Kim był Jerzy Giedroyć? Cz. 2 - Mediateka - Muzeum Historii Polski w Warszawie SKIP_TO
Wizyta w muzeum Przejdź do sklepu
Filmy dokumentalne
Audiovideo

Kim był Jerzy Giedroyć? Cz. 2

Media Kontakt (koproducent); Chojecki, Mirosław (scenariusz); Muzeum Historii Polski (producent); Drążewski, Marek A. (scenariusz i reżyseria);

03/11/2020

Transkrypcja

Winston Churcil w Fulton 05.03.1946 r. (kronika): "…jest więc moim obowiązkiem postawić wam przed oczami pewne fakty w związku z obecnym stanem rzeczy w Europie. Od Szczecina nad Bałtykiem do Triestu nad Adriatykiem opuściła się żelazna kurtyna w poprzek kontynentu".

Gustaw Herling-Grudziński: Najważniejsze jest chyba to w tej chwili, jeżeli chodzi o założenie „Kultury”, żeby sobie uprzytomnić, jaka to była sytuacja tuż po wojnie w Rzymie. Przekonaniem generała Andersa było to, że prawdopodobnie dojdzie do konfliktu zbrojnego między zwycięzcami, jak gdyby odwróceniem decyzji jałtańskich. Powstanie Instytutu Literackiego było oparte na przekonaniu, że ta hipoteza jest błędna i trzeba się przygotować do długiej emigracji.

Jerzy Giedroyć: Jest sprawa zasadnicza, utrzymanie kontaktu z krajem, wpływania na sytuację w kraju. No i oddziaływanie na emigrację. Udało się nam uzyskać pożyczkę z funduszu społecznego wojska na zakupienie drukarni.

Barbara Toruńczyk: Giedroyć wierzył w siłę słowa. I był tego rodzaju politykiem, który znalazł, jako swój środek, oddziaływanie przez słowo.

Józef Czapski: Pierwszy numer „Kultury” wyszedł w Rzymie, w którym był mój artykuł, „Kota” Jeleńskiego artykuł i paru takich ludzi znanych wówczas. To był bardzo dobry numer, który mam u siebie.

Jerzy Giedroyć: Ale w zasadzie na początku Instytut Literacki zaczął od wydawania książek. Zaczęliśmy od wydania „ Ksiąg Pielgrzymstwa” Mickiewicza z wstępem właśnie Brudzińskiego, takim bardzo zasadniczym, który mam wrażenie do tej pory zachował swoją aktualność. I „Prometeusze” Szpotańskiego. To książka, którą uważaliśmy za bardzo ważną. Przedstawiała całą nędzę rozbicia emigracji po Powstaniu Listopadowym. A jednocześnie jej nieugiętość. Tak że to było ostrzeżenie i zachęta. Poza tym Włochy okazały się z punktu widzenia naszych zainteresowań, szalenie z boku. Kontakt z Polską czy z innymi ośrodkami emigracyjnym na świecie był bardzo trudny.

Gustaw Herling-Grudziński: Zrozumiał, że Włochy, Rzym nie jest dobrym miejscem dla „Kultury”. Wtedy już widać było tę ogromną dominację w życiu włoskim, komunistów. którzy by po prostu nas zjedli, gdybyśmy tam zostali.

Jerzy Giedroyć: Ponieważ w tym czasie była placówka jeszcze II Korpusu, Czapskiego w Paryżu, więc zdecydowaliśmy się przenieść do Paryża.

Józef Czapski: Udało się nam zająć jakiś zmasakrowany przez Niemców dom, jakoś to go podreperować. To nie było takie dziwne. Myśmy wszyscy z wojska wychodzili. Nie liczyliśmy, że w salony trafimy.

Osoba Nieprzedstawiona: To był taki falanster, gdzieśmy pracowali, mieszkali i prowadziliśmy wspólną kuchnię.

Zofia Hertz: Okropna historia, bo nas chcieli z tamtego domu wyeksmitować właściciele. Był proces, który przegraliśmy, bo był bardzo źle zrobiony kontrakt, nie przez nas. Stefan Zamoyski pożyczył nam pieniądze na kupno tego domu, bo trzeba było go kupić za gotówkę.

Józef Czapski: Potem był taki wielki przemysłowiec, Bernbau, który uciekł przez Rosję Sowiecką z Polski jak Niemcy wchodzili do Polski i dał nam 2 miliony franków. I to był wielki punkt wyjścia. A potem jeszcze był taki markiz de Boisgelin, który był żonaty z Wańkowiczówną, z Polką, który naraz nam jeszcze wybulił milion franków pożyczki.

Zofia Hertz: Myśmy ogłosili apel do naszych czytelników, który dał niesamowite po prostu wyniki. Tak że myśmy spłacili wszystkie długi po roku.

Józef Czapski: Byliśmy zawsze szalenie szczupłą grupą. Cały ciężar główny był naturalnie na Giedroyciu, ale też pani Hertzowej, która miała wprost fenomenalny dar inteligencji i pracy.

Michał Morawski: „Kultura” by w ogóle nie mogła istnieć gdyby nie wielkie wpływy Czapskiego. Minister kultury Andre Malraux widywał się z Czapskim i bardzo bronił i protegował „Kulturę”. Pamiętajmy przecież, że Warszawa robiła, co mogła, żeby wymusić na Francuzach zamknięcie „Kultury”.

Leszek Czarnecki: Jeśli chodzi o ten problem powiedzmy inwigilacji komunistycznej, to było absolutnie niewidoczne. Ludzie, którzy byli zapraszani przez Giedroycia… zapraszani… ludzie, którzy się po prostu umawiali z nim na spotkania, wchodzili i wychodzili, pracownicy przychodzili. To było jakby zagadnie nieobecne. Do „Kultury” wchodziło się bez problemu. Wystarczyło wiedzieć, żeby sięgnąć do furtki, tutaj od spodu jest taki interes, który trzeba przesunąć i wchodzi się. Brama z tyłu była otwarta. Natomiast czy Giedroyć… Myślę, że to jest człowiek, który o tym wiedział, że takie zagadnienie istnieje. Jego niektórzy bardzo bliscy korespondenci okazywali się być współpracownikami. Jest taki list, już nie pamiętam, z jakich lat, 50., 60., gdzie on pisze do kogoś w Paryżu, do Polaka, żeby ta osoba załatwiła mu zezwolenie na rewolwer. Ma informację, że „Kultura” jest gdzieś na celowniku.

Jerzy Giedroyć: „Kultura” jak zaczęła wychodzić już tutaj w Paryżu, to już miała akcent bardzo wyraźnie polityczny.

Michał Morawski: Starali się zrobić z tego ośrodek szpiegostwa amerykańskiego, co było absurdem kompletnym. I podsuwali różne materiały Francuzom, ale Józio dzięki swym olbrzymim stosunkom, zresztą de Gaulle też bardzo cenił Józia Czapskiego, ale dzięki także stosunkom z Andre Malraux mógł tę „Kulturę” chronić, protegować.

Józef Czapski: Lewica nam utrudniała, lewica komunizująca. Przecież jak ja jeszcze byłem w Paryżu w Hotel Lambert, to w L’Humanité było powiedziane, że my jesteśmy agenturą, która broń przywozi tutaj, żeby kontrrewolucję we Francji robić. To było prawie, że śmieszne.

Jerzy Giedroyć: I przy naszym założeniu konieczności kontaktu z krajem, oddziaływania na kraj i kształtowania opinii emigracyjnej z miejsca znaleźliśmy się w konflikcie z emigracją londyńską.

Konstanty Jeleński: To jest dziwne, że kiedy Giedroyć wydawał „Politykę”, to było pismo kulturalne, kiedy wydaje pismo „Kultura”, to się zaczęło pismo polityczne.

Gustaw Herling-Grudziński: Giedroyć przywiązywał do niezależności finansowej założonego przez siebie wydawnictwa i pisma ogromną wagę. Do absolutnej niezależności finansowej. Podkreślam tu słowo absolutnej.

Osoba Nieprzedstawiona: Był ten krąg założycielski. Czapski, ogromnie ważna postać w życiu Giedroycia. Oboje Hertzowie, Zygmunt i Zosia. Konstanty Jeleński, który dosyć szybko do tego kręgu doszedł. Herling-Grudziński przez długi czas.

Osoba Nieprzedstawiona: Po prostu tu były jednak sektory pewne pracy. Maszynistki to były listy. Ja byłem pewne rzeczy, kopie. Julia Juryś to były korekty, tłumaczenia i tak dalej. Pan Henryk powiedzmy generalnie się zajmował ekspedycją, prenumeratami. To były takie tutaj w jego pokoju. Więc tak mniej więcej organizacja pracy wyglądała. I pani Zofia oczywiście głównie administracja, telefony. I taka trochę powiedzmy prawa ręka Giedroycia do dyscypliny, która była bardzo też sprawiedliwą osobą. To bardzo dobrze funkcjonowało.

Osoba Nieprzedstawiona: To było ponad dwa tysiące osób w 1986 roku. A to byli tylko ludzie, którzy pisali w „Kulturze”. Oczywiście wśród autorów byli tacy, którzy nigdy w „Kulturze” nie byli.

Jerzy Pomianowski: Mieroszewski, kiedy mieszkał w Londynie i tam z trudem zarabiał na bardzo powszednie życie, nigdy do Paryża nie przyjechał, nie widywał się z Giedroyciem. Cała jego współpraca odbywała się listownie.

Gustaw Herling-Grudziński: Emigracja nie jest rzeczą krótkotrwałą. Istota rzeczy polega na stosunku do kraju.

Czesław Bielecki: Jego dialog z krajem na zupełnie innym poziomie niż robił to Londyn, wynikał z tego przekonania, że trzydzieści parę milionów Polaków nie może wyemigrować. A zatem musi jakoś żyć w komuniźmie i dojrzewać do wolności. I on to dojrzewanie do wolności rozumiał moim zdaniem bardziej realistycznie, bardziej chłodno, niż wielu hurrapatriotów. I na tym polegała jego wielkość.

Jerzy Giedroyć: Głównym naszym kłopotem było docieranie do kraju. I tu były bardzo różne metody. Poważniejsze naszym zdaniem artykuły były odbijane na papier Biblii, wysłane jako listy. Po prostu na dosyć szeroki wachlarz adresów, które żeśmy czerpali z książek telefonicznych, bardzo często zmieniając, żeby nie angażować ludzi. Jak również wysłanie książek pocztą w fałszywych opłatkach, które były to bardzo zabawne, które też trzeba było zmieniać. Pierwszy taki transport przechodził bez kłopotu, potem już poczta wyłapywała. Musieliśmy to robić w dosyć ograniczonym zakresie, dlatego że to były jednak rzeczy kosztowne. To był Orwell „1984”, z taką okładką z plakatu sowieckiego. Nasza sytuacja materialna się bardzo pogorszyła. Pieniądze ze sprzedaży drukarni się wyczerpały. No i wtedy rzeczywiście było takie dno kryzysowe, które żeśmy załatwiali w ten sposób, że poszczególni ludzie czy organizacje, powiedzmy Stefan Zamoyski czy Polonia Argentyńska fundowały… Legion Młodych Polek. Tak, w Chicago… fundowały poszczególne numery „Kultury”. Ale to było niewystarczające. No i wtedy żeśmy wysłali Józia Czapskiego jako wielkiego jałmużnika do Stanów Zjednoczonych.

Józef Czapski: Jak miałem taki główny odczyt o „Kulturze” w New Yorku, pełna wielka sala. I naturalnie było powiedziane, że to nie jest na cześć mnie, tylko „Kultury”, ale i pieniądze się tam dawało. I trzech takich grubych, przysadzistych, sympatycznych takich amerykańskich Polaków, powiedziało, że mają do mnie na osobności interes. Wycofali mnie, wyszedłem na bok, i dali mi trzysta dolarów, dla mnie za ten odczyt. Ja mówię – strasznie jestem rad, dziękuję panom, to właśnie „Kultura” tak potrzebuje. Żadnej „Kultury”! Nie chcemy „Kultury”! Dajemy panu! Ja mówię – proszę pana, to ja to przepiję. Niech pan przepije!

Zofia Hertz: Przełom nastąpił rzeczywiście w 1953 roku, dlatego że jednego dnia wpłynęło jak dziś pamiętam dwieście pięćdziesiąt kilka prenumerat z różnych stron świata.

Leszek Czarnecki: Trzeba pamiętać, że w latach 80., tak to widziałem, tych prenumeratorów było około sześciu tysięcy w tym czasie. Nie było przecież komputerów. Więc po prostu każdy z tych prenumeratorów miał swoją kartotekę, tak jak kartoteka biblioteczna. On był bardzo pedantyczny. Wpisywał – opłacone od- do i tak dalej. I to były takie właśnie szafy z tymi kartotekami. Cały rok wystukiwał na maszynie takie matryce, które służyły potem do drukowania tych kopert. Więc jego praca to było ciągle też odnawianie tych matryc, bo one tam trwały rok, czy coś takiego.

Krzysztof Pomian: Rok 1956 był na pewno datą przełomową również w historii postaw emigracji w ogóle a „Kultury” w szczególności, wobec Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

Barbara Toruńczyk: Po październiku był bardzo pod wrażeniem tego swojego wielkiego sukcesu. On się wtedy po raz pierwszy przekonał z tych rozlicznych wycieczek z kraju, które do niego zaczęły trafiać w Maisons-Laffitte, a czego wcześniej nie było na taką skalę, do jakiego stopnia jest znany i czytany.

Krzysztof Pomian: „Kultura” udzieliła Gomułce kredytu zaufania, to był termin wtedy używany i ten kredyt cofnęła po zamknięciu „Po prostu” przez władzę późną jesienią 1957 roku.

Jerzy Giedroyć: Nie chcieliśmy się ograniczać tylko do spraw czysto polskich. Problemem, który już nam wtedy bardzo chodził po głowie, to był problem niemiecki i konieczność normalizacji stosunków polsko-niemieckich. I przez dwa lata mieliśmy korespondenta w Berlinie, Jerzego Prądzyńskiego, który wydawał po niemiecku również taki biuletyn informacyjny.

Krzysztof Pomian: Istnieje niemiecka polityka „Kultury”, którą można by prześledzić od pierwszego aktu w tej dziedzinie, którym było wysłanie jeszcze 1946 roku, jeszcze z Rzymu, Stempowskiego do Niemiec, przez próby wydawania biuletynu na użytek Niemców, przez utrzymywanie kontaktów z Niemcami, drukowanie niemieckich autorów w „Kulturze”, po List biskupów polskich do biskupów niemieckich, uważając jak najsłuszniej, że było to przełomowe wydarzenie w tej historii, jak się miało potem zresztą okazać.

Jerzy Pomianowski: Zasada strategiczna sformułowana przez Giedroycia i Mieroszewskiego da się sprowadzić do zwięzłej i bardzo poręcznej formuły – jak najlepsze stosunki z Rosją. Pod jednym wszelako warunkiem, byle nie kosztem niepodległości i życiowych interesów naszych sąsiadów, przede wszystkim Ukrainy.

Agnieszka Osiecka: Wtedy mi się wydawał, chociaż byłam naprawdę głupią dziewuchą, pan Jerzy mi się wydaje po prostu mędrcem politycznym, geniuszem politycznym. Człowiekiem, który umie przewidywać przyszłość jak jakaś najgenialniejsza wróżka. Pamiętam jak pan Jerzy opowiadał, jak on widzi, co się stanie z Jugosławią po śmierci Tito. On nam to mówił w 57-58 roku. Miał takie ogromne ambicje wielkiego polityka. On mówił na przykład o tym, co będzie, jeżeli upadnie Związek Radziecki. A ja byłem taką głupią dziewuchą, że ja w ogóle nie myślałam, że coś takiego może być jak upadek Związku Radzieckiego. A pan Jerzy z nami rozmawiał tak, jakbyśmy grali w jakąś grę. Mówił – a co będzie kiedy upadnie Związek Radziecki? To musimy być jakoś na to przygotowani, prawda? A ja myślałam, że ten człowiek w ogóle, no mówi o jakiś bajkach.

Konstanty Jeleński: Ja nie wiem czy Giedroyć na złość opozycji. Ja myślę, że Giedroyć jest przekonany, że ma wizję, że ma jakąś historyczną wizję. I że tak wizja jest na bardzo daleką metę zakreślona. I że ma jakąś pewność, że idzie do jakiegoś celu. I że ludzie, którzy tego nie rozumieją go nie interesują.

Bohdan Osadczuk: W 1950 roku odbył się Kongres Wolności Kultury. I na ten kongres przyjechali Józef Czapski i Jerzy Giedroyć.

Jerzy Giedroyć: Osadczuk jest bardzo bliskim naszym współpracownikiem, któremu bardzo dużo zawdzięczam, dlatego że mogłem nawiązać kontakt z całym szeregiem działaczy ukraińskich na zachodzie.

Bohdan Osadczuk: Zobaczyłem, że oni mają podobne poglądy jak ja. Bardziej już jakieś ułożone i wyrobione. I że mają koncepcję.

Jerzy Giedroyć: Trzeba było przełamać nieufność litewską w stosunku do Polaków. Nastawienie prawie wszystkich organizacji litewskich było antypolskie. Moment przełamania tych niechęci zajęło trochę czasu, ale zaczęło dawać dobre rezultaty.

Bohdan Osadczuk: Dla wielu ukraińskich nacjonalistów te granice nie były też sprawiedliwe, bo pozostała Łemkowszczyzna, było Natcianie i Chełmszczyzna po stronie polskiej. Ale to byli maksymaliści, których nigdy nie można nigdzie zadowolić.

Jerzy Giedroyć: Wydaliśmy taką antologie poezji ukraińskiej „Rozstrzelane Odrodzenie”. Wszystkich tych poetów, którzy zostali zlikwidowani przez Stalina. To jest ta antologia, której się udało jednak przerzucić pewną ilość egzemplarzy na Ukrainę. To było rewolucją, jeśli idzie o literaturę ukraińska. A stała się zalążkiem takiej grupy poetyckiej, która odegrała bardzo dużą rolę, Szestidziesiatnikow.

Tomasz Jastrun: Ale największe moje zaskoczenie, kiedy byłem na Ukrainie w Kijowie, to było już oczywiście po przełomie, była taka konferencja na temat „Kultury Paryskiej” w Kijowie. Gdzie było sporo ludzi z Polski i ukraińskich pisarzy, intelektualistów. Ja widziałam jak dla nich ważna była „Kultura”.

Jerzy Giedroyć: Dla normalizacji stosunków we wschodniej Europie trzeba jednak zostawić Wilno przy Litwie a Lwów przy Ukrainie. Wszyscy nas odwodzili od tego mówiąc, że to jest zupełnie samobójcza koncepcja, dlatego że emigracja, która się składała głównie z ludzi z Kresów, północnych czy południowych, tego nie zniesie. Okazało się, że to nieprawda. Może straciliśmy kilkunastu prenumeratorów, natomiast zyskaliśmy prenumeratorów w środowisku ukraińskim.

Gustaw Herling-Grudziński: Rosjanie „Kulturę” znali jeszcze nawet będąc u siebie w domu. O czym wiem od tych, którzy ostatnio przyjeżdżali, jak choćby od Sołżenicyna czy Maksimowa. I książki rosyjskie, które tutaj wychodziły, miały spore powodzenie. A jeden był nawet bestselerem, to znaczy „Doktor Żywago” Pasternaka. Znaczy, to jest bestseler „Kultury”. Największy miał nakład. Sołżenicyn. „Kultura” była pierwszym wydawnictwem, które drukowało Abrama Terca, czyli Siniawskiego. I Arżaka. Daniela. Czyli Daniela. No i „Kultura” wydała trzy numery rosyjskie, po rosyjsku. Jeden z tych numerów, pierwszy, właśnie oglądali znajomi Rosjanie, których się teraz tutaj spotyka. Tak że kiedy tutaj się zjawił Maksimow i powziął taką myśl założenia rosyjskiego pisma „Kontynent”, to Sołżenicyn mu poradził, żeby tutaj przyjechał na naukę najpierw do „Kultury”, jak to się robi. Nie miał żadnego doświadczenia.

Natalia Gorbaniewska: Gustaw Herling-Grudziński i Józef Czapski byli członkami komitetu redakcyjnego „Kontynentu” paryskiego. Razem z Jerzym Giedroyciem, od początku i aż do śmierci. Zawsze to była rada, wspomaganie, propozycje artykułów. Zawsze swoich artykułów i innych. Tak że to była bardzo aktywna współpraca.

Gustaw Herling-Grudziński: „Kultura” wydała też numer czeski po 68 roku, po inwazji Czechosłowacji. Po polsku i po czesku. Po polsku i po czesku. Po czechosłowacku. Wydała książkę w opracowaniu Miłosza o Węgrach. Więc to jest niesłychanie, można powiedzieć, jak na warunki, jak na możliwości, to jest dorobek bardzo duży.

Jerzy Giedroyć: Działać można tylko w moim przekonaniu przez słowo, przez oddziaływanie na odcinku kulturalnym. A więc to jest kwestia wydawania pisma.

Bohdan Osadczuk: Jednak te wszystkie rzeczy, które były drukowane w „Kulturze” albo większość tych, dawało się transmitować to w eter. I w ten sposób ludzie się dowiadywali za „żelazną kurtyną”, że są takie i takie koncepcje.

Jerzy Kisielewski: Natomiast w 70. latach, kiedy Giedroyć mówił o stosunkach polsko-ukraińskich, polsko-litewskich, zdarzali się ludzie, którzy mówili – redaktor chyba trochę oderwany od rzeczywistości, bo nie wie, na czym polega Związek Radziecki i PRL. Wiedział i to doskonale. Bohdan Osadczuk, który potem już przyjeżdżał do kraju, dyżurny Ukrainiec, świetna postać, zmarł w Polsce, prowadził tę „Kronikę ukraińską”. Był też łącznikiem a potem był doradcą przecież pierwszych rządów niepodległej Ukrainy. Więc w takich momentach zdawaliśmy sobie sprawę z roli, z rangi „Kultury”.

Jerzy Giedroyć: Jedna z rzeczy, które jednak uważam za niewątpliwy nasz sukces wtedy, kiedy wysunęliśmy koncepcję, że należy oddać Lwów i Wilno, Litwie i Ukrainie dla normalizacji stosunków polsko-litewskich, czy polsko-ukraińskich, to spotkało się z kolosalnym oburzeniem.

Krzysztof Pomian: Problem Polski, problem niepodległości Polski nie był do odłączenia od pozycji Polski w Europie. Stąd taki nacisk kładziony przez Giedroycia na to, żeby uznać niepodległość Ukrainy. I żeby wymusić na Rosjanach wspólną deklarację w sprawie Ukrainy, na intelektualistach rosyjskich.

Tomasz Jastrun: Ja pojechałem na Litwę. To było wtedy, kiedy był ten przełom na Litwie i ten upadek komunizmu tam. I to był tekst dosyć krytyczny. Znaczy, ja widziałem też tam pewne rzeczy negatywne. On powiedział, że to jest świetny tekst, bardzo mu się podoba, ale on go nie wydrukuje, bo w tej sytuacji trudnej nie chce sprawiać przykrości Litwinom.

Jerzy Giedroyć: Trzeba zacząć pracować nad przygotowywaniem pewnej wizji przyszłości. Jak będą wyglądały nasze stosunki gospodarcze powiedzmy z Niemcami czy z Ukrainą, czy tego rodzaju historie. Dawałem jako przykład Traktat Wersalski, gdzie mimo żeśmy byli w tej sytuacji bardzo ciężkiej, byliśmy znakomicie przygotowani w sensie materiałów, memoriałów, opracowań i tak dalej. Tego zupełnie nie ma. Na to dostałam tylko odpowiedź: „My się nie będziemy zajmowali księżycowymi projektami”. Dla nich to były księżycowe historie. A dla mnie byłoby to żeby, jak jeżeli sytuacja tak czy inaczej się będzie rozwijała to, jeżeli dobrze, to trzeba być przygotowanym, co się będzie robiło w danym wypadku w stosunku powiedzmy do Niemiec, czy w stosunku do Rosji. Nikt się na tym nie chciał zastanawiać.

Osoba Nieprzedstawiona: Przez wieki całe Polska była orzechem między dwoma kamieniami młyńskim. Jeden z tych kamieni - niemiecki, nie obraca się już przeciw Polsce. Niemcy stanowią tylko część wielkiego organizmu euroatlantyckiego. Wchodzą w skład NATO.

Czesław Bielecki: Giedroyć zawsze podkreślał: „Trzeba pracować nad przebudową polskiej mentalności. Nie trzeba ludziom pochlebiać. Trzeba im pokazać, że bez pewnego zmysłu państwowego, bez pewnego rozumienia silnego państwa, silnej władzy wykonawczej, ten kraj sczeźnie, że to jest niemożliwe, żeby on się utrzymał.

Natalia Gorbaniewska: Od lat 50. razem z Mieroszewskim przygotowywał program, co robić po tym upadku.

Barbara Toruńczyk: To jest początek schyłku bloku sowieckiego. Początek schyłku mocy Związku Radzieckiego, że to się rozpadnie i potem następnym krokiem jest niepodległa Polska. To było nie do przełknięcia dla jakiegokolwiek sowietologa zachodniego. Nikt tego nie mówił, na zachodzie tylko Giedroyć.

Krzysztof Pomian: Dla Giedroycia Polska Rzeczpospolita Ludowa okres 1945-89, a przypominam, że on umarł w roku 2000, jedenaście lat po transformacji, po początkach transformacji ustrojowej w Polsce, Polska Rzeczpospolita Ludowa nie była czymś, co nie należy do historii Polski. Nie była po prostu sowiecką strefą okupacyjną. Była polskim państwem, oczywiście bardzo ograniczonym w swoich możliwościach działania na zewnątrz i wewnątrz, ale te możliwości działania nie były całkiem znikome i różnie było. Pod tym względem 56 rok bardzo je poszerzył.

Czesław Bielecki: Wiedza o Polsce Giedroycia była ogromna. U niego stały na półce oprawne w płótno roczniki dzienników ustaw, doprowadzone do dnia dzisiejszego. On jako państwowiec, nawet jeżeli to było państwo niesuwerenne, śledził i rozumiał, czym jest prawo w państwie.

Krzysztof Pomian: Nieustępliwym wysiłkiem Giedroycia było to, żeby się dowiedzieć po prostu, co się tam dzieje. Stąd oczywiście prenumerowane przez „Kulturę” wszystkich możliwych pism polskich, jakie tylko się dało zaprenumerować. Stąd inspirowanie prac badawczych nad polską rzeczywistością. Tego przykładem są wydane we wczesnych latach 50. „Zeszyty Krajowe”, tak zwane. Pięć tomów, w tym niekiedy grubych tomów. O oświacie, o wymiarze sprawiedliwości, o gospodarce.

Czesław Bielecki: Jego uparte szperactwo, zbieranie materiałów z różnych regionów: a to, że w Płońsku jest bezsensowny konflikt z Litwinami, a to, że gdzieś ktoś sekował Białorusinów. Ze szczególnym uwzględnieniem spraw cerkwi ukraińskich niszczonych. Stać go był na odwagę. Odwagę głoszenia poglądów niepopularnych. A to jest też część myślenia państwowego, że przecież nie większość ma rację, raczej nie jest sprawą mniejszości czy większości. Jak to powiedział nasz depozyt patriotyczny Bartoszewski: „Prawda nie zawsze leży pośrodku, prawda leży tam gdzie leży”. No to było Giedroyciowi bardzo bliskie.

Aleksander Smolar: I to była ta lekcja, którą można było też z „Kultury” wynieść. Ta ich reakcja na przykład na 68 rok, to była z pogardy, potępieniem. I natychmiast próba przyciągania ludzi, którzy wyjechali z Polski. Już nie mówię o Leszku Kołakowskim, ale Zygmunt Bauman, wiele innych postaci tej imigracji z 68 roku, które „Kultura” do siebie przyciąga i w której ci ludzie czuli się jak w domu. Często ludzie, których poglądy, których drogi życiowe były kompletnie obce Giedroyciowi. Jego otwartość, jego pragmatyzm był czymś godnym podziwu.

Marek Nowakowski: Nauczyłem się w „Kulturze” paru rzeczy bardzo ważnych. Tego, że niepodległość nie jest utopią. A żyjąc w gnoju PRL-u i znając nawet opozycję, tę tutejszą, to jednak to nie podnosiło mnie. Oni gdzieś wyszli z komunizmu, mówię o Michniku, o wszystkich. Oni jak gdyby byli wpierw naprawiaczami. Chcieli ten socjalizm ulepszyć. A tam poznałem to, co kiedyś mnie ojciec mówił, że: „Marku, nie mamy niepodległości, musimy siedzieć cicho”. Tylko ojciec mówił: „Musimy siedzieć cicho”. A tam zobaczyłem oazę, która mówi głośno, że jest szansa, Bo ojciec mówił, że może kiedyś będzie, ale nie wiadomo. A oni, zauważyłem, tak milimetr po milimetrze tę sprawę prowadzili.

Barbara Toruńczyk: Stawka na ewolucjonizm. Giedroyć był człowiekiem, który kokietował tym na przykład, że jest Czerwony Książę, to znaczy czerwony, to znaczy pro-proletariacki, że interesuje się losem klasy robotniczej, że lubi mówić o przewrotach, lubi wzywać do przewrotów, do otwartej walki z komunizmem o niepodległość.

Aleksander Smolar: To były jeszcze lata 70. Jak zawsze krytykował inteligencję, brak konsekwencji, brak zaangażowania, brak więzi z robotnikami. To musiało być chyba jeszcze nawet przed 76 rokiem. Ja wtedy mówię: ale panie Jerzy, czy pan by chciał doprowadzić do rewolucji? On mówi: „Dlaczego nie?”. Ja mówię: krew, polałaby się masowo krew. I on wtedy mi odpowiedział: „Ofiary muszą być”.

Barbara Toruńczyk: Lubił kokietować tym swoim radykalizmem, ale w rzeczywistości po osądzeniu bardzo głębokim doświadczeń polityki pojałtańskiej, sowieckiej, w całym naszym bloku, doszedł do wniosku, że jedyna możliwa na długą metę polityka niepodległościowa, to jest możliwe do osiągnięcia tylko w drodze nieustannego nacisku na władzę, drogą właśnie jakichś podziemnych ruchów, drogą otwarcia stawki na inteligencję, na rozwój społeczeństwa w tym duchu niepodległościowym. I to można robić tylko w sposób ewolucyjny.

Marek Nowakowski: Najważniejszy dla mnie okres łączności z „Kulturą”, choć nie osobisty, ale korespondencyjny, przez kurierów, to jest stan wojenny. To jest dla mnie najważniejszy okres, wtedy się najbardziej z nimi związałem. Kiedy w tej Polsce zapanowało to, co zapanowało, wydawnictwa podziemne, brałem w nich udział, ale „Kultura” była dla mnie najważniejszą opoką wtedy. Ja miałem bez przerwy kontakt z Giedroyciem wtedy w stanie wojennym, bo miałem swoich ludzi, teraz już można mówić. Gdzieś tam w ambasadzie ktoś był, którzy przewozili to, co ja im dawałem.

Kronika: Prokuratura Wojewódzka dla miasta stołecznego Warszawy oskarża Macieja Jana Kozłowskiego o to, że w czasie od połowy 1968 roku na terenie Polski, Czechosłowacji i Francji jako obywatel Polski wszedł w porozumienie z występującym w imieniu obcej organizacji Jerzym Giedroyciem w celu działania na szkodę państwa polskiego.

Maciej Kozłowski: W 1963 pojechałem do Londynu i tam po raz pierwszy dostałem do ręki egzemplarz „Kultury”. I to było jak zachłyśnięcie się świeżym powietrzem. Miałem nadzieję, że dla ludzi, którzy zetkną się z egzemplarzami „Kultury” będzie to przełomem, jakim to było dla mnie. Jeździłem na różne wyprawy. Miałem obyczaj, że jak byłem w Alpach, to potem wsiadałem w pociąg, jechałem do Paryża po książki i spotkanie z Giedroyciem.

Kronika: „...uczestniczył w inspirowanej przez imperialistyczne ośrodki ideologiczno-dywersyjnej działalności kierowanego przez tegoż Giedroycia Instytutu Literackiego w Paryżu, zmierzającej przez szkalowanie ustroju i naczelnych organów Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej do podważenia socjalistycznych zasad ustrojowych.

Maciej Kozłowski: Grupa z Polski przynosiła materiały w maszynopisie, głównie ulotki, różne opracowania. Więc umówiliśmy się, że my będziemy zostawiać te książki z Andrzejem Mrozem po stronie słowackiej u zaprzyjaźnionych Słowaków. Będziemy je zostawiać na Rysach w umówionym miejscu. A ze strony polskiej odbierał je Maciek Włodek, Jan Kelus. Wypożyczyłem taki samochód, wielki Citroen taki bardzo luksusowy. I wyjąłem koło zapasowe i to miejsce na koło zapasowe wypełniłem książkami i zakamuflowałem to. Zygmunt Hertz wrócił właśnie z drukarni, z paczką wydrukowanych książek „Chamy i Żydy” Jedlickiego. I dorzucił mi tę paczkę. I już nie mieliśmy jej czasu ani możliwości zakamuflowania, i tę paczkę znaleźli pogranicznicy czechosłowaccy. Kilka dni później zostałem aresztowany przez czeską służbę bezpieczeństwa i przekazany do Polski.

Kronika: Wykonując zlecone mu zadania w zakresie sporządzania, względnie uzyskiwania od osób znajdujących się w Polsce lub Czechosłowacji materiałów i wiadomości o treści szkalującej ustrój i władze tych państw w celu opublikowania w wydawnictwach Instytutu Literackiego w Paryżu.

Maciej Kozłowski: Aresztowano bardzo dużo osób, między innymi moją matkę. Pierwszy raz wtedy usłyszałem, że może mi grozić kara śmierci, no bo szpiegostwo.

Kronika: Uczestniczenia w nielegalnym przewożeniu do Polski przez terytorium Czechosłowacji, w celu kolportowania wydawnictw tegoż Instytutu i innych tekstów zawierających między innymi wiadomości o treści szkalującej ustrój i władze tych państw.

Krzysztof Pomian: Giedroyć nie był człowiekiem, który by uważał, że to, że podjęte zostało ryzyko, że ludzie wpadli i poszli siedzieć, no to trudno. Jak się prowadzi działalność polityczną z takimi partnerami jak kraje komunistyczne, to się ponosi ryzyko.

Maciej Kozłowski: Jak pan będzie z nami współpracował, to damy panu nim niski wyrok i wszystko będzie ok. Przez pół roku odmawiałem jakiejkolwiek rozmowy. Potem jak zobaczyłem, jak szeroko wyglądają zatrzymania, to było kilkadziesiąt osób zatrzymanych, wyselekcjonowano pięć osób do sprawy, nie znających się wcześniej. Znałem tylko Szymborskiego no i oczywiście Tworkowską, no i doszedłem do wniosku, że wszystko, co mogę zrobić, to powiedzieć wersję, którą ja uważałem za najbardziej właściwą. Wziąłem wszystko na siebie, że to nie była żadna konspiracja, że to był mój osobisty pomysł, że to ja wszystko sam robiłem. Ludzie najbardziej jak gdyby zaangażowani w samą sprawę przenoszenia książek po stronie polskiej, czyli Maciek Włodek i Jan Kelus w ogóle nie stanęli przed sądem.

Kronika: Oskarżonego Macieja Jana Kozłowskiego uznaję za winnego popełnienia zarzucanego mu czynu.

Maciej Kozłowski: Wyroki były wysokie. Pięć lat w pierwszej wersji, skrócone do trzech i pół. Z uwagi na amnestię spędziłem dwa i pół roku w więzieniu. Potem miałem przez cały okres do upadku komuny ogromne problemy ze znalezieniem pracy, w ogóle z utrzymaniem się. Byłem jako były więzień polityczny nieustannie inwigilowany. Wszystkie próby w czasie procesu, że zostałem omotany przez jakiegoś prawda straszliwego konspiratora z Maisons-Laffitte były bzdurą. Dlatego że ja doskonale wiedziałem, co robiłem, doskonale wiedziałem, dlaczego to robiłem. Ktoś by mógł pomyśleć, że Giedroyć mnie traktował instrumentalnie, to można powiedzieć, że ja traktowałem instrumentalnie Giedroycia. Mieliśmy wspólny cel i razem współpracowaliśmy, żeby ten cel osiągnąć.

Konstanty Jeleński: Pasja Giedroycia to jest pasja polityczna. Więc kiedy Giedroyć zaczął powiedzmy włączać się, zaciągać jakieś kontakty z opozycją w kraju, upolityczniać to pismo, no a zwłaszcza powiedzmy, kiedy doszło do procesu „taterników”, który dla mnie był rzeczą no, jakby ci powiedzieć, no bardzo nad tym cierpiałem, dlatego że uważałem, że pismo jest pismem. Jest dobrym pismem, powinno być jak najlepszym pismem. A że właściwie nie jest sprawą pisma narażać ludzi na to, żeby potem mieli tak ciężkie przejścia i przeżycia. No i jakoś się to na naszych stosunkach odbiło i przestałem pisać do „Kultury” przez kilka lat. I teraz dopiero po wielu latach rozumiem, zresztą czytając świadectwa tychże ludzi prawda, którzy przecierpieli, którzy przeszli te rzeczy i którzy uważali i uważają dotychczas, że ta rola „Kultury” była potrzebna, że ta rola „Kultury” się w znacznej mierze przyczyniła do tego, czym stała się ta polska powiedzmy, nawet nie tylko polska Solidarność, ale w ogóle, że wzmocniła jakoś tę opozycję w kraju w sposób bardzo poważny.

Jerzy Giedroyć: Zapomina się o kwestii niepodległości. Wysuwanie zagadnienia niepodległości to nie jest wzywanie do powstania. To jest kwestia, że każdy z tych działaczy musi pamiętać, że to jest nasz ostateczny cel, do którego dążymy. Nie do takich, czy inny wyborów, czy do takich, czy innych liberalizacji, ale to jest cel ostateczny.

Osoba Nieprzedstawiona: Poczynając od lat 70. nie było środowisk, dla których „Kultura” była jednym z takich punktów orientacyjnych intelektualnie i politycznie. No oczywiście później pojawia się KOR, później pojawia się Solidarność. I ta mapa duchowa i mapa polityczna oczywiście ulega zmianie.

Kronika: Mówi Radio Wolna Europa!

Jan Nowak-Jeziorański: To było przecież pismo, które krytykowało wszystkich. Ośmieliło się krytykować papieża, kościół. To była metoda redakcyjna Giedroycia – skandalizować. Robić ataki, które są skandalem. To zwraca uwagę na pismo, budzi zainteresowanie czytelników. A to był wytrawny redaktor.

Barbara Toruńczyk: Był człowiekiem bardzo nowoczesnym. On był za oddzieleniem państwa od religii i od kościoła, że to są dwie niezależne rzeczywistości.

Jerzy Giedroyć: Cały czas jedna z moich pretensji do tych wszystkich opozycjonistów i tak dalej to, że nie wciąga się robotników do tego, że rewolucje robią dyrygenci, ale wygrywają rewolucje robotnicy. Piłsudski rozumiał prawda, że robotnika bardziej interesuje kwestia podwyżki płac czy coś takiego, niż sprawy Polski.

Osoba Nieprzedstawiona: Powstanie KOR-u Giedroyć przyjął absolutnie entuzjastycznie. Po pierwsze, że powstało środowisko, które działa z odsłoniętą przyłbicą. Po doświadczeniach Poznania, po doświadczeniach 1970 roku, po doświadczeniach 1976 roku, trudno było sobie wyobrazić inny scenariusz. To znaczy, że znów dla władzy to, co naprawdę jest zagrażające, to jest rewolta robotnicza. I jeżeli zostanie przezwyciężony, to osamotnienie robotników i inteligencji.

Barbara Toruńczyk: Znałam tych robotników. Była ogromna fala represji wymierzona w robotników. A w którymś momencie też dotknęła młodych członków KOR-u. Oni trafili do więzienia. Miał tę wielką satysfakcję, że jego program polityczny się ziścił. Polska odzyskała niepodległość.

Krzysztof Pomian: Mazowiecki nie pojechał wtedy do Laffitte, zresztą nawet chyba nie miał na to czasu, ale spotkał się z Giedroyciem. Rozmowa trwała czterdzieści pięć minut. Kiedy się skończyła to Giedroyć wyszedł, podeszliśmy z żoną i spytali: Tadeuszu, o czym wyście właściwie rozmawiali? A na to Tadeusz powiedział: „No, on mi wytłumaczył, jak mam rządzić państwem”.

Osoba Nieprzedstawiona: Giedroyć był państwowcem i jako państwowiec uważał, że potrzebna jest silna Polska, potrzebna jest praworządność. Polska zanarchizowana po prostu jest zagrożona.

Tomasz Jastrun: Giedroyć uważał, że go się czyta, ale się go nie słucha. To znaczy, że chodzi o jego poglądy na temat polityki wschodniej, że to jest szalenie zaniedbane. I my teraz widzimy, jak ten wschód jest ważny.

Barbara Toruńczyk: On, jeśli miał wzory polityczne to miał tylko dwa. To był Piłsudski i to był de Gaulle. On zaczynał od tego, że powołał pismo „Polska Mocarstwowa”. To było bardzo charakterystyczne dla tamtej generacji i dla nas dzisiaj. Widzi się granice demokracji. Demokracja, która ma zabezpieczać i wypełniać swoją demokratyczną treścią instytucje państwowe, tutaj zaczyna w którymś momencie się przelewać przez te instytucje. I powstaje swego rodzaju konflikt, że doskonała demokracja gwarantuje wszystkie prawa wszystkim obywatelom. Może doprowadzać do pewnego niebezpieczeństwa, że to państwo słabnie.

Gustaw Herling-Grudziński: Bardzo często dostawałem od Giedroycia rady czy sugestie. Więc on naprawdę był ogrodnikiem literatury polskiej. I nie można go tak sprowadzać tylko do tej roli powiedzmy inspiratora czy redaktora politycznego „Kultury”.

Jerzy Giedroyć: Uważam, że polska literatura jest jedna.

Wojciech Karpiński: Dwóch przez niego wypromowanych autorów, Witold Gombrowicz i Czesław Miłosz, stworzyli ten nowy model polskości, który się sprawdził, i który dla nas jest punktem odniesienia.

Józef Czapski: Gombrowicz jak przyjechał do nas, to już było niedaleko przed jego śmiercią, Jerzy go przyjął jak zawsze: „proszę pana” i tak dalej. I ten się uśmiechnąłeś i powiedział: „Proszę pana, od piętnastu lat pracujemy razem, może byłoby czas żebyśmy byli na Ty?”.

Konstanty Jeleński: Jednym z pierwszych zabiegów, jakie w ogóle zrobił, było wejść jak najszybciej w kontakt z Gombrowiczem. On sprawił, że Gombrowicz pisał do „Kultury”.

Aleksander Smolar: Miłosz, który był nieznośny często osobowościowo, który miał stosunek do emigracji często tak negatywny. Zresztą bardzo źle został przyjęty na początku. W jakimś sensie dla Polski uratowany został przez Giedroycia.

Jerzy Giedroyć: Obaj byli przyjęci niesłychanie wrogo przez emigrację. Gombrowicz z powodu „Transatlantyku”, który był uważany za zniesławianie narodu. A Miłosz po wybraniu wolności, po tym słynnym artykule „Nie”.

Czesław Miłosz: Moje stosunki z Giedroyciem były pełne awantur. Ja przypuszczam, że nie jestem bardzo łatwym człowiekiem. Dochodziło między nami do bardzo ostrych starć. Niemniej Giedroyć publikował moje książki. I nie było żadnego innego domu wydawniczego, nie było żadnej innej instytucji tego rodzaju na zachodzie, która by zgodziła się znosić moje awantury czy idiosynkrazje. A jednak muszę przyznać, że właśnie Giedroyć moje książki wydawał, tak samo jak wydawał Gombrowicza. I oczywiście dzięki Giedroyciowi, dzięki wydawnictwom Instytutu Literackiego moje książki w tym okresie, w tych dziesięcioleciach, kiedy byłem nie osobą czy non person według Orwella, te książki docierały i były czytane, rozpowszechniane. Tak że zasługa Giedroycia jest ogromna dla literatury polskiej.

Jerzy Giedroyć: Dużą satysfakcją dla nas to, że jeden i drugi byli kandydatami do Nagrody Nobla. Gdyby Gombrowicz nie umarł, to był prawie pewien jego wybór. No i potem przyszedł ten sukces Miłosza.

Konstanty Jeleński: No i stąd ta „Kultura” miała dla mnie ten olbrzymi prestiż. Nie mówiąc już o tym, że było szereg innych pisarzy, których ogromnie wysoko ceniłem, którzy wówczas do „Kultury” pisali: Jerzy Stempowski, którego ogromnie lubiłem i ceniłem, Straszewicz, Bobkowski. Jest, że już od dawna wrócił do niej Gustaw Herling-Grudziński. Ja zawsze zaczynam „Kulturę” od czytania „Dziennika pisanego nocą”. Gustaw Herling jest już od dawna w Polsce uznany za wielkiego pisarza, którym jest. A wydanie francuskie jego „Innego świata” osiągnęło sukces zupełnie wyjątkowy.

Józef Czapski: Jest „Kot” Jeleński, który także swoją rolę dużą odegrał.

Wojciech Karpiński: To, co mnie interesowało, to nie były na pewno wizje Polski mocarstwowej, ale wizje Polski jaką można było odczytać w pismach, w tekstach Gombrowicza, Miłosza, Czapskiego, Jeleńskiego. Powiedziałbym, to są te cztery najważniejsze nazwiska.

Wojciech Sikora: Ci ludzie jak już z kimś weszli w kontakt, to również roztaczali opiekę. Znane są sprawy ilości różnego rodzaju pomocy charytatywnej, wysyłania paczek przez redaktora, przez Zygmunta Hertza dla różnych ludzi, którzy potrzebowali w Polsce tego typu pomocy. Już nie mówię o tym, jak bardzo pomagał rozsianym na całym świecie pisarzom, emigrantom, z których część żyła rzeczywiście w biedzie. Niektórzy na skraju nędzy. I troszczył się, opiekował, usiłował zorganizować pieniądze.

Czesław Bielecki: Życie Giedroycia było dziełem. Ludzie, których inspirował to jest znacząca część tego dzieła. Bez niego nie byłoby Nobla dla Miłosza. Bez niego nie powstałby „Dziennik” Gombrowicza, ani „Dziennik pisany nocą” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Bez niego nie byłoby Nobla Wałęsy. I bez niego nie byłoby nas. Tacy, którzy spieramy się o ULB, o naszą politykę wobec Ukrainy, Litwy i Białorusi, ale nie jesteśmy opanowani jakimś ciasnym, zaściankowy nacjonalizmem. Musimy to myślenie o polityce wschodniej, musimy się z tym myśleniem Giedroyciowym i myśleniem Mieroszewskiego borykać. A zatem to jest jego dzieło.

Kronika: Mówi Radio Wolna Europa, głos wolnej Polski!

Krzysztof Pomian: Wolna Europa regularnie komentowała każdy numer „Kultury”. I jeśli „Kultura” była znana w kraju szerzej, niż w kręgach powiedzmy uprzywilejowanych, które miały jakieś takie czy inne, legalne czy nielegalne, dostępy do „Kultury”, to była znana przede wszystkim ludziom, którzy słuchali raz w miesiącu audycji, gdzie numer „Kultury” był omawiany przez Wolną Europę.

Kronika: Zapraszam państwa do wysłuchania przeglądu miesięczników literackich w opracowaniu Jerzego Karaszkiewicza, który omówi dla państwa marcowy numer „Kultury” paryskiej.

Jan Nowak-Jeziorański: Giedroyć przy swoich… uważam go za najbardziej zasłużonego emigranta. Bo cóż prawda, no… Radio Wolna Europa to był odrzutowiec. A „Kultura” to była awionetka, kierowana przez jednego pilota. I ta maleńka awionetka zdołała zdobyć sobie wpływy i pozycję w kraju niezrównaną zupełnie.

Kronika: Swobodny dostęp do informacji służy sprawie pokoju i wzajemnego zrozumienia w świecie.

Leszek Czarnecki: Więc kiedyś, to już jest po 1989 roku, zaczęło do niego przyjeżdżać tutaj z Polski masę ludzi i fotografować się. Zresztą jest taki piękny zbiór kolorowych fotografii właśnie, które ci ludzie często tutaj nadsyłali Giedroyciowi po tych spotkaniach. On to zaklasyfikował w takich teczkach, gdzie jest napisane: „wizyty prominentów”. I pewnego dnia był tu jakiś człowiek, wyszedł, zamknął te drzwi, no i biegnie pani Zofia. Ona biegała po prostu, tak była dynamiczna. I ja sobie tu siedzę i słyszę takie pytanie: „Jerzy, a kto to był?”. A on tak się odwraca i mówi: „Jeszcze jeden, który wychował się na „Kulturze”. Ale to, że jeszcze jeden, pod koniec to jest lat, to już lata 90., schyłek jego życia, okazuje się, że ten starszy człowiek, który całe życie walczył jakoś o Polskę po prostu ma coraz więcej spadkobierców.

Krzysztof Pomian: Można powiedzieć, że on do końca życia pozostał w jakiejś mierze in partibus infidelium, wysokim urzędnikiem państwowym, który skoro państwa polskiego nie było, był rząd na uchodźstwie i tak dalej, ale to on tym państwem się stał. I stał się nim w jakimś sensie. Maisons-Laffitte stał się… mówiono o księstwie udzielnym Maisons-Laffitte. Ale Maisons-Laffitte to była właściwie Rzeczpospolita Polska na obczyźnie.

Jerzy Giedroyć: Przede wszystkim powinniśmy zmienić mentalność narodu. Wymaga to wzmocnienia władzy wykonawczej oraz kontroli sprawowanej nad nią przez sejm. Wymaga to przebudowania systemu parlamentarnego, by wyeliminować zeń partyjniactwo i prywatę. Wymaga wprowadzenia rządów prawa i nieustępliwej walki z korupcją we wszystkich jej postaciach i odmianach. Wymaga prasy zarazem wolnej i przepojonej poczuciem odpowiedzialności. Wymaga rozdziału kościoła od państwa. Wymaga poszanowania praw naszych mniejszości narodowych. Musimy pamiętać, że jest to warunkiem dobrych stosunków z sąsiadami. Zdając sobie sprawę, że katolicyzm jest wyznaniem znakomitej większości narodu, musimy dbać również o Żydów, mahometan, protestantów oraz o prawosławie, które jest wyznaniem wielu obywateli polskich, a zarazem wyznaniem panującym w Rosji, na Ukrainie i na Białorusi. Jest to ogólny zarys mojej wizji Polski, o której realizację walczyłem całe życie. Nie mam więcej do dodania.

Dane o obiekcie

Opis

Jerzy Giedroyc był jedną z najwybitniejszych postaci polskiej historii w XX wieku. Niezwykłość jego dzieła polega na tym, że wydawany przez niego na emigracji miesięcznik „Kultura” chociaż zakazany przez cenzurę PRL, faktycznie docierał do kraju i w ogromny stopniu ukształtował poglądy polskiej inteligencji. Bez nazwisk autorów „Kultury”, m.in. Andrzeja Bobkowskiego, Józefa Czapskiego, Witolda Gombrowicza, Gustawa Herlinga –Grudzińskiego, Stefana Kisielewskiego, Józefa Mackiewicza, Czesława Miłosza czy Jerzego Stempowskiego nie da się napisać historii polskiej kultury.

Pierwsza część filmu "Kim był Jerzy Giedroyć" to opowieść przedstawiająca główne momenty z życia świadka rewolucji w Piotrogrodzie i Moskwie, uczestnika życia politycznego II Rzeczypospolitej, wydawcy BUNTU MŁODYCH i POLITYKI, niedoszłego więźnia Berezy Kartuskiej, dyplomaty ratującego polskich uchodźców w Rumunii, żołnierza wojska polskiego w Tobruku, uczestnika kampanii włoskiej 2 Korpusu gen. Andersa. A to wszystko do końca II Wojny Światowej. Sporo jak na jednego człowieka. Jak sam o sobie mówił - człowieka państwowca.

Druga część to filmowa opowieść opisująca perypetie utworzenia Instytutu Literackiego KULTURA, tajemnicę Nobla dla Miłosza, a przede wszystkim powstanie idei współpracy Ukrainy, Litwy, Białorusi i Polski. Wartość jaką wniósł do kultury europejskiej Instytut Literacki KULTURA jest nie do przecenienia. A stał za tym jeden człowiek – Jerzy Giedroyć.