Joanna Rodowicz - Mediateka - Muzeum Historii Polski w Warszawie SKIP_TO
Wizyta w muzeum Przejdź do sklepu
Historia mówiona
Audiovideo

Joanna Rodowicz

Ujazdowska, Lidia (prowadzący/a rozmowę); Rodowicz, Joanna (świadek historii); Różański, Maciej (operator kamery);

30/01/2018

Minutnik

  • Odczytanie wiersza Zofii Rodowicz

  • Wykształcenie artystyczne - ukończenie Akademii Sztuk Pięknych na Wydziale Architektury Wnętrz

  • Wsparcie ze strony dziadka Marcelego Nałęcz-Dobrowolskiego - rozwinięcie pasji do malarstwa

  • Wspomnienie o rozmowach o kulturze i sztuce w rodzinnym domu

  • Spędzanie świąt Bożego Narodzenia

  • Wspomnienie o Zygmuncie Rodowiczu i Janie Rodowiczu "Anodzie" - obydwaj brali udział w Powstaniu Warszawskim

  • Ojciec Stanisław Rodowicz należał do pułku łączności w Modlinie

  • Stanisław Rodowicz tworzył stacje nadawcze - w piwnicy mieszkania przy ul. Fortecznej 4, zbudował radiostację "Łódź podwodna"

  • Po wojnie Stanisław Rodowicz wraca do pracy związanej z filmem - dokumentuje drogę zdobywania Berlina

  • Aresztowanie ojca w 1949 r.

  • Powrót ojca do domu po 8 latach - znalezienie pracy jako operator w Sportowym Ośrodku Filmowym

  • Spędzanie czasu z ojcem

  • Śmierć ojca w 1969 r.

  • Proces rehabilitacyjny

  • Przeprowadzka po śmierci ojca z Zalesia do Warszawy

  • Atmosfera świąt - człowiek jako najważniejsza wartość w trakcie świąt

  • Talent artystyczny w rodzinie - pisanie felietonów

  • Rozmowy w domu na temat śmierci "Anody" oraz na inne ważne tematy związane ze sprawami Polski

  • Duże oparcie w rodzinie

  • Wyrzeźbienie popiersia Anody

Transkrypcja

30 stycznia 2018 roku, jesteśmy w mieszkaniu pani Małgorzaty Rodowicz. Nazywam się Lidia Ujazdowska, towarzyszy mi Maciej Różański. Proszę pani Joanno.

Ja się nazywam Joanna Rodowicz i jestem córką Krystyny i Stanisława Rodowiczów, najmłodszą. Ale zacznę od wiersza cioci, właściwie babci, tylko zawsze mówiliśmy do niej ciociu, Zofii z Rodowiczów Iwanickiej. Ten wiersz jest taką kwintesencją cierpienia matek naszych pokoleń i dlatego chciałam nim zacząć moją wypowiedź. „Dzień Matki” – napisany wiersz w roku 1958.

 

Dzień matki uśmiechnięty,

[1:05 – 02:25]

 

To jest wiersz, którego nie potrafię przeczytać bez wzruszenia dlatego, że to cierpienie zawsze przechodzi na, daje znać. Wspominam te matki i ciotkę Zofię Rodowiczową, matkę Anody i tą ciocię, z którymi zawsze byliśmy na święta, na gwiazdkę, na Wielkanoc, na Komunię, na wszystkie święta rodzinne. Ja może tak bardzo emocjonalne podchodzę do tych słow, ponieważ mam zawód oparty na emocjach. Jestem malarką. Ukończyłam Akademię Sztuk Pieknych, wydział architektury wnętrz. Wiele twórczych prac podejmowałam od dyplomu, jednak w tej chwili spełniam się najbardziej w malarstwie, którego nauczył mnie i pokazał mój dziadziuś Marceli Nałęcz-Dobrowolski. Z nim to jako dziecko chodziłam wiecznie ze swoimi farbkami, a on z wielką sztalugą i pudłem farb olejnych. Malował pejzaże zalesińskie, gdzie się urodziłam i  najpiękniejsze widoki z nad rzeki Jeziorki, gdzie mieszkaliśmy. Chciałam jeszcze powiedzieć, że w czasach, kiedy nasz tata był w więzieniu, siedział wiele lat, dziadziuś właściwie był jedyną osobą, która miała dla mnie czas i pokazywała mi piękno tego świata. I to jemu zawdzięczam, że ta wrażliwość została ukierunkowana we właściwy sposób, że ja potrafię ją w taki sposób wykorzystać. Tak, że bardzo byłam związana z dziadziusiem, który też za wcześnie dla mnie odszedł. Teraz brakuje mi bardzo jego rozmów o filozofii, o sztuce, o nauce [05:00]. I przypominam sobie tak, jakby to było w ogóle na innej planecie nasze kolacje w zalesińskim domu, gdzie jak dziadziuś zjawiał się przy stole, to zaczynały się dyskusje na tematy właśnie kultury, utworów literackich, wierszym, klasyki, Słowiackiego. On sam miał niezwykłą pamięc i deklamował o każdej porze dnia i nocy przeróżne, długie, piękne wiersze Mickiewicza, Słowackiego, Asynka, Staffa – kogo tylko trzeba było wymienić, to dzidzio natychmiast deklamował. Znał również kilka obcych języków i potrafił na przykład „Stepy akermańskie” deklamować po niemiecku, ale co najdziwniejsze w języku jidysz. I tam zawsze jako dziecko mnie to zawsze śmieszyło, bo chyba w „Stepach akermańskich”, boję się teraz pomylić, ale był wers o wieńcu laurowym, który brzmiał w oryginalnym brzmieniu „wieniec bobkowy”. Ja myślę sobie: „Boże, bobkowe liście?”, a tu laurowe liście to jest zasadnicza różnica w wyrazie. No niemniej ten intelekt dziadzia był ogromny. Miał 3 doktoraty z różnych dziedzin sztuki: z filozofii, z historii sztuki i z malarstwa, tak. To oczywiście wpływało na poziom intelektualny, ale tak jak to jest w życiu, młode dziewczyny, w ogóle młodzież buntuje się i robi wszystko odwrotnie anieżeli uczą ich w domu. Ten okres buntu uważam, że jest czymś koszmarnym, jeśli chodzi o mój przypadek dlatego, że ja nie skorzystałam tak, jakbym chciała z tych wszystkich nauk, które się, które miałam w zasięgu ręku. Również nasza mama miała, była, miała pobudzoną ambicję, żeby się znać na historii i dyskusje o historii Polski, które prowadziły z innymi były na bardzo wysokim poziomie, a ja uważam, że jak mama tak dokładnie to zna, to ja w ogóle nie muszę, bo się jej po prostu zapytam. I w tej chwili czuję te braki i bardzo mi jest wstyd, że tego nie wykorzytałam, tej sytuacji. Chciałam powiedzieć jeszcze o takim bardzo rodzinnym klimacie, które panował u nas w domu pomimo bardzo ciężkich warunków finansownych spowodowanych oczywiście problemem z mamy pracą. Jak ojciec, które siedział w więzieniu. Z zawodem dziadzia, które obrazkami dawanymi do redakcji usiłował zarobić coś i dorobić. Niemniej to nie były czasy na to, żeby można było zrobić majątek czy utrzymać się z tych rzeczy. Pomimo tak ciężkich warunków i wielokrotnej pomocy ludzi, przyjaciół, z zewnątrz, często anonimowych, mama na święta zapraszała samotne osoby i tak jak wspomniałam była to jedna Zofia i drugia Zofia, obie te matki sieroty. Często jeszcze byli… Jeszcze czasami, bardzo rzadko bywał Wojtek, ale pamiętam Wojtka, naszego stryjecznego brata, że też czasami się pojawiał. Były to dla nas ogromne wydarzenia wtedy i te święta były takim czymś niezwykle ważnym w rodzinie. Jak już mówię o cioci Zońce, to chciałam też przypomnieć [10:00], że straciła 2 synów: Zygmusia i Janka „Anodę”. Zygmuś zginął w powstaniu, wiadomo, że w szpitalu na Chełmskiej. Janek „Anoda” – ja go znała tylko też z opowiadań, ponieważ on został zamordowany przez bezpiekę w styczniu [19]49 roku, kiedy miałam roczek i nie zdążył być moim ojcem chrzestnym, tak jak rodzice planowali. Janek, tak mówię czule o nim - Janek, pomimo że to był mój stryj i pewnie bym dzisiaj do niego mówiła stryju, ale ponieważ jest, tak czuły mam do niego stosunek, więc mówię do niego Janek. Janek był w Powstaniu Warszawskim, czynny brał udział. Należał do Szarych Szeregów. Brał udział w akcji pod Arsenałem. Bardzo dużo akcji prowadził i brał udział dywersyjnych. Po wojnie, po [19]45 roku ujawnił się i ma ogromne zasługi w namawianiu kolegów z konspiracji do pisania pamiętników. Wręcz im rozkazywał, namawiał, prosił, żeby pisali pamiętniki, żeby nie zginęły ich te losy wojenne. Cała dokumentacja była przez niego pielęgnowana, prowadzona i dzięki niemu ona nie wpadłą w ręce bezpieki. Niestety został zakatowany. W 40 rocznicę jego śmierci na Politechnice Warszawskiej na wydziale architektury, gdzie studiował po wojnie została odsłonięta tajemnica jego imienia i żeby wydział pamiętał o jego wielkich zdolnościach, jego wielkie ofierze, którą złożył. Chciałam jeszcze powiedzieć o naszym tacie. To była kolejna ofiara, którą zaczął we wrześniu [19]39 w wojskach łączności w Modlinie. Tam w przeciągu 2 tygodni, bo czternastego już był ranny, do czternastego przez kolejne dni walki dwa razy dostał Krzyż Walecznych. Trzeci raz dostał go w 1941 roku. W Modlinie w tym plutonie łączności na tyle sprawdził się, że natychmiast po powrocie do Warszawy postanowił budować zakonspirowane, ruchome stacje nadawcze. Potem zaowocowało to tym, że we własnym domu rodzinnym na Fortecznej zbudował konspiracyjne radio nadawczo-odbiorcze, co było też takim wyjątkiem. I nigdy nie zostało namierzone i odkryte przez Niemców, do końca jego działalności. Tata po wojnie natychmiast poszedł do pracy. Był, z frontem doszedł do Berlina. Tam filmował. Ponieważ zajmował się filmem, to była jego pasja i uwielbiał film, więc [15:00] złapał za kamerę i po prostu dokumentował drogę zdobywania Berlina. Wrócił, wcielony do wojska. Wrócił tutaj. Osiedlili się w Łodzi rodzice z moimi siostrami. Ale był aresztowany…

 

Który to był rok?

 

[19]47 chyba. [19]49. Tak, [19]49. Na pół roku i później w szybkim czasie, w [19]50 roku, drugi raz go aresztowano. Ponieważ ja się urodziłam w 1948 roku, więc oczywiście ten najmłodszy okres mojego życia nie pamiętałam ojca. I zobaczyłam go jak miał, jak miałam 9 lat przed moją komunią. On wrócił w grudniu, a ja w czerwcu miałam pierwszą komunię. On wówczas natychmiast udało mu się dostać pracę jako operator w takim sportowym ośrodku filmowym. I jeździł z nimi z Wyścigami Pokoju kolarskimi. I wtedy pojechał pierwszy raz i ponieważ ja się bawiłam zabawkami takimi prymitywnymi, często mi siostry robiły je same, marzyłam cały czas śpiącej lalce. To w ogóle jakieś takie marzenie nieprawdopodobne. I tata mi przywiózł je dwie nawet. Ja już miałam 9 lat. Już wtedy dziewczynki nie bawiły się lalkami, ale ja długo jeszcze się tymi lalkami bawiłam, uwielbiałam. Niemniej nie to było największym prezentem tej komunii, ale to, że miałam tego ojca wymarzonego.

 

Mogła się Pani pochwalić przed innymi dziećmi.

 

Tak. To nawet nie chodziło o pochwalenie się. To chodziło o to, żeby się do niego przytulić, żeby go mieć blisko. Ja byłam w tym szczęśliwym położeniu, że ja wiedziałam, że ten ojciec jest, że on może kiedyś będzie. To jest duża sprawa. Ale wreszcie go dostałam. Już chwilę, tylko się trochę uspokoję.

 

Tak, oczywiście.

 

Efekt tego późnego poznania ojca był taki, że ja go już w ogóle nie opuszczałam. Ja cały czas z nim byłam. Byłam przyklejona. Jeździłam z nim na zdjęcia jak tylko mogłam. Cały wolny czas spędzałam przy nim. Obserwowałam to, jak on tworzy. Ponieważ miał genialny umysł konstruktora, miał mnóstwo wynalazków przygotowanych do opatentowania. Część oczywiście  lekceważył i nie patentował. Ale on co chwilę coś wymyślał pięknego, nowego, z prostych rzeczy: z blach, z puszek, z gwoździ, z takich rzeczy, które były dostępne. W tym czasie nie było przecież niczego. Tworzył aparatury, tworzył powiększalniki z puszek. Tak, że…

 

[przerwa w nagraniu]

 

Z moim ojcem, Stanisławem Rodowiczem byłam cały czas. Nadrabiałam, starałam się nadrobić to, co straciliśmy. Jeździłam z nim na zdjęcia, obserwowałam co wymyśla i co on robi. Wydawało mi się to bardzo proste, że ja potem to powtórzę, że to nie jest nic takiego trudnego, bo w jego rękach wszystko wydawało się łatwe. To było przemyślane i to było robione właśnie planowo i z tego coś powstawało. Niestety nie przeżył za długo. W [20:00] [19]69 roku, w styczniu upadł przy swojej ukochanej Syrence, którą pieścił, ulepszał, głaskał, dbał. Ale była zima i ona nie chciała zapalić, więc popchnął ją. Ja usiłowałam za kierownicą też pomagać, ale nie udało się i jak upadł bardzo mocno go reanimowałam i robiłam co mogłam, ale nie udało się go już przywrócić do żywych. Tak,  że jestem wdzięczna, że pozwolił mi być przy sobie w tym momencie. Jeszcze wrócę może do sprawy, żeby przybliżyć kim był, jakiego charakteru był nasz tata. On na procesie rehabilitacyjnym, który się odbył zapytano go…

 

Który to był rok?
 

To był rok chyba [19]58 albo [19]59. To było kilka lat po… Chyba [19]59. Po jego wyjściu długo czekaliśmy na to. Zapytano się go jak on szacuje swoje straty moralne, na jaką sumę. I wtedy tata powiedział, że tego nie da się oszacować. To nie jest rzecz, która ma wymierną wartość. On poprosił o symboliczną złotówkę. I dostał tę symboliczną złotówkę i nosił ją całe życie przy sobie, do ostatniego momentu. Tak, że na pewno nie był to człowiek materialista, na pewno. Jego całe życie świadczyło o tym. Muszę zajrzeć. Nie, już nic chyba nie mam.

 

Mieszkaliście Państwo w Zalesiu. Mieszkała Pani z rodzicami. Mieszkaliście, tak? To do którego roku?

 

Ja mieszkałam tam do… skończyłam 20 lat. Urodziłam się w Zalesiu i wyjechałam stamtąd jak miałam 20 lat, po śmierci taty, ponieważ tam już przestało mieć sens mieszkanie mojej mamy, która bardzo podupadła na zdrowi po śmierci taty i przeniosłyśmy się do Warszawy rezygnując z tych drobnych pamiątek, które cały czas się gromadziło i pielęgnowało, pieczę nad tym trzymało. Mnóstwo wtedy, przy tej przeprowadzce, zniknęło. Niestety ja byłam też w to zamieszana, ponieważ duże rzeczy sama usunęłam. Bardzo jest mi przykro z tego powodu, ale nie było możliwości przeniesienia tego do malusieńkiego mieszkania służbowego mamy.

 

I jaka była… Wspomina Pani święta, że zapraszano samotne ciocie, ale też na pewno te święta były dla Państwa taką okazją do tego, żeby być.

 

Tak, ja się łapię na tym, że oczywiście wszystkie, wszystkie święte kolejne, które udało mi się organizować we własnym domu zawsze starałam się, żeby one miały podobny charakter do tych rodzinnych. Nie było, zawsze one miały rodzinny charakter, właśnie rodzinny. I to moje dzieci i wnuki podobnie odbierają, że ta atmosfera świąt, bo to chodzi o atmosferę, to nie chodzi o jedzenie, to nie chodzi o prezenty, to chodzi wszystko o człowieka i o stworzenie atmosfery. To nie ma znaczenia ile tam jest pieniędzy. To wszystko chodzi o emocje, o uczucia, które panują pod tą choinką, przy tym jajku, przy tej święcące. To wszystko chodzi o człowieka tak naprawdę i u nas wartość tego człowieka jest rzeczą nadrzędną nad wszystkim. Przynajmniej to dotyczy na pewno mojej rodziny, mojego domu. Ja to pielęgnuję i to przekazuję [25:00] i dzieciom i wnukom. I dzieci i wnuki dużo bardzo dostały w genach z tej naszej pięknej części rodziny, dużo tez i talentów i zdolności mają przekazane. Najbardziej może w tej mojej gałęzi wnuk, syn córki jest na architekturze bardzo cenioną postacią. Rysuje konkursowo, przepięknie uczy innych. W tej chwili studiuje w Holandii. Syn nadrabia architekturę, ponieważ zdał bez problemu, przerwał ją i teraz jak jest dorosły, sam ma dom, dzieci z powrotem kończy studia architektury. Ja sama przekazuję też innym dzieciom, dzieci uczę i dorosłych malarstwa i cieszę się, ponieważ mam z tego wspaniałą satysfakcję, bo efekty widać po pracach tych, którzy są koło mnie. I cieszę się, że już zarażam tą, tym entuzjazmem do malarstwa.

 

Czyli talent artystyczny nie tylko dziedziczony w kolejnych pokolenia Pani rodziny, ale również rozsiewa go Pani czy przywołuje do życia, bo talent można mieć, można go tylko wywołać, obudzić, prawda?

 

Tak. Jest to wielka przyjemność, że osoby, które takie są z dystansem do swojej pracy, nagle znajdują w tym niezwykłą frajdę, ponieważ pojawiają się efekty, bo to oczywiście efekty dają tą przyjemność, a umiejętne poprowadzenie właśnie ma taki efekt końcowy, że tam piękne powstają. Tak, że jestem dumna z tych wszystkich ludzi. Ja sama jeszcze piszę bloga i dużo piszę. Pare pierwszy powstało, ale to jest zupełnie marginalna sprawa. To była potrzeba duszy. Jednak dużo bardzo piszę. Pisałam felietony najpierw o życiu wsi, gdzie się wyniosłam z Warszawy. Później to były takie bardziej filozoficzne. Teraz więcej pokazuję swoich prac malarskich i portretów na blogu, jak również tych prac moich uczniów.

 

Jeszcze wrócę do czasów Pani dzieciństwa.  Czy mimo, że w Państwa rodzinie to człowieczeństwo, ten wymiar był nadrzędny, to jednak zaangażowanie w sprawy ojczyzny były równie ważne, a może chwilami stawało się nawet ważniejsze. Czy Pani pamięta jakby atmosferę, tematy rozmów? Czy mówiło się o przeszłości i mówiło się nowym porządku w Polsce, mówiło się o ofiarach Powstania Warszawskiego? O „Anodzie” wreszcie mówiono, rozmawiano? Czy to nie był temat…

 

Tak, tak. U nas były to normalne rozmowy. Ja jedną rzecz zapamiętałam z dzieciństwa, że mnie nie wolno było rozmawiać z obcymi ludźmi. Że w ogóle ja sobie to tak zanotowałam w głowie, że nie mogę ujawniać tego, o czym się mówi w domu, że ja do 7 roku życia nie rozmawiałam z obcymi, nawet im nie mówiłam „dzień dobry”. W ogóle miałam zasznurowane usta. Mama nie wiedziała o co chodzi i namawiała mnie: „no przecież to jest nasza znajoma, no powiedz dzień dobry, przywitaj się”. Ja tego, ja nie rozmawiałam. Ale to wynikało z tego, że to, co rozmawialiśmy w domu było wiadomo, że nie wolno mówić, bo to grozi śmiercią. Ponieważ tego ojca nie było, to ja wiedziałam, że ta kara jest taka ogromna. Pamiętałam rewizje w domu jak byłam maleńkim dzieckiem. To pamiętam, ten przebłysk butów, które były na wysokości moich oczu, oficerek tych ludzi, którzy przyszli na rewizję i tupali tymi nogami po drewnianej podłodze. Ja to pamiętam. Pamiętam to przerażenie i tą specyficzną atmosferę w momencie tej rewizji. Jak oni szukali czegoś ja się panicznie bałam, bo nie wiedziałam [30:00] czego oni szukają, bo ja byłam za mała. Wiedziałam, że jest na pewno coś, co oni mogą znaleźć. To wiedziałam i wiedziałam, że nie można skrzywdzić tych moich bliskich, których kocham, uwielbiam, że to są ludzie, znałam ich, bo wiedziałam, że są czuli, serdeczni, dobrzy, mądrzy i wiedziałam, że ci, którzy przyszli nic z tego w sobie nie mają. Więc ja wiedziałam jako dziecko kto jest kto. Mogłam to rozróżnić. Ale te rozmowy, które się odbywały w domu były otwarte na wszystkie tematy, które dotyczyły śmierci „Anody”, jego męczeństwa, dramatu jego rodziców, dramatu cioci Zofii Iwanickiej, naszych kolegów, może nie kolegów - młodych, którzy mieszkali w Zalesiu, a którzy zostali zaaresztowani za wiersz polityczny. O tym w naszym domu się mówiło. I myśmy wiedzieli co jest ważne, a co nie. Myśmy nie mieli żadnych wątpliwości i ja od pieluszek wiedziałam co jest ważne, a co nie. Wiedziałam, że patriotyzm, że ojczyzna to jest rzecz nadrzędna, że rodzina, którą się trzeba stać jeden za drugim, jeśli oczywiście nie ma jakiś niewłaściwych zachowań, bo to przecież też było piętnowane. Nie wolno było wziąć cudzej rzeczy, nie wolno było zajrzeć do torebki mamy czy siostry. Cudzej, do cudzej własności nie wolno było zaglądać. Ja nie potrafię się poruszać u siostry w kuchni, bo ja nie umiem jej otworzyć szafki, bo to nie jest moje. To jest problem, to jest może jakaś zła oznaka, ale tak było.

 

Chciałaby Pani coś jeszcze dodać?

 

Nie, myślę, że nie. Chyba to, co było istotą tego wychowania… Chciałam zaznaczyć tylko, że zawsze czułam ciepło tej mojej rodziny. Zawsze to była taka opoka i zawsze wiedziałam, że jak wrócę do domu, to to jest moje miejsce i że tam mam bazę i że wszyscy staną za mną jak jeden mąż. I to jest bardzo ważne w życiu.

 

Miała Pani szczęście, bo nie każdy, nie każdemu to jest dane.

 

Tak, dlatego o tym mówię, bo dopiero później się przekonałam w dorosłym życiu, że różne są domy. Wydawało mi się, że to jest właśnie normalne, ale to był wyjątkowy dom.

 

To dziękuję bardzo.

 

Dziękuję.

 

[przerwa w nagraniu]

 

Miałam w życiu kilka takich niespełnionych rzeczy. Jak gdyby wydawało mi się, że ja nie zasłużyłam na taką pozycję, że nie umiem malować, że nie umiem powiedzieć, nie chcę się odzywać, bo nic nie wiem, ale w pewnym momencie pomyślałam sobie tak: no nic o „Anodzie” nie mówię, bo wszyscy o nim mówią na około. To już wystarczy. Ja tak pięknie nie powiem. Ale w momencie, kiedy zobaczyłam, sprawdziłam, że maluję, rzeźbię, że potrafię coś robić więcej, postanowiłam wyrzeźbić popiersie „Anody”. Ponieważ jest bardzo dużo publikacji, ale nie ma, nie było jeszcze wtedy jego rzeźby. I mam w tej chwili przygotowane jego popiersie. Już mam zezwolenie, żeby ono stanęło przy Ministerstwie Sprawiedliwości w Alejach Ujazdowskich przy Placu na Rozdrożu - tam, gdzie on zginął. Niemniej jest to jeszcze w powijakach, ponieważ ostatecznego obrazu tego pomnika - nie umiem go zobaczyć. Przedłużam ten okres, ale przyrzekłam już w Głogowie, gdzie byliśmy na odsłonięciu właśnie w tym roku popiersia „Anody” w alei żołnierz, alei osób zasłużonych w niepodległości Polski. Bardzo piękna aleja stworzona przez mieszkańców Głogowa. Tam [35:00] właśnie zaistniał pomnik, popiersie „Anody” wśród innych. Ja tam oficjalnie powiedziałam, że ten pomnik mój stanie przy Ministerstwie Sprawiedliwości i bardzo bym chciała dotrzymać tego słowa. Wzięłam nawet stamtąd biało-czerwoną szarfę, którą przecinałyśmy jako rodzina i tą szarfą chciałabym też otwierać, odsłonić ten pomnik.

 

Trzymamy kciuki. Na pewno się uda. Ale czy to popiersie w Głogowie też jest Pani autorstwa?

 

Nie, to jest rzeźbiarza, który robił całą tą aleję. Bardzo udaną zresztą, bardzo o wielkiej wymowie, wielkim znaczeniu. Należy im się hołd za te działania, ale to nie było moje. I chyba wszystko.

Dane o obiekcie

Opis

Joanna Rodowicz opowiada o swojej rodzinie i trudnych losach bliskich. Wspomina babcię Zofię, której wiersz „Dzień Matki” wyraża cierpienie wielu pokoleń. Przypomina swojego ojca Stanisława — bohatera wojennego i pasjonata filmu, który był więziony i dwukrotnie aresztowany. Poznała go dopiero w wieku 9 lat i podziwiała jego wynalazcze zdolności. Po jego nagłej śmierci w 1969 roku wraz z mamą przeprowadziła się do Warszawy.

Pani Joanna podkreśla, że święta w jej domu zawsze miały rodzinny, ciepły charakter, gdzie najważniejszy był człowiek i atmosfera, a nie prezenty czy jedzenie. Przekazuje te wartości dzieciom i wnukom, którzy odziedziczyli talenty artystyczne. Sama uczy malarstwa i prowadzi bloga.

Wspomina także dzieciństwo w patriotycznej atmosferze, gdzie rozmowy o ojczyźnie i Powstaniu Warszawskim były naturalne mimo obaw przed represjami. Dom rodzinny był dla niej bezpieczną przystanią. Na koniec mówi o swoim projekcie rzeźby popiersia „Anody” — bohatera patriotycznego, które ma stanąć przy Ministerstwie Sprawiedliwości w Warszawie. Projekt jest dla niej ważnym zobowiązaniem.