Jan Pietrzak
Ujazdowska, Lidia (prowadzący/a rozmowę); Różański, Maciej (operator kamery); Pietrzak, Jan (świadek historii);
17/01/2017
Klasyfikacja praw autorskich
Minutnik
-
Pochodzenie rodzinne - śmierć ojca
-
Świadek poszedł do wojska mając 11 lat
-
Szkoła radiolokacji w Jeleniej Górze
-
Zwolnienie do cywila
-
Zainteresowanie kulturą - praca w zakładach telewizyjnych
-
Świadek został przewodniczącym Rady Robotniczej
-
Rozpoczęcie studiów socjologicznych
-
Miejsca kulturalne w Warszawie - Studencki Teatr Satyryków, klub Stodoła, Hybrydy, Dyskusyjny Klub Filmowy
-
Recytowanie wierszy na scenie
-
Organizacja wokół występów - próby, premiery
-
Zostawienie pracy w fabryce dla prowadzenia kabaretu w Hybrydach
-
Współpraca z Wojciechem Młynarskim
-
Współpraca z kolejnymi osobami i rozwijanie kabaretu
-
Cenzura, konflikty z UB
-
Zostanie zawodowym aktorem
-
Występowanie w klubach studenckich wraz z Adamem Kreczmarem, Krzysztofem Paszkiem, Janem Raczkowskim. Założenie kabaretu "Pod egidą"
-
Odrębność stylistyczna - kontakt z widownią
-
Omijanie cenzury
-
7-lecie kabaretu w Stodole. Zamknięcie kabaretu przez służby
-
Rozmowy z Gustawem Holoubkiem, żeby wznowić działalność kabaretu
-
Ponowne zakończenie działalności kabaretu po pół roku - w międzyczasie miała miejsce premiera Kaczmarskiego oraz premiera utworu "Żeby Polska była Polską"
-
Występy w czasach "Solidarności"
-
Stan wojenny - występy w Stanach
-
Powrót do Warszawy
-
Występy w Wilanowie
-
Granie w mieszkaniach, objazdy po różnych miastach (Warszawa, Wrocław)
-
Kampania wyborcza w 1989 r.
-
Ograniczenia w branży przez udział w kampanii wyborczej
-
Problemy z występowaniem w obecnych czasach
-
Polska jako motywacja do działania
-
Osoby, którymi inspirował się Jan Pietrzak
-
Współpraca z różnymi artystami
-
Poglądy polityczne
Transkrypcja
Jan Pietrzak
17 stycznia 2017 roku, jesteśmy w Warszawie. Naszym gościem jest pan Jan Pietrzak.
Zgadła pani!
Tak. [śmieje się – przyp. A.M.] Panie Janie, prosimy, żeby pan opowiedział historię swojego życia…
O je/!
…i jak historia Polski wkraczała w pana życie, jak pan kształtował historię Polski.
Bagatelne pytanie! Od czego by tu zacząć? Wie pani, ja mówiłem w latach 60-tych, 70-tych, 80-tych takie monologi pod tytułem „Mój życiorys”, więc one zaczynały się na różne sposoby: że urodziłem się jako twór przejściowy między gorylem a robotem. Inny zaczynał się tak: urodziłem się, patrzę: chłopiec! Jak na początek nie jest źle. Inny znowu, że urodziłem się jako syn pułku i pułkownikowej. Inny jeszcze tam, i tak dalej. Całe, takie o początkach mówię tylko, ale to były całe wielkie monologi. Dlaczego? Bo one mi służyły do tego, w takiej koncepcji życiorysu można zamieścić całą właśnie otaczającą rzeczywistość, zmieniającą się, w której ja żyłem i temu służyły te monologi tego to. Wolałbym na sposób satyryczny powiedzieć na jakimś przedstawieniu dla publiczności pięć monologów pod tytułem „życiorys”, żeby to przetrwało, że mówiłem o swoim życiu i o życiu współczesnych w sposób ironiczny, zabawny, sobie żartując, natomiast tak na poważnie, na serio, to jest mi dosyć trudno. Ale skoro wymagania takie są i praca jest bezpłatna zupełnie, no to trzeba coś powiedzieć. Ja jestem przedwojenny rocznik, [19]37 rocznik, w Warszawie się urodziłem. I w gruncie rzeczy zadecydowała o moim losie wojna, która dwa lata po moim urodzeniu nastąpiła, czyli to było kompletna destrukcja rodziny. Ojciec został rozstrzelany w [19]42 roku. Uczestniczył w wojnie [19]39, z niewoli wrócił o kulach, no a potem zaczął się, konspiracją zajął, go złapali gdzieś, został rozstrzelany. Mama została ze mną. Była to w gruncie rzeczy czarna rozpacz jakaś, zupełnie nie wiadomo było, jak żyć, czego się trzymać. Moja mama była absolutnie przerażoną osobą, a ja chodziłem nad Wisłę zbierać tam jakieś warzywa, pokrzywy, komosę na zupy, bo był głód, smród, brud i ubóstwo. To nie było jak żyć w ogóle. Więc wtedy ratowały mnie w gruncie rzeczy ciotki. To niesamowita jest historia, że moi rodzice pochodzili z wielodzietnych rodzin, no ich było, mama była 10-ta bodajże, ojciec miał 11 rodzeństwa. I ciotki jakoś pomogły te wojenne lata przeżyć w Warszawie, wojenne i tuż po wojenne, bo dla mnie to się niewiele różniło. Były, wojna się skończyła, nie było, ale były te same gruzy i ta sama nędza i kompletna bezradność mojej mamy, która przestała się śmiać w ogóle. Ja z dzieciństwa nie pamiętam, żeby moja matka się śmiała w ogóle. Żyliśmy w sytuacjach tragicznych, zupełnie, ale ciotki – to była ta jakaś dodatkowa, pozytywna wartość w moim życiu, siostry i mamy, i siostry ojca. Ciocia Żakowa to była moja chrzestna na Tamce, na Kruczej ciocia Jadzia, na Podchorążych ciocia Marysia, na świętego Wincentego ciocia Aniela… No jednym słowem w Brwinowie i tak jeszcze poza Warszawą tak biegałem do ciotek przez te lata ostatnie wojny no i potem w czasie powstania, o. Ciągłe przemieszczanie się po jakiś, właśnie to głównie adresy ciotek. Mówię o tym, bo to, nikt na to nie zwraca uwagi. Kobiety teraz walczą o jakieś prawa, coś takiego, takie odbywają się demonstracje, a sobie przypomniałem, że w gruncie rzeczy, jakby opisał, jakbym miał taki talent i potrafił opisać, kim była ciotka dla mojego pokolenia dzieciaków… Niezwykłą instytucją, która służyła oparciu jakiemuś, prawda, dała jeść, wykąpała, czy pomogła i tak dalej. No i tak to wyszło. Wojna się kończyła, to z moich wielkich, wielkich ilości ciotek i wujków przetrwał tylko jeden mężczyzna. Stryjek Heniek przetrwał, a wszyscy mężczyźni wyginęli, no taka była sytuacja mojego dzieciństwa. [5:00] Ja w tych gruzach Warszawy no łobuzowałem strasznie, zresztą nie jeden, no tak jak wszystkie dzieci w moim wieku, które się nie załapały na powstanie – byliśmy za mali do powstania, mieliśmy po kilka lat, ale naśladowaliśmy tych powstańców, naszych starszych kolegów z podwórek, z ulic. No i trudno nas było pohamować. Także amunicji miałem, uzbrojenia duże ilości, bo człowiek młody z chłopakami nie bał się łazić po piwnicach, wyciągać tam jakieś właśnie granaty, pociski, bawić się, rzucać do ogniska, strzelać na wiwat. Także mama nie wiedziała, co ze mną zrobić z tego wszystkiego i mnie oddała do wojska, jak miałem 11 lat, w [19]48 roku poszedłem do wojska, był taki korpus kadetów, przy Wiśniowej się mieścił. I to w gruncie rzeczy mnie jakoś uratowało, bo ja po tej wojnie byłem kompletnie rozbitym dzieckiem, bez żadnej hierarchii, bez żadnych zahamowani, bez żadnej wiedzy o wartościach w życiu. Ja miałem w oczach gruzy, śmierć, głód – no takie było moje dzieciństwo. I wojsko… A teraz to się muszę tłumaczyć przed kolegami, prawda, politycznie patrzącymi na to, jak ja mogłem do ludowego wojska wstąpić. Ale ja przecież nie miałem na to żadnego wpływu, jakie było wojsko wtedy. Matka mnie oddała do wojska, żeby mnie ocalić, żebym w jakiś warunkach spokojnych wyrastał. No i to się w gruncie rzeczy udało, bo ja złapałem taki… No przymus to przymus: pobudka, tor przeszkód przed śniadaniem trzeba było przebiec, bo jeść nie dali, prawda. Takie były surowe obyczaje wtedy. Karabin, ładowanie codziennie, do zbrojowni, smarowanie tego sprzętu, tor przeszkód, kolacja, obiad, śniadanie, zbiórka, apel… I to mnie jakoś ustawiło. Także dziewięć lat spędziłem w wojsku – całą młodość, lata te stalinowskie. Ja wyszedłem z wojska w [19]57 roku i to na, dlatego, że była ta chwilowa przerwa. Już byłem oficerem radiolokacji, bo skończyłem po kadetach szkołę radiolokacji w Jeleniej Górze. Była taka mała przerwa, kiedy [Nikita – przyp. A.M.] Chruszczow z [Johnem – przyp. A.M.] Kennedym się dogadali, że redukują nawzajem swoje armie w Europie. Wtedy była duża redukcja i można było napisać raport i się zwolnić dosyć łatwo. I mnie zwolnili z tego wojska, pracowałem już jako oficer w, pod, gdzieś pod granicą niemiecką, bo miałem taką wielką stację za wsią, gdzieś tam na wzgórzu wielka stacja radiolokacyjna, obejmująca kilkaset kilometrów dookoła. Śledziłem Czechy, NRD [Niemiecka Republika Demokratyczna – przyp. A.M.] i kawałek jeszcze Austrii obejmowało bodajże ta moja stacja. No i tam pracowałem jako oficer od radiolokacji. Zresztą muszę powiedzieć, że mnie to w ogóle pochłaniało, bo ja bardzo lubiłem tą techniczną szkołę i tą całą technikę i matematykę, fizykę – to wszystko mnie w szkole bardzo interesowało, byłem z tego dobry. Więc te jakby instalacje elektroniczne były takim rozwiązywaniem rebusów. Wtedy była jeszcze technologia: lampy, oporniki, nie to co teraz, miniaturyzacja, wszystko jest małe. To, co teraz się mieści w komputerze czy w telefonie komórkowym, to ja miałem w wielkiej stacji radarowej z olbrzymim ekranem. To każdy szczegół trzeba było znać, wiedzieć, gdzie jest, i potrafić szybko rozwiązać, jak ta stacja się psuła. No więc ta technika mi się podobała, natomiast sposób życia, styl życia w tym wojsku był jednak już po tych szkołach, po szkole oficerskiej, po kadetach, był jakimś koszmarem [niezrozumiałe – A.M., 8:48]. Po prostu nie było co robić tam. Się piło wódkę za te wypłaty marne oficerskie i potem się jadło zupę z kotła z żołnierzami, bo nie było jak żyć. To była po prostu zupełnie beznadzieja, beznadziejna sytuacja. I dlatego zacząłem się wyrywać do cywila, chociaż się bałem, bo nie wiedziałem, czy sobie poradzę. No i w końcu jak to załatwiłem dzięki tej redukcji wojsk i napisałem raport i mnie jakoś tam zwolnili… Tutaj jeszcze jeden argument doszedł istotny, dlaczego mnie pozwolili wyjść z wojska. Ja byłem zawsze tak zwany „podpadający”, czy podchorąży, czy oficer, bo „podpadający” w wojsku to jest ten, co się komuś naraża. No ja miałem jakieś ostre powiedzonka na temat dowódców, cała kompania się śmiała. No więc mia/, byłem, naraziłem się wielu oficerom, moim przełożonym. No miałem krnąbrny charakter – nie podejrzewałem, że z tego satyryk się jakiś wyłoni, tylko po prostu miałem taki charakter, że podpadałem ciągle. W związku z tym liczne kary mnie obejmowały: areszty, zakazy opuszania koszar i tak dalej, całą tą moją wojskową karierę. I w związku z tym miałem taką kartotekę za sobą, że jak złożyłem raport, to, o zwolnienie, to jakoś trafiłem na podatny grunt i z tego wojska [10:00] mnie zwolnili. No, zupełnie inne życie się zaczęło! To był akurat [19]57 rok, czyli pierwszy sezon jakby [Władysława – przyp. A.M.] Gomułki w Warszawie. Warszawa żyła tymi sprawami, po październiku taki przełom, koniec lat stalinowskich, jakaś bar/, większa aktywność kulturalna. Więc wszystko to zaczęło mnie interesować, zacząłem pracować w pokrewnej dziedzinie, czyli w zakładach telewizyjnych, które powstały też wtedy, to była nowa fabryka telewizorów. To wielka cywilizacja dotarła do Polski! Nareszcie ktoś będzie produkował telewizory. Pierwsze telewizory były na licencji rosyjskiej, „Wisła” się nazywały. Charakterystyczną cechą było to, że się tak otwierały do góry jak sedes, prawda, miały taką klapę od góry. To było takie małe pudło z taką klapą – zdumiewająca konstrukcja! [śmieje się – przyp. A.M.] Ale to były pierwsze na licencji, a później powstała bardzo szybko pierwsza już konstrukcja polska, telewizor nazywał się „Belweder”. Przy nich pracowałem, po roku, dwóch przeniesiono mnie do działu konstrukcyjnego i pracowałem przy produkcji pierwszych kamer telewizyjnych polskich. Takie kamery przemysłowe pierwsze produkowaliśmy, nawet sam instalowałem, w fabryce prochu w Pionkach, w słynnej kopalni wujek, jeszcze w innych przedsiębiorstwach instalowałem te kamery, które produkowaliśmy w zakładach telewizyjnych. Później takie tory kamerowe do telewizji już, do studia telewizyjnego. Bardzo ciekawa praca, bardzo to było interesujące. No ale fabryka była socjalistyczna, w związku z tym pracy było właściwie na dwie godziny dziennie, prawda, i były zawsze przestoje, bo albo skrzynek nie było, albo kineskopów nie było. Potem się wykonywało plan całego roku, prawda, w ostatnich tygodniach, dwóch, w okolicy świąt, biorąc nadgodziny. No był w tym czasie jakiś idiotyzm grubszy, który dosyć szybko rozpoznałem i zacząłem na zebraniach tam wykrzykiwać, prawda, co to za głupoty są, jak to wszystko źle działa, jak to tu trzeba zorganizować… Znowu się zacząłem narażać! Do tego stopnia, że wybrali mnie tam koledzy na przewodniczącego rady robotniczej… Bo były taka resztówka po czasach, po październiku, po tej rewolcie października [19]56, powstały rady robotnicze. To był taki prototyp „Solidarności” w jakimś sensie, ale był naprawdę pilnie kontrolowany przez partię, więc to, oni to szybko skasowali, ale przez moment, przez dwa, trzy lata, pod koniec lat 5—tych istniały te rady robotnicze. Więc mnie wybrali do rady robotniczej, ja strasznie pyskowałem na różne głupoty, które dostrzegałem, ponieważ byłem po wojsku, byłem już oficerem, miałem za sobą jakąś kartę, to tam za bardzo nikt mi nie mógł podskoczyć. Rugałem ich równo, w związku z tym ciągle się narażałem. No i taki był mój los. A ponieważ zaczęło mi brakować jakiś wiadomości bardziej takich społecznych, historycznych, których się w ogóle nie uczyłem, nie studiowałem w wojsku, byłem w technicznej dziedzinie, służbie, to zacząłem szukać jakiś uczelni, gdzie mógłbym trochę postudiować. I była taka wieczorna, wieczorowa uczelnia, taka wieczorowo-zaoczna, nazywała się WSNS [Wyższa Szkoła Nauk Społecznych – przyp. A.M.]. Niestety, to później się okazało, że ona się nazywa „przy KC PZPR [Komitecie Centralnym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – przyp. A.M.]”. Ja wtedy tego ani nie wiedziałem, ani mnie to w ogóle nie interesowało, bo moim zdaniem wszystko było przy KC PZPR – nie tylko ta uczelnia, ale wszystkie inne. Znalazłem uczelnię, na której mogłem studiować pracując, bo nikt mi grosza nie dał. Wyszedłem z wojska, w butach wojskowych chodziłem i w spodniach przez dwa lata, bo nie miałem na nowe buty, więc byłem dosyć biedny i szukałem takiej uczelni. I zdałem tam na socjologię, zacząłem studiować socjologię, żeby się nie nudzić w tej fabryce, jak koledzy pili piwo i szczypali dziewczyny na taśmie, no to ja sobie czytałem książki socjologiczne. Więc o tyle jakby kolejny zawód sobie ustawiłem: socjologię. W tym samym czasie, równolegle niejako zacząłem chodzić to takich miejsc, jak STS [Studencki Teatr Satyryków – przyp. A.M.]. To był bardzo popularny wtedy taki teatrzyk, trochę teatrzyk, trochę kabaret, który w zupełnie nowym języku, bardziej takim odrębnym od tego stalinowskiego, propagandowego języka, formułował różne sprawy polskie, mówił o młodzieży, o współczesności – to było bardzo interesujące. Była Stodoła, klub bardzo interesujący… To wszystko działo się na przełomie lat 50-tych, 60-tych, i klub „Hybrydy”, oblegany przez młodzież, był bardzo popularny, snobistycznie, można powiedzieć. I tam, jak się człowiek dostał, tam było bardzo ciekawie, były, świetne kapele grały, była dobra muzyka, od tego się zaczynało. I był klub filmowy DKF [Dyskusyjny Klub Filmowy – przyp. A.M.], oglądało się filmy, których nie było w ogóle w Polsce w szerokiej dystrybucji. Była jakaś sekcja poetycka, mnóstwo poetów młodych tam przychodziło, z zapałem i z pasją czytali [15:00] swoje wiersze. No jednym słowem tam zobaczyłem, coś się dzieje niezwykłego z czym nie miałem do czynienia przez moją wojskową młodość całą. I zacząłem tam przychodzić często, ale trzeba było mieć legitymację studencką, więc właśnie dopiero legitymacja studencka pomogła mi, żeby mnie tam zaczęli wpuszczać, mogłem tam chodzić. No i tak się rozpoczęła moja kolejna wiedza, kolejna droga, ścieżka życiowa, mianowicie zacząłem mówić te wiersze, nie tylko słuchać. Ale szukali kogoś, kto potrafi wiersz powiedzieć, ci młodzi poeci. No i zacząłem wiersze tam niektóre, które mi się bardziej podobały, recytować ze sceny i tam w gruncie rzeczy zaczęły się moje występy. To było na przełomie lat 50-tych i 60-tych, klub studencki „Hybrydy”, więc dzisiaj to jest pięćdziesiąt kilka, 56, 57 lat, jak występuję. Wtedy oczywiście nie miałem pojęcia, że to stanie się moim zawodem. Z tej, z mówienia wierszy doszliśmy powoli do takiej potrzeby, żeby śpiewać piosenki, żeby jednak coś dowcipnego powiedzieć, bo to była sama młodzież, czekało się na ironię, na żart. Widzieliśmy ten STS, widzieliśmy Stodołę, że są takie grupy, które nie tylko z zapałem, z przejęciem, z ogniem płomienne wiersze recytują, ale że również potrafią coś zaśpiewać i żart powiedzieć. I tak się rozpoczął właśnie ten kabaretowy pierwszy sezon, pierwszy kabaret, który jakby pod moim wpływem powstał. Nazywał się „Kąpiel w Rubikonie”, jeszcze oparty na wierszach kolegów z orientacji poetyckiej „Hybrydy” – Maćka Bordowicza, Edka Stachury, Janusza Żarnickiego, Zbyszka Jeżyny… To były takie główne nazwiska tego pierwszego programu. Gąsiorowski taki był Krzysiek… Bardzo poetycki, ale już z elementami ironii. W każdym razie pierwszy krok, „Kąpiel w Rubikonie”, rzeczywiście został zrobiony, przekroczyłem pewien Rubikon i to mi się zaczęło podobać, bo się podobało publiczności. Bo to jest, kabaret jest sztuką sprawdzalną: albo się podoba i ludzie się bawią, albo nie i jest nuda i nie ma po co tego dalej kontynuować. Więc to było sprawdzalne. Okazywało się, kto z nas, występujących - bo cała grupa siedem, osiem osób w tym pierwszym kabarecie – kto ma pewien talent i jego amatorskie, bo amatorskie, ale jakieś intensywne mówienie, jakiś sposób wykonania zwraca uwagę publiczności, a kto nudzi i nikt go nie chce słuchać. To od razu jest sprawdzalne. I to taki zupełnie odkrywczy jakiś moment, że zobaczyłem, że coś się dzieje takiego niezwykłego, że mnie ludzie słuchają. No i w związku z tym koledzy mnie tam wypchnęli do spraw takich organizacyjnych, ponieważ byłem bardzo zorganizowany (jak to człowiek wojskowy). Wszystkie próby, rzeczy organizatorskie związane z premierą, a więc druk programów, prawda, załatwianie spraw w cenzurze na przykład, mnie wysyłali. I doszło do tego, że ten klub „Hybrydy” zobaczył, że dobrze nam idzie. Zrobiliśmy pierwsze przedstawienie „Kąpiel w Rubikonie”, ale równolegle była sztuka przez Wojtka Młynarskiego, słuchowisko „Dilermata” [zapis niepewny – przyp. A.M.] przystosowane na scenę, też grane u nas, i taka sztuka hiszpańskiego autora chyba o rewolucji hiszpańskiej, jakiegoś takiego rewolucyjnego poety hiszpańskiego, którą przyniósł jakiś zaprzyjaźniony aktor, że chciałby to wystawić, to też graliśmy. Mówię o pierwszych przedstawieniach. To mój synek. Chcesz przejść, to przechodź!
Dzień dobry.
I proszę was, pierwsze przedstawienia takie dla orientacji, co my w tym gronie potrafimy zrobić. I to zaczęło być jasne, którzy ludzie są utalentowani, chcą dalej się tym bawić, a którzy nie. Klub studencki „Hybrydy”, kierownictwo tam było, tacy ludzie no, którzy związani byli z tą radą okręgową ZSP, bo podlegały „Hybrydy” Zrzeszeniu Studentów Polskich, więc zaczęli mnie tam proponować, żebym tam został kierownikiem etatowym tego, „Bo potrzeba, bo ludzie chodzą, bo coś się zaczęło, to nie traćmy tego, weź sobie tutaj pracę…”. No to był dla mnie potężny problem. Tam zarabiałem w fabryce 3500, co było porównywalne chyba do tych stawek obecnych mniej więcej, ale jako młody chłopak, dwudziesto- tam paroletni, prawda, to były dla mnie już poważne pieniądze. Poza tym była możliwość dorabiania, bo ten fach naprawiania telewizorów był mało rozpowszechniony. Także jak człowiek znał się na telewizorach, mógł je naprawiać, montować anteny i tak dalej, to można było dorobić każdą ilość pieniędzy w tym zawodzie, bo brakowało takich fachowców. A ja pracowałem w fabryce, wszystko wiedziałem. Więc zdecydować się na to, że będę w „Hybrydach” prowadził estradę, [20:00] kabaret, czy teatr, było bardzo trudno. Moja mama świętej pamięci, jak się dowiedziała, że ja chcę rzucić robotę w fabryce telewizorów, myślałem, że mnie po prostu pobije jak dziecko. „Ty smarkaczu! Co ty myślisz?! Tyś oszalał, oficerem byłeś! Oficerem byłeś, rzuciłeś! Teraz masz świetną pozycję w fabryce, szanują cię, w radzie robotniczej pracujesz! A ty chcesz to rzucić wszystko, żebyś wierszyki mówił?! Zwariowałeś?!”. Jednym słowem miałem dużą awanturę z mamą, która nie mogła zrozumieć, jak ja mogę tak szastać, prawda, życiem sobie, i tak zmieniać sobie te ścieżki życiowe. No ale zdecydowałem się, bo to było pociągające, to było coś nowego. Ja nie czułem w sobie jeszcze żadnej odpowiedzialności za swój los. Nie wiedziałem, że ja się mam ustawić, że ja muszę mieć jakąś drogę, że muszę coś osiągnąć – nie miałem takich ambicji w ogóle. Ja już miałem za sobą takie ciężkie życie w tych dwudziestu paru latach: straszliwe dzieciństwo w gruzach Warszawy, dziewięć lat w wojsku… Także nie obawiałem się żadnych wyzwań. To w ogóle nie było sprawą lęku, tylko było sprawą w sumie, czy ja podołam, czy ja w ogóle jestem w stanie czymś takim się zająć. No i tak się stało, że wybrałem jednak te 1000 złotych pensji w tym klubie „Hybrydy”. Bieda była straszna, żywiłem się jajkami z cebulą, bo to było i białko i witaminy, prawda, na to mi starczało, no i na piwo, żeby starczyło, bo też były pewne obowiązki towarzyskie, żeby się napić czasami na tych próbach. I tak to się potoczyło. Zrobiłem jedno przedstawienie, później Wojtek Młynarski, którego tu wspomniałem, przychodził na te przedstawienia kabaretowe pierwsze i zaczął mi uwagi różne robić, że to nie tak, to tego, a tu inaczej trzeba napisać się… A sam grał w karty, w kierki w „Hybrydach”. Więc ja: „Jesteś na polonistyce, napisz to! Co ty mi przychodzisz tu opowiadać, jak trzeba to lepiej napisać…? Napisz, frajerze, a nie opowiadaj mi!”. Już wtedy przeprowadziłem z nim rozmowę dosyć dobitną, go zachęciłem i tak się zachęcił, że potem zrobił z nami dwa przedstawienia. Jedno się nazywało „Radosna gęba stabilizacji”, a drugie „Ludzie to kupią”. Przedstawienia zyskały pewien rozgłos, okazało się, że człowiek jest utalentowany. I wprowadził do naszego kabaretu taki rys może bardziej właśnie satyryczny, którego wcześniej nam brakowało, bo raczej były poetyckie problemy, takie artystowskie rozważane w tym pierwszym programie. Nawet pierwsza recenzja tego pierwszego programu nosiła tytuł: „Nie metaforyzować kaloryferów”. Chodziło o to, że wszystko, całą rzeczywistość moi koledzy poeci umieszczali w jakiś wykwintnych metaforach, lepszych czy gorszych. No ale miało to, było to słabo komunikatywne. I ten pierwszy kabaret no miał umiarkowane powodzenie. Kilkadziesiąt razy zagraliśmy jako ciekawostkę, ale jednak nie było to, co chcielibyśmy robić. Programy Wojtka spotkały się z bardzo dużym odzewem. Mówię „Wojtka”, bo on głównie je zdominował autorsko, te programy. Ja oczywiście, całą robotę wykonywałem ja, ale ja jeszcze nie wiedziałem, że ja potrafię pisać takie utwory. Napisałem jedną piosenkę, jakiś wierszyk, ale bardzo ostrożnie i bardzo niepewnie, bo nie miałem pojęcia, czy ja w ogóle to potrafię. Więc dopiero jak Wojtek Młynarski odszedł, po sukcesie tych dwóch programów, tak się zdenerwowałem, zacząłem sam pisać, żeby mieć repertuar do następnego programu. I zacząłem szukać innych kolegów. Wtedy przyjąłem do kabaretu Jonasza Koftę, Adama Kreczmara, Natana Tenembauma, był taki kolega też u nas, który później w [19]68 roku „został wyjechany”. Agnieszka Osiecka zaczęła do nas przychodzić, która w gruncie dla STS-u [niezrozumiałe – A.M., 23:37] pisała teksty, ale zaczęła się interesować ty nowym kabaretem w „Hybrydach”. No i później inni koledzy, którzy no mniej pisali, ale przynosili teksty. I się okazało, że mamy już jakby wypracowaną pewną formułę kabaretu takiego bardziej publicystycznego, bardziej satyrycznego, ironicznego, i że idziemy w tym kierunku i to chce robić ten zespół też amatorski, ale który się kształcił. No wtedy zapowiadałem te programy nasze, że to „zespół ambitnych samouków przedstawi państwu takie tam przedstawienie”. „Co słychać?” na przykład, mieliśmy takie przedstawienie, zrobione już o mediach, to już bardziej dotykaliśmy spraw takich żrących i cuchnących, satyry, która się zaczęła coraz mniej podobać cenzurze i ubecji. Także ostatnie programy kabaretu „Hybrydy”, które wzbudziły popłoch wśród działaczy, wśród aktywu Zrzeszenia Studentów Polskich, bo ci chłopcy, którzy zarządzali z góry klubem, zaczęli się bać, że my im w karierach zaszkodzimy, że tu jakieś antypaństwowe, antyrządowe teksty wykonujemy. Ale to wszystko polegało na tym, że ja w ogóle nie czułem takiego oporu, że trzeba coś tam koniecznie pilnować, jakiś tematów nie poruszać, coś. Dopiero pewną wiedzę w tej sprawie i jakieś wykształcenie nabyłem w kontaktach z cenzurą, do której chodziłem z tekstami [25:00] na każdy program. Potem się, jak się rozwinęliśmy, zaczynało być dużo ludzi na widowni, cenzura przychodziła coraz częściej, ubecja przychodziła sprawdzać to, zaczęły się pierwsze konflikty właśnie natury czysto politycznej, i z których to powodów wyrzucono mnie z Hybryd w [19]67 roku z wielkim hukiem. Były wielkie narady w tym Zrzeszeniu Studentów Polskich z udziałem właśnie jakiś [niezrozumiałe – A.M., 25:23] politycznych, ubeków, cenzorów. „Co tu się w ogóle dzieje?! Demoralizacja socjalistycznej młodzieży!”, padły takie słowa, że jest młodzież bananowa w „Hybrydach”, jakieś tam, prawda, „playboystwo” się szerzy… A ja wstawałem rano do fabryki, jechałem, prawda, na 7, pracowałem, potem o 3 miałem studia, a potem jeszcze przychodziłem do „Hybryd” – i ja byłem taka bananowa młodzież! Więc to mnie zupełnie zdumiało, te zarzuty! I moi koledzy nie byli lepsi. Tam nie było jakiś, nie wiem, ludzi, którzy byli, mieli charakter jakiś właśnie taki „playboyski”. Oczywiście, „Hybrydy” z tego słynęły, ale to była inna sfera, to nie był nasz teatr. W teatrze byli ludzie dosyć pracowici i dosyć pra/, pilnujący swoich studiów i tak dalej. Jednym słowem te zarzuty w stosunku do mnie głównie, no bo ja byłem kierownikiem tego teatru, natury politycznej doprowadziły do tego, że ja podjąłem decyzję, że ja w tym zawodzie zostanę. Bo do tej pory, zanim mnie wyrzucili, nie miałem pojęcia, że ja będę w ogóle jakimś aktorem. Mnie to w ogóle nie interesowało. Ja już kończyłem socjologię, za sobą miałem inżynierię w wojsku i byłem zawodowym oficerem, i miałem trzy zawody, miałem co robić. Propozycji miałem mnóstwo różnej pracy od strony różnych kolegów. Myślałem, że to będzie taki epizod, taka zabawa i sobie odejdę. I raptem się okazało, że te mój kabaret i teatr, bo my wiele sztuk wystawiliśmy, zwłaszcza takich pisarzy pokolenia „Współczesności”. Była taka specjalna grupa ludzi publikujących w tygodniku „Współczesność”: Staszek Grochowiak, kto tam…? Wystawialiśmy Krasińskiego Janusza świetną sztukę „Czapa”, wystawialiśmy [Jerzego – przyp. A.M.] Krzysztonia sztukę, [Włodzimierza – przyp. A.M.] Odojewskiego… Jednym słowem ten teatr zrobił kilkanaście premier! Przecież tych parę lat, jak ja tym teatrem zarządzałem, bo ja lubię pracować, i jak zobaczyłem, że to ma sens, to żeśmy pracowali. No i to zrobiło taki młyn, że raptem się okazało, że działalność antypaństwowa, że demoralizacja socjalistycznej młodzieży. Więc wtedy zaciąłem się, powiedziałem: „O nie! Jak już takie duże państwo ze Związkiem Radzieckim na czele boi się moich żartów i moich kolegów, znaczy, że my coś tutaj robimy niezwykłego.”. I w ten sposób postanowiłem zostać w tym zawodzie, nie poddać się na złość łobuzom. No i… [śmieje się – przyp. A.M.] Przez przekorę czystą! Nawet nie miałem świadomości, że ja w tym zawodzie coś osiągnę w ogóle, bo śpiewałem, jak śpiewałem, z gitarką coś marudziłem pod nosem. No wiersze może mówiłem dosyć istotnie, to znaczy tak, że ludzie mnie słuchali. To nie jest łatwe, bo wiersze na ogół są gęste, trudne, mają różne znaczenie i nie każdego chce się słuchać z tym wierszem. Jakoś słuchali i przez tych pierwszych przedstawień kilka, właśnie przez te lata tą metodą samokształcenia doszedłem do wniosku, że mogę w tym zawodzie coś zarobić, utrzymać siebie, żonę ewentualną i rodzinę. No i zdałem egzamin eksternistyczny również przed licznym gronem, taki aktorski, w tym mniej więcej okresie, jak zobaczyłem, że to trzeba będzie zostać chyba przy tym zawodzie. Zdałem egzamin eksternistyczny. Pamiętam profesora [Aleksandra – przyp. A.M.] Bardiniego, Lopek Krukowski – był taki słynny przedwojenny monologista, aktor szalenie popularny, on jeszcze grał w „Syrenie” w tamtych latach – to byli profesorowie od historii teatru. Byli, muzykolog był jakiś. Praktycznie, praktyczne przedmioty zaliczono mi na podstawie tych premier i recenzji z teatru „Hybrydy”, to, co grałem, to zaliczono jako praktykę taką aktorską. Natomiast musiałem zdać teorię, czyli nauczyć się historii teatru, no czołówka tych dramatów światowych, światowy dorobek dramaturgii i takich różnych przedmiotów trochę się nauczyć. Nauczyłem się tego, zdałem ten egzamin, zostałem aktorem zawodowym, prawda. Ale grać nie było gdzie, bo jak nas z „Hybryd” wyrzucili… No i w gronie kolegów, piątki kolegów, którzy się zdecydowali na taki eksperyment, że nie damy się rozpędzić… To byli koledzy właśnie autorzy: Jonasz Kofte, Adam Kreczmar, i dwaj muzycy: Krzysztof Paszek i Janek Raczkowski. Z nimi postanowiliśmy, że dalej gramy na różne sposoby. Początki to był właśnie [19]67 rok, to całą jesień graliśmy jeszcze na swojej jakby legendzie hybrydowej po Polsce, w klubach studenckich. Ten ruch studencki w tamtych latach był dosyć silny, było dużo klubów. [30:00] No i mieliśmy pewną popularykę, jak się mówi w tym zawodzie, w klubach studenckich, więc żeśmy tam jeździli, występowali. Natomiast w Warszawie nie mieliśmy lokalu. I dopiero z początkiem roku [19]68 trafił się taki pasjonat nasz, dyrektor małej, małej placówki, to było Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych na Chmielnej, ówcześnie Rutkowskiego. Miał taką małą salkę, kawiarenkę na 90 osób, na górze miał salę wystawową, a na dole taką piwniczkę. No i on załatwił z władzami, że nas wpuszczą, pozwolą nam tam grać. Miał jakieś układy dobre w „kumitecie”, prawda. I załatwił to, że, pan Walczak (świeć, Panie, nad jego duszą!) bardzo się przyczynił do tego, że ten kabaret zaistniał. Bo premierę mieliśmy – to też jest ciekawostka – on się starał przez parę miesięcy, pozwolili nam tę premierę w końcu zrobić i premierę mieliśmy w lutym [19]68 roku, a w marcu [19]68 roku wybuchła już cała wojna ze studentami, cała rewolta. Gdybyśmy się spóźnili o miesiąc, to już ten kabaret by nie zaistniał. Tak żeśmy wskoczyli w taki moment historyczny, kiedy jeszcze… No tam mieli do nas zastrzeżenia, ale wszystko pod warunkiem, że silnej cenzury, po wielu próbach cenzuralnych pozwolili nam zagrać pierwszy program w lutym [19]68 roku. Nazywał się kabaret „Pod Egidą”, ponieważ patronowała nam poza towarzystwem tym Walczaka, tym towarzystwem sztuki, prawda, patronował nam również trzeci program Polskiego Radia. Na afiszu było: „pod patronatem Towarzystwa Przyjaciół Sztuki i Trzeciego Programu Polskiego Radia” – to był taki młody program, Trzeci, który powołała partia, żeby trochę udawał odmienną propagandę niż ta na Jedynce i Dwójce, prawda, bo tam był ten język taki namaszczony, komunistyczna nowomowa, a chcieli coś językiem młodzieżowym opowiadać, oszukiwać tę młodzież. No i w każdym razie ten program cieszył się pewną popularnością. Nas wypatrzyli gdzieś ci redaktorzy, zaczęli do nas przychodzić jeszcze w „Hybrydach”. No i potem, jak myśmy zakładali ten kabaret, postanowili, że oni to będą nagrywać. Nagrali raz! Jeden raz nagrali, potem im zabroniono i przestali nagrywać, ale słowa „pod egidą” zostały. Już te wszystkie instytucje się wycofały, które miały stanowić naszą egidę, a nazwa została, tak powstała ta nazwa, towarzystwo, Kabaret Pod Egidą. No i te przedstawienia zaczęły się w tej salce małej, ale oblegane, nieprawdopodobnie olbrzymie tłumy. My graliśmy dwa, trzy razy w tygodniu, stawki tam były po 50 złotych chyba, czy coś dawało się zarobić. Ale sukces artystyczny nas uskrzydlał, bo robiliśmy coś raptem, co nie miało precedensu w Warszawie, bo nawet na tle innych młodzieżowych tych placówek mieliśmy pewną swoją odrębność stylistyczną, taki rodzaj kontaktu z widownią, którego w teatrach klasycznych typu „Syrena”, czy nawet w STS-ie nie było. Bo tam wszystko było scenki teatralne, w kabarecie Dudek, Lopek, takie kabarety, aktorzy odgrywali scenki, artystka śpiewała… A u nas był dyskurs. Znaczy głównie ja prowadziłem tak, że rozmawiałem z publicznością, zaczepiałem ludzi, coś im opowiadałem, odpowiadałem na okrzyki, na wezwania, „Co pan opowiada?!”, no i usłyszałem… Dopiero po latach mi ktoś powiedział, jak pierwszy raz byłem w Ameryce w 70-tych latach, że to ja jestem polski Bob Hope, bo wtedy był popularny w Ameryce taki Bob Hope, taki monologista, który właśnie zaczepiał publiczność i prowadził dyskusje taką szyderczą, ironiczną z publicznością. To się wiązało z kolejnymi kosztami politycznymi, ponieważ wymaga to pewnej dozy improwizacji. Cenzura nie chciała się na improwizację zgodzić. Więc ponieważ był stolik służbowy już wtedy na każdym przedstawieniu, to odnotowywali wszystkie moje naruszenia cenzury, miałem ciągłe awantury. A z drugiej strony kabaret na tyle się podobał, że również pewnie dygnitarze partyjni przychodzili zobaczyć, co to jest, bo to było coś nowego, na czym to polega. No i niektórzy byli podatni na nasze poczucie humoru i trochę nas potajemnie, ale jednak wspierali, żeby, że nie pozwalali, żeby to zamknąć. Tutaj bardzo mi się zapisał w pamięci dobrze pan [Józef – przyp. A.M.] Tejchma, który był ministrem kultury w 70-tych latach, bardzo… Inny tam jakiś towarzysz chciał koniecznie ten kabaret zamknąć i temu Tejchmie wysłali notatki SB [Służby Bezpieczeństwa – przyp. A.M.] na mój temat, jak ja naruszam tę cenzurę, jakie rzeczy wygaduję zupełnie antyrządowe, antyustrojowe. I Tejchma zadzwonił do mnie - proszę sobie wyobrazić, ówczesny minister, w ogóle było nie do pojęcia dla mnie - że on chciałby przyjść do kabaretu, on wie, że taki tłok, żebym mu stolik zatrzymał. Przyszedł do kabaretu… No [35:00] kulturalnie się zachował, jak przedwojenny inteligent! Dla mnie to było zdumiewające. I przyszedł do kabaretu, posłuchał, śmiał się, bawił, ten i potem powiedział: „No troszkę rzeczywiście pan przesadza, ale jednak, wie pan co? Zrobię, żeby ten kabaret pana tu przetrwał, bo to jednak można się pobawić, tego”. Zrozumiał sprawę! Jednym słowem ten rodzaj ludzi też istniał w PRL-u i dzięki temu przez kilka lat ten kabaret graliśmy, chociaż narażając się ciągle na kolejne napaści, co dotyczyło różnych zwłaszcza władz Warszawy, tych wydziałów różnych kultury, jakiś wydziałów partyjnych, jakiś władz partyjnych warszawskich, no i nieustanne te spory z cenzurą, awantury… Było tak, że myśmy nauczyli się mówić jakby obok istoty, zaczęliśmy używać języka aluzyjnego, języka ezopowego. To była nasza zupełnie oryginalna cecha, tego Kabaretu Pod Egidą. No w przybliżeniu to było tak, że na, cenzura dostawała, wydział kultury, bo to wszyscy musieli dostawać teksty przed premierą, czy w ogóle nowe teksty – dwa, trzy teksty nowe było, trzeba było oddawać, że chcemy wstawić do programu. Czytali to i nie widzieli nic niecenzuralnego, prawda. A potem przychodził cenzor na przedstawienie, usłyszał publiczność i raptem się orientował, co on puścił, bo tego w tekście nie było expresis verbis! A on, a raptem publiczność się śmiała, nie wiedział dlaczego! Czasami były takie teksty, no nie wiedział, dlaczego się śmieją w ogóle! I potem często: „Pan mi powie, panie Janie, o co to chodzi!”. [śmieje się – przyp. A.M.] To tylko opowiadam o tym, jako o pewnym sposobie naszego prowadzenia narracji kabaretowej. Czym więcej było aluzji i takich niuansów, tym bardziej ten kabaret trafiał do publiczności, która nauczyła się, że u nas tak się właśnie słucha tekstu – nie wprost, ale tego, co jest pod tekstem. Jak nowy premier został powołany, jechał samolotem gdzieś, do Moskwy oczywiście, no to ja następnego dnia mówię: „No mamy nowego premiera, wspaniale, udało nam się, jeszcze lepszy. Tamten był dobry, ale ten okazuje się jeszcze lepszy! Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek był gorszy, zawsze był lepszy. No i właśnie pojechał teraz na wizytę, żeby się dowiedzieć, jak tu ma rządzić – no tam pojechał, w tamtą stronę, znaczy tam kawałek dalej.”. I publiczność w ryk, bo przecież nie ma Moskwy, nie ma, „Moskwa” słowo było zakazane. Na tym tle kiedyś doszło do zabawnego incydentu, który sam pamiętam jako rzecz potwornie śmieszną à propos Moskwy, która była zakazana. To już zupełnie inny monolog mówiłem o historii Polski, jaką, jaki mieliśmy wspaniały XIX wiek, byliśmy najwięksi w Europie. Mieliśmy trzy stolice w XIX wieku: Wiedeń mieliśmy, to była nasza stolica, Berlin, no i ta… Cholera jasna, no! Jak to było? Berlin był, Wiedeń… I patrzyłem ludziom w oczy, czekałem na… „No trzy stolice, no ludzie, no! Wiedeń, Berlin, no?”. I cenzor nie wytrzymał i zaczął mi podpowiadać: „Moskwa, Moskwa!”. Cenzor, który doskonale wiedział, że słowo Moskwa… Ale tak się zdenerwował, że ja tej Moskwy nie wymawiam, że zdenerwował się, zaczął krzyczeć: „Moskwa!”. Ryk się zrobił straszny, ja się nie mogłem pohamować ze śmiechu, ale to pokazuje, jakim posługiwaliśmy się, jakimi trikami. Bardzo ciekawe były rzeczy na tym. To na przykład „Dziewczyna z PRL-u”, puszczona normalnie do śpiewania, „Dziewczyno z PRL-u…” – sobie śpiewałem taki parodystyczny trochę kawałek, prawda, i raptem sala się śmieje i to w wielu miejscach ryk śmiechu. Cenzor do mnie: „O co chodzi?”, ja mówię: „No nie wiem, no chyba z PRL-u się śmiali!”, „Nie, nie, nie, proszę pana! Jak z PRL-u?! [śmieje się – przyp. A.M.] Tu nie ma nic, że PRL jest śmieszny!”. To potem przeszli na drugą stronę, kazali mi to jednak zmienić, żeby nie było z PRL-u, tylko żeby była „Dziewczyna z Polski”. „No ale to się nie rymuje, proszę pana! Co, panu się PRL nie podoba?”. No i takie miałem rozmowy z cenzorami na tle tych właśnie aluzyjności, na tle tego języka. To była specjalna nasza domena, Kabaretu pod Egidą. Ona wynikała z tego, że mieliśmy potrzebę mówić o sprawach publicznych. Takiej potrzeby nie było w wielu innych kabaretach, chcieli mówić o sprawach obyczajowych głównie, bo o obyczajowych cenzura puszczała, nie było to, o takich sprawach i to takich na niskim poziomie, powiedzmy, majster i robotnik tam rozmawiali tak… Zresztą świetny skecz taki był w Dudku, prawda, na takim… U nas było uogólnienie, my chcieliśmy robić rzeczy, mówić rzeczy o sprawach najważniejszych, istotnych. To były zresztą powody mojej kłótni z kolegami, że nie chcemy kabaretu robić o duperelach. „A to ładna piosenka!”, „Ładnej piosenki wszyscy potrafią napisać, a trzeba mówić istotne, ważne [40:00] teksty!”. To jest kabaret, który się tym odróżniał, że mówił rzeczy ważne, których nikt inny nie poruszył. Całe wykłady miałem o ekonomii, również Janek Stanisławski miał taki cykl monologów „Mniemanologia stosowana”, prawda, o przewadze świąt wielkanocnych na świętami Bożego Narodzenia, w których to monologach zawarta była wiedza na wszystkie możliwe tematy: ogólnofilozoficzne, światopoglądowe, ale również na tematy ekonomii wprost, o budownictwie, tam o transporcie… Takich kabaretów nie było w ogóle w Polsce, które by poruszały tego rodzaju tematy. Stąd doszliśmy do pewnej ściany, to już było, jeszcze po roku [19]70, po tym przewrocie gierkowskim było kilka lat liberalizmu takiego, nowa władza udawała, że jest jednak liberalniejsza niż poprzednia. I tak w istocie było, trochę więcej nam puszczali, towarzysz [Edward – przyp. A.M.] Gierek jest człowiek z zachodu, więc będzie puszczał, cenzura nie będzie taka sroga. No taka była, takie, tak sobie mówili, prawda, wmawiali, ale potem, jak zaczęliśmy mówić coraz istotniejsze rzeczy, to oczywiście wyrzucali nawet po pół programu z każdej złożonej ilości tekstów. I gdzieś w połowie lat 70-tych ten jakby taki luźniejszy okres się skończył. W [19]74 roku zrobiłem 7-lecie Kabaretu Pod Egidą, ale wynajęliśmy Stodołę, było 1000 ludzi, tą wielką salę Stodoły. Całą noc graliśmy, sześć godzin chyba programu i, no i to było takie wydarzenie, że po prostu cenzura zwariowała. Zarekwirowali taśmę, którą Stodoła nagrywała, ja nawet nie wiedziałem, poza moją wiedzą. I następny tydzień cenzura co godzina rano słuchała tej taśmy jako instruktażowe szkolenie, jakie zagrożenie ze strony tego kabaretu płynie. No i kabaret nam zamknęli, żeśmy się podzielili, mogliśmy grać tylko osobno wieczory autorskie, Kofta, Stanisławski i ja, bo nas było trzech. Naszą trójkę nazwano w aktach SB „tercet”, nie dostali, dostałem takie całe te, teczki z tego SB, na temat „tercet”, znalezione na półce w filharmonii. Te akta zostały w Instytucie Pamięci Narodowej. No w każdym razie stanowiłem poważne zagrożenie dla ustroju państwa. No i zaczęły się poważne trudności, jakieś przejściowe granie właśnie, pojedynczo. Tak żeśmy udawali, potem te niby pojedynczo, ale ja kogoś tam dopraszałem i tak się trzeba było migać, żeby jakoś przetrwać. Dopiero w [19]77 roku udał/, wyrzucili nas oczywiście z tego lokalu pierwszego również, z tego Towarzystwa Przyjaciół Sztuki. Tego dyrektora Walczaka miłego postawili tam na baczność i musiał nas wyrzucić. I dopiero w [19]77 roku pewną intrygą spowodowałem, że zaczęliśmy grać w lokalu Melodia. A też nie cały sezon, graliśmy pół sezonu, ale się udało. Mianowicie sekretarz warszawski się zmienił, partyjny – był [Józef – przyp. A.M.] Kępa, który odszedł, a zastąpił go [Alojzy – przyp. A.M.] Karkoszka, pamiętam nazwisko, jakiś z wybrzeża. I z Guciem Holubkiem, który był przyjacielem naszego kabaretu, często bywał na widowni, bardzo dowcipny człowiek i bardzo lubił nasz kabaret. Przychodził ze swoim przyjacielem [Tadeuszem – przyp. A.M.] Konwickim i często bywali na naszym kabarecie. Więc Gucia kiedyś zaczepiłem, a on był przejściowo prezesem Związku Aktorów, że mamy problemy, nie mamy gdzie grać, on pytał, co tu robić, tego. Mówię: „Słuchaj, masz, będziesz miał jakąś naradę kiedyś, to powiedz temu Karkoszce, żeby nam pozwolili grać gdziekolwiek.”, „Ale masz lokal?”, „To ja załatwię lokal, tylko, żeby on się zgodził co do zasady, że możemy grać.”. No i taką intrygę przeprowadziłem, że chodziłem do Melodii pić wódkę czasami, bo to było tu na Nowym Świecie w takiej piwniczce niedaleko. I tam tego kierownika znałem, tam bryzole podawali z pieczarkami, schabowy z kapustą, prawda, dwa dania. Śmierdziało jak cholera, bo to podziemie było, wentylacji nie było. I mówię: „Pan tu nie ma dodatku rozrywkowego, panie kierowniku. No niech pan się napije ze mną, ja panu zrobię dodatek rozrywkowy!”. A to było ins/, urzędowa, takie zarządzenie było, że w lokalach gastronomicznych może być dodatek rozrywkowy, wtedy knajpa może 15% brać więcej, doliczać się do tego, do obrotów. „No rzeczywiście, no tu miałem jedną striptizerkę, ale gdzieś zachorowała…”, „My panu zrobimy dodatek rozrywkowy!”. I on mówi: „Dobra, a kto będ/?”, „No tam ja z [Piotrem – przyp. A.M.] Fronczewskim będę, może ktoś tam jeszcze zaśpiewa coś.”, „A, no dobra!”. Tak to te/, i on mówi: „Ale muszę mieć zgodę!”, „No to niech pan napisze tam…”. Nie, nie, odwrotnie było! „Niech pan zadzwoni do komitetu tego warszawskiego i tam będzie zgoda na to, żebyśmy grali w tym lokalu Melodia”. [45:00] Po czym powiedziałem to Guciowi, Gucio temu towarzyszowi Karkoszce przy jakiejś naradzie powiedział właśnie, że jest taki kabaret dobry, który nie ma gdzie grać i tutaj tamci z tego, to się nazywa sieć Społem, czy coś, która prowadziła te knajpy… Wystąpił, żeby o to wystąpił do sekretariatu. No jednym słowem dzięki tej intrydze, że towarzysz Karkoszka pojęcia nie miał ani o naszym kabarecie, ani w ogóle o sprawach warszawskich, dzięki temu wydał zgodę, tam rzucił do sekretarza: „Załatwcie to!” i koniec, to wystarczyło. Zadzwonił ten z tej knajpy i to wystarczyło, żebyśmy zaczęli grać.
No ale dosyć szybko się zorientowano, także pograliśmy pół roku. Było warto, bo to była końcówka lat 70-tych, [19]77-[19]78, to już było po tych radomskich zajściach, konflikcie z robotnikami Gierka, napięcie już było społeczne duże. Nasz program był niezwykle ostry, szyderczy bardzo, także jak wykryli to czujni towarzysze różni, że my tam gramy i to vis à vis KC [Komitetu Centralnego – przyp. A.M.], z drugiej strony, to było po prostu tak, takie oburzenie, że nas szybko wyrzucili. I było tak, że bilety mieliśmy sprzedane na, po Wielkiej Nocy w [19]78 roku… No była przerwa przed Wielkanocą dwa tygodnie, a potem bilety sprzedane. Wracamy po Wielkiej Nocy, bilety sprzedane, a na drzwiach lokalu Melodia łańcuch, zamknięte i nie będzie już tego grania. O tyle był to istotny sezon, że tam premierę miała piosenka „Żeby Polska była Polską”. I tam również debiutował Jacek Kaczmarski młodziutki. Jak miał 19 lat, mamusia go przyprowadziła, żeby zaśpiewał, czy umie śpiewać. I tam występowała Krysia Janda na przykład, pierwsza jej praca po szkole. Kazik Kaczor występował, Piotrek Fronczewski wspomniany. Był taki Krzysiek Jaroczyński, bardzo dowcipny człowiek, monologista. W takim gronie graliśmy. Stasiek Klawe – taki bard, poważniejsze piosenki śpiewa poetyckie, ale śpiewa cały czas bardzo ładnie. No i wspomniałem tutaj, ta premiera Kaczmarskiego i ten cały, i premiera utworu „Żeby Polska była Polską” to były takie wartości, dla których warto było te pół roku tam zagrać. Bo to wtedy nagrywało się na kasetowce. Technologiczna rewolucja nastąpiła i ludzie zaczęli przynosić z sobą małe kasetowce, bo się pojawiły, to było modne, także często siedzieli, na kolanach trzymali. Baliśmy się, że nie miał kto braw bić, bo trzymali te kasetowce. Premiera „Żeby Polska była Polską” jest opisana przez jakąś osobę z SB, TW „Zadra”, była na przedstawieniu, nagrała, następuje finał, zakończenie „Żeby Polska była Polską”: „Nastrój, jaki wprowadza ta pieśń, jest taki, że gdyby zapalić karbidówki, okupacja gotowa!” – tak agentka SB napisała o tej pieśni. Rzeczywiście, program był szyderczy, ludzie ryczeli ze śmiechu, bardzo ostry. Już te wszystkie głupoty, prawda, tego gierkowskiego się już zdemaskowały, tego, tej niby takiej lepszej, lepszego socjalizmu niż za Gomułki. Zresztą zadawałem pytania: „Czym się różni towarzysz Gierek od towarzysza Gomułki? Niczym, ale on jeszcze tego nie wie!”, no takie mniej więcej były py/ te. I tam mówiłem [niezrozumiałe – A.M., 03:27] Saharę, po tygodniu piachu zabraknie. No tego rodzaju już zdecydowane, takie deklaratywne żarty, już nie ukrywające za aluzjami, tylko mocno mówiące o tym, że wszystko jest lipa. No i ta pieśń robiła wrażenie niesamowite. Na pierwszych wykonaniach publiczność nie bardzo wiedziała, jak się zachować nawet, bo czekali na żart, nie wiedzieli, że to jest taka poważna pieśń od początku do końca. Myśmy, z premedytacją tak to wyreżyserowałem, że śpiewaliśmy na koniec bardzo takim, na tak zwanym przydechu, spokojnie, bez silnego wokalu, tylko tak sobie trochę mrucząc: „Żeby Polska, żeby Polska…”, tak jakby taka mruczanka była. Bez emocji, bardzo spokojnie, bardzo wolno w tym gronie: Janda, Fronczewski, Kaczor, Kaczmarski i Stasiek Klawe tak sobie śpiewaliśmy. I ludzie czekali, że coś się zaraz stanie, no jakiś, zawsze tak było w naszym kabarecie, nie ma u nas bez pointy utworu, kabaret polega, że wszystko się puentuje. A tu nic! Taka cisza i zawsze jeśli się ktoś znajdował, to zaczynał rozumieć, że to jednak nie będzie już żadnego żartu w tej sprawie, tylko że to jest taka nasza wprost deklaracja, takie marzenie, prawda, program polityczny, żeby Polska była Polską. I to rzeczywiście już nas zdemaskowało ostatecznie w oczach władzy ludowej, także kabaret szybko zamknęli i już do końca lat osiem/, do buntu „Solidarności” kabaret nie istniał. A piosenka nagrywana właśnie na tych [5:00] kasetowcach tak się rozeszła, że jak wybuchła „Solidarność”, we wszystkich radiowęzłach to puszczano fabrycznych no i stała się hymnem tamtego czasu, tak samo jak pieśń Kaczmarskiego „Mury runą”. To są dwa utwory, które wyszły z naszego małego kabaretu nielegalnego czy półlegalnego, podarowane narodowi i „Solidarności”, która wybuchła i miała te dwie pieśni, na których można było oprzeć to, co się działo na mityngach, na wiecach, na spotkaniach „Solidarności”. Także to była pewna satysfakcja. No i tu dochodzimy do okresu zupełnie niezwykłego, 16 miesięcy „Solidarności”, ten karnawał „Solidarności”, to nasz zespół wyszedł i z tej takiej piwnicznej izby na barykady, historia nas wyniosła, działy się rzeczy zupełnie niezwykłe. Występowaliśmy w halach fabrycznych, w stoczniach. Wciąganie, pamiętam, jak nas z Kaczmarskim wciągnęli na takiej chyboczącej się platformie dźwigiem w Nowej Hucie i z tego, z tej platformy śpiewaliśmy w jakiejś hutniczej wielkiej hali. Tego rodzaju występy, zupełny przeskok emocjonalny, bo to zupełnie inaczej człowiek występuje, jak gra się w gronie towarzyskim niemalże, w małym kabarecie, to występ na charakter towarzyskiej rozmowy. No i w gruncie rzeczy graliśmy dla tych resztek inteligencji, która wtedy istniała, więc to jest inny przekaz. Ale zupełnie inaczej się występuje dla młodych robotników zbuntowanych, to zupełnie innych emocji wymaga, innych sformułowań, no pewnego dostosowania się do tego. Żeby być zrozumianym, trzeba inaczej formułować, te same myśli, ale na sposób przenikający, powiedzmy, wykształcenie czy doświadczenie życiowe i tak dalej. Więc to było niezwykłe zupełnie doświadczenie, karnawał „Solidarności”. Występowaliśmy wszędzie, dzień po dniu jeżdżąc po całej Polsce i kibicując z całego serca temu wszystkiemu, co się stało. Ja mogę powiedzieć ze swojej perspektywy życiowej, dopiero wtedy zacząłem no jakby doceniać to, co zrobiłem, decydując się na ten zawód. Zwłaszcza w tych trudnych latach po połowie lat 70-tych, kiedy już nie mogłem pracować praktycznie, byłem w takiej dosyć zapaści, nie wiedziałem, czy dalej to robić, czy gdzieś wyjechać, wyemigrować. Moja żona poprzednia z lat 70-tych wyjechała z dziećmi do Kanady, nie chciała wracać w ogóle, bo mieliśmy bardzo trudną sytuację materialną. Mnie nie pozwalano pracować w 70-tych latach i już jak nas zamknęli, gdzieś od połowy lat 70-tych. Radio, telewizja odpadły, prawda, estrady też coraz niechętnie mnie wpuszczały gdzieś. Więc tak byłem coraz bliższy tego, temu, że wyjadę do Kanady, gdzie miałem żonę i dzieci. No ale wybuchła „Solidarność”, nie było mowy o wyjeżdżaniu. Ja zobaczyłem, że jednak miałem rację, że zostałem. Doszło do tego, że jak był strajk komunikacji na rondzie Marszałkowska i Aleje Jerozolimskie, to było lato, a dzieci przyjeżdżały z Kanady do mnie na wakacje (Jasia i Mikołaj, maluchy, no parę lat miały), ja tam występowałem na dachach tych tramwajów, autobusów z gitarą. I to telewizje światowe pokazały, moja żona w Kanadzie zobaczyła. Te dzieci koło mnie siedziały, przynosili dzieciom tam wodę, napoje z hoteli ludzie, stawali, dzieciaki podskakiwały. Po prostu wpadła w histerię, co ja robię, gdzie ja dzieci prowadzę, na barykady, dookoła łańcuchy ZOMO. Mnie z tego występu ściągnęli prosto na Rakowiecką, dzieci zostały w tym tłumie same… Tak się przeraziła! Ale po paru dniach zadzwoniła (się okazało, że krzywdy nam nie zrobiono), jak się prze/, powiedziała, że jednak miałem rację. Przyznała mi rację, że nie pojechałem do Kanady, zostałem, że stało się coś niezwykłego, że warto było tych wiele lat się męczyć, żeby uczestniczyć w takiej rzeczy jak „Solidarność”, po stronie narodu i mówić rzeczy ważne, godne, rzeczy, na które oczekiwała publiczność, które wyjaśniały… Bo nasze żarty, nasze szyderstwa z różnych rzeczy wyjaśniały, miały ten walor, że objaśniały tę straszliwą, szmętną, zakłamaną rzeczywistość komunistyczną. Myśmy mówili to, czego nikt inny nie mówił. Od Łaby do Władywostoku nikt nie mówił takich rzeczy jak mój kabaret, zwłaszcza w tym sezonie, w sezonie [19]80/[19]81. To też zaproszono nas na festiwal, na festiwal do Opola w [19]81 roku. Grałem sześć godzin prawie na tym festiwalu, od 12 do 6 rano [10:00] te programy z lat 80-tych, ale również 70-tych, te moje monologi: „Co się porobiło na tym świecie?”, „Ono”, taki miałem cykl monologów, „co ono zrobiło, zebrało się, uchwaliło” tam coś tego, tam cały taki cykl monologów. Miałem te życiorysy… Więc to wszystko przez te sześć godzin w Opolu. I moi koledzy wspaniali, żeśmy grali i nad ranem, a rzeczywiście wyszło tak, że promienie słońca wschodzącego i śpiewaliśmy „Żeby Polska była Polską”, no i wtedy uniesienie niezwykłe. Publiczność, ja byłem tak wzruszony, publiczność była wzruszona, to była właśnie solidarność. Śpiewaliśmy „Żeby Polska…”, bisowaliśmy dwa razy nad ranem, po wielu godzinach. Coś wspaniałego! Dla takich chwil warto było tych wiele lat się męczyć z tą cenzurą, z tą ubecją, z tymi jeszcze różnymi, z brakiem pieniędzy. Coś się udało. No a potem już kolejny etap – stan wojenny. Znowu wahania, znowu się wahałem, czy nie pojechać tam i zostać w Ameryce, czy nie zostać. No ale postanowiłem wracać, bo mnie stan wojenny zastał właśnie z kabaretem na występach. Mieliśmy taką wielką popularkę, że do Ameryki nas Polonia zaprosiła w listopadzie [19]81. Do 4 listopada graliśmy w hotelu Forum, już wtedy dla 400 osób kabaret w strasznym tłoku, wielkich emocjach. A pojechaliśmy na miesiąc na występy. 8 grudnia [19]81 skończyliśmy grać w Ameryce, koledzy wrócili właśnie do kraju, a ja zostałem na święta u rodziny. No i stan wojenny wybuchł i kolejna pułapka w życiu. Co robić? Wszystko oczywiście wskazywało na to, że powinienem zostać: po pierwsze, miałem tam rodzinę, po drugie, zainteresowanie Polonii było olbrzymie. Zacząłem natychmiast jeździć, od stycznia [19]82 po Ameryce, w tę i z powrotem, wszędzie były tłumy, na tematy „Solidarności”, bo „Solidarność” zrobiła takie zamieszanie na świecie, to było tak niezwykłe widowisko, jak Polacy obalili imperium zła, jak klasa robotnicza obaliła ustrój klasy robotniczej, o czym ja mówiłem tam wprost, tłumaczyłem. Klasa robotnicza obaliła ustrój klasy robotniczej, czego się nikt nie spodziewał, nawet wybitni profesorowie sowietologii w Stanach Zjednoczonych. 100 katedr było, na każdym uniwersytecie o sowietologii! A myśmy wiedzieli, ja wiedziałem, że się stało. I w związku z tym Polonia była zupełnie… Dla Polonii to było coś tak świeżego, niezwykłego, co ja mówię, bo nikt tak nie mówił w ogóle, nikt tak nie opowiadał tego, co się w Polsce zdarzyło. Więc miałem tam nieprawdopodobne sukcesy, dużo pracy. Prezydent [Ronald – przyp. A.M.] Regan mnie zaprosił do tego programu, który robił, „Let Poland be Poland” – taki program, show wielki popierający „Solidarność”, monarchowie, prezydenci, premierzy, Hollywood cała czołówka aktorów. Orson Welles, Charlton Cheston, prawda, wymawiali moje nazwisko myląc się. „Żeby Polska była Polską”… Ja byłem zaproszony do programu, zrezygnowałem, bo wiedziałem, że muszę wracać do Polski, nie wytrzymywałem tam. Bo jakbym jeszcze pojeździł tam miesiąc, dwa, po pierwsze, bym się rozpił, po drugie, bym oszalał od tego intensywnego życia, od tych nieustannych podróży, samolotów [niezrozumiałe – A.M., 13:21], przelotów, codziennych bankietów i codziennych występów w niewiedzy i w oderwaniu od tego, co się realnie w Polsce dzieje – tego mi brakowało, że ja musiałem się dowiedzieć, jak ten stan wojenny naprawdę wygląda. Nie byłem w stanie żyć na odległość, to było dla mnie przerażające, że nie mogę wiedzieć, nie mogę opowiadać. Pytali mnie ludzie, co, a ja nie wiem, mnie tu nie ma. Więc rodził się taki dysonans, zacząłem czuć fałsz tej sytuacji, że moje miejsce jest tutaj, gdzie jest społeczeństwo. No i wróciłem bardzo szybko, po trzech miesiącach, prawda, tych rozterek początków stanu wojennego, wróciłem do Warszawy. Nawet taki monolog na ten temat miałem, że jak wracałem, sąsiadka mnie spotkała na schodach, mówi: „Panie, pan wrócił? A ja pana za inteligenta miałam!”. I opowiadałem całą historię, jak na lotnisku mnie badali, jakie pytania były, no i tak dalej. No był cały osobny monolog o moim powrocie. No i zacząłem występować po domach, warunki były bardzo trudne, ciężko, wszystko w konspiracji. Podpatrzyłem u kolegów, którzy dramatycznych, czy Ewka Nałkowska, która założyła z Emilianem Kamińskim teatr domowy, grali w sześć osób, w sześć, cztery osoby – zależy od składu, grali teatrzyk domowy. Jak ja już wróciłem, to oni już grali po domach. Tam raz czy drugi z nimi wystąpiłem, tak mi się spodobało, że postanowiłem też taką zrobić trasę, no i cały ten stan wojenny grałem po domach z gitarą. Niesamowite zupełnie te przygody! Zupełna odmiana losu, zupełnie inny warsztat potrzebny, [15:00] tam był inny repertuar, bo to stan wojenny, inny nastrój społeczny, zupełnie inne oczekiwania niż w czasie tego karnawału „Solidarności”, tych emocji pozytywnych, tutaj: upokorzenie, klęska, prawda, bój cierpienia, ludzie poaresztowani… Straszne rzeczy! I w tym wszystkim jakoś znaleźć program i sposób dotarcia do publiczności, no to był zupełnie, to były zupełnie nowe wyzwania. Ale też z perspektywy lat oceniam, że słusznie robiłem, bo to warto było to robić. To był taki rodzaj wspólnoty w nieszczęściu. W czasie „Solidarności” była wspólnota w radości, w zwycięstwie, w emocji pozytywnej, a tu było nieszczęście. Spadło nam na głowę, oszalała bolszewia rzuciła się nam do gardła, Polakom. Nie wiadomo było, bo przecież nikt tego nie wiedział, jak się skończy, no. Teraz się łatwo mówi, a wtedy, kto to wiedział? Mogła być droga chińska czy koreańska przecież, prawda? Mogła tu być Korea Północna. A ja kończyłem wszystkie przedstawienia wtedy: „Do zobaczenia w wolnej Polsce!”. Pukali się w głowę, „Co pan wygaduje?”, „Spokojnie! Macie moje gwarancje!”. [śmieje się – przyp. A.M.] Trochę przesadzałem, jak to estradowiec, prawda, ale… Mam to też w aktach SB napisane, także nie jestem gołosłowny – mam papiery, mam kwity na to, co mówiłem w tamtych latach. No niezwykły epizod, niezwykły. Oficjalnie, formalnie grałem w Wilanowie do tańca w restauracji. Też bardzo ciekawe to było doświadczenie, bo nie mogłem śpiewać swoich piosenek satyrycznych, no więc zwłaszcza „Żeby Polska była Polską” nie mogłem śpiewać. Mogłem śpiewać takie lokalowe kawałki, dansingowe. Ale pozwolili mi śpiewać „Warszawo, ty moja Warszawo!”, która nie kojarzyła im się w ogóle ze mną, z moim repertuarem, ale jakoś tak śpiewałem to, że ludzie wstawali i tak, jak przy „Żeby Polska…” wstawali tak na dansingu [świadek pokazuje gest victorii, popularny w Polsce w czasów „Solidarności” – przyp. A.M.]. „Warszawo, ty moja Warszawo!”, była w tym jakaś tęsknota za Polską, nie tylko za Warszawą. Więc bardzo ciekawe… Z punktu widzenia finansowego też interesujące były występy, bo to był taki zwyczaj w lokalach w Polsce, że do kieszeni forsę płacili, to się nazywało „na koncert życzeń”. „Panie Janku, koncert życzeń!” i do kieszeni pieniądze. Dla mnie to było tak szokujące, pierwsze przedstawienia, że mi forsę… A potem się okazało poza wydziałem finansowym dostawaliśmy pieniądze do kieszeni z kolegami, z kapelą. Podaję to jako incydent. Policja mnie łapała cały czas, jak wychodziłem z lokalu. Myśleli, że będę tam pił wódkę – bo jak w lokalu śpiewać i nic się nie napić, prawda? No przecież nie ma takich refrenistów na świecie, żeby nie pili! A ja miałem żółtaczkę. Jak przyjechałem do Polski, to gdzieś po kilku miesiącach złapałem żółtaczkę i leżałem na tej… To też jest ciekawe, bo tam była docent Babiuchowa, była ordynatorką. No ale mniejsza z tym, wyleczyli mnie w każdym razie z tej żółtaczki, natomiast miałem absolutnie, odrzucało mnie od alkoholu, bo ja miałem tak… Po prostu absolutnie sam organicznie nie znosiłem po żółtaczce przez te pierwsze miesiące, także nie ciągnęło mnie. Propozycje były co wieczór, każdy mnie klepał po plecach i chciał stawać do baru, „Panie Janku, po małym!”, bo wiedzieli na ogół ludzie z moich legend, że nie wylewam za kołnierz i każdy chciał się napić. A ja nie! No i ta policja tam, milicja mnie zaczepiała co tego: „No, prosimy, balonik! Ziutek, przynieś balonik, pan Janek wraca!”. Ja [świadek naśladuje odgłos dmuchania w balonik – A.M.], nic. Cholera jasna! Bardzo się denerwowali milicjanci. W końcu za którymś razem powiedziałem: „Panowie, tracicie czas. Nie będę pił, waszemu generałowi na złość nie wypije ani kieliszka! Żeby go szlag trafił! Na to mnie nie złapiecie!”. No jednym słowem zrobiłem awanturę tym milicjantom, tak stali przerażeni. Machnąłem ręką, przestali mnie zaczepiać. No ale taki epizod był. Natomiast główne moje zajęcie to było granie po domach i to, powiadam, zupełnie wydarzenie. Gęstość tych ludzi w małych mieszkankach, dzieciaki, które leciały za mną po osiedlach, prawda, „Panie Janku, tutaj, na zebranie to nie w tym bloku, tylko w tamtym.”. Były takie sytuacje i było bardzo ciekawie, bar/. Ale tam poznawałem całą czołówkę przyszłej Polski, bo wszyscy konspiratorzy, którzy później, no już po [19]89 roku zaczęli pod szyldem „Solidarności” coś robić dobrego dla Polski, to wtedy na tych tajnych spotkaniach mnie spotykali. Chociażby u księdza [Henryka – przyp. A.M.] Jankowskiego grałem parokrotnie w parafii w Gdańsku tam, u niego w tej plebanii. [Lech – przyp. A.M.] Wałęsa przychodził z różnymi ludźmi, mieliśmy przedstawienia dla nich specjalnie. Nie wiedziałem, że to jest taki dwuznaczny człowiek. To bardzo przykre doświadczenie, rozczarowanie, bo jakoś z tamtego okresu go lubiłem bardzo. Uważałem [20:00] prosty, bo prosty, prawda, może nie wszystko kuma, ale dobry Polak, co było kluczową sprawą wtedy. Przecież nie było ważne, jakie kto szkoły kończył, ważne, czy pracuje dla Polski, czy jest zdrajcą, no, to się liczyło. Tak jak w obecnej nowej Polsce, III Rzeczypospolitej, mniej się liczą poglądy polityczne, lewica, pr/, raczej kto jest uczciwy, ponieważ no nieszczęściem III Rzeczypospolitej jest złodziejstwo. Więc w pewnych okresach, w pewnych czasach różne cechy są dla Polski ważniejsze. No więc takie tam mieliśmy spotkania. We Wrocławiu wiele spotkań, no właściwie w większych miastach wszystkich bywałem. Ale też w jakiś małych miejscowościach, gdzie byli jacyś ludzie, którzy się nie bali mnie zapraszać. No w Warszawie głównie po wszystkich osiedlach, po różnych mieszkaniach, zbierało się w kapelusz parę złotych, albo się zebrało, albo się nie zebrało, ale to było niezwykłe granie. I tak żeśmy dojechali do roku [19]89, w który się z całą pasją włączyłem, w kampanię wyborczą. Jeździłem z tymi kandydatami komitetów obywatelskich prawie dwa miesiące, zupełnie za darmo, nikt pieniędzy nie miał, zasuwałem nieprawdopodobnie. I znowu wielkie uniesienia, znowu przeskoczyłem na te rynki miast, prawda, jakieś stadiony, błonia pod miastami, tysiące ludzi, nadzieja na wolną Polskę. Także pewne niezwykłe wystąpienia, szalone emocje… Taka huśtawka w tym moim życiu zawodowym – od nielegalnych rzeczy, małych środowisk, do wielkich mas, do wielkich nadziei, do wielkich owacji i tak dalej. No i jeździłem na przykład, moja ulubiona ekipa była z Guciem Holubkiem, on tam na Podkarpaciu kandydował. Wszystkie te miasteczka przez dwa tygodnie żeśmy objechali. Ale w tej samej ekipie był Andrzej Szczypiorski, który się potem okazał jakimś paskudnym agentem SB, który donosił nie tylko na kolegów, ale na swojego ojca nawet. Więc to pewnie były niezwykłe postacie, jak się z perspektywy patrzy obecnej, prawda. Te całe wybory z [19]89 roku zrobili ludzie najbardziej przez, w III Rzeczypospolitej upokorzenie, czyli tacy szeregowy, szeregowi członkowie „Solidarności”, którzy nie porobili karier, ale których miejscowe SB, miejscowi kapusie, miejscowi prawo/, pracodawcy przepędzali, nie dawali im pracować, nie dawali im zarabiać, upokarzali, zamykali, prawda. Ci ludzie w gruncie rzeczy zrobili te wybory [19]89 roku, taka najniższa, najniższy szczebel „Solidarności”, ludzi naprawdę aktywnych, przejętych tym, co w Polsce może się zdarzyć. Sceny z tych wyborów niesamowite! Bo jeszcze żyli ludzie, którzy na przykład brali udział w [19]20 roku, w wojnie z bolszewikami. Pamiętam takiego staruszka na wózka, wsadzano go na scenę, który: „Bijcie tych bolszewików!”. [śmieje się – przyp. A.M.] I prawdopodobnie jakaś w nim była taka prawda, taka niesamowita emocja, krzyczał, tego: „Lanca do boju, szabla w dłoń! Bolszewika goń, goń, goń!”, przypomniał sobie z [19]20 roku… No i tego rodzaju postacie, taka prawdziwa Polska, autentyczna, a nie zakłamana wychodziła na tych… Dlatego byłem zwolennikiem tych wyborów i przez długie lata broniłem tych wyborów czerwcowych, które no napadane były później przez wiele lat, że to zmowa, prawda, Okrągłego Stołu, że to gabinetowe kombinacje, że jednak nie ci przejęli władzę w Polsce, którzy powinni… No tak, ale ja to śledzę z mojej perspektywy, ja to widzę z punktu widzenia tych emocji, z którymi mam do czynienia, tych ludzi na tych wiecach, którzy nie wiedzieli nic o Magdalence, o zmowie, kto jest zdrajcą, kto jest agentem, ale chcieli wolnej Polski. Chcieli tej nadziei, że może coś się zmienić na lepsze, prawda, wyjść z tego sowieckiego obozu, z tego nieszczęścia. I to jest dla mnie obraz tamtych czasów. Dlatego w dalszym ciągu jestem zwolennikiem tego, tej zmiany. Ona tak nastąpiła, nie inaczej, nie można było widocznie inaczej tego zrobić. Zbyt wiele było agentury, zbyt wiele było złej woli, nie można było tego od początku zbudować na postawach uczciwych. Musiała to być zmowa, żeby stopniowo przeprowadzić, no do czasów chociażby obecnych, dwadzieścia kilka lat kolejnych trwało zanim to się jakoś zmieniło w kierunku pożądanym, to znaczy, że nie rządzą ludzie zakłamani, załgani, agenci SB, prawda, i jacyś tam sowieccy agenci. Ale wtedy tak było, ja to tak obserwowałem. No i później ten sam, na własnym tyłku zacząłem to obserwować, jak powoli ograniczano [25:00] moje możliwości. Już parę miesięcy po moim uczestnictwie w tej kampanii wyborczej, wielkiej pracy do tego, już niektórzy koledzy wybrani do Sejmu czy do Senatu patrzyli na mnie protekcjonalnie, jak im mówiłem: „Słuchajcie, nie mam gdzie grać w Warszawie.”, „A, Janek, dasz sobie radę!” i palcem w bucie nikt nie kiwnął. A ja w Warszawie jak nie miałem lokalu, tak nie miałem. Z początkiem lat 90-tych wręcz przeciwnie, rzuciła się na mnie cała jakaś akcja prasowa. Jak znalazłem jakiś lokal, zardzewiałą, zniszczoną jakąś ruderę, którą chciałem wyremontować, żeby grać kabaret, to natychmiast się na mnie rzucała prasa ówczesna, która już była pod przemożnym wpływem [Adama – przyp. A.M.] Michnika i agentów SB w różnych redakcjach, którzy robili wielką, że Pietrzakowi się w głowie przewróciło, już chce korzystać, pieszczoch, prawda, władzy. No i nie pozwolono mi grać w Warszawie w ogóle, całe lata 90-te nie mogłem - przepraszam, bo coś tu ruszyłem - nie mogłem grać w Warszawie. I jak zobaczyłem, co się dzieje w [19]92, [199]3 roku, to zacząłem szukać lokalu w Polsce i znalazłem w Bytomiu lokal i w Krakowie. I 90-te lata mój kabaret istniał w Bytomiu i Krakowie, tam graliśmy systematycznie kabaret, natomiast w Warszawie nie mogłem. Taki był mój bonus za moją pracę dla Polski. Bo piosenka „Żeby Polska była Polską” okazało się, że nie bardzo się podobała tym ludziom, którzy zaczęli rządzić. Nawet skasowane plakaty moje w ogóle z pamięci historycznej, bo w tych wyborach [19]89 plakat, który tu wisi, tam na ścianie taki, „Żeby Polska była Polską 2+2 musi być 4” Henryka Tomaszewskiego, wybitnego grafika, ten plakat był, no cała Warszawa była zaklejona. To oczywiście symbolem tamtych wyborów stał się Gary Cooper, bodajże, „W samo południe”. A ten plakat skasowano, w żadnym muzeum go nie ma. Tak mnie wolna Polska odpłaciła się za pieśń, która była hymnem. Oczywiście we wszystkich radiostacjach, telewizjach ta pieśń została zakazana, w 90-tych latach. Teraz czasami ją można usłyszeć, jak jest jakaś ważna rocznica, to jakiś fragment gdzieś ktoś zaśpiewa, ale generalnie nie cieszy się uznaniem mediów. Do Warszawy wróciłem dopiero w latach, po 2000 roku i to przez taką nieuwagę, że w hotelu Radisson, który był własnością jakiś Austriaków, tamtejsi właściciele nie wiedzieli, że ja jestem zakazany, w związku z tym pozwolili mi grać. Więc grałem trzy sezony w hotelu Radisson, ale potem się dowiedzieli, mieli swoje wtyczki, mnie wyrzucili z tego Radissonu. Po czym się zmieniły władze w Warszawie, przez moment prezydentem Warszawy był Lech Kaczyński. Wtedy zagrałem w domach kultury na – gdzie to był pierwszy? – na, w domu kultury na Smolnej grałem jeden sezon, jeden sezon, w domach kultury należących do miasta, jeden sezon grałem na Elektoralnej, jeden sezon gdzieś na Ochocie w jakiejś małej salce domu kultury na piętrze… Ale zawsze mnie wyrzucali po roku, łącznie z dyrektorem, który mnie wpuścił tam. To już mówimy o obecnych czasach. Także nie mam lokalu, chociaż 50 lat ma mój kabaret w tym roku. Powiedzieliśmy coś o Polsce ważnego, do dzisiaj nasze refreny, powiedzenia i jakby recenzje czasów, w których żyjemy, są dosyć oryginalne, nie propagandowe, a mimo to nie mamy gdzie grać zupełnie. W telewizji, radio jesteśmy zakazani, mój program reklamuję nawet tak, jak w Polsce występuję: „zakazany w radiu i telewizji Kabaret pod Egidą”, żeby ludzie wiedzieli, na co idą, jak się potwornie narażają, jaki wywrotowy element występuje. Ostatni sezon graliśmy w hotelu Victoria, bo poprzedni sezon graliśmy w Mozaice na Puławskiej, to nas wyrzucił restaurator pod wpływem władz dzielnicy Mokotów, a ten ostatni graliśmy, jesień w hotelu Victoria, ale były takie koszty tej sali, dwukrotnie przekraczające wpływ z biletów, więc można było za parę przedstawień dopłacić, ale potem nas nie było stać. Więc praktycznie jest styczeń [20]17 roku, jest 50 lat Kabaretu Pod Egidą, absolutnie nie mam gdzie grać w Warszawie, w radiu i telewizji jestem zakazany jak zwykle. Więc taka jest, proszę państwa, takie jest podsumowanie mojej pracy dla Polski, ponieważ rzeczy, które mówię, są, okazuje się, wywrotowe i żadna władza mnie nie lubi. Tak to wygląda. Nie wiem, czy tak można to podsumować, bo ja mogę opowiadać o swoim losie długo, ale ponieważ dobiegliśmy do końca, do czasu obecnego, to może tyle wam wystarczy.
Więc jakby uświadamiam sobie, jak głupie było moje pytanie, czy moja prośba do pana, bo przecież pan, pytać o związki między pana życiorysem a Polską, no to tak [30:00] jakby mówić, czy można łączyć wodę z wodą. No to jest jakby jedna, jedno po prostu.
Myślę, że tak, bo to była ta silna motywacja, no.
Tak, i…
To każdy artysta do czegoś musi, żeby coś robić, żeby się przymusić do pracy, przymusić do wychodzenia wieczorem, przymusić do napisania tekstu… Przecież ja mam swoje lata. Przez te wszystkie lata musiałem się przymusić. Mam pięcioro dzieci. Zamiast zająć się dziećmi, żoną, wycieczkami, prawda, i towarzystwem miłym artystycznym, to ja musiałem pisać, bo to siedzi we mnie, ponieważ tak mnie sprawy Polski obchodzą. Jednym słowem nie mogę się zwolnić z tego, że mnie to nie obchodzi, nie miałem takiego momentu, żebym się sam z siebie, sam dla siebie zwolnił z tej pracy, bo to mnie już nie obchodzi, bo się zdenerwowałem, nie będę się tym zajmował, prawda, nie miałem. Uważam do dnia dzisiejszego, że mnie to bardzo obchodzi, co się w Polsce dzieje i dzięki temu mam motywację, to jest ta główna motywacja. A z jakich powodów? No to właśnie tutaj o tym mówiłem od początku, od tej wojny, od tego wszystkiego. Jak się kończyła wojna, to zostały mi tylko ciotki. Wujków nie miałem, bo wyginęli na wojnie. Takie było moje dzieciństwo, taki był mój los, dramatyczny. I tak potem, jak zacząłem się uczyć w ogóle, orientować, co się w Polsce dzieje, zacząłem pisać o tym. I to, co pisałem, wynika z moich najszczerszych intencji. Nie mam żadnych zakłamanych intencji, chociaż wrogowie mi zawsze wmawiali na czyich usługach jestem, prawda, i komu ja szkodzę i kto mi na to pozwolił. Otóż to jest nieprawda, bo jak się nie ma silnych motywacji, człowiek by tego nie zrobił, co ja. Ja muszę mieć wyraźne, silne i uczciwe względem siebie samego. Oczywiście pisałem teksty nie zawsze mądre, czasami się myliłem w ocenie różnych zjawisk, ale zawsze byłem wtedy, w tym momencie, kiedy to wykonywałem, że pisałem jakoś uczciwie. No nie wiedziałem na przykład o całej tej wielkiej zdradzie, jaka była w „Solidarności”, o ludziach, którzy szli jakimś tropem, prawda, agenturalnym. Nie wiedziałem o tym, nie wiedziałem. Dlatego pisałem pochlebne żarty o Wałęsie, miałem cały monolog o Wałęsie. Żartowałem z niego oczywiście, ale w sposób jednak sympatyczny, bo uważałem, że coś dobrego dla Polski zrobił. Po latach się zorientowałem, że się myliłem, no tak, ale ja, ale wynikało to z mojej najlepszej wiary i wiedzy w tamtym okresie. Jednym słowem Polska jako temat numer jeden jest bardzo silną motywacją i można całe życie se na tym ustawić, prawda, zawodowe, nie tylko prywatne.
No tak, ale w pana przypadku to i prywatne i zawodowe, wydaje się,…
Tak…
…jakby płynie z tego. Jeszcze proszę powiedzieć zdanie o osobie, o ludziach… Przecież pan poznał no, można powiedzieć, wszystkich ważnych, wszystkich wspaniałych, utalentowanych…
No nie wszystkich, bez przesady!
Tak, ale wszystkich, którzy się pojawiali wtedy, jakby byli obecni i pan miał z nimi kontakt, no jakoś… Poznał pan bardzo wiele osób.
No to raczej to już do rubryki plotek, prawda, o kolegach.
Tak, ale to, ale raczej w kontekście, tak, kto panu imponował, kto, o kim pan myśli, że spotkanie, dzisiaj, że wywarło wpływ na pana?
Ja w ogóle bardzo lubiłem otaczać się w kabarecie, moim zawodzie, wybitnymi ludźmi, bo uważałem, że tylko pracując z kimś wybitnym, wielkim, niezwykłym, człowiek sam zyskuje. Więc zadają mi często redaktorzy pytanie, czego ja się nie bałem występować z Fronczewskim czy z [Januszem – przyp. A.M.] Gajosem, przecież to tacy aktorzy… Dlaczego się miałem bać? Ja się cieszyłem, że pracują u mnie wspaniali artyści, dla których warto wyjść z domu wieczorem właśnie, żeby się spotkać, posłuchać, jak dzisiaj powiedzą ten tekst czy tamten. Zresztą to nie był mój problem, bo problem był zawsze nastawiony, byłem zawsze nastawiony na poszukiwanie utalentowanych ludzi. Jakoś mi się udało, no miałem dobre oko. Od Młynarskiego bym zaczął, bo to rzeczywiście w jakimś sensie było moje odkrycie. Bo te pierwsze programy z kolegami były trochę z przypadku, z tymi poetami, natomiast to już było jakieś moje odkrycie, że w moim kabarecie zaczął występować i pisać programy, prawda. Później Jonasz Kofta, Adam Kreczmar – bezwzględnie moje odkrycie, bo pisali wierszyki w dziekance gdzieś, tam coś, piosenki na takim poziomie trochę jeszcze no jak nie wiem, jak maturzysta pisze do ukochanej dziewczyny w zeszycie, prawda, w kratkę, to mniej więcej na takim poziomie. Moim odkryciem bezwzględnie był Marcin Wolski, który przyszedł do mnie, à propos zeszytu, z zeszytem i przeczytał mi swoich parę wierszy i go przyjąłem. No więc tego rodzaju ludzie. Poza tym ja bardzo lubiłem, jak już miałem taką tą grupę autorów w tych pierwszych latach Egidy, kiedy już wiedzieliśmy, co powiedzieć, lubiłem, żeby byli zawodowi artyści z innego nieco nurtu, żeby właśnie się to wspierało. To też pierwsi aktorzy [35:00] zawodowi o dużej renomie ówcześnie, jakich przyjąłem, to była Barbara Kraftówna i Wojtek Siemion i Anka Prucnal – to byli aktorzy, którzy mieli swoją popularność, filmy, wielkie przedstawienia, wielkie role w teatrach. Szalenie ważne to było, ponieważ oni dodawali nam tej zawodowej mocy, bo na tym myśmy się uczyli, co to znaczy występować w kabarecie. Szczególnym człowiekiem, niezwykłą postacią był Kazimierz Rudzki, profesor w szkole teatralnej, człowiek przedwojenny, można powiedzieć, z mentalności, ale wielki sympatyk kabaretów przedwojennych, mający realną, osobistą wiedzę o tym, jak to było przed wojną w tych kabaretach. Więc z nim praca była naprawdę radością i to bardzo się wahał. Były te pierwsze miesiące, kiedy ja go namawiałem. Przychodził do kabaretu, był zainteresowany, podobało mu się to, co my robimy, ale ciągle miał uwagi, że to nie tak, że to tego. Ale ja mówię: „Pan wystąpi!”, nie wiedział, jak to zrobić, bo trochę się… Wchodził do szkoły teatralnej – był nauczycielem akademickim, prawda. I tu wystąpić z nami, wybitnymi samoukami, amatorami… Myśmy w dżinsach występowali, w jakiś niechlujnych tych, to w ogóle jemu się w głowie to nie mieściło! Jak to on ma zrobić? Wynalazłem dla niego formułę, która się przyjęła, żeby nas krytykował z widowni. Czyli ja coś mówiłem, jakiś tekst, tamten życiorys tam na przykład czy coś i takie robiłem pauzy, że niby się zastanawiam, a on wtedy z widowni, siedząc przy stoliku, bardzo elegancko, jak to profesor, prawda, garniturek, normalny krawat, tego, nie mający jakby związku ze sceną, mówi: „Bardzo przepraszam, ja bardzo przepraszam, ale ja muszę przerwać! Tutaj pewne rzeczy mi się nie podobają. Pan tu takie historie opowiada, proszę pana, a ja czytałem wczoraj w Trybunie Ludu, no przecież jest inaczej!”. No taki chwyt! Ale to ludzie tak, wbijało ich w fotele! „Co się dzieje, zaraz, halo? Proszę pana, tutaj pan nie przerywa!”. [śmieje się – przyp. A.M.] Świetny chwyt był dla Kazia Rudzkiego, on bardzo się tym przejął, zobaczył, że to ma świetny odzew, że inna zupełnie generacja, młode pokolenie go bardzo akceptuje w tej roli. Zaczął zapraszać swoich kolegów z uczelni, profesorów, więc naszymi, na widowni zaczęli zasiadać Bardini, prawda, i inni tego rodzaju profesorowie ze szkoły teatralnej, przychodzić, sprawdzać, jak to Kazio Rudzki się wygłupia w tym amatorskim kabarecie. To była szczególna postać. A miał wielką kulturę słowa, wielką świadomość tego, jak na scenie trzeba… Miał też świadomość no pewnej tandety, jak się pojawiała czasami w naszym słownictwie, leksykalnie już tak, jakiś wulgaryzmów, bardzo nas pilnował, żebyśmy w to się nie staczali i miał rację oczywiście, bo my z tym takim peerelowskim językiem czasami mieliśmy takie skłonności, żeby coś mocniej powiedzieć i Kazio nas mitygował. Świetna postać. No o każdym mogę powiedzieć tylko dobre rzeczy, bo brałem do kabaretu tylko ludzi, którzy mi się podobali, którzy mi imponowali: Janek Stanisławski. Też mówię Profesor, tamten profesor, a ten taki sztuczny profesor, miał taki pseudonim, Profesor sobie wymyślił całą postać swoją profesora. Imponująca wiedza, wielka erudycja, wielka wiedza o Polsce. On pochodził gdzieś ze wschodu, jego rodzina z Wołynia, więc ciągle się odnosił do tamtych spraw. I ten styl wspaniały właśnie takiego przedwojennego profesora, który bardzo łatwie/… W gruncie rzeczy on bardziej na profesora wyglądał niż Kazio Rudzki, widownia, autentyczny profesor. Kobiety piękne występowały z nami. Baśka Kraftówna była cudowna, a ta Anka Prucnal z STS-u, żeśmy ją podkradli, tam była gwiazdą, już miała swoje role filmowe, prawda. Jonasz Kofta w niej się podkochiwał w ogóle. Kto tam jeszcze? No Danka Rinn niebawem przyszła do naszego kabaretu, Anka Nehrebecka grała z nami w 70-tych latach… Pięknie śpiewające, no świetne artystki, więc co tu można powiedzieć? Potem przyszedł czas tych aktorów, tego duetu [Wojciech – przyp. A.M.] Pszoniak – Fronczewski, na który specjalnie pisałem jakieś dialogi, duety, żeby sobie mówili. Wielkie postacie, wiele te, niezależnie od tego, co z nimi w ostatnich latach się stało, jak dziwnie się politycznie podzielili, ale to nie ich wina. To wina jest tych ludzi, którzy dzielą Polaków celowo i te środowiska niektóre bałamucą, oszukują, okłamują. Nie wszyscy aktorzy są politycznie zorientowani, a poddają się pewnej presji środowiska. Ale tamte lata wspominam jako wspaniałe doświadczenie właśnie z tą, tymi aktorami. [40:00] Fronczewski, Pszoniak to wiele lat żeśmy grali, Gajos trochę później przyszedł, w 80-latach. Do 90-tych grał kilkanaście lat ze mną. No i młodzież, którą przyjmowałem, ludzi nieznanych zupełnie, tak jak Kaczmarski, Klawe Stasiek czy Edyta Geppert, prawda, czy kto tam jeszcze, żeby kogoś nie przeoczyć… Marcin Daniec to już się jest dorobek krakowski, jak w Krakowie grałem, tam go przyjąłem. Krzysztof Piasecki, Krzysiek Daukszewicz w 80-tych lat grał ze mną, też go przyjąłem do kabaretu… No i tych ludzi było kilkadziesiąt osób. 10 lat temu jeszcze udało mi się zrobić jubileusz 40-lecia kabaretu w Teatrze Polskim, to właśnie przejściowo była jakaś mądrzejsza trochę władza, która się mnie nie bała, także Teatr Polski załatwił minister kultury ówczesnej, [Kazimierz – przyp. A.M.] Ujazdowski, bo inaczej to nie miałbym szansy, kosztował ileś tam tysięcy. I dyrektorem telewizji przez pół roku był Bronisław Wildstein, który pozwolił zarejestrować ten program. Więc to było jubileusz 40-lecia, bardzo oryginalna widownia: Jarosław Kaczyński ze swoją mamą, w loży obok Hanna Gronkiewicz-Walz, profesor [Zbigniew – przyp. A.M.] Religa, prawda, profesor [Wiesław – przyp. A.M.] Chrzanowski na widowni, premier [Jan – przyp. A.M.] Olszewski, ale również generał [Sławomir – przyp. A.M.] Petelicki, prawda, i tam ktoś tam… No jednym słowem wymieszane, to było 10 lat temu, 40-lecie Kabaretu pod Egidą. W tym roku nie wiem, czy mi pozwolą zrobić jakiś jubileusz, ponieważ ilość moich wrogów wzrasta proporcjonalnie do lat, jakie, do jubileuszy, jakie obchodzę. Czegoś mnie nie lubią. A ja ludzi lubię! [śmieje się – przyp. A.M.] Zresztą tu nie ma symetrii w moich stosunkach z kolegami niektóry/, bo niektórzy się jakoś buntowali na mnie, no chociażby Jurek Dobrowolski, który też grał z nami parę lat, ale no był uzależniony bardzo, chory po prostu alkoholowo. Ja go przyjąłem. Świetny człowiek, inteligentny, miał świetne swoje kabarety, „Owca”, „Koń”, wybitne. No ale w tym czasie, kiedy go przyjmowałem, to był praktycznie bez środków do życia. Umówiliśmy się pod jednym warunkiem: że nie będzie pił. To było strasznie trudne dla niego. Był tak wściekły i cała jego wściekłość na mnie się kierowała. Także na scenie był wściekły, miał doskonały tekst, miał wielkie owacje, wielkie brawa, natomiast to, że nie mógł się napić, a my chodziliśmy z tym kieliszkiem wina w ręku, czy tam koniakiem… Dostawał takiego szału, że po prostu cała ta wściekłość na mnie się kierowała i bardzo mi wymyślał, ale… To pokazuje, jakie są relacje. Ale ja go zawsze szanowałem i ceniłem, uważałem za wybitnego człowieka, który dzięki no PRL-owi w gruncie rzeczy się wykoleił, wykoślawił trochę, prawda, chorobowo no i potem nie mógł z tego się wydobyć. Jak pracował z nami w kabarecie, trzymał się, nie pił, tylko proszki łykał całymi garściami, żeby wytrzymać ten wieczór bez napicia się. Bardzo trudne to musiało być dla niego. Więc tego rodzaju ludzi no różnych było mnóstwo, no. Ja po prostu jak kogoś angażuję, to chcę z nim pracować. Nikogo sam nie zwolniłem nigdy z kabaretu, nawet jak mnie ktoś dokuczał bardzo. Kryśka Sienkiewicz złośliwa straszliwie osoba, co pewien czas mi awantury urządzała. Nigdy jej nie powiedziałem, że mam jej dosyć. Zawsze ja dzwoniłem do niej, żeby się nie denerwowała, bo ją kochałem na scenie, była świetna, miała fantastyczne wzięcie u publiczności i była taką świetną aktorką kabaretową. No jednym słowem lubię tych ludzi, z którymi pracowałem, wiele się od nich nauczyłem. Wiele dla mnie zrobili w tym sensie, że tworzyli te ekologiczne miejsce pracy, tą niszę ekologiczną, w której człowiek musi funkcjonować, żeby wiedzieć, że jego sens, jego praca ma właśnie jakieś działanie, jest potrzebna. Na tym polega ten kabaret, no to cały czas pracuje się, naszym tworzywem są ludzie, zarówno ci, którzy występują, jak ci, co siedzą na widowni. To jest kabaretowe, to się robi z niczego, no. Przecież wychodzi jeden człowiek, a tam siedzi parę osób i to, i tworzy się coś, nowa jakość. Dzięki komu? Dzięki aktorom i dzięki publiczności. Więc ja to bardzo szanuję i bardzo cenię moich kolegów. Jeszcze żałuję bardzo, że się politycznie poróżnili ze mną tak. Ja idę swoją drogą od początku tego, od tych lat, kiedy ze mną pracowali. W swoich poglądach nie zmieniłem właściwie nic. Teraz mi zarzucają, że jestem PiS-owski [zwolennik Prawa i Sprawiedliwości – przyp. A.M.] na przykład. Odpowiadam na to, że jeżeli ktoś do kogoś się przyłączył, to PiS do mnie, a nie odwrotnie, bo pan prezydent do szkoły chodził do podstawówki, jak ja już śpiewałem „Żeby Polska była Polską”, prawda. I ja nie musiałem niczego zmieniać w swojej filozofii, w swoim podejściu do Polski. Mam takie same – szukam uczciwego rozwiązania i śledzę i tropię [45:00] łobuzów, zdrajców, oszustów i z nich też szydzę. Mam mniej lub bardziej zręczne żarty, niektóre dosadne. O, w czasach takich okrutnych, trudnych, jak była stan wojenny, no to naprawdę mówiłem mocne żarty, nie krępując się już wymogami, powiedzmy, elegancji, tylko mówiłem dosyć mocno szyderstwa o różnych ludziach ad personam również, bo jak widziałem, że łobuzy szkodzą Polsce, nie było powodu, żeby ich oszczędzać. Ale robię to dziesiątki lat tym samym tropem, nie kieruję się niczym innym, a zwłaszcza politycznymi żadnymi konfiguracjami, ponieważ wszystkie kategorie polityczne w Polsce są zafałszowane. W Polsce jest pokręcone celowo to, co jest lewica, co prawica, liberałowie są udawani, prawda, obrońcy ludu, socjaliści są udawani… Wszystko jest fałszywe. Więc tu człowiek nawet jakby chciał, to trudno się przywiązywać do jakiejś politycznej grupy. Tu się można przywiązać do idei, do wolnej, sprawiedliwej, uczciwej Polski. To jest ważna idea i tego się trzymać. I to mi wystarcza nad wszystkie polityczne konotacje. Natomiast ubolewam, że niektórzy koledzy zostali zbałamuceni i trochę się ode mnie odsunęli. To bardzo przykre, no ale zdarza się w tym zawodzie.
/transkrypcja: Aleksandra Masny, marzec 2020 r./
Dane o obiekcie
-
Nazwa / Tytuł
Jan Pietrzak -
Twórca / Wytwórnia
Ujazdowska, Lidia (prowadzący/a rozmowę); Różański, Maciej (operator kamery); Pietrzak, Jan (świadek historii) -
Rodzaj
-
Kategoria
-
Zakres chronologiczny
-
Data wykonania
17/01/2017 -
Czas trwania
0h 45min 44sek -
Miejsce
-
Numer inwentarzowy
MHP-07-3009 -
Klasyfikacja praw autorskich
-
Permalink
Opis
Jan Pietrzak, urodzony w 1937 roku w Warszawie, swoje dzieciństwo przeżył w trudnych warunkach wojny i okupacji. Po latach spędzonych w wojsku, gdzie był oficerem radiolokacji, zrezygnował z kariery wojskowej i zajął się techniką oraz działalnością społeczną. Wkrótce zaangażował się w życie artystyczne – występował w klubie „Hybrydy”, gdzie z czasem stał się jednym z czołowych satyryków PRL-u.
W 1968 roku założył Kabaret Pod Egidą, który stał się platformą krytyki wobec władzy komunistycznej. Mimo cenzury i nacisków, kabaret zdobył ogromną popularność. Piosenka „Żeby Polska była Polską” stała się symbolem „Solidarności”, a Pietrzak aktywnie wspierał opozycję i występował w zakładach pracy, kościołach i na emigracji.
Po 1989 roku czuł się marginalizowany i cenzurowany przez nowe władze, mimo wieloletniego wkładu w walkę o wolność. Do dziś podkreśla swoje patriotyczne zaangażowanie i żal z powodu braku miejsca dla Kabaretu Pod Egidą w życiu publicznym. Przez lata współpracował z wieloma wybitnymi artystami, pozostając wierny swoim poglądom i wartościom.