Jan Karski - świadek, którego świat nie posłuchał
03/08/2023
Klasyfikacja praw autorskich
Transkrypcja
Jego słowo usłyszał cały świat, a były to słowa straszne o zagładzie Żydów, o niemieckich zbrodniach. Z własnej woli wszedł do warszawskiego getta i obozu przejściowego i na własne oczy widział potworność Holokaustu. Tyle że świat mu nie uwierzył lub raczej uwierzyć nie chciał. W podcaście przyjrzyjmy się drodze zwykłego, niezwykłego człowieka Jana Karskiego, który przed wojną bronił Żydów przed obrzucaniem szczurami, a w jej trakcie stał się jednym z najważniejszych ich emisariuszy. Powiemy o marzeniu Karskiego, by być bohaterem, ale także o polskim piekiełku w konspiracji i we władzach emigracyjnych oraz o skomplikowanych relacjach polsko żydowskich. Oczywiście spróbujemy też zrozumieć, dlaczego świat zachodni nie zareagował na wieść o Holokauście. Łukasz Starowiejski, zapraszam na kolejny odcinek podcastu Muzeum Historii Polski z serii Tysiąc lat Prześwietlenie. Tym razem promień historycznego rentgena skierujemy na postać Jana Karskiego, a właściwie Jana Kozielewskiego, jednego z polskich bohaterów drugiej wojny światowej kuriera, emisariusza i świadka zbrodni. Świadek, którego nie posłuchał świat. Jan Karski. Część pierwsza. Szczury i rumuński pocałunek. Czy był materiałem na bohatera? Wydawało się, że to miejsce w rodzinie jest już zajęte.
Mały Jaś miał wówczas zaledwie cztery lata. Oto jedno z jego pierwszych wspomnień.
Słychać było jakieś pojedyncze strzały. Matka zamknęła drzwi na zamki, zasuwę i łańcuch. Nie pozwalała wyglądać przez okna. Siedzieliśmy w pokoju stołowym i czekali. Nagle rozległo się walenie w drzwi. Matka nakazała ciszę. Wtem usłyszeliśmy. Otwierajcie! To ja, Marian. Istotnie, w drzwiach stał brat z bronią w ręku. Był w euforii. Krzyczał Łódź nasza! Wygrywamy lada dzień Polska będzie wolna. Brat wydawał mi się jakimś półbogiem.
To było jedno z jego pierwszych wspomnień. Brat Marian był o 17 lat starszy od Janka, w chwili, gdy mały Jaś przychodził na świat. On wstąpił na drogę chwały. Z domu uciekł bez butów, które schowała mu matka, by zaciągnąć się do Legionów Polskich. Usłyszawszy o tym, Józef Piłsudski miał rzucić Matki trzeba słuchać i wytargać go za ucho. Ale do legionów przyjął. Rok później Marian został ciężko ranny. Do Legionów wrócił po ponad roku, ale wkrótce, w związku z kryzysem przysięgowym, trafił do obozu internowania w Szczypiornie. Po wojnie w 1919 roku wstąpił do policji. Walczył w wojnie polsko bolszewickiej, brał udział w obsadzaniu granicy na Litwie i stał się jednym z zaufanych ludzi Piłsudzkiego. Tak bardzo chciałem mieć ojca i tak bardzo go nie miałem wspominał kiedyś gorzko nasz bohater. Tata był hulaką, do tego umarł, gdy Janek był jeszcze małym dzieckiem. Marian w dużej mierze wypełnił ten brak. Zostawmy jednak na razie starszego brata. On jeszcze wielokrotnie pojawi się w naszej historii. Wróćmy do małego Jasia. Koziołek, bo tak na niego wołano jak inni, grał w piłkę nożną, wałęsał się po podwórkach i ulicach.
W szkole był prymusem. Czytać nauczył się, gdy miał 5 lat i do szkoły poszedł rok wcześniej niż inne dzieci za sprawą mamy. Był bardzo religijny. Już w szkole powszechnej wstąpił do Sodalicji Mariańskiej i poczuł zapach świętości.
Jezuita, który się nami zajął, był przeciwieństwem księdza katechety. Był młody, elegancki, błyszczał inteligencją i dowcipem, roztaczał wokół fascynujący zapach. Wytłumaczyłem sobie, że jest to na pewno aromat Ducha Świętego, który w niego wstąpił i zdecydowanie go wspiera. Marzyłem, aby kiedyś czegoś takiego doznać.
Po latach okazało się, że zapach świętości był w rzeczywistości wodą perfumowaną, ekstraktem z lawendy. Polakom w przedwojennej Polsce często, delikatnie mówiąc, nie po drodze było z Żydami. Mama wychowuje Kozielewskiego inaczej. Koziołek staje się wręcz filosemitą. Broni żydowskich chłopców nękanych przez Polaków, przyjaźni się z nimi w klasie, przeszkadza małym chuliganom w obrzucaniu szczurami rodzin żydowskich obchodzących święto namiotów na podwórku kamienicy. Dzięki Żydom zarabia też pierwsze pieniądze. Pomaga im w czasie szabasu. Na studia Jan jedzie do Lwowa. Nie przypadkiem kariera starszego brata układa się modelowo. Już wiadomo, że i on za chwilę znajdzie się w tym mieście jako komendant wojewódzki policji. Wiele drzwi otwierało to także przed Janem.
Takie były barwy mojej młodości. Na pewno układałaby się inaczej, gdyby nie Marian i jego koledzy. Legioniści rządzili Polską z przyjemnością i uważali, że im się to słusznie należy. Uważali, że swoich godnych następców w służbie dla ich Polski muszą szukać wśród swoich. Ja definitywnie byłem ichni, więc stawiali na mnie.
Jan studiował prawo oraz dyplomację.
Młody, w naszej rodzinie nie było jeszcze ambasadora. Ty nim zostaniesz.
Mawiał Marian do Jana. Na razie młodszy brat pilnie się uczył, a w wakacje jeździł na praktyki do polskich placówek. Tę datę 5 sierpnia 1933 r. zapamiętał do końca życia. Wakacyjne praktyki w polskim konsulacie w rumuńskich Czerniewicach. Wieczorny seans kinowy i ona miejscowa. Ale Polka. Irmina.
Czy mógłbym cię pocałować? Tylko w policzek, kolego.
Romans, dzięki któremu Jaś nieodwołalnie przeobraził się w Jana, przetrwał ledwie kilka miesięcy. Rozstali się podczas kolejnego stażu dyplomatycznego, tym razem w Bukareszcie, w ramach praktyk. Kozielewski był też w Niemczech, Szwajcarii i Wielkiej Brytanii. Zdobyte tam obycie i kontakty zaprocentują już niebawem. Po ukończeniu studiów i wyższego kursu dyplomatyczno-konsularnego w 1938 roku został zatrudniony w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.
Część druga. Wymioty i konspiracja. Wybuch wojny zastał go w koszarach w Oświęcimiu, miejscu, które stanie się niedługo piekłem na ziemi. To na terenie tych koszar Niemcy już wkrótce zbudują największą fabrykę śmierci, do której trafi też brat Jana, Marian. Pierwsze dni kampanii Kozielewski zapamiętał na długo.
Pierwszy raz w życiu widziałem z bliska żołnierskie trupy. Krew jednego z nich miałem dosłownie na rękach. Zmywałem ją intensywnie, ale pozostawiła ślady za paznokciami. Postanowiłem coś z tym zrobić za dnia. Znacznie ważniejsze było czyszczenie munduru z wymiocin.
Przeszedł szlak bojowy od Zagłębia Dąbrowskiego do Zamojszczyzny. Tam jego oddział został rozbity przez Niemców. Niedobitki próbowały przedrzeć się na Węgry, ale w okolicach Bełżca dostały się do sowieckiej niewoli. Wówczas Kozielewski podjął decyzję, która zapewne uratowała mu życie.
Pozbyłem się z naramienników, naszywek stopnia i białoczerwonego sznurka cenzusowego, a książeczkę wojskową, którą miałem ze sobą zniszczyłem. Liczyłem, że w ogólnym bałaganie i chaosie Sowieci nie będą nadmiernie dociekliwi. Istotnie tak było.
Gdyby nie to, zapewne trafiłby do obozu w Kozielsku lub Starobielsku. Jako szeregowiec został w wymianie jeńców przekazany Niemcom. Nie zamierzał jednak pozostać w niewoli. W okolicach Włoszczowy wyskoczył z jadącego pociągu, następnie podążył do Warszawy, by spotkać się z Marianem i po raz pierwszy zostać jego formalnym podkomendnym. Marian w grudniu 1939 roku został warszawskim szefem Policji Polskiej Głównego Gubernatorstwa, tzw. granatowej. Jednocześnie zaangażował się w tworzenie podziemnych struktur. To on przyjął Jana do konspiracji.
Nigdy w życiu nie odczuwałem podobnych emocji. Krew pulsowała mi w uszach i skroniach. Myślałem, że zaraz zemdleję. Marian widząc moje przejęcie, szybko stwierdził, że przysięga została przyjęta i że wstąpiłem w szeregi organizacji, która powiedzie mnie do zwycięstwa.
Niemal tuż po przyjęciu do organizacji Kozielewski zaczął podróżować. Odwiedził Łódź, Kraków, Lublin, Poznań i Lwów. Właśnie wkraczał na drogę, która miała okazać się misją jego życia. Miał sporządzić raport na temat kształtowania się konspiracji i stanu kraju pod okupacją. Jeszcze w grudniu wraz z Marianem zabrał się do pisania. Była Wigilia.
Świętując Narodzenie Pańskie i tworząc kolejne partie raportu, spędziliśmy pierwszy dzień świąteczny. Po kolacji przepisaliśmy dokument na maszynie. Miał 25 stron.
Kozielewscy pisali w nim między innymi o sytuacji w miastach okupowanych przez Rosjan i Niemców, przy czym formułowali gorzkie spostrzeżenia na temat podejścia Polaków do Żydów.
Stosunek ich do Żydów jest przeważnie bezwzględny, często bezlitosny. Korzystają w dużej części z uprawnień, jakie nowa sytuacja im daje. Wykorzystują wielokroć te uprawnienia, często nadużywają ich nawet. Zbliża ich to w pewnym stopniu do Niemców.
Notabene ten fragment raportu zobaczyli tylko nieliczni. Przed publikacją we Francji paragraf został zastąpiony innym.
W wielu przypadkach Polacy okazują w widoczny sposób współczucie Żydom. Jest to tym bardziej charakterystyczne, że takie widoczne okazywanie współczucia może się kończyć lub często i kończy się źle dla tego, kto okazuje serce.
Do obróbki raportu przez władze emigracyjne i zastosowanej wobec niego cenzury jeszcze wrócimy. Na razie należy raport wysłać. W tym celu Jan jedzie do cerkwi na warszawskiej Pradze.
W najbliższej ławce ma siedzieć mężczyzna w jesionce z kołnierzem z karakułów, a obok leżeć taka sama gazeta jak moja. Mam do niego podejść i poprosić o zapałki, aby zapalić świeczkę w czyjejś intencji. Biorąc je, mam położyć na jego gazecie swoją z maszynopisem. Po zapaleniu świecy oddać zapałki i wyjść. Tyle.
Relacjonował. Kontaktem był jugosłowiański dyplomata, który raport wywiózł z kraju i przekazał Polakom. W ślad za raportem niewiele później podążył i Jan, by zdać ustne sprawozdanie, a także, jak się okazało, uczestniczyć w cenzurowaniu własnego dzieła. Karski ruszył w styczniu przez Zakopane, Słowację, Węgry, Jugosławię i Włochy. Wreszcie trafił do Iver, gdzie rezydował rząd wraz z generałem Władysławem Sikorskim. Tam zetknął się po raz pierwszy z polityką. Momentami brudną, brutalną i nie cofającą się przed niczym.
Mój mózg wymagał pilnego wyprania w pralni kota.
Mówił o spotkaniach i rozmowach z zaufanym człowiekiem generała, profesorem Stanisławem Kotem. To był czas rozliczeń z obozem przedwojennej władzy piłsudczykami. Kozielewski, wychowany w kulcie marszałka, musiał zmierzyć się z zupełnie innymi poglądami. Kot z Karskim wspólnie przeredagowali niemal cały raport. Niemal, bo jak później utrzymywał Karski, polski antysemityzm zniknął z raportu bez wiedzy jego autora i bez uzgodnień.
Oczywiście byłem wściekły na Kota, że aż tak mnie używał, ustalając, jak powinienem myśleć i pisać w ogóle nawet o tym mi nie wspominając. Przecież mógł o tym dyskutować ze mną bezpośrednio, jako w wielu innych kwestiach w raporcie.
Karno oficer z analitycznym umysłem zrobił duże wrażenie, szczególnie na wszechwładnym kocie. Zapewne dlatego Kozielewski otrzymał kolejną misję, znacznie poważniejszą niż zwykłego kuriera. Miał wrócić do kraju i być pośrednikiem między emigracyjnym władzami a najważniejszymi ludźmi konspiracji. Celem było scalenie często skłóconego podziemia. Pierwszym polskim przystankiem był Kraków. Kozielewski nie marnuje czasu. Organizuje spotkania z przedstawicielami ludowców i socjalistów. To właśnie wtedy pierwszy raz spotyka się z młodym, energicznym działaczem PPS Józefem Cyrankiewiczem. Ten dopiero za kilka lat zmieni się w komunistę i oportunistę. Na razie jest mocno zaangażowany w ruch niepodległościowy. W niedalekiej przyszłości pomoże uratować Kozielewskiemu życie. Może dlatego Karski nawet po kilkudziesięciu latach nie chciał go oceniać.
Wiedziałem jedno, że gdyby nie on, po prostu bym nie żył. Byłem mu wdzięczny bez względu na to, kim stał się później.
Niby w warunkach okupacji należało się tego spodziewać, ale ten cios spada na Jana jak grom z jasnego nieba.
Janku, Mariana zabrało dziś w nocy gestapo. Wyjdź spokojnie na ulicę, żeby nikt się nie zorientował. Spróbuj się ze mną skontaktować.
Usłyszał od Jadwigi, żony brata, gdy zapukał do jej drzwi w Warszawie. Aresztowanie Mariana to nie była wpadka konspiracji, tylko część hitlerowskiej akcji AB wymierzonej w polską inteligencję. W sumie aresztowano niemal 70 granatowych policjantów, oficerów. Marian, szef policji warszawskiej, zostaje wywieziony do Auschwitz. Udaje mu się przeżyć. Pomagają przedwojenne kontakty z dowódcami niemieckiej policji, które odkopuje żona. W maju 1941 roku zostaje zwolniony. Ciężko chory wraca do Warszawy, a po wyleczeniu do pracy konspiracyjnej. Sytuacja z bratem spowodowała, że Janek musiał głębiej się zakonspirować, ale misji nie przerwał. Do najważniejszego spotkania dochodzi w kamienicy na warszawskim Powiślu.
Przepraszam, że nie siedzę z panami przy stole, ale starość nie radość. Zjechał do nas z Paryża wyczekiwany od dawna wysłannik i emisariusz premiera i naczelnego wodza, pan Witold.
Witamy rozpoczął siedzący na kanapie lider PPS Kazimierz Pużak. Przy stole siedzą za to między innymi generał Stefan Rowecki, szef Organizacji Wojskowej, dowódca Związku Walki Zbrojnej, narodowiec Aleksander Dębski i ludowiec Stefan Korboński. Kozielewski przekazał dwa najważniejsze dezyderaty Sikorskiego, który oczekiwał wspólnego wyłonienia delegata rządu na kraj oraz wbrew nadzieją Roweckiego, który chciał kierować całym podziemiem wyraźnego oddzielenia organizacji wojskowej od cywilnej. Kozielewski zbiera też odpowiedzi działaczy, by przedstawić je na emigracji. Znów szykuje się do drogi.
Część trzecia. Wpadka, żyletka i zaraza. Nie byłoby pewnie aresztowania, gdyby nie upór Janka i złamanie przez niego podstawowych zasad konspiracji.
Wszystko moja wina.
Rzucił do przewodnika, gdy było już po wszystkim, a obu wyprowadzała kolaboracyjna słowacka policja. Plan przerzutu na zachód posypał się tuż po przekroczeniu słowackiej granicy. Miał tam czekać na nich samochód, by zawieźć ich na stację kolejową w Koszycach. Nie czekał. I musieli w ponad 100 kilometrową drogę wybrać się piechotą. Kozielewskiemu dokuczała mocno stara rana nogi, wymusił więc na przewodniku znalezienie noclegu. Kontakt nie był pewny. Gospodarz przyjmował kurierów za pieniądze, a poprzedni kurier po przenocowaniu w tym miejscu zaginął. Tu właśnie Janek złamał zasady. Taki lokal był spalony. Kurier uznał jednak, że przespać się musi. Spał mocno, do 4 rano, gdy usłyszał walenie kolbami w drzwi. Gospodarz okazał się kapusiem. Kolejnego dnia Słowacy przekazali aresztantów Niemcom. Na Kozielewskiego, rozpoczęła się gehenna. Przesłuchania były bardzo brutalne. Karski został kilkukrotnie skatowany.
Pomyślałem, że jedyną szansą ucieczki z tego miejsca jest śmierć. Muszę podciąć sobie żyły. Wygrzebałem ze słomy żyletkę, przyłożyłem ostrze do prawego nadgarstka i zacząłem ciąć z całej siły. Nie czułem bólu, nie widziałem krwi. Cisnąłem ze wszystkich sił i przesuwałem żyletkę.
Obudził się w szpitalu. Stracił dużo krwi, ale przeżył. Ze złamaną szczęką, pięcioma wybitymi zębami, czterema pękniętych żebrami i trzema złamanymi palcami.
Niech pan będzie jak najdłużej chory. Lepiej być w szpitalu niż w więzieniu. Rozumie pan.
Rzuciła pielęgniarka. Kozielewski zastosował się do rady. Po pewnym czasie Niemcy przewieźli go do Nowego Sącza. Tam udało się przekazać informacje o aresztowaniu polskiej konspiracji. Kilka dni później odwiedziła go zakonnica. To przynajmniej mieli uwierzyć dyżurujący pod drzwiami strażnicy. W rzeczywistości przy łóżku pacjenta pojawiła się Zofia Rysiówna. Po wojnie znana aktorka, w tym czasie członkini konspiracji. Karski poprosił o cyjanek, bojąc się, że nie wytrzyma następnych tortur.Rysiówna cyjanek przywiozła. Ale na tym nie poprzestała. Z informacją o aresztowaniu pojechała do Krakowa. Wróciła z torbą pieniędzy, które zorganizował Cyrankiewicz. Strażnicy polscy, granatowi policjanci zgodzili się za wynagrodzeniem na udział w spisku, a dla uzyskania alibi dali się uśpić herbatą ze środkiem nasennym.
Podziękuj sobie
Usłyszał od organizatorów ucieczki, gdy już było po akcji.
Mieliśmy dwa rozkazy. Pierwszy uratować i doprowadzić na miejsce. I drugi, jeśli się nie uda, zlikwidować. W przypadku jakichkolwiek komplikacji mieliśmy cię rozwalić, żebyś nie dostał się znowu w ręce niemieckie.
Sama akcja rozpoczęła się późną nocą. Karski, choć strasznie osłabiony, wydostał się przez okienko. Później, na granicy utraty przytomności, podtrzymywany przez innych, szedł pieszo, a następnie płynął łódką. Skrajnie wyczerpany dotarł do bezpiecznego miejsca. Po uwolnieniu przez pewien czas przechodził kwarantannę.
Musimy postępować jak w przypadku epidemii. Pan zwiał i znowu do nas trafia, a my się cieszymy, że pan jest. Chcielibyśmy się też cieszyć, że nie jest pan zarażony. Był pan na gestapo, przeszedł brutalne przesłuchania. Jednak z naszego punktu widzenia musimy zakładać, że może pan być potencjalnym nosicielem groźnej choroby, może nawet zarazy.
Usłyszał. Do pracy konspiracyjnej wrócił po kilku miesiącach, w czerwcu 1941 roku, dokładnie w chwili, gdy Niemcy zaatakowali Sowietów. Dlaczego go uratowano, organizując tak ryzykowną akcję? Był tak ważny, czy może tak niebezpieczny dla podziemia? I kogo przede wszystkim starano się ratować? To pytanie do historyka Grzegorza Dumały z Muzeum Historii Polski.
Czy był ważny, czy niebezpieczny? Myślę, że i to, i to. Niebezpieczeństwo, jakie się wiązało ze schwytaniem Karskiego, wiązało się z tym, jak był istotną postacią wówczas dla polskiej konspiracji, dla polskiego podziemia, ponieważ emisariuszy czy kurierów już w tym momencie było całkiem dużo. Natomiast Karski był w tym elitarnym gronie osób, którym faktycznie powierzano informacje ściśle tajne. Tak, on nie był człowiekiem, który po prostu przenosił pewnego rodzaju rzeczy czy dokumenty, czy mikrofilmy, ale bardzo dużo zależało od tego, co on sam wiedział i co sam przekazywał. Twarzą w twarz, czy też jadąc z Warszawy do do Francji, członkom rządu, czy też w drugą stronę, przekazując komunikaty rządu członkom konspiracji w kraju. Więc tak, on wiedział bardzo dużo, znał konkretne nazwiska, konkretne adresy czołowych działaczy ówczesnej konspiracji, zarówno wojskowe, jak i cywilne. Więc jakby gdyby ta wiedza już w tym momencie, na samym początku właściwie wojny wypłynęła i została przekazana, znaczy zdobyliby ją Niemcy. To by oznaczało właściwie upadek całego, całego, całej konspiracji już u samego zarania.Tak, waga jego osoby była bardzo duża i to właśnie widzimy po samej akcji, która jest zorganizowana bardzo szybko. Angażują się w nią zarówno siły PPS-u krakowskiego, czyli jakby tego skrzydła stronnictw politycznych, a także konspiracji wojskowej ZWZ.
Został przydzielony do Biura Informacji i Propagandy, miał analizować postawy polityczne społeczeństwa, czytał gazetki podziemne, później działał w nasłuchu radiowym. A następnie redagował biuletyn sztabowy dla ścisłego dowództwa podziemia. Przywódcy konspiracji szykowali jednak dla niego inne zadanie. Nikt jeszcze wówczas nie spodziewał się, jak ważna okaże się ta misja. Był listopad 1941 roku, gdy spotkał się z delegatem rządu na Kraj Cyrylem Ratajskim, który oznajmił.
Zostałem przekonany, że powinien pan pojechać z misją do Londynu, bo pańska misja do Iver została brutalnie przerwana.
Karski miał przekazać emigracyjnym władzom informacje o sytuacji w kraju, stanowisko władz podziemnych, a także stronnictw politycznych. Po kolejnej rundzie konspiracyjnych spotkań czekało go mnóstwo nauki na pamięć. Jego misja opierać się miała w dużej mierze na przekazie ustnym. Ale jak się okazało, nie było to jedyne zadanie. Być może na prośbę Ratajskiego spotkał się też z przedstawicielami konspiracji żydowskiej, m.in. z Romanem Knole, przedwojennym dyplomatą oraz Leonem Feinerem, działaczem Bundu. Miał zostać emisariuszem również ich sprawy.
Należy jasno przedstawić sytuację. Niemcy postanowili zgładzić wszystkich Żydów. Nie planują uczynić z nas niewolników jak z Polaków czy innych podbitych nacji. Zginiemy wszyscy. Jedyna nadzieja jest w pomocy z zewnątrz. Mogą ją zapewnić tylko potężni alianci. Cała odpowiedzialność za nasz ratunek spoczywa teraz na nich.
Usłyszał od jednego z nich. Na tym nie koniec. Spełnienie drugiej prośby wymagało ogromnej odwagi.
Jako prawnik wie pan, jaką wartość dowodową ma relacja naocznego świadka? A jaką relacja zasłyszana? Dlatego pytanie brzmi czy zdecyduje się pan wejść w przebraniu do getta, dokładnie zapamiętać, co tam zobaczy oraz zrelacjonować podczas pańskiej misji wszystkim, którzy zechcą tego wysłuchać.
Kozielewski zapalił papierosa, na chwilę się zamyślił, a potem zgodził się. Pod warunkiem, że zielone światło dadzą jego przełożeni z podziemia. Przesłanie to miało wkrótce stać się sednem działania Karskiego. To z nim dotarł do najważniejszych alianckich przywódców, by rzucić grochem o ścianę. Podobnie zresztą jak w przypadku kwestii polskiej. Na razie jednak miał naocznie spotkać się z koszmarem.
Część czwarta. Świadek. Wstąpienie do piekła. Czy wymiotował? To najbardziej interesowało amerykańskich wydawców jego książki.
Amerykanie chcieli, abym w książce po powrocie z obozu bez przerwy rzygał z wrażenia i przerażenia. Nic tak nie przekonuje czytelnika, jak przyznawanie się do wymiotów. No to rzygałem.
Kozielewski wówczas już znajdował się w Stanach Zjednoczonych, a wojna zmierzała ku końcowi. Najważniejsze decyzje w sprawie Polski już zapadły. Książka opisująca jego przeżycia miała być głosem przypominającym o porzuconym aliancie. Karski ugiął się przed wolą wydawców. W rzeczywistości, jak mówi, nie wymiotował. Już nie. To zdarzyło się, gdy w 1939 roku zobaczył pierwsze niemieckie trupy.
Z zaskoczeniem uświadomił sobie, że widok bestialstwa, a przede wszystkim martwych ludzi, przestaje robić na nim takie wrażenie, jak jeszcze rok temu. wojna spychała go w odczłowieczające zobojętnianie.
Pisze w biografii Karskiego Waldemar Piasecki. Dla Kozielewskiego była to już trzecia wyprawa do piekła, piekła zgotowanego Żydom. Tym razem wszedł do obozu przejściowego w Izbicy, będącej ostatnim przystankiem przed obozem koncentracyjnym w Bełżcu. Wcześniej dwukrotnie wyprawiał się za mury warszawskiego getta. Była ósma rano, ostatniego dnia sierpnia, gdy Kozielewski stanął przed wejściem do kamienicy na ulicy Muranowskiej. Przez piwnicę wraz z przewodnikiem dostał się do podkopu. Tam przebrał się w poszarpaną marynarkę, bez guzików, z opaską z gwiazdą Dawida i podarte spodnie ze sznurkiem zamiast paska.
Idąc chodnikiem potykaliśmy się o kobiety, mężczyzn i dzieci. Byli wychudzeni, głodni i chorzy. Panował smród. Ulice były niesprzątane, rynsztoki wypełnione fekaliami i trupy nagie, trupy. Nagie? Spojrzałem na przewodnika, bo jak ktoś umrze, to rodzina zabiera jego ubranie, żeby się jeszcze komuś przydało. Dobrze, jak zdąży rodzina. A trupy, trupy zostają, bo ludzi nie stać na pochówek. Widziałem umierające na moich oczach dziecko i konającego starca.
Karski wszedł do getta dwa razy. Podziemne władze pozwoliły mu, bo akurat wówczas w zamkniętej dzielnicy było nieco bezpieczniej. Niemcy wstrzymali wywózki. By świadectwo było pełne, przedstawiciele żydowskich organizacji zaproponowali, by Karski zobaczył też obóz zagłady. Długo mówiło się, że tym obozem był Bełżec. Karski temu nie zaprzeczał. Wiele lat po wojnie pojawiły się przypuszczenia, że wszedł do obozu przejściowego w Izbicy. Znów posłuchajmy fragmentu jego biografii. Kiedy siedliśmy do pracy nad jednym życiem, zdecydował, że kwestia w książce zostanie wyjaśniona. Zdążył powiedzieć tyle, że idiotą nie był i zbyt wielu ludzi wiedziało, że był w Izbicy, aby ryzykować forsowanie wariantu bełżeckiego. Bełżec był jednak miejscem rozpoznawalnym na Zachodzie, dodatkowo funkcjonalnie powiązanym z izbicą. Dlatego w przekazie dokonano stosownego uproszczenia, podając, że był w Bełżcu. Nie ja jednak o tym w Londynie zadecydowałem. Byłem na to stanowczo za krótki. To były szczeble ściśle kierownicze, bliskie Sikorskiemu. Do obozu wjechał ciężarówką w mundurze ukraińskiej służby wartowniczej. Z odległości ledwie 40 metrów obserwował załadunek do pociągu.
Oficer SS odpowiadający zapewne za załadunek, stanął przed tłumem Żydów. Nogi rozstawił szeroko. Rue! Rue! Spokój! Wrzasnął. Wszyscy Żydzi mają wejść do wagonów. Pojedziecie tam, gdzie jest dla was praca. Ma być porządek. Nie wolno się pchać ani opóźniać załadunku. Kto będzie wywoływał panikę albo stawiał opór, zostanie zastrzelony.
Następnie hitlerowiec z pistoletu oddał trzy strzały do tłumu. Strzał rozległy się też z tyłu. Ludzie ruszyli w stronę rampy. Osoby, które z niej spadały, były rozstrzeliwane. Gdy do wagonu wepchniętych zostało około stu osób, Niemcy zamykali drzwi. Kozielewski naliczył 46 wagonów.
Część piąta. Francuski łącznik i polskie piekiełko. Nazywał się Paul. Paul Belo. Był Francuzem pracującym w Warszawie, który udawał się na zasłużony urlop. Wiózł nawet pierścionek dla paryskiej narzeczonej. Legenda i dokumenty były autentyczne. Ich właściciel miał na pewien czas zadekować się w Warszawie, a dopiero po dwóch tygodniach zgłosić kradzież. Problem był tylko z językiem. Kozielewski mówił po francusku, ale udawać Francuza nie mógł. Postanowiono, że w Niemczech będzie mówił po niemiecku, a po przekroczeniu granicy Belgii będzie udawał, że go bardzo bolą zęby i z tego powodu pytającym odpowie jedynie nieartykułowanymi dźwiękami. Odpowiedzialność spoczywała na nim ogromna. Wiózł ustne przekazy od najważniejszych przedstawicieli Polskiego Państwa Podziemnego oraz społeczności żydowskiej. Równolegle ze względów bezpieczeństwa kurierzy wieźli trasą przez Budapeszt raporty o Zagładzie przygotowane przez Biuro Informacji i Propagandy AK na mikrofilmie, który miał przy sobie Karski, również znajdowały się świadectwa niemieckich zbrodni na Żydach.
List bundu oraz protest frontu Odrodzenia Polski. Mikrofilm ukryty został w kluczu do drzwi. Materiały te Karski przekazał we Francji komórce polskiego podziemia. Dotrą one do Londynu wcześniej niż on sam. Do Lyonu. Podróżował bardzo wygodnie pociągiem przez Berlin, Brukselę i Paryż. Schody zaczęły się, gdy miał przekroczyć granicę z Hiszpanią. Umówiony przewodnik, który miał go przeprowadzić przez Pireneje, nie zjawił się. W pobliżu granicy Kozielewski, który porzucił już tożsamość Bellota, dwa i pół dnia spędził ukryty w niewielkiej rybackiej łodzi.
Wielokrotnie miałem ochotę wyjść z kryjówki i rozprostować kości. Powtarzałem sobie wtedy w duchu Pamiętaj, Słowację, pamiętaj Preszów.
Ostatecznie granicę przekroczył w węglarce pociągu, w której przemycano ludzi do Hiszpanii. Potem już było z górki. Z Barcelony przez Madryt udał się na wybrzeże. Łódką przedostał się na Gibraltar. Stamtąd samolotem do Londynu. Tam niemal natychmiast spotkał się z premierem. Stanisław Mikołajczyk obejrzał jego pokryte bliznami po próbie samobójczej nadgarstki, a następnie mimo protestów emisariusza, zalecił mu trzy dni odpoczynku.
Żadnych zadań i żadnych spotkań. Musi pan dojść do siebie. Pańska misja może mieć dla nas historyczne znaczenie. Nie ma miejsca na żadne błędy. Materiały dostarczone w kluczu zostały już opracowane. Od poniedziałku zacznie pan dyktować swój raport.
Emisariusz właśnie zmieniał się w świadka i dyplomatę. Kwestia poprawy wizerunku urośnie do rangi ważnego problemu. Sprawą mikrofilmu i przekazanych materiałów rząd zajął się szybko. Już po kilku dniach wydał uchwałę.
Obecnie okupant osiągnął szczyt swego wyuzdania i morderczości masowymi i zorganizowanymi mordami. Celem jest wyniszczenie narodu polskiego i zupełne wytępienie Żydów w Polsce do końca bieżącego roku.
Za to z wystawieniem na świecznik Kozielewskiego postanowiono się wstrzymać. Najpierw czekała go najrzmudniejsza część pracy. Miał skrupulatnie dyktować sekretarce odpowiedzi na pytania wodza naczelnego i nie krępować się w wyrażaniu opinii. Maszynopis musiał pozostać w pokoju, w którym go dyktował. Ostateczny raport miał zostać opublikowany dopiero po uzgodnieniach wśród emigrantów. Przybysz z kraju i to z tak bogatą podziemną kartą wzbudził sensację.
Wyprzedzała go renoma związana z bohaterską postawą podczas tortur i ucieczką z rąk gestapo, podczas tajnych rekonesansu do getta i obozu oraz rangą dostarczonych do Londynu materiałów. Był do tego przystojny, elegancki i niesłychanie pewny siebie. Wydawało się, że jest przekonany o swojej zdolności do uczestniczenia w sprawach najwyższej wagi. Kiedyś wyznał mi, że nie zależy mu na tym, aby był w życiu szczęśliwy, ale by stał się znany ze względu na swe bohaterstwo.
Wspominała po latach sekretarka Walentyna Pacewicz, która spisywała jego raport. Nie wszyscy przyjęli jednak pioruna, jak zaczęto mówić o nim w Londynie entuzjastycznie. Tam czekało na niego polskie piekiełko. Część środowisk oficerskich zbliżonych do sanacji uważało, że współpracując z rządem Sikorskiego, sprzeniewierzył się pamięci Piłsudskiego i że wspierając ten rząd popiera zmianę granicy na wschodzie. Karski nawet po latach nie krył wzburzenia i goryczy.
Służyłem ojczyźnie polskiej, a nie żadnemu z jej plemion. Tak samo stawałem na baczność przed generałem Władysławem Sikorskim i generałem Kazimierzem Sosnkowskim. Nie mogłem się pogodzić z tym, że oni nie potrafią pogodzić się ze sobą żadnego z nich. Zaprzeć się i zdradzić przeciwko drugiemu nie mogłem. Można było od tego zwariować.
O tym, czy i na ile była to wojna bezwzględna i o co w niej chodziło. Historyk Grzegorz Dumała.
Można powiedzieć, że te podziały zaczęły się już przed wojną. Tutaj mamy przede wszystkim napięcie między przed wrześniową opozycją wobec rządów sanacyjnych oraz całym środowiskiem sanacji i członkowie zarówno tego środowiska, jak i tego znaleźli się na emigracji we Francji i włączyli się równocześnie w tworzenie władzy na obczyźnie. Ten konflikt, który na samym początku, zaraz między wrześniem a grudniem, czyli w tym momencie, w którym rząd uchodźstwie się tworzył, udało się jakoś uśmierzyć, pogodzić, dojść do pewnego kompromisu, który tak naprawdę też do końca nie każdego zadowalał. Bo jednak był ten podział władzy miedzy właśnie premierem, naczelnym wodzem Władysławem Sikorskim, który właśnie był tym przywódcą tej strony anty sanacyjnej, można powiedzieć tak w dużym skrócie, a także prezydentem Raczkiewiczem czy ministrem Zalewskim spraw zagranicznych, którzy tworzyli to środowisko piłsudczykowskie. Czy właśnie tutaj też pretendujący do roli komendanta ZWZ, pełniący przez jakiś czas funkcje Kazimierz Sosnkowski. Sam Karski też się jakoś w tym odnajdywał. No faktycznie był człowiekiem apolitycznym w praktyce swojego działania. Sam biograficznie przez przez działalność swojego brata był raczej związany ze środowiskiem piłsudczykowskim, aczkolwiek bardzo szybko też nawiązał kontakty bliskie ze środowiskiem generała Sikorskiego. Widzimy już po samej jego biografii, że on rzeczywiście był człowiekiem, można powiedzieć środka.
Kozielewski sam na wojnę polsko-polską wybierać się nie zamierzał. Tym bardziej, że zaczął realizować kolejne punkty swojej misji. Najpierw spotkał się z przedstawicielami Żydów w Radzie Narodowej. Te rozmowy trwały często długo. To, co miał do przekazania, nie było dla nich nowiną. Jego relacja była potwierdzeniem strasznych informacji. Mówili, że mimo kolejnych świadectw w Anglii wielokrotnie spotykają się z powątpiewaniem w taki ogrom bestialstwa.
Nie wszystko, co się dzieje w okupowanym kraju, jest tu oczywiste. Wielu relacjom się nie dowierza albo uważa je za przesadzone czy zmyślone.
Mówił jeden z rozmówców Karskiego w czasie spotkania. Kozielewski miał dać kolejne świadectwo, które przełamie niewiarę. Trafił na czas, gdy o eksterminacji Żydów zaczęto mówić dużo więcej. 10 grudnia rząd polski wydał oficjalną notę do rządów alianckich w sprawie masowej eksterminacji Żydów. W tym czasie Kozielewski kończył dyktować, a zaczynał zakuwać. Na zlecenie zwierzchników przygotowywał wystąpienie, w którym przedstawić miał Brytyjczykom i Amerykanom sytuację w okupowanym kraju oraz tragedię ludności żydowskiej. Referat miał mieć sztywne ramy, trwać około pół godziny, posiadać dramaturgię, by nie zanudzić słuchaczy i być po angielsku języku, w którym Kozielewski nie czuł się zbyt dobrze.
To jest drewniany, nie przekonuje. Napisz to na jutro jeszcze raz porządnym angielskim daj mi do korekty, a potem wyćwicz na blachę.
Skwitował pierwszą próbę jego mentor i doradca Sikorskiego, dr. Józef Retinger. Dorzucił też zakończenie o polskiej wierze w Churchilla i Roosevelta. Na pierwszy ogień poszedł ambasador brytyjski przy polskim rządzie. Przy okazji tego właśnie spotkania w miejsce Jana Kozielewskiego pojawił się Jan Karski. Pseudonim ten, łatwiejszy do przyswojenia przez Anglosasów, miał pozostać przy emisariuszy do końca życia. Po pierwszym spotkaniu przyszły następne. Wreszcie Karski przyjęty został przez szefa brytyjskiej dyplomacji. sir Anthony'ego Edena. Spotkanie zaczyna się świetnie. Ale kończy dyplomatycznym zgrzytem.
Nie do uwierzenia, ile alianci mogą zawdzięczać tak oddanym młodym ludziom jak Pan. Dziękuję Panu w imieniu rządu Jego Królewskiej Mości. Cieszę się, że pana poznałem.
Mówi Eden. Po wysłuchaniu raportu Karski daje się ponieść emocjom i popełnia błąd. Prosi o ułatwienie spotkania z samym Churchillem. Atmosfera momentalnie staje się lodowata. Wspominał Karski.
Eden skamieniał, uśmiech natychmiast zniknął z jego twarzy. Nie, nie mogę na to pozwolić. Ludzie nie mają pojęcia, jaki ciężar niesie na swoich barkach premier. Wszystkim się zdaje, że jest silny, ale tak nie jest.
Więc zapewniam pana, że wszystko z naszej rozmowy powtórzę panu premierowi, nawet to, jak wyglądają pańskie blizny na rękach. Nie będę jednak sugerował mu spotkania z panem. Dostałem obuchem przez łeb. Nie mogłem wykrztusić słowa. Stojący za plecami ministra Retinger wygrażał mi pięścią.
Retinger był wściekły. Swoją prośbą Karski zatrzasnął drzwi do gabinetu premiera, choć audiencja ponoć była już w trakcie uzgodnień. Nie zamknął sobie natomiast drogi do Edena, który emisariusza zaprosił jeszcze raz. Karski był pytany między innymi o pomoc Polaków dla Żydów oraz o sytuację w kraju, w tym o potencjalne reakcję Polaków na możliwą zmianę granic na Wschodzie. Odpowiedział ministrowi, że jego zdaniem w razie zawarcia paktu przez rząd londyński, polskie podziemie natychmiast wypowiedziałoby posłuszeństwo i sformułowało własne władze. Za to dostał potężną burę od samego Sikorskiego.
A no właśnie ja. Pańskie ja już widać pana przerasta. Już pan zaczyna uprawiać jakąś swoją politykę. Woda sodowa odbiła? Od dziś ma pan ścisły zakaz komentowania czegokolwiek, co ma związek z rządem czy jego pracownikami. O rozmowie z Edenem nikt nie może się dowiedzieć.
Karski był jednak zbyt potrzebny polskiemu rządowi, by go uciszyć lub się go pozbyć. Umawiane są kolejne spotkania z wpływowymi parlamentarzystami, a także dziennikarzami. To wówczas Karski zrozumiał, co jest najtrudniejsze i kluczowe w jego misji: Przekonanie zagranicznych rozmówców, że nie zmyślił historii.
Towarzyszyło mi dziwne wrażenie, że on ma świadomość tego, co w jego zadaniu najtrudniejsze. Przekonać ludzi, że mówi prawdę.
Pisał jeden z dziennikarzy. Kwiecień 1943 roku dla sprawy polskiej okazał się przełomowy. Po tym, jak Niemcy odkryli groby polskich oficerów w Katyniu, Sowieci zerwali stosunki z rządem polskim na emigracji. Alianci, nie chcąc zadrażnić stosunków z sojusznikiem, schowali głowę w piasek. Wtedy też zapadła decyzja co do Karskiego.
Pojedzie pan do Stanów Zjednoczonych. Będzie pan robił to, co tu. Nie dajemy panu żadnych instrukcji.
Rzucił mu podczas spotkania generał Sikorski.
Część szósta. Ameryka i wstrząśnięty prezydent.
Prezydent jest tak wstrząśnięty opowieścią tego młodego człowieka, że nie mówi o niczym innym.
Podsumował rozmowę z Rooseveltem sekretarz stanu. Był 29 lipca 1943 roku. Spotkanie odbyło się dzień wcześniej. Nim jednak wraz z naszym bohaterem spotykamy się z prezydentem, prześledźmy drogę do Białego Domu. Ścieżka przez waszyngtońską dżunglę była naprawdę kręta. Karski Pozostańmy już przy nazwisku, którego do końca życia używał Emisariusz. Po raz pierwszy postawił nogę na amerykańskiej ziemi w czerwcu, po tygodniowej podróży statkiem.
Wysoki, ciemnowłosy, młody mężczyzna o uderzającej powierzchowności, jakby przeszedł przez wielkie cierpienia i głód, a którego płonące oczy wyrażały ostrą inteligencję pomieszaną z dziecinną szczerością.
Notował pierwsze wrażenia polski ambasador Jan Ciechanowski. To on miał być dla Karskiego przewodnikiem po politycznych labiryntach stolicy Stanów Zjednoczonych. Ale, ale nie tak prędko. Czas na kolejną metamorfozę bohatera. W Londynie był odpoczynek i dentysta. W Waszyngtonie dermatolog, a do poprawy cera.
Ma pan wyglądać jak amant filmowy. Wtedy chętniej będą pana słuchali
tłumaczył Ciechanowski.
Doświadczony dyplomata do ludzi wypuścił przybysza dopiero po kilkunastu dniach 5 lipca w budynku ambasady Karski spotkał się z przedstawicielami waszyngtońskiego establishmentu. Większość z nich formalnie nie zajmowała ważnych stanowisk politycznych, ale mieli dwie wspólne cechy. Dobrze znali Roosevelta i byli Żydami. To właśnie wypowiedź jednego z nich stała się być może najbardziej znanym, a jednocześnie najbardziej dramatycznym i gorzkim komentarzem do misji Karskiego. Poznajmy tego człowieka.
Czy pan wie, kim jestem? Zapytał Frankfurter Karskiego. Jestem sędzią Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych. Jedną z najważniejszych osobistości w tym kraju. Czy pan wie, że jestem Żydem? Doprecyzował. Tak jest. Mówił mi o tym pan ambasador. Niech więc mi pan opowie wszystko o tym, co się dzieje z Żydami pod okupacją w pańskim kraju. Wszystko, co pan widział i wszystko, co pan wie.
Nim jednak dojdziemy do konkluzji tego spotkania, odstąpimy na chwilę od chronologii zdarzeń. Komentarz sędziego Sądu Najwyższego i jednocześnie pochodzącego z Austrii Żyda to klamra podsumowująca całą misję Karskiego. Zostawmy ją więc. Na koniec tej części. Karski odbywał kolejne rundy spotkań. Zastępca szefa amerykańskiej dyplomacji, szefowie wydziałów Europy Wschodniej, dyplomaci pracujący wcześniej w Związku Sowieckim, prokurator generalny, doradca ekonomiczny prezydenta. Przy okazji spotkania z tym ostatnim rozmówcą ambasador Ciechanowski chciał ugrać coś jeszcze. Kredyty na broń i wyposażenie dla AK.
Muszą wyjść przekonani, a zwłaszcza face, że inwestując w nasze podziemie będą mieli całe bataliony takich jak ty kowbojów
tłumaczył Ciechanowski.
Karski wywiązał się z zadania znakomicie. Jego zaangażowanie pomogło w uzyskaniu decyzji o przyznaniu finansowania. Misja Karskiego nie ograniczała się do spotkań z urzędnikami. Rozmawiał także z wojskowymi, amerykańskimi i polskimi i robił świetne wrażenie. Posłuchajmy jednego ze słuchaczy.
Karski jest bardzo gładki, obyty i śmiały w towarzystwie i to w każdym towarzystwie. Znać po nim, że przywykł do trudnych sytuacji. W konspiracji, A może na badaniach w gestapo nauczył się nie odpowiadać od razu z miejsca na zadawane pytania. Stosuje on ciekawą metodę; najpierw dokańczanie tego, co przed chwilą mówił on, a dopiero po tym zyskując czas do namysłu, odpowiada na pytania. To niezły chwyt.
Sprawą próbował zainteresować też dziennikarzy. Jeden z nich, Walter Lipmann, laureat Pulitzera, najważniejszej amerykańskiej nagrody dziennikarskiej, nazwał go przybyszem z piekła. Rezultatem kontaktów z przedstawicielami najważniejszych gazet była seria artykułów. Telefon w pokoju hotelowym zadzwonił kilka minut po ósmej rano. Nie było czasu do stracenia. Ciechanowski poinformował Karskiego, że na wyszykowanie się mają ledwie dwie godziny. O 10.30 mają już być w Białym Domu. Roosevelt przyjął ich w prywatnych apartamentach mieszczących się na drugim piętrze. W tym czasie rzadko je opuszczał. Ze względu na chorobę poruszał się głównie na wózku. Zadawał chwilami bardzo szczegółowe, ale i dziwne pytania, m.in. o bydło i konie, a także o skalę korupcji wśród Niemców. Nie zabrakło oczywiście pytań o ogólną sytuację kraju, organizację i strukturę państwa podziemnego, a także o położenie Żydów.
Po wysłuchaniu ostatniego fragmentu o zagładzie żydowskiej, prezydent rzucił; Z niemcami porachujemy się po wojnie za wszystko, co zrobili. Największa i prawdziwa pomoc, jakiej możemy udzielić, wiedzie poprzez zwycięstwo, jak najszybsze pokonanie Hitlera, powtórzył swoje credo w sprawie żydowskiej Rescue Through Victory, które doprowadzało oczekujących ratunku do białej gorączki. O tym nie raportowano.
Komentował po latach Karski. Rozmowa z prezydentem trwała ponad godzinę, dwa razy dłużej niż planowano. Po spotkaniu pisał w raporcie ambasador Ciechanowski.
Tylokrotnie mając możność przy rozmowach poznać nastroje prezydenta Roosevelta, stwierdzam, że nigdy jeszcze nie widziałem go tak głęboko zainteresowanego, całkowicie zaabsorbowanego, nawet jak przy tej okazji. Podkreślam tu fakt, że prezydent, który tak lubi sam dużo mówić, przy rozmowach wysłuchiwał pana Karskiego, nie przerywając mu. Sekretarz stanu Hull wczoraj, gdy do niego wszedłem na rozmowę, powitał mnie słowami Prezydent wydaje się tak wstrząśnięty po rozmowie z młodym człowiekiem, że nie mówi o niczym innym.
Karski też był wstrząśnięty. Usłyszał od prezydenta, że w kwestii polskich granic trzeba będzie pójść na ustępstwa wobec Stalina, a Żydzi tak naprawdę nie doczekają się realnej pomocy. Do tego przecież sprowadzało się zdanie o pomocy przez zwycięstwo w wojnie. Wizyta u prezydenta nie zakończyła misji Karskiego, wręcz przeciwnie, wydłużyła tylko listę spotkań. Dostarczano ją z Białego Domu do ambasady. Emisariusz pojechał między innymi do Nowego Jorku i Detroit. W dużej mierze dzięki jego relacji powstało sporo artykułów prasowych. Efekt? Jak grochem o ścianę. Czas na koniec wrócić do gabinetu w polskiej ambasadzie i pierwszego spotkania z sędzią Sądu Najwyższego. Po wysłuchaniu raportu Felix Frankfurter wstał z fotela i kilka minut chodził w milczeniu po pokoju. Wreszcie usiadł. I wówczas padły owe znamienne słowa
Panie Karski, człowiek taki jak ja, rozmawiając z człowiekiem takim jak pan, musi być absolutnie szczery. Mówię zatem panu Nie jestem w stanie uwierzyć w to, co usłyszałem.
Ponad pół wieku później uznanego profesora Jana Karskiego odwiedził w domu siwy mężczyzna z charakterystyczną, bujną fryzurą. To był Szewach Weiss, ówczesny przewodniczący Knesetu izraelskiego parlamentu, urodzony w Polsce Żyd, odniósł się do słów Żyda amerykańskiego.
Woleli nie wierzyć, bo jakby uwierzyli, to musiałyby pójść za tym czyny.
Weiss był tym spośród nielicznych, któremu mimo braku pomocy Zachodu udało się przeżyć. Czy rzeczywiście tak było, jak myślał Weiss I dlaczego misja Karskiego nie spowodowała reakcji Zachodu? O tym historyk Grzegorz Dumała.
Można powiedzieć dosyć brutalnie, że zatrzymanie Zagłady nie było z pewnością priorytetem żadnego z mocarstw walczących w tej wojnie. Priorytetem było przede wszystkim wygranie wojny, ale oni też widzieli i to można zrozumieć, że jedyną właściwie możliwą dla nich drogą do zatrzymania zagłady Żydów jest właśnie wygranie wojny. Tak. To znaczy im więcej środków włożymy w przygotowania militarne, w organizowanie ofensyw, otwieranie nowych frontów, tym szybciej zadusimy tą nazistowską potęgę i zatrzymamy ten morderczy proceder. Raczej nie udałoby się zatrzymać Zagłady jako takiej, bo trudno wyobrazić sobie, jakie działania można byłoby realnie podjąć w tym kierunku. Trudno wyobrazić sobie środki dyplomatyczne, które by oddziaływały w jakikolwiek sposób na nazistowskie Niemcy. Tak, Jakiekolwiek próby odwetu. Raz, że dwuznaczne, dwuznaczne moralnie. Z drugiej strony czy by wpłynęły na reżim nazistowski? Wydaje się, że nie. No, to chyba nie jest czynnik, który którym on się szczególnie przejmował. Natomiast z pewnością można było uczynić więcej, żeby. Żeby ratować dziesiątki, dziesiątki tysięcy osób w Europie. I to zaczęto robić, ale na przykład ze Stanów.Ze strony Stanów Zjednoczonych. Takie wysiłki zostały podjęte na początku 44 roku. Realne, ale też też pewne decyzje zostały podjęte przed, przed przybyciem Karskiego na Zachód, ponieważ musimy pamiętać o konferencji, która odbyła się w kwietniu 43 roku, gdzie właśnie deliberowano na temat tego, jak, w jaki sposób można zatrzymać zagłady Żydów. I właśnie zapadł taki wniosek, że realną, jedyną realną pomocą jest wygranie wojny.
Część siódma to nie sezon na Polskę. Powrót do Polski, do konspiracji i do narzeczonej. Taki był cel Karskiego od chwili wyjazdu. Miał tylko dokończyć swoją misję. Jeszcze gdy był w Stanach Zjednoczonych, pojawiły się sygnały, że emigracyjne władze zmieniły pierwotny plan. Znalazłszy się w Londynie we wrześniu Karski dowiedział się, że powrót do kraju jest niemożliwy.
Od pewnego czasu na terenie Stanów Zjednoczonych prowadzi aktywną działalność osobnik przedstawiający się jako Jan Karski. Jest prezentowany jako działacz polskiego podziemia. Ukrywa swoją przeszłość, będąc w rzeczywistości bolszewickim agentem na usługach amerykańskiego żydostwa.
Te kilka zdań w praktyce zamykało mu drogę do Polski. To meldunek z nasłuchu radiowego. Komunikat miało nadać niemieckie radio. Karski miał zostać zdekonspirowany.
Na powitanie dostałem obuchem przez łeb. Jestem spalony. Zauważyłem ponuro. Mikołajczyk przytaknął i dodał zaraz, że nie zamierza wysyłać mnie do Polski na pewną śmierć. Jeżeli mówią tyle, to pewnie wiedzą o wiele więcej. Musieli posyłać za mną agentów lub ich mieć w gronie, w jakim się pojawiałem.
Sprawa jasna i rozstrzygnięta. Koniec i kropka. Tylko czy na pewno? A no właśnie. Doktor Rettinger odsunięty na polityczny margines po śmierci Sikorskiego i nominacji Mikołajczyka na premiera sugerował, że takiej audycji nigdy nie było, a brak zgody na powrót Karskiego do kraju wiązał się z grą polityczną. Karski też nie znalazł radiowej depeszy, żadnej informacji, choć skierowany został do pracy w polskiej radiostacji Świt, umiejscowionej w siedzibie brytyjskiego wywiadu.
Kiedy nie udało mi się dotrzeć w letchneypark do jakiejkolwiek informacji na temat audycji niemieckiej, która tak przeraziła Mikołajczyka, że aż nie pozwolił mi jechać do kraju, zacząłem coraz poważniej brać pod uwagę podejrzenie Retingera, że mógłbym tam komuś psuć szyki, na przykład dostarczając niezbitej wiedzy o nikłych szansach pomocy z Zachodu. A może tylko w robieniu świństwa bratu?
Podejrzenie było tym bardziej zasadne, że raport z wizyty w USA przygotowany dla polskiego podziemia przepadł, a brat Jana Marian ze względu na upolitycznienie sprawowanej funkcji zrezygnował ze stanowiska głównego Inspektora Korpusu Bezpieczeństwa, czyli podziemnej policji. Zapewne uprzedził tym swoją dymisję. Karski na swój sposób próbuje wesprzeć sprawę polską. Nadal spotyka się z dziennikarzami, sam też pisze artykuły. To zapewne on jako pierwszy używa określenia Polskie Państwo Podziemne. Niewiele później znów rusza za ocean, by podbić Hollywood. Tak, tak. Hollywood. Pomysł na film o polskim podziemiu zrodził się już podczas poprzedniej wizyty. Karski widział, jaki wpływ na Amerykanów i ich poglądy miały kolejne wielkie produkcje. Projekt realnych kształtów zaczął nabierać w Londynie. W tworzeniu scenariusza uczestniczyła słynna reporterka Marta Gelhorn, żona jeszcze słynniejszego pisarza Ernesta Hemigwaya. Z gotowym scenariuszem i wielką wiarą w sukces Karski uderzył do wielkich wytwórni i zderzył się ze ścianą. Słuchano go chętnie, nazywano bohaterem. Ale oto, co napisał do rządu po trzech miesiącach.
Po pierwsze brak armat. Nie da się zrobić filmu bez pieniędzy. Liczenie na to, że jakaś wytwórnia zaryzykuje, to iluzja. Tematyka wojenna w Hollywood wyhamowuje tylko przez ostatni rok. W związku z tym producenci stracili dwa miliony dolarów, a po drugie wytwórnie boją się dezaktualizacji tematu. Co będzie, jeżeli okaże się za parę miesięcy, że jedyną żywotną siłą, która ma przyszłość w Polsce, są ośrodki komunistyczne? Kompromitacja i klapa dystrybucyjna filmu. Po trzecie, razi ich antysowieckość. Ich zdaniem polega ona nie tylko na krytyce agentury komunistycznej, ale i na tym, że w ogóle nie pokazuje się, że jakiś ruch oporu poza londyńskim w okupowanej Polsce istnieje.
Ambasador Ciechanowski podsumował to krótko.
Nie martw się, Johnny. Po prostu to nie sezon na Polskę.
Jak nie film, to może chociaż książka? Tego pomysłu uczepił się Karski po tym, jak na wystawie w jednej z nowojorskich księgarni zobaczył powieść Zofii Kossak-Szczuckiej. Praca nad książką ruszyła w kwietniu 1944 roku. Początkowo łączył pisanie ze spotkaniami z dziennikarzami. Od czerwca praktycznie zamknął się w hotelu.
Pracowałem tak intensywnie, jak nigdy dotąd w życiu. Harowałem w dzień i w nocy, śpiąc po cztery, pięć godzin na dobę. Wkrótce pokój hotelowy był tak zawalony papierami, że trzeba było wynająć drugi, w którym mogłem tylko nocować i trochę odpoczywać. Ostatecznie do końca lipca powstał skrypt liczący 611 stron maszynopisu.
Książka Story of the Secret State w polskim tłumaczeniu Tajne państwo. Opowieść o polskim podziemiu to w praktyce opowieść o misji Karskiego i jego spojrzeniu na ruch oporu. Książka wychodzi w listopadzie 1944 roku. Nie jest w pełni faktograficzna. Nazwiska miejscowości ze względów konspiracyjnych i politycznych przeważnie są zmienione, zaś literacko ubarwiony opis ma ułatwić lekturę. Książka z miejsca staje się sensacją. Pod koniec grudnia zostaje ogłoszona książką stycznia 1945 roku. W dwa tygodnie sprzedaje się 15 tysięcy egzemplarzy. W Stanach rozchodzi się w sumie ponad 350 tysięcy. Karski zyskuje dużą popularność, przemieszcza się po całych Stanach od spotkania do spotkania. Szybko pojawiają się tłumaczenia na norweski, szwedzki czy francuski. Na polski przekład książka musi poczekać pół wieku. Tajne państwo wychodzi w kraju dopiero w latach 90. Wówczas dopiero Karski może pojechać do Polski. Po wojnie osiadł w Stanach Zjednoczonych, gdzie zajmował się pracą naukową na waszyngtońskim Uniwersytecie Georgetown. Wykładał stosunki międzynarodowe i teorie komunizmu. Jednym z jego studentów był Bill Clinton. Napisał też monografię Wielkie mocarstwa wobec Polski 1919-1945. Za niesienie pomocy Żydom otrzymał tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata.
Przeżył rodzinne tragedie. Samobójstwo popełniła jego żona, tancerka i choreograwka żydowskiego pochodzenia Pola Nireńska. Odebrał sobie życie także jego starszy brat i mentor Marian. Nie pogodził się ze swoim losem na obczyźnie. O swojej misji Karski przez wiele lat milczał. Dopiero w drugiej połowie lat 80. Dzięki filmowi świat znów zaczął o tym mówić. Karski też, choć to gorzkie słowa. Wbrew legendzie. Ja byłem za mały. Ja wiozłem tę potworność tej misji. Ja do tego byłem za mały, za głupi. Ja się nie nadawałem. Zrobiłem to, co mogłem zrobić kogoś lepszego, gdyby oni mieli, ale nie mieli. Mówił w wywiadzie dla Telewizji Polskiej pod koniec życia. Misja nakłonienia świata do pomocy Żydom zakończyła się porażką. Tyle że nie ma w tym winy emisariusza. Niewielu dałoby radę dotrzeć tam, gdzie on. Niewielu umiałoby też tak złożyć świadectwo, by zostać wysłuchanym. Czy był właściwą osobą do realizacji powierzonej mu misji? O tym Grzegorz Dumała z Muzeum Historii Polski.
Można sobie zadać pytanie, czy do takiej misji wystarczy jeden człowiek? Tak, to chyba raczej takie trzeba sobie zadać pytanie, bo też trudno wyobrazić sobie człowieka właściwego w tym znaczeniu, że Karski raz, że był istotną częścią polskiej konspiracji, też potrafiącym rozmawiać z dyplomatami z racji swojego przygotowania, wykształcenia oraz oraz praktyki zawodowej. No i też był przede wszystkim świadkiem. Tak, on był jedną z nielicznych osób na Zachodzie, które faktycznie były w getcie, które faktycznie były w obozie, wiem że tranzytowym. Tak, ale o obozie, który był częścią tej machiny zagłady. I to było to było szczególnie istotne. Tak. Nie można było go zbyć jako jako jakiegoś propagandystę, który tutaj straszy nas jakimiś plotkami o strasznym terrorze, który się dzieje na Wschodzie. On rzeczywiście był i był w tym wiarygodny, w tym, co mówił i w tym, jak to przekazywał, bo mówił o rzeczach, które widział na własne oczy i albo słyszał to od bezpośrednich świadków, jak chociażby członków żydowskiej konspiracji, z którymi z którymi rozmawiał. Więc ze wszystkich ludzi, którzy mogli się podjąć takiego zadania, on był, wydaje się człowiekiem najwłaściwszym.Tak, ale to oczywiście było zadanie, które przerastało jednego człowieka.
Choć jego słowa nie pobudziły wielkich tego świata do działania. Na pewno nie on powinien czuć się przegrany, bo nie zrezygnował ze swojej misji do końca. Wróćmy do pytania z początku podcastu, gdy opowieść dotyczyła jego dzieciństwa. Czy był materiałem na bohatera? Pewnie nie da się na nie odpowiedzieć. Za to z całą pewnością można podsumować, że Jan Karski bohaterem został. Tu czas postawić kropkę. Zapraszam na kolejne podcasty Muzeum Historii Polski z cyklu Tysiąc lat. Prześwietlenie. Tysiąc lat. Prześwietlenie. Podcast. Muzeum Historii Polski o najważniejszych wydarzeniach w historii Polski. Podcastów. 1000 lat. Prześwietlenie. Wysłuchasz na YouTube, Spotify, Google Podcast, Audiotece, a także na innych platformach podcastowych. Chcesz być na bieżąco? Subskrybuj kanał Muzeum Historii Polski.
Dane o obiekcie
-
Nazwa / Tytuł
Jan Karski - świadek, którego świat nie posłuchał -
Rodzaj
-
Kategoria
-
Zakres chronologiczny
-
Data wykonania
03/08/2023 -
Czas trwania
0h 58min 26sek -
Osoby występujące
-
Numer inwentarzowy
MHP-05-17474 -
Klasyfikacja praw autorskich
-
Permalink
Opis
Jego słowa usłyszał cały świat! A były to słowa straszne – o zagładzie Żydów, o niemieckich zbrodniach. Był świadkiem, który wszedł do warszawskiego getta i na własne oczy widział potworność Holokaustu. Tyle, że świat mu nie uwierzył, lub raczej uwierzyć nie chciał. Kim był Jan Karski, a właściwie Jan Kozielewski? W jaki sposób związał się z Polskim Państwem Podziemnym i dlaczego wysłano go na tak niebezpieczną misję? Dlaczego był tak ważny i niebezpieczny dla konspiracji? Opowiemy o wpadce, która doprowadziła do aresztowania naszego bohatera przez Gestapo. Brutalne śledztwo, któremu został poddany pozostawiło ślady do końca jego życia. Kto i dlaczego zorganizował jego ucieczkę? W jaki sposób Karski przedostał się na Zachód? Dlaczego jego spotkanie z ministrem spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii zakończyło się dyplomatycznym zgrzytem i czy rzeczywiście prezydent Roosevelt był roztrzęsiony po rozmowie z nim? Wspomnimy o pomyśle Jana Karskiego na hollywoodzki film o Polskim Państwie Podziemnym. Przypomnimy książkę jego autorstwa pt. "Tajne państwo. Opowieść o polskim Podziemiu", która okazała się wielkim wydawniczym sukcesem i sprzedała się w setkach tysięcy egzemplarzy w Stanach Zjednoczonych. Wreszcie, rzucimy światło na jego pełne tragizmu życie prywatne. O niezwykle burzliwym życiu Jana Karskiego w podcaście z serii „1000 lat. Prześwietlenie” opowie Łukasz Starowieyski. Jego gościem jest Grzegorz Dumała z Muzeum Historii Polski.