Maciej Sonik
Sonik, Maciej (świadek historii); Rottermund-Taraszkiewicz, Elżbieta (prowadzący/a rozmowę); Gil, Paweł (operator kamery);
18/12/2025
Klasyfikacja praw autorskich
Transkrypcja
Maciej Sonik
W lipcu [19]97 roku, gdy zaczęła się powódź tysiąclecia na terenie naszego powiatu, miałem 25 lat. Byłem studentem prawa, który wraz z kolegami doszedł do wniosku, że jak potrzebna jest pomoc to trzeba zacząć działać. Ale trochę tak zaczęliśmy od innej strony, bo patrząc po tym, co się dzieje w Raciborzu, co się dzieje w górę Odry, próbowaliśmy pierwsze lokalne władze dopytywać, jak to młodzi, ciekawi ludzie, co się może wydarzyć. I spotkaliśmy się raczej z takim sceptycznym, można powiedzieć hurraoptymistyczne założenie, że wszystko będzie ok. Takie powodzie są co kilka lat. Ale szybko okazało się, że niestety ta powódź jest tragiczniejsza, najtragiczniejsza ze wszystkich. Jak odpłynęła budka z człowiekiem, który mierzył wodę w Raciborzu Miedoni, to wiedzieliśmy już, że będzie źle. Tego samego dnia, kiedy usłyszałem, że to taka powódź jak kilka innych, moi rodzice pomagali znajomych już ewakuować z domu ich dobytek z pierwszego piętra, z balkonu, pontonem. I wtedy doszliśmy do wniosku ze względu na to, że zajmowałem się Internetem, że pokażemy ogrom tragedii w Internecie wszystkim Polakom. Mieliśmy doświadczenie z zakresu Internetu, ale też jedyną komórkę Centertela, taką cegłę wielką, w powiecie co okazało się, że tak naprawdę zrobiło z nas trochę miejsce komunikacji całego świata z powiatem krapkowickim, z mieszkańcami. Wrzucaliśmy takie 200-300 znakowe opisy co się dzieje, co się wydarzyło, co tam nowego, a także zdjęcia. I pamiętam, że ta strona w momencie, kiedy została pokazana w Telewizji Polskiej wraz z kontem, które razem z kolegami założyłem, to sieć eksplodowała dzisiaj byśmy powiedzieli. Że tak naprawdę cała komunikacja z ludźmi, którzy chcieli pomagać powodzianom tutaj w województwie opolskim, odbywała się przez nas. Szybko okazało się, że ja jako ten 25-latek, który chciał trochę pomóc, trochę zadeklarować, że pomoże, stałem się osobą, która jest pierwszą do kontaktu, jeżeli chodzi o pomoc. Osobą, do której można było zadzwonić, poprosić o połączenie z rodziną, żeby dowiedzieć się, czy wszystko u nich ok. I tak stopniowo z akcji, która miała być tak typowo informacyjna, okazało się, że wraz z kolegami staliśmy się grupą, która koordynuje całą pomoc na terenie powiatu krapkowickiego. To były inne powodzie niż teraz, ale przede wszystkim ze względu na to, że państwo, instytucje nie były kompletnie na to przygotowane. I wtedy wkroczyliśmy my, młodzi ludzie, którzy jeszcze nie wiedzieli, że się nie da. Którym się wydawało, że wszystko można. I rzeczywiście udowodniliśmy, że wszystko można. Bo jeżeli 25-latek z powiatu krapkowickiego jest w stanie dodzwonić się przez asystenta do ówczesnego premiera, do ówczesnego prezydenta Wałęsy i z nimi załatwić nawet rzeczy, które okazało się, że nie da się załatwić. Ale... Szczepienia dla strażaków, którzy ratowali ludzi i musieli wejść do wody, zapewnione przez prezydenta Wałęsę razem z punktem pielęgniarskim, który szczepił. Pomoc od premiera w nawiązaniu różnych kontaktów, to okazało się, że wszystko możemy i wykorzystaliśmy to jak najlepiej, żeby pomóc mieszkańcom. Chociaż przydała się pewna doza kreatywności, bo gdy okazało się, że jesteśmy jedynym punktem kontaktowym i udaje nam się pozyskiwać darczyńców z całej Polski, którzy przywożą nam dary, to okazało się, że te dary są przekierowywane do Opola. Więc skorzystaliśmy z chorobowego jednego ze znajomych policjantów, aby pożyczyć od nich koguta policyjnego, który zdecydowanie ułatwił nam to, że mogliśmy się poruszać po całym województwie. I trochę powiem, to nie jest przesadzone eskortować te transporty z darami do powiatu krapkowickiego.
Dwudziestoparolatek z młodszymi kolegami, który organizuje centrum dowodzenia powodzią, można tak powiedzieć. No to oczywiście ono było u moich rodziców w domu, w moim pokoju, na biurku obok mojego komputera zmieścił się drugi komputer, kolegi. W rogu, pamiętam, stał kilkukilogramowy telefon komórkowy Centertela, który był potocznie nazywany "cegłą", chociaż wyglądał i ważył jak kilka cegieł. A ze względu na to, że łączność była dość utrudniona, to krótką antenkę przy tym telefonie zastąpiliśmy długim drutem, który robił za antenę. I to było miejsce, gdzie tak naprawdę zarządzaliśmy wszystkim. Bo oprócz tego, że my wydzwanialiśmy po różnych ludziach, jak właśnie prezydent Wałęsa czy premier Buzek, to do nas dzwoniono. Dzwoniono też po to, żeby się skontaktować z rodziną. Więc byliśmy taką dość archaiczną centralą telefoniczną, dlatego że telefony działały lokalnie, ale nie dało się zadzwonić z Krapkowic poza powiat. Więc jak ktoś dzwonił, podawał nam numer telefonu, my na lokalnym telefonie wybieraliśmy numer telefonu, przykładaliśmy dwie słuchawki i czekaliśmy, aż skończą rozmawiać. Potem do moich rodziców zaczęły przychodzić różne służby. Dowódca jednostki wojskowej, ludzie z miasta, więc zrobiło się takie nieformalne centrum, ze względu na to, że mieliśmy łączność, takie nieformalne centrum zarządzania kryzysowego. W międzyczasie jeszcze kilka osób musiało tam przenocowywać w trzypokojowym mieszkaniu, więc moja mama na 100% zaangażowała się w to, żeby nam ułatwić logistykę, aprowizację i opierunek. Skończyło się tak, że mój tata po tych dwóch ponad dwóch tygodniach powodzi musiał wymienić klamkę na nową, bo nie wytrzymała tego naporu. To było, tak naprawdę mieliśmy do dyspozycji dwa krzesła i fotel. Fotel był wykorzystywany do szybkiego spania, bo praktycznie nie było czasu, żeby się wyspać. Od momentu, kiedy zaczęła się ta akcja powodziowa, czyli od drugiego dnia powodzi do praktycznie samego końca powodzi nie rozjeżdżaliśmy się do domów. Moi koledzy nie rozjeżdżali się do domów. Spaliśmy w jednym miejscu, spaliśmy w samochodzie też. Gdy czekaliśmy na te tiry, które przyjeżdżały do nas z pomocą z całej Polski. No ale, no chciałbym teraz, tak jak wtedy, jako dwudziestoparolatek nie spać przez dwa tygodnie i jeszcze być na chodzie. Ale wtedy oczywiście adrenalina to, że znajdowaliśmy się w sytuacji, która wcześniej dla nas była nie do pojęcia, bo byłem na moście kolejowym wtedy, kiedy zaczął się walić. To coś, co kiedyś było znane tylko z filmów katastroficznych. Do dzisiaj pamiętam ten, nawet nie widok, ale ten odgłos. Powalanego w rzece nurtem mostu. Więc to było dla nas wszystkich takie, nie wiem, czy to źle nie zabrzmi, ale napędzające nas do tego, że jednak trzeba działać.
Dzisiaj można by to określić "wszystko wszędzie na raz". Więc to tak było, że po prostu tu ktoś zadzwonił, tutaj zobaczcie, co się dzieje nad mostem. Więc tam pojechaliśmy. Cały czas byliśmy gdzieś w ruchu, mieliśmy tego koguta policyjnego od policjanta, więc łatwiej nam było się poruszać niż niektórym innym osobom. Zresztą to, żeby pokazać skalę tego, że nie tyle chaosu, co tej improwizacji, wcale nie dobrze przygotowanej improwizacji, ale improwizacji. To tego koguta wykorzystywaliśmy także, żeby kolega, który, znajomy który utknął w czasie powodzi u nas, bo przyjechał z Niemiec i nie udało mu się wyjechać, bo auto zabrała w trakcie jazdy woda, a on zdążył z niego wyskoczyć i wrócić do moich rodziców i tam mieszkał. Obywatel Niemiec na niemieckich dokumentach samochodem prywatnym mojego taty. Z kogutem policyjnym włączonym, w porozumieniu z dowódcą jednostki podjeżdżał pod żołnierzy, których dowódca jednostki zwalniał na przepustkę. Ze względu na to, że niemożliwe pod względem prawnym było użycie sił zbrojnych do pomocy w czasie powodzi. I oni na przepustce tym busem na sygnale przejeżdżali na drugą część, na drugą stronę Odry, gdzie pomagali powodzianom albo pomagali naszym wolontariuszom rozdawać na przykład pomoc żywnościową czy dary powodzianom. Sytuacja trochę się skomplikowała, jak policja przysłała posiłki z innych części kraju, z innych części województwa, bo okazało się, że jednak nie ma wymaganych uprawnień, żeby kierować samochodem z kogutem. Zresztą potem zaraz policjant też wrócił z chorobowego i mieliśmy bardzo poważny problem, żeby go przekonać, że mimo tego, że już nie jest na chorobowym, że kogut nam jest bardziej potrzebny być może niż jemu. Być może to są rzeczy, które dzisiaj nie przyszłyby nam do głowy, ale to ze względu na to, że my dzisiaj wiemy, jak działać w takich sytuacjach. Wtedy to wydaje mi się, że partyzantka była najlepszym możliwym rozwiązaniem, bo realnie ratowała ludziom mienie, dawała im poczucie bezpieczeństwa i za zapewniała pomoc. I też te wszystkie rzeczy, które dzisiaj jako starosta mogę powiedzieć, my jako powiat zapewniamy, ale wtedy zapewniałem ja jako 25-latek i moi trochę młodsi koledzy.
Dane o obiekcie
-
Nazwa / Tytuł
Maciej Sonik -
Twórca / Wytwórnia
Sonik, Maciej (świadek historii); Rottermund-Taraszkiewicz, Elżbieta (prowadzący/a rozmowę); Gil, Paweł (operator kamery) -
Rodzaj
-
Kategoria
-
Zakres chronologiczny
-
Data wykonania
18/12/2025 -
Czas trwania
0h 11min 39sek -
Miejsce
-
Numer inwentarzowy
MHP-07-3250 -
Klasyfikacja praw autorskich
-
Permalink
Opis
Relacja Macieja Sonika dotyczy jego doświadczeń podczas powodzi tysiąclecia w 1997 roku w powiecie krapkowickim. Jako 25-letni student prawa aktywnie zaangażował się w działania pomocowe, współtworząc lokalne centrum koordynacji kryzysowej. Organizował komunikację między mieszkańcami a władzami, kontaktował się z darczyńcami w całej Polsce, dokumentował sytuację i pomagał w dystrybucji żywności, wody i innych niezbędnych środków. Opisuje improwizację w działaniach ratunkowych, współpracę z rodziną, wojskiem i policją oraz ochronę mienia mieszkańców. Relacja pokazuje jego osobiste doświadczenie odpowiedzialności i zaangażowania w sytuacji kryzysowej oraz wpływ powodzi na lokalną społeczność.