Generał i Czarne Diabły. Szlak Stanisława Maczka - Mediateka - Muzeum Historii Polski w Warszawie SKIP_TO
Wizyta w muzeum Przejdź do sklepu
Podcasty
Audio

Generał i Czarne Diabły. Szlak Stanisława Maczka

Muzeum Historii Polski (producent);

24/04/2024

Transkrypcja

Generał i czarne diabły. Szlak Stanisława Maczka.  "Bijcie się dzielnie, ale po rycersku" -  rozkazywał swoim żołnierzom,  gdy wylądowali w Normandii.  W powodzi barbarzyństwa II wojny światowej to słowa unikalne.  Ale Stanisław Maczek, generał, który wypowiedział te słowa,  również był postacią nietuzinkową.  Był pistoletem w armii austriackiej, o jego akcjach krążyły legendy.  Osobiście prowadził szturmy Wojska Polskiego w czasach,  gdy odradzała się Polska.  Później stał się wybitnym dowódcą.  W wojnie obronnej 1939 roku nie przegrał bitwy,  podobnie jak pierwsza w historii polskiego wojska  dowodzona przez niego brygada pancerna walcząca w Europie Zachodniej.  Bohaterem tego podcastu z serii "1000 lat. Prześwietlenie"  jest generał Stanisław Maczek,  bez dwóch zdań jeden z najwybitniejszych polskich dowódców nie tylko XX wieku.  Ja się nazywam Łukasz Starowiejski i zapraszam na szlak Generała Maczka -  szlak wiodący przez pół Europy,  od włoskich Dolomitów przez polskie Bieszczady,  północną Francję, Anglię, aż do Belgii, Holandii i Niemiec.  Jak uchronił polskie zagłębie naftowe?  Jak na furmankach stworzył oddział błyskawicznego reagowania?  Czy można granatami u boku zaimponować Piłsudskiemu?  Powiemy też o kampanii wrześniowej,  w której przez kilka dni powstrzymywał kilkukrotnie większe siły.  Będzie też o tym, jak to możliwe,  by jeden z najlepszych dowódców w alianckim wojsku, by przeżyć,  musiał zostać barmanem.  Część pierwsza. Narty, furmanka i spotkanie z Piłsudskim.  Nie byłoby zapewne wybitnego dowódcy wojsk pancernych  i brygad czołgowych,  gdyby nie zaprzężony w konie wóz drabiniasty.  Tak, tak, wóz drabiniasty.  Generał Maczek nie ma co do tego wątpliwości.  W końcu swoje wspomnienia tytułuje "Od podwody do czołga".  "Tak, od wozu drabiniastego, zaprzęgniętego w silne konie,  w latach 1919-1920 przewożącego od 6 do 8 morowych chłopaków,  uzbrojonych w KB i granaty ręczne, ponad wszystko w ochotę do walki,  poprzez półciężarówki i ciężarówki samochodowe, przewożące każda  kilkunastu nie mniej morowych ułanów czy strzelców konnych w roku 1939,  aż do ciężkiej, ale jak szybkiej i zwrotnej  dywizji pancernej.  

 

Czy naprawdę była taka prosta linia rozwojowa:  podwoda, samochód, czołg?  Chyba nie.  Na taką jednak linię najłatwiej mi nawiązać moje wspomnienia".  Pójdźmy tym tropem, choć może nie od razu.  "Nie ja obrałem drogę wojskową, ale wypadki same mnie wybrały" -  pisał później.  Rzeczywiście, gdy rodził się w 1892 r. w małym Szczercu w pobliżu Lwowa,  pewnie nikt o wojnach nie myślał.  Ostatnia poważna wojna w Europie rozegrała się 20 lat wcześniej.  Czas ten nazywano powszechnie belle époque - piękna epoka.  W polskich rodzinach przetrwało marzenie o niepodległym państwie.  Młody Staś też był wychowany patriotycznie.  Dzieciństwo spędził w Drohobyczu,  po maturze wraz z rodziną przeniósł się do Lwowa.  To w rodzinie złapał typowo polskiego wirusa.  "I jak przez chorobę wieku dziecinnego przechodziliśmy wszyscy,  od Skrzetuskiego do Kmicica, od Judyma do Rozłuckiego, i tak dalej".  Był rok 1910, studiował filozofię i filologię polską.  Tam też dołączył do Związku Strzeleckiego i przeszedł przeszkolenie wojskowe.  Nie dane mu było jednak, jak większości, pójść drogą Legionów.  Nawet studiów skończyć nie zdołał.  Wybuchła wojna.  Maczek został wcielony do armii austriackiej.  "I wojnę światową przetrwałem sportowo i z pewnym rozmachem  w formacjach wysokogórskich i narciarskich Pułku Tyrolskiego.  Byłem w moim batalionie jedynym oficerem Polakiem.  Nie wolno mi więc było być najgorszym.  Mnożyły się wstążeczki odznaczeń,  ale i rosło doświadczenie w walkach górskich".  To wówczas o jego brawurowych wyczynach zaczęły krążyć legendy.  "Był pistoletem na froncie włoskim w czasie I wojny światowej.  Austriacy obwiesili go orderami, krzyżami i medalami  niczym choinkę na Boże Narodzenie.  O jego rozmaitych wyczynach bojowo-sportowych  krążyło mnóstwo anegdot i legend" -  pisał o nim jeden z późniejszych podkomendnych.  To wówczas też został c.k. dezerterem.  Armię cesarsko-królewska pożegnał brawurowym zjazdem.  Na nartach opuścił  umieszczony na wysokości około 3000 metrów posterunek.  "Dzięki zupełnemu brakowi wiary w to zwycięstwo  a dobremu opanowaniu nart, jeszcze tego samego dnia,  w którym przyszła wiadomość o załamaniu się frontu na dole,  znalazłem się w Trydencie,  i dalej jakimś ewakuowanym pociągiem w Wiedniu".  Jedno zostało mu po służbie w c.k. i stało się jego wizytówką -  walka w górach.  To dzięki nim odniósł największe zwycięstwa  i na Podkarpaciu w 1918 r., i na Podhalu w 1939 r.,  a nawet 5 lat później pod Falaise.  Nim ruszymy jednak na kolejne wyprawy z przyszłym generałem,  udajmy się do Krosna.  Tam właśnie przybył młody oficer,  by zapisać się do powstającego Wojska Polskiego.  

 

Nie chce czekać w komendzie uzupełnień, prosi o przydział do oddziału,  który pójdzie na odsiecz Lwowa.  Szybko dostaje kompanię pełną zapału oraz gotową do marszu, i tylko do niego.  "Nic, że połowa nie umiała używać sprzętu bojowego -  nawet ładować karabinu;  nic, że taki student inteligent z Krosna,  gdy w pierwszym boju wygarnął wręcz na kilka kroków z karabinu,  to na widok osuwającego się ciała rozbeczał się na głos  i trzeba było niemal bitwę przerwać by go uspokoić;  nic, że ubrane to było pożal się Boże, a uzbrojone jeszcze prymitywniej;  nic to wobec tej ochoty, tego zapału, który zrozumie tylko ten,  kto przeżywał podobne chwile  w tym jedynym listopadzie 1918 roku w Polsce" - wspominał Maczek.  Z kompanią dokonuje kilku wielkich czynów.  Dla młodych rekrutów staje się szybko prawdziwym bohaterem.  "Orzekli, że "ich porucznik umie chodzić między kulami" -  co miało być i komplementem dla zachowania się osobistego w boju  i dowodzenia nimi - od tej chwili dali mi całe swe serce i zaufanie" -  pisał po latach.  Maczek nieraz osobiście prowadzi swoich żołnierzy do ataku.  Czasem nocą.  Obchodzi ukraińskie posterunki i uderza od tyłu.  Działa szybko i niekonwencjonalnie, czasem na granicy łamania rozkazu.  Zdobywa stacje kolejowe i miasteczka, często mimo mniejszych sił.  I zostaje komandosem.  Komandosem na furmance,  a właściwie dowódcą elitarnej jednostki specjalnej,  mianowanej lotną kompanią pościgową, a później lotną kompanią szturmową.  Nazwa "pretensjonalna, ale może nie w złym znaczeniu,  bo żołnierz lubi takie nazwy specjalne, jak "szturmowy", "lotny", "pościgowy"  i chętnie za nie płaci krwią na polu bitwy" - wspominał Maczek.  Jednostka utworzona została w maju 1919 r.  w przeddzień ofensywy pod Lwowem.  

 

Maczek osobiście wybierał do niej żołnierzy.  Najlepszych ze swego poprzedniego rozwiązanego oddziału strzelców sanockich.  Szturmowcy - tak o nich mówił.  Jednostka charakteryzowała się tym, że lekko uzbrojone plutony strzeleckie  przemieszczały się na wozach częściowo zarekwirowanych,  częściowo przejętych z taboru austriackiego.  Do uzbrojenia dodano karabiny maszynowe.  Chrzest bojowy odbył się podczas zdobywania Drohobycza.  Szturmowcy Maczka przeniknęli do miasta.  Opanowali dworzec kolejowy,  zatrzymali trzy pociągi gotowe do ewakuacji,  w tym jeden z artylerią.  Jego elitarna jednostka prawdziwego ducha i moc pokazała w kolejnych dniach.  Jak wtedy, gdy Wojsko Polskie  zaskoczone przez Ukraińców w wiosce Czerniów  straciło tabory i zajętą pozycję.  Zagrożony był też  położony nieopodal na wzgórzu przy Dniestrze  główny punkt oporu polskich dywizji.  Maczek zorganizował błyskawiczny improwizowany kontratak  i przy wsparciu ogniowego pociągu pancernego,  który, nawiasem mówiąc, pojawił się nieoczekiwanie,  odrzucił przeciwników i zajął wzgórze.  Za tę akcję czeka go awans i niezwykłe spotkanie.  Zostaje wezwany do wysokiego rangą dowódcy,  który znajduje się w pociągu.  "Zbiegam z karabinem przewieszonym przez plecy,  z dwoma ręcznymi granatami za pasem, osmolony i obłocony  i w tej groźnej postaci melduje się u dowódcy,  który podjechał na front na pancerce.  Był nim komendant Józef Piłsudski.  Oczy Piłsudskiego lustrują mnie badawczo, wreszcie z uśmiechem odzywa się:  "Ale to groźnie wyglądacie, poruczniku -  ale z tą górą to załatwiliście się szybko -  trzymajcie tylko ją zanim nadejdą oddziały w waszej dywizji".  Spocony więcej tym meldowaniem, niż całą bitwą, opuszczałem pociąg".  W listopadzie zostaje awansowany na kapitana.  

 

Maczek zostaje oddelegowany też   do sztabu oddziału operacyjnego frontu wołyńskiego.  Zasługi jego lotnego oddziału są wyjątkowe,  skoro dowódca dywizji w rozkazie dziennym pisze:  "Jego nazwisko będzie w historii polskiej złotymi literami wypisane".  Wymienia też kolejne sukcesy Maczka i jego żołnierzy:  uratowanie mostów i wiaduktów,  szybkie zajęcie kopalni ropy naftowej w Borysławiu,  co zapobiegło ich zniszczeniu.  Maczek przeniesienie do sztabu odbiera z kwaśną miną.  Delegacja ma być ponoć chwilowa, ale przedłuża się do wiosny 1920 r.  "Z pasją i temperamentem "dowodziłem" na mapie chorągiewkami,  oznaczającymi ruch brygad Budionnego i naszych oddziałów".  Czas ten nazywa "bez oddziału".  Ze sztabu wyrywa się przy pierwszej okazji.  Pomaga przypadek.  Maczek, wysłany jako oficer łącznikowy,  w związku z odcięciem dróg powrotu nie mógł wrócić do sztabu.  W tej sytuacji zameldował się w dowództwie we Lwowie  z prośbą o zmianę przydziału służbowego i możliwość sformowania własnego oddziału.  6 lipca stanął na czele batalionu szturmowego,  kropka w kropkę podobnego do poprzedniego.  400-osobowy batalion ruszył na front niedoszkolony i nie w pełni uzbrojony,  z ledwie dwoma ckm-ami, ale w tych gorących dniach,  gdy bolszewicy podchodzili pod Warszawę i Lwów, nie było czasu.  Już wkrótce stoczył pierwszą bitwę pod Żółkwią  najpierw zaskakując przeciwników, a później utrzymując wzgórze.  Najważniejszy rozkaz przyszedł pod koniec sierpnia.  

 

Chodziło o to, by przełamać linię frontu południowego.  Bitwę o Waręż i szturm na pozycje sowieckie  pułkownik Juliusz Rómmel, dowódca 1 Dywizji Piechoty,  nazwał Racławicami batalionu.  Przełamanie frontu i zajście na tyły 1 Armii Konnej Budionnego  to był praktycznie ostatni wyczyn Maczka w czasie walk o niepodległość,  który "pachniał trylogią Sienkiewicza  i kolorytem swych zdarzeń  raczej nawiązywał do tych przebrzmiałych starych lat" -  jak podsumował Maczek we wspomnieniach.  Był to czas naznaczony też osobistymi tragediami.  Wojna zabrała wszystkich trzech jego braci.  Za chwilę będzie mowa o tym,  jak Maczek przesiadł się z furmanki na ciężarówkę  i pierwszy raz dowodził czołgami.  Zastanowimy się też wspólnie,  czy mógł zrobić więcej w czasie wojny obronnej 1939 r.  Część druga. Oryginalna pobudka, czyli z furmanki na czołg.  Ledwie kilkanaście lat Polska mogła cieszyć się pokojem.  W godzinach porannych 1 września Niemcy rozpoczęli ofensywę.  Wybuch II wojny światowej Maczek kwituje krótko:  "Po prostu taka oryginalna pobudka o świcie dnia 1 września,  przerywająca okres niepewności, który dla brygady zaczął się już w marcu.  Jeszcze tego samego dnia rano gdzieś koło godziny 8  rozkaz dowódcy armii rzucał nas do natychmiastowej akcji".  Stop. Wstrzymajmy na chwilę bieg wydarzeń.  Kapitana Maczka zostawiliśmy przecież niemal 20 lat wcześniej  pod koniec wojny bolszewickiej.  Nasz bohater postanawia pozostać w wojsku,  prosi tylko o przydzielenie do garnizonu Lwów.  Opinię ma wzorową.  "Bardzo duża inteligencja, umysł rzutki, praktyczny, szybko się orientujący,  zdolności kierownicze wybitne, nadaje się na samodzielne stanowisko".  

 

W 1922 r. w wieku ledwie 30 lat zostaje majorem.  2 lata później już podpułkownikiem.  Obejmuje coraz wyższe stanowiska na zmianę sztabowe i liniowe,  kończy też Wyższą Szkołę Wojenną.  Opinia po jej ukończeniu - "wybitny".  Kilka lat później generał Franciszek Kleeberg  dorzuci jeszcze "niezmordowany".  Świetnie odnajduje się w czasie taktycznych gier wojennych.  Piłsudski, który do końca życia wspominał meldunek młodego oficera  z granatami u pasa, rzuca po jednym z nich:  "Słabo się orientujecie, jedynie Maczek wie, o co chodzi".  Na początku lat 30. Maczek zostaje najpierw dowódcą pułku,  a później zastępcą dowódcy dywizji.  Czy jego kariera mogła być szybsza?  Mógł jeszcze przed wojną objąć najważniejsze stanowiska?  To pytanie do historyka Grzegorza Rutkowskiego  z Muzeum Historii Polski.  - Nawet sytuacje takie,  kiedy ci oficerowie Legionów robią po prostu szybsze kariery,  ponieważ ta grupa związana z obozem sanacyjnym  jest poniekąd premiowana przez to, jak państwo polskie funkcjonuje,  zwłaszcza w drugiej połowie lat 30., aczkolwiek to nie jest sytuacja taka,  jak w wypadku generała Sikorskiego,  że tutaj jego poglądy polityczne  czy też postawa w czasie zamachu majowego sprawiła,  że został odstawiony na boczny tor.  On był cały czas w służbie, oczywiście, przypuszczam,  że byłoby mu łatwiej, aczkolwiek nie można powiedzieć,  że brak faktu, że wywodził się z Legionów Polskich,  tutaj pokrzyżował jego karierę czy też przetrącił jego karierę,  to by była zbyt daleko idąca teza.  - Dopiero w 1938 r. znów ma stanąć na czele doborowej jednostki.  Powierzono mu stanowisko dowódcy 10 Brygady Kawalerii.  To pierwsza i jedyna jednostka polskiego wojska  całkowicie zmotoryzowana.  "Z początku nie rozumiałem w ogóle, o co chodzi.  Potem nie wiedziałem, czy się cieszyć, czy nie.  Z zagadnieniem jednostek szybkich  spotykałem się tylko w literaturze wojskowej,  dorywczo połykając wiadomości o włoskich jednostkach szybkich,  a potem groźnym rozwoju ich w Niemczech i w Rosji  w postaci dywizji pancernych i korpusów motomechanicznych" - pisał.

 

To, czego onegdaj dokonał na furmankach, teraz miał robić,  korzystając z samochodów i czołgów.  To miała być jednostka szybkiego reagowania.  By nie przesłodzić postaci przyszłego generała,  chciałoby się napisać, że zadanie go przerosło,  albo że zabrakło czasu na jego realizację.  Nic z tego.  Brygada często wcześniej krytykowana  po udziale w ćwiczeniach szybko stała się jedną z najlepszych w polskiej armii.  W wojnie obronnej z Niemcami ta opinia tylko się potwierdziła.  Według przedwojennych planów brygada miała być trzymana w odwodzie.  "Nie minęło jednak kilka godzin od rozpoczęcia ataku,  a już pułkownik Maczek i jego ludzie jechali na front" -  pisał w biografii generała Piotr Potomski.  W istocie stała się rzecz nieprawdopodobna.  Oto siły złożone z niewielkiej brygady zmotoryzowanej  i dwóch batalionów Korpusu Ochrony Pogranicza  zmusiły korpus,  mający olbrzymią przewagę w lotnictwie, czołgach i artylerii oraz w bagnetach,  do dreptania w miejscu.  Nie wiedział Maczek,  z jak silnym przeciwnikiem będzie miał do czynienia.  Rozkaz był lakoniczny:  jak najdłużej utrzymać się w Beskidzie Wyspowym,  walcząc z silnym związkiem pancerno-motorowym.  Ten zaś "w miarę zdobywania przez nas jeńców i dokumentów  zaprezentował się nam kolejno jako 2 Dywizja Pancerna,  potem 4 Dywizja Lekka,  wreszcie, po zidentyfikowaniu 1 Dywizji Górskiej,  jako pełny 23 Korpus Pancerno-Motorowy z 14 Armii,  wrzucony jako południowe kleszcze okrążenia Armii "Kraków".  

 

Czy przy dodaniu absolutnej przewagi niemieckiej w powietrzu  będzie przesadą określić stosunek sił co najmniej jak 10 do 1?  Ale te dane narastały dopiero z biegiem bitwy".  Najważniejszą batalią było starcie o górę Wysoką.  Polacy bronili się heroicznie i zniszczyli lub wyłączyli z walki  na pewno aż 45 niemieckich czołgów.  Niemcy zdobyli szczyt dopiero po dwóch dniach krwawych walk.  "Rekompensatą były straty dużo większe po stronie niemieckiej,  zysk dwóch dni dla wykonania trudnego zadania  i ogromne podniesienie morale własnego żołnierza,  który przekonał się, że można bić, i to dobrze, Niemców".  Niemieckiej nawały jednak powstrzymać na dłużej się nie dało.  Maczek dwoi się i troi -  to objeżdża oddziały, to wraca do sztabu.  Wreszcie zarządza odwrót, nie rezygnując z działań zaczepnych.  Kilkukrotnie zmusza Niemców do ucieczki.  Głównym zadaniem jest osłanianie wycofującej się Armii "Kraków"  lub bardziej tego, co z niej zostało.  Pod tym względem pięciodniowa bitwa okazała się sukcesem.  Nie koniec to jednak działań.  Śmiertelnie znużeni żołnierze znów muszą stanąć do walki.  Już 8 września brygada ma powstrzymać niemiecką armię,  tym razem w rejonie Rzeszowa,  i powstrzymać ją przez dwa dni.  Brygada ma dać czas wycofującym się polskim wojskom  na przekroczenie Sanu.  "Znów jest się o co bić" - pisze Maczek.  To ma być linia obrony  w oczekiwaniu na uderzenie francuskie na Niemców od zachodu.  Wszyscy jeszcze w to wierzą.  W sumie przez 18 dni walk pułkownik Maczek prowadził zmotoryzowaną brygadę,  wykonując jako jeden z nielicznych wrześniowych dowódców  praktycznie wszystkie postawione przed nim zadania.  Waleczni żołnierze, mądrze dowodzeni,  wychodzili z sytuacji niemal beznadziejnych,  a do tego kontratakowali zgodnie z dewizą dowódcy.  "Byliśmy za słabi, by się bronić.  Działania zaczepne tej organizacji były taktycznym zmyleniem,  okupionym dużymi stratami".  

 

Aż nadszedł 18 września. Dzień po ataku sowieckim.  Brygada otrzymała rozkaz niezwłocznego przekroczenia  granicy państwowej.  Nazajutrz niepobita jednostka przeszła na teren Węgier.  Żołnierze zostali internowani.  Z wojskiem granicę przejechała też rodzina Maczka,  szczęśliwie odnaleziona w Stanisławowie - żona i małe dzieci.  Nie mógł przewidzieć wówczas pułkownik,  że, choć przeżyje jeszcze 55 lat, Polski już nie zobaczy.  O czym marzył początkowo?  Jak na krótko stał się Arabem?  W kolejnej części podcastu będzie też o dywizji pancernej,  która ćwiczyła kijami udającymi ckm,  a także o różowym sweterku brytyjskiego marszałka.  Część trzecia. Na obczyźnie z czarnymi diabłami.  Pierwsze dni na obczyźnie?  Tylko jedno marzenie:  "Spać, spać i nie myśleć o niczym - to jedno wiedziałem.  Tych 18 dni i nocy nieprzespanych lub niedospanych,  w ciągłym napięciu nerwów,  wyczerpywały mnie do ostatka i stępiły wrażliwość  i moc objęcia myślą rozmiarów naszej polskiej klęski".  Węgrzy jako sojusznicy Niemiec nie mieli wyjścia.  Brygadę rozbroili i internowali.  Cichaczem za to pozwolili żołnierzom  uciekać i przedostać się do Francji.  Pułkownik Maczek do Paryża dotarł 19 października.  Dzień później spotkał się z generałem Władysławem Sikorskim,  premierem i ministrem spraw wojskowych na uchodźstwie.  Generał Maczek - tak o nim przywykliśmy i mówić, i pamiętać.  To jest ta chwila w naszej opowieści, gdy owe dwa słowa stają nierozłączne.  Za zasługi podczas kampanii wrześniowej Sikorski mianuje go generałem brygady.  Nowy generał dostaje od razu przydział:  dowodzenie nowo formowaną 1 Dywizją Piechoty,  pierwszą polską jednostką na ziemi francuskiej.  Nigdy jej nie obejmuje.  Do czasu jej utworzenia generał ma być  dowódcą obozu formowania oddziałów polskich w Brytanii.  Przyjmuje nominację,  choć w głowie kołacze mu już inna idea.  Jej realizacja spowoduje,  że Maczek obok Władysława Andersa  stanie się najsłynniejszym polskim dowódcą II wojny światowej.  Maczek marzy o stworzeniu pierwszej w historii Wojska Polskiego  dywizji pancernej.  Na razie jednak nie ma zgody Francuzów.  Maczek rzuca się więc w wir pracy obozowej.  To wówczas zyskuje przydomek "Baca"  ze względu na swoje działania,  poprawiające warunki zakwaterowania i wyżywienia, a także podnoszące morale.  

 

Co się odwlecze, to nie uciecze.  Francuska zgoda przychodzi w grudniu.  Tyle że jak tu szkolić pancerną brygadę,  gdy zamiast ckm-ów trzeba używać kijów?  Tak, tak, kijów.  Jednostka dostała co prawda kilka czołgów,  ale "w kwietniu jeszcze na ćwiczeniach bojowych  wśród zieleniejących już winnic  gruby kij reprezentował karabin maszynowy ciężki,  a cieńszy kij - lekki karabin.  Czy straciliśmy przez to dużo czasu?  Dla oddziałów zmotoryzowanych  bezsprzecznie,  jakie 2-3 miesiące szkolenia, które bez broni były iluzoryczne,  a te 2-3 miesiące okażą się wkrótce nie do odrobienia" -  gorzko podsumowywał generał.  Sytuacja zmieniła się jak za dotknięciem magicznej różdżki w maju 1940 r.  Wystarczyło kilka dni niemieckiej inwazji.  Maczek pisał:  Z dnia na dzień stworzenie tej dywizji  stało się problemem niemal ratowania Francji.  A wysłanie choćby części  niegotowej zupełnie brygady pancerno-motorowej  do walek nad Marną -  kwestią "być albo nie być" frontu północnego we Francji".  Nagle broń, której dotąd nie można było zorganizować,  popłynęła szerokim strumieniem:  dniem i nocą przybywały transporty z bronią ciężką, czołgami,  a nawet samolotami.  Naszą zbieraninę, jak generał nazwał zalążek oddziałów,  przesunięto na północ pod Paryż.  Lepiej późno niż wcale.  Nie w tym przypadku.  "Jednostki pancernej, jednostki technicznej  na kolanie się nie robi i nie improwizuje.  Opanować nieprzerwany strumień nadwyżek,  przydzielić, z jakim sensem przydatności do odpowiednich oddziałów  zorganizować nowe oddziały, pobrać sprzęt i broń,  zaznajomić w obsługiwaniu nowego nieznanego sprzętu i broni -  wszystko to przerastało możliwości 24 godzin na dobę  w tak krótkim czasie".  

 

Ledwie po dwóch tygodniach Maczek otrzymał rozkaz wymarszu na front  wszystkich gotowych oddziałów.  "A rozkaz stawiany był przez szefa misji generała ?  w formie niemal szantażu:  albo wykonanie rozkazu, albo oddanie już pobranej broni,  na którą podobno czekają nieuzbrojone jednostki francuskie".  Generał nie miał wyjścia.  Pozbierał, co mógł, i ruszył na front.  Nie wiedział, że chaos w ośrodku jest niczym  w porównaniu z potwornym bałaganem w całej francuskiej armii.  Brygada wprowadzona została do walki  niemal dokładnie w chwili załamania się frontu.  Polacy mieli osłaniać odwrót dwóch armii naraz -  zadanie niewykonalne.  Przede wszystkim ze względu na szczupłość sił polskich  i rozejście się obu francuskich jednostek.  Generał Maczek skupił się więc na osłanianiu jednej z nich.  "Napłynęła z zachodu fala cofającego się z kierunku zachodniego  oddziału rozpoznawczego korpusu.  Spieszeni dragoni, samochody, motocykle.  W lasku zapanował tłok i zamęt, tylko nasze czołgi stały spokojne i mocne,  ugrupowane kompaniami wszerz i w głąb.  Pancerni w czarnych kurtkach i rzymskich hełmach  sterczeli z otwartych wież, czekając na rozkaz ruszenia" -  wspominał jeden z oficerów wejście do walki.  Polacy niemiecki atak odparli.  Generalnie francuska kampania przypominała polską - ciągły odwrót.  Najważniejszym zadaniem było utrzymanie oddziału w gotowości,  by, jak wspominał generał,  nie stać się taką samą bezwolną masą uciekinierów.  Największy kłopot był z benzyną.  Tak duży, że Maczek rozkazał w pewnym momencie  zniszczyć większość czołgów i pojazdów mechanicznych.  Pozostało ich tylko 17.  Z nimi ruszył na ostatnią akcję.  

 

Chciał przebić się przez kanał Burgundzki do wolnej Francji.  "Powodzenie w zaskoczeniu" -  tak pokrótce wyjaśnił swój plan ataku.  Ostatnią bitwę tej kampanii  Maczek postanowił stoczyć wbrew wszelkim prawidłom sztuki bojowej.  Czołgi miały zaatakować nocą miasteczko Montbart.  Według ówczesnej taktyki  pancerniacy nie atakowali po zmroku i unikali wąskich uliczek.  "Ale w naszych warunkach tylko tak właśnie zrobić możemy.  Niech pamiętają o Warszawie i naszym rozrachunku z Niemcami.  Niechaj z impetem wpadną do miasta, wciągając za sobą szwadrony zmotoryzowane,  a ten element zaskoczenia musi dać wyniki" -  mówił podkomendny.  Manewr się udał.  Brygada niemal bez strat wjechała do miasteczka.  Impetu nie wystarczyło jednak do przebicia się przez niemiecki front.  Przeciwnik był zbyt silny.  Maczek zarządził odwrót w kierunku Dijon.  W brygadzie pozostało ledwie 500 żołnierzy,  brakowało też paliwa i amunicji.  Nie było wyjścia.  Należało zniszczyć resztę sprzętu  i małymi grupkami ruszyć do granicy na piechotę.  18 dni - tyle trwała przeprawa.  Maczek przebijał się z czterema oficerami.  Szli głównie nocą, omijając główne drogi.  Czasem mogli liczyć na pomoc okolicznych mieszkańców.  Wówczas też dowiedzieli się najpierw o rozejmie, później o kapitulacji Francji.  Ostatecznie dotarli do nieokupowanej części kraju,  ale nie mieli już w nim czego szukać.  Jedyną nadzieją była Anglia.  Łatwo powiedzieć.  Agenci Gestapo są już wszędzie.  Jak mogą, pilnują dróg ucieczki.  Paszportu już się w Marsylii oficjalnie nie dostanie.  Za to lewy zdobyć względnie łatwo.  Wystawiają je działający jeszcze polskie konsulaty.  Ostrzegają jednak, by się nie afiszować.  Tyle, że jak się jest słynnym już generałem,  nie tak łatwo zastosować się do tej rady.  "W towarzystwie któregoś z oficerów zjawiam się pewnego dnia  wśród rozstawionych stolików przed największą kawiarnią w Marsylii,  a zatłoczoną dobrą setką tak udających, że się nie znają, mych żołnierzy.  Jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej  pryska na mój widok czar sprzysiężenia i kamuflażu.

 

 Cała kawiarnia staje na baczność jak jeden mąż" - wspominał generał.  Ostatecznie ucieczka się udaje,  ale Maczek musi podawać się za zdemobilizowanego żołnierza arabskiego.  Najpierw dostaje się do Maroka, później Lizbony,  na koniec ląduje w Anglii.  "Szybkość jest celem, a pancerz środkiem, by go osiągnąć" -  tak generał Maczek widział działanie dywizji pancernej.  Możliwość błyskawicznego przemieszczania się mogła dać przewagę,  połączenie z ogromną siłą ognia - zwycięstwo.  Z tą ideą Maczek przybył do Anglii.  Na razie musiał zadowolić się dowodzeniem 2 Brygadą Strzelców  i pogodzić się z pobytem w Szkocji.  Jego przyjazd do Glasgow był triumfalny.  Delegacja żołnierzy ubrała go  w czarny beret i czarną skórzaną kurtkę czołgisty,  i na rękach wyniosła go z wagonu.  Wkrótce jednostka otrzymała nową starą nazwę:  10 Brygada Kawalerii Pancernej.  Brygada miała za zadanie strzec części szkockiego wybrzeża  przed spodziewaną inwazją niemiecką.  W lutym 1942 r. Sikorski spełnił w końcu marzenie podkomendnego:  podjął decyzję o utworzeniu pierwszej w dziejach polskiego wojska  dywizji pancernej.  Nie było łatwo.  Największym problemem były kwestie kadrowe,  brak odpowiedniej liczby żołnierzy.  Za to Brytyjczycy w przeciwieństwie do Francuzów  po zatwierdzeniu idei dywizji nie rzucali kłód pod nogi.  Otworzyli wszystkie poligony, wysłali instruktorów,  zorganizowali specjalne kursy dla Polaków.  Nie było też problemu ze sprzętem.

 

 O resztę dbał Maczek i jego sztab.  "Gdzieś powiedziano że są wszy.  Maczek rzekł, że to niemożliwe i że jutro będzie dezynsekcja,  bo żołnierz ma być schludny i czysty.  Nie mówił "najedzony", ale czysty" - wspominał jeden z żołnierzy.  Ostatecznie gotowość bojową dywizja osiągnęła dopiero wiosną 1944 r.  Ale pierwszą bitwę Polacy wygrali już w lecie 1943 r.  Tyle, że była to bitwa na sucho, z Kanadyjczykami.  Ćwiczenia odbyły się pod kryptonimem "Snaffle" - uzda.  Już wówczas pokazali słynne później cechy - szybkość i odwagę.  To w połączeniu z czarnymi beretami i noszonymi jeszcze we Francji  czarnymi długimi skórzanymi płaszczami spowodowało,  że za kilka miesięcy  Niemcy nadadzą im przydomek -  "Czarne diabły".  Nim maczkowcy ruszą do boju, zostaną jednak dokładnie zlustrowani.  "Będziemy razem bić Niemców.  Mam zamiar wziąć dywizję ze sobą" -  zapowiedział oficjalnie marszałek Bernard Law Montgomery,  który przyjechał do jednostki w marcu.  To była dziwna wizyta.  "Poprzedzała marszałka sława pogromcy Rommla,  i tak patrzał na niego żołnierz 1 Dywizji Pancernej,  którego jedynym życzeniem było bić się z Niemcami.  Do porządku więc przechodził nad jego oryginalnym ubieraniem się  nie bardzo zgadzającym się z naszymi pojęciami wojskowego porządku,  nad różowym sweterkiem i dwiema odznakami na berecie,  nad jego włażeniem na przygotowanego Jeepa, jak na estradę,  i deklamowaniem, że oto idzie razem z nami,  by zabijać Niemców,  i nad innymi śmiesznostkami,  które podobno są cechą ludzi skądinąd wielkich i genialnych".  Znacznie lepsze wrażenie zrobił  wizytujący dywizję miesiąc później amerykański dowódca generał Eisenhower.  "Z miejsca zdobył nasze serca.  

 

Żadnych mów, żadnych wielkich słów, objeździł oddziały tak,  jak je zastał na polu ćwiczeń czy na kwaterach,  podczas pracy i w porze pobierania posiłków,  rozmawiał swobodnie z oficerami i żołnierzami o wszystkim.  Wsiadał do czołga,  strzelał razem z kadrą 24 Pułku Ułanów z pistoletu, i to bardzo trafnie".  Warto dodać, że jednostkę odwiedziła też para królewska.  Montgomery nie rzucał słów na wiatr.  Latem dywizja była już spakowana.  13000 żołnierzy, 4500 pojazdów mechanicznych,  w tym 381 czołgów.  Niesamowite, jak spokojną podróż odbyli do Francji.  "Prowadzeni bezbłędnie przez brytyjską świetną regulacje ruchu,  podzieleni na paczki, niemal powiązani sznureczkami,  każdy na swój statek, na swoje przewidywane miejsce.  W każdej chwili na statku miałem wrażenie, że kto zapyta o bilet i czy mam kuszetkę.  Potem systematyczne wyładowanie  z zaprowadzeniem za rączkę do miejsc postoju".  Przeprawa była spokojna, ale w głowach żołnierzy spokoju nie było.  "Każdy z nas wiedział, że płynie w nieznane.  Nie wojna była tematem rozmów,  ale wypowiadana głośno nadzieja na dzień powrotu.  Zdawało się wówczas,  że Polska zbliża się do nas wraz z wybrzeżem kontynentu" -  wspominał jeden z żołnierzy.  Nikt wówczas tam we Francji nie wiedział, że ostatni dzień lądowania jednostki  stanie się dniem symbolicznym dla wszystkich Polaków  i tragicznie zapisze się w historii kraju.  Był 1 sierpnia 1944 r.  W Warszawie właśnie wybuchało powstanie.  Dywizja Maczka do walki wejdzie za tydzień,  by od razu złożyć krwawą daninę, a my odpowiemy na pytanie,  czy nazwanie Polaków korkiem do butelki nie było czasem obraźliwe?  Sprawdzimy też, co generał robił pod czołgiem.  Część czwarta. Falaise, dziurawe koszulki i korek od butelki.  Operation Totalize, a po polsku operacja "Sumowanie" -  taki kryptonim miała wielka akcja  mająca za zadanie przełamanie frontu w Normandii.  

 

Głównym celem było zdobycie miasta Caen,  którego Niemcy zaciekle bronili od początku alianckiej ofensywy.  To jest od słynnego D-Day - desantu na plażach Północnej Francji.  Kilka już razy Anglicy i Amerykanie próbowali zdobywać to miasto,  ale za każdym razem zostawali odparci.  Nim dywizja Stanisława Maczka ruszyła do walki,  generał przemówił do żołnierzy:  "Idąc do pierwszej bitwy  będziemy żądali rachunku za całe 5 lat tej wojny,  za Warszawę, za Kutno, za Westerplatte  i za setki i tysiące bezbronnych ofiar.  Nie znaczy to jednak, że macie stosować barbarzyńskie metody walki.  Bijcie się tak, jak bił się zawsze żołnierz polski  w ciągu całej naszej historii.  Bijcie się twardo i po rycersku".  Ten ostatni apel jest zapewne  najsłynniejszym zdaniem wypowiedzianym przez generała  i jego mottem.  Polska dywizja weszła w skład II korpusu 1 Armii Kanadyjskiej.  Rozkaz przyszedł 7 sierpnia.  Rozkaz, który spowodował notabene gwałtowne protesty generała Maczka.  Odprawa dowództwa przerodziła się w gorącą dyskusję.  Maczek protestował między innymi w związku ze zbyt wąskim jego zdaniem  pasem poruszania się brygady,  co ostatecznie spowodowało duże straty.  Czy miał rację?  O tym, a także o samodzielności generała i stosunkach z alianckimi przełożonymi  opowie historyk Grzegorz Rutkowski z Muzeum Historii Polski.  - Dowódcy kanadyjscy to są żołnierze zaprawieni w bojach II wojny światowej.  Maczek też jest takim żołnierzem, ale to jest żołnierz,  który walczył w 1939-1940 r.  Natomiast on wchodzi do walki w 1944 r., to jest jednostka,  dla której to jest chrzest bojowy,  nawet jeżeli ona składa się z weteranów,  zwłaszcza jeżeli chodzi o korpus oficerski.  To są ludzie doświadczeni, na pewno jest to jednostka nieostrzelana.  Zawsze to generuje, zwłaszcza jeżeli mamy jednostki,  które są doświadczone, i doświadczonych dowódców,  pewną rezerwę, na ile ta jednostka się sprawdzi.  Na pewno odgrywały kwestie mentalne,  inni są Kanadyjczycy, inni są Brytyjczycy, inni też są Polacy.  Ludzie wyrastają z innych systemów wojskowych.  Polska ten system ma najbliżej zbliżony do francuskiego,  brytyjski troszeczkę inaczej funkcjonuje, inaczej się po prostu wojuje.  Jeżeli były jakiekolwiek wątpliwości co do bitności 1 Dywizji Pancernej,  czy ona się sprawdzi, one prysły u większości dowódców po tym,  jak zobaczyli pobojowisko pod Falaise, właśnie pod Maczugą.  

 

Drugim elementem jest fakt, czy 1 Dywizja Pancerna  w późniejszych kampaniach otrzymywała ważne, istotne zadania.  Tak, dostawała ważne zadania i była tak samo traktowana  i ciężar walk był na nią tak samo kładziony,  jak na dywizje kanadyjskie.  - Uderzenie na niemieckie umocnione pozycje  ruszyło w nocy.  Pierwsza linia oporu została przerwana.  Wówczas to około południa 8 sierpnia do akcji wkroczyli polscy żołnierze.  Zaczęło się od falstartu.  Amerykanie omyłkowo zbombardowali część polskich i kanadyjskich oddziałów.  Zawiodło "bombardowanie lotnicze, które było częściowo za dalekie,  a częściowo za bliskie, gdyż nie objęło celów,  które z miejsca zatrzymały wyjście czołgów.  Za to przejechało się po naszych tyłach,  zadając straty Polskiemu Pułkowi Przeciwlotniczemu  i kanadyjskiej AGRA.  Do tego już w czasie rozwijania się do natarcia  dywizja na skutek ostrzału artylerii niemieckiej  straciła 26 czołgów.  Spore też były straty osobowe, co gorsza, Polacy praktycznie nie ruszyli z miejsca.  Kolejny dzień znów bez zmian.  Sytuacja stawała się krańcowo poważna, bo groziła klęską całej operacji.  Generał Simonds był wściekły.  Zwyzywał dowódców dywizji.  Najmocniej dostało się między innymi Polakom  za brak realizacji planu w dużej mierze nierealnego.  

 

Uznano, że obie dywizje pancerne, zarówno polska, jak i kanadyjska,  nie dały rady, bo były zbyt zielone.  "Wciąż bowiem w sztabie korpusu pokutowało przekonanie,  że dywizja pancerna polska i kanadyjska  nie mogą przerwać się przez obronę niemiecką,  gdyż są bez doświadczenia".  Według Maczka to jednak nie brak doświadczenia  był główną przyczyną niepowodzeń,  ale złe rozpoznanie głębokości obrony linii niemieckich.  W tej sytuacji bura pomóc nie mogła.  Trzeciego dni linia frontu co prawda przesunęła się o 3 km,  ale ściana niemieckiej obrony nie była nawet specjalnie porysowana.  Po kolejnym dniu bicia pancerną głową w mur  dywizja została wycofana  w celu uzupełnienia braków w żywności, broni i amunicji.  W tym czasie sytuacja na froncie była już zupełnie inna.  Niemiecka 7 Armia zmieniła swoje plany i rozpoczęła odwrót.  Atak na Caen przestał mieć strategiczne znaczenie.  Pojawiła się szansa na okrążenie i rozbicie  niemieckiego zgrupowania.  To wówczas obiegowe stało się określenie "worek Falaise",  ukute przez marszałka Montgomerego.  Brytyjczyk powierzył zamknięcie go kanadyjskiemu korpusowi,  ten z kolei skierował Polaków na lewe wschodnie skrzydło.  Maczek, jak zwykle, dorzucił swoje trzy grosze.  Zaproponował zdobycie dominujących w okolicy wzgórz.  Simonds tym razem zgodził się ze zdaniem polskiego generała.  Od tego momentu w praktyce zaczął się  najsłynniejszy zapewne epizod dywizji Maczka -  bitwa o wzgórza 262, Mont Ormel.  

 

Na wstępie doszło do "ponownej pomyłki lotnictwa brytyjskiego i amerykańskiego,  kierowanego w akcji z Londynu,  które to lotnictwo przejechało się kilkoma falami bombowców  po rozczłonkowanej w terenie dywizji.  Więcej oberwało się Kanadyjczykom  i zaopatrzeniu naszej brygady strzeleckiej.  15 sierpnia. Rocznica cudu nad Wisłą.  Znów w dzień symboliczny dywizja pancerna rusza do walki.  Polacy zdobyli przeprawę na rzece w pobliżu miasta Jort,  a także kilka brodów.  Wieczorem - kolejne przeprawy.  "Przerwaliśmy się przez przygotowaną obronę niemiecką  i odzyskaliśmy swobodę działania,  konieczną dla odcięcia odwrotu niemieckiego  jako jedyna wielka jednostka armii".  Maczek i ci jego żołnierze,  którzy walczyli pod jego rozkazami we wrześniu 1939 r.,  mają dodatkową satysfakcję.  "Wielu jeńców ma w swych książeczkach służbowych  te same nazwy bitew, które toczyła 10 Brygada Kawalerii  we wrześniu w Polsce.  Sprawiedliwość Boska  daje nam tę olbrzymią satysfakcję żołnierskiego rewanżu".  Zemsta czy rewanż jest jednak pobocznym motywem.  Najważniejsze jest zamknięcie worka,  czyli odcięcie niemieckim oddziałom odwrotu.  Polska dywizja jest już mocno zmordowana kilkoma dniami ciągłych walk.  Rozkazy ze sztabu są jednak jasne: musi jeszcze przesunąć się o 7 km.  Cele są dwa: miasteczko Chambois oraz Maczuga.  Nazwa miejsca tej krwawej walki i chwały polskiej dywizji  powstała przypadkowo.  "Eksplikując ten zamiar szefowi sztabu 10 Brygady Pancernej,  nazwałem teren Mont Ormel z tymi dwoma wzgórzami 262  Maczugą ze względu na rysunek, jaki warstwice zakreślały na mapie.  I nazwa ta utrzymała się podczas całej bitwy i długo po niej,  aż przeszła do oficjalnej historii armii kanadyjskiej".  Nim znów ruszymy do walki, dajmy żołnierzom chwilę wytchnienia.  Na froncie sen jest na wagę złota.  Zajrzyjmy do polowej sypialni generała Maczka.

 

 "Typową bowiem kwaterą na noc w te noce normandzkie był dół,  wykopany pod czołgiem, wymoszczony suto świeżą skoszoną trawą  lub pszenicą, gdzie prócz załogi  znajdowało się miejsce i dla oficerów sztabu  z różnych wozów dowodzenia.  Mój przedział sypialny zajmowałem zwykle z szefem sztabu.  Nocleg taki był najłatwiejszy do zaaranżowania,  zabezpieczający jako tako przed nalotami i względnie wygodny".  Czas odpoczynku minął.  Pora ruszać z żołnierzami na Maczugę.  Większość wzniesienia została zdobyta już 19 sierpnia.  Zajęciem pozycji Polacy się nie zadowolili.  Artyleria niemal natychmiast zaczęła ostrzeliwać  wycofujące się niemieckie kolumny.  "Nie było możliwości wstrzeliwania.  Kierowało się działo w dół i się strzelało.  Takie tłumy były, że pociski z armat się nie marnowały" -  wspominał jeden z żołnierzy.  W ciągu pół godziny niemiecka kolumna została kompletnie zniszczona.  Niewiele później wojska polskie i amerykańskie zdobyły Chambois.  Kocioł został zamknięty, a zwierzyna tkwiła w pułapce.  Tyle, że osaczony zewsząd przeciwnik nie zamierzał się poddawać,  a przyparty do muru, kąsał dotkliwie.  "Polska Dywizja Pancerna znalazła się teraz w ciężkiej walce.  W niekorzystnej dla czołgów okolicy oddziały starły się w gwałtownej walce  z niemieckimi jednostkami atakującymi ze wschodu, południa i zachodu  w desperackiej próbie utrzymania otwartego korytarza do ucieczki" -  oceniał marszałek Montgomery.  Ataki zarówno na Chambois, jak i Maczugę trwały dzień i noc.  Niemcy kilka razy nawet wdarli się na zbocza.  "Nie spaliśmy. Te trzy dni poprzednie były dla nas okropne.  Okropny smród tych nieboszczyków.  Ja leżałem na koledze, który był ciężko ranny.  Byłem cały zakrwawiony".  To był moment kryzysowy.  "Powiem ci krótko całą prawdę" -  rzucił Maczek do korespondenta wojennego pytającego o wieści.  "Nasza dywizja ginie.  Na wzgórzu 262 i w Chambois przepadają mi najlepsze oddziały.  Czy ty wiesz, że zabrakło im amunicji i zaopatrzenia?  Wszystko to trzeba dostarczyć drogą powietrzną ze zrzutów.  Powiem ci, oni tam skaczą do gardła Niemcom, biją się wręcz.  Do jasnej cholery, nie wiadomo, co z tego będzie".  Nie przesadzał.  Na jednym z odcinków Polacy zaatakowali Niemców bagnetami.  Maczek dobijał się też o przesłanie odsieczy.  Początkowo w sztabie armii nie dowierzano mu,  gdy referował sytuację.  

 

Pomoc ruszyła dopiero 20 sierpnia.  Dzień później o 10:45 Kanadyjczycy dotarli w rejon Maczugi.  "Kiedy Kanadyjczycy nas wyzwolili, otrzymaliśmy od nich natychmiast wodę,  najrozmaitsze posiłki.  Ja dostałem dużo koszul.  Te koszulki jeszcze mam, choć są bardzo dziurawe" -  opowiadał kilkadziesiąt lat po wojnie jeden z weteranów.  Determinacja Polaków wzbudziła nawet podziw Niemców.  "Żaden oddział napotkany od momentu inwazji  nie walczył tak dobrze, jak te polskie jednostki" -  wspominał jeden z niemieckich weteranów wojennych.  Heroiczną walkę Polaków słynnymi słowami skwitował marszałek Montgomery:  "Niemcy byli jakby w butelce, a polska dywizja była korkiem,  którym ich w niej zamknęliśmy".  Niestety butelka nie okazała się w pełni szczelna.  Przeciekło przez nią około 40%  zgromadzonych w tym miejscu dywizji niemieckich.  Dla polskich dywizji chrzest bojowy okazał się wyjątkowo krwawy.  Generał Eisenhower wizytujący teren bitwy, widział tu piekło Dantego,  ziemię zasłaną trupami.  "Spośród pól bitew Normandii żadne inne nie przedstawia takiego obrazu piekła,  zniszczenia i śmierci, jak to,  które rozciąga się na północny wschód od Chambois" -  pisał z kolei brytyjski dziennik.  Polska dywizja zostawiła na tych polach ponad 300 poległych,  100 zaginionych i 1000 rannych.  Zniszczeniu uległo około 100 czołgów.  Czyn zbrojny Polaków został doceniony.  Zewsząd płynęły gratulacje.  List wysłał dowódca armii kanadyjskiej, depeszę wystosował i prezydent Polski,  i naczelny wódz.  Generał Maczek mógł zdecydować, by dywizja została wycofana na tyły,  a żołnierze odpoczęli.  

 

A jednak już po kilku dniach znowu ruszył w bój.  Czemu nie chciał odpocząć?  O tym za chwilę.  Część piąta. Rajd czarnych diabłów: Francja, Belgia, Holandia.  Ledwie tydzień polscy żołnierze regenerowali się po ciężkich zmaganiach.  Był Maczek w rozterce, czy wystąpić z prośbą  o wysłanie na tyły zmęczonej dywizji, czy też jak najszybciej wrócić do walki.  Mimo próśb części swoich dowódców wybrał opcję drugą.  Motywy były troistej natury.  Ani Maczek, ani żołnierze  nie byli zupełnie odcięci od informacji z innych wojennych aren.  "W tym momencie, gdy się krwawi Warszawa, gdy, nie mogąc pomóc bezpośrednio,  tylko tym jednym sposobem walki z Niemcami,  choć na odległym froncie, możemy łączyć się z tymi w kraju,  i gdy wciąż jest tak ważne, by imię żołnierza polskiego, bijącego się,  było na ustach świata".  Maczek dorzucał też argumenty natury wojskowej.  Dopiero teraz będzie można wykorzystać  wszystkie atuty szybkiej i mobilnej pancernej dywizji.  Poruszając się błyskawicznie, miała nie dać ściganym chwili oddechu.  Ta decyzja wynikała także pewnie z pobudek osobistych.  Dowodem przebieg spotkania z korespondentami wojennymi.  "Wszedł generał Maczek i zaraz po przywitaniu wyraził żal,  że źle trafiliśmy, bo dziś na froncie nic się nie dzieje.  Po południu odwołano generała do telefonu.  Gdy wrócił, oczy mu się śmiały i zacierał ręce charakterystycznym ruchem.   "Czego się pan tak cieszy, generale?" -  zapytał Amerykanin.  "Bo zaraz jednak się zaczyna, będzie bitwa, pokażę Panu".  Generał cieszący się przed bitwą - tego ? nie mógł zapomnieć.  Posłał długą doskonałą depeszę do swoich 1400 dzienników w Stanach" -  wspominał jeden z podwładnych generała.  Polska dywizja dostała zadanie sforsowania kanałów  na pograniczu belgijsko-holenderskim.  Zadanie uciążliwe i mordercze.  Niemcy silnie bronili każdej kolejnej przeprawy.

 

 Do tego dywizja pancerna  źle sobie radziła na terenie podmokłym i poprzecinanym ciągami wodnymi.  Straty były duże, około 90 żołnierzy dziennie,  w tym kilkunastu poległych.  Za to "żaden z dowódców sprzymierzonych nie miał lepszych żołnierzy, niż ja,  mając u swego boku żołnierzy polskich.  Wykonywali oni każde powierzone im zadanie.  Polacy wykazywali najwyższy poziom wartości wojskowych" -  pisał dowódca armii kanadyjskiej generał Crerar.  W dziewięć dni brygada pokonała 400 km.  Już 6 września Polacy wkroczyli do Belgii,  zdobywając między innymi miasta Ypres i Tielt.  Później uczestniczyli w wyzwoleniu północnej części Gandawy.  27 października Polacy zaatakowali Bredę.  Po trzech dniach ciężkich walk udało im się oswobodzić to miasto.  Znacznie dłużej trwały walki o Moerdijk.  Niemcy skapitulowali dopiero po sześciu dniach.  To był ostatni cel tej kampanii.  W sumie dywizja wyzwoliła ponad 30 miejscowości.  To był czas triumfów.  Już we Francji żołnierze witani byli jak zbawcy.  "I ten zaskakujący entuzjazm tłumu,  że to nie Anglicy, ale Polacy ich wyzwalają.  "Vive la Pologne!"  jak nawałnica przewala się ulicami,  wyprzedza nas, towarzyszy nam, zaraża entuzjazmem wszystkich" -  pisał generał, dodając,  że gorące przyjęcie czasem źle wpływało na wojsko.  "Już trzeciego dnia musiałem wydać kategoryczny zakaz,  by motocykliści z regulacji ruchu nie przyjmowali tych stert kwiatów  i nie pozwolili entuzjastycznie witać się przez ludność,  a już broń Boże, przyjmować poczęstunków,  bo w jednym dniu tak marsz dywizji wyregulowali,  żeśmy dużo drogi musieli nadłożyć".  Defilady, przyjęcia urządzali też mieszkańcy  wyzwolonych miast holenderskich i belgijskich.  "Po raz pierwszy łzy leciały z oka.  Miasto było polskie, biało-czerwone,  z napisami "Dziękujemy wam, Polacy".  Stanęliśmy na ulicy w Bredzie.  To ludzie porywali nas do domu.  Z mojej załogi to trzech poszło gdzieś tam w siną dal z dziewczynami" -  wspominał jeden z żołnierzy.  Te ostatnie to nie zawsze były jednorazowe wyskoki.  "Co najmniej 400 żołnierzy straciliśmy na korzyść dziewcząt holenderskich,  z którymi się pożenili.  Ale to nie była strata.  To była dobra inwestycja kapitału" -  skwitował wiele lat później generał Maczek.  Romansom sprzyjał czas.  Breda stała się zimowym leżem dywizji.  Do wiosny Polacy mieli bronić linii rzeki Mozy  i przeprowadzać tylko sporadyczne wypady.  Miał czas generał Maczek,  by przygotować się do ostatniej w życiu kampanii,  bo do tego, że zostanie barmanem, przygotować się nie mógł.  

 

Część szósta. Ostatnie strzały i praca za barem.  Cóż z tego, że polscy żołnierze  odbierali hołdy ze strony ludności holenderskiej?  Dla nich i tak ta zima była wyjątkowo ponura.  "W okresie tym zimy w Bredzie przyszła do nas Jałta.  Najpierw w szeptach, urywkach rozmów, pogłoskach,  aż odsłoniła nam swoją groźną i tragiczną twarz.  Wrażenie w wojsku było ogromne, przygnębiające. Co dalej?" -  wspominał Maczek.  Dotąd wbrew wieściom z frontu wschodniego żołnierze wierzyli,  że po pobiciu Niemiec wrócą do Polski.  Po ustaleniu przyszłej granicy na linii Curzona  wielu żołnierzy łącznie z Maczkiem nie miało gdzie wracać.  Ich rodzinne ziemie miały znaleźć się poza krajem.  Wieści o nastrojach polskich żołnierzy dotarły do alianckich dowódców,  generał Maczek wzywany był między innymi do Montgomerego,  który pytał o Jałtę i nastawienie polskiego wojska.  Odpowiedź była jasna.  "Nie potrzebowałem robić ankiety wśród żołnierzy moich,  zasięgać ich opinii, co dalej.  Czyż nie byłem jednym z nich?  Oczywiście, będziemy się bili dalej.  Niemcy nie przestały być wrogiem numer jeden".  Nie ma pewności,  czy to brak pełnego zaufania do polskiej formacji spowodował,  że rozkaz powrotu do walki  dywizja dostała dopiero na początku kwietnia,  2 miesiące po wznowieniu ofensywy.  Polacy, wcieleni znów do armii kanadyjskiej,  mieli uderzyć w kierunku Emden i portu Wilhelmshaven  na północno-zachodnim krańcu Niemiec.  Praktycznie szli wzdłuż granicy niemiecko-holenderskiej.  Łatwo się było zorientować, po której stronie się jest,  notował Maczek.  "Bił w oczy kontrast  dekorowanych chorągiewkami o barwach narodowych  i masą kwiatów osiedli miasteczek holenderskich,  stosunkowo oszczędzonych przez bombardowania,  od ponurych, szarych zgliszczy domostw z jedyną gdzieniegdzie dekoracją  na ocalonym zabudowaniu -  białą chorągwią.  Bił w oczy widok radości i wesela  wylegającej na ulicę ludności holenderskiej  wobec pustki zamkniętych okiennic i przywartych wrót  lub przemykających się Niemców z bladym twarzami".  Walka często bywała zażarta.  Wówczas też nastąpiła  szczególnie poruszająca chwila tej kampanii.  "A stało się to całkiem nieoczekiwanie.

 

 Na meldunek rozpoznania o obozie kobiet,  jeńców Armii Krajowej z powstania w Warszawie,  dowódca 2 Pułku Pancernego podpułkownik Koszutski  z kilkoma czołgami i cariersami wjechał po prostu do obozu,  obalając czołgami ogrodzenia z drutów kolczastych  i zwalniając jeńców".  To był obóz w Oberlangen, przebywało w nim 1700 kobiet żołnierzy AK  z powstania warszawskiego.  Ostatnią walkę maczkowcy toczą 3 maja.  Polacy nie osiągają celu, jakim jest Wilhelmshaven, nie zdążają.  4 maja wieczorem  otrzymują rozkaz przerwania działań od godziny 8 rano następnego dnia.  Niemcy kapitulują.  Polacy, prowadzeni przez niemieckich oficerów, zajmują port.  Dywizję wizytuje Naczelny Wódz generał Władysław Anders.  To był już ostatni akord wojennej epopei.  Szlak bojowy to 283 dni i 1800 km.  Straty - 1/3 stanów wyjściowych.  Przez pewien czas Polacy okupowali teren Niemiec.  W 1947 r. zostali przewiezieni do Anglii i rozformowani.  Generał zdecydował się pozostać na emigracji.  Władza ludowa potraktowała go najpierw bardzo surowo.  W 1946 r. podobnie jak kilkudziesięciu innych oficerów  został pozbawiony obywatelstwa.  Później komuniści kilkukrotnie składają mu oferty powrotu.  Wszystkie odrzucił.  "Nie było łatwo nie wracać,  ale wielu spośród nas nie miało dokąd wracać".  Maczek dodawał, że jego dom i rodzinne strony  pozostały poza linią Curzona.  Sytuację materialną miał ciężką.  Mieszkał z rodziną w Edynburgu.  

 

By się utrzymać, pracował między innymi jako barman.  Swoją sytuację łatwo mógł zmienić.  Nie chciał.  "Nigdy nie skorzystałem z zachęty zwrócenia się o pomoc  do możnych tego świata,  a kiedy optymizmu nie można już było włożyć do garnka  ani zapewnić nim wykształcenia dzieciom,  to zacząłem pracować chociażby jako barman  w hotelu, prowadzonym przez jednego z podoficerów mojej dywizji.  Wtedy Belgowie i Holendrzy podnieśli larum,  aż poprawiły się nasze warunki".  Niemal do końca życia zachował sprawność,  o czym w filmie o generale Maczku  wspomina jego wnuczka.  "Mój dziadzek nie chodził do kościoła, tylko maszerował,  i raz tak właśnie maszerował, ja miałam obcasy wtedy,  i krzyknęłam: "Dziadziu, dziadziu, proszę, proszę na mnie poczekać!".  Dziadek zwracał się i mówił tak:  "Kochana moja,  ja mam dziewięćdziesiąt parę lat,  a ty, kochana, masz dwadzieścia parę, ja nie mam czasu na ciebie czekać".  I dalej poszedł".  Czytając czy słuchając o powojennych losach generała Maczka,  czuje się gorycz i gryzącą niesprawiedliwość.  Wybitny dowódca i niezwykły człowiek,  żyjąc na obczyźnie ledwo wiąże koniec z końcem.  Utrzymuje się dzięki podawaniu piwa i myciu szklanek.  Nie tak powinno ułożyć się jego życie.  "Był wspaniałomyślny, dalekowzroczny, a wszelka małostkowość była mu nieznana.  Przy całym jego zapale do walki z Niemcami uczucie zemsty było mu zupełnie obce.  Był urodzonym dowódcą, raczej niż sztabowcem.  Silny charakter, pełen humoru, inteligentny, o dużej wyobraźni,  nawet przebiegły i niezwykle odważny" -  pisał o nim aliancki oficer łącznikowy.  Generał Maczek dożył upadku komunizmu.  Do Polski jednak nigdy nie przyjechał.  Zmarł w wieku 102 lat.  Został pochowany ze swoimi żołnierzami w Bredzie.  Właśnie w tym holenderskim mieście  kończy się i nasza podróż szlakiem generała Maczka  i jego czarnych diabłów.  Dziękuję szczególnie tym z was, którzy przebyli ją do końca.  Do usłyszenia, mam nadzieję,  w kolejnych odcinkach podcastu Muzeum Historii Polski  "1000 lat. Prześwietlenie".  Łukasz Starowiejski.  "1000 lat. Prześwietlenie" - podcast Muzeum Historii Polski  o najważniejszych wydarzeniach w historii Polski.  Podcastów "1000 lat. Prześwietlenie" wysłuchasz na YouTube, Spotify,  Google Podcast, Audiotece,  a także na innych platformach podcastowych.  Chcesz być na bieżąco?  Subskrybuj kanał Muzeum Historii Polski.   

Dane o obiekcie

Opis

O jego akcjach krążyły legendy, osobiście prowadził szturmy polskich oddziałów w czasach, gdy odradzała się Polska. W wojnie obronnej 1939 r. nie przegrał bitwy. Podobnie jak pierwsza w historii polskiego wojska dowodzona przez niego Dywizja Pancerna, walcząca w Europie Zachodniej. Bohaterem tego odcinka podcastu „1000 lat. Prześwietlenie” jest generał Stanisław Maczek – jeden z najwybitniejszych polskich dowódców, nie tylko XX wieku. Kim był? Jak wyglądało formowanie się słynnej 1 Dywizji Pancernej? Czy alianci wspierali pancernych Maczka? Przypomnimy szlak, który przebyła 1 Dywizja Pancerna. Wiódł on przez pół Europy – od włoskich Dolomitów, przez polskie Bieszczady, północną Francję, Anglię aż do Belgii, Holandii i Niemiec. O niezwykłych losach gen. Stanisława Maczka opowie Łukasz Starowieyski. Jego gościem jest Grzegorz Rutkowski z Muzeum Historii Polski.

Powiązane Materiały