Magdalena Okraska-Knapik
Okraska-Knapik, Magdalena (świadek historii);
27/06/2018
Klasyfikacja praw autorskich
Minutnik
-
Rodzina
-
Pochodzenie rodziców
-
Dzieciństwo
-
Spędzanie czasu jako nastolatka - chodzenie do teatru
-
Przygotowywanie elementów scenografii
-
Edukacja - studia z informacji naukowej i bibliotekoznawstwa
-
Zainteresowania
-
Wyjazd do Stanów Zjednoczonych na 3 lata
-
Początki mieszkania w Stanach w Chicago
-
Praca w Stanach
-
Zachowanie polskiej tożsamości
-
Obecna praca
-
Co dla p. Magdaleny oznacza bycie Polką
-
Kontakty z Polonią w Chicago
-
Pozytywne wspomnienie z Chicago
-
Różnice między Polską, a Stanami
-
Powrót do Polski
-
Myśli o ponownym odwiedzeniu Stanów
-
Podróżowanie po Stanach
-
Przekaz dla młodzieży polskiej i amerykańskiej
-
Myśli przed wylotem do Stanów
-
Poznanie męża
Transkrypcja
To wywiad z Panią Magdaleną Okraska-Knapik prowadzony przez Muzeum Historii Polski jako część projektu nazwanego „Polacy w Chicago” w dniu 27 czerwca 2018 roku. Proszę się przedstawić i przeliterować swoje imię i nazwisko.
Magdalena Okraska-Knapik. I tu będzie problem... MAGDALENA OKRASKA KNAPIK.
Gdzie i kiedy się Pani urodziła?
Urodziłam się w Łodzi 1 września 1963 roku.
Czy mogłaby Pani opowiedzieć nam o swojej rodzinie?
Mój tato miał na imię Władysław, mama Lucyna. Tworzyliśmy czteroosobową rodzinę – mam jeszcze siostrę, starszą ode mnie o trzy lata, ma na imię Ewa, mieszka w Łodzi. A ja mam męża, Andrzeja Knapika, i syna Szymona. Szymon ma 26 lat już. Jest dużym człowiekiem.
Skąd są rodzice i czym się zajmowali?
Moi rodzice mieszkali w Łodzi. Tato był kierownikiem takiego działu eksportu w zakładach, które nazywały się Elektromontaż, mama przez długi czas opiekowała się mną i siostrą, a później, pracowała w zakładach mięsnych w Łodzi.
A gdzie była Pani wychowana?
W Łodzi. Tam mieszkałam. Tam się urodziłam i tam mieszkałam, i mieszkam dotychczas.
A jak wyglądało Pani dzieciństwo?
Było bardzo szczęśliwe. Rodzice, wiadomo, żyliśmy w takim okresie, w którym trudno było o, na przykład, zakup takich dóbr doczesnych, dlatego rodzice rekompensowali nam takie… brak, na przykład, nie wiem, tabletów – wiadomo, nie było czegoś – wspólnym czytaniem, na przykład książek, albo wspólnymi wyjazdami na wakacje. Co roku wyjeżdżaliśmy do Gdańska Stogów, ponieważ tam mieścił się ośrodek wypoczynkowy, który należał do zakładu pracy mojego taty i tam wolno nam było na dwa tygodnie pojechać nad morze. Dużo wycieczek, w miarę możliwości, oczywiście. Znaczy, myślę, że szczęśliwe dzieciństwo miałam. Mile je wspominam.
A jak spędzała Pani wolny czas jak, kiedy była nastolatką?
Wypadów do pubów i dyskotek – raczej nie. Dużo czytałam, ja jestem w ogóle taki mól książkowy i tak przede wszystkim spędzałam czas. Trochę grałam na gitarze, czyli jakieś zajęcia w domach kultury… Na pewno teatr. W szkole średniej prowadziliśmy teatr z grupą osób, też takich zapaleńców. Wolno nam było uczęszczać na próby generalne do Teatru Nowego, który mieścił się w Łodzi. No, bo dyrektorem tutaj... ważna persona była dyrektorem tego teatru: Kazimierz Dejmek. Pamiętam pana dyrektora, reżysera, jak on się zachowywał w czasie tych prób, jego uwagi kierowane do aktorów, bardzo nam się to podobało, wolno nam było zwiedzać teatr, wchodzić za kulisy, rozmawiać z aktorami. To był fajny czas, fajny moment. I na niektóre ważne przedstawienia wolno nam było wejść, i czasami nie było wolnych miejsc na widowni, to pamiętam, że siedzieliśmy na schodach. Przytuleni do ściany, żeby było wolne miejsce, to pamiętam. Ale dzięki temu widziałam bardzo fajne przedstawienia w tamtym okresie.
A czy też Pani grała?
Nie, nie, myśmy, znaczy teatr… Byliśmy podzieleni na grupy. Była grupa teatralna, grupa aktorska, w której młodzież, która grała. Ja byłam w grupie, która robiła elementy scenografii. I kiedyś nam pozwolono, nie wiem, malować liście, które potem ktoś na drzewie umieszczał. To takie elementy. I tu się muszę pochwalić: w grupie piszącej byłam i mój tekst się ukazał w jednym z programów teatralnych. Byłam bardzo dumna. Ja do tej pory mam ten program teatralny. „Pan Jowialski”, to była sztuka Fredry wystawiana w Teatrze Nowym, i właśnie tam mi pozwolono taki „wstępniak” napisać do programu. Z moim nazwiskiem. Tak to było.
Gdzie Pani chodziła do szkoły?
To było w Łodzi, XV Liceum Ogólnokształcące.
Jak przebiegała Pani dalsza edukacja?
Potem rozpoczęłam studia na Uniwersytecie Łódzkim, wydział filologiczny, kierunek – biblioznawstwo i informacja naukowa. Czyli studia, magisterka, potem parę takich studiów podyplomowych, między innymi muzealnictwo.
A mogłaby Pani opowiedzieć nam coś o filologii? Tak wytłumaczyć, co to jest?
Filologia polska, innymi słowy, nauka o języku polskim, o literaturze polskiej, ale z elementami historii. To wszystko, co zalicza się do filologii polskiej, czyli, tak jak mówię: nauka języka, gramatyka, literatura, wszystkie epoki literackie, znajomość literatury, książek, czyli to, co lubiłam, tak naprawdę.
Czy mogłaby pani powiedzieć kilka słów o swoich zainteresowaniach?
Teraz? No na pewno teatr, to zostało. Staram się być na wszystkich ważnych przedstawieniach, nie tylko w Łodzi, granych przez teatry Łódzkie. Ale też i wycieczki do Warszawy, odrobinę, i mam w planie też Kraków. No i oczywiście książki. Cały czas książki, cały czas literatura. Na pewno nie e-booki, ja jestem uzależniona od papieru. Dostałam już w domu zakaz kupowania książek, bo już się po prostu nie mieszczą w domu. Już kolejne półki są zapełniane i… jest z tym problem, przyznam. A rozstawać się z nimi nie chcę, nie chcę wydawać, bo kiedyś też miałam też taką propozycję, żeby część książek oddać do bibliotek, które nie są zasobne – na przykład jakichś wiejskich, w małych miasteczkach – ale nie lubię się z nimi rozstawać. Jak ktoś mi nie odda książki to jestem zła. Kiedyś nawet prowadziłam właśnie taki rejestr wypożyczonych książek. Teraz już zaniechałam, ale jeszcze na studiach czy w liceum – tak to było.
A czy pani kiedyś była w Stanach Zjednoczonych?
Tak.
Czy ktoś Pani towarzyszył?
Tak, wyjechaliśmy z mężem. W osiemdziesiątym dziewiątym roku, w czerwcu.
A dlaczego pani zdecydowała się na wyjazd z kraju?
Ach, z przyczyn merkantylnych, finansowych. Zostając w Polsce... Byliśmy już młodym małżeństwem, na tak zwanym dorobku, z małą możliwością na zakup własnego mieszkania. I myśmy tam po prostu pojechali po mieszkanie.
A jak długo Pani była w Stanach?
Byliśmy trzy lata. Ponad trzy lata. Mój mąż mówi, że trzy lata i trzy miesiące, bo ostatnio mieliśmy problem z ustaleniem, kiedy wróciliśmy. Ja mówiłam, że w lipcu, a Jędrek jednak optował, że to był koniec sierpnia, i przyznałam mu rację, że to był koniec sierpnia.
A jak Pani odnalazła się w Amerykańskim społeczeństwie?
Mnie było łatwiej, to znaczy, tak, może inaczej powiem: myśmy pojechali tam do mojej rodziny. Ja miałam tam dość liczną rodzinę, w Stanach, więc było nam łatwiej. Miał kto nas odebrać z lotniska, było przyjęcie na nasze powitanie zorganizowane, przyjechała prawie cała moja rodzina, więc mnie było łatwiej. Ja nie musiałam tam wycierać takich szlaków, jak ktoś, kto zupełnie... albo jedzie tam tylko do znajomego, albo… nie wiem, tak jak mówię. Natomiast w społeczeństwie amerykańskim, szczerze przyznam, miałam niewielu znajomych Amerykanów, takich stricte Amerykanów, tak? Bo to byli raczej ludzie polskiego pochodzenia, potem byli znajomi znajomych, przyjaciele przyjaciół, i tak dalej. Taki wianuszek się tworzył. Ale myślę, że dobrze – pochlebiam sobie, że jestem osobą kontaktową, to nawet tam szybciej... Szybciej nam się udawało tworzyć takie znajomości, taki krąg nowych znajomych. Bo tam wszyscy byliśmy tak jakby nie u siebie, więc… milej się odnajdywaliśmy we własnym gronie.
A jakie były Pani pierwsze wrażenia jak Pani przyleciała?
Jak wylądowaliśmy w Chicago – na pewno gorąco. To były pierwsze wrażenia. Bo po klimatyzacji w samolocie, jak wyjechaliśmy, to była koszmarna temperatura i wilgotność powietrza. I pamiętam, jak jechaliśmy z moim wujkiem, takim dużym samochodem, to, że samoloty latały nam prawie nad głowami, bo wyjeżdżając z lotniska O’Hare i kierując się tam na północ miasta, to miało się wrażenie, że te samoloty zaraz spadną. Taka ogromna przestrzeń. No i, oczywiście, autostrady, których w osiemdziesiątym dziewiątym roku u nas nie było. To robiło wrażenie: taka przestrzeń, ogromna przestrzeń. To mnie właśnie tak pozytywnie nastawiło do miasta.
A czym pani się tam zajmowała?
Różnie. Rozpoczęłam jak każdy Polak. Od pilnowania dzieci, sprzątaliśmy też biura, typowo polskie początkowe prace. Potem przez mojego kuzyna – on miał takie większe znajomości – okazało się, że jeden z jego znajomych, Koreańczyk, założył firmę transportową i chciałby prowadzić biznes z Polską, poprzez Polskie Linie Oceaniczne – to była taka instytucja, która jeszcze wtedy działała, teraz już niestety została zlikwidowana. I tam, przez moment pracowałam, właśnie u Simona Changa [? 00:11:36]. Przemiły, sympatyczny pan. I tam zajmowałam się właśnie takimi kontaktami z Polakami. Wysyłaliśmy różne mienie przesiedleńcze do Polski... Taka prosta, jakaś biurowa, praca, bo nie byłam przygotowana do jakichś, nie wiem, logistycznych działań. Bardzo proste czynności. To przez moment. A potem się okazało, że spodziewam się dziecka i przestałam pracować. Przestałam pracować, byłam w domu. I zajmowałam się domem.
A czy zachowanie polskiej tożsamości dla pani było ważne?
Ogromnie. Ja bardzo tęskniłam do Polski. Wiecie państwo, myśmy tam pojechali tylko na moment, taki był plan, że my jedziemy tylko tam na moment, więc… nie chcę powiedzieć, że nie chcieliśmy się przyzwyczaić do tego miejsca, ale ta Polska w nas tkwiła tak dość mocno. Do tego stopnia, że byliśmy z mężem bardzo częstymi gośćmi w księgarni polskiej, która była na ulicy Milwaukee. Chodziliśmy do… taka była galeria – nie wiem, czy jeszcze istnieje – Jerzego Kenara, Wooden Gallery. To był rzeźbiarz, który na przykład prowadził koncerty, znaczy, zapraszał osoby z Polski. Pamiętam, byliśmy na koncercie Michała Bajora, tam zaraz na początku. Chodziliśmy na... Rozpoczął się wtedy w Chicago festiwal filmów polskich, też tam biegaliśmy i oglądaliśmy te filmy, bo wydawało nam się, że to jest bardzo ważne, także tak to było.
A czym zajmuje się Pani obecnie?
Pracuję w Instytucie Pamięci Narodowej.
I na czym polega pani praca?
Moja praca polega – tak w szalonym skrócie – na odpowiadaniu na zapytania, które są kierowane do mojego Instytutu, na przygotowywaniu dokumentacji, która pozwoli później na wręczenie takiego, dość ważnego odznaczenia dla osób, które zajmowały się Solidarnością, na przykład działały w Solidarności: Krzyż Wolności i Solidarności. Przygotowuję całą pewną dokumentację. Taka praca historyczno-biurowa powiedziałabym, łączę w tym… Wystawiamy decyzje administracyjne... Stąd ten urząd też jest we mnie.
A gdzie Pani teraz mieszka?
W Łodzi. Wróciliśmy do Łodzi i tam mieszkamy.
A co dla Pani oznacza być Polką?
Wie Pani co? Nie chcę, żeby to nie zabrzmiało tak, że jestem dumna z tego, że jestem Polką, ale oznacza to dbałość o zasady, o historię, o tradycję. Dlatego właśnie, jak urodziło się tam nam dziecko, w Ameryce, to wydawało mi się, że ja tam nie jestem w stanie go wychować, że nie będę umiała... Bo ja nie znałam Ameryki, tak? Że to wszystko, co bym poznawała, to jest dla mnie też coś nowego. Czy będę w stanie mu… no, nie stworzę jakiegoś indywiduum, które nie będzie ani Polakiem, ani Amerykaninem. Ja tego się obawiałam, że on nie będzie miał tej swojej osobowości wykształconej tak właściwie. Tego się bardzo bałam. Chociaż wszyscy mówili, że damy radę, bo – tak jak mówię – mieliśmy tam dużą rodzinę. Mój wujek wyjechał do Ameryki przed II wojną światową, więc on już był tak zasymilowany… był już prawie, że… No z resztą miał dwójkę dzieci, którzy też się już urodzili tam, więc to był zupełnie… Myślę, że taka dbałość o ten background, czyli o zaplecze tak zwane. To to chyba tak każdy ma, nie tylko ja.
A jak wyglądały Pani kontakty z Polonią w Chicago? Czy w ogóle jakieś były?
No, tak. Bo, tak jak mówię, moja rodzina to była Polonia i zawsze uczestniczyliśmy... Jedna z córek mojego kuzyna tańczyła w zespole folklorystycznym, więc myśmy tam biegali na wszystkie koncerty, gdzie tylko Sylwia tańczyła i bardzo nam się to podobało. I tam właśnie zauważyliśmy, jak dbają – te wszystkie osoby, które tam są – dbają właśnie o to, żeby ten kontakt – pomimo, że pracowo oni się potem rozjeżdżali, pracowali i w korporacjach, i różnych innych miejscach – ale to był taki moment, gdzie zatrzymali się i myśleli o tym skąd są, skąd pochodzą… Bardzo mi się to podobało, że to nie było takie, wiecie, że to tylko to nowe, bo jest łatwiejsze, bo jest ciekawsze, ale tak... i to, co się stało kiedyś, te opowieści mojego wujka, o tej Polsce, jak on opowiadał swoim dzieciom na przykład o Polsce... no, tylko taką, jaką pamiętał, to wiadomo. Oni też często przyjeżdżali, tutaj, do Polski. Bardzo im się podobało.
A ma Pani jakieś miłe wspomnienia z Chicago?
Oj tak! Każdy... Wie Pan, właśnie to, o czym zawsze mówiliśmy, ta otwartość ludzi, powodowała, że, na przykład, tam nie trzeba było się anonsować, że się kogoś odwiedza. Wystarczył jeden telefon, i mówiło się: „Słuchaj, co robicie? My się właśnie nudzimy, to jedziemy do was”. Ja pierwszy raz, na przykład, w Chicago widziałam fajerwerki, słuchajcie, czwartego lipca. To był osiemdziesiąty dziewiąty rok, jak wyjechaliśmy, to takie też i wizualne sprawy. Bardzo sympatyczni ludzie, tacy chętni, pomocni, z tym uśmiechem na twarzy… Tak jak mówię, ja mam same miłe wspomnienia. Bardzo ten czas mile wspominam. Może też i dlatego, że ja byłam młoda, byliśmy prawie że na wakacjach, miałam obok siebie męża, planowaliśmy różne wycieczki, pozwiedzaliśmy trochę. No, także bardzo miły czas. Te trzy lata to nie były stracone, nie, nie, nie!
A czy zauważyła Pani jakieś różnice pomiędzy Polską a Ameryką?
Oj tak, trudno nie zauważyć. Choćby takie typowo gospodarcze, tak? Łatwość w zdobywaniu rzeczy potrzebnych na co dzień. W chwili, kiedy wyjeżdżaliśmy, proszę państwa, to u nas była żywność na kartki. Więc dla nas, ta Ameryka… Jak chodziliśmy po sklepach, to zwiedzałam to jak jakieś muzeum: pewne rzeczy w ogóle nie do zdobycia i nawet nie wiedziałam co to jest. No, więc uczyliśmy się tak tej Ameryki.
A czy Pani żałuje, że wróciła pani z Ameryki?
... że do Polski? Nie. Nie żałuję. Wie Pani? Po tych trzech latach myśmy... To znaczy tak: kiedy wiadomo było, że Szymon... Jest Szymon, mały Szymon, którego trzeba wychować. I ja wtedy, tak pamiętam, usiadłam przed moim mężem, który jest osobą… no, bardziej otwartą niż ja, i jemu jest wszędzie dobrze, on się wszędzie dobrze czuje. To jest niesamowite u tego człowieka. I kiedy właśnie mówiłam: „Ale błagam cię, powiedz, że wrócimy, że wrócimy” – on mówił: „Tak, będzie tak, jak chcesz” – że wrócimy. Nie, nie żałuję, to jest mój kawałek podłogi. Mimo, że może z gumą do żucia, ale to jest mój kawałek podłogi. A poza tym, Ameryka dużo mi dała. Dała mi takie poczucie… choćby nawet i pewności siebie, że wszystko zależy tylko ode mnie, że muszę o to zawalczyć. Także… I łatwiej mi było wtedy tutaj. I że nic... Nie mogę oczekiwać od ludzi, że coś mi załatwią, coś dadzą. Że muszę o to sama zadbać. I może dlatego ten powrót nie był taki bolesny. Uważam, że tutaj nam się udało po powrocie. No, może nie mam jakiejś fabryki, nie pracuję w korporacji, ale żyje mi się zupełnie spokojnie, poznałam bardzo ciekawych ludzi. Także nie, nie żałuję powrotu.
A chciałoby się wrócić?
Pewnie tak, ale nie na długo. Mieliśmy cały czas w planie powrót, taki, żeby jeszcze raz zobaczyć, na przykład, te miejsca, gdzie mieszkaliśmy. No i cały czas mamy jeszcze tę Kalifornię w planie, którą chcemy zobaczyć. Bo nie udało nam się niestety. Okazało się... Baliśmy się: ja już wtedy byłam w dość zaawansowanej ciąży, jak przestałam pracować i to był jedyny moment, w którym mogliśmy jeszcze gdzieś pojechać. Ale wtedy baliśmy się, że taka podróż będzie bardzo ryzykowna. I ta Kalifornia z Grand Canyon czeka na nas. Myślę, że kiedyś jeszcze nam się uda tam pojechać. Cały czas planujemy, ale... coś innego, wiadomo.
A gdzie pani podróżowała po Stanach?
Pierwszą naszą wycieczką, którą zorganizowaliśmy, to była podróż nad Niagarę. Trzeba było zobaczyć ten cud świata, niestety. Także pierwszą wycieczką to było tam. Przepięknie, to w ogóle... Byliście tam? No na pewno! Kto nie widział Niagary! Znaczy, wiadomym jest, że ładniejszy mają widok ci od strony Kanady, ale nawet jak się podpływa tym stateczkiem – robi wrażenie, taka ściana deszczu, ogromne. Potem pojechaliśmy sobie do Waszyngtonu, no, bo też trzeba zobaczyć Waszyngton, to w ogóle absolutnie konieczne. A potem były też jeszcze podróże, takie… Nowy Jork jeszcze chcieliśmy, ale to też jakoś nam się nie udało. I takie podróże po całym Illinois: Mackinaw City, gdzie widziałam pierwszy raz takie miasteczko, wiecie, z grupą rekonstrukcyjną. To też taka historia... no, bardzo fajne. I całe Chicago, wiadomo, z przepięknym waszym muzeum sztuk pięknych.
Czy chciałaby pani coś przekazać młodzieży?
Młodzieży? No, ciężko, bo to, wiecie, to musi być bardzo ważne. Ale młodzieży polskiej czy młodzieży amerykańskiej?
I młodzieży polskiej i amerykańskiej.
Rozumiem, więc: młodzieży polskiej – żeby się niczego nie bała, żeby brała życie „za bary” tak zwane, my to tak mówimy, żeby podejmowała decyzje, choćby z początku wydające się decyzjami takimi zupełnie z kosmosu. Żeby była otwarta. A młodzieży amerykańskiej... Nie znam aż tak teraz tak młodzieży amerykańskiej. Nie wiem jakie ma plany, jakie ma priorytety... Żeby była szczęśliwa, żeby trochę nas poznawała, żeby przyjeżdżała do nas.
Czy jeszcze coś, o co my się nie spytaliśmy, a czym pani chciałaby się podzielić?
No nie wiem, no nie wiem… No chyba nie... Bardzo się cieszę, że zainteresowaliście się tą naszą Polską, bo dla nas też to jest ważne, że osoby, które tam mieszkają – bo, jak rozumiem, jesteście tam urodzeni, tak?
Ja jestem.
Tak, że pani jest urodzona tam, że jednak ta... Rodzice są Polakami, tak? No, więc, że macie takie zainteresowania, że nie tylko jakieś… one są takie przaśne, no bo wiadomo, ta nasza Polska jest jaka jest, my ją kochamy, bo tak. Natomiast ktoś, kto przyjeżdża z zewnątrz, to myślę, że to inaczej. To dla nas jest bardzo cenne i bardzo ważne. A! przepraszam, ja mam właśnie pytanie, mogę zadać? Rozumiem, że to muzeum w Chicago jest partnerem Muzeum Historii Polski? Muzeum Historii – tak? – Chicago. Skąd u państwa to zainteresowanie? Dlaczego muzeum chciało przeprowadzić taki projekt?
Żebyśmy nie zapominali też o naszych rodakach za granicą. Tak sądzę.
No, tak, to jest ważne.
A jak wyglądał Pani lot? I czy to była taka bardzo trudna decyzja, żeby się podjąć, żeby wylecieć do Chicago?
Żeby wylecieć do Chicago….
Do Ameryki.
Do Ameryki. Tak, bo wiedzieliśmy, że jeżeli chcemy lecieć z moim mężem, to tylko we dwójkę, że na pewno nie jedno z nas tylko, że chcemy razem – to było ważne, bardzo ważne. Ja pamiętam tą ostatnią noc, ten wieczór przed wylotem, kiedy siedziałyśmy z moją siostrą i z moją mamą na kanapie i moja mama bardzo płakała. I ja mówię: „Słuchaj mamciu, ale ja przecież wrócę, ja wrócę, ty nie płacz!” – ona mówi: „Tak, ale to już będzie inaczej”. Niestety nie spotkałyśmy się po moim powrocie. Ale też, jak pomyślałam sobie, że właśnie jest ten Szymon, to że chciałabym go mojej mamie pokazać, tak, żeby go przytuliła. Bardzo trudny był to… ta decyzja. Niewątpliwie. Ale było mi łatwiej ją podjąć, dlatego, że był mój mąż. Byliśmy we dwójkę, było nam zdecydowanie łatwiej tam wylecieć we dwójkę.
A gdzie Pani poznała męża?
W Łodzi. Mój mąż... Chodziliśmy do tego samego liceum. Jędrek jest o trzy lata ode mnie starszy, jak ja byłam w pierwszej klasie, on był w czwartej – bo wtedy liceum było czteroletnie – i on chodził do klasy z moją siostrą. To był kolega najpierw mojej siostry. A potem został moim mężem.
Ta nasza rozmowa dobiega tutaj końca i bardzo dziękujemy pani za poświęcony nam czas i za bardzo ciekawy wywiad.
Dziękuję wam również. Proszę państwa, było mi ogromnie miło państwa poznać.
Dane o obiekcie
-
Nazwa / Tytuł
Magdalena Okraska-Knapik -
Twórca / Wytwórnia
Okraska-Knapik, Magdalena (świadek historii) -
Rodzaj
-
Kategoria
-
Zakres chronologiczny
-
Data wykonania
27/06/2018 -
Czas trwania
0h 27min 14sek -
Miejsce
-
Numer inwentarzowy
MHP-07-3171 -
Klasyfikacja praw autorskich
-
Permalink
Słowa kluczowe
Opis
Magdalena Okraska-Knapik, urodzona w 1963 roku w Łodzi, studiowała filologię na Uniwersytecie Łódzkim. W 1989 roku wyjechała z mężem do Chicago, gdzie przez trzy lata pracowała i aktywnie uczestniczyła w życiu polonijnym, pielęgnując polską tożsamość. Po powrocie do Polski mieszka w Łodzi i pracuje w Instytucie Pamięci Narodowej, zajmując się dokumentacją dotyczącą działaczy Solidarności. Dla niej bycie Polką to dbałość o historię, tradycję i zasady. Nie żałuje pobytu w USA, choć planuje jeszcze podróże po Ameryce. Zachęca młodzież do odwagi i pielęgnowania swojej tożsamości.