które po podbiciu połowy świata spadły też na polskie ziemie. Jak doszło do tego, że stepowa armia stała się niezwyciężona? Czy rzeczywiście Mongołowie byli tak krwawymi potworami, jak pisano o nich w Europie? Czy los Henryka Pobożnego był przesądzony i książę musiał zginąć z ich ręki? I dlaczego wreszcie, mając rozbitą Polskę u stóp, nie włączyli jej, tak jak Rusi, do swojego imperium? Będzie też o magii, broni chemicznej i sześciu palcach księcia. Część pierwsza. Potęga, panika i złe duchy. - Ich przerażająca sława sięgała znacznie dalej niż zapuszczały się ich zagony. "Są to stwory nieludzkie i do zwierząt podobne, które się bardziej godzi nazywać potworami niż ludźmi, które łakną krwi i piją ją, które jedzą mięso psie, a nawet i mięso ludzkie". To opinia XIII-wiecznego angielskiego kronikarza, który nigdy ich na oczy nie widział. Natomiast wśród tych, których ziemię nawiedzili, budzili strach śmiertelny. "Pewien chłopczyk, zaledwie dwuletni, stojąc obok pewnego franciszkanina, rzekł doń trzykrotnie "Panie!". Ten odparł "Czego chcesz?". A ów rzekł "Tatarzy przyjdą i zetną nam głowy". Brat spytał "Kto ci to powiedział?". Chłopczyk rzekł mu "Bóg". A ten brat rzekł "Boisz się?", a ów "Boję się, że zetną nam głowy", co też się stało" - zanotowały roczniki krakowskie opisując trzeci najazd mongolski na ziemie polskie. Choć nazwa "Tartari" nie pochodzi bezpośrednio od najmroczniejszej krainy podziemia z mitologii greckiej, jeźdźcy ze wschodu takie właśnie budzili skojarzenia. Tatarami byli wówczas zwani od jednego z ludów wchodzących w skład ich przerażającej armii. Ich podboje znaczone były morzem krwi i wieści o tym rozchodziły się szeroko. "Wielce rozległe i dobre ziemie, znajdujące się w ich okolicach, zniszczyli żelazem i ogniem, czyniąc ogromne i niewiarygodne rzezie obojga płci, mężczyzn i kobiet". Tak było wszędzie, od Chin przez Kaukaz, Azję Środkową i Bliski Wschód, po Europę. Podbijali kolejne królestwa, równali z ziemią zamki i urządzali rzezie. Tak przynajmniej byli opisywani. A czy rzeczywiście byli tacy, jak przedstawiała ich czarna legenda? To pytanie do doktora Tomasza Borowskiego z Muzeum Historii Polski. - Bagdad był wówczas stolicą Kalifatu Abbasydów i jednym z największych miast świata oraz najbogatszym. Mówiono o nim, to taka stolica kultury ówczesnego świata. Mongołowie pod wodzą Hulagu zabili ówczesnego kalifa oraz, według różnych przekazów, od stu tysięcy do nawet ponad miliona mieszkańców miasta. Dziesiątki bibliotek, meczetów, madras i pałaców znanych z wcześniejszych opisów zostało wówczas zniszczonych. A Bagdad na kilkanaście lat stał się miastem niemal opuszczonym. Takich przykładów jest oczywiście więcej. Podczas inwazji na Koreę w 1238 r. Mongołowie zniszczyli m.in. słynąca w całym regionie świątynię buddyjska Hwangnyongsa, to jest po polsku klasztor Złotego Smoka, wzniesioną w VI wieku, czyli 600 lat wcześniej. Zniszczenie Imperium Chorezmijskiego z jego wielkimi miastami, jak Samarkanda, Bukhara czy Herat, wiązało się z jeszcze większą liczbą ofiar niż inwazja na Kalifat Abbasydów, który w praktyce... Bagdad był wielkim miastem, ale Kalifat był już dosyć małym państwem. Łącznie w czasie walk z Imperium Chorezmijskim zginęło od kilku do nawet kilkunastu milionów ludzi. Straty poniesione podczas mongolskich najazdów na państwa łacińskiej Europy, na Polskę Czechy czy Węgry, są przy tym w porównaniu z tymi w centralnej Azji dość znikome. Warto przy tym jednak zaznaczyć, że Mongołowie okazywali łaskę państwom i miastom, które nie okazywały im oporu, tylko dobrowolnie godziły się na przyjęcie zwierzchnictwa Mongołów. Przykładem może być Republika Nowogrodu, to potężne, bogate państwo na Rusi, w północno-zachodniej Rusi, które w czasach mongolskiego jarzma wręcz kwitło, ponieważ dobrowolnie przyjęło właśnie jarzmo mongolskie, opłaciło się podatkami, opłaciło się okupem i płaciło podatki Mongołom, w wyniku czego nigdy nie zostało przez Mongołów zniszczone. Co więcej, imperium Mongołów było tolerancyjne religijnie. Na dworach chanów dochodziło do debat między autorytetami religijnymi świata islamu, różnych odłamów chrześcijaństwa oraz mnichów buddyjskich. Mongołowie zapewniali także bezpieczeństwo karawanom handlowym oraz przeprowadzili pierwsze na Rusi census ludności. To są tylko takie przykłady, ale warto pamiętać, że liczne przykłady okrucieństwa Mongołów względem ich wrogów to nie jest tak jakby jedyna cecha charakterystyczna tego imperium, żeby te okrutne przykłady z Bagdadu czy właśnie z Samarkandy nie przysłoniły innych, być może, w mojej opinii nawet na pewno, znacznie bardziej ciekawych, fascynujących aspektów dokonań imperium Mongołów, kultury mongolskiej i tego, co osiągnęli. - Bez wątpienia byli zabójczo skuteczni. Powszechnie więc uważano, że wyłącznie ludzkimi siłami nie sposób było tego wszystkiego dokonać. "Gdy zaś Batu miał wkroczyć na Węgry, złożył ofiarę demonom, pytając, czy ośmieli się tam wejść. Odpowiedział mu demon mieszkający w posągu "Idź spokojnie, bo wysyłam trzy duchy przed tobą, a dzięki nim twoi przeciwnicy nie zdołają ci się oprzeć", co też się stało. Duchami tymi były zaś duch niezgody, duch niewiary i duch strachu. To są trzy duchy nieczyste, jakby żaby, jak czytamy w Apokalipsie" - pisał zakonnik Szymon z Saint-Quentin, jeden z papieskich wysłanników do Mongolii. Straszliwi jeźdźcy nie mieli zamiaru się zatrzymywać. "Dążeniem Tatarów jest podbić cały świat, jeżeli to możliwe, i to polecenie mają, jak wyżej mówiliśmy, od Czyngis-chana, a nie powinni utrzymywać pokoju z żadnym narodem, jeżeli by on im się nie podobał. Ma to obowiązywać, aż nadejdzie czas ich zagłady" - notował inny z wysłanników do chana, Włoch Giovanni Carpini. Jak wyglądał wojownik z piekła rodem? Posłuchajmy współczesnego wydarzeniom kronikarza Tomasza ze Splitu. "Przerażający widok przedstawia ich postać, nogi mają krótkie, lecz rozrośnięte piersi, twarz ich jest szeroka, a skóra jasna, policzki bez zarostu, nos zakrzywiony, oczy małe, szeroko rozstawione. Broń ich stanowią tarcze ze skór byczych na kształt blachy stłoczonych, nie do przebicia i doskonale zabezpieczające. Noszą hełmy żelazne i sporządzone ze skór, zakrzywione miecze, kołczany i łuki sposobem wojskowym przypasują". Czym wyróżniali mongolscy wojownicy i czemu budzili tak paniczny strach? To kolejne z pytań do doktora Tomasza Borowskiego z Muzeum Historii Polski. - Na pewno taki rodzaj psychologicznego szoku poznawczego, kiedy pojawia się zupełnie nowa grupa ludzi z innym językiem, z inną kulturą, ludzi, którzy wyglądają zupełnie inaczej, na pewno potęgowała wrażenie strachu, przy czym znowu z ludami stepowymi, których wygląd nie różnił się aż tak bardzo od Mongołów, na przykład właśnie z Kipczakami, Europejczycy mieli kontakt już wcześniej. Ten sam strach nie był paraliżujący w przypadku państw krucjatowych, które były otoczone muzułmanami i na wieść o tym, że pojawiają się jacyś niemuzułmańskie armie, bo w tym wczesnym okresie armie mongolskie wyznawały swoją własną religię, to wtedy ten inny wygląd nie był paraliżujący, wtedy to była zachęta do współpracy. Europa miała także kontakty z Afryką, znali osoby czarnoskóre, osoby czarnoskóre mieszkały we Włoszech, więc na pewno szok i przerażenie jakimś novum i okrucieństwem było, ale wątpię, żeby miało charakter deterministyczny. Kroniki też, chrześcijańskie kroniki pokazywały Mongołów w takim złym świetle z przyczyn moralizatorskich, to znaczy, armie chrześcijańskie przegrywały z nimi wojny, więc trzeba było dodatkowo wskazać, że to biją się z siłami diabelskimi. Być może ludzie w realu bali się nawet mniej niż ten kronikarz wyolbrzymiał te lęki. - Kim byli ci piekielni wojownicy i jak zbudowali tak ogromne imperium? O tym już za chwilę. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, imperium powstało nagle i niemal z niczego, a do tego, mówiąc z angielska, in the middle of nowhere - w środku niczego. Tak, tak, w środku niczego, niezmierzonych przestrzeni stepu, na którym gdzieniegdzie napotkać można było namioty koczowniczych plemion. By przekonać się o tym, jak powstało owo imperium, musimy udać się w daleką i nawet dziś egzotyczną podróż szlakami średniowiecznych dyplomatów, zakonników, wśród których był też pochodzący zapewne ze Śląska Benedykt Polak. Wraz z nimi przemierzymy wielki mongolski step. To właśnie tam, wśród jurt i tabunów koni, zrodziło się owo państwo. Długi czas tamtejsze plemiona walczyły głównie ze sobą tworząc większe lub mniejsze, ale pozostające w obrębie wielkich stepów twory państwowe. Te biły się między sobą, czasem też z sąsiednimi ludami, aż wreszcie przyszedł On. Temudżyn urodził się około 1160 r. Różne były koleje jego losu, był i wygnańcem i więźniem, a także pomniejszym wodzem. Jak inni, walczył, mordował, zdradzał i był zdradzany. Nigdy się nie poddawał. Czyngis-chanem - chanem nad chanami - obwołano go 20 lat później, tyle że większość Mongołów nie uznała jego władzy. Trzeba było kolejnych lat walk, by nastąpił przełom. Po kilkuletniej wojnie przeplatanej rozejmami, upstrzonej zmieniającymi się sojuszami czy zdradami, w czasie której Temudżyn nieraz bliski był klęski, na placu boju pozostaje tylko jeden wódz. Rok 1206 to rok przełomowy na wielkich stepach. Wielki kurułtaj, zjazd przywódców plemiennych, uznaje Temudżyna za władcę wszystkich podbitych ludów. To chwila powstania Imperium Mongolskiego. Czyngis-chan błyskawicznie umacnia władzę, reformuje też dwór i armię. Ta składa się z 95 minganów, a każdy z nich liczy po 1000 żołnierzy. Mongolski wódz dysponuje więc armią niemal stutysięczną. W ówczesnym świecie nie ma drugiej nawet podobnej, bo nie można dosłownie czytać średniowiecznych kronik donoszących o setkach tysięcy lub milionach rycerzy biorących udział w tej lub innej bitwie. To dane wyssane z palca dla zwiększenia efektu. Większość badaczy zgadza się jednak, że w przypadku Mongołów to liczby nieprzesadzone. Zresztą w przypadku mongolskiej armii nie tylko w liczbie jest siła. "Nie masz na świecie wojska bardziej wytrzymałego na trud i znoje, tańszego i zdatniejszego do podbijania ziem i królestw. Okazało się to, gdy z niewolników stali się panami świata" - podsumowywał słynny podróżnik Marco Polo. Co wyróżniało więc stepowych wojowników? Da się wymienić przynajmniej kilka elementów. Zacznijmy od posłuszeństwa i żelaznej dyscypliny. Za mniejsze przewinienia karano chłostą, odebraniem prawa do łupu czy degradacją. Za poważniejsze, takie jak ucieczka z pola walki, dezercja czy niewykonanie rozkazu, wyrok był jeden - śmierć. "Jeżeliby nie wycofali się razem, to wszyscy, którzy uciekają, bywają zabici. Podobnie jeżeli jeden albo dwaj, albo więcej ich przystępuje odważnie do walki, a z dziesiątki inne nie idą w ich ślady, również ci zostają zabici. Jeżeli jeden z dziesiątki albo więcej dostaje się do niewoli, a pozostali towarzysze nie uwalniają ich, zostają także zabici" - tłumaczył włoski zakonnik di Piano. Już samo to zdecydowanie różniło ich choćby od wojsk Europejczyków złożonych z rycerzy i książąt zdecydowanie niezdyscyplinowanych, z trudnością uginających kark przed dowódcą, niejednokrotnie pierzchających z placu boju. A to nie koniec przewag stepowych wojowników. Kolejnymi atutami były taktyka i strategia. Pisał o tym profesor Ludwig Bazylow w "Historii Mongolii". "Sposób walki też różnił się od europejskiego. Mongolskie metody ścierania się z przeciwnikiem odznaczały się wielką różnorodnością, była w nich szybkość, lotność, zwrotność, umiejętność niezwykle elastycznego manewrowania w terenie, łącznie ze sławnym pozorowaniem ucieczek, po których następowało najmniej spodziewane oskrzydlenie. W ówczesnej epoce nie było na to rady, rezultaty nie mogły być inne". Do tego dodać należy nadzwyczajną umiejętność dobrego rozpoznania zarówno przeciwnika, jak i terenu, a także szybkość przemieszczania się. Wielu obecnym badaczom do złudzenia przypomina to niemiecką taktykę z czasów II wojny światowej, czyli blitzkrieg. Tak ją nazywa m.in. Witold Chrzanowski w książce "Wojna tatarska". "Skuteczność wielkich zgrupowań konnicy daleko przekraczała mobilnością sławne legiony Cezara, a same manewry oskrzydlające były głębsze i bardziej precyzyjne niż dywizji pancernych Kleista i Guderiana z 1939-1941 r.". Rezultat? Konne armie Czyngis-chana stają się niezwyciężone. Mongolscy wojownicy gromią kolejnych przeciwników, niszczą miasta, na ludności dokonują rzeźi. Z podbitych ludów tworzą nowe oddziały. Prą we wszystkich kierunkach, zdobywają m.in. Chiny, Persję czy Samarkandę. Niespodziewana śmierć twórcy imperium, Czyngis-chana, w 1227 r., niczego tu nie zmienia. Władzę obejmuje jego syn Ugedej. Następcy organizują kolejne wyprawy i są równie przerażający i równie skuteczni. Szacuje się, że w samych Chinach ich najazdy pochłaniają 20 milionów istnień ludzkich. Pozostałe podboje to kolejne 20 milionów ofiar. Część druga. Kierunek Europa. Jeszcze za życia wielkiego założyciela Czyngis-chana oko stepowego Saurona zwraca się ku Europie. Co ciekawe, to wcale nie Tartari zaczęli. "Nie zaczepialiśmy was, a wy posłuchaliście Połowców, posłów naszych zabiliście i idziecie przeciw nam. Tak więc chodźcie i niech wszystko Bóg rozsądzi" - mówili mongolscy posłowie. Działo się to tuż przed bitwą nad Kałką, jedną z największych klęsk wojsk ruskich w historii. Jak do niej doszło? Mongołom w tamtym czasie wcale nie śpieszno było do Europy. Na początku lat 20. mieli znacznie bardziej nęcące i ważniejsze cele. Czyngis-chan skupiony był na podboju państwa Dżurdżenów w północnych Chinach. Na zachód pchnęła ich potrzeba pacyfikacji Połowców. Z koczowniczym plemieniem zajmującym tereny na wschód od Rusi od dawna mieli na pieńku. Trzy mongolskie tumeny, czyli armia składająca się w założeniu z 30 000 wojowników, nim dotarła na ziemię Połowców, po drodze rozbiła wojska Gruzinów i Alanów. Na połowieckich stepach Mongołowie też okazali się zwycięzcami. Wówczas to Połowcy udali się do swych zachodnich sąsiadów po pomoc. Zwaśnieni ruscy książęta tym razem zjednoczyli się. Na spotkanie Mongołów podążyła, według zapewne przesadzonych danych, aż czterdziestotysięczna armia. "Szli stepami osiem dni, dopóki nie spotkali się ze strażami tatarskimi, które zaś pobili, a za innymi gonili aż do rzeki Kałki" - relacjonuje ruski latopis. Mongołowie mają być zaskoczeni, próbują negocjować. Wśród wysłanych przez nich posłów są chrześcijańscy nestorianie. Ruscy książęta posłów mordują. Dla Mongoła zabicie posła jest śmiertelną obrazą i oznacza jedno - wojnę. Klęska Połowców i Rusinów przechodzi wyobrażenie. Chaos taktyczny i brak spójnego dowództwa powodują, że pada połowa armii, samych kniaziów - ośmiu. Na tym nie koniec. Widząc, że pozostali książęta chcą się zażarcie bronić w obozie, Mongołowie wysyłają do nich posłów. Ci w imieniu wodzów przysięgają, że nie zostanie przelana ani jedna kropla książęcej krwi. Mongołowie słowa dotrzymują. Na swój sposób. Ułożyli skrępowanych kniaziów w rzędzie, a na nich deski i stoły i urządzili ucztę. Rusini umierali w męczarniach miażdżeni i duszeni przez ucztujących. Pozostałych jeńców, szeregowych ruskich wojowników, po prostu wymordowano. Pod nóż miało pójść ponad 20 000 ludzi, a to był tylko pierwszy akt tragedii, który doprowadził do całkowitego upadku niezależnej ruskiej państwowości. Do kolejnego, ostatniego, dojdzie 15 lat później. Mongołom na razie wystarczy podporządkowanie Połowców. Chiny nadal są dla nich priorytetem. Cel osiągają w połowie lat 30. Wielki kurułtaj, najważniejszy zjazd dowódców, który zdecydował o uderzeniu na Europę, zebrał się w 1235 r. Jak zawsze w przypadku Mongołów, plany kreślone były szeroko. "Postanowiono, ażeby monarchowie Batu, Mengu-chan i Gujuk-chan wespół z innymi książętami udali się do kraju Kipczaków, Rusów, Buluarów, Madżarów, Baszgirdów, Asów do Sudaku i wszystkie je zdobyli, dlatego oni zaczęli się przygotowywać". A więc uderzenie miało pójść m.in. na Bułgarię, ale też na Ruś i Węgry. Mózgiem operacji był stary wódz i towarzysz Czyngis-chana Subedej. "Jeżeli przez wiele tygodni prowadzisz tysiące wojowników, nie zdajesz się na łut szczęścia" - tak brzmiała jedna z jego maksym. Przygotowano się zatem starannie, tym bardziej, że docierające do Mongołów wieści o dalekich europejskich ludach chyba były przesadzone. "Te ludy na owym krańcu świata są niełatwe do podbicia. To są takie ludy, które, jeżeli wpadną w gniew, to giną nawet od własnego miecza, a mówi się, że miecze mają ostre" - ostrzegał Czagataj, jeden z synów Czyngis-chana. Na zachód miała ruszyć armia wielkości 12 tumenów, czyli ok. 120 000 wojowników. To wówczas do Europy dotarły pierwsze informacje o prawdziwych dalekosiężnych celach Mongołów. "Tatarzy dniem i nocą obmyślają plan pokonania królestwa chrześcijańskich Węgier, krążą bowiem wieści, że zamierzają przyjść i zdobyć Rzym i tereny leżące dalej od Rzymu" - pisał brat Julian, jeden z węgierskich misjonarzy wysłanych w latach 30. w poszukiwaniu tzw. Wielkich Węgier, czyli ludów spokrewnionych z Madziarami. Dominikanie dotarli do położonych nad środkową Wołgą ziem Baszkirów i Mordwinów - ludów, które mówiły narzeczem zbliżonym do węgierskiego. Plemiona te były już pod bezpośrednią presją imperium Tartarów. Inny z misjonarzy, brat Ryszard, dodawał, że spotkany po drodze mongolski posłaniec informował, jakoby "wojsko tatarskie ma zamiar wyruszyć przeciwko Alemanii". Mongołowie działali jednak metodycznie. Operację rozpoczęli w pierwszych miesiącach 1236 r. Batu-chan, wnuk Czyngis-chana, uderzył na Bułgarów Kamskich zamieszkujących dorzecze Wołgi i Kamy. Podbił też wymienione już plemię Mordwinów. Przedpole zostało oczyszczone. Teraz zjazd wnuków Temudżyna podjął decyzję bezpośredniego uderzenia na Ruś. Mongołowie zajmowali kolejne miasta: Riazań, Twer, Rostów, Moskwę czy Perejasław. W kolejnym roku padły Czernichów i Głuchów. Nie wszyscy dali się pokonać. Potężnych twierdz Smoleńska, Pskowa i Nowogrodu nie udało się Mongołom zdobyć. Niemniej Nowogród formalnie uznał zwierzchność mongolską. Spojrzenia skośnych oczu stepowych wodzów przyciągała ruska perła - stolica Kijów. Książę Michał nie wykazał się męstwem. Wysłanych do niego posłów kazał zamordować, a sam zbiegł na Węgry. "Przyszedł Batu-chan pod Kijów w sile wielkiej i obstąpiła go siła tatarska i był gród w oblężeniu wielkim, i nie było nic słychać dla odgłosu skrzypienia wozów jego, ryku mnóstwa wielbłądów jego i dla rżenia stad koni jego" - relacjonował latopis Halicki. Miasto znalazło się w okrążeniu. Dzień i noc rażone z maszyn oblężniczych, aż oblegającym udało się wybić wyłomy w wałach. Obrońcy nie poddali się, zbudowali jeszcze drugi wał. "Nazajutrz zaś przyszli na nich Tatarzy i była walka między nimi wielka i wzięty został gród przez tych wojowników". Miasto padło 6 grudnia. Zwycięzcy jak zwykle nie mieli litości. Kijów został doszczętnie zniszczony i złupiony, ulice spłynęły krwią mężczyzn, kobiet i dzieci. Nie spoczęli na laurach dowódcy mongolscy. Ruś była łakomym kąskiem, ale nie celem ich wyprawy. Już w grudniu 1240 r. część oddziałów uderzyła na Wołyń i Podole z różnym zresztą skutkiem. Halicz i Włodzimierz jednak "wzięli i ludzi w nim wysiekli, a gród zapalili" i stanęli na granicy ziem polskich. To nie Polska miała być jednak głównym obiektem ataku. Tym były Węgry. Mongołowie mieli nawet oficjalny pretekst: kraj ten udzielił azylu przywódcom rozbitych wcześniej Połowców. Ugedej wysyła do króla Beli IV posłów i list. "Dziwię się Tobie, Królu Węgier, dlaczego ty, gdy ja trzydziestokrotnie posyłałem do ciebie posłów, nie odesłałeś żadnego z nich do mnie, ani nie przysłałeś mi posłów twoich lub listu, dlatego ciężko ci będzie podporządkować mi się dobrowolnie, chociaż tak lepiej i pożyteczniej by było dla ciebie". Wojna jest przesądzona. Przy okazji ataku na Węgry Orda ma zalać także ziemie polskie, by powstrzymać ewentualną odsiecz z północy. Część trzecia. Zimowy atak. - Zimą zwykle działania wojenne zamierały. Mongołowie do tych prawideł się nie stosują, wręcz przeciwnie, mróz jest ich sprzymierzeńcem. Mogą poruszać się jeszcze szybciej, przekraczając rzeki po lodzie. Już w grudniu wnuk Czyngis-chana Ordu z pierwszymi zagonami stepowej armii staje na granicy. "Następnie z niezwykłą szybkością przybywa do Polski i łupi oraz pustoszy dwa ludne miasta: Lublin i Zawichost oraz sąsiadujące z nimi powiaty i ziemie" - pisze Jan Długosz, dodając, że wkrótce Mongołowie, objuczeni ogromnym łupem i wielką liczbą jeńców, wycofują się na Ruś. Mongolska orda wraca już po miesiącu. Tym razem to już atak na serio. Armia grupuje się na Rusi Halickiej. Nim wyprawa ruszy, zatrzymajmy się na chwilę. Spróbujmy policzyć tę piekielną armię. Długo uważano, że na ziemie polskie uderzyło około 30 000 jeźdźców. Wszystko zmieniło się po odkryciu w połowie XX w. relacji kolejnego z wysłanników papieskich, zakonnika, którego imię przetrwało do nas tylko w inicjale - literze C, a miejsce jego pochodzenia kryje się w przydomku de Bridia. "Batu podążył następnie przeciw Polsce i Węgrom, a podzieliwszy wojsko na granicach tych krajów, posłał ze swoim bratem Ordu przeciw Polsce 10 000 wojowników". Chrzanowski w "Wojnie tatarskiej" sugeruje, że mogło być ich jednak więcej. Na granicy księstwa kujawsko-pomorskiego operuje jeszcze wódz Bajdur, wnuk brata Czyngis-chana, być może, miał on osobny korpus. Tak czy inaczej nie jest to siła, która nawet w realiach średniowiecznych rzuca na kolana. Armia mongolska uderza wpierw na Sandomierz. Miasto jest niemal bezbronne, rycerstwo w obronie chyba nawet nie bierze udziału, a... "książę krakowski i sandomierski Bolesław Wstydliwy nie mógł stawić oporu tak silnemu wrogowi z powodu młodego wieku i braku sił i przebywał ze swoją matką księżną Grzymisławą na zamku krakowskim" - pisze Długosz. Popielec wypada w owym roku 13 lutego i wyjątkowo zasłużył na swą nazwę. Sandomierz pada w ten właśnie dzień. Po spalonym przez zwycięzców mieście zostaje niemal tylko popiół. Mieszkańcy giną w rzezi. Ale Mongołowie wcale nie są niepokonani i można ich podejść. W dniu, w którym zdobyty zostaje Sandomierz, a może dzień później, wojewoda krakowski dopada ich "z pozostałymi rycerzami krakowskimi nader nielicznymi, ale zdecydowanymi zwyciężyć albo zginąć, a zaatakowawszy ich znienacka, z największą odwagą stacza z nimi bitwę". Do starcia dochodzi we wsi Tursko Wielkie. Wojewoda dogania zapewne niewielki oddział tatarski rozkładający właśnie obóz. Rzadka to rzecz - zaskoczyć mistrzów rozpoznania. Dochodzi do walki bezpośredniej, w której ciężko zbrojne rycerstwo ma dużą przewagę. "Wskutek zaskakującego ataku sprawił wśród Tatarów ogromną rzeź i walczył z nimi bardzo wytrwale" - chwali Długosz. Dodajmy, że niestety to pochwały na wyrost. Rządza łupów, których zapewne nie brakuje w mongolskim obozie, przesłania małopolskim rycerzom oczy. Długosz ubolewa: "Mogło wtedy Polakom przypaść pełne zwycięstwo nad Tatarami, ale kiedy rozbiwszy pierwsze oddziały tatarskie, Polacy zaniedbując walkę, zbyt łapczywie zabiegali o łupy, utracili chwałę triumfu". Dziś trudno stwierdzić, skąd ten samobójczy brak elementarnej ostrożności. Być może była to mongolska pułapka. Bardziej prawdopodobne, że na odsiecz przybyły inne odziały zwiadowcze stacjonujące w pobliżu, i zaskoczyły rabujących. Wiktoria zamieniła się w klęskę. Wielu rycerzy padło, Włodzimierz uciekł. Dla Mongołów potyczka ta wcale jednak nie była mało znacząca, skoro zapewne właśnie o niej pisze papieski wysłannik do chana, zakonnik de Bridia. "Bardzo wielu, uległszy zamieszaniu, padło w walce na pogranicznych terenach kraju z rąk Polaków, księstwa krakowskiego i sandomierskiego, ale ponieważ zawiść pobudza do bardzo wielu błędów, dlatego Polacy nie dbając przy braku jedności o korzyści, które zdobyli, z powodu dumy i pychy nienawidząc się wzajemnie, zostali w pożałowania godny sposób przez Tatarów wycięci". Nie wystawia de Bridia dobrego świadectwa polskiemu rycerstwu. Niewykluczone, że wie, o czym mówi. Zapewne pochodził ze Śląska lub przynajmniej przez dłuższy czas na Śląsku przebywał. Dodajmy, że relacja de Bridii jest niemal współczesna wydarzeniom. Zakonnik kończy swoje dziełko w 1247 r. Pozostawmy na boku kwestie charakteru polskich elit. Jedno nie ulega wątpliwości: wrota do Małopolski i Krakowa, już solidnie uchylone, teraz otwarte były na oścież. Mongołowie uderzenie wyprowadzili w marcu, zapewne koordynując atak z jednoczesnym natarciem na Węgry. Tartari podzielili siły. Głównodowodzący Ordu rusza na południe w stronę Krakowa, Bajdur - w kierunku Łęczycy. Ten drugi ma powstrzymać potencjalne wsparcie księcia Konrada Mazowieckiego dla zaatakowanych Małopolski i Śląska. Niepotrzebnie. Mazowiecki władca ani myśli wyściubić nos poza granicę swoich ziem. Nawiasem mówiąc, taktyka mu się opłaca. Pod koniec roku zajmuje opustoszały Kraków. Chmielnik to wieś usytuowana niemal w połowie drogi między Sandomierzem a Krakowem. To tu dochodzi do pierwszego dużego starcia w tej kampanii. 18 marca mongolski rajd próbuje powstrzymać krakowsko-sandomierskie rycerstwo. "Dzięki poprzedniej bitwie stoczonej z Tatarami pod Turskiem, Polacy podnieśli się na duchu, a sądząc, że potrafią pokonać rzucony przeciw nim na nowo tłum Tatarów jakiekolwiek wielkości, albo, gdyby się to nie powiodło, że lepiej zginąć zaszczytną śmiercią w walce aniżeli gdy wróg pustoszy ojczyznę, ukrywać się haniebnie w domu lub na zamku. Wyprowadzają wojska do boju". Trudno policzyć siły obu armii. Historycy szacują, że liczebną przewagę mieli Mongołowie. Wraz z wcielonymi przymusowo Rusinami i Połowcami ich wojsko liczyło zapewne ok. 6000-7000 ludzi. Sandomierzan i Małopolan było prawdopodobnie nie więcej niż 3000. Starcie, w którym najeźdźcy wykorzystują manewr symulowanej ucieczki i wciągają przeciwnika w pułapkę, kończy się klęską wojsk polskich. Ci, którzy nie zostali martwi na polu, uciekają, dzieląc się na mniejsze ugrupowania. Jedno z nich uchodząc na północ trafia zapewne na wojsko Bajdura i zostaje starte w pył. W tej drugiej bitwie ginie wojewoda Włodzimierz. Najeźdźcy nie świętują zwycięstwa. Kontynuują blitzkrieg, pozostawiając po sobie zgliszcza i trupy. Mimo że są bardzo szybcy, przerażająca sława dociera do Krakowa wcześniej. Książę Bolesław Wstydliwy znów ucieka. Tym razem na Węgry. Pozbawione władcy i rycerstwa miasto jest praktycznie bezbronne. Ci, którzy mogą się bronić, zamykają się na mocno ufortyfikowanym Wawelu, biedniejsi - w otoczonym wałem kościele Świętego Andrzeja. Tatarzy z Ordu na czele miasto zajmują zapewne 21 marca, kilka dni po bitwie pod Chmielnikiem. Plądrują, mordują i palą, co mogą, przez ponad tydzień, za to nawet nie próbują szturmować miejsc umocnionych. Ich zadaniem jest zdezorganizowanie potencjalnej odsieczy dla Węgier. Ten może poprowadzić już tylko Henryk Pobożny. Dlatego drugi z zagonów wraz z Bajdurem zapuszcza się aż pod Racibórz dla dokonania rekonesansu. Tu napotyka na niespodziewany opór. Mieszko Otyły, książę opolsko-raciborski, zwany też Mieczysławem, jest przygotowany na pojawienie się wroga. "Jeden zaś oddział tatarski, który przekroczył Odrę i czynił zbyt nieoględne wypady w celu grabieży, książę opolski Mieczysław Kaźmierzowic podjąwszy z nim walkę, pokonał i kompletnie zniszczył, ale kiedy z ogromnym pośpiechem nadciągnęło całe wojsko tatarskie, by pomścić klęskę swoich, książę opolski Mieczysław, przerażony ich wielką liczbą, zbiegł do swojego brata, księcia wrocławskiego Henryka". Niektórzy historycy wyliczają, że padło wówczas nawet ponad 450 Tartari. Bajdur wycofuje się do Krakowa, by połączyć wszystkie siły. Dotychczasowe zwycięstwo Mongołów to tylko korzyści uboczne. Przed nimi najważniejszy cel tej kampanii. Zapewne 1 kwietnia Tartari ruszają na Śląsk. Część czwarta. Bitwa pod Legnicą. Henryk zdawał sobie sprawę, jak trudne zadanie go czeka. By powstrzymać mongolską nawałnicę, musiał zmobilizować jak największe siły. Nie wszyscy sprzymierzeńcy zdążyli jednak pod Legnicę. "Znajdowaliśmy się tak blisko księcia, że mogliśmy dotrzeć do niego z całą siłą naszą następnego dnia" - biadał bawarski książę Otto idący w pochodzie króla czeskiego Wacława. W rzeczywistości sojusznicy nie byli aż tak blisko, ale rzeczywiście dzieliło ich niewiele. Zapewne przebywali w zamku oddalonym od Legnicy o nieco ponad 50 km. Pytanie, czy naprawdę chcieli zdążyć, do dziś rozgrzewa historyków. Niektórzy zarzucają Wacławowi zdradę. Trzeba przyznać, że Ordu nie ułatwił sprawy. Z kopyta ruszył spod Krakowa. Pod Wrocławiem, gdzie zapewne spodziewał się Henryka, był po ledwie sześciu dniach. Pędził z prędkością około 45 km dziennie. Prędkość jak na średniowieczne armie imponująca. Wrocławianie na przybycie Mongołów byli przygotowani. Sami spalili miasto i schronili się na zamku. Ordu w zdobywanie warowni się nie bawił. Chodziło mu o Henryka, najlepiej pozbawionego czeskiej pomocy. Już dwa dni później stepowa armia była pod Legnicą. Mógł poczekać Henryk. Być może Czesi w końcu by przybyli. Ponoć prosiła go o to nawet matka, przyszła święta Jadwiga. Miała mieć objawienie dotyczące odsieczy. "Kochana Pani Matko, nie mogę dłużej zwlekać, albowiem zbyt wielkie są jęki biednego ludu" - miał odrzec książę. Był Henryk zdecydowany na wszystko i gotowy na śmierć. "Uważał sam i przekonywał żołnierzy, że będzie to prawdziwy i nieśmiertelny triumf, gdyby zarówno jemu, jak i im zdarzyło się chwalebnie zginąć w walce w obronie wiary". To piękna scena, która raczej nie mogła mieć miejsca. Jadwiga, wówczas zakonnica, przebywała najpewniej w innym zamku w Krośnie nad Odrą. Za to oddaje ona ducha epoki, a być może także stan psychiczny księcia. Ale my na razie wstrzymajmy konie, by jak zwykle przed decydującym starciem zlustrować siły obu stron. Przyznać trzeba, że to zadanie karkołomne, praktycznie niemożliwe. Padają mocno różniące się liczby. Jedne szacunki mówią o starciu setki polskich rycerzy gwardii przybocznej Pobożnego z podjazdem tatarskim, inne o konfrontacji dwóch armii liczących po 30 000 wojowników. Ta pierwsza teoria wydaje się nieprawdopodobna. Źródła pochodzące z Mongolii raczej o tak drobnej potyczce by nie donosiły. 60 000 na Legnickim polu też jest nie do przyjęcia, zwłaszcza w świetle dzieła de Bridii. Spróbujmy więc znaleźć wersję najbardziej prawdopodobną. Przyjmijmy za Bridią, że na Polskę uderzył jeden tumen, około 10 000 wojowników. Być może został później wsparty jakimś innym korpusem, na pewno mniej licznym. Najeźdźcy ponosili jednak straty. Pod Sandomierzem, Turskiem Wielkim, Chmielnikiem czy Raciborzem ginęli nie tylko Polacy. Przypuśćmy więc, że pod Legnicę przybyła ośmiotysięczna armia złożona nie tylko z Mongołów, ale też Rusinów czy Połowców. Przeliczenie chrześcijan jest równie trudne. Kiedy odrzuci się tezę o napadniętym poczcie księcia, chrześcijańska armia zamyka się w widełkach od 1500 do 10 000 wojowników. Nie wchodząc w szczegóły zawiłych wywodów historyków, uznajmy, że armia Henryka była zapewne nieco mniejsza od tatarskiej, choć na pewno nie aż tak dramatycznie, jak to przedstawiał Długosz, który twierdził, że obie strony miały po cztery korpusy, tyle że mongolskie "znacznie górujące liczebnością, doborem i doświadczeniem bojowym wojowników, a każdy z tych oddziałów sam osobno wzięty przewyższał wszystkie zastępy Polaków". Nawiasem mówiąc, Długosz pisał w innym miejscu, że chrześcijanie mieli nie cztery, ale pięć korpusów. Przyjrzyjmy się chwilę tej armii, jeszcze nim ruszy do boju. Pstrokata - tak nazwał ją jeden z historyków. Słusznie. Naprzeciw zorganizowanej, wyszkolonej i zaawansowanej taktycznie armii najeźdźców wyszedł barwny tłum bardzo różnego autoramentu. Pod sztandarem Henryka znaleźli się oczywiście rycerze ze Śląska i Wielkopolski, dzielni, z którymi rządził Pobożny. Zapewne nie zabrakło także rycerzy z Małopolski. Był wraz ze swoim hufcem książę Mieszko Otyły oraz margrabia Moraw Bolesław Szczepiołka. Do Legnicy przybyli też, jak pisał Długosz, "krzyżowcy i mówiący różnymi językami ochotnicy zebrani spośród różnych narodowości". Wśród krzyżowców na pewno nie zabrakło templariuszy oraz joannitów, zapewne byli również Krzyżacy z późniejszym wielkim mistrzem, ale o obecność tych ostatnich historycy nadal kruszą kopie. Skąd się wzięli ci bracia rycerze? Nie tylko Krzyżacy otrzymali nadanie od piastowskich książąt. Nie otrzymywali ich za darmo. Jednym z warunków było wsparcie władców poszczególnych księstw. Zakonników było zapewne kilkudziesięciu, towarzyszyli im oczywiście giermkowie i służba. Armię Pobożnego uzupełniali według kronikarza górnicy z Złotoryi. Gdy już poznaliśmy i policzyliśmy obie strony, czas zadąć w róg i ruszyć do boju. Oczywiście zaraz po przygotowaniu religijnym. Henryk "polecił zarówno siebie samego, jak wszystkich baronów, rycerzy i tych, co przewodzili szykom, po uroczyście i pobożnie odśpiewanej mszy w kościele Najświętszej Maryi Panny w Legnicy i po spowiedzi opatrzyć świętym wiatykiem". Następnie Pobożny wyprowadził swoje wojsko. To jego oddziały rozpoczęły bitwę. "Krzyżowcy i obcy rycerze rozbili kopiami pierwsze szeregi Tatarów i posuwali się naprzód, ale kiedy zaczęto walczyć wręcz na miecze, łucznicy tatarscy tak otoczyli ze wszech stron oddział krzyżowców i cudzoziemskich rycerzy, że inne oddziały polskie nie mogły mu przyjść z pomocą bez narażenia się na niebezpieczeństwo". Za to okrążonemu oddziałowi udało się bez paniki wycofać. Niewykluczone, że atak był wybiegiem mającym wciągnąć Mongołów w pułapkę. Chwilę później nastąpił bowiem polski kontratak. Do boju ruszył Mieszko Otyły i rycerz Sulisław, tyle że bitewne szachy to była jednak domena ludu z Azji, a nie średniowiecznego rycerstwa. Tym razem to Mongołowie zaczynają pierzchać z pola walki i raczej nie była to paniczna ucieczka. Opierając się na przekazie naszego kronikarza nie sposób ocenić czy i na ile manewr się powiódł. Według Długosza część rycerstwa nabrała się za to na inną, i to dziecinną sztuczkę. "Tymczasem ktoś z oddziałów tatarskich, nie wiadomo czy ruskiego, czy tatarskiego pochodzenia, biegając bardzo szybko tu i tam między jednym a drugim wojskiem, krzyczał okropnie, zwracając do obu wojsk sprzeczne z sobą słowa zachęty. Wołał bowiem po polsku "Biegajcie! Biegajcie!", to znaczy "Uciekajcie! Uciekajcie!", wprawiając Polaków w przerażenie, po tatarsku zaś zachęcał Tatarów do walki i wytrwania". Aż trudno w to uwierzyć, ale według dziejopisa to właśnie było przyczyną ucieczki Mieszka Otyłego. Książę pociągnął za sobą innych rycerzy. To miał być pierwszy moment przełomowy bitwy. "Kiedy książę Henryk zobaczył to na własne oczy, gdy mu o tym donieśli i inni, zaczął wzdychać i lamentować, mówiąc "Gorze się nam stało". To znaczy "Spadło na nas wielkie nieszczęście"". Sytuacja nie jest jeszcze tragiczna. Sam Henryk jeszcze nie ruszył do boju, podobnie jak jego doborowy korpus, złożony, jak pisze Długosz, "z najlepszych i najdzielniejszych wojowników". Wściekły atak przynosi początkowo powodzenie. Ciężka chrześcijańska armia gładko przebija się przez pierwsze trzy tatarskie hufce. Czas na decydujące starcie największych elitarnych oddziałów. To tu i teraz rozstrzygną się losy bitwy. Ordu-chan "straszliwym atakiem naciera na Polaków, ale ponieważ Polacy nie ustępowali i usiłowali pokusić się o zwycięstwo, przez jakiś czas trwała zażarta walka między obydwoma wojskami. Kiedy w niej padła znaczna część znakomitych Tatarów, mało brakowało, żeby Polacy osiągnęli pełne zwycięstwo. Tatarzy bowiem, kiedy przerzedziły się ich szeregi, zaczęli już myśleć o ucieczce". To chwila krytyczna i czas, by przyjrzeć się  najbardziej intrygującemu fragmentowi tej historii. Swą sławę bitwa zawdzięcza w sporej części właśnie tej chwili. Oddajmy głos Długoszowi. "Była w wojsku tatarskim wśród innych chorągwi jedna olbrzymia, na której widniał wymalowany taki znak: X. Na szczycie zaś drzewca tej chorągwi była podobizna wstrętnej czarnej głowy z podbródkiem okrytym zarostem. Kiedy Tatarzy cofnęli się o jedno staje i skłaniali się do ucieczki, chorąży tego sztandaru zaczął, jak mógł najsilniej, potrząsać głową, która sterczała wysoko na drzewcu. Buchnęła z niej natychmiast i rozeszła się nad całym wojskiem polskim para, dym i mgła o tak cuchnącym odorze, że z powodu okropnego i nieznośnego smrodu walczący Polacy niemal omdleli i ledwie żywi osłabli i stali się niezdolni do walki”. Tartari na to tylko czekają. Ze strasznym okrzykiem zwracają się przeciw Polakom. Rycerzy Henryka zaś, jak pisze dziejopis, "pod wpływem mgły, dymu i smrodu ogarnął wielki strach, jakby jakieś zwątpienie". Długosz owe wydarzenia tłumaczy użytą przez Mongołów magią i twierdzi, że to punkt zwrotny bitwy. Większość Polaków rzuca się do ucieczki, tylko Henryk wraz z najwierniejszymi przybocznymi ma walczyć do końca. Zatrzymajmy się na chwilę, by spytać doktora Tomasza Borowskiego z Muzeum Historii Polski o ów tajemniczy moment bitwy. Czy rzeczywiście Mongołowie posiadali broń chemiczną, a jeśli tak, to jaką? - Kwestia potencjalnego użycia jakiejś broni chemicznej - płynu zapalającego czy nawet prochu podczas bitwy pod Legnicą zastanawia historyków od dawna, właśnie ze względu na ten historyczny opis, właściwie od czasów nowożytnych. Niestety nie mam tutaj jednoznacznej odpowiedzi. Można snuć teorie na temat tego, czy Mongołowie faktycznie zastosowali w Polsce jakiejś nowej technologii, którą opanowali w Chinach, Korei czy nawet w Persji. Osobiście, i to jest moje osobiste zdanie, to mi się wydaje dość mało prawdopodobne. Gdyby faktycznie Mongołowie dysponowali nową bronią pod Legnicą, zostałaby ona użyta także w kolejnych bitwach. Europejczycy przebywający w służbie Mongołów, choćby Rusowie, znaliby ją i opisali nawet jeśli nie w XIII wieku, no to pod koniec XIII, w XIV wieku, a takie coś nie miało miejsca. Zachodnia Europa graniczyła z państwami Mongołów przez kolejne 200 lat. Z Mongołami zawierano sojusze i z pewnością doszłoby do wymiany wiedzy na temat tej nowej technologii. W mojej ocenie więc ten fragment opisu bitwy pod Legnicą ma znaczenie albo symboliczne, literackie, to znaczy po prostu wskazuje czytelnikom, jak mroczne siły wspierały armię Mongołów w walce z chrześcijanami, co pasuje do tego, że w średniowiecznych obrazach, także polskich w Żywocie Świętej Jadwigi, Mongołowie są przedstawiani jako wojska diabelskie, więc to jakoś pasuje. Ewentualnie to mogło być jakieś pojedyncze zdarzenie, zaproszony ogień w jakimś zbiorze łatwopalnego materiału. W związku z tym nie wydaje mi się prawdopodobne, aby to faktycznie był opis celowo stosowanej broni chemicznej, którą można było zabrać i użyć w czasie bitwy kilka razy. - Los bitwy jest już przesądzony, ale Henryk wciąż ma szansę unieść całą głowę z pobojowiska. Początkowo towarzyszyć ma mu ledwie czterech rycerzy. Na koniec zostaje sam otoczony przez Mongołów. "Kiedy podniósłszy prawą rękę chciał ugodzić Tatara, który mu zagrodził drogę, drugi Tatar przebił go dzidą pod pachą. Książę, zwiesiwszy ramię, zsunął się z konia ugodzony śmiertelnie. Tatarzy wśród głośnych okrzyków i chaotycznej, nieprawdopodobnej wrzawy ujmują go i wyciągnąwszy go poza teren walki na odległość dwóch miotów z kuszy, mieczem obcinają głowę, a zerwawszy wszystkie odznaki, pozostawiają nagie ciało". Istnieje też inna, mniej chwalebna, za to chyba bardziej prawdopodobna wersja śmierci księcia. Przytacza ją de Bridia, który w końcu relacje ma z pierwszej ręki od mongolskich uczestników bitwy. "Wówczas to pojmali Tatarzy księcia Henryka, ograbiwszy go doszczętnie, kazali mu klęknąć do egzekucji przed zwłokami księcia zabitego uprzednio w Sandomierzu. Głowę jego dostarczyli przez Morawy do Batu-chana, po czym rzucili na wprost innych odciętych głów". Bez wątpienia jednak Henryk zginął pod Legnicą. Jego ciało kilka dni później odnalazła żona poznając je po tym, że miał sześć palców u lewej stopy. Notabene średniowieczne relacje o genetycznej wadzie księcia zostały potwierdzone w 1832 r., gdy otwarto jego grobowiec. Wraz z Henrykiem, nawiasem mówiąc, pogrzebane zostały na dłużej plany zjednoczenia Polski. Władał wówczas Pobożny i Śląskiem, i Wielkopolską, a sprawował też opiekę nad małoletnim księciem Małopolski i starał się o koronę. Tak, tak, koronę króla Polski. Już jego ojciec wysyłał posłów w tej sprawie do papieża. A gdyby jeszcze Pobożny dołożył do tego wiktorię nad niewiernymi... Wielka to pokusa - tworzenie historii alternatywnych i zabawa w "Co by było, gdyby...". Pozostawmy pokusę na boku. Skupmy się na pytaniu, czy zwycięstwo było możliwe. Zaskakujące, bo de Bridia nie ma co do tego wątpliwości. "Natomiast Tatarzy posuwając się dalej w kierunku Śląska starali bić się z Henrykiem, w owym czasie najbardziej chrześcijańskim księciem tym ziem. Otóż w chwili, gdy jak sami przedstawili to bratu Benedyktowi pragnęli odstąpić z pola bitwy, raptem zupełnie nieoczekiwanie szyki chrześcijan zwróciły się do ucieczki". Ani słowa o czarnej głowie. Chyba można ufać tej relacji. W końcu który zwycięski dowódca czy żołnierz przyznałby się do chęci ucieczki? Nie miał też powodu zakonnik, by przeinaczać słowa, które zasłyszał. Czy rzeczywiście zwycięstwo było możliwe? Czy w ogóle można było pokonać Mongołów? Posłuchajmy doktora Tomasza Borowskiego. - Zdecydowanie Mongołów można było pokonać. Nawet w pierwszym okresie największych podbojów mongolskich w XIII wieku armia Mongołów nie była niepokonana. Polskie rycerstwo potrafiło zadawać Mongołom dotkliwe straty. Źródła wspominają o jednym ze znaczących wodzów mongolskich zabitym przez polskie rycerstwo przed bitwą pod Legnicą. Podobnie zresztą było w przypadku innych podbojów. W 1221 r. Imperium Chorezmijskie, o którym mówiłem już wcześniej, broniąc się przed Mongołami odniosło błyskotliwe zwycięstwo w bitwie o Parwan na północ od Kabulu. To była wielka bitwa, tam kilka tysięcy zabitych było co najmniej, a jednak ostatecznie Imperium Chorezmijskie zostało przez Mongołów zniszczone. Skuteczna obrona przed mongolską inwazją także była możliwa i nie wszystkie inwazje kończyły się sukcesami. Na przykład próba podboju Egiptu przez Mongołów zakończyła się zupełną katastrofą. W 1260 r. wojska egipskich mameluków rozbiły główną armię mongolską w bitwie pod Ajn Dżalut. W efekcie Mongołowie nie tylko nigdy nie podbili Egiptu, ale wręcz w następnych paru latach utracili kontrolę nad Syrią. Myślę, że jeżeli kronikarze średniowieczni wskazują, że był w momencie bitwy taki moment, kiedy Polska mogła wygrać, to myślę, że po prostu można im wierzyć. Zwycięstwa nad Mongołami w XIII wieku zdarzały się, były możliwe, więc na pewno były także możliwe w Polsce w bitwie pod Legnicą. To nie była walka bez nadziei na zwycięstwo. - Klęska wojsk Henryka była całkowita. "Po zebraniu łupów, chcąc wiedzieć, jak wielka jest liczba poległych, odciąwszy każdemu trupowi jedno ucho, napełniają uszami dziewięć worków po brzegi" - relacjonuje Długosz szacowanie przez Mongołów rozmiarów zwycięstwa. Najeźdźcy podeszli pod mury Legnicy z myślą o zajęciu twierdzy z marszu. Gdy zobaczyli, że mieszkańcy zamierzają się bronić, nie próbowali jej zdobywać. Zachowali się podobnie jak w Małopolsce. Ich zagon miał inne zadania i wypełnił je skrupulatnie. Polacy zostali rozbici. Tym samym zlikwidowane zostało zagrożenie odsieczy dla Węgier - głównego celu ataku Mongołów. Tumen Ordu po kilku tygodniach, siejąc dookoła spustoszenie i pożogę, odszedł na Węgry, by połączyć się z główną armią. Spieszyć się nie musiał. 11 kwietnia, ledwie dwa dni po bitwie pod Legnicą, dochodzi do decydującego starcia tamtej kampanii na równinie Mohi nad rzeką Sajo w pobliżu Miszkolca. Wynik tożsamy z tym ze Śląska. "Usypane w ogromne stosy kości dają świadectwo tej ogromnej i straszliwej rzezi i stanowią przerażający widok dla postronnych obserwatorów" - czytamy w kronice Tomasza ze Splitu. Następnie Mongołowie zdobyli Peszt. Król węgierski zbiegł i schronił się na jednej z wysp adriatyckich. Po najeździe na Węgry kronikarz niemiecki nieco przesadnie zapewne stwierdził "W tym roku państwo węgierskie po 350 latach istnienia zostało zniszczone przez Tatarów". Mongołowie zwycięstwa nie wykorzystali w pełni. Dowódca wyprawy Batu-chan na początku 1242 r. zarządził odwrót. Powodem była wieść o śmierci wielkiego chana Ugedeja. Dowódca spieszył się na kolejny wielki kurułtaj, by wybrać następcę. Król Bela wrócił do swojego zdewastowanego państwa i zaczął odbudowę kraju, stawiając m. in. wiele fortec. Za te działania otrzymał od potomków przydomek Wielki. Polska pogrążyła się na powrót w wojnie domowej. Już na przełomie czerwca i lipca Konrad Mazowiecki najechał ziemię Sandomierską i Krakowską i zajął stolicę. Rok później możni wielkopolscy wypowiedzieli posłuszeństwa synowi Pobożnego, też Henrykowi, i opowiedzieli się za synami Władysława Odonica. Na zjednoczenie trzeba było poczekać jeszcze ponad pół wieku. Wieść o zwycięstwach Mongołów rozniosła się po całej Europie. "Wielki strach przed tym barbarzyńskim ludem ogarnął nawet dalekie kraje, nie tylko Galię, ale też Burgundię i Hiszpanię, gdzie imię Tatarów było dotąd nieznane" - donosiła kronika regia Coloniensis. "Strachu nie wzbudzała ani moc ich mężów, ani siła mocnego ramienia, lecz samo krwawe okrucieństwo i oszukańcza przewrotność wiarołomstwa" - dodawała inna z ówczesnych kronik. Już w czerwcu 1241 r. papież ogłosił krucjatę obronną przeciw niewiernym, by bronić chrześcijańskiej Europy. Ale zachodni rycerze nie kwapili się, by do niej przystąpić. Głowa Kościoła próbowała też negocjacji. Do chana wysłane zostały poselstwa, które nieskutecznie próbowały nakłonić mongolskiego władcę do przyjęcia chrześcijaństwa. W 1260 r. papież Aleksander VI wydał bullę, w której przestrzegał przed Mongołami. "Plaga gniewu Niebios w postaci nieludzkich Tatarów będzie ciemiężyć i dręczyć świat". Był to rok, w którym mongolska armia ponownie zaatakowała ziemie polskie. Orda znów zdobyła i splądrowała Sandomierz i Kraków, choć znów bez Wawelu. I tym razem Polska nie była głównym celem. Chodziło o ostateczne podporządkowanie Złotej Ordzie Rusi Halicko-Włodzimierskiej. Mongołowie cel osiągnęli. Po raz trzeci i ostatni zagony mongolskie wdarły się na ziemie polskie w grudniu 1287 r. Tym razem wyprawa nie była tak dobrze przygotowana. Znacznie lepiej przygotowany był za to ówczesny władca Małopolski Leszek Czarny. Miasta na drodze Ordy też nie były już tak bezbronne, jak dawniej. Mongołowie nie spróbowali nawet zdobyć umocnionych dodatkowo w poprzednich latach Sandomierza, Lublina, Krakowa czy Starego Sącza. Do tego Czarny pobił przeciwników pod Łagowem w Górach Świętokrzyskich, a idący z odsieczą Węgrzy zwyciężyli w bitwie pod Starym Sączem. Mongolskiej armii zniszczyć się nie udało, zmuszono ją za to do odwrotu. "Ograbiwszy straszliwie wymienione ziemie z narodu chrześcijańskiego i bydła, po wymordowaniu starców, kapłanów i nieletnich, zagarnęli, jak stwierdzono, tak wielki łup w postaci ludzi obojga płci polskiego pochodzenia" - podsumowywał Długosz. To był już ostatni najazd mongolski na Polskę. Ogromne Mongolskie Imperium osiągnęło apogeum ok. 1270 r. Liczyło wówczas w przybliżeniu 24 miliony km². W całej historii ludzkości tylko Anglicy w XIX wieku zbudowali większe. Dziedzictwo Czyngis-chana nie wytrzymało jednak próby czasu i zaczęło się rozpadać już pod koniec wieku. W kolejnym, XIV stuleciu podzieliło się na cztery państwa sukcesyjne ulokowane w Chinach, Iranie, w Azji Środkowej oraz Europie Wschodniej. To ostatnie, tatarska Złota Orda jeszcze długo będzie wpływać na historię Polski, ale dzieje Tatarów to już zupełnie inna historia. Dziękuję za wspólną podróż w mroczne dla ziem polskich dzieje i do usłyszenia, mam nadzieję, w kolejnych odcinkach podcastu "1000 lat. Prześwietlenie". Łukasz Starowiejski. "1000 lat. Prześwietlenie" -  podcast Muzeum Historii Polski o najważniejszych wydarzeniach w historii Polski. Podcastów "1000 lat. Prześwietlenie" wysłuchasz na YouTube, Spotify, Google Podcast, w Audiotece, a także na innych platformach podcastowych. Chcesz być na bieżąco? Subskrybuj kanał Muzeum Historii Polski. 

Dane o obiekcie

Opis

Choć puścili na ziemie polskie tylko drobne zagony, dwa razy splądrowali kraj. Spalili Kraków i Sandomierz, wybili kwiat rycerstwa z Małopolski i Śląska. W bitwie pod Legnicą zgładzili najpotężniejszego wówczas piastowskiego księcia − Henryka Pobożnego. Mongołowie stworzyli imperium cztery razy większe od Cesarstwa Rzymskiego. Podbili ziemie od Chin i Korei przez Iran, Ziemię Świętą po Ruś oraz Węgry. Czy była to najbardziej przerażająca i jednocześnie najskuteczniejsza armia w historii świata? Henryk Pobożny był ledwie jednym z długiego korowodu władców, którzy starcie z Mongołami przypłacili życiem. Tartarii – jak nazywali najeźdźców współcześni − miażdżyli kolejne kraje już od kilkudziesięciu lat i stworzyli drugie co do wielkości imperium w dziejach. Jak doszło do tego, że stepowa armia stała się niezwyciężona? Czy rzeczywiście Mongołowie byli tak krwawymi potworami, jak pisano o nich w Europie? Czy los Henryka Pobożnego był przesądzony i książę musiał zginąć z ich ręki? I dlaczego wreszcie, mając rozbitą Polskę u stóp, nie włączyli jej – tak jak Rusi − do swojego imperium? O budzącym śmiertelny strach imperium mongolskim w podcaście z serii „1000 lat. Prześwietlenie” opowie Łukasz Starowieyski. Jego gościem jest dr Tomasz Borowski z Muzeum Historii Polski.