Mity o Kazimierzu Wielkim - Mediateka - Muzeum Historii Polski w Warszawie SKIP_TO
Wizyta w muzeum Przejdź do sklepu
Podcasty
Audio

Mity o Kazimierzu Wielkim

Muzeum Historii Polski (producent);

26/03/2023

Transkrypcja

Jest jedynym, którego potomni nazwali wielkim. W historii Polski trudno znaleźć zresztą wybitniejszych, ale też trudno znaleźć takiego, na którym ciążą aż tak ciężkie zarzuty. Kazimierz, ten, który zostawił Polskę murowaną, oskarżony jest o gwałt, tchórzostwo, a niemal dezercję czy bigamię. Łukasz Starowieyski. Zapraszam na kolejny podcast Muzeum Historii Polski z cyklu 1000 lat. Prześwietlenie. Gwałt, bigamie i tchórzostwo Mity o Kazimierzu Wielkim. Nosi łaciński przydomek Magnus, czyli wielki. Kazimierz z ledwo co ulepionego przez ojca kraju śmiertelnie zagrożonego upadkiem stworzył państwo, z którym musieli liczyć się najważniejsi władcy Europy. Do dziś w całej Polsce widać ślady jego panowania. Z drugiej strony, czy na pewno przydomek Wielki mu się należy, skoro bez walki oddał Pomorze Gdańskie, a za jego panowania ostatecznie spod polskich wpływów oderwał się Śląsk? Skoro nie wygrał żadnej wielkiej bitwy i nie dokonał żadnego heroicznego czynu. A do tego zostawił kraj z bezsensownie wymyślonym planem na sukcesję. Dziś będzie o Kazimierzu Wielkim. Spróbujemy też prześwietlić, jak to się stało, że ten mężczyzna, który jak pisał Jan Długosz. „W ponętach światowych ugrzęzły. tych grzechów cielesnych ani Boskim ani ludzkim mieczem nie dał z siebie wytępić”. A do tego miał aż cztery żony. Nie dochował się dziedzica i zamknął dynastię Piastów.

 

Część pierwsza. Wielki nie znaczy wysoki.

 

Był wrzesień roku 1364. Kraków przeżywał dni chwały wyjątkowe w swej historii. Do stolicy wjeżdżały jedna po drugiej wielkie, kapiące złotem świty królewskie i książęce. Właśnie zaczynał się zjazd monarchów europejskich. Wśród gości był cesarz Karol Luksemburski, władca Węgier Ludwik Andegaweński, a nawet król Cypru. Do tego margrabia Brandenburgii oraz książęta ze Śląska i Pomorza. Być może nawet król Danii. „A jak zostali ugoszczeni, uczczeni, obsłużeni i podejmowani chlebem, winem, wszelkimi rodzajami pożywienia i napojów, wszelkim ptactwem, rybami i innymi gatunkami mięs. Szalony byłby, kto by o to wszystko pytał, bo nie powinno się pytać o to, ponieważ niepodobna na takie pytania odpowiedzieć. Tak, zostali wspaniale ugoszczeni”. Zachwycał się francuski poeta, opisując legendarną ucztę u restauratora Wieżynka. Nie jest pewne, nad czym władcy radzili. Być może nad organizacją wspólnej krucjaty. Dla naszej historii nie jest to ważne. Pochłaniając kolejne dania, klaszcząc i wznosząc toasty, dostojni goście jednoznacznie uznawali siłę i potęgę władcy Polski i jego kraju. Kazimierz przez 30 lat swoich rządów z kraju, który ledwie pojawił się znów na mapach, uczynił europejskiego gracza. To były dni jego wielkiego tryumfu. Jak wyglądał ten człowiek, którego właśnie rozpierała duma? Spróbujmy go sobie wyobrazić. W przypadku Kazimierza mamy wyjątkową do tego możliwość. Polskich władców zwykle widzimy oczami Jana Matejki, autora pocztu władców polskich. Na portrecie ostatniego Piasta widzimy mężczyznę o sporej tuszy, długiej, sięgającej piersi brodzie i równie długich włosach. Nos ma wydatny, orli. Ostre łuki brwiowe, broda wysunięta. W przypadku większości władców ich portrety to wyłącznie artystyczna wizja słynnego malarza. Nie tym razem jednak. W 1869 r. przy okazji restauracji grobów królewskich otwarto także sarkofag Kazimierza. Matejko był przy tym obecny. Sporządzono wówczas pomiary, wykonano szkice i ekspertyzę antropologiczną. Właśnie na podstawie tych informacji i własnych obserwacji Matejko namalował portret. Pewnie też korzystał dodatkowo z opisu tworzącego ponad wiek później kronikarza Jana Długosza. Był to mężczyzna wyniosłej postawy, tęgi. Jego twarz budziła szacunek. Włos miał obfity i kręty. Broda opadała mu na piersi. Jąkał się trochę, ale głos miał donośny. Okazywał skłonność do ucztowania, miłostek i innych rozkoszy. Czy istotnie był wysoki? Tego dziś nie sposób stwierdzić. W innym miejscu Długosz dodawał, że Kazimierz był średniego wzrostu. Przy okazji badań w XIX wieku zmierzono elementy szkieletu władcy. Posługując się dokonanymi wówczas pomiarami ówcześni naukowcy określili wzrost króla na między 165 a 187 cm. Jedyne więc, co nie pozostawia wątpliwości, to że znacznie przerósł ojca. Władysław Łokietek mierzył około 150 cm. Zostawmy jednak na razie dorosłego Kazimierza, postawnego brodatego mężczyznę ze sporymi skłonnościami do tycia. By przyjrzeć się jego pierwszym latom. „Dnia 30 kwietnia w miasteczku zwanym Kowale w ziemi kujawskiej, księżna Jadwiga, żona Władysława Łokietka, powiła syna Kazimierza, którego urodzenie i kolebkę osądziłem za godne osobnej wzmianki, aby ją przesłać potomnym czasom”. Pisał najbliższy wydarzeniom z kronikarzy Janko z Czarnkowa. Był rok 1310. Radość musiała być wielka. Rodzice byli już w zaawansowanym jak na owe czasy wieku. Jadwiga miała 44. Władysław ponad 50 lat. Małżeństwo trwało już kilkanaście lat. Kazimierz był trzecim synem pary. Pozostali dwaj jednak umarli w dzieciństwie. Z trzech sióstr dwie dążyły dorosłości. Jedna z nich, Elżbieta, w przyszłości porządnie zamiesza w kotle naszej historii. Kazimierz musiał być, zwłaszcza po śmierci braci, oczkiem w głowie rodziców, co potwierdza Długosz, pisząc, że matka kochała go więcej niż macierzyńską miłością. I tyle wiemy o dzieciństwie przyszłego króla. Wychował się zapewne na Wawelu, w cieniu politycznej zawieruchy, której pełne były rządy jego ojca. Dwa lata przed narodzeniem syna Łokietek utracił na rzecz Krzyżaków Pomorze Gdańskie. Dwa lata po, mierzył się z buntem krakowskich mieszczan. Niewiele później przyłączył do władztwa Wielkopolskę. Ten dzień mały Kazimierz musiał zapamiętać do końca życia. Była niedziela, 20 stycznia 1320 roku. Książę miał niemal dziesięć lat. Ubrany elegancko, stanął pewnie w pierwszym rzędzie katedry na Wawelu. Czuć było zapach kadzidła i podniosły nastrój. Przed ołtarzem stanęli jego rodzice Władysław i Jadwiga. „Arcybiskup gnieźnieński Janisław w czasie uroczystej mszy o Duchu Świętym, namaszcza księcia Władysława Łokietka na króla, zaś jego żonę Jadwigę na królową. Koronuje ich koronami królewskimi”. Po latach ten dzień zostaje uznany za koniec rozbicia dzielnicowego. Bardziej symboliczny, trzeba przyznać niż realny. Jeszcze wówczas mały Kazimierz biernie przygląda się politycznym wydarzeniom, ale ojciec szybko wciąga go w nurt zdarzeń. Dziecka używa się wówczas do zawierania sojuszy. Najpierw Łokietek próbuje zaręczyć syna z córką jednego ze swoich największych wrogów, króla Czech Jana Luksemburskiego. Kolejną kandydatką jest księżniczka z dynastii Habsburgów. Ten plan mariażu też się nie udał. Do trzech razy sztuka, można powiedzieć. Tym razem Władysław oczy skierował na wschód. Rozwiązanie było ryzykowne. Wojowniczy sąsiad Litwa była krajem pogańskim, ale to właśnie córka Giedymina, Aldona, została pierwszą żoną Kazimierza. Ponoć piętnastoletni infant przeciw decyzji się burzył, ale ojca ostatecznie usłuchał. „Z jego rozkazu dla dobra i pokoju Królestwa Polskiego, pojął za żonę córkę wielmożnego księcia pana Giedymina, wielkiego księcia litewskiego”. Pisał Janko z Czarnkowa. Aldona, która na chrzcie przyjęła imię Anna, miała ledwie 12 lub 13 lat i była wesołym dzieckiem. Jeśli pan młody był niezadowolony, to teściowa z miejsca znienawidziła synową. Ortodoksyjna królowa nie mogła ścierpieć zachowania królewny, która jak pisał kronikarz nadmiernie używała życia. Była ona tak oddana uciechom tanecznym i wesołości, iż dokądkolwiek konno lub na wozie się udawała, zawsze przed nią szli śpiewacy z harfami, bębnami, piszczałkami, pieśniami i różnymi melodiami. Ku zgorszeniu dość wielu. Ponoć między młodymi nigdy nie zaiskrzyło. Kazimierz na jej zachowanie patrzył, znów oddajmy głos dziejopisom, raczej z pobłażaniem niż z aprobatą. Być może losy pary ułożyły by się inaczej, gdyby Aldona dała Kazimierzowi syna, ale parze urodziły się dwie córki. W tym czasie życie jedynego dziedzica Łokietka zawisło na włosku. Choroba musiała być naprawdę ciężka, bo matka powierzyła jego życie świętemu Ludwikowi, a sam papież cieszył się w liście z powrotu młodego Piasta do zdrowia.

 

Część druga. Następca tronu.

 

 I ciężkie zarzuty. Gdy Kazimierz wyzdrowiał, Łokietek zaczął wdrażać go do służby, co doprowadziło do ogromnego skandalu, a na wizerunku Kazimierza pozostawiło niezatarte rysę. Książę ruszył w dyplomatyczną misję do Wyszehradu siedziby ówczesnego władcy Węgier Karola Roberta. Celem było zapewne uzyskanie wsparcia przeciw koalicji czesko-krzyżackiej. Władysław nie miał podstaw do żadnych obaw. W końcu wysłał syna do rodziny. Właśnie tu w naszej historii pojawia się siostra Kazimierza. Elżbieta była żoną Karola Roberta. I królową Węgier. Ta wyprawa do dziś kładzie się głębokim, ponurym cieniem na postać Kazimierza. Z poważnym oskarżeniem o gwałt, zamachem na króla i królową, a także krwawą i okrutną kaźnią. Młody książę trafił nagle do zupełnie innego świata. Na Wawelu nie istniał jeszcze nawet gotycki zamek, a wyszehradzki składał się z 350 komnat. Był pełen przepychu. Do tego obowiązywały w nim wzory zaczerpnięte z dworów z bogatych zachodnich krajów. Nie było krakowskiego ascetyzmu, były powłóczyste suknie, mnogość klejnotów. Byli muzykanci, śpiewacy, błazny i piękne, ponętne damy dworu. Mimo to na pozór beztroskie otoczenie było jednak tłem historii jak z thrillera. A łańcuch zdarzeń, który doprowadził do tragedii, miał sprowokować właśnie Kazimierz. Zacznijmy od końca. Od faktów niemal pewnych, bo powtarzanych przez kronikarzy w wielu krajach, m.in. we Włoszech czy w Czechach. Także tych współczesnych wydarzeniom. Mniej więcej w czasach wizyty polskiego księcia na Węgrzech nastąpiła krwawa rozprawa z potężną magnackich rodziną Zachów. Życie straciła głowa rodu Felicjan, a także jego syn, córka i zięć. Dalsi krewni pozbawieni zostali majątków i wyrzuceni z kraju. Powodem rozprawy miał być zamach na króla i królową. Felicjan wraz z synem i kilkoma pachołkami wpadł do komnaty królewskiej w czasie obiadu. „I z największą gwałtownością, jaką nadzieja tak wielka lub ostateczna rozpacz sprawiać może, wymierzył sztylet na króla i królową. Karol w rękę otrzymał krwawą, jednakże nie bardzo szkodliwą ranę. Elżbieta zaś królowa u ręki prawej cztery utraciła palce. Potem jakby zwierz wściekły rzucił się morderca na dwóch braci królewiczów”, opisuje Długosz. Napastników udało się jednak obezwładnić. Co wspólnego miał z tym Kazimierz? Najszerzej mówi o tym właśnie Długosz piszący, przypomnijmy, niemal półtora wieku później. Choć sam nie jest chyba pewny swojej wersji, bo opowieść zaczyna od słów „twierdzą niektórzy”. Ponoć bawiącemu na dworze Kazimierzowi spodobała się dwórka Elżbiety Klara, córka wspomnianego Felicjana. Musiała być nieczuła na umizgi księcia, bo potrzebny okazał się podstęp, w którym uczestniczyła też królowa Elżbieta. „Kazimierz, pragnący swojej chuci dogodzić, udał chorego i położył się w łóżku, po czym królowa węgierska Elżbieta, przybywszy do niego niby w odwiedziny, powyprawiała z pokoju, usługujących choremu domowników pod pozorem, jakoby coś tajemnego z nim mówić miała. A sama tylko pozostała z rzeczoną Klarą, która z nią razem przybyła. Potem wymówiwszy jakieś słowa pozorne, wyszła, a dziewicę Klarę u książęcia Kazimierza zostawiła na zgwałcenie”. Sprawa być może przeszłaby bez echa, gdyby nie sama poszkodowana. „Dziewica bowiem Klara od książęcia Kazimierza zgwałcona i do syta użyta, zwierzyła się ojcu Felicjanowi swojej przygody, prosząc go i zaklinam, aby się pomścił jej krzywdy”. Długosz twierdzi, że Kazimierz wyczuł pismo nosem i uszedł do Polski, więc zemsta dosięgnąć go nie mogła. Felicjan postanowił wymierzyć sprawiedliwość węgierskiej rodzinie królewskiej. To właśnie ów nieudany zamach spowodować miał falę krwawych represji. Okrutna kara nie ominęła według Długosza nawet nieszczęsnej Klary, której obcięto nos, wargi i palce u rąk i tak okaleczoną wożono w klatce po kraju. Ślad po zamachu do końca życia nosiła też Elżbieta, którą zwano ponoć odtąd królową kikutową, czyli bez ręki. Warto przy tym dodać, że współczesne wydarzeniom źródła, nawet te niechętne Węgrom czy Polsce, opisując krwawą kaźń, milczą o przestępstwie Kazimierza. Postać księcia pojawia się dopiero w późniejszych opisach. Być może więc sklejają w jedną dwie różne historie. Nie rozstrzygając o winie Kazimierza przy określeniu gwałciciel musimy postawić słowo domniemany. Tym bardziej, że zemsta na rodzinie Zachów bardziej przypomina rozgrywkę rodową niż rzeczywistą karę za zamach. Bezsprzecznym faktem jest natomiast, że Kazimierz bezpiecznie wraca do kraju, a my wraz z nim możemy zmierzyć się z kolejną przeżywaną mu łatką. Tchórza. Władysław Łokietek od 9 lat nosił koronę, a jego kraj składał się właściwie tylko z Małopolski, ziemi sandomierskiej i sporej części Wielkopolski oraz Kujaw. Wojna z Brandenburgią pozwoliła zneutralizować na czas jakiś jednego groźnego sąsiada. Małżeństwo Kazimierza z córką Giedymina uspokoiło krewkiego sąsiada ze wschodu. Nadal jednak młode państwo Władysława miało dwóch śmiertelnych wrogów. Krzyżacy wcale nie zamierzali zadowolić się zagarniętych Pomorzem Gdańskim. Król Czech, który jako następca Wacławów tytułował się królem Polski, marzył, by koronę założyć faktycznie. I nie tylko marzył. Już w 1325 roku ruszył na Kraków. Wówczas Łokietka uratowała zbrojna interwencja węgierskiego zięcia. Nawet osobno obaj wrogowie byli dla Polski Władysława niezwykle groźni. Ich pakt byłby dla młodego państwa niebezpieczeństwem śmiertelnym. I właśnie taki pakt został zawarty. W 1328 roku Luksemburg ruszył z Krzyżakami na Litwę, a wracając wsparł zakon w zdobyciu ziemi chełmińskiej. Dodatkowo wymógł na księciu płockim przysięgę lenną, a także zhołdował część śląskich książąt. Na szczęście dla Łokietka to była ich ostatnia wspólna inicjatywa. Na kolejne Luksemburczyk się spóźniał. Zatrzymywały go albo zagrożenie ze strony Węgier, bądź też sprawy na Śląsku. Krzyżacy jednak nie rezygnowali. Co roku urządzali niszczące najazdy to na Kujawy, to na Wielkopolskę. Być może dlatego Łokietek postanowił swego 21 letniego syna wysłać na pierwszą samodzielną placówkę. Kazimierz otrzymał namiestnictwo Wielkopolski i Kujaw. Według źródeł miał zająć się przede wszystkim odbudową warowni. Przy tej okazji wielu historyków pisze, że książę wdrażał się do zarządzania państwem. Hipoteza tyleż pociągająca, co nie sprawdzalne. O jego działaniach nie wiemy praktycznie nic. Wiemy, że nie miał łatwo, bo poprzedni namiestnik, urażony zdjęciem z urzędu, przeszedł na stronę Krzyżaków, a nawet wziął udział w ich wyprawie. Jeśli chodzi o Kazimierza, to posiadamy tylko jedną informację na temat tego, co mu się udało. Udało mu się w porę uciec. „Książę Kazimierz, ostrzeżony nieco wcześniej o grożącym mu niebezpieczeństwie, opuściwszy z wiernymi rycerzami Pyzdry udał się w leśne ustronia jako bezpieczniejsze”, pisze Długosz, dodając, że zakon zdobył Pyzdry, które do obrony były nieprzygotowane. Czyż nie z winy Kazimierza? Nie jest to jednak najsławniejsza ucieczka Kazimierza. Pytanie tylko, czy ta druga z pola bitwy zdarzyła się naprawdę. W 1331 roku Łokietek był za słaby, by stanąć oko w oko z armią zakonu. Podążał jednak za nią, czyniąc im, jak napisał kronikarz, uszczerbki. A pod Płowcami zaatakował tylną straż, złożoną zapewne z jednej trzeciej całej krzyżackiej armii. Bitwa przeszła do legendy, choć może nie do końca zasłużenie. Nie tu jednak miejsce, by o niej szczegółowo opowiadać. Pochylmy się tylko nad jednym detalem Bitwy pod Płowcami. Posłuchajmy najpierw niemieckiej, późniejszej kroniki. „Syn królewski pierwszy rozpoczął ucieczkę i jednym ciągłym marszem podążył aż do Krakowa”. Miał przy tym rozgłaszać, że Polacy zostali pokonani. A więc jednak tchórz, najpierw ukrywający się w lasach, a później opuszczający w popłochu pole walki. Niekoniecznie. Rocznik Trzaski napisany współcześnie wydarzeniom nadmienia o ucieczce części polskiego rycerstwa, o Kazimierzu nie wspominając. Długosz, próbując porządkować informacje z pola bitwy, ma inną hipotezę. Jego zdaniem księcia w ogóle tam nie było. „Synowi jednak Kazimierzowi każe ustąpić prawie z szeregu do silnie obwarowanego zamku, by w odpowiednim czasie, gdyby przypadkiem wrogowie odnieśli zwycięstwo. Kazimierz ratował królestwo i ojczyznę”. Znów więc, podobnie jak z historią gwałtu, pewności mieć nie możemy. Być może uciekł, może wycofał się, a może, jak chcą niektórzy, w ogóle go tam nie było. Dla tamtych wydarzeń 21 letni książę nie był zbyt istotny. Już niedługo miało się to zmienić. Czas jego panowania zbliżał się wielkimi krokami. Choć wcale na to nie wyglądało.

 

Część trzecia. Objęcie władzy, czyli wątpliwości na łożu śmierci.

 

Łokietek miał 70 lat i w owych czasach mógł uchodzić za starca, ale niezwykle czerstwy musiał być z niego staruszek, skoro nie tylko dowodził w Bitwie pod Płowcami, lecz miał nawet w niej uczestniczyć. I nie spoczął na tym. Rok później poprowadził kolejną wyprawę. Śląskim książętom, odebrał kolejne posiadane przez nich fragmenty Wielkopolski. Zdrowie króla załamuje się nagle. Być może to wylew. Łokietek cierpi na częściowy paraliż ciała i ma kłopoty z mówieniem. W marcu 1333 roku leży na łożu śmierci. Jeśli wierzyć Długoszowi zdobywa się na ostatni wysiłek. „Chociaż król osłabiony ciężką chorobą z trudem wiązał myśli. Chrapliwym głosem, jak mógł, przemówił do prałatów, panów i całego ludu. «Błagam i zaklinam was, abyście tego mego syna Kazimierza wybrali na moje miejsce, na moją stolicę królewską. Przepowiadam to, jeśli mnie miłość nie myli, dzielnie się spisze»”. Łokietek władzy synowi nie oddaje bezwarunkowo. Stawia żądania, a nawet według Długosza grozi. Chce, by Kazimierz odebrał ziemie zajęte przez Krzyżaków. „Niech cię żaden układ, żadna konieczność nie skłoni, abyś z niej ustąpił, bo albo zdobędziesz wieczną sławę, jeśli spełnisz moje rozkazy, albo narazisz się na wieczną sromotę, jeżeli je zlekceważysz”. Na koniec zamienia też kilka słów z samym Kazimierzem. To musiała być poruszająca scena. W łożu leży drobny staruszek, dodatkowo skurczony wiekiem i chorobą. Obok, na brzegu łóżka przysiada się pełen życia przysadzisty młodzieniec. Nachyla się i słucha. Słowa nie przetrwały do naszych czasów. Snop światła może rzucić przekaz innej kroniki. Łokietek do swych najbliższych doradców zwraca się z prośbą, by służyli synowi z przezornością i wiernością. Swą przemowę kończy zaś tajemniczo. „Lecz tego o co dla niego proszę, nie znając jego przyszłego zachowania się sam z wami tym razem omawiać nie będę”. Jeśli słowa są prawdziwe, musiało być coś niepokojącego w charakterze lub czynach Kazimierza. Co takiego? Nie wiadomo. Może któryś z zarzutów był prawdziwy. Łokietek umiera 2 marca 1333 roku. Kazimierz ma lat 23. To chwila, gdy zaczyna pracować na swój własny rachunek i legendę. Mnóstwo spraw miał do załatwienia nowy władca, wiele z nich nie cierpiących zwłoki. Nim jednak krok po kroku wraz z Kazimierzem zaczniemy je rozwiązywać, warto sporządzić bilans otwarcia. Niezbyt to wesoły widok. Polska składa się praktycznie z dwóch ziem Małopolski i Wielkopolski, co gorsza oddzielonych od siebie ziemią sieradzką i łęczycką. Władaną przez dwóch stryjecznych braci Kazimierza jako lenników. W sumie Polska ma nieco ponad 100 tysięcy kilometrów kwadratowych powierzchni. I tylko jednego na pewno nie brakuje Kazimierzowi - potężnych wrogów. Czają się niemal za każdą granicą. Krzyżacy od północy, Brandenburg od zachodu Czesi od południowego zachodu. Wschodni sąsiedzi Litwini, mimo mariażu z Aldoną nie byli też do końca pewni. Jedynie południe było bezpieczne. Węgrami nadal władał szwagier polskiego władcy. Drapał się pewnie długo po bujnej czuprynie młody władca. Pusty skarb, spustoszony wojnami kraj. Buntuje się Wielkopolska. Słusznie pisał historyk Jan Korwin Kochanowski. Zrujnowany wewnętrznie, a zagrożony zewsząd zlepek państwowy, cudem wyłoniony z dzielnicowego chaosu i cudem utrzymany dotąd w całości. Na skroniach spadkobiercy Łokietkej chwały cierniowa zaiste spoczęła korona.

 

Część czwarta. Początek panowania. Przyczajony tygrys.

 

Nim zabrał się Kazimierz za porządkowanie stajni Augiasza musiał pozamiatać we własnym domu. Okoniem stanęła matka. Jadwiga nie chciała zgodzić się na koronację synowej Aldony, której jak pamiętamy, szczerze nie cierpiała. Twierdziła, że w Polsce jest miejsce dla jednej królowej. Syn objawia talent negocjatora, a także pokazuje, kto tu rządzi. Królowa Matka. „Zgadzając się dobrotliwie na prośby syna, którego bardzo czule kochała, wstąpiła do klasztoru Świętej Klary w Starym Sączu”. Kazimierz wraz z żoną zostaje koronowany ledwie półtora miesiąca po śmierci Łokietka. Teon jest jednak wyjątkowo chybotliwy, potężny Luksemburg nie uznaje koronacji. Kazimierza zwie ledwie władcą krakowskim, a siebie królem Polski. Z tej pozycji rozmawia z Krzyżakami, przyznając mu prawo do zajętych przez nich ziem. W sojuszu z zakonem chce zdobyć Wielkopolskę i tam, w kolebce polskiego państwa koronować się. Plan był realny. Zapuszczał się już król Czech pod Kraków czy do Wielkopolski. Krzyżacy potężnie szkodzili na północy. Kazimierz zakasał rękawy. Rozmowy z Krzyżakami musiały być prowadzone od dłuższego czasu, bo jeszcze przed koronacją przedłużony zostaje rozejm zawarty przez Łokietka. Później prolongowany zostaje o kolejne dwa lata. Kazimierz kupuje sobie czas. Jednocześnie obie strony zgodziły się na sąd polubowny w osobie władców Czech i Węgier. Kwestia samego Luksemburczyka była bardziej delikatna. Potrzebna była interwencja szwagra. To władca węgierski Karol Robert namówił Jana do rozmów, a następnie do spotkania. Dyplomacja nie znosi bezczynności. Kazimierz chyba też. Przy okazji pokazuje, że potrafi patrzeć na sytuację także z szerszej perspektywy. Wykonał ruch, na którego wieść Jan musiał poczuć nieprzyjemny dreszczyk. Podjął negocjacje z wrogiem. Luksemburczyka cesarzem, proponując nawet mariaż potomków. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Jesienią 1335 roku władcy Polski, Czech i Węgier zjeżdżają się na zamku w Wyszehradzie. Sprawa z punktu widzenia Kazimierza najważniejsza, została załatwiona szybko. Jan zrzekł się praw do tytułu króla polskiego. Kazimierza sukces kosztował słono. Zapłacił za to 20 000 kóp groszy, czyli ponad 4 tony srebra. Polsko-czeskie porozumienie miało być potwierdzone przyszłym małżeństwem córki Kazimierza z wnukiem Jana. Mniej udanie, choć pewnie zgodnie z przewidywaniami zakończyła się sprawa sądu polubownego z Krzyżakami. Władcy Czech i Węgier potwierdzili prawa zakonu do Pomorza Gdańskiego i ziemi chełmińskiej. Do Polski miały wrócić Kujawy i ziemia dobrzyńska. Choć pewnie nie w pełni zadowoleni Jan i Kazimierz wyjechali z Wyszehradu ramię w ramię. Polski król nawet odwiedził po drodze Pragę. Zjazdy monarchów i rozprawy sądowe, a nie pola bitewne. To niezwykle charakterystyczne dla panowania Kazimierza. Kolejny zjazd w Wyszehradzie odbył się już trzy lub cztery lata później. Kazimierz postanowił jednak wrócić do sprawy Pomorza Gdańskiego. Potrzebował jednak zgody Jana na postawienie Krzyżaków przed sądem papieskim. I tym razem zgodę uzyskał, choć znów oczywiście nie za darmo. Kazimierz też musiał ustąpić. Uznał lenną zwierzchność Jana nad księstwami śląskimi, a także nad Płockiem. Dużo poświęcał Kazimierz, by rozpocząć obiecaną ojcu walkę o Gdańsk. W gościnie u króla Węgier załatwiono też inne sprawy, które mogły się wydawać w owym czasie drugoplanowe, ale zaważyły na historii Polski. Kazimierz otrzymał prawo do przejęcia Rusi Halickiej po bezpotomnej śmierci ówczesnego władcy, a swojego kuzyna. Węgrzy nie zrzekli się roszczeń do Rusi bezinteresownie. Być może to wówczas Kazimierz zgodził się, by w przypadku, gdy nie zostawi męskiego potomka, jego następcą został syn węgierskiego Andegawena. Oba układy w owej chwili należały do kategorii fantastyki. Kazimierz miał ledwie 40 lat, a ruski książę o dziesięć lat mniej. Polskiemu władcy, pełnemu temperamentu, ojcu dzieci z prawego i nieprawego łoża, nawet pewnie przez myśl nie przeszło, że umowa z Węgrami zostanie wypełniona. Podobnie jak to, że już niebawem będzie toczył walki o Ruś. Na razie myśli jednak o Pomorzu i Krzyżakach. Potrzebuje dobrego powodu, by rozpocząć z nimi wojnę. Idzie więc do sądu. Przy okazji którego pierwszy raz na szersze historyczne wody wypływa miasto nad Wisłą - Warszawa. To tam ma odbyć się sąd. Zarówno dla Polski, jak i dla Krzyżaków to była zagranica. Włada nim książę mazowiecki Trojden. „Stosownie do obyczaju krajowego dostęp do tego miejsca jest otwarty i bezpieczny. Ponieważ jest obwiedzione murem i zaopatrzone w towar sprzedażny. Ma domy i zajazdy dość przyzwoite i bezpieczne”. Krzyżacy dobrze wiedzieli, co się święci, więc już w Wyszehradzie zapowiedzieli, że noga ich w Warszawie nie postanie. Proces odbył się zaocznie. Król wytoczył najcięższe działa. Pisał do papieża, że zakon dokonał zaboru. „Nie bez wielkiej rzezi chrześcijan i spalenia nawet stu kościołów”. W sumie przed legatami papieskim przesłuchano ponad stu świadków, a sąd przyznał rację Polsce. Krzyżacy mieli zwrócić wszystkie ziemie, a także zapłacić bajońskie odszkodowanie. Ponad 38 ton srebra. Zakon oczywiście apelował. A kolejny papież zalecił doprowadzenie do pokoju na warunkach z pierwszego zjazdu w Wyszehradzie. Kazimierz podjął wówczas być może najtrudniejszą decyzję w swoim życiu. Zrzeka się Pomorza Gdańskiego. „Usposobieniem, bowiem całkowicie różny od ojca wzdragał się przed tym, co należało przeprowadzić zbrojnie i przy użyciu oręża. Wolał załatwić sprawę ugodowo, nawet z krzywdą. Zawiera niesprawiedliwy pokój. A wieczysty pokój zatwierdzono uroczystą przysięgę”. Pisze święcie oburzony Długosz, kładąc podwaliny pod kolejny mit związany z Kazimierzem. Władcy, który nie chciał się bić. Czy odstąpienie bez walki Pomorza to był błąd i czy można było rozegrać to inaczej? O tym dr Tomasz Borowski z Muzeum Historii Polski. Kazimierz Wielki nie tyle zrzekł się Pomorza, co uznał fakt, że Polska nie posiadała nad nim kontroli. Kazimierz Wielki cieszy się pozytywną opinią, ma bardzo pozytywny wizerunek i z tej perspektywy łatwo wskazać, że była to decyzja dobra, bo nieunikniona, tzn. Kazimierz Wielki nie miał wyjścia, tylko po prostu musiał uznać, że Zakon krzyżacki jest od Polski silniejszy i to on kontroluje Pomorze. Polska nie ma fizycznej możliwości odzyskania nad nim kontroli. I tutaj w polskiej historiografii dominuje taki pogląd, że Kazimierz Wielki musiał załagodzić spory z silniejszymi partnerami, tzn. z Zakonem Krzyżackim oraz z Luksemburgami, z Czechami, żeby móc otworzyć się na wschód, żeby dokonywać ekspansji na Wschód, ponieważ tam był potencjał. I w ten sposób tłumaczy się, że była to decyzja słuszna i mimo że trudna, to niezbędna. Warto przy tym zauważyć, że ta ocena wynika stąd, że my wiemy, że zaledwie 100 lat później Polska Pomorze i tak odzyska. Pewnie zupełnie inaczej byśmy na to patrzyli, gdyby następcy Kazimierza Pomorza nigdy nie odzyskali. Nie ma tutaj historycznego determinizmu i nie było pewne, że Pomorze kiedykolwiek odzyskamy. W jakimś sensie zgadzając się, że była to decyzja słuszna i nieunikniona, warto pamiętać, że pewnie ocenialibyśmy ją zupełnie inaczej, gdyby nie to, że sto lat później następcy Kazimierza tę decyzję odwrócili. Więc łatwiej jest nam się z tym pogodzić, bo uznajemy to tylko za czasowe odłożenie tego konfliktu na później. I z tej perspektywy była to decyzja słuszna. Fala oburzenia przesuwa się przez cały kraj. Bez walki, lekceważąc ostatnią wolę ojca. Czy można znaleźć dla niego jakiekolwiek usprawiedliwienie? Otóż nie trzeba wcielać się w rolę adwokata diabła, by jeśli nie usprawiedliwić, to przynajmniej zrozumieć motywy działania Kazimierza. Nie kto inny jak Długosz jako pierwszy dziejopis kojarzy te fakty. „Król Polski Kazimierz, widząc, że jest uwikłany w wojnę z Litwinami i Rusinami, z obawy, żeby równocześnie nie był zmuszony do prowadzenia wojny z trzema wrogami, postanawia zgodzić się na warunki”. Otóż to. Kazimierz musi wybierać, bo przed oczami ma projekt równie wielki. Chce przyłączenia Rusi. Młody książę Jerzy Trojdenowicz zostaje otruty ledwie rok po wyszehradzkim zjeździe. Nie było czasu do stracenia. Kazimierz zareagował błyskawicznie. W maju 1340 roku na krótko wraz z wojskiem węgierskim zajął Lwów. Najazd ponowił miesiąc później. Zwyciężył też Tatarów, którzy również roszczą sobie prawa do tych ziem. „A chociaż zebrało się blisko 40 tysięcy Tatarów i tyluż lub więcej Rusinów, to jednak z jakiegoś strachu i trwogi liczni zostali powaleni i zabici przez bardzo dzielnych, choć szeregowych Mazowszan i być może bardziej z pomocą boską pokonani zaczęli ucieczkę, a król w ten sposób ze zwycięstwem i wielką chwałą do siebie powrócił bez żadnych obrażeń czy straty swojej szlachty”. Relacjonuje w Roczniku Traska, zapewne uczestnik wyprawy. Nawiasem mówiąc, czy tak postępuje władca, który jak może, unika walki zbrojnej? Wszystko szło jednak jak po grudzie, bo bojarzy trzymali się nader mocno, a do tego coś dla siebie próbują wyszarpać także Litwini. Sytuacja z tymi ostatnimi komplikuje się dodatkowo, bo właśnie umiera pierwsza żona Kazimierza Aldona, siostra obecnych władców Litwy. Do tego trzy lata później odchodzi najwierniejszy sojusznik polskiego króla Karol Robert. Jego synowi Ludwikowi, który na Węgrzech dochował się później przydomka Wielki, daleko jeszcze do siły i rozmachu ojca. Kazimierz próbuje zabezpieczyć się od Zachodu. Pojmuje za żonę Adelajde, córkę księcia heskiego. Okazuje się to wielkim błędem. Dlaczego? Zajrzymy oczywiście do alkowy króla, ale jeszcze nie teraz. Kilkadziesiąt lat przyczajony Kazimierz czekał i wykorzystywał kolejne okazje do powiększenia ruskich zdobyczy. Co pewien czas to wyprowadzając kolejne ciosy, to próbując odparować litewskie, to znów negocjując. Ostatnią akcję zbrojną przeprowadził w połowie lat 60. Częściowo przesunął granice, ustanowił też księstwa wasalne. Ostatecznie do Polski przyłączył obszar o powierzchni prawie 100 tysięcy kilometrów. Z Lwowem, Przemyślem, czy Haliczem, Łuck, Chełm czy Kamieniec Podolski stały się polskimi lennami. Wcale jednak nie jest tak, że Kazimierz zerkał tylko w jedną stronę. W tym czasie przyłączył ziemie wschowską w Wielkopolsce. W czasie jego panowania książęta mazowieccy z lenników króla Czech, a później cesarza, stali się wasalami Polski. I nie zaniechał sprawy Śląska. Jak zwykle, czekał na okazję. To sprawy były niezwykle skomplikowane. Tylko pojedyncze księstwa nie były jeszcze lennami Czech. Kazimierz lawirował, by zlikwidować czeskie roszczenia do Mazowsza, zrzekł się oficjalnie swoich do Śląska. Z drugiej strony kilka razy wyprawiał się zbrojnie do tej dzielnicy, ryzykując konflikt z Luksemburgczykami. Przeciągnął strunę raz - w 1344 roku. Król czeski ruszył wówczas na Małopolskę i nawet bezskutecznie oblegał Kraków. Szybko jednak, pod presją wojsk polskich i węgierskich, musiał zawrócić. Kazimierz w swoim zwyczaju przyczaił się. A gdy nadarzyła się okazja, wrócił do sprawy. Pojął nawet za żonę córkę księcia Żagania, stając się przy okazji potrójnym bigamistą, do czego wrócimy jeszcze w dalszej części podcastu. Pod koniec lat sześćdziesiątych planował nawet wielką wyprawę na Śląsk. Nie zdążył jednak. Wraz z jego śmiercią upadł ostatni plan przywrócenia dzielnicy do polskiej strefy wpływów. Tylko raz jeśli wierzyć, Długoszowi zdecydował się na prawdziwą awanturę. Ponoć wybrał się z wyprawą do Mołdawii. Wielu historyków powątpiewa, czy rzeczywiście się ona odbyła. Kazimierz ma często opinię króla, który unikał wojen. Czy to opinia słuszna? To pytanie do doktora Tomasza Borowskiego.

 

„Faktycznie, Kazimierz Wielki nigdy nie odniósł błyskotliwego zwycięstwa nad przeważającymi siłami wroga. To się brało trochę stąd, że nigdy nie stanął do walki z przeważającymi siłami, więc pozbawił się tej szansy. Natomiast nie jest prawdą, że nie sięgał po przemoc. Także korzystał z wojny jako z narzędzia dyplomacji. Wydaje mi się, że Polska ma taki ambiwalentny stosunek do zajęcia Rusi. Często w podręcznikach pada pojęcia właśnie przyłączenie Rusi, że on tę Ruś odziedziczył, bo mu władca Rusi zapisał ją w testamencie. Nie używamy języka podboju do tego, podczas gdy w praktyce to był podbój. To znaczy oczywiście ten testament ostatniego władcy był dobrym casus belli. Natomiast miejscowa ludność Kazimierza nie chciała. Lwów został zdobyty, skarbiec został spalony. Tam dochodziło do regularnych bitew, palenia. To był podbój wojskowy. My, mam na myśli polska historiografia, postrzegamy to raczej jako przyłączenie. To jest nieprawda. Ruś była bogatym księstwem. Były tam liczne zamki, liczne katedry, klasztory. Kazimierz zdobywał grody, chociażby Chełm nazywany zielonym pałacem, ponieważ pałac ruskich książąt był wzniesiony z zielonego kamienia. Był to potężny, ufortyfikowane pałac otoczony klasztorami, więc zdecydowanie przyłączenie Rusi było aktem podboju i jest takim militarnym sukcesem. To jest zwyczajny podbój, gdzie Kazimierz wiedział, że tak daleko sięgną granice polskie jak daleko on da radę podbić? I w tym sensie Kazimierz Wielki jest królem, wojownikiem. Warto na koniec politycznych rekonstrukcji zdarzeń dorzucić kwestię pozycji Kazimierza. Gdy tuż po objęciu władzy jechał na zjazd do Wyszehradu, był poniekąd petentem nazywanym ledwie księciem krakowskim, a nie królem. 30 lat później Kazimierz to już gracz wagi ciężkiej na arenie europejskiej. Zawiera pakty czy rozsądza spory państw niemieckich, Czech, Węgier czy cesarstwa. Zawiera sojusze nawet z królem Danii, a władców potrafi zaprosić do siebie”.

 

Część piąta. Gospodarz. Mury i statuty.

 

Zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną. Gdyby zadać dowolnemu uczniowi pytania o Kazimierza, pewnie przytoczyłby właśnie taką sentencję. Słusznie. „Wszystkie te miasta i zamki bardzo mocnymi murami, domami i wysokimi wieżami, nadzwyczaj głębokimi rowami i innymi urządzeniami obronnymi otoczył. Na ozdobę narodowi, na schronienie i opiekę Królestwa Polskiego. Za czasów tego króla w lasach, gajach i dąbrowach tyle założono wsi i miast, ile ich bodaj nie powstało, kiedy indziej w Królestwie Polskim”. Pisał związany z dworem Kazimierza kronikarz Janko z Czarnkowa. Zaczął król jednak przede wszystkim od gruntownych porządków, co zgodnie przekazują ówczesne kroniki. „Królewską uwieńczony koroną rządził on narodem dzielnie i z pożytkiem. Miłował pokój, prawdę i sprawiedliwych. Zaś najsroższym był prześladowcą złych, grabieżców, gwałtowników i oszczerców. Kto tylko popełniał łotrostwa lub kradzieże, chociażby to była szlachta, tego kazał ścinać, topić i głodem morzyć. Z braćmi ich i krewniakami, jednak nie przestając jadać, pijać i sypiać. Za jego czasów żaden z potężnych panów lub szlachty nie śmiał biednemu gwałtu czynić”. Brzmi jak literacka laurka albo hagiografia? Prawda, tyle że na jej potwierdzenie są fakty i akty. Akty wydane przez króla choćby o wytępienie rozboju na Śląsku czy Wielkopolsce. Do tego pojawiły się też statuty. Wiślicki dla Małopolski i piotrkowski dla Wielkopolski. Tworzące normy prawne, które z czasem objąć miały całe państwo. Kazimierz wprowadza też jednolity system zarządzania krajem. Rada królewska to ciało doradcze. Starostowie to urzędnicy lokalni, pełniący funkcje nie tylko administracyjne, ale też ekonomiczne i sądownicze. Po raz pierwszy w dziejach Polski powołany zostaje pieniężny skarb państwowy, do którego płyną środki z prywatnych majątków króla, podatków, ceł i górnictwa solnego. Niemal od początku panowania stał się też Kazimierz wielkim budowniczym. System zamków powstał na granicach Wielkopolski od północy, w środkowym pasie ziem od Kujaw po Kraków, wreszcie na pograniczu ziem ruskich aż po Halicz. W sumie kronikarze ówcześni wyliczają ponad 50 zamków i niemal 30 ufortyfikowanych murem obronnym miast. System służył Polsce aż do wojen szwedzkich. Trzy wieki później. Jak grzyby po deszczu wyrastają też nowe miasta. Wylicza się, że za Kazimierza powstało ich ponad 100. Do tego budowane są nowe trakty handlowe, jak kanał między Bochnią i Krakowem, a także zlecane prace nad lepszym przystosowaniem Wisły i Nidy do żeglugi. Podbicie Rusi to także kwestia handlu. Tamtędy biegną ważne szlaki znad Morza Czarnego na zachód Europy. Rodzimi kupcy momentalnie się bogacą. Próbuje też król zwiększyć potencjał intelektualny odnowionego państwa. Zakłada Akademię Krakowską. Na jej rozkwit trzeba będzie jeszcze poczekać. Można bez nadmiernego patosu stwierdzić, że powiedzenie o drewnie i murze nie tyczy się li tylko twierdz, lecz całego państwa.

 

Część szósta. Królewskie życie erotyczne.

 

Nim jednak podsumujemy dzieło Kazimierza, zgodnie z obietnicą zajrzyjmy do jego sypialni. Złośliwi powiadali ponoć, że Kazimierz po to zbudował tyle zamków, by móc w nich umieścić wszystkie swoje kochanki. Choć nie zachowała się lista miłosnych podbojów króla, wydaje się, że nie docenili dokonań Kazimierza na tym polu. Pisał choćby Długosz. „Jawnie i pokątnie żył z nałożnicami których tłumy jak jakieś siedliska sromoty porozmieszczał w Opocznie, Czchowie, Krzeczowie i wielu innych miejscowościach. Nic sobie nie robił ze zbawiennych upomnień i rad biskupów i panów”. O tym, jak przymuszony z politycznych powodów wstąpił w związek małżeński z Aldoną, mowa już była. Roztańczona księżniczka serca Kazimierza nie zdobyła, ale wygląda na to, że zachował się wobec niej przyzwoicie. Wbrew matce doprowadził do jej koronacji. Miał z nią też dwójkę dzieci. Historia potoczyłaby się pewnie inaczej, gdyby choć jedno z nich było synem. Aldona zmarła w wieku 29 lat w niewyjaśnionych okolicznościach. Nie wiadomo, czy i na ile jej śmierć wstrząsnęła Kazimierzem. Jeśli nawet, to z szoku otrząsnął się szybko. Oto otwierały się nowe polityczne możliwości. I to jakie! Uderzył w konkury do swojego zaciętego wroga, potężnego Jana Luksemburczyka, który akurat miał córkę na wydaniu. Król Czech wcale nie był temu przeciwny. Gorzej z księżniczką. Małgorzata jak na owe czasy nie była młoda. Miała 28 lat. Do tego była wdową. Za to ponoć była piękna, a jej uroda oczarowała Kazimierza. Tyle, że wzajemności nie znalazł. Według kronikarzy Małgorzata brzydziła się wyjść za mężczyznę, który wcześniej współżył z poganką. Do ślubu nie doszło. Księżniczka zachorowała ciężko i trzy dni przed planowaną ceremonią zmarła. Śmierć nie przekreśliła politycznych planów. Kazimierz i Jan zawarli układ, a polski król nazwał się nawet synem Luksemburgczyka. I pozwolił mu znaleźć dla siebie inną żonę, co okazało się jednym z największych błędów w życiu polskiego władcy. Postanawia poślubić Adelajdę, córkę landgrafa Hesji. Ślub odbył się ledwie trzy miesiące po śmierci Małgorzaty. Małżeństwo tylko początkowo było udane, choć jak przyznaje Długosz, Adelajda była: „Piękniejsza zaletami charakteru niż urody”. Nie to było jednak powodem rozpadu związku. A niepłodność. Ostatecznie Kazimierz zesłał Adelajdę do zamku w Żarnowcu, gdzie spędziła aż piętnaście lat. Tymczasem król doczekał się wreszcie męskiego potomka, a nawet trzech. Tyle że to wciąż nie był następca. Niemierza, Pełka i Jan pochodzili z nieformalnych związków. Być może urodziła ich szlachcianka, Cudka. A może, jak sugeruje Długosz, Żydówka Esterka, choć w jej istnienie nie wszyscy badacze wierzą. Sprawa porzucenia żony i rozpustnego życia stała się głośna w całej Europie. Osobiście próbował wpłynąć na Kazimierza jego teść, władca Hesji, ale odjechał z niczym. Nawet papież wysłał list, w którym nakazał Kazimierzowi, aby: „Oddaliwszy od siebie wszystkie niewolnice łoża małżeńskiego wszeteczeństwem nie kaził”. Wszystko na próżno. Kazimierz nie zamierzał wstępować na drogę cnoty. Przeciwnie, wybrał zupełnie inną ścieżkę. W czasie pobytu w Pradze poznał piękną Czeszkę Rokiczanę, która tak mu zawróciła w głowie, że potajemnie ją poślubił. Bigamista. Tego zarzutu nie da się oddalić, tym bardziej, że władca wcale na tym nie poprzestał. Czeską mieszczkę porzucił w dramatycznych okolicznościach, gdy: „Przez doniesienie komornika i po dopuszczeniu świadectwa własnych oczu, gdy nie ufał relacji, przekonawszy się, że na głowie miała łysinę i parchy, z nią się rozwiódł. O ile co do rozstania nie ma wątpliwości i te pozostają, jeśli chodzi o rozwód. Uparła się też Adelajda. Co prawda wróciła do Hesji, ale unieważnić ślubu z królem nie chciała. Co na to Kazimierz? Wygląda na to, że w ogóle się nie przejął. Wręcz przeciwnie, wziął sobie kolejną żonę. Tym razem była to księżniczka śląska Jadwiga. Ależ to musiał być skandal! Kazimierz zapewne był już krańcowo zdesperowany. Miał 55 lat, ale nie miał dotąd męskiego potomka. Jadwiga miała lat 15. Para mocno zaangażowała się w projekt przedłużenia dynastii. W pięć lat urodziła się jej trójka dzieci. Statystycznie powinien pojawić się syn. Nic z tego. Znów na świat przyszły same córki. W historii Polski Kazimierz ma opinię jednego z największych erotomanów, ale czy to zachowanie odbiegało od innych europejskich władców? Posłuchajmy znów doktora Tomasza Borowskiego.

 

„Zdrada na dworach średniowiecznej Europy nie była czymś rzadkim. To się zdarzało stosunkowo często. Zarówno królowie, jak i królowe, książęta czy szlachta swoich małżonków zdradzali dosyć regularnie i przyczyny były oczywiste. Te małżeństwa były zawierane często z powodów czysto politycznych pomiędzy osobami, które wcześniej się nie widziały, nic do siebie nie czuły czy nawet nie czuły do siebie pożądania. I w związku z tym fakt, że Kazimierz Wielki zdradzał swoje żony, samo w sobie nie było niczym wyjątkowym i pewnie nie oburzyło by tak bardzo opinii publicznej. Natomiast zdaje się, że ekscesy, których dopuszczał się Kazimierz Wielki, wykraczały poza te akceptowalne normy. Zarzuca mu się gwałt, do tego także był bigamistą. To były rzeczy, które zdarzały się w średniowiecznej Europie, ale były to przypadki rzadkie. Jednak jakoś tam oburzały opinię publiczną. Wokół życia erotycznego Kazimierza Wielkiego narosło wiele legend, jak słynna historia, że miał romans z piękną Żydówką. Nie ma na to żadnych dowodów, ale znając Kazimierza Wielkiego, ludziom się to wydawało wiarygodne, bo wiadomo było, że mógł mieć romans właściwie z każdym i nikt by nie był specjalnie zaskoczony. Więc tutaj podsumowując, wyróżniał się na tle Europy i wyróżniał się negatywnie. Jest to też taki obszar, na którym poniósł największą porażkę, ponieważ nie tylko miał z tego powodu polityczne problemy w relacji z papiestwem czy relacji z Królestwem Węgier, ale także nie udało mu się spłodzić męskiego potomka. Miał Kazimierz niecałe 60 lat. Wiek jak na owe czasy podeszły, ale nie dlatego króla Polski. Jego najmłodsza córka Jadwiga liczyła ledwie kilka miesięcy, a on miał wielkie plany. Właśnie szykował się do wyprawy na Śląsk. Myślał też zapewne, by zerwać układ sukcesywny z Ludwikiem Andegaweńskim i na tronie osadzić wnuka Kaźka Słupskiego, gdy niespodziewanie spadł z konia w czasie polowania”.

 

Posłuchajmy człowieka, który relację miał z pierwszej ręki. Dworzanina Kazimierza, Janka z Czarnkowa. „Goniąc jelenia, gdy się koń pod nim przewrócił, spadł z niego i otrzymał niemałą ranę w lewą goleń. Z tego uderzenia niebawem wywiązała się gorączka, która jednakże w krótkim czasie go opuściła. Ponieważ jednak, wbrew zakazom swoich lekarzy, przez nieumiarkowanie i łakomstwo nie chciał powstrzymać się od różnych pokarmów, przede wszystkim zaś od łaźni, zapadł w ciężką gorączkę”. Stan zdrowia króla, to się polepszył, to pogarszał. Gdy dotarł do Krakowa, było z nim już bardzo źle. „Kazał pytać przeze mnie lekarzy stojących przed jego łożem, czy już jest w Krakowie”. W kolejnych dniach napisał testament. Umarł 5 lipca 1370 roku. Uroczysty pogrzeb odbył się kilka dni później. „Jaki był jęk. Jaki płacz. Jakie głośne narzekania panów i szlachty, prałatów, kanoników, mężów kościelnych i ludu podczas złożenia zwłok jego, tego język ludzki niełatwo wypowiedzieć zdoła”. Chyba nie przesadzał kronikarz. Niewielu było pewnie w ówczesnej Polsce ludzi, którym przez lata jego panowania się nie polepszyło. Skończyły się wyniszczające wojny między piastowskim książętami, traktujące teren za miedzą jako wrogie terytorium. Ustały jeszcze bardziej niszczące najazdy państw sąsiednich. Ukrócone zostały zbójeckie bandy, unormowane prawa. Do Polski popłynął szeroki strumień towarów ze wschodnich szlaków. Musiało się polepszyć także zwykłemu człowiekowi. Trudno byłoby sporządzić negatywny bilans jego rządów. A czy był tak pozytywny, by władca zasłużył na miano wielki? To pytanie do historyka Tomasza Borowskiego.

 

„Kazimierz Wielki cieszył się pozytywną opinią swoich poddanych, czy raczej polskich kręgów opiniotwórczych polskich elit już za życia. Pisarze, kronikarze pracujący na dworze króla opisywali go pozytywnie, co samo w sobie nie jest zaskakujące. Ale także w latach następnych, pod panowaniem jego następców, także jego czasy wspominano jako czasy prosperity, dobrostanu i stabilności. Niemniej jednak nie od razu zaczęto nazywać go Wielkim. Ten przydomek, było na ten temat badanie, zdaje się po raz pierwszy został użyty względem Kazimierza pod sam koniec XV wieku pod rządami Jana Olbrachta. Natomiast w XVI wieku był już mocno ugruntowany. Większość kronikarzy już go tak nazywała. Także stany pruskie wspominają czasy Kazimierza jako Kazimierza Wielkiego, króla Grosse. Warto przy tym zauważyć, że cechy, dla których Kazimierz był określany przymiotnikiem Wielki w XVI wieku, to są inne niż teraz. Tzn. w XVI wieku zdaje się najbardziej ceniono w nim sprawiedliwe rządy i kontrolowanie monopolu magnaterii. To znaczy on opierał się o szlachtę średnią i o mieszczaństwo. W XVI wieku w Polsce trwał bardzo istotny spór pomiędzy szlachtą średnią a magnaterią. I wtedy ta szlachta średnia sięgnęła do pamięci o królu Kazimierzu jako takim złotym okresie, gdzie właśnie król razem z klasą średnią był w stanie zapewnić prosperity. Natomiast w dzisiejszych czasach to ten aspekt oczywiście jest istotny, ale chyba mniej istotny niż podbój Rusi, otwarcie na Wschód, czyli ta mądrość, bo my z perspektywy lat wiemy, że Polska osiągnęła wielkość dzięki swoim sukcesom na Wschodzie, więc ten pierwszy władca, który miał mądrość, aby odłożyć spór z Zachodem na później i otworzyć Polskę na wschód, otworzyć na Ruś, wydaje się istotniejsze jako Kazimierz taki geopolityczny wizjoner. Natomiast spójnie od 500 lat jest nazywany Wielkim, więc pewnie zasłużenie. Patrząc na jego panowanie niezwykła jest precyzja działań. Wszędzie widać przemyślany plan. Tak jest z tymi przedsięwzięciami, które ukończył, jak włączenie Rusi czy zhołdowanie Mazowsza i tymi, których wcielić w życie mu się nie udało, dotyczącymi Pomorza Gdańskiego czy Śląska. A może jeszcze ważniejszą cechą była umiejętność wycofania się z projektu, gdy okazywał się zbyt trudny do wykonania? Może dlatego próżno w jego życiu i panowaniu doszukiwać się porażek, wyjąwszy starania o syna. Polska, którą zostawił, była zupełnie innym krajem niż w dniu śmierci Łokietka. Dwa razy większym, murowanym zamkami, zamożnym wewnętrznie i bezpiecznym. Ze średniowiecznych kronik rzadko przebija się prawdziwa postać i charakter. W przypadku Kazimierza jest inaczej. Pojawia się mężczyzna pewny siebie, energiczny i aktywny, czasem porywczy, uwielbiający jeść, polować czy uczestniczyć w wielkich zjazdach. Z ogromnymi potrzebami seksualnymi. Bez wątpienia z kronik wyłania się człowiek z nieposkromionym apetytem na życie. I to koniec historii wielkiego człowieka i wielkiego króla”.

 

Dziękuję, że towarzyszyliście mi w tej podróży. Zapraszam na następne. Łukasz Starowieyski. Podobał Ci się ten podcast? Posłuchaj opowieści o ojcu Kazimierza. Wielki mały człowiek. Władysław Łokietek. 1000 lat Prześwietlenie. Podcast Muzeum Historii Polski o najważniejszych wydarzeniach w historii Polski. Podcastów „1000 lat. Prześwietlenie” wysłuchasz na YouTube, Spotify, Google Podcast, Audiotece, a także na innych platformach podcastowych. Chcesz być na bieżąco? Subskrybuj kanał Muzeum Historii Polski. 

Dane o obiekcie

Opis

W historii Polski był tylko jeden władca, którego nazwaliśmy "wielkim". Chodzi o syna Władysława Łokietka i ostatniego reprezentanta rodu Piastów - Kazimierza. Czy rzeczywiście był wyjątkowym królem, a jego dokonania nie ograniczają się do zdobycia Rusi Halickiej? Co można powiedzieć o przeprowadzonych przez niego reformach wewnętrznych? Czy słynne powiedzenie, że Kazimierz "zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną" jest trafne? Wreszcie, czy stawiane mu zarzuty o tchórzostwo, bigamię i gwałt były prawdziwe? O niezwykle burzliwym okresie w historii Polski i wyjątkowej postaci jaką był Kazimierz Wielki w podcaście z serii „1000 lat. Prześwietlenie” opowie Łukasz Starowieyski.