Grudzień 1970 - Mediateka - Muzeum Historii Polski w Warszawie SKIP_TO
Wizyta w muzeum Przejdź do sklepu
Filmy dokumentalne
Audiovideo

Grudzień 1970

videre.pl (koproducent); Muzeum Historii Polski (producent);

01/12/2010

Transkrypcja

- Tu jest taki mój warsztat, jeszcze niedokończony. Mam tu różnych jakiś tam maneli. Szukamy. Jest? Jest tutaj. Taka walizeczka, gdzie trzymam tą swoją kurtkę. Fragment kurtki. Kule przechodziły. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Cztery. Pięć. A jeszcze jest tu.

 

- Wydarzenia grudniowe to nie wydarzenia. Wydarzenia grudniowe to albo grudniowa rewolta, albo grudniowa masakra.

 

- Stocznia umożliwiła mi dokończenie szkoły, prawda i zarobki i tak dalej. Do żadnej organizacji nie należałem, więc byłem taki powiedzmy neutralny.

 

- PRL był państwem, w którym się ludzi wszystkich traktowało jako nieletnich. Państwo decydowało, co nam wolno było czytać, co nam było wolno oglądać, co nam wolno było jeść. O wszystkim. Gdzie nam wolno było jechać, gdzie nie jechać. To był taki system upadlający z jednej strony, a z drugiej strony kompletnie nieudolny. Tam nic nie mogło się udać.

 

- W historii właściwie każde ważniejsze wydarzenie ma wiele przyczyn, te bezpośrednie i pośrednie. W przypadku grudnia 1970 roku wśród tych pośrednich było pewne zużycie się Władysława Gomułki. Modelu społecznego, politycznego, ekonomicznego, który on stworzył po październiku 1956 roku. Bezpośrednią przyczyną była podwyżka cen wprowadzona na 11 dni przed świętami Bożego Narodzenia. Mówiono, że to podwyżka żywności, że to podwyżka mięsa i jego przetworów. W rzeczywistości była to prawdziwa katastrofa. Ludzie patrzyli na ceny i patrzyli do swoich portfeli i po prostu byli przerażeni co będzie.

 

- Ten wybuch cały, prawda? To był poniedziałek, kiedy już wszyscy wiedzieli mniej więcej, jakie będą relacje. Ile tam kiełbasa będzie kosztowała, ile to, ile tamto. Nie do zniesienia. Ja to obserwowałem. Hasło było takie, że o godzinie 18:00 przerywamy, idziemy pod, różnie to mówili, Reichstag czy Komitet Wojewódzki.

 

- W Gdańsku wymaszerowali ze Stoczni Gdańskiej imienia Lenina prosto pod Komitet Wojewódzki partii, bo tam była rzeczywista władza. Skończyło się to tym, że natychmiast skierowano przeciwko ludziom milicję, ZOMO, wojsko. Zaczęły się strzały. Ludzie się wściekli. Próbowali się bronić przy pomocy kamieni. Usiłowali podpalić w Gdańsku komitet. Częściowo się to udało.

 

- Pierwotnie strajk miał charakter spontaniczny, bardziej niezorganizowany. Pierwsze takie, powiedziałbym, zorganizowane formy pojawiły się we wtorek 15 grudnia.

 

- To już był wtorek i przyłączyła się już stocznia w Gdyni, bo już się dowiedzieli, że coś się dzieje.

 

- Tam nie było żadnych aktów dewastacji. Nie wybito ani jednej szyby, nic nie podpalono, nie było rabunków, kradzieży. Spokojnie. Robotnicy pochodem wyszli ze stoczni imienia Komuny Paryskiej.

 

- To już były, prawda, był sprzęt wojskowy, czołgi. Ja z tymi żołnierzami też rozmawiałem. No to się pytałem skąd, co, jak i tak dalej. No to byli na poligonie. Oni sami nie wiedzą po co przyjechali i tak dalej. To widziałem taki moment, który mnie no ruszył troszeczkę, że. Dokerzy. Oddawali swój zapas chleba czy tam drugie śniadanie albo coś takiego. Dzielili się, prawda, z żołnierzami.

 

- Na warunki PRL-u zdarzył się cud. Po raz pierwszy w historii PRL-u. Robotniczą delegację, taką wyłonioną ad hoc, na poczekaniu przyjął przewodniczący Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Gdyni nie tylko, że ich przyjął, ale zawarto porozumienie. Uznał de facto komitet Strajkowy. Ten komitet został tego samego dnia przed północą aresztowany przez Służbę Bezpieczeństwa i Funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej w sposób bardzo brutalny, ze zrzucaniem ze schodów, ze ścieżkami zdrowia, z biciem leżących.

 

- No i wieczorem wicepremier Stanisław Kociołek zaapelował, że wszyscy mają pójść do pracy. Dosyć tego strajkowania. Wszystko będzie wyjaśnione, ale ludzie, koniecznie wracajcie do pracy. Jak będziecie pracować, to się porozumiemy.

 

- Tu miałem kwaterę swoją z kolegami. Czterech nas było na stancji. Tak to się nazywało, bo stocznia nam refundowana pobyt. Tu, jak żeśmy wsiedli do pociągu, to dotarliśmy praktycznie do przystanku Gdynia Stocznia. I tam zobaczyliśmy, że wojsko już przegrupowało się, ale z lufami na nas. Jak poszła ta seria, ja się rozglądam, jeden się przewrócił, drugi się przewrócił. Co się dzieje? I schyliłem się, żeby go podnieść. Złapałem go i w tym momencie widziałem, że łapię go, ale ręki już zupełnie nie czułem. Chciałem oddech złapać. No niestety nie mogłem. Już się dusiłem. Postanowiłem iść w kierunku tam gdzie stoi większość ludzi. Ale ten wiadukt mi się już zaczął po prostu kręcić. Ale jakoś jakoś doczłapałem się do końca wiaduktu. No i tam już zemdlałem, prawda? Film się zakończył. No i tak się znalazłem w szpitalu. Nie wiem jak to później wszystko ze mną było. Były tylko pewne przebłyski, jakieś takie, że siedziałem na krześle, patrzyłem na ludzi, ktoś tam sprzątał krew, no ale ta krew była rozmazana. No i znowu gdzieś tam zasnąłem. Czy straciłem przytomność? Jak długo tam siedziałem na tym krześle, to nie wiem, ale nie mogę mieć żadnych pretensji, bo obsługiwano najpierw tych mniej rannych albo tych, co można było uratować, a nie tam z nieboszczykami i tak dalej. W każdym bądź razie znalazłem się na stole operacyjnym. Zasnąłem. Jak długo? Też nie pamiętam.

 

- Na bilans grudnia 70 roku można patrzeć w różny sposób. Na Wybrzeżu, w pamięci uczestników tamtych protestów ich rodzin. Przede wszystkim jednak pozostają ofiary śmiertelne. To było straszne, kiedy organizowano pogrzeby o godzinie 22:00, 23:00 i w pogrzebach osób poległych mogło brać kilka, dosłownie pięć, sześć osób z najbliższej rodziny mogło uczestniczyć, brać udział w takich pogrzebach.

 

- Tu jest 18 nazwisk zidentyfikowanych. I znam po prostu wszystkie rodziny. Co też właśnie charakterystyczne. Wszystko młodzi ludzie.

 

- Ten sprzeciw chodź za taką cenę, oficjalnie 45 Zabitych, oficjalnie 1165 osób rannych, a więc koszmarna cena, straszna. Za tak wysoką cenę. Jednak komuniści zrozumieli, że muszą się liczyć z nastrojami społecznymi.

 

- To doświadczenie. Może ulica dużo nie mówiła, ale ulica pamiętała i doświadczenie grudnia sprawiło, że sierpień mógł zwyciężyć. Bo ludzie nie wyszli na ulice. Wiedzieli, czego mogą się spodziewać po władzy ludowej i wiedzieli, jak jej nie ufać.

 

Dane o obiekcie

Opis

Adam Gotner pracował w gdyńskiej stoczni, gdy w grudniu 1970 roku władza ludowa ogłosiła podwyżki. Największe zakłady pracy na pomorzu zastrajkowały, ludzie wyszli na ulicę, komuniści wyprowadzili wojsko. Zginęło ok. 40 osób, ponad 1000 zostało rannych, 3000 aresztowano. Pan Adam nie brał udziału w strajku, nie uczestniczył w wiecach, szedł do pracy, kiedy został trafiony 6 karabinowymi pociskami w klatkę piersiową.

Powiązane Materiały