Jan Olbracht - walka o władzę, zagrożenie ze wschodu i tragiczna krucjata - Mediateka - Muzeum Historii Polski w Warszawie SKIP_TO
Wizyta w muzeum Przejdź do sklepu
Podcasty
Audio

Jan Olbracht - walka o władzę, zagrożenie ze wschodu i tragiczna krucjata

Muzeum Historii Polski (producent);

17/06/2025

Transkrypcja

[Prowadzący] Jeżeli szukać najbardziej feralnego w historii polskiego króla, to byłby chyba on. Pisano, że pomimo ambicji niczego nie potrafił doprowadzić do końca. Szlachtę albo posyłał na zatracenie, albo konfiskował jej majątki. Z bratem Jagiellończykiem toczył wręcz wojnę, a zmarł prawdopodobnie z powodu wstydliwej przypadłości. Jan Olbracht panował w latach 1492-1501 i choć miał plan stworzenia Rzeczpospolitej Intermarium, to niestety nic z tego nie wyszło. Zabrakło czasu szczęścia, a może jednak talentu? A może wokół Jana I narosła jedynie czarna legenda? O tym w dzisiejszym odcinku. Zapraszam, Cezary Korycki. Zachęcam także widzów i słuchaczy do subskrybowania kanału, tak, aby nie przegapić kolejnych odcinków tej serii. Ponadto z okazji 1000-lecia koronacji pierwszego króla, Bolesława Chrobrego, Muzeum Historii Polski zaprasza do wspólnego stworzenia Rankingu Królów Polski. Możecie Państwo wybrać swoich ulubionych władców. Więcej informacji o rankingu na stronie ranking.muzhp.pl. Link w opisie poniżej.

[Prowadzący] Część pierwsza: Jagiellon po mieczu. Habsburg po kądzieli. Dzień dobry, Państwa i moim gościem jest profesor Hieronim Grala, historyk, dyplomata, wykładowca wydziału Artes Liberales Uniwersytetu Warszawskiego. Dzień dobry, panie profesorze.

[Gość] Witam pana redaktora.

[Prowadzący] Panie profesorze, to może dzisiaj będą cytaty z kronik historycznych, a ja posłużę się cytatem z komentarzy pod naszymi poprzednimi materiałami, pod podcastem Muzeum Historii Polski: "profesor Grala to zawsze lajk w ciemno. Tak dobrze się profesora słucha, że odcinki są wstrętnie za krótkie". Pisali nasi odbiorcy. Zachęcam też do komentowania dzisiejszego odcinka. "Odcinki są za krótkie", więc zastanawiam się, czy dzisiaj w kontekście Jana Olbrachta jesteśmy w stanie spełnić te oczekiwania. Czy to jest władca, o którym możemy długo rozmawiać?

[Gość] O każdym władcy możemy i powinniśmy. W sumie jednak jest to Rex Poloniae. Jest to władca, który w pamięci zbiorowej pokoleń jakoś tam się zapisał, chociaż może niekiedy dosyć krytycznie, a może i hiperkrytycznie. No a poza tym jest to władca bez wątpienia mający dla naszej historii cechę nietypową. Mianowicie jest to osobowość bujna i malownicza, o czym jeszcze pamiętała polska literatura piękna na początku XX wieku, o czym pamiętał mistrz Jan Matejko jak Pan pamięta, parę lat temu za milion złotych sprzedano na aukcji olejny obraz mistrza Jana, pokazujący ekscesa krakowskie Jana Olbrachta w Kompanii Kalimacha, prawda? Wystarczy wziąć do ręki bardzo popularną na początku XX wieku powieść Glińskiego "Zaloty Króla Jegomości", żeby zobaczyć, jak sobie wyobrażano Olbrachta i co o nim myślano. Gdzie, no, nazwijmy to po imieniu, rozwiązłość monarchy jest tak wielka, że, co prawda nieświadomie, ale za to skutecznie, przyprawia rogi swojemu wiernemu dworzaninowi do tego stopnia, że w zasadzie jest biologicznym ojcem jego dziecka, czego oczywiście wierny sługa o wdzięcznym imieniu Konewka nie wie.

[Prowadzący] Jan Olbracht oczywiście jest znany z pewnego funkcjonującego w Polsce powiedzenia, które mogłoby być chyba nawet pytaniem w teleturnieju: który król jest wymieniany w polskim przysłowiu? Oczywiście mam na myśli to najbardziej znane "Za Olbrachta wyginęła szlachta". Do tego wrócimy później. Powiedział pan profesor o życiu towarzyskim, uczuciowym. A ja chciałbym zacząć od uporządkowania spraw rodzinnych, żebyśmy wiedzieli, o kim rozmawiamy. To jest jeden z synów Kazimierza Jagiellończyka, trzeci syn Kazimierza Jagiellończyka. Wspomniał pan profesor też o Kalimachu, ale nauczycielem Jana Olbrachta był Jan Długosz. Jak to mogło wpłynąć na jakąś świadomość tego władcy? Jan Długosz, człowiek średniowiecza, czy już człowiek renesansu?

[Gość] Jeden ze złośliwych historyków odmawiających kanonikowi krakowskiemu szerszych horyzontów, a raczej umieszczający jego umysłowość w wiekach średnich i podkreślających, że rysujące się już dookoła zdobycze renesansu były mu obce, komentował to tak, że Długosz wprawił swoich wychowanków, a przecież był preceptorem wszystkich synów Kazimierzowych, przede wszystkim do wyrobionego gotyckiego duktu pisma. Nie jest to oczywiście prawda. Jest pytanie, czego ich uczył, jak ich uczył. Jest również pytanie, jakich metod pedagogicznych używał. No i tutaj musimy przypomnieć, że kronikarz, nie wiem czy nie kąśliwie, zapisał o ojcu Olbrachta, że wielką przyjemność sprawiał mu pisk dzieci ćwiczonych rózgą preceptora. Że jednak ten nauczyciel egzekwuje. Czyli byśmy mieli do czynienia z zimnym wychowem cieląt, jak się mawiało kiedyś. Na ten temat pisano zresztą wiele w szerszym ujęciu, wskazując na przykład na skromne wyprowiantowanie, jak byśmy powiedzieli, i oszczędny ubiór królewiczów. Sęk w tym, że ta opowieść nie do końca wytrzymuje porównanie z rachunkami dworu. Wiara w to, że Kazimierzowi synowie chodzili w tych koźlich serdaczkach i tak dalej, jest chyba przesadzona, bo akurat wszyscy oni mieli zamiłowanie do eleganckich strojów, pachnideł, kwiatów, luksusu, I tak dalej, i tak dalej. I chyba nie na zasadzie odreagowywania dzieciństwa. Poza tym też trzeba pamiętać, że ważną osobą na dworze była ich matka Elżbieta Rakuszanka, zwana słusznie zresztą Matką Królów. Osoba wychowana na pysznym dworze habsburskim, w wysokiej kulturze dworskiej materialnej, raczej nie prowadząca ascetycznego trybu życia. W związku z czym w jej otoczeniu na pewno Olbracht i jego bracia też raczej nie czuli się jak dzieci z ochronki, prawda? Tak czy inaczej, edukacja pod każdym względem i psychicznym, i merytorycznym Długoszowa była dosyć surowa. Czego uczył ich kanonik krakowski? Wszyscy synowie Kazimierza, i to będzie chyba właściwa kolejność, demonstrowali solidną wiedzę religijną i porządną wiedzę historyczną. Poza Aleksandrem, tutaj istnieją pewne wątpliwości, wszyscy mogli się wylegitymować nieskazitelną, znakomitą łaciną. No i to jest ten kanon, który dostawali u kanonika. Oczywiście także język polski, ale tutaj preceptorów mieli więcej. Skądinąd ważna jest umysłowość, ale ważne jest ćwiczenie ciała. W związku z czym przecież Olbracht dostawał również odpowiednią ilość ćwiczeń fizycznych. Tutaj się mówi o rycerskiej, twardej szkole Szydłowieckich, w otoczeniu Szydłowieckich i pod opieką Szydłowieckich nabywa cech rycerza. Uczył się rzemiosła wojennego, posługiwania się bronią, dbał o sprawność fizyczną i tak dalej. Wspomniany przeze mnie Kalimach, kiedy się pojawi, to pojawia się przede wszystkim po to, żeby dostarczyć pewnego humanistycznego poloru, nałożyć pewien pokost nowoczesności na w istocie rzeczy troszkę już anachroniczny kanon edukacyjny przekazany przez Długosza, Ale też żeby tu jeszcze uzupełnić te uwagi o edukacji, Jan Olbracht znał również język niemiecki. To jest o tyle naturalne, że zapewne wiąże się to z osobą matki, z jej otoczeniem. Skądinąd Elżbieta Rakuszanka dosyć długo i chyba w sposób nieco demonstracyjny nie chciała się uczyć polskiego. Natomiast była osobą władającą poza niemieckim, także węgierskim, uważając się za dziedziczkę tronu węgierskiego. W związku z czym na przykład przy rokowaniach męża,  rozmowach męża z poselstwami węgierskimi, co jest rzeczą niesłychaną, służyła w zasadzie jako tłumacz. No, tutaj Olbracht tych kompetencji nie dziedziczył, ale niemiecki jego musiał być przedni. Zresztą ten Jagiellon po mieczu, ale Habsburg po kądzieli, w otoczeniu Niemców, w kulturze niemieckiej, w środowiskach niemieckich czuł się bardzo dobrze, czego dowodzi jego szczera przyjaźń z elitą pruską, poparcie dla Prus Królewskich, poparcie dla miast pruskich. Tam był wspominany z wdzięcznością, serdecznie i tam go szczerze opłakiwano po jego zgonie.

[Prowadzący] Część druga: Jagiellońskie gry o koronę.

[Lektor] Był wzrostu słusznego, oczu zaczerwienionych, twarzy nieco trędowatej i opryszczonej. Silny, kościsty, śmiały. Na piersiach nogach i rękach włosem obrosły, chociaż na głowie mało ich miał rzadkich i czarnych. Był rozsądkiem i zdolnością obdarzony. Wymowny, po łacinie jak retor umiał. A oprócz tego mówił po polsku i po niemiecku. Wykształcony, wychowany starannie, historię rad czytał i lubił rozprawiać z uczonymi. W obejściu się z ludźmi powagę zachowywał, sądził i mówił roztropnie, ale doskonale rzeczy pojmując, nic do skutku doprowadzić nie umiał.

[Prowadzący] No właśnie, nic do skutku doprowadzić nie umiał, ale ambicję miał duże. Tak właśnie Jana Jagiellończyka charakteryzował nadworny lekarz Jagiellonów Maciej z Miechowa. Ambicje, ambicje miał duże i to jest troszkę mało znany fakt, że Jan Olbracht, zanim został jeszcze polskim królem, to toczył wojny o koronę króla Węgier i to bratobójczą wojnę. Proszę o przybliżenie może tych relacji, tych dwóch braci. I co na to przede wszystkim ojciec?

[Gość] Ja bym zaczął jeszcze od czegoś, bo zarzut, że niczego nie doprowadził do skutku, nie potrafił doprowadzić, jest zarzutem ciężkim jak kamień na piersiach nieboszczyka położony. Ale to nie do końca tak jest, bo zanim Jan Olbracht zaangażuje się w sprawy węgierskie, o czym za chwilę, przynajmniej jedną rzecz przeprowadzi znakomicie i doprowadzi do końca, de facto wykonując obowiązki namiestnika Rusi, organizując to, czego państwo jagiellońskie nie miało, czyli stałą obronę od inkursju tatarskich. Słusznie jest uznawany za twórcę obrony potocznej, za tego, który stworzył system obrony pogranicza przed czambułami. Wreszcie nie można mu odmówić jego zasług w rozgromieniu tych czambułów. Dwukrotnym. No z tego przede wszystkim ta bitwa pod Kopystrzyniem, która się zresztą odbiła się szerokim echem nie tylko w państwach jagiellońskich, jak mówiono, ale w Europie, zaświadczała o jego i talentach dowódczych, i o osobistych umiejętnościach rycerskich. Olbracht był człowiekiem, który był od maleńkości ambitny. Marzył mu się jakiś tron, ale też Kazimierz z Rakuszanką dzieci jednak napłodził. I tutaj powstaje problem, jak to potomstwo zabezpieczyć. Przypominam, że najstarszy Władysław dostaje gwiazdkę z nieba w zasadzie, bo w wyniku pewnych korzystnych konfiguracji politycznych na tle trwającej od dłuższego czasu rywalizacji Pragi i Budy, Korony Węgierskiej i Korony Czeskiej, w istocie rzeczy dziedziczy tron czeski bez specjalnych wstrząsów po śmierci króla Jerzego. I w ten sposób najstarszy ten primo genitus jest już uposażony. Drugi w kolejności był Kazimierz, który potem zostanie dosyć szybko świętym. On umrze wcześnie, umrze na gruźlicę. Wiele wskazuje na to, że ten bardzo wcześnie zgasły Jagiellon był utalentowany, że znakomicie sobie radził dwudziestolatek z namiestniczymi funkcjami w koronie, kiedy ojciec siedział na zagrożonej przez Moskwę Litwie. No, ale kiedy Kazimierz Jagiellończyk się pojawia na Litwie z synami, to Olbracht zaczyna pierwszy raz jakąś grę polityczną, bo Litwini chcą mieć cały ten kontredans unii personalnej, Litwa - Korona. Chcieliby być jakoś zabezpieczeni. Chcieliby mieć swojego władcę w domu Jagiełłowego, żeby król tu delegował, który z jego synów to ma być Dux Magnus, jakby powracając do modelu, kiedy Kazimierz na Litwie, a Władysław Warneńczyk, stryj Olbrachta, w Koronie i na Węgrzech. I naturalną byłoby rzeczą, żeby w tym momencie król zwracał uwagę, zalecał Kazimierza i Kazimierz przyciągał uwagę panów litewskich. Otóż nie. Olbracht się pojawia jako potencjalny kandydat, co się chyba ojcu nie podobało. Potem Olbracht idzie na Ruś. To jest sytuacja początkowo na Litwie niestabilna. To jest ten słynny spisek kniaziów, który mógł położyć kres rodzinie Dynastii Jagiellońskiej, bo król Kazimierz z synami mieli być zamordowani przecież przez malkontentów. To się w Polsce nazywa, nie wiadomo dlaczego, spiskiem kniaziów ruskich. Chociaż Olelkowicze to tak samo Gedyminowicze jak Jagiellonowie, kniaziowie litewscy, uciekinier do Moskwy, kniaź Bielski, Rurykowiczem nie jest ani Rusinem. Oni są zrutenizowani kuzyni Jagiellonów w linii męskiej, to wszystko są Giedyminowicze, ale nieważne. Tak czy inaczej, Olbracht potem jakoś odzyskuje to zaufanie ojca. Przynajmniej postanowiono jego energię spożytkować. Jest wysłany właśnie na tę Ruś. No i organizuje tę obronę potoczną. Bije czambuły. No i nagle pojawia się wyjątkowa szansa. Bo oto umiera na Węgrzech konsekwentny wróg Jagiellonów, Maciej Korwin. Ten, z którym wojowano o Śląsk, którym wojowano, także o sukcesję czeską. I tutaj proszę pamiętać, że pewną rolę odgrywa w tym matka, czyli Elżbieta Rakuszanka, która chętnie zobaczyłaby swojego syna na tronie węgierskim, bo uważa się za dziedziczkę korony węgierskiej i to ona też jest zainteresowana elekcją Olbrachta na tron węgierski. Szlachta węgierska demonstruje na początku radość i poparcie. Elekcja szlachecka na polu Rokosz przynosi znakomite skutki. Popiera wpływowa część magnaterii, kandydaturę Olbrachta, w tym Stefan Batory, ojciec późniejszego króla polskiego. I kiedy wszystko wydaje się zmierzać do szczęśliwego końca, nagle się okazuje, że jest druga kandydatura, bardzo poważna. Otóż rodzony brat Władysław, król czeski, jest kandydatem drugiej części elit węgierskich, przede wszystkim magnaterii, i przede wszystkim popierany jest przez palatyna Jana Zápolyę. I karta się odwraca. Warto pamiętać o jednej rzeczy. Że ówczesne Węgry, inaczej, możni i magnateria węgierska mieli większy wpływ na elekcję monarchy i w ogóle większe wpływy w państwie niż możnowładztwo koronne, czy nawet bardzo wpływowe możnowładztwo litewskie, które wszelako na Litwie i tak wiedziało, że rządzić musi dom Jagiełłowy, bo to jest ta święta krew Gedymina i nikt im konkurencji prawdziwej stworzyć nie może. A tymczasem możni węgierscy chyba już powoli po tym, kiedy tron objął Korwin, syn Hunyadego, przywykli do myśli, że może być król narodowy, czyli król węgierski. Nie darmo przeciw Olbrachtowi wystąpi Jan Zápolya, a Zapolyowie to późniejsi władcy narodowi węgierscy, walczący z Habsburgami o sukcesję właśnie już po Jagiellonach. Złośliwi twierdzili, że pewną rolę odegrał czarny PR, jaki sobie w ich oczach wyrobił Olbracht, że plotka o tym, że w obecności monarchy i w zasadzie w obronie jego autorytetu uderzył w twarz polskiego magnata, nigdzie w polskich źródłach nie znajdująca potwierdzenia, wywarła wstrząsający wpływ na elitę węgierską. I magnateria popiera Władysława. Ale Jan Olbracht dostał już wcześniej poparcie ojca. Za Janem Olbrachtem opowiedziała się Korona. Przygotowano środki na jego wyprawę na Węgry. I tu nagle następuje, przepraszam za wyrażenie, zderzenie łbami dwóch synów królewskich. Na początku król w tym konflikcie popiera Olbrachta, uważając, że Władysław już ma tron. Olbracht jest król obrany, konflikt jest niepotrzebny. Finansuje wyprawę. Olbracht, już wiedząc, że nie tylko dwór, ale armia jest mu potrzebna. Idzie z zaciągami po koronę, ale ma możliwości, środki mniejsze niż Władysław. Władysław ma środki własne, nie ojcowskie, i poparcie najbardziej wpływowych osób w koronie węgierskiej. Konfrontacja zbrojna między braćmi kończy się nie najlepiej. Bitwa pod Koszycami niby nierozstrzygnięta, ale przegrana przez Olbrachta doprowadza do pewnej pacyfikacji. Bracia się dogadują. Olbracht rezygnuje z korony węgierskiej, w zamian za co ma dostać solidne uposażenie na Śląsku i to jeszcze z tytułem, którego potem używał i nadużywał, bo potem, kiedy utracił do niego prawo, też go używał jako Książę Najwyższy na Śląsku. No i wszystko by się rozeszło po kościach, gdyby nie to, że do niezadowolonego z tego wszystkiego Olbrachta, który już był w ogródku, witał się z gąską, przychodzi wiadomość, że oto Władysław jest ciężko chory, umierający. I on się zrywa kolejny raz do lotu, kolejny raz rusza po koronę węgierską, łamiąc korzystny dla siebie układ z bratem. No i tym razem przegrywa z kretesem. Zostaje pogromiony przez armię, którą dowodzi wspomniany już Jan Zápolya. Dostaje się w zasadzie do niewoli. Brat się z nim obejdzie, zwycięski brat obejdzie się z nim rycersko, wypuści go z tej niewoli. I część tego obiecanego Śląska, Głogów i okolice, mu jednak przekaże. Natomiast warto pamiętać, że ta recydywa tych starań wyjątkowo źle wpłynęła na stosunki Olbrachta z ojcem. Drugiej awantury Kazimierz Jagiellończyk już nie poparł. Uważał, że sprawa jest zamknięta i załatwiona. A tutaj syn wywinął mu taki numer. I to rzeczywiście wpłynie na oddalenie się ojca od syna. No, tym niemniej niedługo przyjdzie Olbrachtowi cierpieć niełaskę w oczach ojcowskich, bo przecież ojciec niespełna rok później umrze, prawda? I tu powstanie problem, kto zostaje następcą Kazimierza Jagiellończyka? Ciągle jeszcze w grze jest spora gromadka jego synów. Władysław, potężny już teoretycznie przynajmniej monarcha, mający teraz już dwa trony, czeski i węgierski. Aleksander siedzący na Litwie jako Wielki Książę. W odwodzie pozostaje jeszcze nieuposażony, nie posiadający żadnej dzielnicy, i nie mógł takowej posiadać w Koronie przynajmniej, Zygmunt, późniejszy Zygmunt Stary. Ta rozgrywka elekcyjna, powiedzmy to szczerze, jaka tu nastąpi i zakończy się dla Olbrachta zwycięsko z wielu względów. Po pierwsze Aleksander Wielki, książę litewski, okaże się wobec brata lojalny, nie będzie chciał swojej kandydatury w jakikolwiek sposób wysuwać, wręcz udzielił mu poparcia. Wygląda zresztą, że akurat w przypadku tej lekcji synowie Kazimierza zadziałali klanowo, żeby nie powiedzieć stadnie. Władysław może by i trochę przy tym kombinował, ale trochę się spóźnił. On się zawsze spóźniał zresztą. Trochę się spóźnił, trochę nie był przekonany. No i kiedy dojdzie do tego momentu elekcyjnego, Jan Olbracht zostanie jednak wybrany jednogłośnie. Młody, energiczny, wojowniczy. Wydawało się przygotowany do rządzenia. Wydawało się, że dom Jagielloński ma nowego lidera na ciężkie czasy. Bo oto zaczynają się ciężkie czasy. Zaczyna się palić flanka wschodnia.

[Prowadzący] Przybliżmy może ten rok, bardzo charakterystyczny rok 1492 uznany za symboliczny koniec średniowiecza. Oczywiście rok dopłynięcia Krzysztofa Kolumba do wybrzeży Ameryki. Gdyby mógł pan profesor tak naszkicować taką mapę tej naszej części Europy, co tam się dzieje w tych różnych miejscach, jest przecież państwo zakonne. Coś ciekawego na pewno jest na wschodzie, brat rządzi na południu. Jaka tu jest konfiguracja dla Królestwa Polskiego?

[Gość] Zacznijmy od wschodu. Brat rządzi na wschodzie i ma z tym rządzeniem dosyć poważne problemy. Nie dlatego, żeby brakowało mu talentów. Chociaż być może z Kazimierzowiczów Aleksander był najmniej błyskotliwą, ja bym powiedział, najmniej barwną i najmniej pewnie utalentowaną postacią. Ale on ma najtrudniejsze zadanie od pewnego już czasu i jest to efektem zachowawczej, błędnej polityki Kazimierza Jagiellończyka na wschodzie. Wielkie Księstwo Litewskie jest w odwrocie. Traci swoje przyczółki na Rusi północno-wschodniej. Proszę sobie uświadomić, że kiedy pierwszy raz następuje pacyfikacja między Wielkim Księstwie Litewskim a Wielkim Księstwem Moskiewskim za Kazimierza Jagiellończyka, to jest ten traktat 1449. To jest to traktat nie tylko niesłychanie źle skonstruowany dla Litwy, oznaczający de facto wyrzeczenie się wszelkich wpływów w Twerach, Riazaniach, w Nowogrodzie i tak dalej, gdzie tradycyjnie Litwa od czasów Olgierda miała swoje wpływy, ale jeszcze jest to i podział prawosławia ruskiego na Metropolię Kijowską i uznaną w tym momencie Moskiewską. I w gruncie rzeczy oznacza to kres tego trwającego od 200 lat Drang nach Osten litewskiego. Ale jeszcze wtedy te przyczółki, które ma Kazimierz Jagiellończyk, to przecież są oddalone o sto, sto kilkadziesiąt kilometrów od Moskwy. Możajsk, Wiaźma, no, Możajsk to jest Borodino przecież prawie że dzisiejsze. Znaczy jest miasto Możajsk, ale używam pojęcia Borodino, które jest lepiej znane słuchaczom z wyprawy Napoleona na Moskwę, żeby uświadomić sobie, jakie odległości to były forpoczty jagiellońskie, tak zwane Księstwa Wierchowskie, czyli księstwa w górnym biegu Oki. Granica wpływów przebiegała gdzieś tam Ceńsk, Orzeł dzisiejszy. Oczywiście warto pamiętać, że to nie jest, jak się czasem wypisuje wielkie zderzenie żywiołu wschodniego, zachodniego, łaciństwa i nie wiadomo czego ni to ordy, ni to Bizancjum. Nie, zawierając to porozumienie, Kazimierz i Wasyl, wasyl zrodzony przecież z Zofii Witołdówny, więc też kuzyn bliski, funkcjonowali w kręgu tej samej polityki rodzinnej, dynastycznej, a nie zderzenia porządków cywilizacyjnych. I jeszcze nie goniły się myszy na wielką ekspansję Moskwy w kierunku zachodnim. No ale tym niemniej to spacyfikowanie uśpiło Jagiellończyka, odwróciło jego zainteresowanie od wschodu. Miał, jak wiadomo, już w tym momencie innego konika, bo interesował się sprawą pruską. Za chwilę zacznie się wojna trzynastoletnia. Całkowicie odwrócił się plecami od wschodu, a tam nastąpi zasadnicza zmiana. Tam wstąpi na tron najwybitniejszy moskiewski monarcha tego stulecia, jeden z najwybitniejszych monarchów rosyjskich w dziejach Rosji i zresztą jeden z najwybitniejszych monarchów epoki w skali europejskiej, Iwan III Srogi, który centralizuje państwo, stworzy sprawny, zborny system administracyjny i fiskalny, zlikwiduje separatyzm regionalne, topiąc miraże republikańskie Nowogrodu w krwi, pacyfikując Twer i Riazanie, zmuszając malkontentów do ucieczki. Dokąd? Na Litwę. A po jakimś czasie ogłosi kilka zasad polityki rosyjskiej ówczesnej moskiewskiej, że cała Ruś jest dziedzictwem Rurykowiczów, cała Ruś, a więc również ta Ruś, która należy do Litwy. No i konsekwencją będzie narastający napór krzepnącego państwa moskiewskiego na ruskie prowincje Wielkiego Księstwa i już od 80 lat, jeszcze za życia Jagiellończyka Kazimierza Litwa zaczyna tracić swoje punkty oparcia na Oką, swoich wasali. Słabnie jej wpływ na księstwa pograniczne, zaczynają być pustoszone przez inkursje moskiewskie, więc wolą przejść na stronę Moskwy dobrowolnie. I tak dalej, i tak dalej. Granica się przesuwa po to, żeby wreszcie zaczęły wybuchać działania wojenne. Po prostu otwarta wojna. 1492 rok to jest rok, w którym litewska elita już widzi, że wojna z Moskwą jest nieuchronna. Chyba że wymyśli się remedium, które spetryfikuje, zabezpieczy tę granicę, jaka istnieje. Zaczynają się kontakty Wilno - Moskwa, mające doprowadzić do pacyfikacji przez związek dynastyczny, przez małżeństwo kawalera rządzącego w Wilnie, czyli Aleksandra, z córką Iwana Srogiego. Jakie były nadzieje i czym to się skończyło, to pewnie porozmawiamy kiedyś obszerniej przy Aleksandrze, ale nie ulega wątpliwości, że w kontekście całej polityki państw jagiellońskich to jest niesłychanie ważny moment, bo ta Moskwa nie tylko napiera terytorialnie. Ta Moskwa zaczyna coraz śmielej nawiązywać kontakty dyplomatyczne w Europie z Wiedniem, ale także z Zakonem. Zaczyna szukać sojuszników grubo przed Iwanem Groźnym w Italii, a więc siada do stołu europejskiego i zaczyna uczestniczyć w tej wielkiej europejskiej szachownicy, wywierając wpływy tam, gdzie może. A może pewien wpływ na dwory skandynawskie? Znacznie większy wpływ na świat tatarski. Już Iwan III przetrącił kręgosłup dominacji tatarskiej. To słynne stajanie na ługrie, prawda? Ale ciągle jeszcze świat tatarski jest przeciągany między tymi biegunami wileńskim, moskiewskim, orda zabałżańska i orda krymska. Coraz śmielej pojawia się czynnik turecki, a znacznie bliżej i w kręgu zainteresowania wpływów moskiewskich jest nasz formalny lennik, czyli Mołdawia. I to wszystko powoduje taki potężny wir polityczny, który dla nas tutaj nad Wisłą, Niemnem i Dnieprem jest naprawdę ważniejszy niż lądowanie Kolumba w Ameryce i parę innych rzeczy, jakie się wydarzyło w tymże dziewięćdziesiątym drugim. Zresztą przypominam, że w tej części świata, o czym warto pamiętać, w całym tym obszarze, a tu Litwa do tego się w ogromnej części zalicza, w całym obszarze wpływu kultury ruskiej oczekiwano tego roku z wielkim niepokojem, bo to mógł być koniec świata. Bo przypominam, że wedle rachuby lat stosowanej na Rusi do 1492 trzeba dodać 5508 i mamy siedem tysięcy. Złowroga liczba, prawda? Więc tam się obawiano różnych rzeczy, więc oczywiście podgrzewało to atmosferę. W Moskwie też się obawiano. Tam było to widoczne, jak to wszystko tam wiruje. Pytał się pan o ten 92 rok, więc jak pan widzi, mieliśmy tak skomplikowany układ.

 

[Prowadzący] Ale prowokuje mnie pan profesor tutaj do myślenia, przywołując ten przykład Iwana Srogiego, dlatego że tam właśnie centralizacja, kumulacja władzy, rządy srogie i twarde, a u nas coś, co chyba jest jakimś symbolem panowania Jana Olbrachta, czyli ta polityka wewnętrzna, ten status piotrkowski, który jest wręcz zaprzeczeniem, nie wiem, czy zagarnięcia władzy, czy to jest to jest rozszerzanie przywilejów na masy, czy ten status piotrkowski to jest jakiś istotny element polityki wewnętrznej. Jan Olbrachta Czy znalazłby pan coś innego?

[Gość] Ja bym nie oceniał tak bardzo krytycznie poczynań wewnętrznych Olbrachta, ponieważ statut piotrkowski tak czy inaczej porządkował sytuację. On uporządkował sytuację. Jagiellonowie, nie będąc w Koronie panami dziedzicznymi, w przeciwieństwie do Rurykowiczów moskiewskich w Moskwie, musieli grać tym, co mieli. Proszę przypomnieć sobie, że nawet synowie Jagiełły nie mieli prostej drogi do polskiego tronu. Kazimierz Jagiellończyk przeżył niemało upokorzeń, zwłaszcza od kardynała Oleśnickiego. Ba! Elity koronne usiłowały włazić z butami nawet w decyzję Jagiellonów, suwerennych panów, panów przyrodzonych na Litwie. Kiedy na przykład Oleśnicki i spółka uważali, że przejmując tron w koronie, Kazimierz Jagiellończyk powinien zrezygnować z piastowania funkcji Wielkiego Księcia na Litwie i przekazać to synowi zamordowanego wcześniej wielkiego księcia Zygmunta Kiejstutowicza Michajłuszce słynnemu. Aż wreszcie Jagiellończyk, po którym się nie spodziewano chyba tak ostrej reakcji, miał warknąć w odpowiedzi na to, że niejedna głowa jeszcze spadnie z karku, zanim Michajłuszka sięgnie po ojcowiznę. I nasi zrozumieli, że żartów tu nie ma. Nawiasem mówiąc, proszę pamiętać o jednej okoliczności. Ja mówiłem, że ten wymiar moskiewski, wileński jest wymiarem rodzinnym. Kiedyś już o tym gdzieś napisałem, że jest rzeczą niesłychanie interesującą, że bezpośrednim skutkiem przynajmniej czasowym, w czasie taką koincydencją podejrzaną porozumienia między Wasylem, ojcem Iwana a Kazimierzem Jagiellończykiem, jest to, że prawie równocześnie ubywają z ziemskiego padołu główni pretendenci obydwóch władców. Przy czym w bardzo podobny sposób, bo i Szemiaka, i Michajłuszka, najwyraźniej w świecie zostali otruci, a Michajłuszka otruty w dziwnych okolicznościach. Wie pan, tam śmierć pretendentów łączy między innymi osoba moskiewskiego diaka, który był w delegacji przy osobie Wasyla, kiedy zawierano traktat rozejmowy czy też pokojowy między między Kazimierzem Jagiellończykiem a Wasylem II, to bardzo jest to ciekawa zbieżność. No nieważne. Olbracht nie miał w Koronie tych atutów, które miał u siebie w Moskwie. Iwan oczywiście nie miał tych zdolności. Taka jest prawda. Nie miał tych atutów i miał nieporównanie bardziej skomplikowaną konfigurację międzynarodową. I jeszcze jedna w tym wszystkim sprawa, która powinna wybrzmieć i teraz, i wcześniej w naszej rozmowie, i we wszystkich rozmowach o synach Kazimierzowych. Podręcznikowe sformułowanie, myślę o podręczniku szkolnym, na którym się wychowało wiele dziesiątków roczników uczniów polskich, o polityce dynastycznej Jagiellonów, Imperium Jagiellońskie i polityka jagiellońska i polityka dynastyczne Jagiellonów. Nie było żadnej zbornej, jednolitej polityki jagiellońskiej. Nie trzeba wielkiego dowcipu, jak mówił Onufry Zagłoba. Wystarczy porównać to, co my nazywamy polityką dynastyczną Jagiellonów z tym, co było par excellence polityką dynastyczną, polityką rodzinną Habsburgów. Z jednej strony mamy Habsburgów idących jak stado dzików do przodu, zwarte, uporządkowane, tratujące wszystko po drodze, nigdy nie decydujące się na walki wewnętrzne w ramach rodziny, zawsze stosującą w razie czego karuzelę stanowisk, żeby każdy znalazł dla siebie miejsce. Dbające o interesy, jak się tylko pojawi gdziekolwiek szansa, sięgnąć po tron, o interesy tych, którzy jeszcze są zabezpieczeni. Odpowiednio wydać córki. Córki jako instrument polityki scentralizowanej polityki matrymonialnej. Et tu Austria, felix nube, prawda. Niech inni wojują, a ty się żeń, Austrio szczęśliwa, prawda? A u nas co? Olbracht wojujący z Władysławem. Władysław jako potencjalny kontrkandydat Olbrachta w staraniach o Koronę Polską. Niemożność współdziałania w sprawie uposażenia Zygmunta, późniejszego Zygmunta Starego. Losy Zygmunta Starego. Zanim zostanie królem Polski, to jest po prostu nie tylko kalejdoskop różnych efemerycznych idei, pomysłów i tak dalej. Ale to jest poza wszystkim kompromitacja polityki rodzinnej właśnie. Paradoksalnie tam najlepiej będzie wypadał ten, który jest uznany za najmniej zdolnego z tej generacji synów Kazimierzowych. Czyli ten rex bene król dobse, jak go nazywano Władysław, który ukazał się przyzwoitszym bratem pod tym względem. Tak że nie ma żadnej polityki dynastycznej. Jest rodzina, która wprawdzie mniej między sobą wojuje, niż wojowali między sobą Olgierdowicze, ale jednak wewnątrz są napięcia, elementy rywalizacji i na pewno nie ma wspólnego celu. Kiedyś już o tym pisałem, że wydawałoby się, że kiedy ruszy moskiewski walec, to w interesie wspólnym wszystkich synów Kazimierzowych powinno być ratowanie tego kraju, tej ojczyzny, z której ich ród wyszedł, z której sięgnął po zaszczyty i trony europejskie, i który ich wyniósł do pierwszej ligi monarchów europejskich. Tego nie ma. Nie ma jedności, nie ma refleksji, nie ma zainteresowania nawet tym.

[Prowadzący] Część trzecia: Gorzka cena ambicji. Panie profesorze, mówił pan przed chwilą ciekawe rzeczy o braku zainteresowania wschodem. Natomiast jednak Jana Olbrachta kojarzymy z pewnymi wydarzeniami, które miały miejsce na południowym wschodzie. Co warto zaznaczyć na terenie dzisiejszej Ukrainy. Piękne tereny Bukowiny. Stąd nazwa wyprawy bukowińskiej z roku 1497. I tego właśnie przysłowia, o którym wcześniej mówiłem. Tego, które zna praktycznie każde dziecko. Nie wiem, czy dzisiaj każde dziecko. Za moich czasów jednak każde dziecko jeszcze nie wiedząc zbyt wiele o Janie Olbrachcie, gdzieś tam interesując się historią, miało to powiedzenie, że za Olbrachta wyginęła szlachta. Więc jak to z tą wyprawą było? Po co, dlaczego i dlaczego tak się skończyło?

[Gość] Po pańskiej uwadze o tym przysłowiu przez moment się zastanowiłem i pomyślałem, że niewiele jest przysłów i powiedzonek związanych z polskimi monarchami, ale coś mi się wydaje, że jedno jedyne pozytywne, jakie nam zostało z tradycji narodowej, to jest o Kazimierzu Wielkim, że zastał drewnianą, a zostawił murowaną. Nie zgadzam się oczywiście z tym, że Olbracht oberwał najgorzej. A co znaczy to powiedzonko? To za chwilę, bo to może być dwojako interpretowane. Natomiast jestem przekonany, że "od Sasa do Lasa" albo "za króla Sasa jedz, pij i puszczaj pasa". To bynajmniej nie jest bukoliczny obraz, tylko jadowita krytyka bez ładu i bez rządu Rzeczypospolitej. Więc Sasom też się dostało. No, ale zostawmy w spokoju Sasów. Wróćmy do Olbrachta.

[Prowadzący] A jeszcze jest jeszcze jedna ważna uwaga, bo miałem tu zaznaczyć, że ta wyprawa bukowińska to nie była jakaś malutka awanturka. To chyba, zdaje się, był jeden z najbardziej okazałych, najbardziej okazałych wypraw polskiego polskiej wojskowości w całej historii.

[Gość] Jak panu powiem, że wedle szacunkowych, nieco hipotetycznych rozrachunków, bo to jednak jest dosyć trudne do ustalenia, to można przypuścić, że na wyprawę olbrachtową poszło więcej wojska niż pod Grunwald. Jeżeli przyjmujemy za dobrą monetę szacunki, że połączone siły polsko-litewskie, polsko-litewskie powtarzam pod Grunwaldem to jest jakieś 35 tysięcy, a nie 135, jak niektórzy sugerują, to rachunki, które wydają się wskazywać na to, że mogło pójść na wyprawę około 40 tysięcy, wskazują, że jest to większa wyprawa. Przy czym dla nas jest szczególnie bolesne to, że to wyprawa koronna. Litewskie wojska faktycznie nie uczestniczą w tej wyprawie. One się pojawią już po klęsce. Dlaczego? To właśnie o tym też za chwilę. Natomiast to są wojska koronne. To są wojska zaciężne, pospolite ruszenia koronne i zakon krzyżacki. Zakon krzyżacki, który kolejny raz idzie w tym nieżyczliwym dla siebie kierunku. Przymuszony, przypominam, że Krzyżacy już mieli na tym kierunku niedobre doświadczenie, bo posiłkowali Witolda w czasie tragicznej klęski w bitwie nad Worsklą, prawda? No a teraz przymuszeni, zhołdowani idą właśnie na owe południowo-wschodnie rubieże. Po co ta wyprawa i o co w tym wszystkim chodzi? I czy w ogóle miała szanse? Kiedy utyskiwałem tu przed chwilą na ten brak refleksji nad zagrożeniem ze wschodu i krytykowałem tutaj Kazimierza Jagiellończyka, to warto przypomnieć, że już ojciec olbrachtowy w pewnym momencie zarażony został ideą krucjaty, przewodzenia krucjacie, więc pochodu przeciwko bisurmanom coraz bardziej napierającym na Europę właśnie od strony południa. Olbracht bił Tatarów, znał tamten kierunek dobrze, był zachęcany do rozstrzygnięcia, do rozstrzygnięcia tego, kto na tym obszarze panuje. Takiego sięgnięcia aż po Morze Czarne. Miało to również pewien wymiar wewnętrzny, bo przypominam, że kierunek czarnomorski interesował drugą część składową monarchii, czyli Litwę. I to też pozostawało kwestią pewnych sporów między Litwą i Koroną. Jest tu kilka jeszcze dodatkowych uwarunkowań. Wspominałem o braku uposażenia dla Zygmunta. Istnieje hipoteza, że wyprawa miała w istocie rzeczy zakończyć się wyrąbaniem kolejnego tronu mieczem, wyrąbaniem kolejnego tronu dla kolejnego Jagiellona. Że to właśnie Zygmunt miałby być hospodarem. Jeżeli rzeczywiście tak było, to przynajmniej z dwóch względów. Było to, albo trzech nawet, drastyczne nieporozumienie dyplomatyczne. Po pierwsze w ten sposób definitywnie zwracaliśmy przeciwko sobie najbardziej wpływowego lokalnego monarchę, czyli Stefana cel Mare, Stefana Wielkiego, hospodara, który nagle rozumiał, że on, dawny lennik, niegdyś grający na sojusz z Jagiellonami, ma być po prostu pozbawiony ojcowizny i tronu, bo teraz tu przyjdzie Jagiellon. Po drugie Mołdawia i Wołoszczyzna były traktowane przecież jako strefa wpływów przez koronę węgierską, więc w tym momencie nie można liczyć na wsparcie ciągle siedzącego na tronie węgierskim brata, najstarszego z braci Władysława, z którym Olbracht miewał już, jak ustaliliśmy wcześniej, rozliczne problemy. Do tego oczywiście dochodzi jeszcze kwestia pośledniego zaatakowania strefy wpływów osmańskich. I to wszystko razem powoduje, że mamy działania, które automatycznie tworzą może nie koalicję antyolbrachtową, ale międzynarodowy kontekst całkowicie niesprzyjający tej wyprawie. Jest jeszcze jedno, dosyć istotne. Przecież istnieje bezpośredni związek między dworem w Suczawie, między Stefanem a Moskwą. Przecież Helena Wołoszanka była żoną najstarszego syna Iwana Srogiego, a potem po jego przedwczesnej śmierci matką wnuka Dymitra Iwanowicza, wnuka Iwana Srogiego, które ze swojego życia Iwan Srogi w pewnym momencie de facto koronował na współregenta. Więc jest ścisła współpraca w tym momencie między między Moskwą a Suczawą, tak ścisła, że między innymi dlatego Litwa nie może pójść w sukurs Olbrachtowi. Rada hospodarska, panowie litewscy się będą opowiadali przeciw, ponieważ Moskwa będzie groziła zerwaniem rozejmu, naciskała będzie na dwór wileński i to otwartym tekstem, że to jest nasz powinowaty i sojusznik, nie wolno wam chodzić na Mołdawię. Więc w krytycznym momencie Aleksander pośle tylko swoje chorągwie nadworne, żeby ratować brata. więc sytuacja kompletnie niesprzyjająca, mimo że wydawałoby się, że operacja od strony militarnej przygotowana znakomicie, wojsko zaciężne, park artyleryjski i tak dalej, i tak dalej. No i guzik. Dochodzimy do tej Suczawy, bo to w ogóle mieliśmy iść na Turka i idziemy na Stefana ostatecznie. Żadna Kilia, żaden Białogród utracone jeszcze przy Jagiellończyku, tylko idziemy już teraz bezpośrednio przeciwko Stefanowi, bo Stefan się nie przyłączył. Stefan się zorientował, że to jest nieczysta gra. Stefan opowiedział się po stronie tureckiej. No to on jest bliżej. To teraz zrobimy z nim porządek. Idziemy na Suczawę, nic nie potrafimy tam ugrać, zawieramy rozejm i się cofamy. No i tym odwrotem jest sytuacja taka. Jest rozejm, wojsko się przejęło tym rozejmem, rozbroiło, broń na wozach, pospolite ruszenie łupi okoliczne wioski. Wszystko to idzie marszem dosyć nieubezpieczonym. Stefan Wielki będzie potem, kiedy będą mu wyrzucali złamanie rozejmu, będzie tłumaczył, że poza wszystkim innym wojsko polskie cofnęło się drogą inną, niż było ustalone. Naruszyło tym samym, złamało rozejm i łupiło jeszcze po drodze. Tak czy inaczej, pod Koźminem, na północnej Bukowinie nastąpi katastrofa militarna, ponieważ ze zmobilizowanych sił w tej krótkiej jednodniowej bitwie, tak delikatnie licząc stracimy więcej niż 1/4 armii. To się liczy, że 11-12 tysięcy padnie. Pocieszanie się, że to tak naprawdę ciury i zaciężni przede wszystkim i tak dalej. No przepraszam, jest humorystyczne. To jest blamaż. To jest blamaż. Gdyby nie kontruderzenie elity armii, chorągwi nadwornych, które pogoniły. No właśnie kogo? Przecież to nawet nie hospodar uderzył na to. W tych wąwozach bukowińskich spadło na naszych uderzenie zbieraniny Wołochów, Tatarów. Wygląda na to, że również Węgrów, czyli spod znaku braciszka Władysława. Zbieraniny. To nie była elita armii hospodarskiej. Co prawda armia hospodarska szła w trop za wojskiem olbrachtowym, co stało się widoczne w czasie przeprawy przez rzekę graniczną, gdzie właśnie dopiero interwencja posiłków litewskich odrzuciła już teraz naprawdę wojska mołdawskie. W zasadzie aż trudno sobie odpowiedzieć, jak to jest możliwe, że przygotowana, wydawałoby się pieczołowicie, z tak znakomitym zapleczem logistycznym, z kompetentnymi dowódcami, z wojskiem zaciężnym, wyprawa zakończyła się tak spektakularną katastrofą.

[Prowadzący] No dobrze, to co z tym przysłowiem? Bo tutaj mamy dwie wersje, o których pan profesor wcześniej wspominał. "Za Olbrachta wyginęła szlachta". Oczywiście może to dotyczyć zdarzenia w wąwozie i tej rzezi, jaką zgotowali Wołosi, ale może też dotyczyć drugiej kwestii mniej znanej, czyli konfiskaty majątków dwóch tysięcy szlachciców. Czy to jest jakaś legenda, czy to jest.

[Gość] Znaczy nie, to jest pewna szczelina faktograficzna między teorią i praktyką. Rzeczywiście skala represji teoretycznie dla szlachty, która się uchyliła od pójścia na wyprawę, była znacząca, bo to 2,5 tys. majątków skonfiskowano, jakby odebrano, szlachta, uznano, że szlachta dzierży je nieprawnie, skoro się nie wywiązuje z obowiązku służby rycerskiej. Ale skądinąd wyegzekwowanie tego było strasznie trudne w ówczesnym systemie prawnym. Szlachta się mogła odwoływać, szlachta się mogła sądzić, szlachta znajdowała wsparcie lokalne urzędników ziemskich i tak dalej. Więc my nie jesteśmy w stanie określić, jaka była rzeczywista skala tego wyglądającego na gilotynę wręcz działania monarszego. No ale przypominam, że tutaj chodziło również o możliwość karania na gardle za uchylanie się, co nie nastąpiło, za niewykonywanie obowiązków wobec monarchy i państwa. Tak czy inaczej poza tą samą rzezią w lasach bukowińskich, gdzie liczymy, że tej szlachty z pospolitego ruszenia padło około 5000. Tak się liczy mniej więcej. Co jednak proszę porównać ze stratami pod Grunwaldem. Ja już nie mówię o innych wielkich bitwach tego okresu tam pod Koronowem czy nad rzeką Świętą. To jest w ogóle to straty spod Warny to jest to jest. To jest po prostu rzeczywiście katastrofa, zwłaszcza, że w dużym stopniu dla hreczkosiejów, a nie dla zawodowych rycerzy przecież. Ale tam są też jeńcy, tam są również jeńcy, na których osobiście wykonywał egzekucje, dokonywał egzekucji hospodar Stefan, co by wskazywało na to, że jest to kara właśnie za morderstwo i zbrodnię. Bo nikt jeńców, za których może dostać okup, tak znowu nie kaźni. Ale przypominam, że jeszcze w XIX wieku istniała powszechna na Bukowinie legenda o tym, że hospodar Stefan jeńców polskich zamiast wołów zaprzągł w jarzmo i używał do orki. Wie pan redaktor, kto w Polsce się do tego odwołał w swojej twórczości? Teodor Tomasz Jeż. Jest powieść Miłkowskiego "Za króla Olbrachta". I tam jest taka scena, jak jeden z jego bohaterów, który właśnie widzi, jak polscy jeńcy właśnie orzą pola mołdawskie zamiast siwych wołów bukowińskich, prawda? Ta trauma musiała tkwić głęboko, a do tego zderzają się dwie narracje. Jedna narracja o przytomności umysłu króla, który sam poprowadzi wojska do uderzenia, który zadba o ufortyfikowanie obozu, na tym drugim etapie odwrotu, i tak dalej, i tak dalej. I druga wersja, że król koniec wyprawy odbywał złożony już niemocą na wozie i że wrócił z tej wyprawy już chory. A to, co się będzie działo po wyprawie z nim, z jego postępowaniem, zachowaniem, to po pierwsze jest bez wątpienia schyłek monarchy, a po drugie to jest ta wola, która w nim była, działania, ekspansji jest złamana i to jest widoczne. A po drugie wygląda na to, że, zresztą zresztą nie jako jedyny pod tym względem syn Kazimierza, że rzuci się w rozpustę i pijaństwo, i to odegra decydującą rolę w jego zejściu z tego świata.

[Lektor] Był wysokiego wzrostu oczu piwnych na twarzy, z pewnym wyrzutem i wysięgnikiem w ruchach szybki, często u boku z mieczykiem przypasanym, występował, namiętnościom i chuciom jako człowiek wojskowy folgował.

[Prowadzący] No właśnie, namiętnościom i chuciom. Powiedział pan profesor wcześniej, że co nas mogło obchodzić zdobycie przez Kolumba Ameryki? Ale tutaj ja widzę jako też, interesowałem się trochę historią medycyny, widzę tutaj ciekawy trop, że jednak to zdobycie Kolumba, to dopłynięcie Kolumba do Ameryki ma swój związek z Janem Olbrachtem i ostatnimi latami jego życia. Ponieważ dochodzimy do roku 1501, kończy się to dość krótkie panowanie Jana Olbrachta. Jan Olbracht umiera dość młodo. Czy przyczyna śmierci pozostanie tajemnicą? Czy podziela Pan ten mój pogląd, że to amerykańska choroba dopadła naszego króla miłościwie panującego i miłościwie. Ciekawie, w ciekawy sposób hulającego też. Czy to krakowska legenda, czy prawda?

[Gość] Panie redaktorze, oczywiście król nad Dniestrem mógł zapaść na febrę. Wiadomo, że pojawiała się ona wśród ówczesnych władców i wiadomo, że mimo że, wydawałoby się, że Jagiełło swoim synom i wnukom przekazał żelazne zdrowie, bo dbał o kondycję fizyczną. Kazimierz Jagiellończyk też dbał o kondycję. No i jak pan czyta opisy poszczególnych synów, to wszystko chłopy na schwał, prawda? No, ale zaczynamy potem przeglądać i nagle się okazuje, że Olbracht odchodzi trawiony przez rozliczne choroby i hulaszczy tryb życia, i pijaństwo, które można w tym momencie traktować jako chorobę towarzyszącą. Ja bym powiedział chyba, febra, malaria to też może być choroba towarzysząca. No, wygląda na to, że król folgując sobie, czymś się zaraził. Mówi pan tutaj o Kolumbie. Imponujące jest tempo szerzenia się tej choroby na kontynencie i dotarcie jej z karawel konfistadorów, czyli gdzieś tam z Kadyksu przede wszystkim nad Wisłę w ciągu paru lat. No ale to nie jest takie gołosłowne podejrzenie, bo my przecież mamy, o dziwo, podobne podejrzenie w stosunku do jego bliskiego współpracownika i brata, kardynała i prymasa Fryderyka Jagiellona, który też był chłop na schwał, energiczny, utalentowany zresztą i który też się zabiera z tego świata dosyć szybko. I tam też jest mowa o rozwiązłości, hulaszczym w trybie życia i o chorobie, która go toczyła, prawda? I tak dalej. Ba, tam się nawet okazuje, że z podobnych powodów zejścia z tego świata upatrujemy u trzeciego z braci znanego bądź co bądź z przywiązania do jedynej wybranej żony, bo Olbracht przecież kawalerem zszedł, kardynał, siłą rzeczy był stanu bezbrzeżnego, Aleksander Jagiellończyk, gdzie się też tłumaczy, że przypuszczalnie nabył był przed małżeństwem jeszcze z Heleną Iwanowną, kiłę, i że właśnie dlatego nie doczekał się potomstwa. Tak naprawdę możemy dojść do wniosku, że nie żadne intrygi habsburskie, włoskie trucizny i tym podobne rzeczy wydusiły dom Jagiełłowy, a bardzo wtedy agresywny i groźny morbus gallicus, czyli choroba weneryczna. W przypadku Olbrachta jest to najbardziej prawdopodobne, bo też rzeczywiście jego tryb życia, nawet na tle tych przypadków jego braci, wyróżniał się niekorzystnie. No, no, wybaczy pan redaktor, jest to rzadki w polskich dziejach przypadek monarchy, który w nocy włóczy się po mieście i szuka okazji, szuka przygód. Tak naprawdę, jak się zastanowimy przeglądając monarchów, to za młodu i przed koronacją różne dziwne rzeczy wyprawia nam królewicz Władysław Waza. No i oczywiście schyłek życia, schyłek panowania Zygmunta Augusta i ta rzesza kochanek, które ostatni z Jagiellonów nazywa swoimi sokołami. A że miał chorobę weneryczną, raczej też nie ulega wątpliwości. Dyskutujemy jedynie, czy nabytą samoistnie, czy za pośrednictwem wdowy po Gasztołdzie. No ale to już inna historia. Natomiast rzeczywiście tajemnicy chyba tu specjalnej nie ma. No, wygląda na to, że ta choroba, która wtedy, powtarzam, była niesłychanie agresywna, odegrała decydującą rolę w zejściu tego z Jagiellonów ze świata.

[Prowadzący] Szanowni państwo, dziękuję za rozmowę o Janie Olbrachcie. Już teraz zapraszam na kolejny odcinek, którego bohaterem będzie młodszy brat Jana Olbrachta, czyli Zygmunt zwany Starym. Dziękuję, panie profesorze. Profesor Hieronim Grala był naszym gościem.

[Gość] Dziękuję panu. Dziękuję państwu.

[Prowadzący] Dziękujemy za wysłuchanie podcastu. Zapraszamy do subskrypcji kanału Muzeum Historii Polski, tak aby nie ominęły Państwa kolejne odcinki.

Dane o obiekcie

Opis

Ambitny Jan Olbracht toczył wojny już jako królewski namiestnik na Rusi. Nie tylko pokonał Tatarów na południowo-wschodnich rubieżach Wielkiego Księstwa Litewskiego, lecz także stworzył struktury obrony potocznej mającej zabezpieczyć Księstwo od tatarskich inkursji. Mimo swego bezwzględnego usposobienia cieszył się popularnością wśród szlachty. Otworzyło mu to drogę do polskiego tronu po śmierci ojca - Kazimierza Jagiellończyka. Czy jako król zaczął reformować państwo? Czym był statut piotrowski? Dlaczego wspierał szlachtę kosztem magnaterii i chłopstwa? Jana Olbrachta kojarzymy z tragiczną w skutkach wyprawą do Mołdawii. Sromotna porażka armii koronnej w bitwie pod Koźminem zaowocowała powiedzeniem, że „za króla Olbrachta wyginęła szlachta”. Czy słusznie? O tym wszystkim w Podcaście Muzeum Historii Polski z serii "Prześwietlenie. Inne historie Polski" rozmawiają Cezary Korycki i jego gość prof. Hieronim Grala z Uniwersytetu Warszawskiego. Podcast zrealizowano w ramach zadania: kontynuacja i rozbudowa multimedialnego projektu informacyjno-edukacyjnego Portal Historyczny Dzieje.pl