Kazimierz Pułaski. Ostatni rycerz Rzeczpospolitej - Mediateka - Muzeum Historii Polski w Warszawie SKIP_TO
Wizyta w muzeum Przejdź do sklepu
Podcasty
Audio

Kazimierz Pułaski. Ostatni rycerz Rzeczpospolitej

Muzeum Historii Polski (producent);

28/05/2023

Transkrypcja

Bohater Ameryki. Hektor z Częstochowy, ale też banita skazany za królobójstwo. Zarazem zwany ostatnim rycerzem Rzeczpospolitej. Wybitny dowódca i krnąbrny podkomendny. Być może kobieta. Kazimierz Pułaski jedna z najważniejszych i najbardziej kontrowersyjnych postaci w historii. Łukasz Starowieyski. Zapraszam na kolejny odcinek podcastu z serii „1000 lat. Prześwietlenie”. Dziś w podcaście historyczny rentgen skierujemy właśnie na wielkiego małego rycerza. Jedną z najciekawszych postaci w dziejach Polski. Czy Kazimierz Pułaski rzeczywiście chciał zabić Stanisława Augusta Poniatowskiego, jak twierdził sam król? Jak bez doświadczenia wojskowego stał się wybitnym dowódcą, który przez lata wodził za nos wojska carskie. Jak stał się najpierw bohaterem, a później przestępcą, o którym huczało w całej Europie. Jak wreszcie doszło do tego, że w Stanach Zjednoczonych, a nie w ojczyźnie, jest uznawany za herosa, a dzień jego śmierci jest świętem narodowym za oceanem. Powiemy też, skąd podejrzenia, że ten rycerz i wojak był kobietą.

 

Część pierwsza. Tydzień w obozie.

 

Na dobrą sprawę nie wiadomo nawet, kiedy przyszedł na świat. Badacze podają daty od 1745 do 1747 roku. Był to albo czwarty, albo szósty marca. Prawdopodobnie urodził się w Warszawie, w rodzinnym pałacu. Być może jednak w majątku w Warce. Chrzest miał okazały. Rodzicami chrzestnymi byli między innymi Stanisław Poniatowski i jego córka Ludwika, czyli odpowiednio ojciec i siostra przyszłego króla. A także dwie księżny Czartoryskie. Skąd aż takie honory? Dzięki ojcu małego Kazika, wpływowemu prawnikowi familii. Józef długo pracował dla Czartoryskich. Ich drogi rozeszły się, gdy Kazimierz miał dziewięć lat. Odtąd tylko raz stanął po stronie Czartoryskich, gdy podpisał wraz z synami wybór Stanisława Augusta na króla. O dzieciństwie Kazimierza wiemy bardzo mało. Na pewno rósł w dobrobycie, bo Józef zgromadził znaczny majątek. W jego dobrach znajdowało się aż 108 wsi i 14 miasteczek. Uczył się najpierw w szkole parafialnej w Warce, a później w przeznaczonej dla zamożnej szlachty nowoczesnej Szkole Księży Teatynów w Warszawie. Gdy miał lat 15, został paziem na dworze księcia kurlandzkiego Karola Wettyna. Tam pierwszy raz powąchał prochu, gdy wojska rosyjskie zajmowały Kurlandię, wyrzucając stamtąd Sasa. Tego wąchania nie było zresztą zbyt wiele. Tak przynajmniej rzucił cesarzowi austriackiego podczas wizytacji obozu wojskowego kilka lat później, gdy był już sławnym wodzem konfederacji barskiej. „Cesarz na pana Pułaskiego zawołał i pytał się go, czy li w zagranicznych wojskach służył lub jaką kampanią odprawił. Odpowiedział, że tylko z księciem Kurlandii Karolem tydzień był w obozie, więc pytał się, skąd tej eksperiencji nabył. Odpowiedział, iż codzienna praktyka oświeca go, a broniąc wiary i wolności, Bóg jest wodzem moim”. Do Baru jeszcze wrócimy. Tam przecież w istocie zaczyna się wojskowa droga Pułaskiego, która doprowadzi go i do wielkiej chwały, i do banicji w niesławie, a na koniec do heroicznej śmierci. Przystańmy na chwilę, by przyjrzeć się temu nastolatkowi. Mały rycerz to określenie jak ulał pasuje do Kazimierza. Ma ponoć niespełna metr sześćdziesiąt wzrostu i jest: „Szczupłej budowy. Ale o dobrze wypracowanej muskulaturze. Silnym i żelaznym. Mowy pięknej, często od myśli szybszej”. Jak pisał ówczesny pamiętnikarz, na ramiona spadały mu puklami czarne włosy. Dodajmy jeszcze tyczący się nieco późniejszego okresu opis osobowości. „Zabawy jego najmilsze były w czasie od nieprzyjaciela wolnym ćwiczyć się w strzelaniu z ręcznej broni, pasować się z kim tęgim, na koniu różnych sztuk dokazywać, a w karty grać po całych nocach. Za to był wielce wstrzemięźliwy, tak od pijaństwa, jak od kobiet”. Gdy Sas opuszcza Kurlandię, Kazimierz wraca do Rzeczpospolitej. Ojciec daje mu wioskę, Zezulińce na Podolu, ale chyba nawet on nie sądził, by syn mógł usiedzieć na wsi. Tym bardziej, że Józef jest w samym środku wielkiego politycznego kotła, w którym gotują się sprawy Rzeczpospolitej. Dla rodziny Pułaskich właśnie zaczyna się czas, gdy będzie o nich głośno nie tylko w kraju. A zawierucha dziejów najpierw poniesie ich ku szczytom, by później boleśnie strącić w czeluść.

 

Część druga. Bar wzięty.

 

Zaczyna się niewinnie. Głowa rodu wraz z synami podpisuje elekcję Stanisława Antoniego Poniatowskiego na króla. Józef musiał to robić z mocno zaciśniętymi zębami. Od początku wobec nowego władcy wyniesionego na tron na carskich bagnetach, był w opozycji, podobnie jak wobec planu reform, w tym zniesienia złotej szlacheckiej wolności z liberum veto. Niechęć była tak duża, że zręczny prawnik dał się ambasadorowi rosyjskiemu zwieść na manowce. Sprzeciwiając się narzuconym siłą przez Rosję i Prusy ustawom o zrównaniu praw politycznych katolików i innowierców, przyłączył się do zawiązanej – tak, tak – pod rosyjskimi auspicjami konfederacji radomskiej, zrzeszającej katolików i przeciwników króla. Ambasador użył konfederacji jako narzędzia nacisku na króla. Trzeba przyznać, że śmiałości i odwagi Pułaskiego seniorowi nie brakowało. Gdy przejrzał rosyjskie matactwa, nie bał się skoczyć do oczu wszechwładnemu rosyjskiemu ambasadorowi. Różne są wersje tej utarczki. Gdy Nikołaj Repnin zagroził wprowadzeniem do Rzeczpospolitej 50 tys. wojska rosyjskiego, Józef miał mu rzucić w twarz: „Niech stanie i 100 tys. Naród wolny krew przeleje. Nasze stare z XIII wieku zawołanie głosi, że należy raczej dom spalić i z bronią w ręku po lasach się poniewierać, niźli samowładnej mocy się poddać”. Repnin, wściekły, replikował: „Jednym kopnięciem usunę takich przeciwników”. Na co Pułaski. „Strzeż się, książę, aby ostatnia na was nie wybiła godzina”. Według innej wersji kłótnia miała zakończyć się kopnięciem Pułaskiego przez Repnina. Trudno wyobrazić sobie jednak, by w tej sytuacji nie polała się krew. Już wówczas Pułaski zresztą spiskuje. W czasie Sejmu mieszkał u biskupa Kajetana Sołtyka, który: „Ustawicznie miewał potajemne konferencje z panem Michałem Krasińskim”, podkomorzym poznańskim, z Pułaskim starostą wareckim i innemi ich mościami, których na noc zawsze zjeżdżało dosyć do pałacu na Nowe Miasto, a którym zawsze dawał rady, jakim sposobem mogli bunty podnieść”, donosił szpieg Repnina. Ambasador w środkach nie przebierał. Sołtyka, a także m.in. hetmana Rzewuskiego aresztował i wywiózł w głąb Rosji. Pułaski uniknął ich losu i wyjechał na Podole. Nie po to jednak, by się ukrywać. 29 lutego 1768 roku w Barze została zawiązana konfederacja. Pułaski ojciec został jej wojskowym marszałkiem. On też opracowywał jej akty i manifest do narodu. By wyposażyć wojska, sprzedał sporą część swojego majątku. Ponadto rozpoczął akcję dyplomatyczną. Ramię w ramię z ojcem stoją jego synowie Franciszek Ksawery, Antoni i Kazimierz. Wszyscy otrzymują w konfederacji ważne funkcje. Kazimierz kończył właśnie 22 lub może 23 lata. Doświadczenia wojskowego ma co kot napłakał, a tu dostaje awans na pułkownika i swój własny oddział. Józef nie pomylił się jednak co do syna. Kazimierz nawet dalece przerósł wszystkie jego oczekiwania. Gorąca krew zakipiała w młodym pułkowniku. Na razie pozostał na południowo-wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej. Już na początku kwietnia dowodzona przez niego partia wyparła wojska carskie z oddalonego o 60 kilometrów od Baru miasteczka Winnica. Dziesięć dni później po raz pierwszy starł się z Rosjanami w otwartym polu na południe od Starokonstantynowa. Po bitwie pisał triumfalnie. „Trzy godziny z okładem trwał ogień, a każdy dobrze strzelał. Mało 200 Moskali widzieliśmy na polu leżących, tylko że żadnego nie zostawi. Była liczba atakujących przeszła dwa tysiące, a nas około czterystu, bo nie wszyscy broń ręczną mieli. Jeden z gwiazdą kartaczem dostał, to z mojej łaski, bo jakem wyrychtował armatę w jeden pluton, tak kilkunastu wypadłych znaczną lukę uczynili”. Relacja pułkownika, przepojona młodzieńczym entuzjazmem, jest zapewne zdecydowanie przesadzona. Przyznawał jednak i rosyjski dowódca, że z tym oddziałem konfederatów walczy się ciężko. „Takiej mordęgi, sztrapacy i fatygi jak teraz nie miewałem nawet podczas wojny pruskiej na Pomorzu, na Śląsku, pod Kołobrzegiem. Teren okropny. Wciąż trzeba czuwać na siodle i to forpoczty dziesiątkami giną”. Dowódca dodawał, że próbował zdobyć umocniony przez Kazimierza Starokonstantynów, ale po 4 godzinnym ataku odstąpił. Sądził po silnym oporze, że to główna kwatera Barżan, broniona przez siły dwukrotnie większe od jego własnych. Piękna laurka dla dowódcy przecież żółtodzioba. Pułaskiemu i tak w gorącej wodzie kąpanemu sukces musiał uderzyć do głowy. Ruszył w pole i nadział się na zasadzkę. Według rosyjskich raportów został nawet sam powalony na ziemię. Udało mu się jednak zbiec, dzięki mostkowi przerzucono mu przez bagienną rzeczkę przez jego żołnierzy. Pod koniec maja wraz z oddziałem mały rycerz znalazł się w Berdyczowie. Tam znów pokazał wielki talent wojskowy, ale też poznał gorycz bolesnej porażki. Klasztor karmelitów, który obsadził, był w rzeczywistości całkiem okazałą fortecą. Pułaski wprowadził do niego 1400 ludzi. Rosjanie nadciągnęli po kilku dniach, w liczbie zapewne 3 razy większej. Posiadając do tego dużą siłę artyleryjską. Musiał Pułaski liczyć na męstwo obrońców i względnie szybką odsiecz. Idący na pomoc duży oddział konfederatów został jednak rozbity przez Rosjan. Będąc w beznadziejnej sytuacji, pozbawiony wody. Z rozpoczynającym się głodem, a także wyłomami w murach, musiał Pułaski skapitulować po tygodniu oblężenia. „O godzinie siódmej wieczorem Pułaski przybył i poddał się z wojskiem swojem całym. Przed fortecą rozkazano regimentarzowi Pułaskiemu wyprowadzić wojsko swoje i składać broń wszelkiego rodzaju”, pisał rosyjski dowódca. Niedługo później padł też Bar, a ci konfederaci, którzy nie zginęli i nie dostali się do niewoli, ratowali się ucieczką za Dniestr. Wydawało się, że ledwie po trzech miesiącach od zawiązania konfederacja właśnie upada. Pułaski trafia do niewoli. Na jego szczęście nie jest to jeszcze czas, gdy konfederatów masowo zsyła się na Sybir. Z młodym dowódcą rozmawia Ksawery Branicki, hetman, późniejszy arcyzdrajca, targowiczanin. Na razie jest bliskim współpracownikiem króla. Pułaskiemu ofiarowuje wolność w zamian za wyrzeczenie się konfederacji. Trzeba tylko złożyć odpowiednie pismo. W przypadku tego akurat jeńca protestują rosyjscy dowódcy. Suszij durak. Prawdziwy głupiec pisze jeden z generałów o Pułaskim do Repnina i dodaje, że nie zasługuje on na wolność, bo płacze, że na murach Berdyczowa nie zginął. Ambasador do tej opinii się przychyla, zakazuje zwolnienia. Tyle że się spóźnia. List datowany jest na 17 lipca. Dokładnie tego samego dnia Kazimierz po podpisaniu dokumentu zwanego recesem, wychodzi na wolność. Mają nosa rosyjscy dowódcy, bo Pułaski umowy dotrzymać ani myśli. Zmierza do obozu ocalałych barżan w tureckim wówczas Chocimiu. Jedzie ponoć z listem od Rosjan, by namówić konfederatów do zakończenia walk. Zamiast tego unieważnia swój reces. Szlachetne pobudki są jasne, ale daleko mu do zachowania honorowego, co kładzie się cieniem na jego postaci, szczególnie w oczach mu współczesnych. Przez kilka miesięcy Pułaski ogranicza się do zbrojnych wycieczek na tereny polskie i drobnych utarczek. Po jesiennej walce o władzę w konfederacji między głową rodu Pułaskich, a podczaszym Wawrzyńcem Potockim, ten pierwszy zostaje zmuszony do opuszczenia obozu w bezpiecznej Turcji. Dni Józefa jako decydującego o sprawach są już policzone. Wezwany z powrotem Pułaski senior zostaje aresztowany przez ludzi sułtana pod błahym pozorem. Wolności nie doczeka. Umiera w tureckim więzieniu. Jego synowie ruszają za to w pole, obsadziwszy dwie twierdze. Stamtąd robili wypady na wroga. Musieli dobrze zaleźć za skórę Rosjanom, bo ci uderzyli dużymi siłami. Pułaski Okopów Świętej Trójcy, bo tak nazywała się owa forteca, bronił niemal do końca. Umocnienia opuścił dosłownie w ostatniej chwili. Uciekł pod osłoną nocy tajemną ścieżką wiodącą nad Dniestr. Znów wymknął się Moskalom. Do niewoli dostał się za to młodszy brat Antoni. Kazimierz kluczy. Pokazuje się w Bieszczadach, w Beskidach. W maju łączy się z oddziałem starszego brata w Samborze. Franciszek przyprowadza ze sobą dwustu Tatarów. W Przemyślu bracia zawiązują konfederację. Kolejne miesiąca spędzają na pochodach. Pojawili się i w łomżyńskim, gdzie Kazimierz został marszałkiem wojewódzkim, i w lubelskim, i w okolicach Augustowa. Wszędzie podsycając ogień walk. Z dnia na dzień obaj stają się najważniejszymi dowódcami ruchu. Sława Kazimierza niosła się po całym kraju. To z kolei znów ściąga na Kazimierza uwagę Rosjan. Ścigał go pruski generał w carskiej służbie Johann Drewitz i cieszący się ponurą sławą późniejszy kat Pragi Aleksander Suworow. Tyle że Pułaski doścignąć się nie dał. Był już wytrawnym partyzantem, uderzał na mniejsze siły. Starcia generalnego unikał. Do czasu. Pułascy zaskoczeni zostali w okolicach Włodawy. To była dotkliwa klęska. Tym dotkliwsza, że w bitwie zginął jego brat Franciszek. Kazimierzowi udało się przedostać z niedobitkami do Austrii. Jesień i zimę 1769 roku spędził na szykowaniu nowego oddziału i kolejnych utarczkach, w czasie których został postrzelony w rękę. Jego mołojecka sława sięga już daleko poza granice Rzeczpospolitej. Wtedy to właśnie dochodzi do rozmowy z cesarzem. Podczas wizytacji konfederatów przez Józefa II. „Przyjechał cesarz z królewiczem przed front marszałków. Co im się podobają te ćwiczenia żołnierskie, gdzie wszyscy nasi wielkie ukontentowanie pokazali. W tem ruszył na koniu książę Albrecht postrzegł marszałka Pułaskiego i rzekł do cesarza «Oto Pułaski». Cesarz zwrócił konia ku niemu, mówiąc «Masz waćpan dość sławy w zagranicach»”. Nikt nie mógł pewnie wówczas przypuścić, że to dopiero początek, a nazwisko Pułaski głośno będzie rozbrzmiewać nie tylko po całej Europie, lecz nie będzie to tylko dobra sława. Na razie jednak Pułaski szykował się do wielkiej konfrontacji. Caryca i jej dowódcy byli zdecydowani, by wreszcie dopaść młodego pułkownika. Austria zdawała się wówczas wspierać konfederatów. Władze barszczan otrzymały zapewnienie komenderującego nad granicą generała austriackiego, że rozstawi się na granicy, a nawet siłą odeprze Rosjan, gdyby ci przekroczyli Kordon. Pułaski mógł więc nie oglądać się na tyły, z przodu zaś usypał szańce i spokojnie czekał na przeciwnika. Generał Drewitz szybko w sytuacji się zorientował i nie dość, że w pułapkę nie wpadł, to jeszcze sam urządził zasadzkę. W przeddzień bitwy wieczorem zaprosił do obozu miejscowego niższego rangą dowódcę austriackiego wojska, prosząc o okazanie rozkazu uderzenia na Rosjan. „Wiem, że wasz dwór nic o tym nie wie, ale też wiem, że wasz generał jest bożkiem opiekuńczym konfederatów. Ale co panu z tego przyjdzie, panie rotmistrzu? Ja panu... I tu szepnął mu do ucha takie słówko, po którem rotmistrz zmienił ton na słodki i prosił tylko o nie przekraczanie granicy na zbyt daleką odległość. Drewitz przyrzekł ze swej strony, że po wzięciu szańca nie każe strzelać, aby ani jedna kula nie padła na terytorium cesarsko-węgierskie”. Relacjonował rozmowę oficerów w biografii Pułaskiego prof. Władysław Konopczyński. Kolejnego dnia rano Austriacy cofnęli się o trzy tysiące kroków, co pozwoliło wojskom rosyjskim na obejście szańców i uderzenie od tyłu. Wycofujących się konfederatów zaatakowali dodatkowo miejscowi chłopi. W bitwie zginąć miało około połowy oddziału Pułaskiego. Pozostali złożyli broń przed Austriakami. Zwycięski dowódca zapragnął spotkać pokonanego. A ponieważ Pułaski odmówił przyjazdu do rosyjskiego obozu, generał pofatygował się do polskiego. Drewitz próbował namówić naszego bohatera, by zaniechał buntu i przeszedł na stronę rosyjską. Pułaski dumnie oznajmił, że prędzej umrze. Odpowiedź brzmiała: „Ależ mój panie, pan nigdy nie umrzesz, jeżeli będziesz uciekał na Węgry. Ja też dlatego tylko pana zaatakowałem, aby panu pokazać, że dla was nie ma w Polsce bezpiecznego kąta. I bić was będziemy tak długo, aż zrozumiecie swój błąd”. Pułaski nie dał się jednak przekonać. „Widzę to doskonale, że bez obcej pomocy ani ja, ani my wszyscy nic nie wskóramy. Tej pomocy wkrótce z całą pewnością się spodziewamy. Ja w każdym razie przy swem przedsięwzięciu wytrwam, bo pragnę w ojczyźnie zostawić dobre imię, że naprawdę chciałem bronić naszej wolności”. Nie rzucał zresztą słów na wiatr i miał możliwości ku temu, by czynem poprzeć swe deklaracje. To, co niedługo zrobi, przywoła w całej Polsce wzniosłe obrazy z przeszłości i na czas jakiś wleje w serca wielkie nadzieje.

 

Część trzecia. Obrona Częstochowy.

 

Nie jest pewne, jakby sobie radził Pułaski w regularnej armii. Możliwe, że prędzej naraziłby się na sąd wojenny, niż zdobył wielką chwałę. Głównie z powodu podejścia do rozkazów zwierzchników. Francuski generał, który przybył doradzać konfederatom, a w praktyce dowodzić, już w pierwszym raporcie wysłanym do Francji, nazwał go: „Zuchwalcem, który nie może być użyty w planowym działaniu”. Potem pisał do Paryża jeszcze, że: „Pułaski to po prostu bandyta, a wszyscy inni to tchórze”. Między francuskim generałem a Pułaskim iskry poleciały niemal od razu. Polski dowódca przyjmował tylko te plany francuskiego sztabowca, które uznawał za sensowne. Wbrew Francuzowi odmówił choćby zajęcia zamków w Czorsztynie i Lanckoronie. Od kilku tygodni Pułaski ze swoim wojskiem tańczył z Drewitzem, to nękając jego oddziały, to znów odskakując. W tym czasie kilkukrotnie wyprowadził w pole rosyjskiego dowódcę. Drewitz się wścieka. W raportach nazywa Pułaskiego kanalią, która bitwy nie przyjmuje, a ogłodzić potrafi. We wrześniu pułkownik ponownie zmylił rosyjskiego dowódcę. Najpierw zrobił wypad do Krakowa, gdzie zajął koszary i przejął pod swoje rozkazy oddział podległy dotąd królowi. Miasta nie próbował zdobywać. Później zasugerował, że kieruje się w stronę Warszawy. Drewitz rzucił się na północ, a tymczasem Pułaski stanął pod Częstochową. Jeśli nasz mały rycerz spodziewał się otwartych ramion ojców Paulinów, to srogo musiał się zawieść. Twierdzę obsadzała załoga wierna królowi. Już wcześniej nie wpuściła do środka generała Drewitzai, który zrewanżował się spaleniem spichlerza, ogrodów i wymusił opłacenie okupu. Część okupu miało być karą za uprzednie wsparcie konfederatów. Pułaskiemu brakowało sił i ochoty na walkę. Za to nie miał nic przeciwko fortelowi. Na wykonawcę najlepiej nadawał się tęgi oficer Michał Walewski. Dobrą okazją było pozwolenie na udział konfederatów w mszy świętej. Po cóż tęgi? „Walewski wcisnął się do furtki i zatarasował ją swą kępą, atletyczną figurą, po czym machnął szablą raz i drugi, aż odskoczyła straż forteczna, a na dziedziniec wpadli towarzysze konfederaci. Wnet cały klasztor został zajęty”. Był 9 września. Pułaski właśnie obejmował twierdzę, którą utrzyma przez 21 miesięcy, odpierając rosyjskie ataki. Historyczne skojarzenie. Wspomnienie bohaterskiej obrony Jasnej Góry podczas potopu szwedzkiego nasuwało się także współczesnym. „W przykrych i krytycznych rzeczy okolicznościach samą przynosisz nadzieję. Przywracasz lustr narodowemu orężu. Zalękasz nieprzyjaciela, pomnażasz sobie i ojczyźnie sławy, a w obcych nawet potencjach utwierdzasz reputację”. Pisały władze konfederacji. To wtedy Pułaskiego zaczęto nazywać Hektorem z Częstochowy. Jego przydomkiem stało się więc imię bohaterskiego obrońcy starożytnej Troi. Właśnie na Jasnej Górze mały rycerz znajdzie się u szczytu sławy, by niewiele później spaść w otchłań infamii. Zanim puścimy jednak w ruch koła fortuny i historii, przyjrzyjmy się samej twierdzy. Klasztor od czasów potopu szwedzkiego został dodatkowo umocniony. Stanowił zwarty czworobok, otoczony wałem ziemnym, murami i bastionami, a całość jeszcze okalały fosa i ostrokół. Do tego przedpolem twierdzy była błotnista dolina. Pułaski musiał pewnie uśmiechnąć się pod rzadkim wąsem, gdy przyjrzał się uzbrojeniu i zaopatrzeniu klasztoru. 140 dział i duża liczba kul. Pułkownik nie poprzestał na tym. Poczynił dodatkowe przygotowania przed spodziewanym szturmem rosyjskim. Bezpieczeństwo ponad komfortem uznał i ponoć dachy kazał obłożyć grubą warstwą nawozu, by chronić je przed kulami i pożarami. Klasztorne życie na dłuższą metę nie było jednak dla Pułaskiego. W Częstochowie zostawił piechotę, a sam wybrał wojnę podjazdową. Dochodził nawet do Poznania. Rosjanie do zdobycia klasztoru zbierali się dość niemrawo. Atak zaplanowali dopiero na koniec roku. Pułaski był przygotowany, przechwycił szczegółową instrukcję od dowódcy rosyjskiego w Polsce do naszego dobrego znajomego generała Drewitza. Rosjanie byli pewni siebie. W końcu pożyczyli nawet część artylerii od Prusaków. „Po zdobyciu Częstochowy klasztor należy obsadzić wojskiem rosyjskim, a szlachtę polską odesłać etapami w głąb Rosji”. Pouczała instrukcja. Był mroźny sylwestrowy poranek roku 1770, gdy przednia straż Rosjan pojawiła się pod klasztorem. Pułaski nie schował się za murem. Rzucił swoje oddziały do walki, by utrudnić Rosjanom zajmowanie pozycji. „Kozacy i karabinierzy rosyjscy jak chwast podcięty padali”. Zapisano w dzienniku obrońców. W Nowy Rok podpalił Pułaski Nową Częstochowę, osadę leżącą pod twierdzą. Ostrzał rozpoczął się trzeciego stycznia. „Kule o kościół odbijające się jedne całe odlatywały, drugie to na pół, to na trzy, to na cztery części, kruszą się o mur, obijały się”. Notowali obrońcy, dodając, że żaden spośród nich nie zginął. W tej sytuacji Drewitz przystąpił do układów, żądając poddania twierdzy, a w zamian obiecując obrońcom bezpieczny powrót do domu. Tak opisuje Konopczyński odpowiedź Pułaskiego. „Na tak zuchwałą propozycję niesmaczną, odebrał odpowiedź, że jeżeli chce na swym wojsku być ocalony i na osobie swojej niech wszystką broń złożyć każe pod murami fortecy, a zaraz skuteczny pas wolnego przejazdu odbierze, za którym do samego zajedzie Petersburga”. Pułaski na tym nie poprzestał. W nocy wyszedł z wycieczką, kompletnie zaskakując oblegających. Polakom udało się nawet zagwoździć trzy armaty. Tego wypadu Pułaski, który sam poprowadził wyprawę, mało nie przypłacił życiem. W czasie odwrotu zaplątał się w płaszcz i upadł. Rosjanina już wznoszącego szablę ubił jednak strzałem z pistoletu. Kilka dni później Drewitz spróbował podstępu. Udawał, że gotuje się do odwrotu. Tymczasem o drugiej w nocy jego wojsko ruszyło do szturmu. Pułaski był jednak czujny i odpłacił się pięknym za nadobne. Dopuścił Rosjan pod same mury. Dopiero wówczas obrońcy rzucili zapalone wieńce, które oświetliły okolicę, a na atakujących spuszczono kamienie, kłody, bomby i granaty. Szturm załamał się po godzinie. Rosyjscy żołnierze szeptać zaczęli o nadprzyrodzonych mocach wspierających obrońców. „Ci ludzie stracili już ducha. Wierzą nawet, że to święty obraz skrócił w ostatniej chwili drabiny”. Narzekał w liście Drewitz. 16 stycznia carskie wojsko rozpoczyna prawdziwy odwrót. Pułaski tryumfuje. „Niebezpieczeństw wzgardę. Przezorność w rozrządzaniu. Odwagę w dopełnianiu. Zabieg na przyszłe wypadki. Czułość na wszystko dałeś widzieć w dzielnej i chwalebnej fortecy jasnogórskiej obronie”. Piszą władze Konfederacji. Jego nazwisko pojawia się w powstających na gorąco wierszach i piosenkach. Sława sięga szeroko i daleko. Pisze o nim prasa we Francji, Niemczech, Holandii czy Anglii. Dyskutują koronowane głowy. Cesarzowa Maria Teresa raczy stwierdzić, że z tych Polaków może da się coś jeszcze zrobić. Dwór saski się zachwyca, a król Szwecji oficjalnie gratuluje. Władca Prus Fryderyk II, zły z powodu kompromitacji swoich dział, posyła zaś Wolterowi anegdotkę o cudownym obcinaniu przez Matkę Boską rosyjskich drabin. Jan Jakub Rousseau wygłasza nawet proroctwo, że konfederacja ocali konającą ojczyznę Polaków. Tyle że nadmierne to peany i zdecydowanie przedwczesna radość. Niestety nad Rzeczpospolitą i nad samą konfederacją zbierały się ciemne chmury, a burza wisiała tuż za granicami. Na razie jednak niewiele zwiastowało ponurą przyszłość. Konfederaci, wzmocnieni efektem Jasnej Góry, odnieśli kilka spektakularnych sukcesów. Pod Lanckoroną pobity został między innymi generał Suworow. Z drugiej strony, jak pisze prof. Konopczyński, nie stała się jednak Częstochowa punktem zwrotnym w wojnie o niepodległość, jak za Jana Kazimierza. Przynajmniej nie nastąpił żaden zwrot dodatni. Źle się działo za granicami. Turcy przegrywali wojnę z Rosją. We Francji powoli odwracały się propolskie nastroje. Podobnie Austriacy nie byli już tak optymistycznie nastawieni do sprawy konfederacji. Najgorsze były jednak dwustronne rozmowy Prus i Rosji. To wówczas zaczyna się krystalizować plan dla Rzeczpospolitej katastrofalny. Rozbioru. W czerwcu Pułaski znów zamyka się na Jasnej Górze. Tym razem oblegają go nie tylko Rosjanie z Drewitzem czele, ale też wojska króla. Dowodzi nimi hetman Branicki. „Przybyłem nie po to, aby atakować, ale żeby zaproponować zgodę i przyjaźń”. Mówi Branicki podczas spotkania z Pułaskim. „Nie w tym towarzystwie”, odparowuje dowódca twierdzy. Warto dodać, że dochodzi też do drugiej rozmowy. Branicki rozprawia o szkodliwości wojny domowej i nieszczęściach kraju. Namawia do poddania się. Pułaski. Uwaga! To ważne dla dalszej części tej historii. Nie wyklucza pogodzenia się z królem, ale pod warunkiem, że Stanisław August przyłączy się do starań o wyrzucenie wojsk rosyjskich z kraju. Branicki kończy wściekle. „Pożałujesz waszmość kiedyś tej sposobności”. A w swoim dzienniku notuje, że: „Pułaski mówił jak młody zarozumialec”. Na razie to ten zarozumialec jest górą. Oblężenie znów zostaje zwinięte. Pułaski zostaje jednym z trzech dowódców, którzy weszli do rady wojennej konfederacji, a Branicki ponosi klęskę. Pod Widawą rozbija go inny oddział konfederatów. Pułaski ma w tym czasie wielkie plany. Marzy o stworzeniu 50-tysięcznej armii, a nawet zdobyciu Warszawy. Wówczas też wdaje się w awanturę, która na zawsze łamie mu w Polsce karierę i niszczy sławę. Mało tego, przyczynia się do upadku konfederacji.

 

Część czwarta. Porwanie króla.

 

Do dziś ta historia pełna jest domysłów i hipotez. Dla barskich konfederatów niewielu było gorszych wrogów nad Stanisława Augusta Poniatowskiego. Były kochanek carycy Katarzyny, wyniesiony na tron na rosyjskich bagnetach jawi im się jako zdrajca. Jesienią 1770 roku ogłaszają nawet akt detronizacji króla. Ta decyzja nie przysporzyła im sojuszników w Europie. Sam Pułaski stosunek do króla, jak widzieliśmy, miał niechętny, ale też ambiwalentny. Być może wynikający z sytuacji rodzinnej. Przypomnijmy, że wśród trzech par rodziców chrzestnych Kazimierza znaleźli się ojciec i siostra obecnego króla. Jak pisze prof. Konopczyński przez trzy lata wojował z Moskalami, wojował mimo woli z królem. Ale go słowem ani piórem nie kaleczył. Gdy inni lżyli zbiedzony majestat, a lżyli go wszyscy konfederaci saskiej orientacji, nie wyłączając, ani biskupa Krasińskiego, ani Paca, ani Bohusza. On milczał. Jak doszło do tego, że to właśnie Pułaski w całej Europie uznany został za niedoszłego królobójce? Wszystko w tej sprawie jest zagmatwane z jednej, a szyte grubymi nićmi z drugiej strony. Ślady brudnych paluchów wydzierają zewsząd. Problem w tym, że do dziś nie wiadomo, czyje to paluchy. Intryga jednak tak jest zapętlona, że choć przez lata badano ją na wszelkie sposoby, nikomu nie udało się jej ostatecznie rozwikłać. Bo w oficjalną wersję nie da się uwierzyć. Spróbujmy więc chociaż przyjrzeć się jej krok po kroku. Już wiosną pojawił się wśród konfederatów plan wtargnięcia do Warszawy, ataku na króla i: „Ciosu, który by opróżnił tron”, donosił w liście duński dyplomata. W lipcu 1771 roku do rezydującego w Częstochowie Pułaskiego przybył niejaki Stanisław Strawiński, rotmistrz powiatu starodubowskiego. I jak się przedstawiał barżanin. Od samego początku postać to z gatunku szemranych. Choć i na to trudno do końca znaleźć dowody. Pułaski propozycji porwania króla wysłuchał, choć ponoć niechętnie, ale decyzji nie podjął. „Teraz śmierć króla byłaby bezużyteczna, bo konfederacja nie jest na tyle wszechmocna, aby mogła dysponować tronem”, miał rzucić. Strawiński zbyć się łatwo nie dał. Wrócił po trzech tygodniach. Jak wyglądała druga rozmowa? Pułaski relacjonował później: „Nie daję Waszmość Panu żadnych poleceń, ale uprzedzam, że tylko pod tym warunkiem zaaprobuje Twój zamysł, nawet po wykonaniu, jeżeli oszczędzisz życie jeńca”. Na co usłyszał odpowiedź. „Ależ dwadzieścia razy mogłem go zabić w Warszawie. I wstrzymałem się od tego dla dobra konfederacji. Postanowiłem dostawić Poniatowskiego żywcem”. Pułaski domagał się, by o jego roli nikt nie wiedział. Za to wydać miał polecenia innym dowódcom, by użyczyli Strawińskiemu ludzi. To on miał też przejąć porwanego króla i zapewne odprowadzić do Częstochowy. Właśnie wówczas wszystko zaczęło toczyć się źle. Pułaski wyruszył w kierunku Warszawy w drugiej połowie października. Pod stolicę jednak nie dotarł. Przegrał Bitwę pod Skaryszewem, którą przypłacił raną ręki. To i tak były najmniejsze z nieszczęść. Samo porwanie króla przeprowadzone zostało tak nieudolnie, że właściwie można nazwać je farsą. Na karetę wiozącą Stanisława Augusta napaść miało około czterdziestu porywaczy. Z królem na podwarszawskim Marymont dotarł już tylko jeden. Reszta ponoć pogubiła się po drodze. Ten jeden kozak Kuźma dał się nocą przekonać królowi, by go wypuścił. Tak też się stało. Dzień po akcji król ponoć w jednym bucie i bez płaszcza wrócił do stolicy. Coś tu brzydko pachnie. I owszem, ponoć powiadomiony o porwaniu ambasador rosyjski miał oznajmić, że ma ważniejsze sprawy niż uganianie się za królem. Pułaski niemal z dnia na dzień z bohatera staje się wyrzutkiem. Władze konfederacji co prawda oficjalnie go nie potępiają, w końcu same namawiały do detronizacji króla, a nawet zapewne inspirowały zamach na niego, ale się od dowódcy odsuwają. Poniatowski od początku nazywa Pułaskiego królobójcą. Dwory europejskie w większości przyjmują ten punkt widzenia. „Żadne jego wyjaśnienia nie zgładzą nieodpartych zarzutów króla polskiego”, pisze kanclerz Austrii. W Warszawie trwa śledztwo. Początkowo sypał skruszony Kuźma. Pułaskiego wskazał też Strawiński. To kolejna z zagadek tej historii. Inicjator porwania po nieudanej akcji ucieka za granicę. Nie boi się jednak na krótko wrócić, by w Wilnie złożyć obciążające Pułaskiego zeznania. Następnie znów udaje mu się wyjechać z Polski. Zeznania te zaskakująco przypominają wersję wydarzeń przedstawianą przez króla. Zawróćmy jednak na chwilę tok opowieści, by przedstawić, co działo się z małym rycerzem. Po powrocie do Częstochowy przygotowywał się do kolejnej, piątej już barskiej kampanii. Walczył też w obronie swojego imienia. Pisał do austriackiego kanclerza i ministrów rządu Francji. Tylko na francuskim dworze, zechciano wysłuchać jego wersji. „Otrzymałem od Pułaskiego pismo usprawiedliwiające go całkowicie. Odmalowała się w nim w całości jego dusza, tak pełna dzielności. Sam już ton tego pisma budzi wiarę, iż ten wódz konfederacji jest niewinny spisku, o który się go oskarża”. Czy był w tej sprawie Pułaski sprawcą, czy też kozłem ofiarnym? To pytanie do profesora Piotra Ugniewskiego historyka z Uniwersytetu Warszawskiego. Plan o niejasnym celu musiał jakoś się wykluć w łonie generalności konfederacji. Działacze generalności podsunęli ten pomysł Pułaskiemu, który praktycznie też dowodził wojskami konfederacji na Mazowszu i w Małopolsce, czyli miał narzędzia, żeby przeprowadzić taki zamach. I raczej od razu też możemy powiedzieć, że wątpią historycy w to, ja sam też, czy on zakładał, że w toku tego porwania król może zostać zabity. Bo też nie mamy żadnych świadectw, które wskazywałyby na to, że Pułaski był osobiście jakimś takim nieprzejednany wrogiem Stanisława Augusta. Brał udział w planowaniu zamachu. Są na to nawet dokumenty. Kwestia zasadnicza, o której zależała też odpowiedzialność karna za to. To jest kwalifikacja, czy mówimy o porwaniu, czy o królobójstwie. Przy czym sprawa o tyle jest w ogóle zagmatwana z punktu widzenia dawnego prawa. Mamy taką ustawę z roku 1588 o zbrodni obrazy majestatu. Za taki zamach jest oczywiście bardzo surowa kara śmierci kwalifikowanej, infamii, utraty czci i majątku. Więc nawet jeśli plan nie przewidywał zabicia króla, to właściwie sam fakt, że króla zmuszono, żeby podążał z zamachowcami, już wyczerpywał znamiona tej ustawy o zbrodni obrazy majestatu i był zagrożony tą najwyższą karą. Król bardzo silnie podbijał ten zarzut jednak królobójstwa, że on z powodów politycznych, propagandowych, bez wahania twierdził, że to było królobójstwo. W związku z tym Pułaski był w poważnych opałach. Jego bardzo szybko wykreowała propaganda królewska, takie słowo nawet padło w oskarżeniu przed sądem sejmowym, że to jest herszt tej grupy. Zarówno wokół Pułaskiego, jak i całej konfederacji zaciskały się jednak żelazne szczęki. Na początku roku konfederaci zdobyli jeszcze co prawda Wawel, ale tylko na trzy miesiące. Na większości innych frontów ponosili porażki. Do tego Austria, Rosja i Prusy ogłosiły pierwszy rozbiór Polski. Już nie tylko jedna rosyjska, ale aż trzy wrogie armie wkroczyły na teren Rzeczpospolitej. Lada chwila należało się spodziewać kolejnego oblężenia Jasnej Góry, tym razem skutecznego. Nie chciał Pułaski oddawać swoich ludzi na stracenie, a siebie skazywać na haniebną śmierć. Ludzi powoli zaczął rozpuszczać, a sam zdecydował się uciekać. 31 maja pożegnał się z kilkoma tylko najbliższymi towarzyszami walk i potajemnie opuścił twierdzę. Załodze kazał odczytać list i ostatni rozkaz. „Wziąłem oręż do ręki dla dobra publicznego. Dla niegoż złożyć go muszę. Związek trzech państw potężnych odejmuje nam wszelkie środki możliwej obrony. A sprawa, do której wplątany jestem, utrudniałaby mi przeprowadzenie dla was kapitulacji. Łącząc was z mojem nieszczęściem”. Pułaski uciekał z kraju, w którym nie było już dla niego miejsca. Problem w tym, że w owym czasie miejsca dla niego nie było nigdzie.

 

Część piąta. Bohater za oceanem.

 

Nie ma zbyt wielu miejsc, gdzie Pułaski mógłby się czuć bezpiecznie i gdzie byłby chciany. Zapewne zatrzymał się najpierw w Dreźnie u króla saskiego, później przebywał w Prusach, bo Fryderykowi, który właśnie połknął sporą część Rzeczpospolitej, wrogowie władcy polskiego nie zawadzają. Na petycję Stanisława Augusta o wydanie zbiega, Fryderyk odpowiada, że chętnie to zrobi, jeśli zostanie mu wskazane miejsce przebywania banity. Następnie Pułaski przenosi się do Paryża, choć i tam oficjalnie nie jest mile widziany. Podróżując często pod zmienionym nazwiskiem, próbuje walczyć o swoje dobre imię. Pisze list do brata Antoniego, który po posiedzeniu carskiego wyroku za udział w konfederacji barskiej miał zdobyć sobie wpływy na dworze Katarzyny. Kazimierz prosi brata o wstawiennictwo. List wysyła też do wielkiego marszałka koronnego Stanisława Lubomirskiego. „Jeżeli chodzi o Stanisława Poniatowskiego, to czułbym się zaiste najszczęśliwszym ze śmiertelnych, gdybym mógł z nim walczyć. Idącym na czele niewolników i nieprzyjaciół, których wezwał do ojczyzny na wytępienie równych obywateli. Gdybym wziął go do niewoli i mógł zmusić do abdykacji z tronu zroszonego krwią moich ojców i przyjaciół. Przypisywano mi intencje zamachu na króla, są wstrętnym oszczerstwem, pozbawionym wszelkiej podstawy wymysłem, zrodzonym pod ciężarem wyrzutów sumienia”. W liście prosi o adwokata. Prośba zostaje odrzucona. Wyrok, bez względu na decyzję sądu dawno już jest wydany, choć dekret sądu i tak warto przytoczyć. Skazujemy na karę śmierci przez ścięcie. Ręce przy drogach publicznych i po niejakim czasie spalone. Ciało zaś zaraz po ścięciu rozćwiartowane, spalone i na wiatr rozwiane. W sumie na śmierć skazanych zostało poza Pułaskim jeszcze dwóch domniemanych króla zbójców, w tym Strawiński. Skruszony Kuźma zostaje banitą, ale z królewską pensją. Wyrok na Pułaskim uchylono dwadzieścia lat później. W grobie przewracać musiał się nasz bohater, bo dobre imię przywrócił mu sejm grodzieński, który zatwierdził drugi rozbiór Polski. Niespokojny duch naszego bohatera nosi go po całej Europie. Na wiosnę 1774 roku udał się przez Wenecję do Turcji, chcąc walczyć z Rosją. Tam zostaje aresztowany. „Dają znać Kadiemu. Ten każe mnie zaaresztować i odprowadzić do więzienia. Wiodą mnie do ciemnej izby pełnej więźniów. Zakładają na nogi łańcuchy i pozwalają spać na podłodze. Nazajutrz prowadzą mnie do Kadiego, który zadawszy milion pytań pozostawia mnie jeszcze na dwa dni w więzieniu, poczem odsyła mnie do obozu, mocno przekonany, że jestem rosyjskim szpiegiem”. Z planów walki nic nie wychodzi, bo wojna kończy się klęską Turcji, a rząd tego kraju pod presją Rosji nakazuje natychmiastowy wyjazd Pułaskiego i innych polskich oficerów z kraju. Mały rycerz osiada następnie w Marsylii, gdzie wiedzie mu się fatalnie. Nie ma pieniędzy, znów popada w karciany nałóg, a za długi na pewien czas trafia do więzienia. Sytuacja ulega zmianie, gdy Pułaski spotyka francuskiego pisarza i dyplomatę Claude'a de Rulhière'a, autora „Historii anarchii w Polsce”. To on poleca bitnego dowódcę przebywającego w Paryżu pełnomocnikowi kongresu amerykańskiego Benjaminowi Franklinowi. „Hrabia Pułaski z Polski, oficer słynny w całej Europie z odwagi i postępowania swego podczas obrony wolności kraju przeciwko trzem potęgą. Rosji, Austrii i Prus, może być wysoce użytecznym w naszej służbie”, pisze późniejszy prezydent USA w liście polecającym. Z tym listem hrabia Pułaski w czerwcu 1777 roku wsiada na okręt. Na ziemi, której stać się miał wielkim bohaterem, pierwszy raz postawił stopę miesiąc później. Śledząc jego historię, aż trudno uwierzyć, że ma w tym momencie ledwie 32 lata. W Stanach Zjednoczonych trwa właśnie wojna wyzwoleńcza. Miejscowi koloniści zbuntowali się przeciw władzy Anglii. Buntownikom przewodził Jerzy Waszyngton. Nim jednak dojdzie do spotkania dwóch dowódców z dwóch różnych stron świata, Pułaski odwiedza garnizon w Bostonie. Z miejscowym komendantem zjada obiad, a później lustruje umocnienia. „Fortyfikacje są wykonane solidnie, ich artyleria jest w porządku, tylko żołnierz są mniej wykształceni niż powinni być”. Pod koniec lipca pisze do Waszyngtona list, prosząc o przyjęcie do armii kontynentalnej. Jak zwykle nie może usiedzieć w miejscu. Gdy odpowiedź nie przychodzi, rusza osobiście. Waszyngton przyjmuje go ciepło, ale Pułaskiego nadal nosi. Pisze list do Kongresu. Chce jak najszybciej na front. „W Polsce miałem pod swojem dowództwem w rozmaitych bitwach 18 tysięcy ludzi. Ataki i oblężenia, które wykonywałem, dają mi prawo do zaliczania siebie w poczet ludzi posiadających doświadczenie wojskowe. Amerykanie nie powinni gardzić takimi ludźmi”. Waszyngton proponuje Kongresowi, by Pułaski stanął na czele kawalerii. Nie jest to funkcja bardzo prestiżowa. Jazda nie jest u Amerykanów ani popularna, ani doceniana. Liczy zaledwie cztery regimenty, w sumie nieco ponad siedmiuset żołnierzy. Nominację na generała kawalerii Pułaski otrzymuje 15 września. Awans zastał go w polu. 11 września wziął udział w bitwie pod Brandywine. Polak przez większą część bitwy przebywał w sztabie Waszyngtona. Gdy szala zwycięstwa przechyliła się na stronę Brytyjczyków, poprowadził szarżę w zaledwie kilkudziesięciu jeźdźców. „Pułaski ze zwykłą sobie odwagą i bystrością uderzył na nieprzyjaciela, wstrzymując jego postęp, przez co spowodował zwłokę bardzo korzystną dla naszej cofając się armii”, pisał uczestniczący w bitwie oficer francuski. A dragon, który brał udział w szarży, dodawał: „Pułaski krzyknął głosem, który nas przeszedł do szpiku kości, spiął konia ostrogami i rzucił się naprzód z takim strasznym i szalonym rozpędem, żeśmy ledwo go w pół minuty dogonili. Czego on chciał, Boże święty! Pędziliśmy bowiem prosto na las angielskich bagnetów. Pułaski był pierwszy, a któżby za nim nie poszedł? Lecieliśmy za nim z takim huraganem ognia i stali, że przewierciliśmy na wskroś szeregi Anglików. Krew mi w żyłach kipi dotychczas, gdy wspomnę ten straszny atak”. W dużej mierze dzięki szarży Pułaskiego udało się armii amerykańskiej uniknąć rozbicia i wycofać z placu boju. Tworzenie kawalerii to była jednak orka na ugorze. Oddział Pułaskiego ulokowany został w Trenton w stanie New Jersey. Amerykanie, w tym sam Waszyngton, traktowali jazdę po macoszemu. Nawet ten mały oddziałek nie miał szans na porządne szkolenie, bo co rusz różni dowódcy uszczuplali go, by wykorzystać jeźdźców do eskorty czy patroli. Do tego Kongres regularnie odrzucał prośby Pułaskiego o dofinansowanie jednostki. Na Pułaskiego i jego kawalerzystów zewsząd natomiast sypały się skargi do Kongresu za dokonywane przez nich rekwizycje. Polski dowódca co prawda ponoć zabierał dobytek tylko zwolennikom Anglików, ale Waszyngton starał się być wobec nich pobłażliwy, uznając ich za przyszłych obywateli wyzwolonego państwa. Raz nawet Pułaski trafił do aresztu. Ciężko było też zdobyć konie, a jeden z jego oficerów, a w przyszłości następca pułkownik Stephen Moylan, potrafił odmówić wykonania jego rozkazu i szkalował go przed amerykańskim dowództwem. Ogromnym problemem była też bariera językowa. Pułaski nie znał angielskiego i musiał opierać się na tłumaczach. Nic dziwnego, że rozgoryczony pisał do sióstr. „Dość wiedzieć o mnie będziesz, kochana siostro, że zdrowie moje jest w całości, powodzenie zaś rozmaite, jak w czasie wojny. Ja tu komenderuję całą kawalerią. W różnych byłem atakach, dość pomyślnie. Bawić tu długo nie myślę. Obyczaje tutejsze nie mogą się zgadzać z moim humorem. Do tego strata jest próżna czasu w tej służbie. Nic dobrego czynić nie można. Ludzie tu są bardzo zazdrośni, zgoła wszystko przeciwne”. Z korespondencji wynika, że mimo to chciał uczestniczyć w kolejnej kampanii. Nastrój musiał mieć jednak wybitnie depresyjny, skoro dodał: „Dalej, jeśli będzie można, handlować zacznę. Co tu jest chyba najużyteczniejsze”. Polski hrabia, niezłomny rycerz, handlarzem. To daleko wykraczało poza ówczesną polską mentalność. Dla polskiej szlachty było to wówczas zajęcie uwłaczające. Musiał być Pułaski tej srogiej amerykańskiej zimy naprawdę w podłym nastroju. Trudno byłoby znaleźć dla naszego bohatera lepsze rozwiązanie niż ruszenie w pole. Taki rozkaz przyszedł od generała Wayne'a zwanego Szalonym Antkiem. Pułaski najpierw się zjeżył, bo Wayne miał ten sam stopień co on. Napisał do Waszyngtona list, składając dymisję. By ostatecznie dosiąść konia. „Jenerał Pułaski. Sądząc po poprzednich jego czynach, wartości i ruchliwości, da dobrą nauczkę nieprzyjacielskiej kawalerii, o ile ta nie pozbawi go tej przyjemności gwałtowną ucieczką”, prorokowała gazeta trentońska, opisując wyjazd kawalerii z miasta. Pułaski wraz z amerykańskim generałem uderzył na Anglików wiodących ogromne stada bydła. Po bitwie starał się kwestię dymisji odkręcić, ale klamka zapadła. A jego następcą został ten, który cały czas przeciw Polakowi intrygował, pułkownik Moylan. Nie zajął się jednak Pułaski handlem i robieniem pieniędzy. Szybko otrząsnął się po dymisji. „Hrabia daleki od zniechęcenia służbą, a wiedziony pragnieniem sławy i gorliwością dla sprawy wolności, zamierza prosić o nowe zatrudnienie i chce przedstawić Kongresowi swe propozycje”. Pisał w marcu Waszyngton do przewodniczącego Kongresu. Pułaski chciał stworzyć oddział partyzancki, w takiej walce był przecież prawdziwym mistrzem. Korpus złożony z 68 jeźdźców i 200 piechurów użyty miał być do walk zaczepnych i podjazdowych. Piechota miała się składać z jeńców i dezerterów. Jazda z Amerykanów i cudzoziemców. Ów oddział przeszedł do historii jako Legion Pułaskiego. Do boju ruszył jesienią 1778 r., żeby bronić amerykańskich piratów. Mieli oni swoje siedliska w Little Egg Harbor, zatoce małego jajka w stanie New Jersey. Tam, w wyniku nocnego ataku Brytyjczyków, Legion poniósł dotkliwą porażkę. Straciwszy kilkudziesięciu żołnierzy. Następnie oddział został skierowany na pogranicze do obrony przed napadami Indian sprzymierzonych z Anglikami. Zdesperowany Pułaski znów składa rezygnację. „Wasza miłość. Muszę przedsięwziąć środki niezbędne dla pozyskania miejsca na okręcie. Wiesz, że wojna w Europie rozpoczyna się obecnie w sąsiedztwie z moim krajem, co może dać mi sposobność ku zwalczaniu nieprzyjaciół moich. W Ameryce wojna się kończy. Ambicji zaś mojej nie może zadowolić komenda nad oddziałem na kwaterach lub walka z tubylcami niegodnymi zwalczania, nad którymi zwycięstwo nie przynosi zaszczytu”. W gorącej wodzie kąpany hrabia szybko zmienił zdanie. Już po kilkunastu dniach. Wcale bowiem nie chciał od razu wracać do Europy. Tym bardziej, że wieści o nowej wojnie na Starym Kontynencie były przesadzone. Wolał więc ruszyć w bój za oceanem. W lutym dostał rozkaz wyruszenia na południe w stronę Charleston. Tam znów starł się z Anglikami. Armia brytyjska była znacznie liczniejsza. Legion Pułaskiego walczył twardo. W boju polegli m.in. najbliżsi dowódcy Pułaskiego, ale Anglicy zmierzający do stolicy Karoliny Południowej zostali powstrzymani. Na ostatnią w swoim życiu kampanię Pułaski udał się do sąsiadującego z Karoliną Południową stanu Georgia. Konfederaci marzyli, by odbić z rąk angielskich Savannah. Akcja miała wielkie szanse powodzenia. W kierunku miasta z jednej strony szedł z wojskiem Abraham Lincoln, z drugiej płynęło osiemnaście francuskich okrętów, wiozących cztery tysiące żołnierzy. Tego ostatniego wieczora Pułaski zapewne nie zmrużył oka. Zgodnie z rozkazem miał wyruszyć już o pierwszej w nocy. Podczas szturmu długo stał w odwodzie. Miał dokonać szarży na miasto po przełamaniu pierwszej linii obrony. Nie wytrzymał w bezczynności. Gdy dowiedział się, że francuski dowódca został ranny, rzucił się na jego poszukiwanie. Sam też odniósł ranę. Otrzymał postrzał w pachwinę. „Kula obiła jego konia. Gdy przesiadając się na innego, był jakby w powietrzu, został trafiony i w dwa dni potem, 11 października 1779 roku, skończył życie”, opisywał ostatnie chwile Pułaskiego, inny bohater walki o niepodległość Stanów Zjednoczonych, generał La Fayette. Nie jest pewne, jak do tego doszło. Być może wdała się gangrena. Nie ma też pewności, co stało się z ciałem. Być może umierającego generała przeniesiono na statek, a po śmierci jego ciało zostało wrzucone do morza. Według innych hipotez pochowano go gdzieś w pobliżu miasta. Z tym ostatnim miejscem pochówku wiąże się sensacyjna teoria, że mały rycerz był kobietą. Tak, tak, kobietą. Do takiego wniosku doszli naukowcy z Uniwersytetu w Georgii, badający szkielet odkryty w trumnie z napisem Brigadier General Kazimir Pulaski, na jednej z plantacji pod Savannah. Odkryty szkielet miał bowiem kobiece cechy. Badacze zajęli się więc doczesnymi szczątkami. Wyizolować DNA z kości i porównali z DNA żyjącej potomkini siostry Pułaskiego. Do tego zbadali uszkodzenia szkieletu i porównali je z fragmentami pocisku, który miał go zabić. Uznali, że biologicznie Pułaski był kobietą. Sensacyjna opinia obiegła cały świat, ale pozostała domniemaniem. Nadal bowiem nie ma 100% pewności, czy odnaleziony szkielet to rzeczywiście szczątki Pułaskiego. Być może ciało zostało podmienione. Czy teoria głosząca, że Pułaski był kobietą ma realne podstawy? To pytanie do historyka, profesora Ugniewskiego. Mógłbym powiedzieć, że to jest pytanie nie do historyka, tylko do genetyka, bo o ile wiem, odkopano ciało, które przypisuje się Pułaskiemu w Savannah. Tu są różne wersje, co się wydarzyło, czy przewożono ciało jakimś statkiem, wyrzucono je do morza, czy potem jednak pochowano. Ale całkiem niedawno zresztą odkopano to ciało i wprawdzie był jakiś napis na trumnie świadczący o tym, że to niby jest generał Pułaski. Podjęto badania i z tych badań wynikało, że on cierpiał na jakieś takie genetyczne problemy, które objawiały się tym, że miał cechy genetyczne zarówno męskie, jak i kobiece. Poza tym też nie jestem pewien, czy naprawdę te badania zostały wykonane dobrze. Są takie pewne poszlaki w źródłach pisanych i tu jako historyk mogę to jakoś skomentować, bo ja mówiłem o tym fragmencie pamiętników króla, że on był amantem, ale nieszczęśliwym kochankiem Franciszki Krasińskiej. Być może właśnie takie jest wyjaśnienie, dlaczego nie byli po prostu intymnym związkiem, parą. Są cytowane opinie ze znanego bardzo dzieła Jędrzeja Kitowicza, Kitowicz jest o tyle ważny, że on był konfederatem barskim. Pisze o Kazimierzu Pułaskim z sympatią, twierdzi ksiądz Kitowicz, że lubił wojaczki, lubił grać w karty, pojedynkować się, jakieś ćwiczenia szermiercze na koniu wykonywać. I to by pasowało do wizerunku młodego oficera. A jednocześnie jest napisane, że był bardzo wstrzemięźliwy, jeśli chodzi o alkohol i kobiety. I to bardzo zastanawia, bo może są jakieś powody genetyczne, zdrowotne? Te lakoniczne wzmianki źródłowe by zachęcały do tego, żeby może jednak dokończyć te badania genetyczne i nabyć pewności, chociaż jak skwitować w ogóle całą tę sprawę. Jest pytanie, czy jesteśmy w stanie zaakceptować, że bohater narodowy może mieć niejasną tożsamość płciową? Z tym pytaniem bym widzów zostawił, bo ja nie potrafię na nie odpowiedzieć. Ledwie 34 lata przeżył Pułaski, lecz to wystarczyło, by stał się jedną z najbarwniejszych postaci w historii Polski i bohaterem Stanów Zjednoczonych. Nazwano go ojcem kawalerii amerykańskiej. Jego nazwisko noszą miasto, wieś, mosty, parki oraz ulice wielu miast w USA. 11 października, w rocznicę jego śmierci obchodzony jest Dzień Pamięci Generała Pułaskiego. A w pierwszą niedzielę października na Piątej Alei w Nowym Jorku urządzana jest słynna parada. Skąd aż tak wielka sława i chwała? To pytanie do historyka, profesora Ugniewskiego. To było dosyć spektakularne, bo uważany jest za twórcę amerykańskiej kawalerii. Pamiętajmy, że ta armia Waszyngtona to jednak była taka obywatelska milicja złożona z jakichś farmerów, myśliwych z własną bronią strzelecką. Tymczasem Pułaski, za którym jednak ciągnęła się pewna już sława takiego zagończyka z Polski, który rzucił wyzwanie mocarstwu takiemu jak Rosja i odnosił zwycięstwa. Obronił Częstochowę przed Drewiczem. Ta sława dotarła wtedy do Ameryki i jemu powierzono formowanie kawalerii, bo na tym on się znał. Amerykanie chyba też, im zależało na tym, żeby właściwie od początku podkreślać rolę cudzoziemców. To wtedy odbijało sens tej wojny prowadzonej nie tylko z opresyjną monarchią brytyjską, ale przede wszystkim w imię pewnych wartości, wartości takich wolnościowych, republikańskich. I kiedy się podkreślało, że to właśnie z powodu tych wartości ściągali ze świata tacy ludzie jak La Fayette czy Kazimierz Pułaski, to bardzo jakby nobilitowało sprawę amerykańską. Bez wątpienia był Pułaski postacią niezwykłą, a jego życiorys dziś powiedzielibyśmy filmowy. Nic dziwnego, że jego legenda, podobnie zresztą jak legenda konfederacji barskiej, rosła też wśród Polaków. Adam Mickiewicz napisał dramat o czasach barskich i Pułaskim, choć tego nie zachowanego dzieła nie doprowadził do końca. „On jeden walczy dalej, zewsząd tropiony i ścigany. W lecie wojuje na Podolu, pod Kijowem, na stepach ukraińskich. Zimą kryje się w Karpatach, a z wiosną spada na Prusy Królewskie. Odbywa pochody trudne do pojęcia, podług dzisiejszych zasad sztuki wojennej. Przebiega czasem po 40-50 mil na dobę”. Mówił za to o nim wykłada w Collège de France. Pisali o Pułaskim też Juliusz Słowacki, Seweryn Goszczyński czy Józef Ignacy Kraszewski. Inspirująca historia konfederacji barskiej i jej największego żołnierza natchnęła też Henryka Sienkiewicza. Jego bohaterowie Michał Wołodyjowski - mały rycerz. Kmicic - obrońca Jasnej Góry, mają sporo cech Pułaskiego. Bo prawdziwa historia autentycznego małego rycerza z powodzeniem mogłaby zostać umieszczona w Księdze Legend i podań o wielkich herosach. Z powodzeniem, gdyby nie to, że była prawdziwa. Na tym kończy się nasza opowieść o ostatnim rycerzu Rzeczpospolitej. Zapraszam na kolejne podcasty. Do usłyszenia mówi Łukasz Starowieyski. „1000 lat. Prześwietlenie”. Podcast Muzeum Historii Polski o najważniejszych wydarzeniach w historii Polski. Podcastów „1000 lat. Prześwietlenie” wysłuchasz na YouTube, Spotify, Google Podcast, w Audiotece, a także na innych platformach podcastowych. Chcesz być na bieżąco? Subskrybuj kanał Muzeum Historii Polski. 

Dane o obiekcie

Opis

Bohater Ameryki, Hektor z Częstochowy, ale też banita skazany za królobójstwo. Nazywany niekiedy ostatnim rycerzem Rzeczpospolitej. Wybitny dowódca i krnąbrny podkomendny. Kazimierz Pułaski − jedna z najbarwniejszych i najbardziej kontrowersyjnych postaci w historii Polski. Kim był ten nieprzecięty człowiek? Jak bez doświadczenia wojskowego stał się wybitnym dowódcą, który przez lata wodził za nos wojska carskie? Jak stał się najpierw bohaterem, a później przestępcą, o którym huczało w całej Europie? Jak wreszcie doszło do tego, że w Stanach Zjednoczonych, a nie w ojczyźnie jest uznawany za herosa, a dzień jego śmierci jest świętem narodowym za oceanem? O niezwykle burzliwym życiu Kazimierza Pułaskiego w podcaście z serii „1000 lat. Prześwietlenie” opowie Łukasz Starowieyski. Jego gościem jest prof. Piotr Ugniewski z Uniwersytetu Warszawskiego oraz z Muzeum Historii Polski.