Jan Kazimierz Waza - francuska niewola, potop szwedzki i abdykacja
Muzeum Historii Polski (producent);
02/07/2025
Klasyfikacja praw autorskich
Transkrypcja
[Prowadzący] Lata 1648–1668 to dwie dekady panowania ostatniego na polskim tronie władcy z dynastii Wazów, Jana Kazimierza. Lata największej dla Rzeczypospolitej pożogi, niezliczonych batalii, zagrożenia mało znaną z historii sprawą potencjalnego rozbioru, a do tego także i potężnych konfliktów wewnętrznych, z efektem w postaci bratobójczego rokoszu. Czy ten władca był dla naszych dziejów prawdziwym nieszczęściem? Czy może lepiej by było, gdyby zamiast płaszcza królewskiego z gronostajów został przy sutannie zakonu jezuitów, którą przywdziewał za młodu? Dlaczego abdykował? Czy może powinniśmy to nazwać ucieczką? Czy miał za nic naszą koronę? O tym w dzisiejszym odcinku, w którym porozmawiamy z profesorem Konradem Bobiatyńskim. Naszym bohaterem będzie Jan Kazimierz. Zachęcam widzów i słuchaczy do subskrybowania kanału, tak aby nie przegapić kolejnych odcinków z tej serii. Zapraszam także do głosowania w rankingu na najlepszego króla Polski, z okazji tysiąclecia koronacji pierwszego króla, Bolesława Chrobrego, Muzeum Historii Polski zaprasza do wspólnego stworzenia rankingu królów Polski. Więcej informacji o rankingu na stronie muzeum: ranking.muzhp.pl. Link w opisie poniżej.
[Prowadzący] Część pierwsza: wicekról, zakonnik i kardynał. Dzień dobry. Państwa i moim gościem jest profesor Konrad Bobiatyński z Wydziału Historii Uniwersytetu Warszawskiego.
[Gość] Dzień dobry.
[Prowadzący] Dzisiejszy bohater odcinka, Panie Profesorze, to jest władca budzący, moim zdaniem, jedne z największych negatywnych emocji spośród władców epoki nowożytnej. Negatywnych, ale też, pozwolę sobie stwierdzić, częściowo pozytywnych, bo wykreowanych nieco przez Henryka Sienkiewicza i tych wyobrażeń, tej wizji Jana Kazimierza, jaką mamy, czy to z powieści „Potop”, czy z filmu „Potop”, jako tego obrońcy Polski przed szwedzkim potopem. Jednakże gdy przygotowywałem się do tego spotkania, zawsze staram się analizować tę wiedzę popularną, czy ten popularny wizerunek, jaki krąży wokół danego władcy, o którym rozmawiamy – w Internecie, na portalach historycznych, w różnych artykułach. No, jest to też ogromna niechęć związana z Janem Kazimierzem. Ale też ta niechęć chyba cechowała stosunek współczesnych, żyjących w czasach króla. Więc zakładam, że ta postać i ta rozmowa mogą być bardzo ciekawe. To może zacznijmy od początku. Później przeanalizujemy te tezy, które ja postawiłem – czy Jan Kazimierz to jest bohater negatywny, czy pozytywny naszej historii. Ale może zacznijmy od początku – od czasu, w którym Jan Kazimierz królem nie był, bo to też jest szalenie ciekawa sprawa. No, jego biografia to jest tak ciekawa jak mało którego z naszych władców.
[Gość] Może rozpocznijmy od tego, że Jan Kazimierz był królewiczem, ale był synem władcy elekcyjnego. W Rzeczypospolitej potomstwo władców elekcyjnych nie miało uregulowanego statusu prawnego, majątkowego i praktycznie po śmierci rodziców nie miało zagwarantowanego automatycznie następstwa tronu. Jan Kazimierz był jednym z pięciu synów Zygmunta III Wazy. Synów w ogóle było siedmiu – dwóch zmarło w bardzo młodym, dziecięcym jeszcze wieku. W 1632 roku, kiedy umiera ojciec, Jan Kazimierz ma 23 lata i praktycznie, podobnie jak jego trzej bracia z drugiego małżeństwa Zygmunta III Wazy, nie bardzo ma co ze sobą w Rzeczypospolitej zrobić. Królem zostaje jego sporo starszy brat przyrodni, Władysław, 14 lat starszy. Natomiast dwóch braci rodzonych Jana Kazimierza – czyli Jan Albert i Karol Ferdynand – wybierają karierę duchowną. Najmłodszy brat, Aleksander Karol, szybko umiera. A co Jan Kazimierz ma ze sobą właściwie w tym kraju właściwie robić? Nie ma ani specjalnego zabezpieczenia majątkowego, nie ma dla niego żadnej funkcji formalnej. Jan Kazimierz był człowiekiem, który miał dosyć kapryśny charakter, często zmieniał zdanie, szukał przygód. Na pewno z usposobienia był wojskowym. Bardzo lubił wojsko, armię. Jeszcze za życia ojca brał udział w kampaniach wojennych. Brał udział w ostatnim roku operacji militarnych podczas wojny o ujście Wisły. Brat Władysław zabrał go pod oblegany Smoleńsk. Wydawałoby się, że ta kariera wojskowa to jest coś wymarzonego dla królewicza. Ale w Rzeczypospolitej w 1635 roku kończą się wielkie konflikty. Zawarty jest traktat w Sztumskiej Wsi i kończy się na dłuższy czas wojna ze Szwecją. Kończy się wojna z Moskwą. Na froncie południowo-wschodnim też udaje się zażegnać konflikt z Turkami i Tatarami. W Rzeczypospolitej wojsko ulega redukcji i tutaj służba wojskowa dla Jana Kazimierza nie była pisana. W związku z tym udaje się on do Cesarstwa Habsburgów. Był on synem księżniczki austriackiej, Konstancji Habsburżanki. Zawsze z Habsburgami wiązały go bardzo bliskie relacje – przede wszystkim rodzinne, ale nie tylko. I podejmuje służbę w armii austriackiej jako pułkownik. Bierze udział w bardzo efemerycznych działaniach wojennych przeciwko Francuzom w Alzacji. Ale później powraca na czele zaciągów Lisowczyków do Rzeczypospolitej i znowu nie ma co ze sobą zrobić. Może tutaj przejdziemy na chwilę do spraw rodzinnych. Władysław IV bardzo długo nie miał męskiego potomka. Kiedy w 1640 roku w końcu urodził mu się wymarzony syn, Zygmunt Kazimierz – znowu kolejny problem dla brata przyrodniego. Nawet hipotetyczne szanse na następstwo tronu zdecydowanie się oddalają. Już w drugiej połowie lat 30. Jan Kazimierz zaczął szukać innych możliwości kariery. Sondował, czy możliwe będzie objęcie władzy w Księstwie Kurlandii i Semigalii, czyli lennie Rzeczypospolitej. Natomiast w 1638 roku postanowił wejść na służbę kuzynów Habsburgów i przyjął ofertę udania się do Portugalii. To była bardzo ciekawa, spektakularna podróż, która zakończyła się – może nie tragicznie – ale nie tak, jak na pewno Królewicz zakładał. Do Hiszpanii i Portugalii Jan Kazimierz miał się udać, ponieważ zaoferowano mu przyjęcie tytułu wicekróla Portugalii. Według niektórych źródeł – admirała floty hiszpańskiej. Dotarł do Genui, tam się zaokrętował. Warunki atmosferyczne sprawiły, że okręt zmuszony został do tego, żeby zacumować u wybrzeży francuskich po sztormie. Tam władze – na polecenie kardynała Richelieu – królewicza zaaresztowały i zaczął się dla niego upokarzający, dwuletni okres francuskiej niewoli. Francuzi postanowili wykorzystać Jana Kazimierza jako kartę przetargową. Władysław IV planował odegrać rolę mediatora i ważnego uczestnika gry politycznej podczas wojny trzydziestoletniej. Natomiast Jana Kazimierza przetrzymywano bardzo długo w więzieniu, po o to, by Władysław IV w końcu w 1640 roku zaprzysiągł układ, na mocy którego obiecał nie wspierać zbrojnie przeciwników Francji, czyli Habsburgów. To był jeden bardzo spektakularny element biografii przedkrólewskiej młodego Wazy. Po 1640 roku trochę przebywał w Rzeczypospolitej. Ale, jak już wspomniałem, w 1640 roku urodził się bratanek i w związku z tym natura dosyć niespokojna wygnała znowu Jana Kazimierza daleko poza granicę ojczyzny. W 1643 roku udał się do Włoch. I co robi we Włoszech? Wstępuje do nowicjatu jezuitów. Ostatecznie wywołało to duży skandal dyplomatyczny. Władysław IV miał jednego chorowitego syna, następstwo tronu nie było do końca zabezpieczone. Wywołał prawdziwą awanturę król Polski u papieża Urbana VIII. Ostatecznie Jan Kazimierz nie przyjął święceń kapłańskich ani zakonnych. Podobno źle ten nowicjat znosił. Jezuitów nie lubił, nosić habitu. Ostatecznie w 1645 roku wystąpił z zakonu jezuitów, ale miał pomysł kolejny – został kardynałem. Kardynałem diakonem. To było bardziej stanowisko symboliczne niż niosące za sobą jakąś praktyczną władzę. Długo też w tym nie wytrwał, bo jeszcze przed śmiercią brata w 1647 roku złożył purpurę kardynalską. Natomiast, w tymże roku zmarł Zygmunt Kazimierz i Władysław IV – ze względu na poważne problemy zdrowotne – zbliżał się do kresu żywota. I przed Janem Kazimierzem zaczęły się rysować nowe możliwości kariery w Rzeczypospolitej. Od 1646 roku znowu jest w Polsce, a w 1648 roku nastąpiły wydarzenia, które całkowicie zmieniły jego życie.
[Prowadzący] No właśnie, próbuję zrozumieć naturę tego człowieka. Pewnie mało wiemy o nim, bo to jest ciekawy przykład tej drogi, którą wybiera. Najpierw, tak jak Pan powiedział, temat wojskowy, jakieś wyprawy, nawet z Lisowczykami – co uruchamia naszą wyobraźnię. Później jakiś może – nie wiem – może jakiś kryzys, jakieś nawrócenie gwałtowne, poszukiwanie miejsca swojego w zakonie jezuitów. Próbuję to zrozumieć. Ale też ciekawą rzeczą jest to, jak ten ojciec młodszych Wazów, znany z Kolumny Zygmunta i dzierżący krzyż, ten turbokatolicki władca Zygmunt III, chyba ich wychował, że oni byli tak gorliwymi... Garnęli się po prostu do tego Kościoła. Trzech na czterech próbowało mieć coś wspólnego z instytucją Kościoła i pełniło de facto jakieś funkcje czy przywdziewało ornat.
[Gość] Na pewno Jan Kazimierz był wychowany w duchu reformacji katolickiej. Był znany z głębokiej pobożności. Ale religijności – już chyba niekoniecznie. Ta jego pobożność była dosyć formalistyczna. Wiadomo, że często pielgrzymował, przestrzegał różnego typu rytów katolickich. Był wychowywany przez jezuitów. Tutaj na pewno też matka Habsburżanka i te idee właśnie habsburskiej pobożności musiały odegrać pewną rolę. Natomiast on się bardzo różnił, jeżeli chodzi o podejście do religii, od brata Władysława. Władysław jednak był znany z tolerancji i przede wszystkim z bardzo takiego – można powiedzieć – empatycznego podejścia do przedstawicieli Kościołów wschodnich. Przywrócił legalną hierarchię prawosławną w Rzeczypospolitej, próbował szukać nici porozumienia z elitami ruskimi, prawosławnymi, również z Kozakami. Natomiast Jan Kazimierz na pewno miał tę pobożność zdecydowanie bardziej zdogmatyzowaną. Natomiast nie przekładało to się z całą pewnością na jakieś głębsze przemyślenia religijne. Jak rozmawiamy o tym przedkrólewskim jego rozdziale w biografii, to trzeba jednak podkreślić, że syn władcy elekcyjnego nie miał właściwie czego szukać w Rzeczypospolitej. Nie było dla niego żadnej funkcji ustrojowej, nie miał on żadnego większego zaplecza ekonomicznego. Jeżeli nie poświęcił się karierze duchownej, to praktycznie był człowiekiem niepotrzebnym.
[Lektor] "Jan Kazimierz jest wzrostu wysokiego, dość kształtnego i byłby przystojniejszy, gdyby nie kolor twarzy, mocno wpadający w śniady. Rysy jego na pierwszy rzut oka nie bardzo przyjemne, jeszcze bardziej zeszpetniały, gdy roku przeszłego dostawszy we Lwowie ciężkiej ospy, odbył znaczną część podróży, której wkrótce po nim dwaj jego bracia nie uniknęli kresu. Oprócz tego nie ma żadnego wdzięku w ruchach ciała, obejściu i mowie."
[Prowadzący] Tak pisał o Janie Kazimierzu Honorat Visconti, nuncjusz papieża Urbana VIII. Można powiedzieć, że antypatyczne to chyba mało powiedziane. Tutaj konfrontuję to jednak z najpopularniejszym wyobrażeniem, jakie mamy, bo od tego nie uciekniemy – nie uciekniemy od tego, że nasze wyobrażenie Jana Kazimierza to jest ta postać grana przez aktora Piotra Pawłowskiego w filmie „Potop”, czy też napisana piórem Henryka Sienkiewicza w pierwowzorze, czyli w powieści „Potop”. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że ta trylogia nie jest w żaden sposób źródłem historycznym, ale, tak jak powiedziałem, nie uciekniemy od tego, że ona wykreowała ten wizerunek, który istnieje wśród nas wszystkich. No jest taka konfrontacja - właśnie tego majestatycznego króla, który broni Rzeczypospolitą, z jego prawdziwą osobą jako władcy. Zdaje się, że to chyba zupełnie inaczej mogło wyglądać.
[Gość] Na pewno panowanie Jana Kazimierza należy analizować na wielu poziomach. Już wśród historyków XIX-wiecznych były bardzo rozbieżne opinie. Henryk Sienkiewicz czytał prace historyczne, opierał się na wielu źródłach z epoki. O ile niektórzy historycy, tacy na przykład jak Plebański czy Czermak, skrajnie negatywnie oceniali Jana Kazimierza, to Antoni Walewski czy Szajnocha już zupełnie inny obraz tej postaci przedstawiali. Od razu należy powiedzieć, że nie wszystko to, co zastał Jan Kazimierz w Rzeczypospolitej - a właściwie prawie nic - to co nastąpiło w 1648 roku, nie było jego winą. To, że wybuchło potężne powstanie kozackie Bohdana Chmielnickiego – ten lont pod tą bombę raczej podłożył jego brat Władysław, poprzez plany wojny tureckiej, poprzez nieudane plany wplątania Kozaczyzny w jarzmo poddaństwa i w to, co się działo od końca lat 30., Jan Kazimierz zastał sytuację absolutnie tragiczną. Elekcja 1648 roku miała miejsce w listopadzie, kiedy praktycznie nie istniała armia koronna, kiedy nie było praktycznie żadnych dowódców wojskowych koronnych. U steru władzy hetmani Potocki i Kalinowski byli w niewoli u Tatarów Krymskich. Kraj był rozbity na zwalczające się obozy polityczne. Tutaj winy Jana Kazimierza raczej nie było. Inna sprawa, że na pewno nie był on materiałem na wybitnego polityka, męża stanu. Te wszystkie cechy charakteru, o których mówiłem – upór, a z drugiej strony kapryśność, brak silnej osobowości – skazywały go praktycznie na oparcie się na innych wybitnych osobach, po to, żeby efektywnie prowadzić rządy. Taką osobą na pewno w pierwszym etapie jego panowania był kanclerz wielki koronny i właściwy architekt tego, co nastąpiło na polu elekcyjnym, Jerzy Ossoliński. Druga osoba, o której trzeba dużo powiedzieć, była małżonka królewska – szwagierka, wdowa po Władysławie IV, księżniczka francuska Ludwika Maria Gonzaga, która była bardzo zdolną polityczką, osobą pracowitą, osobą wychowaną w arkanach polityki francuskiej kardynała Richelieu. I to ona praktycznie przez większość rządów męża podejmowała najważniejsze decyzje. Ona też była dla niego oparciem w sytuacjach największego kryzysu, szczególnie w 1655 roku, kiedy właściwie wszystko runęło. Trzeba było uciekać przed Szwedami, wydawało się, że Jan Kazimierz już nie wróci do władzy. Praktycznie tylko Ludwika Maria powstrzymywała go na duchu i spowodowała, iż nie doszło wtedy do abdykacji.
[Prowadzący] No właśnie, bo to jest kolejny ciekawy wątek. Gdybyśmy mieli zapytać o szare eminencje w historii Polski, tutaj nawiązując do tej szarej eminencji dworu francuskiego, która więziła wcześniej Jana Kazimierza – czyli kardynała Richelieu, to gdybyśmy mieli szukać szarej eminencji w historii Polski, i do tego jeszcze kobiety, i zastanowilibyśmy się, która z małżonek, którego z polskich władców rzeczywiście tak mocno pociągała za sznurki, a jest relatywnie mało znana, mało poznana, w powszechnej świadomości praktycznie - moim zdaniem - nie istnieje, świadomość tego, że była taka francuska księżniczka, która de facto wtedy pełniła funkcję decydującą. To chyba byłaby to Ludwika Maria, prawda?
[Gość] Z całą pewnością. Wcześniej Bona była pierwszą taką postacią, która była negatywnie odbierana ze względu na swoje ambicje polityczne. Trzeba od razu powiedzieć, że w kulturze politycznej, generalnie w kulturze ówczesnych elit i szlachty, nie było miejsca na rządy kobiet. Kobiety miały się nie mieszać do władzy. One miały zupełnie inne sfery życia do zagospodarowania. A Ludwika Maria wychowała się w zupełnie innej cywilizacji. We Francji kobiety – od czasów co najmniej Katarzyny Medycejskiej – odgrywały ważną rolę jako te nieformalne postacie kreujące kuchnię władzy. Ludwika Maria miała ogromne ambicje, których nie mogła realizować przy boku pierwszego męża, który wyraźnie jej nie cenił, nawet jako partnerki życiowej, nie mówiąc o polityce. Natomiast po 1649 roku bardzo szybko weszła w rolę głównej doradczyni królewskiej i w wielu aspektach głównej kreatorki przede wszystkim polityki wewnętrznej. Tutaj warto kilka słów temu poświęcić . Ludwika Maria bowiem bardzo sprawnie, przy pomocy środków finansowych, i nie tylko finansowych, o których powiem za chwilę, zaczęła działać na rzecz utworzenia stronnictwa regalistycznego, które miało stanowić oparcie dla pary królewskiej w efektywnym sprawowaniu władzy. Przed katastrofą 1655 roku już pewne kroki na rzecz tworzenia tej fakcji zostały poczynione. Złośliwi nazywali przywódców tej fakcji zięciami dworu królewskiego, bo Ludwika Maria, żeby mocniej związać te persony z dworem, wydawała za nich swoje dwórki przywiezione z Francji. Kogo ona promowała jako alternatywę dla starych rodów magnackich, które były niepokorne, z reguły prowadziły własną politykę i często próbowały dystansować się od głównych wytycznych polityki dworskiej? Wybrała osoby spoza dotychczasowej elity władzy. Oczywiście z rodzin ważnych, z rodzin albo bogatej szlachty, albo które możemy mimo wszystko zaliczymy do warstwy magnackiej, ale nie elity władzy. Były to osoby młode, ambitne, często bardzo zdolne. Najbardziej znaną tutaj personą z tego obozu królewskiego, która trochę później zaczęła robić spektakularną karierę polityczną, a wcześniej karierę wojskową, był Jan Sobieski. Ale warto tutaj wspomnieć o pierwszym mężu Marysieńki, Marii Kazimiery d’Arqien-Sobieskiej, czyli o Janie Zamoyskim, potężnym ordynacie zamojskim. Warto tutaj wspomnieć o rodzinach w Koronie, np. Morsztynów, na Litwie – o rodzinie Gosiewskich, a później o rodzinie Paców, która właśnie dzięki wsparciu dworu Ludwiki Marii i Jana Kazimierza niedługo objęła tzw. hegemonię polityczną na Litwie. Tutaj też można wspomnieć o takich rodzinach, które bardziej robiły karierę duchowne, a nie cywilne, a więc tutaj argument matrymonialny nie odgrywał roli – jak Prażmowscy, jak Wydżgowie, no taka rodzina Korycińskich. I tutaj mógłbym długą listę wymienić. Ta polityka była efektywna, aczkolwiek doprowadzała oczywiście do bardzo ostrych konfliktów wewnętrznych. Jeszcze przed 1655 rokiem w Koronie uformowała się bardzo twarda opozycja antykrólewska z takimi rodzinami, jak Lubomirskich, Opalińskich czy też Leszczyńskich. Natomiast polityka królewska na Litwie doprowadziła do tego, że kiedy w 1655 roku Wielkie Księstwo upadało pod ciosami wojsk moskiewskich, to armia litewska była podzielona na dwie dywizje. Na czele jednej stał śmiertelny wróg króla, słynny książę Janusz Radziwiłł. Na czele drugiej stali stronnicy dworu, na czele z Wincentym Gosiewskim. Takich przykładów iluzorycznych sukcesów, które przekładały się na, w skali ogólnopolskiej, bardzo przykre konsekwencje, mógłbym podać znacznie więcej.
[Prowadzący] Część druga: Słaby król na jeszcze gorsze czasy. Panie Profesorze, to trzeba przyznać, że nie było takich dwóch dekad w naszych dziejach, jak te dwadzieścia lat, które akurat niefortunnie, dziwnym trafem tak się stało, że przypadły na właśnie panowanie Jana Kazimierza. W poprzednim odcinku miałem przyjemność omawiać postać Władysława IV. Władysław IV umiera w roku 1648 i zaczyna się ta prawdziwa hekatomba. Dla porządku może wymieńmy te kolejne, mówiąc kolokwialnie, strzały czy ciosy, które znokautowały wręcz Rzeczpospolitą.
[Gość] Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że inicjały Jannes Kazimirus Rex współcześnie odczytywali jako Initium Calamitatis Regni, czyli początek klęsk królestwa. Zaczęło się od tego nieszczęsnego powstania kozackiego, wiosna 1648 roku. Bohdan Chmielnicki – nie będę już mówił o genezie tego właśnie wydarzenia – ale w sojuszu z Tatarami Krymskimi rozbija wojska koronne w bitwach nad Żółtymi Wodami i przede wszystkim pod Korsuniem. Jak już wspominałem, hetmani koronni dostają się do niewoli. Armia kwarciana, zaciężna, praktycznie przestaje istnieć. Do tego jeszcze jesienią tego roku, pod Piławcami, kolejne wojska koronne uciekają praktycznie z pola bitwy. Co było wspominane po latach jako hańba plugawiecka. Powstanie Chmielnickiego - nie udaje się go praktycznie nigdy stłumić, czy ma ono kilka odsłon. W 1649 roku królowi, po bardzo dramatycznych wydarzeniach – tutaj warto powiedzieć – szczególnie w pierwszym okresie rządów, wielokrotnie Jan Kazimierz wykazywał się wielkimi zdolnościami wojskowymi i odwagą osobistą. Udało mu się w 1649 roku pod Zborowem, w bardzo trudnej sytuacji, zarówno dzięki właśnie swojemu osobistemu przykładowi, talentom wojskowym, jak i pieniądzom, doprowadzić do zawarcia traktatu z Tatarami i z Chmielnickim, który dał dwa lata oddechu. Ale w 1651 roku, to jest chyba najwspanialsze zwycięstwo wojskowe Jana Kazimierza – bitwa pod Beresteczkiem. Zastosowanie taktyki walki zaczerpniętej ze wzorców zachodnioeuropejskich przynosi rozbicie armii kozacko-tatarskiej. Ale to zwycięstwo też zostało niewykorzystane. Chmielnicki, ciągle w sojuszu z Tatarami, zadaje bolesne ciosy Rzeczypospolitej. W 1652 roku pod Batohem praktycznie najważniejsza część armii koronnej, trzon oddziałów koronnych, ulega rozbiciu. Jeńcy zostają wymordowani – jest to taki „polski Katyń”, jak czasem się to nazywa w historii popularnej XVII wieku. Powstanie Chmielnickiego przechodzi w drugą fazę. W styczniu 1654 roku, kiedy to hetman kozacki oddaje się pod protekcję cara moskiewskiego Aleksego Michajłowicza, ugoda perejasławska powoduje, że do tego konfliktu włącza się państwo moskiewskie. I ten 1654 rok, tragiczny rok w historii, szczególnie Wielkiego Księstwa Litewskiego, kiedy to połączone wojska moskiewsko-kozackie zalewają z kilku stron Litwę. Hetman Janusz Radziwiłł nie jest w stanie, wobec przede wszystkim ogromnej dysproporcji sił, obronić Litwy. W 1655 roku wojska moskiewskie podchodzą pod Wilno. Wtedy rozpoczyna się kolejny etap – do akcji wkraczają Szwedzi. To już zupełnie inny wątek. Szwedzi, z którymi Jan Kazimierz nie potrafił unormować stosunków od początku swojego panowania, których de facto swoją mało giętką polityką prowokował wręcz do agresji na Rzeczpospolitą - dwa słowa warto o tym powiedzieć. Oczywiście, Jan Kazimierz dziedziczył po ojcu i bracie tytuł dziedzicznego króla Szwecji. To był na pewno problem, ale dużo większym problemem było po prostu ciągłe akcentowanie tego w negocjacjach politycznych, pieczętowanie się pieczęcią właśnie szwedzką w listach adresowanych do królowej Krystyny czy też do króla Karola X Gustawa. Agresja szwedzka na Rzeczpospolitą w 1655 roku nie była wcale czymś oczywistym. Owszem, Szwedzi, jako państwo wojenne, po zakończeniu wojny trzydziestoletniej nie mogli długo pozostawać z tak liczną armią na stopie pokojowej. Natomiast, początkowo byli oni raczej skłonni do tego, żeby zaatakować Moskwę. Polityka Jana Kazimierza, błędy w grze dyplomatycznej, sprawiły, że w 1655 roku to właśnie Rzeczpospolita staje się obiektem ataku wojsk Karola X Gustawa. I to doprowadziło już do całkowitego załamania się państwa i narodu. Doskonale znamy, chociażby z powieści Sienkiewicza, przebieg wydarzeń. Wielkie Księstwo Litewskie, po zdobyciu przez Moskwę Wilna 8 sierpnia, dzieli się na dwa obozy. Obóz Radziwiłłowski poddaje się pod protekcję szwedzką – słynne układy kiejdańskie. Część wojska i elity polityczne skupione wokół Sapiehów przyjmują postawę wyczekującą. Natomiast w Koronie, od wkroczenia Szwedów z kierunku pomorskiego do Wielkopolski, od lipca 1655 roku katastrofa następuje niezwykle szybko. Jan Kazimierz - wiemy tutaj – pod Ujściem w Wielkopolsce kapituluje Krzysztof Opaliński, wojewoda poznański. Na stronę Szwedów przechodzą pospolite ruszenia, różnego typu wyprawy łanowe. Jan Kazimierz bardzo szybko wycofuje się na południe kraju. Opuszcza Warszawę. We wrześniu 1655 roku opuszcza Kraków i udaje się do księstw śląskich. Natomiast Szwedzi praktycznie do końca tego roku opanowują zdecydowaną większość ziem koronnych.
[Prowadzący] No właśnie, mam pytanie tutaj, może zaskakujące i nieco abstrakcyjne, ale mamy też wdrukowany ten wizerunek księcia Janusza Radziwiłła i tej postawy tych magnatów czy tej szlachty, która przechodzi na stronę szwedzką. Chciałem Panu zadać pytanie: co Pan by zrobił w tym momencie? Po której stronie by się Pan opowiedział? Bo im bliżej poznaję tą historię i rozmawiam właśnie z wybitnymi historykami, tym częściej przekonuję się, że to wcale nie było takie oczywiste – wierność Janowi Kazimierzowi. Bo to państwo wyglądało tak, jak wyglądało, zwłaszcza z perspektywy litewskiej. Prawda?
[Gość] Całe szczęście, że nie musimy dzisiaj podejmować takich decyzji i stać przed takimi wyborami, przed jakimi stał Janusz Radziwiłł. On sprawował dwie bardzo ważne funkcje – przede wszystkim był hetmanem wielkim litewskim, czyli dowódcą armii. Był też wojewodą wileńskim, czyli pierwszym senatorem świeckim Wielkiego Księstwa Litewskiego. A więc w sytuacjach ekstremalnych był takim nieformalnym przywódcą politycznym. Praktycznie w 1655 roku – co on miał do wyboru? Wsparcia z Polski nie było prawie żadnego. Co prawda, w działaniach militarnych między jesienią 1654 roku a wiosną 1655 roku uczestniczył taki doborowy korpus koronny. Były tam jednostki gwardii królewskiej, kilka regimentów piechoty, ale kiedy Szwedzi wkroczyli do Wielkopolski, to wszystko zostało odwołane do obrony Warszawy. Podchodzą pod Wilno oddziały moskiewskie, wielokrotnie liczniejsze. Tutaj dysproporcja sił w 1654 roku to była prawie 1 do 10, rok później może 1 do 5 albo 6. Janusz Radziwiłł zdaje sobie sprawę, że własnymi siłami nie powstrzyma naporu moskiewskiego. Nie obroni Wilna. To jest największe zagrożenie w całej historii Litwy. Wojska nieprzyjacielskie nie oblegały Wilna od 1390 roku, kiedy Krzyżacy się pojawili pod stolicą Litwy. Natomiast Radziwiłł podejmuje desperackie negocjacje z carem Aleksym Michajłowiczem, ale Aleksy Michajłowicz wymaga właściwie bezwarunkowej kapitulacji. Radziwiłł podejmuje dramatyczne próby obrony Wilna, skazane na niepowodzenie, negocjuje ze Szwedami. To jest nieprawda, że on z tymi Szwedami od wielu lat spiskował, żeby tutaj wbić nóż w plecy Janowi Kazimierzowi. To jest nieprawda, że w 1654 roku w Koronie - to jest tylko jedne źródło siedmiogrodzkie, które podaje - został zawiązany spisek detronizacyjny i rody właśnie wymienione przeze mnie Opalińskich, Leszczyńskich, Lubiomierskich, Radziwiłłowie bierżańscy planowali żeby pozbawić tronu Jana Kazimierza. Jan Kazimierz negocjował ze Szwedami już od jesieni 1654 roku. Celem tych negocjacji było zawarcie sojuszu antymoskiewskiego. Natomiast, dopiero w lipcu 1655 roku, gdy sytuacja jest absolutnie tragiczna, wysyła swojego wysłannika, posłańca Gabriela Lubienieckiego do Rygi, żeby wysondować, co Szwedzi mu oferują w zamian za przyjęcie ich poddaństwa. Natomiast, kiedy dochodzi do zawarcia tzw. pierwszej ugody kiejdańskiej 17 sierpnia 1655 roku, to trzeba ratować to, co jeszcze było do uratowania – czyli te skrawki kraju, które nie były zalane przez wojska moskiewskie i kozackie. Były to wojska, które reprezentowały znany ze Wschodu typ prowadzenia działań wojennych, czyli represje w stosunku do ludności cywilnej, oczywiście, dosyć ostre traktowanie szlachty, przynajmniej na tym etapie wojny, bo później to się wszystko zmieniło. Radziwiłł na pewno nie miał innego wyjścia, moim zdaniem. A ponieważ był dysydentem, przywódcą kalwinistów, to oczywiście przypięto mu łatkę pierwszego zdrajcy. Ale trzeba też powiedzieć, że jego zachowanie nie było niczym specjalnym na tle elit Rzeczypospolitej w tym roku.
[Prowadzący] Tutaj proszę o szerszą refleksję, bo jednak to, co się dziej, i to, co przed chwilą usłyszeliśmy, od 1648 do 1655 roku, pokazuje, jak absolutnie kompletnie niewydolnym wojskowo, militarnie i w możliwościach obronnych było to państwo, które stworzyli Wazowie tutaj u nas. Można powiedzieć, znowu używając kolokwialnego pojęcia, popularnego pojęcia, że to państwo, ta Rzeczpospolita to takie państwo z kartonu albo z dykty. Nie było w stanie się obronić w żaden sposób przed nikim. Więc prośba o szersze spojrzenie – jaka była tego przyczyna? Nie wiem, ekonomiczna, polityczna, strukturalna?
[Gość] Nie mówiłem jeszcze o bardzo ważnych elementach ustrojowych. Bo to nie było do końca tak, że Rzeczpospolita nie była w stanie się bronić przed przeciwnikiem ze strony, jeżeli bierzemy pod uwagę aspekty wojskowe, bo jednak wielokrotnie po tych największych klęskach udawało się odbudować siły zbrojne. Chyba największą zasługą Władysława IV było nie tyle zreformowanie, jak się kiedyś sądziło, w duchu zachodnioeuropejskim armii Rzeczypospolitej co utworzenie tzw. autoramentu cudzoziemskiego, ale na pewno wykształcił kadry. W armii, szczególnie koronnej, było wielu oficerów, którzy zdobywali szlify na zachodzie Europy. Bardzo znany generał artylerii, Krzysztof Arciszewski, który walczył nawet w Brazylii, jest najlepszym tego przykładem. Władysław IV zreformował artylerię, arsenały były pełne uzbrojenia. I dzięki temu kilkakrotnie, czy to po katastrofie roku 1648, czy to po Batochu, czy to wreszcie po katastrofie 1655 roku, dosyć szybko udawało się te siły zbrojne rzeczywiście odbudowywać do dosyć dużych rozmiarów. Ale nie o tym chciałem powiedzieć. Przyczyna była strukturalno-ustrojowa. Przede wszystkim, Rzeczpospolita przeszła tylko w niewielkim wymiarze coś takiego, co na zachodzie Europy nazywamy rewolucją militarną – czyli dostosowanie do nowych wymogów pola walki struktur fiskalno-ustrojowych. W Rzeczypospolitej siły zbrojne nie były finansowane ze stałych podatków, poza armią kwarcianą, czyli tą doborową armią stanowiącą trzon wojsk zaciężnych, czyli te 3–4 tysiące żołnierzy, które rzeczywiście z tzw. kwarty można było utrzymać. W przypadku pozostałej części armii Rzeczypospolitej za każdym razem konieczna była cała kampania sejmowa. I konieczne, przede wszystkim, było zakończenie uchwałami obrad sejmu walnego – uchwałami fiskalnymi, od których upływało wiele miesięcy. I żołnierz z reguły musiał służyć na borg, czyli na kredyt. To był ogromny problem. Państwo było praktycznie stale – nie powiem, że niewydolne finansowo – ale nie było w stanie zaspokoić bieżących potrzeb wojska. Kiedy w 1658 roku, po raz pierwszy po trzech latach, zebrał się Sejm, to problem był, wbrew pozorom, jeszcze większy. Bo w czasach potopu armia Rzeczypospolitej osiągnęła największą w XVII wieku liczebność. Na papierze to było około 60 tysięcy żołnierzy. Ale ponieważ przez wiele lat Sejm się nie zbierał, to długi wobec wojska narosły tak przeogromne, że nie można ich było spłacić przez wiele, wiele kolejnych lat. Państwo de facto po potopie zbankrutowało. Kolejny problem, o który chciałbym powiedzieć, to system parlamentarny zaczynał szwankować. Właśnie na ten okres pierwszych lat rządów Jana Kazimierza przypada słynna sprawa Sicińskiego – tak zwane liberum veto, które oczywiście nie wtedy się narodziło, bo już za czasów Władysława IV były sejmy, które nie dochodziły do skutku, bo jakaś grupa posłów nie dopuszczała do ich prolongacji. Natomiast w 1652 roku po raz pierwszy Sejm nie podjął uchwał, czyli cały jego dorobek legislacyjny poszedł do śmieci, dlatego że jeden poseł nie wyraził zgody na przedłużenie obrad. To otworzyło puszkę Pandory, bo później tych przypadków było zdecydowanie więcej. Po okresie potopu mieliśmy na przykład 5 lat, pomiędzy 1662 rokiem a 1667, kiedy bodajże pięć sejmów zostało zerwanych.
[Prowadzący] No i dochodzi jeszcze poważny czynnik wewnętrzny, poważny konflikt wewnętrzny i rokosz Lubomirskiego. Chyba można rozumieć, dlaczego do tego wszystkiego dochodzi. Są pewnie jakieś tarcia w tej sytuacji takiego totalnego kryzysu, jakieś tarcia pomiędzy dwoma wielkimi stronnictwami władzy, czyli magnatem, który może wie lepiej, jak ma wyglądać, zarządzane być to państwo, i Janem Kazimierzem. No właśnie – Janem Kazimierzem czy wspomnianą wcześniej jego małżonką?
[Gość] Na pewno parą królewską. Może rozpocznijmy od tego, że katastrofa potopu unaoczniła opinii publicznej, społeczeństwu, czyli narodowi politycznemu szlacheckiemu, że rzeczywiście to państwo jest państwem niewydolnym. Jan Kazimierz chciał wykorzystać sytuację do tego, żeby przeprowadzić reformy ustrojowe – całkiem dobrze pomyślane. Przede wszystkim chodziło o reformę sejmowania, o podjęcie – szczególnie w sprawach skarbowych – decyzji większością głosów. Były różne projekty. Z reguły pojawiała się koncepcja, żeby to było 2/3, większość. Natomiast, dlatego udało się zgromadzić duże poparcie. I tak naprawdę pod koniec lat 50. nie było realnej opozycji przeciwko tym reformom systemu sejmowania. Ale tutaj chyba trzeba coś powiedzieć o Ludwice Marii. Ona popełniła ogromny błąd strategiczny, gdyż powiązała te plany reform ustrojowych z planami tak zwanej elekcji vivente rege, czyli wybrania następcy za życia poprzedniego króla. Para królewska doczekała się dwójki dzieci, ale one zmarły w wieku niemowlęcym. Syn miał – nawet noworodek – kilka tygodni, córka żyła trochę powyżej roku. I sprawa następstwa tronu – jeszcze przed 1655 rokiem – była otwarta. Jeszcze w czasie potopu Ludwika Maria, żeby uzyskać korzyści polityczne, oferowała następstwo tronu czy to Habsburgom, czy to elektorowi. Natomiast po 1659 roku uczepiła się koncepcji zapewnienia korony Rzeczypospolitej swojej rodzinie francuskiej. A mianowicie planowała wydać swoją siostrzenicę za króla z bocznej gałęzi Burbonów – Kondeuszy, to znaczy za księcia, który miał zostać później królem. I do tej elekcji miało dojść jeszcze za życia Jana Kazimierza. Elekcja vivente rege była sprzeczna z systemem ustrojowym Rzeczypospolitej, sprzeczna właściwie tutaj z prawami kardynalnymi, z artykułami henrykowskimi. Ostatni raz takiej elekcji dokonano w 1529 roku – młody Zygmunt August. Później uchwalono konstytucję zakazującą takiej możliwości zapewnienia następstwa tronu. Natomiast w 1661 roku, kiedy sprawa reform ustrojowych stanęła na Sejmie, to para królewska powiązała ją z planami właśnie reform wolnej elekcji. I to spowodowało sprzeciw opinii publicznej. Jerzy Sebastian Lubomirski, o którym tutaj była mowa, od wielu lat stał na czele opozycji antykrólewskiej. Jeżeli chodzi o konflikty pomiędzy Janem Kazimierzem a marszałkiem wielkim koronnym, to one miały miejsce już w latach 50. Wtedy to były sprawy głównie eksploracji złóż solnych – taki słynny szyb Kunegunda. W czasie potopu trzeba powiedzieć, że Lubomirski – nie tyle ze względu na to, że był krystalicznie uczciwym politykiem, ale głównie ze względu na dynamikę wydarzeń i na to, że był starostą spiskim – mógł tam przeczekać największą zawieruchę. Tam nigdy wojska szwedzkie nie dotarły. On dotrzymał wierności Janowi Kazimierzowi i w 1656 roku był jednym z dowódców, którzy stali na czele zwycięskich kampanii przeciwko Szwedom. Natomiast od końca lat 50. te drogi się rozchodziły. Jan Kazimierz wszedł w rolę trybuna średniej szlachty, wszedł w rolę obrońcy wolności szlacheckich zagrożonych polityką pary królewskiej. Odmówił podpisania się pod skryptami elekcyjnymi, dystansował się od polityki pary królewskiej i te drogi zaczęły się rozchodzić. Od 1664 roku para królewska postanowiła już przejść od deklaracji politycznych do czynów i wtedy doszło do wybuchu, który zakończył się wojną domową w 1665 roku.
[Prowadzący] Część trzecia: Przepowiednia Jana Kazimierza.
[Lektor] Moskwa i Ruś odwołają się do ludów jednego z nimi języka i Litwę dla siebie przeznaczą. Granice Wielkopolski staną otworem dla Brandenburczyka, a przypuszczać należy, iż ten o całe Prusy certować, starać się zechce. Wreszcie dom austriacki, spoglądający łakomie na Kraków, nie opuści dogodnej dla siebie sposobności i przy powszechnym rozrywaniu państwa nie wstrzyma się od zaboru.
[Prowadzący] No i to jest, Panie Profesorze, dość ciekawa sprawa, że – powiedzmy – na sto lat przed rozbiorami Polski pojawia się ta słynna przepowiednia Jana Kazimierza, który przewidział ten los Rzeczypospolitej. No po pierwsze – zapytam o prawdziwość cytatu i jego źródło. Czy to jest jakaś legenda, czy rzeczywiście...?
[Gość] Rzeczywiście król wygłosił taką mowę, która zawierała takie wątki, podczas Sejmu w 1661 roku, kiedy próbował nakłonić stany do przyjęcia planów elekcji vivente rege.
[Prowadzący] Po drugie – czy przypadkiem do tego potencjalnego rozbioru nie mogło dojść już w czasie układu, który miał być zawarty gdzieś w takim małym, zapadłym miasteczku na Węgrzech, którego nazwy pewnie nie pamiętamy? Radnot – jedna nazwa, druga węgierska. Tam, to tam miał być ten pierwszy rozbiór Polski w połowie XVII wieku.
[Gość] To jeszcze na chwilę powróćmy do militarnych dziejów potopu, kiedy w 1656 roku Karolowi X Gustawowi koło fortuny przestało sprzyjać i zaczął on tracić pozycje w Rzeczypospolitej. Doskonale zdawał sobie sprawę, że wojska szwedzkie są za małe, przede wszystkim jeżeli chodzi o liczebność, żeby kontrolować ten potężny terytorialnie kraj. I zaczął szukać sojuszników, z którymi można by kontynuować zwycięskie kampanie. Pierwszym sojusznikiem był elektor brandenburski Fryderyk Wilhelm Hohenzollern, słynny Wielki Elektor, który oczywiście miał tutaj własne interesy do realizacji, czyli przede wszystkim uzyskanie suwerenności w Prusach Książęcych i zerwanie więzów lennych z Rzeczpospolitą. Drugim takim sojusznikiem, dostarczycielem – powiedzmy kolokwialnie – mięsa armatniego był książę siedmiogrodzki. Ojciec tego księcia, Jerzego II Rakoczego, był poważnym kontrkandydatem Jana Kazimierza do tronu w 1648 roku. Jerzy Rakoczy również miał takie ambicje i kiedy w 1656 roku, w grudniu, już gotował się do wejścia w granice Rzeczypospolitej, rzeczywiście taki traktat podpisano. Świadomość tego traktatu w Rzeczypospolitej – myślę, że była prawie żadna. Do tego grona dołączono jeszcze Bohdana Chmielnickiego, który ciągle jeszcze żył i ciągle szukał jakiegoś protektora, w oparciu o którego można by było budować niezależne państwo kozackie na tak zwanych ziemiach ukrainnych. I dołączył się książę Bogusław Radziwiłł. O ile Janusza Radziwiłła można rozgrzeszyć z wielu jego posunięć politycznych, to moim zdaniem jego brat stryjeczny jednak zdecydowanie zasługuje na miano zdrajcy. Bo kiedy w 1656 roku wszyscy ci, którzy przeszli na stronę szwedzką, powrócili jednak na łono ojczyzny i walczyli z najeźdźcami, to Bogusław Radziwiłł pozostał do końca właściwie po stronie wrogów Rzeczypospolitej – najpierw króla szwedzkiego, później elektora brandenburskiego. A tutaj postanowił upiec własną pieczeń i zagwarantował sobie pewne udzielne księstwa, również w traktacie w Radnot. Natomiast realizacja tego traktatu zależała oczywiście od wydarzeń militarnych. Dynamika tych wydarzeń była taka, że przywrócenie prawie pełnej kontroli szwedzkiej nad terytorium państwa w 1657 roku raczej już nie było realne. Ta współpraca szwedzko-pruska i siedmiogrodzka nie układała się dobrze. Rakoczy owszem, spustoszył kraj, zdobył łupy, natomiast po kilku miesiącach postanowił wrócić do Siedmiogrodu, poniósł kompletną klęskę i utracił władzę w swoim księstwie. I na tym właściwie te plany traktatu w Radnot się skończyły. Bo Szwedom praktycznie już w tym czasie zależało głównie na tym, żeby utrzymać się w portach pruskich, ewentualnie zmusić do uległości Gdańsk, do czego nigdy nie doszło. A elektor to, co chciał, i tak uzyskał, bo w traktatach welawsko-bydgoskich w 1657 roku Jan Kazimierz został zmuszony do zrzeczenia się zwierzchnictwa nad lennem pruskim.
[Prowadzący] No i nadchodzi ten przedostatni rozdział w życiu Jana Kazimierza, bohatera naszego odcinka, czyli niestety ta niechlubna abdykacja. Poddał się – czy jakieś inne czynniki? To znaczy: poddał się bezradności wobec całej tej beznadziejności sytuacji politycznej i tej wielkiej porażki, jaką jednak poniósł jako władca Polski. Czy może były jakieś inne przyczyny tej abdykacji, na przykład zdrowotne?
[Gość] Na pewno poniósł klęskę polityczną. Rokosz Lubomirskiego zakończył się całkowitym fiaskiem jego planów politycznych. Co prawda Lubomirski się ukorzył, wyjechał na Śląsk i zmarł, no ale król poniósł klęski militarne. W oczach opinii publicznej był praktycznie skończony – był królem przegranym. Elekcja vivente rege już nie miała żadnych szans na realizację. A przede wszystkim – umarła żona, czyli to oparcie. Wawrzyniec Rudawski, znany historiograf XVII-wieczny, pisał, że „wodziła ona króla jak mały Etiopczyk słonia” czy też pisano, że „wodziła króla jak niedźwiedzia za nos”. To było jego oparcie, to była ta jego przewodniczka, to była ta silna część tego związku. Królowa umiera wiosną 1667 roku. Król już jest – jak na tamte czasy – w wieku podeszłym. On ma w tym czasie już niemal 60 lat. Żadnych potomków, praktycznie żadnych perspektyw politycznych. Konflikty militarne, które prowadził, też się nie kończą jakimiś spektakularnymi sukcesami. W 1667 roku kończy się trzynastoletnia wojna z państwem moskiewskim. Kończy się kolejną porażką, bo Rzeczpospolita traci smoleńszczyznę, traci de facto Kijów – aczkolwiek jeszcze nie de iure. Jan Kazimierz jest uosobieniem klęski. Praktycznie nie ma już żadnej motywacji, żeby dalej sprawować rządy. W tym czasie głównie oddaje się on negocjacjom dyplomatycznym, żeby zabezpieczyć swój byt materialny. Zawiera układ z królem francuskim Ludwikiem XIV – w zamian za promowanie kandydata francuskiego do tronu, którym tym razem miał być Palatyn Neuburski, dostaje zabezpieczenie finansowe, dostaje kilka opactw we Francji i postanawia tam wyemigrować. No trzeba od razu powiedzieć, że abdykacja królewska to nie było coś przewidzianego w ustroju Rzeczypospolitej, to nie było coś praktykowanego. I to spowodowało, że króla zaczęto jeszcze ostrzej oceniać. Nikt praktycznie po nim nie płakał. Nawet dawni sojusznicy polityczni w większości u schyłku rządów się przeciwko niemu obrócili – jak Pacowie na Litwie. Jan Kazimierz naprawdę w bardzo złej atmosferze politycznej składa koronę we wrześniu 1668 roku. Może tutaj jeszcze dwa słowa o tym, co było później. To, że kilka miesięcy później na polu elekcyjnym królem zostaje Piast Michał Korybut Wiśniowiecki, to jest jednak zwycięstwo właśnie tej klasy społecznej, tego czynnika politycznego, który wygrał rywalizację z królem w czasie wojny domowej, w trakcie rokoszu Lubomirskiego. Moim zdaniem jest wielce prawdopodobne, że gdyby Lubomirski dożył tych czasów, to jako bożyszcze tłumów szlacheckich to on by wygrał tę rozgrywkę elekcyjną. W każdym razie został on przywrócony podczas sejmu elekcyjnego w 1669 roku do czci. Jego potomkowie już wcześniej odzyskali wszystkie majątki. No i to było takie jego wielkie zwycięstwo zza grobu. Kolejna klęska Jana Kazimierza. Stronnictwo francuskie, które było epigonem polityki wewnętrznej Ludwiki Marii i Jana Kazimierza, w tym czasie ponosi kolejne polityczne klęski.
[Prowadzący] Na koniec będzie kolejne, nieoczekiwane pytanie. Bo w Muzeum Historii Polski, z okazji tysiąclecia koronacji Bolesława Chrobrego, prowadzimy taki ranking najlepszego polskiego króla. Oczywiście, ze względu na to, co od Pana Profesora usłyszałem i te wszystkie szalenie ciekawe rzeczy, które dzisiaj usłyszeliśmy, nie będę Pana pytał, czy Jan Kazimierz znajdzie się na Pana podium, czy nawet znajdzie się wśród dziesięciu, Pana zdaniem, najlepszych królów Polski. Teraz zapytam inaczej – czy jest na tym podium negatywnym, najgorszych polskich władców? Głównie ze względu na te ostatnie rzeczy. Bo to, że ciężko było, obejmując państwo w takim kształcie, w jakim ono było, obronić się przed tą agresją – częściowo sprowokowaną – to jednak ta abdykacja i ta ewidentna korupcja polityczna, sprzedaż swojej korony za obietnicę załatwienia korony dla króla, dla kogoś z Francji – to już jest naprawdę dość haniebne. Więc pytanie brzmi – Jan Kazimierz, absolutny negatywny top?
[Gość] Na pewno August II był, jeżeli chodzi o podejście do Rzeczypospolitej, na niższym poziomie moralnym. Być może August III – aczkolwiek tutaj bym się wstrzymał. No, Michał Korybut Wiśniowiecki – król wyniesiony do korony przez okoliczności, nieprzygotowany do tego pod żadnym względem, żeby sprawować rządy. No jednak powiedzmy, że Jan Kazimierz jednak nie miał świadomości tego, czym jest majestat władzy królewskiej w Rzeczypospolitej. Nie miał hierarchii wartości – tak to nazwijmy. I z całą pewnością nie podołał wyzwaniom, jakie przed nim stały. Pewnie gdybym już był zmuszony do ułożenia takiej hierarchii, to znalazłby się wśród kilku najsłabszych władców Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Ten nieszczęsny najmłodszy Waza na polskim tronie.
[Prowadzący] Szanowni Państwo, bardzo dziękuję za wysłuchanie audycji. Dziękuję przede wszystkim, Panie Profesorze. Profesor Konrad Bobiatyński z Wydziału Historii Uniwersytetu Warszawskiego był naszym gościem.
[Gość] Dziękuję bardzo.
[Prowadzący] Państwa zapraszam do wpisywania komentarzy. Może tym razem, może dzisiaj – najlepszy, najgorszy polski koronowany władca w historii. A zapraszam także do subskrypcji kanału, ponieważ już niebawem w następnym odcinku naszym gościem będzie profesor Mirosław Nagielski i będziemy rozmawiali o kolejnym kontrowersyjnym bohaterze, czyli Michale Korybucie Wiśniowieckim. Do usłyszenia. Dziękujemy za wysłuchanie podcastu. Zapraszamy do subskrypcji kanału Muzeum Historii Polski, tak aby nie ominęły Państwa kolejne odcinki.
Dane o obiekcie
-
Nazwa / Tytuł
Jan Kazimierz Waza - francuska niewola, potop szwedzki i abdykacja -
Twórca / Wytwórnia
Muzeum Historii Polski (producent) -
Rodzaj
-
Kategoria
-
Zakres chronologiczny
-
Data wykonania
02/07/2025 -
Czas trwania
0h 55min 46sek -
Osoby występujące
-
Miejsce
-
Wydarzenie
Podcasty Muzeum Historii Polski -
Numer inwentarzowy
MHP-05-17459 -
Klasyfikacja praw autorskich
-
Permalink