Fryderyk Chopin - cudowne dziecko, lew salonowy i geniusz
03/04/2025
Klasyfikacja praw autorskich
Transkrypcja
„Rodem Warszawianin, sercem Polak, a talentem świata obywatel”, pisał o nim poeta Cyprian Kamil Norwid. Ja nazywam się Łukasz Starowieyski. Zapraszam na kolejny podcast Muzeum Historii Polski z serii „1000 lat. Prześwietlenie”. Fryderyk Chopin, bo o nim mowa, był nie tylko genialnym kompozytorem i fenomenalnym pianistą, ale też fascynującą osobowością. Komponował od 6, a koncertowo od 8 roku życia. Ponoć siadał na kolanach Wielkiego Księcia i koncertował przed carem. Był kochankiem słynnej pisarki, przyjacielem wybitnych muzyków i wielkiego malarza. Ruszamy drogą życia geniusza? Ruszamy. Cudowne dziecko. Lew salonowy. Geniusz. Fryderyk Chopin.
Był 24 lutego 1818 roku, gdy w Pałacu Namiestnikowskim popłynęły dźwięki fortepianu. I pewnie występ nie wzbudziłby sensacji, gdyby nie to, że za klawiaturą instrumentu siedziało dziecko. „Było dosyć osób. W przeciągu wieczora grał na fortepianie młody Chopin. Dziecię w 8 roku życia. Obiecujące, jak twierdzą znawcy, zastąpić Mozarta”. Czytamy w jednym z pamiętników. Czcigodna dama spisująca wrażenia nie mogła nawet przypuszczać, że właśnie uczestniczy w wydarzeniu historycznym. Fryderyk Chopin co prawda nie zastąpił Mozarta, ale w muzycznym panteonie zajął miejsce obok niego. Był Chopin, bez dwóch zdań, cudownym dzieckiem, które nie zmarnowało swego talentu. Dziś, w kolejnym podcaście Muzeum Historii Polski. „1000 lat. Prześwietlenie” promienie historycznego rentgena skierujemy właśnie na najwybitniejszego polskiego kompozytora. Będzie o tym, jak zmienił się w celebrytę i gwiazdę paryskich salonów, będzie o jego burzliwych uczuciach, trudnych wyborach i relacjach ze słynnymi kobietami. I o tym też dla kogo scyzorykiem wydrapał na ławce serduszka. A także z jakiego powodu nie wziął udziału w powstaniu listopadowym. Powiemy też, dlaczego ten syn Francuza i wieloletni mieszkaniec Paryża nigdy nie mówił perfekcyjnie po francusku. Łukasz Starowieyski. Zapraszam.
Część pierwsza. Sielskie dzieciństwo, muzyka i głupie miny.
Trudno to sobie wyobrazić, ale nie ma pewności, kiedy dokładnie urodził się Chopin. I nie chodzi wyłącznie o dzień, ale nawet o rok. Co jeszcze dziwniejsze, sam Chopin mógł nie być pewny tej daty. „W przeciwieństwie do ogółu dzieci, w pierwszym okresie życia nie uświadamiał sobie swego wieku i data przyjścia na świat wryła mu się w pamięć jedynie dzięki zegarkowi, który otrzymał od pani Catalani w roku 1820 z następującym napisem: Madame Catalani 10-letniemu Fryderykowi Chopinowi”, pisał przyjaciel Chopina i inny wybitny kompozytor Franciszek Liszt. Właśnie z owej dedykacji na złotym zegarku, podarowanym w dzieciństwie przez słynną włoską śpiewaczkę, Fryderyk wywnioskował, że urodził się 1 marca 1810 roku. Pamiątkę tę zachował Chopin do końca życia. Temat zamknięty? Część bliskich i przyjaciół kompozytora twierdziła, że na świat przyszedł rok wcześniej. „Chopin urodził się 1 marca 1809, a nie 1810, jak mylnie podaje większość jego biografii”, pisał w przedmowie do wydania jego dzieł jeden z nich, Julian Fontana, Tę samą datę podaje kilka innych źródeł, ale nie akt urodzenia odnaleziony w latach 90. XIX wieku w parafii w Brochowie, w którym czytamy o 22 lutego 1810 roku. Akt chrztu sporządzony w tym samym miejscu wskazuje na ten sam dzień, choć brakuje informacji o roku. By zwiększyć zamieszanie, dodajmy list Chopina do Towarzystwa Literackiego w Paryżu, w którym wymienił on datę 1 marca 1810 roku. Z okazji urodzin 1 marca składała mu też w listach życzenia jego rodzina. Nie wdając się już w zawiłe spekulacje, uznajmy więc datę podaną przez samego kompozytora za punkt odniesienia dla naszej dalszej opowieści. Przyszły kompozytor i pianista urodził się w polsko-francuskiej rodzinie. Jego ojciec, Mikołaj wywodził się z Lotaryngii. Chopin senior do Warszawy przybył w 1787 roku. Był nauczycielem, ale i buchalterem w fabryce wyrobów tytoniowych. Z nowym krajem chyba szybko zaczął się utożsamiać. Według nie do końca sprawdzonych informacji wziął udział w Powstaniu Kościuszkowskim, co najmniej jako członek mieszczańskiej obrony Warszawy. Później zajmował się edukacją dzieci po zmarłym Macieju Łączyńskim. Jedną z jego uczennic była Maria. Nie czas i miejsce, by tu o dziewczynce długo mówić, ale warto na chwilę zatrzymać bieg naszej opowieści. Bo owa Marysia stała się jedną z najsłynniejszych kobiet w polskiej historii. Maria w 1809 roku wyszła za mąż za podstarzałego szlachcica i stała się panią Walewską. Tak, tak. Tą panią Walewską. Kochanką Napoleona. Mikołaj Chopin, jeśli w ogóle, to tym wydarzeniom przyglądał się z oddali. W 1802 roku wyjechał do Żelazowej Woli, gdzie objął posadę guwernera dzieci hrabiny Ludwiki Skarbkowej. Tam poznał miłość swojego życia Justynę Krzyżanowską, córkę zarządcy majątków mieszkającą na stałe w domu hrabiny. Być może połączyła ich też muzyka. Panna Justyna pięknie śpiewała i niewykluczone, że grała na fortepianie. Pan Mikołaj grywał na flecie i skrzypcach, co nawiasem mówiąc, brzmi jak fragment tworzonej post factum legendy. Na pewno jednak para wzięła ślub i zamieszkała w oficynie dworu, który nie przetrwał do naszych czasów. Tam też przyszedł na świat Fryderyk. Dziś to miejsce wygląda inaczej. Ma dobudowany ganek i faktycznie przypomina dworek. Żelazowa Wola to miejsce, które najbardziej kojarzy się z dzieciństwem młodego kompozytora. Niesłusznie. W rzeczywistości Chopin dorastał w Warszawie, do której rodzina przeprowadziła się, gdy mały Fryderyk miał pół roku. Mikołaj dostał posadę nauczyciela języka francuskiego w liceum warszawskim. Tak naprawdę Fryderyk był więc warszawiakiem z krwi i kości. Jeśli jeździł na wieś, to na wakacje do zaprzyjaźnionych rodzin. Chopenowie mieszkali najpierw na Krakowskim Przedmieściu, a później w Pałacu Saskim, gdzie mieściło się również liceum warszawskie. Dla Fryderyka pierwsze lata były czasem szczęśliwym, być może najszczęśliwszym w życiu. Tak zgodnie piszą biografowie. Warto dodać, że spędził je w wyjątkowo ludnym domu. Poza czwórką dzieci gospodarzy, miał Fryderyk trzy siostry, przebywało w nim też aż sześciu uczniów, gdyż Chopinowi prowadzili pensję dla chłopców, zapewniając im mieszkanie i edukację. „Ustalona była opinia, że być u Chopinów na pensji znaczy to samo, co być wyżej cywilizowanym, czyli lepiej wychowanym od innych człowiekiem”. Mikołaj Chopin prowadził jednak prawdziwie polski dom, choć nigdy nie pozbył się obcego akcentu, gdy tylko mógł, mówił po polsku. Aż trudno to sobie wyobrazić, ale ponoć Fryderyk, syn Francuza i sam przez dziesięciolecia przebywający we Francji, nigdy nie nauczył się perfekcyjnie mowy ojca. Może dlatego, że jej nie lubił? „Mowa francuska mu nie odpowiadała, zarzucał jej brak dźwięczności i ciepła wewnętrznego”, pisał Liszt. Pianista i przyjaciel Chopina. Ferdinand Hiller twierdził wręcz, że choć kompozytor rozumiał język: „w najsubtelniejszych odcieniach, ale nie mówił dość płynnie, szukając więcej aniżeli znajdując wyrażeń do swych bystrych uwag i spostrzeżeń. Nie umiał też nigdy dobrze pisać po francusku”. Chopin skarżył się pani Sand swojej wieloletniej kochance, że mimo 20 lat codziennych rozmów po francusku, czasem zwyczajnie brakuje mu słów i zagląda do słownika. Za to do muzyki miał dryg od małego. „Prawdziwy geniusz muzyczny nie tylko bowiem z łatwością największą i smakiem nadzwyczajnym wygrywa sztuki najtrudniejsze na fortepianie, ale nadto jest już kompozytorem kilku tańców i wariacji, nad którymi znawcy muzyki dziwić się nie przestają. Niechże wzmianka niniejsza służy za wskazówkę, że i na naszej ziemi powstają geniusze. Tylko że brak głośnych wiadomości ukrywa je przed publicznością”. Pisała o nim prasa już w 1818 roku, miał więc wówczas 8 lub 9 lat. Muzyka. Można powiedzieć, że to dla niej się urodził. Pierwsze kroki w świecie muzyki stawiał dzięki matce i starszej siostrze. Fryderyk okazał się niezwykle pojętny i robił szybkie postępy w grze na fortepianie. Czas było znaleźć dla niego nauczyciela. Wybrano nań sympatycznego, choć nie pierwszorzędnego muzyka. Wielu, zarówno współczesnych, jak i potomnych twierdziło, że wybrano fatalnie. „Dobry staruszek Żywny, który także i mnie uczył i nie nauczył grać na fortepianie, był to może jeden z najpośledniejszych nauczycieli w Warszawie. Przecież Chopin był jego uczniem, co dowodzi, że aby być swojego rodzaju Aleksandrem Wielkim, niekoniecznie trzeba mieć Arystotelesa na mistrza”. Pisał o nim Andrzej Edward Koźmian. Wojciech Żywny miał 60 lat i był Czechem. Do Polski przyjechał, by uczyć muzyki i grać na dworze Sapiehów. Później nauczał muzyki w Warszawie. W domu Chopinów niemal się zadomowił. Gdy portrecista wykonał serię portretów członków rodziny, namalował również wizerunek Żywnego. Fryderyka nie tyle uczył techniki planistycznej, co zaznajamiał z klasycznym repertuarem wielkich kompozytorów. Podziw dla Bacha i Mozarta żywił Fryderyk do końca życia. Wkrótce powstały jego pierwsze utwory, zapisane z pomocą ojca i nauczyciela. Cienia wątpliwości nie było, że mały Frycek to niezwykły talent. W wieku, w którym dzieci zwykle idą do podstawówki on miał już wydaną drukiem swoją kompozycję - Poloneza g-moll, zadedykowanego hrabinie Wiktorii Skarbek. Dziecko robiło furorę. Famę, jaką niosła się po Warszawie, postanowiło wykorzystać Warszawskie Towarzystwo Dobroczynności. To właśnie dla niego mały Chopin dał swój pierwszy, wspomniany na wstępie koncert. Jednym z inicjatorów tego wydarzenia był Julian Ursyn Niemcewicz. Za występ w sali niebieskiej Pałacu Radziwiłłowskiego, inaczej zwanego Namiestnikowskim, obecnie Prezydenckim, zebrał wielki aplauz i entuzjastyczne recenzje. W tym samym wydarzeniu uczestniczyło jeszcze jedno dziecko, bardzo uzdolnione w kierunku poetyckim. Swój poetycki, publiczny debiut miał zaliczyć sześcioletni wówczas przyszły wieszcz Zygmunt Krasiński. Mały Chopin szybko stał się gwiazdą salonów. Grywał na prywatnych przyjęciach u Czartoryskich, Sapiehów, Zamoyskich czy Radziwiłłów. Bywał też ponoć stałym gościem u Wielkiego Księcia. „Wprowadzany już na salony jako cudowne dziecko grał przed Wielkim Księciem Konstantym. Ten wziął go na kolana, chcąc popieścić i pogratulować mu. Brzdąc zdjęty przerażeniem i odrazą, cofnął i opuścił głowę, by uniknąć moskiewskiego uścisku”. Historię tę miał w dorosłym życiu opowiedzieć sam Chopin córce George Sand - Solange. Historia ta jednak tyleż jest piękna i symboliczna, co zapewne nieprawdziwa. W rzeczywistości musiało to wyglądać tak: „Co niedziela zajeżdżała do niego kareta Wielkiego Księcia Konstantego i już cały dzień bawił w Belwederze z młodym Pawełkiem, synem cesarzewicza”. Zapewnia Eustachy Marylski, jeden z młodych pensjonariuszy państwa Chopinów. Inny ówczesny pamiętnikarz dodaje: „Równocześnie bywając i grając często w Belwederze księcia Konstantego, ofiarował mu marsza własnego utworu. Wielki Książę kazał mu grać. Utwór młodego Fryderyka tak się podobał, że sam takt wybijając, po sali maszerował z uśmiechem”. Fryderyk ofiarował też dwa skomponowane już polonezy carycy Marii Fiodorowej podczas jej pobytu w Warszawie. A w 1825 roku na nowo wynalezionym instrumencie eolomelodikonie, przodku fishharmonii dał koncert dla Aleksandra I. Carowi koncert tak przypadł do serca, że młody artysta został wynagrodzony drogim pierścieniem z brylantem. I nie było w tym nic dziwnego ani zasługującego na potępienie. Królestwo Polskie wówczas traktowane było jako namiastka polskiego państwa. Choć w pełni zależne od Rosji, miało sporą autonomię własny sejm, polskie urzędy i armię, którą dowodzili najwybitniejsi polscy generałowie czasów napoleońskich. Czas buntu i wielkiej zmiany miał nadejść dopiero w 1830 roku. Fryderyk tymczasem dorastał, rodzina zmieniła mieszkanie. Teraz zajmowała pięciopokojowe apartament w oficynie Pałacu Kazimierzowskiego. Młodzieniec nie miał swojego pokoju, za to mógł ćwiczyć w salonie, gdzie stał fortepian. Miał 13 lat, gdy po raz pierwszy poszedł do szkoły. Wcześniej uczył się w domu. Od razu trafił do czwartej klasy liceum warszawskiego. Pora przedstawić młodzieńca utalentowanego, przyjaźnie nastawionego do świata i skorego do żartów. Czyli postać skrajnie niepasującą do stereotypu artysty romantycznego. Talentów miał mnóstwo i potrafił z nich zrobić użytek. Najbardziej wśród kolegów rozsławiał go nie talent muzyczny, ale komiczny. Fantastycznie naśladował Polaków usiłujących mówić po francusku i cudzoziemców potykających się na polskim. Idealnie parodiował nauczycieli. Zmieniał nie tylko głos, ale wygląd twarzy. Popisowym numerem było naśladowanie niemieckiego pastora, który uparł się, by wygłaszać kazania po polsku. „Przywdziawszy rudą perukę z taką prawdą i z taką komicznością, naśladując go, powtarzał te kazania na pół z niemiecka, że słuchacze kładli się od śmiechu”. Zmieniając głos umiał też naśladować trzech rozmówców naraz. Ponoć parodiowo różne osoby także w późniejszych latach. Na paryskich salonach mawiano, że zmarnował talent aktorski. Mało? Dorzućmy rysunki. Nie stronił od karykatur. Raz zapewne nudząc się na lekcji prowadzonej przez Samuela Lindego, w zeszycie narysował jego portret. „Kajet dobrze namalowany”, napisał słynny belfer i autor Słownika języka polskiego, po czym zwrócił go Fryderykowi. Na lekcji historii rysował karykatury władców, nawiązując do ich przydomków. To także zostało mu w kolejnych latach. Karykaturami i portretami obdarowywał swoich znajomych. Zachowały się też rysowane przez niego ołówkowe pejzaże. To może chociaż nie miał talentu literackiego? Owszem, miał. Wystarczy poczytać jego listy, do których jeszcze wrócimy. Jako dziecko napisał z siostrą Emilią krótką sztukę. Komedię pod tytułem „Omyłka, czyli mniemany filut”, którą rodzeństwo wystawiło przed rodziną. Mając lat 14, ułożył też poemat liczący 42 zwrotki, zapewne opisując swój upadek na jednym z balów. „Co to? Podnieść się nie mogę? Pewnom złamał lewą nogę. Co to? Wszyscy pomieszani. «To kurcz», woła jedna pani. Przelękła się mama. Zawołano papę. Jakaś druga dama woła: «na kanapę». W Mazurku ustali. Szkoda, wielka szkoda. Doktora szukali. Przyszedł golibroda”. Z wakacji na wsi, które spędzał u kolegi ze szkoły, przesyłał rodzicom listy w formie gazety z parodią kroniki krajowej i zagranicznej. Nazywał je kurierami szafarskimi. „Dnia dwudziestegopiątego kaczor, wyszedłszy po kryjomu bardzo z rana z kurnika utopił się. Dotąd jeszcze nie można dojść przyczyny owego samobójstwa. Familia bowiem nic nie chce gadać”. To króciutkie próbki zarówno pióra, jak i poczucia humoru Fryderyka. Nic jednak nie było mu w stanie przysłonić największej pasji: fortepianu. Wieczorami często improwizował między innymi na temat wydarzeń z historii Polski. „Jak śmierć Warneńczyka, Żółkiewskiego, staczane bitwy przez wodzów naszych i to wszystko młody Chopin wygrywał na fortepianie. Nieraz popłakaliśmy się przy tej muzyce”. Przede wszystkim komponował. Jeszcze nim ukończył liceum w 1826 roku, powstały polonezy, mazurki czy wariacje. Domową sielankę przerwało tragiczne wydarzenie. Najmłodsza siostra Fryderyka, Emilia, zmarła nie ukończywszy 15 lat. Przyczyną śmierci była gruźlica. Po tym wydarzeniu pogrążona w smutku rodzina przeprowadziła się do mieszkania w Pałacu Krasińskich. Emilka, bardzo uzdolniona literacko, była towarzyszką zabaw Fryderyka w teatr. Zresztą z pozostałymi siostrami Fryderyk również miał bardzo bliskie relacje, szczególnie z Ludwiką. Ona także miała artystyczną duszę. „Ludwika zrobiła Mazura doskonałego, jakiego Warszawa nie tańczyła”. Pisał Fryderyk do przyjaciela. Niestety, kompozycje Ludwiki nie zachowały się. Ojciec podobno nie był zbyt szczęśliwy, ale w końcu uległ. Mikołaj Chopin, choć wiedział zapewne, jaki talent drzemie w synu, nie chciał, by miał on braki w edukacji. Upierał się, by jego syn poszedł na uniwersytet, a nie do szkoły muzycznej. Ostatecznie znalezione zostało rozwiązanie. Fryderyk wstąpił do Szkoły Głównej Muzyki znajdującej się w strukturze uniwersytetu, ale miał też uczęszczać na zajęcia z innych przedmiotów. Na wykłady chodził, ale do nauki się nie przykładał. Wyjątkiem była literatura polska, której nauczał znany poeta Kazimierz Brodziński. W świecie muzyki jego mentorem został natomiast Józef Elsner, świetny pedagog i uznany kompozytor. Chopin pod jego ręką dojrzewał muzycznie i tworzył kolejne utwory. Elsner wykazywał się dużą otwartością, nie próbował talentu wtłoczyć w sztywne ramy.
Część druga. Warszawskie ostatki. Miłość, koncert i serce na ławce.
Miał Chopin pamiętnik. W nim jesienią 1830 roku, gdy już szykował się do wyjazdu za granicę po wieczną chwałę, pojawił się wiersz. „Przykre losu spełniasz zmiany. Ulegać musisz potrzebie. Pamiętaj nie zapomniany, że w Polsce kochają ciebie. Ażeby wieniec sławy w nie zwiędły zamienić. Rzucasz lubych przyjaciół i rodzinę drogą. Mogą cię obcy lepiej nagrodzić, ocenić. Lecz od nas kochać mocniej, pewno cię nie mogą”. Słowa do pamiętnika wpisała mu Konstancja Gładkowska. Zapewne pierwsza miłość Chopina. Dla niej ponoć Chopin dopuścił się nawet wandalizmu. „Na ławce aż do 1836 roku widać było wiersze skreślone ołówkiem. Czy ręką Fryderyka, tego nie wiem. Ale pamiętam, że raz zszedłem go, jak wyrzynał scyzorykiem dwa serca otoczone cierniem8. Pisał jeden z pensjonariuszy domu Chopinów. Młody kompozytor dojrzewał, nie tylko emocjonalnie, a Warszawa stawała się dla niego za mała. Tu był już niekwestionowaną gwiazdą. „Mieć u siebie Chopina, słyszeć go grającego należało do najwyższej rozkoszy, jakie wówczas Warszawa dać mogła”, pisano. Młody muzyk był tym wieczornym życiem momentami mocno zmęczony, lecz potrafił grać niemal do upadłego. „Grałby nie wiedzieć jak długo, gdyby czcigodny Julian Ursyn Niemcewicz, spostrzegłszy nadzwyczajną zmianę i bladość jego twarzy, nie ulitował się na koniec nad nim. Zbliżył się więc i z cicha, usiadłszy przy nim, ujął go powoli za rękę, mówiąc. «Dość już. Dość, kawalerze. Trzeba, żebyś odpoczął». Chopin mógł być znużony także z powodu bujnego życia towarzyskiego. Popołudniami był stałym bywalcem kawiarni. Na przykład u Brzezińskiej czy Dziurki. Spotykał tam warszawską cyganerii, młodego pokolenia romantyków i rozpolitykowaną młodzież Maurycego Mochnackiego, Seweryna Goszczyńskiego czy Piotra Wysockiego, którzy już za kilka lat odegrają ważną rolę w czasie powstania listopadowego. W jednej z kawiarni podobno poznał Juliusza Słowackiego. Miał też już za sobą pierwszą zagraniczną podróż. W 1828 roku wyjechał do Berlina. Jedno z najznakomitszych miast ówczesnej Europy nie zachwyciło go. Wiedział już jednak, że dla rozwoju kariery musi wyjechać za granicę na dobre. Nim jednak się tam wybrał, czekały go egzaminy końcowe w Szkole Głównej Muzyki. Zdał je koncertowo. „Trzecioletni Chopin Fryderyk. Szczególna zdatność. Geniusz muzyczny”. Zapisał Elsner, wydając ocenę końcową, a w prywatnym dzienniku dopisał, że jego uczeń: „Otworzył nową erę w muzyce fortepianowej. Zarówno swą zdumiewającą grą, jak i kompozycjami”. Tuż po ukończeniu studiów Fryderyk wraz z kilkoma przyjaciółmi znów ruszył w podróż, tym razem do prawdziwej stolicy muzyki - do Wiednia. Jak się okazało, wakacyjna wycieczka stała się w jego życiu przełomem. Do stolicy Cesarstwa Chopin z przyjaciółmi dotarł 29 lipca 1829 roku. Tam zajął się nim Václav Würfel, czeski kompozytor i pianista, stały mieszkaniec Wiednia, który przedtem przebywał w Warszawie i bywał w domu Chopinów. „Poczciwe Wurflisko”. Tak o nim mówił nasz bohater. To on wprowadził Fryderyka do muzycznych salonów miasta. Poznał go z kilkoma ważnymi twórcami i wpływowymi osobami, a także był inspiratorem jego pierwszego koncertu. Dyrektora Kärntnertortheater przekonał na równi talent muzyczny, jak i to, że młody muzyk zgodził się zagrać za darmo. Ale i tak zaproszenie młodego Polaka na scenę stało się sensacją. „Gazeciarze wszyscy dużymi oczyma na mnie patrzą”, relacjonował Chopin. Przed wytrawną wiedeńską publicznością zaprezentował swoje wariacje B-dur na temat opery Mozarta Don Giovanni oraz improwizował. „Wczoraj więc, to jest we wtorek wieczorem o godzinie siódmej na Teatrze Cesarsko-Królewskim opery na świat wystąpiłem. Skoro się na scenie pokazał, dostałem brawo. Po odegraniu każdej wariacji takie były oklaski, żem nie słyszał tutti orkiestry. Po skończeniu tyle klaskano, iż musiałem drugi raz wyjść, ukłonić się”, pisał szczęśliwy. To był spektakularny występ. Doceniono walory jego kompozycji, choć krytykowano też jego grę za zbyt małą siłę dźwięku. Nic dziwnego, że dostał propozycję kolejnego koncertu, tyle że znów za darmo. Chopin był tym rozczarowany, ale się zgodził. Promocja jego osoby i muzyki była tego warta. Dzięki występom udało mu się po raz pierwszy za granicą wydać swój utwór. Dzień po drugim koncercie z kolegusami, jak ich nazywał, ruszył do Warszawy, ale nie wprost. Zawadził jeszcze o Pragę i Drezno. W tym ostatnim mieście próbowano zatrzymać go na dłużej, jednak Chopin chciał już wracać. W stolicy Królestwa był już niekwestionowaną gwiazdą. „Przyjmowany z zapałem za granicą rodak nasz nie dał się dotąd publicznie słyszeć w ojczyźnie swojej. Skromność, chociaż najpiękniejszy przymiot talentu z tej strony uważana jest mniej chlubną. Czyż talent Pana Chopin nie jest własnością jego ojczyzny? Czyż Polska nie potrafi godnie jego ocenić? Utwory pana Chopin noszą bez zaprzeczenia piętno wielkiego geniuszu”. Pisał i apelował Kurier Warszawski. 19 grudnia Chopin wystąpił w resorcie kupieckiej. 7 lutego następnego roku dał prywatny koncert, na którym zaprezentował koncert f-moll. Aż wreszcie przyszedł ten dzień 17 marca, gdy Chopin wystąpił na scenie Teatru Narodowego, wówczas znajdującego się przy Placu Krasińskich. Był gwiazdą, ale nie jedynym solistą. Swoje występy obok niego mieli też śpiewaczka i waltornistka. Nasz bohater zagrał koncert f-moll oraz Fantazję A-dur na tematy polskie. Publiczność, która szczelnie wypełniła widownię była zachwycona. Chopin nie. „Pierwszy więc koncert, lubo był pełny i od trzech dni naprzód ani lóż, ani krzeseł nie było, nie zrobił na masie wrażenia, jakem ja rozumiał. Elsner żałował, że mój pantalion głuchy i że basowych passaży słychać nie było. Tego wieczora, o ile paradysowi i ci, co w orkiestrze stali, byli zadowoleni, o tyle parter narzekał na ciche granie”. Pięć dni później Chopin zmienił więc instrument. Fortepian wypożyczył od rosyjskiego generała. Tym razem już nikt nie narzekał. „Jego koncert można by porównać do życia człowieka sprawiedliwego. Żadnej dwuznaczności, fałszu, przesady. Cały jest oddany geniuszowi muzyki, którym tchnie, oddycha. Zawsze jest nowy, świeży, słowem natchniony”. Pisał Maurycy Mochnacki w Kurierze Polskim. Sukces na scenie dodatkowo zmotywował Chopina do pracy. Wiosną kompozytor napisał dwie części kolejnego wielkiego dzieła - koncertu fortepianowego e-moll. Ostatecznie skończył go w sierpniu. Wówczas już myślał o następnej europejskiej podróży. Złe miał przeczucia Chopin przed tym wyjazdem. „Myślę, że wyjeżdżam po to, żebym na zawsze zapomniał o domu. Myślę, że jadę umrzeć. Jak to przykro musi być umierać gdzie indziej, nie tam, gdzie się żyło. Jakże mi to okropnie będzie widzieć zamiast rodziny zimnego doktora albo służącego przy łożu śmiertelnym”. Pisał jesienią. Może właśnie dlatego zbierał się do podróży niczym sójka za morze? „Co z moją podróżą to teraz nie wiem, co się stanie. Ja myślę, że ja zamiast za granicę tego roku, to się febry doczekam i po wszystkim będzie”. Narzekał w liście do przyjaciela. O wyjeździe mówił już wiosną, ale poważniejsze przygotowania rozpoczął pół roku później. Chciał najpierw udać się do Wiednia, a zimę spędzić we Włoszech. Był rok 1830. Sytuacja w kraju stawała się coraz bardziej gorąca, więc nawet Mikołaj Chopin zaczął mocno nalegać na wyjazd syna. Wreszcie ustalono ostateczny termin pożegnalnego występu. Chopin miał zagrać 11 października 1830 roku w Teatrze Narodowym. „Najdalej w tydzień po koncercie nie ma mnie w Warszawie. Już kuferek do drogi kupiony, już cała wyprawa gotowa, partycje poprawiane, chustki do nosa obrąbione, spodnie zrobione. Tylko się żegnać, a to najprzykrzej”. Dawno pewnie Warszawa tak nie czekała na koncert. Bilety rozeszły się w mgnieniu oka. Widownia wypełniona była po brzegi. Chopin zagrał między innymi koncertem e-moll. Okazał się on ogromnym sukcesem. Chopina wywoływano aż cztery razy. Jak donosił szczęśliwy, nikt na niego nie sykał, za to wyjazd prędko nie nastąpił. Fryderyk kilka razy go odkładał. Ostatecznie do dyliżansu do Wiednia wsiadł dopiero 2 listopada. Niemal w ostatniej chwili. Ledwie cztery tygodnie później podchorążowie chwycą za broń i w listopadową noc wyjdą na miasto, by rozpocząć powstanie. To było głośne pożegnanie. Elsner skomponował z tej okazji kantatę na głosy męskie i gitarę. W oberży na wolskich rogatkach Wykonał go chór przyjaciół muzyka, opóźniając odjazd dyliżansu. „Zrodzony w polskiej krainie. Niech twój talent wszędzie słynie. Choć opuszczasz nasze kraje. Lecz serce twoje w pośród nas zostaje”. Nikt z żegnających Fryderyka nie mógł przewidzieć, że to nie było zwykłe pożegnanie. Przecież Chopin właśnie udawał się, jak pisał biograf, w wielką podróż artystyczną, a nie na emigrację. A jednak wyruszając na podbój Europy, ostatni raz widział ojczyznę. Pytanie jednak, czy bardziej nie mógł, czy nie chciał do niej wrócić. Część trzecia. Ponury Wiedeń. Depresja i etiuda rewolucyjna. Powstanie listopadowe. Ta wiadomość spadła na Chopina jak grom z jasnego nieba. Informacja o zrywie dotarła do niego w pierwszych dniach grudnia, gdy był już w Wiedniu. „Wiesz, żem istota najniezdecydowańsza w świecie. Raz tylko w życiu dobrze wybrać umiałem. Mój Boże. I ona, i siostry, choć szarpiami mogą się przysłużyć, a ja... Gdyby nie to, że ojcu może teraz ciężar, natychmiast bym powrócił. Przeklinam chwilę wyjazdu”. Pisał później w liście do przyjaciela Jana Matuszyńskiego. Chopin do Wiednia przybył 20 listopada wraz z innym przyjacielem Tytusem Wojciechowskim. Wcześniej jeszcze odwiedzili Wrocław i Drezno. Stolica cesarstwa miała być dla niego trampoliną do wielkiej kariery. Po nocy listopadowej w Warszawie plany poszły w rozsypkę. „Malfatti na próżno stara się mnie przekonać, że każdy artysta jest kosmopolitą. Choćby i tak było, to jako artysta jestem jeszcze w kolebce, a jako Polak trzeci krzyżyk zacząłem. Więc żem dotychczas o układzie koncertu nie myślał”. Pisał w liście do Elsnera. Tytus postanowił wracać do Polski, a później wstąpił do wojska. Chopin początkowo też podobno chciał wracać. Miał nawet napisać list do rodziców, że planuje powrót. List się nie zachował, podobnie jak odpowiedzi. Zapewne jednak zarówno rodzice, jak i Wojciechowski wybili ten pomysł z głowy Fryderyka. Do armii się nie nadawał, był wątły i chorowity. Chopin został więc w Wiedniu i nie wiedział, co robić. „Wszak wiesz, że mam listy od Dworu Saskiego do wicekrólowej Mediolanu. Ale jakże jechać? Rodzice każą mi to robić, co ja chcę, a ja tego nie lubię. Do Paryża? Tutejsi radzą mi jeszcze czekać. Wrócić? Siedzieć tutaj? Zabić się?” Tam też spędził najbardziej ponure w życiu święta Bożego Narodzenia. „Za mną grób. Pode mną grób. Tylko nade mną grobu brakowało”, pisał. Na szczęście blisko zaprzyjaźnił się wówczas z owym wymienionym Malfattim, czyli lekarzem nadwornym. To on przypisał mu kurację i dietę, po której poczuł się lepiej. Pierwszy raz podczas tego pobytu publicznie wystąpił dopiero 4 kwietnia. Zagrał koncert e-moll i doczekał się pochlebnych recenzji. Po raz drugi zagrał 11 czerwca, a prasa nazwała go prawdziwym czcicielem sztuki. Wrócił też do komponowania. Napisał kilka mazurków, nokturnów i dwie etiudy oraz kilka pieśni. Dołożył do tego ostateczną wersję muzyki do słów wiersza Adama Mickiewicza: Precz z moich oczu! Natomiast wbrew sugestiom przyjaciół, nie stworzył pieśni patriotycznej dla walczących powstańców, choć początkowo zapalił się do tego pomysłu. Był nakłaniany też do napisania Opery Narodowej, ale nawet do niej nie zasiadł. Generalnie Chopin Wiedniem był rozczarowany. Chciał zmienić otoczenie. Marzył mu się Paryż. Do wyjazdu zaczął szykować się już wiosną. Ostatecznie do dyliżansu wsiadł 20 lipca. To nie była prosta droga. I nie tylko dlatego, że Chopin swoim zwyczajem przy okazji zwiedzał. We wrześniu przyjechał do Stuttgartu, gdzie znów dopadło go załamanie nerwowe. Część biografów pisze, że Fryderyk pogrążył się w rozpaczy graniczącej z obłędem. „To łóżko, do którego idę, może już niejednemu służyło umierającemu. Mnie to dziś nie robi wstrętu. Trup taki blady jak i ja. Trup taki zimny jak ja teraz na wszystko zimnym się czuję. Trup już przestał żyć i ja już żyłem do syta”, pisał do Wojciechowskiego. W Stuttgarcie dowiedział się o upadku Warszawy w dniu 8 września. „Pisałem poprzednie karty, nic nie wiedząc, że wróg w domu. Przedmieścia zburzone, spalone. O Boże jesteś ty. Jesteś i nie mścisz się. Czy jeszcze ci nie dość zbrodni moskiewskich. Alboś sam moskal. Ach, czemuż choć jednego moskala zabić nie mogłem?” W innym liście dodawał. „A ja tu bezczynny. A ja tu z gołymi rękami. Czasem tylko stękam. Boleję na fortepianie. Rozpaczam”. Chopin zamartwiał się też o rodzinę. „Mój biedny ojciec, mój poczciwiec. Może głodny? Nie ma za co matce chleba kupić. Może siostry moje uległy wściekłości rozhukanego łajdactwa moskiewskiego? Matko cierpiąca, tkliwa matko, przeżyłaś córkę, żeby się doczekać, jak moskal po jej kościach wpadnie gnębić was”. Jest bardzo prawdopodobne, że właśnie w tych okolicznościach po raz pierwszy zabrzmiały słynne dźwięki. Etiuda c-moll nazywana rewolucyjną. Wielu badaczy uważa, że wówczas to Chopin skomponował jedno ze swych najsłynniejszych dzieł. Choć sam Fryderyk tak jej nie zatytułował. Co więcej, był przeciwnikiem nadawania poetyckich podtytułów swoim dziełom. W tych chwilach dla Polski przełomowych zatrzymajmy się na chwilę, by zapytać, jaki był stosunek Chopina do sprawy narodowej. Posłuchajmy Marty Tabakiernik z Muzeum Historii Polski. Chopin dorastał w domu, w którym liczyły się wartości patriotyczne. Śpiewano tam między innymi „Śpiewy historyczne” Niemcewicza. Chopin improwizował do tych śpiewów. Czyli taka wyidealizowana wizja historii Polski byłaby przez niego wyniesiona już z domu. Pamiętajmy, że później chodził na wykłady Brodzińskiego, który głosił ideały sztuki narodowej. No a jeśli chodzi o postawę Chopina, to pamiętamy, że przeżył wielki kryzys na wieść o wybuchu i upadku powstania listopadowego, w którym nie mógł wziąć czynnego udziału. Był to dla niego olbrzymi wstrząs. Natomiast już w Paryżu związał się ze środowiskiem polskiej emigracji, z kręgiem rodziny Czartoryskich. Hotel Lambert i w zasadzie nie udzielał się aktywnie politycznie. Czasami brał udział w takich inicjatywach dobroczynnych na rzecz Polaków. No ale można powiedzieć, że to wszystko wyrażał po prostu przez swoją muzykę. Pisał zresztą do swojego przyjaciela Tytusa Wojciechowskiego, że doszedł do czucia narodowej muzyki. Chopin komponował polonezy i te polonezy były uważane za takie najbardziej polskie. Już sam Liszt uważał, że to są najszlachetniejsze uczucia dawnej Polski. Więc Chopin już za swojego życia był uważany za twórcę narodowego i w jego muzyce współcześni słyszeli pierwiastki czysto polskie, które miały taką cechę jednoczącą rozbity naród. Do stolicy Francji Chopin dotarł jesienią 1831 roku. Część czwarta rękawiczki à la Chopin. Gra łokciami i słynne kochanki. Paryż oszołomił Chopina. „Jest tu największy przepych, największe świństwo, największa cnota, największy występek. Co krok to afisze na weneryczne choroby. Krzyku, wrzasku, turkotu i błota więcej niźli sobie wystawić można”. Fryderyk przybył do stolicy Francji w październiku 1831 roku i zamieszkał nieopodal wzgórza Montmartre. Później kilka razy się przeprowadzał, ale prawie zawsze miał lokum w pobliżu tego ówczesnego centrum artystycznego Paryża. Szybko wkręcił się w artystyczny paryski świat. Poznawał mnóstwo osób, w tym znanych muzyków czy kompozytorów, jak choćby Liszta czy Felixa Mendelssohna. Do tego udało mu się znaleźć sporo zamożnych uczniów. Za to miał kłopot ze zorganizowaniem koncertu. Także z powodu ogromnej konkurencji. Nie bez powodu Paryż był nazywany Pianopolis. „Jakoż nie wiem, czy gdzie więcej pianistów jak w Paryżu. Nie wiem, czy gdzie więcej osłów i więcej wirtuozów, jak tu”, pisał do Tytusa. W desperacji zastanawiał się nawet, czy nie pójść na lekcje gry na fortepianie u cenionego w Paryżu wirtuoza i kompozytora. Rodzice i Elsner wybijali mu to z głowy. Pierwszy koncert Chopin miał dać w dzień Bożego Narodzenia, ale nie udało się skompletować artystów. Z tego powodu występ najpierw przeniesiono na styczeń, później termin przesunięto jeszcze o miesiąc. Swoim zwyczajem grał za to na salonach, między innymi w ambasadach Austrii i Anglii. „Powoli lansuje się w świat, ale tylko dukata mam w kieszeni”, pisał w liście. Lansowała go też sama muzyka i to nie tylko we Francji. Cały czas wybrzmiewały echa jego koncertu w Wiedniu. „Panowie, kapelusze z głów! Oto geniusz”, pisał entuzjastycznie w niemieckiej gazecie inny wirtuoz Robert Schumann. Przyznać tu trzeba, że nie wszyscy zachwycali się jego twórczością. Jeden z niemieckich krytyków pisał o. „Wandalizmie, z jakim pan Chopin obszedł się z mozartowską melodią, zadławioną łańcuchem tyrylów. Nim wybrzmią takty pierwszego paryskiego koncertu, który przyniesie kolejny wielki przełom w karierze Chopina i otworzy mu wrota do sławy zatrzymajmy się na chwilę, by przyjrzeć się samemu kompozytorowi. W paszporcie zapisano, że mierzył 170 cm. Był szczupły, a nawet wątłej postury. W wieku niespełna 30 lat miał ważyć ledwie 45 kilogramów. „Dość dmuchnąć, żeby się przewrócił”. Zapewne był blondynem o niebiesko szarych oczach. Cerę miał bladą, niemal przezroczystą. Charakterystyczną cechą był duży, orli nos. „Spojrzenie niebieskich oczu raczej bystre było niż marzące. Uśmiech łagodny, nigdy nie stawał się gorzkim. Cera miała przezroczystą delikatność. Faliste, jasne włosy otaczały twarz. Szczupłe ruchy miał szybkie i wdzięczne. Dźwięk głosu robił wrażenie cokolwiek przytłumionego. Czasem nawet stawał się bardzo cichym. Całą postawę cechowała wrodzona wykwintność”. Wspominał go Liszt. Podobne opisy pojawiały się też w przekazach innych osób. We Fryderyku nadal bardzo młodym krew buzowała. „Dusza jego czuła i wrażliwa na każde piękno, każdy powab, każdy uśmiech ulegała wrażeniom z niesłychaną łatwością i powolnością. Serce jego wrzało ogniem i tkliwością do trzech piękności w trakcie jednego wieczoru”. Wspominała później George Sand. Sporo też imprezował. „Na tym wieczorze nudziliśmy się śmiertelnie od 10 do 2 w nocy. Pod koniec jednak Chopin upił się i prześliczne rzeczy improwizował na fortepiano”. Pisał do matki Juliusz Słowacki. Ponoć gdy Chopin wypił za dużo, grywał na fortepianie łokciami. Ponadto nadal świetnie parodiował różne osoby. Tak dobrze, że Balzac w jednej ze swoich powieści umieścił postać. „Obdarzoną takim talentem naśladowania ludzi, jakim w wysokim stopniu włada pianista Chopin”. Na koniec dodajmy jeszcze kilka słów o prezencji. W Paryżu ceniący elegancję Fryderyk zamienił się w ikonę stylu. Dzień zaczynał od wizyty u fryzjera, gdzie czesał się i golił. Ubierał się według panującej wówczas londyńskiej mody. Gdy już go było stać, wszystko szył u najlepszego paryskiego krawca. Wybierał czerń, szarość, granat, ewentualnie dyskretny fiolet. Całość dopełniał elegancki kapelusz i wyrafinowane perfumy. Taki właśnie Fryderyk wkracza do paryskiego świata, a 25 lutego 1832 roku gra pierwszy publiczny koncert. Nie występuje sam, ale to Chopin. „Wszystkich tutejszych fortepianistów zabił na śmierć. Cały Paryż ogłupiał”. Pisano nieco przesadnie do Polski, jednak także dzienniki francuskie rozpływały się w komplementach. „Oto młody człowiek, który się poddaje swym wrodzonym popędom i nie biorąc sobie nikogo za wzór, znalazł, jeżeli nie całkowitą odnowę muzyki fortepianowej, w każdym razie cząstkę tego, czego tak długo szukano daremnie. Mianowicie obfitość oryginalnych myśli, których pochodzenia nigdzie wskazać niepodobna”. Do tego występ przyniósł sukces finansowy. Kilka miesięcy później udało się Chopinowi zdobyć kontrakt ze słynnym paryskim wydawcą, który opublikował kilka jego kompozycji. Posypały się również propozycje lekcji świetnie płatnych lekcji, dzięki którym Fryderyk szybko stał się człowiekiem zamożnym. Stał się też najmodniejszym salonowym fortepianistą. Salonową sensacją. „Rozerwany jestem na wszystkie strony”. Pisał nieco zamroczony sukcesem Fryderyk. „Zdrów i silny. Wszystkim Francuzką głowę zawraca. W mężczyznach zazdrość wzbudza. Jest on teraz w modzie I niedługo świat ujrzy rękawiczki à la Chopin”. Dodawał znajomy kompozytora. Fryderyk czerpał z tego garściami. Sarkastycznie tłumaczył: „Zaraz masz większy talent, jeżeli cię w ambasadzie angielskiej czy austriackiej słyszano. Zaraz lepiej grasz, jeżeli cię księżna Vaudemont protegowała”. Do salonów pasował świetnie. Jak zauważył Liszt: „Nacechowany tak arystokratyczną wytwornością, że mimo woli traktowało się go jak księcia”. Księcia, który dodatkowo potrafił zaczarować muzyką. Romanse i miłości. Tego nie mogło zabraknąć. Delfina Potocka to postać na osobny podcast. Utalentowana, piękna i bezpruderyjna. Muza i przyjaciółka. Pod jej urokiem byli i Krasiński, i Słowacki, i Balzac, a zapewne też Chopin, choć w tej historii niewiele jest pewnego. Za to bez wątpienia historia ta jest niezwykle pikantna. Chodzi o ujawnione w XX wieku listy pisane ponoć przez Chopina do Delfiny o frywolnej, a chwilami nawet wulgarnej treści. Fryderyk poznał Delfinę Potocką tuż po przyjeździe do Paryża. Najpierw został nauczycielem jej rodzeństwa, a później także samej księżnej. Biografowie są podzieleni, czy połączył ich romans, czy była to tylko przyjaźń. Choć przydomek Don Juan w spódnicy, nadany jej przez późniejszego kochanka Zygmunta Krasińskiego, raczej sugerowałby to pierwsze. Na pewno Chopin dedykował jej dwa swoje utwory, w tym koncert fortepianowy f-moll. Do dziś nie ma rozstrzygających dowodów, które potwierdziłyby autentyczność tej korespondencji i oficjalnie funkcjonuje ona jako apokryficzna. I tak właśnie zostawmy historię o nieprzyzwoitym Chopinie, która szczególnie ubodła badaczy marzących o nieskalanym geniuszu. W tej historii każdy ma prawo do własnego poglądu. Od romansu domniemanego przejdźmy do prawdziwego. Na horyzoncie pojawia się Maria Wodzińska, a Chopin chce się żenić. Wybrankę zna od dziecka, ale dorosłymi oczami spojrzał na nią dopiero w 1835 roku, gdy odwiedził rodzinę Wodzińskich w Dreźnie. Pojechał tam po kuracji leczniczej w Niemczech i ponad miesięcznym spotkaniu w Karlowych Warach z rodzicami. Jak się okazało, widział się wtedy z nimi po raz ostatni. Fryderyk nie był jedynym słynnym adoratorem Marii. Wyprzedził go Słowacki, który po pierwszym spotkaniu w Genewie w 1833 roku wprawdzie napisał o niej, że bardzo brzydka, ale widocznie później diametralnie zmienił zdanie. Maria, urodzona w 1819 roku, czyli w tych latach podlotek, nie była klasyczną pięknością, ale zdaniem biografów miała, używając dzisiejszego określenia seksapil, a do tego świetnie grała na fortepianie. Chopinowi wystarczył krótki pobyt w domu Wodzińskich, by się zakochać. „O, Marie uchwyciła jego serduszko”. Podsumowywała matka Chopina. Rok później oświadczył się i został przyjęty pod pewnymi warunkami postawionymi przez Matkę Marii - Teresę. Można się domyślać, dlaczego nic nie wyszło z tego związku. Zapewne za jego zakończeniem stali rodzice Marii. Listy krążą przez pewien czas, ale są coraz bardziej zdawkowe. I chyba to nie Chopin się rozmyślił, skoro korespondencję przechowywał do śmierci. A paczuszka z listami opatrzona była napisem „Moja bieda”. Szukając przyczyn można wymienić dwie najbardziej prawdopodobne. Jedną, że Chopin nie zamierzał zrezygnować ze swego trybu życia artysty. Drugą, ważniejszą mógł być kiepski stan zdrowia i kompletny brak dbałości o nie. Fryderyk zawsze był tak zwanego słabego zdrowia, ale też niewiele się tym przejmował. Tak było już w Warszawie. Nic nie zmieniło się w Paryżu. Wiecznie był niedospany i przemęczony. Głównie dlatego, że: „Do północy był dobrym pianistą, a później stawał się mistrzem”. Pisano o nim. Wieczory spędzał w salonach. Rano za to czekała go praca, czyli lekcje, z których się utrzymywał. Pierwszy raz pluł krwią już w 1831 roku. Sytuacja powtórzyła się cztery lata później, gdy ciężko przeszedł grypę. Zimą tego roku zachorował już tak poważnie, że sporządził swego rodzaju testament, a Kurier Warszawski 8 stycznia 1836 roku donosił nawet o jego śmierci. Chopin leczył się w uzdrowiskach, ale gdy wracał do Paryża, nie zmieniał swoich przyzwyczajeń. Nie słuchał też lekarzy. Zupełnie nie dbał o przyszłość i niewiele robił sobie z ostrzeżeń najbliższych. „Dopóki nie postarasz się odłożyć paru tysięcy franków, będę uważał, że jesteś godzien pożałowania pomimo twego talentu i pochlebstw, którym cię darzą. Pochlebstwa to dym, nie wspomogą cię w potrzebie. Gdyby, broń Boże, niedomagania lub choroba zmusiły Cię do przerwania lekcji, to grozi ci nędza na obczyźnie. Ta myśl, przyznam Ci się często mnie dręczy, gdyż widzę, że żyjesz z dnia na dzień”. Pisał do niego ojciec. Chopin dobrych rad nie posłuchał. Zbyt mocno pochłaniały go Paryż, muzyka i życie towarzyskie. A wkrótce kolejny romans. Miłość od pierwszego wejrzenia? Nie tym razem. „Poznałem wielką znakomitość. Panią Sand. Ale twarz jest niesympatyczna. Nie podobała mi się. Jest w niej coś odpychającego”. Pisał Chopin i zastanawiał się, czy Sand rzeczywiście jest kobietą. Sand nie pozostawała dłużna. „Czy ten pan Chopin to dziewczyna?” Pytała przyjaciółki. George Sand rzeczywiście była sławą i być może wówczas najbardziej kontrowersyjną paryżanką. Przybrała męski pseudonim. Często też nosiła się z męska. Stała się słynną pisarką także dzięki swoim socjalistycznym poglądom. Prowadziła swobodne życie, miała wielu kochanków. To ona jednak zagięła parol na polskiego kompozytora. Ponoć nawet zaczęła ubierać się na biało czerwono, by zwrócić uwagę Fryderyka. Romans zaczął się gdzieś w 1838 roku, podobno od karteczki z krótkim wyznaniem. „Ktoś pana uwielbia? G.S.” I rozkwitŁ gwałtownie. „Zaczynam wierzyć, że bywają anioły przebrane za mężczyzn przebywające jakiś czas na ziemi”, pisała Sand. Razem z nową kochanką i jej dziećmi Fryderyk pojechał na Majorkę. Po kilku tygodniach rajskiego życia rozchorował się i pierwszy raz lekarze stwierdzili u niego gruźlicę. „Chorowałem przez te ostatnie dwa tygodnie jak pies. Trzech doktorów z całej wyspy najsławniejszych. Jeden wąchał, com pluł. Drugi stukał, skądem pluł. Trzeci macał i słuchał, jakem pluł. Jeden mówił, żem zdechł, drugi, że zdycham, trzeci, że zdechnę”. Sand z kochanki zmieniła się w pielęgniarkę. Wielu biografów uważa, że wówczas romans przerodził się w przyjaźń. Na pewno od tego czasu Sand w dużej mierze matkowała Fryderykowi, o czym świadczy choćby nazywanie go w listach małym. „Mały Chopino miewa się dość dobrze i żyje swoim zwykłym trybem, udzielając lekcji prześlicznym miss”. Pisze po ich powrocie do Paryża. Mimo wahań Sand nie kończy tej relacji. Pisarka uważa, że przeznaczenie narzuciło jej więzy długotrwałego związku. W Paryżu zamieszkują jednak w dwóch osobnych mieszkaniach. Trzymają się konwenansów. Chopin w towarzystwie zawsze zwraca się do kochanki per pani. Lato spędzają wspólnie w jej rezydencji na wsi Nohant. Tam powstają jego arcydzieła. Zdrowie Chopina się poprawia. Co ważniejsze, lekarze nie znajdują niczego w płucach. Swoim zwyczajem Fryderyk wieczorami odwiedza salony i czaruje grą. Dnie poświęca na lekcje. Utworów już jednak nie sprzedaje za bezcen. 500 franków za utwór. „Jest to cena, poniżej której niczego nie będę dostarczał”, rzuca wydawcy. Jest już tak sławny, że bilety na jego koncert rozchodzą się w mgnieniu oka. „W dwie godziny uderzeniami dwóch rąk zgarnął do kieszeni sześć tysięcy kilkaset franków. Pośród braw, bisów i tupotu najpiękniejszych kobiet Paryża”, pisała Sand. Z roku na rok związek coraz bardziej się rozluźnia. Sand zdarzają się krótkie romanse, starannie skrywane przed Chopinem. Fryderyk robi jej sceny zazdrości, awantury, a czasem obrażony godzinami nic nie mówi. Pisarka rewanżuje się po swojemu. Powieścią Lukrecja Floriani, w której przedstawia ich relację. Nikogo poza Chopinem nie zmyliły zmienione nazwiska i okoliczności. Fryderyk wypadał w tej książce bardzo źle. Związek rozpadł się pod koniec 1846 roku. Chopin na początku nie zdawał sobie z tego sprawy. Po prostu sam wrócił ze wsi do Paryża. Parę dodatkowo podzieliły dzieci pisarki. Ukochany syn Sand Chopina nie znosił. Nielubiana córka miała z kompozytorem bardzo dobry kontakt. Dobry do tego stopnia, by wzbudzić podejrzenia Sand. Uznała, że Chopin chce od Solange czegoś więcej. Latem napisała do niego pożegnalny list. „Adieu, mon ami. Żegnaj, mój przyjacielu. Obyś wyleczył się szybko z wszystkich dolegliwości. Wierzę w to teraz. Mam ku temu swoje powody i dziękować będę Bogu za to osobliwe zakończenie. Chopin z Sand spotkali się już tylko raz w przedpokoju jednego z paryskich salonów. Fryderyk poinformował ją, że została babcią. Uścisnęła jego rękę i chciała porozmawiać dłużej, ale Chopin szybko odszedł. „Teraz ja mogłam z kolei rzec, że mnie już nie kocha”. Napisała po latach. Raczej źle interpretując zachowanie Fryderyka. Burzliwy związek trwał 9 lat.
Część piąta. Zaborcza uczennica, angielski dym i ostatnie dni.
Anglii Chopin nie lubił, a jednak dał namówić się na wyjazd, choć musiał wiedzieć, że duża wilgotność i zadymione miasta to klimat zabójczy dla jego płuc. To nie wszystko. Jeśli gdzieś zbierał złe recenzje, to przede wszystkim tam. „Ale Angielki. Ale konie. Ale pałace. Ale powozy. Ale bogactwo, Ale przepych. Ale miejsca. Ale drzewa. Ale wszystko. Zacząwszy od mydła, a skończywszy na brzytwie. Wszystko nadzwyczajne, wszystko jednakowe, wszystko wyedukowane, wszystko umyte, a czarne jak szlachecka...” Tak z humorem opisywał swoje wrażenia z pierwszego pobytu w Anglii w 1837 roku. Co go skłoniło do spakowania kufrów kolejny raz? Znów, tym razem w pełni świadomie, uciekał przed rewolucją. Był rok 1848. Rok Wiosny Ludów, która przetoczyła się po całej Europie, a jej epicentrum znajdowało się w Paryżu. Pewnie też po odejściu Sand potrzebował nowego otwarcia. Takie mogło mu dać uczennica i admiratorka Jane Stirling. To ona namówiła go na podróż i zorganizowała mu serię występów i spotkań. Fryderyk ruszył w Wielki Czwartek 20 kwietnia. Już kilka tygodni później zagrał przed samą królową angielską. Fryderyk pisał do rodziny o sukcesie. Ponoć nawet sam książę Albert przybliżył się do fortepianu. Wiktoria w pamiętnikach zanotowała jednak zdawkowo, że zagrali jacyś pianiści. Chopin robił, co umiał najlepiej. Grał na wieczorkach muzycznych i udzielał lekcji. W czerwcu dał pierwszy publiczny koncert. Później grał u arystokratów. Zarabiał bardzo dobrze, ale wydatki też miał słone. „Żeby ten Londyn nie był taki czarny, a ludzie nie tacy ciężcy I odoru węglanego ani mgły nie było, to bym już i po angielsku się nauczył. Żebym był młodszy, to bym się może i na machinę puścił. Dawałbym koncerty po wszystkich kątach i wygrywał najbezgustowniejsze awantury, byle za pieniądze. Ale teraz już trudno zaczynać z siebie machinę robić”, pisał w liście. Jego stan zdrowia stale się pogarszał. Czasem wydawało mu się, iż zaraz wykaszle duszę. Mimo to jeździł i koncertował. Publiczny koncert dał między innymi w Manchesterze. Słuchało go ponad dwa tysiące osób. Sporo czasu spędził też w Szkocji. „Włóczę się od jednego lorda do drugiego, od jednego hrabiego do drugiego, a wszędzie przyjmują mnie z najserdeczniejszą życzliwością i gościnnością bez granic”, relacjonował. Od października znów był w Londynie. Czuł się fatalnie. Z domu na dłużej wyszedł raz, by dać ostatni koncert. Odbył się 16 listopada w kameralnej sali gmachu Guildhall. Chopin dał się namówić, bo pieniądze z koncertu były przeznaczone na wsparcie weteranów powstania listopadowego. Występ się spodobał, ale Fryderyk przypłacił go kolejnym kryzysem zdrowotnym. Decyzja już zapadła. Chopin wracał do Paryża. Wracał, będąc na granicy depresji. „Moja sztuka gdzie się podziała? A moje serce gdziem zmarnował? Ledwie, że jeszcze pamiętam, jak w kraju śpiewają. Świat mi ten jakoś mija. Zapominam się, nie mam siły. Jeżeli się wzniosę trochę, to spadnę tym niżej. Nie skarżę ci się, ale żądałeś, więc ci tłumaczę, żem bliżej trumny jak łoża małżeńskiego”. Pisał do przyjaciela, mając zapewne na myśli zakusy matrymonialne zapatrzonej w niego Jane Stirling. Niestety, powrót do stolicy Francji nie oznaczał powrotu do zdrowia. Przy łóżku chorego pojawiali się coraz to nowi lekarze, proponujący kolejne nieskuteczne kuracje. „Ale oni błądzą po omacku, a ulgi mi żadnej nie przynoszą. Wszyscy są zgodni, że potrzebny mi jest dobry klimat, spokój, odpoczynek. Odpoczynek znajdę pewnego dnia i bez ich pomocy”. W sumie Chopina leczyło według różnych wersji od 14 do 50 medyków, ale chyba już nic nie mogło mu pomóc. „Już nie”. To były ostatnie słowa Chopina, gdy spytano go, czy bardzo cierpi. Za sobą miał ostatni atak duszności. Była noc z 16 na 17 października. Minione miesiące były dla Chopina prawie nieustającym cierpieniem. Musiał zdawać sobie sprawę, że odchodzi. Wezwał do Paryża swoją siostrę Ludwikę. Poprosił przyjaciela o spalenie wszystkich niewydanych drukiem utworów. Jak mówił w większym lub mniejszym stopniu niegodnych mnie. Nie wychodził. Za to do niego przychodziło mnóstwo ludzi. „W cieniu głębokiego łóżka, z firankami na poduszkach oparty piękny był bardzo, tak jak zawsze w najpowszechniejszego życia poruszeniach. Mając coś skończonego, coś monumentalnie zarysowanego”. Pisał jeden z nich. Cyprian Kamil Norwid. „Wieczory spędzane przy jego boku mogły złamać najtwardsze serce. Jego przerywane oddechy były w istocie tylko stłumionym jękami, przerażającymi szlochami”. Wspominała Solange, córka Sand. Dzień przed śmiercią ostatni raz słuchał muzyki. Przy łożu śmierci śpiewała mu Delfina Potocka. Fryderyk Chopin zmarł 17 października o godzinie drugiej w nocy. Ledwie 39 lat przeżył Chopin. Jego życiorysem i osiągnięciami można by obdzielić co najmniej kilka osób. Żył niezwykle intensywnie, znacznie bardziej intensywnie niż większość ludzi. Jak rzadko której historycznej postaci, możemy przyglądać się mu od pierwszych lat. Osobą publiczną, cudownym dzieckiem stał się w wieku lat kilku. Od tego do światowego uznania droga daleka, a Chopin przeszedł ją jakby od niechcenia. Jak to się stało, że osiągnął światową sławę? Czy przesądził o tym talent muzyczny? Czy zaważyła także osobowość? Posłuchajmy Marty Tabakiernik z Muzeum Historii Polski.
„To, że osiągnął światową sławę, na tym zaważył i talent muzyczny i jego osobowość. Osobowość miał bogatą, bardzo złożoną. Na pewno wyróżniał się na tle innych pianistów swojej epoki, choćby tym, że bardzo rzadko dawał się słyszeć na koncertach publicznych. Unikał tych koncertów, występował w salonach dla bardzo wąskiego kręgu odbiorców. To sprawiało, że Chopin był wielką atrakcją, ciekawostką. W zasadzie wszyscy o nim wiedzieli, ale mało osób go słyszało i to powodowało taką olbrzymią ciekawość jego osobą. W pewnym sensie napędzało tą jego sławę. Ale też Chopin właśnie bardzo wyróżniał się tym, zresztą pisali o tym też recenzenci, że w jego muzyce była poetyckość, czyli taki w sumie nieuchwytny element, bardzo uczuciowy. Te wartości poetyckie były też czymś innym niż to, co oferowali wówczas wirtuozi. Muzyka Chopina to była absolutna odmiana oblicza muzyki fortepianowej. Przede wszystkim ten geniusz polegał na tym, że Chopin łączył elementy klasyczne z bardzo indywidualnymi elementami, pomysłami, z bardzo śmiałą harmoniką, brzmieniem, oryginalną rytmiką. Też rewolucjonizował gatunki muzyczne. Uważany jest choćby za twórcę gatunku ballady fortepianowej. W jego muzyce widzimy wyjście poza taką pustą wirtuozerię, jak na przykład właśnie jego etiudy, czyli kompozycje, które miały wtedy służyć raczej ćwiczeniom techniki czy popisowi, w twórczości Chopina stają się wielkimi dziełami sztuki. W dużym stopniu rewolucyjne, nowatorskie, nowoczesne było jego podejście do folkloru, bo te elementy, pierwiastki ludowe, on to wszystko połączył ze swoim indywidualnym stylem. To była oczywiście rewolucja, więc to też budowało jego sławę. O takich ludziach często mawia się, że to wybrańcy bogów. Zwykle dodając, że owi wybrańcy umierają młodo. Jeśli tak, to Chopinowi i tak darowali stosunkowo długie życie”.
To wszystko, co dziś przygotowałem dla państwa. Tu kończy się nasza wyprawa w świat geniusza i jego muzyki. Do usłyszenia, mam nadzieję, następnym razem. Łukasz Starowieyski. 1000 lat. Prześwietlenie. Podcast Muzeum Historii Polski o najważniejszych wydarzeniach w historii Polski. Podcastów „1000 lat. Prześwietlenie” wysłuchasz na YouTube, Spotify, Google Podcast, Audiotece, a także na innych platformach podcastowych. Chcesz być na bieżąco? Subskrybuj kanał Muzeum Historii Polski.
Dane o obiekcie
-
Nazwa / Tytuł
Fryderyk Chopin - cudowne dziecko, lew salonowy i geniusz -
Rodzaj
-
Kategoria
-
Zakres chronologiczny
-
Data wykonania
03/04/2025 -
Czas trwania
1h 6min 53sek -
Osoby występujące
-
Numer inwentarzowy
MHP-05-17426 -
Klasyfikacja praw autorskich
-
Permalink
Słowa kluczowe
Opis
„Rodem warszawianin, sercem Polak, a talentem świata obywatel” – pisał o nim poeta Cyprian Kamil Norwid. W jednej z warszawskich kawiarni poznał Juliusza Słowackiego. W dniu jego pierwszego publicznego koncertu swój literacki debiut zaliczył Zygmunt Krasiński. Stał się bohaterem jednego z opowiadań Honoriusza Balzaca, a jego kochanką była znana pisarka - George Sand. Przyjrzyjmy się niezwykłemu życiu Fryderyka Chopina i jego burzliwej epoce.
Był nie tylko genialnym kompozytorem i fenomenalnym pianistą, ale też fascynującą osobowością. Komponował od szóstego, a koncertował od ósmego roku życia. Ponoć siadał na kolanach Wielkiego Księcia Konstantego i grał na pianinie przed carem. Zachwycił Wiedeń i Paryż.
Z jakiego domu pochodził? Czy słusznie kojarzymy Żelazową Wolę z Chopinem? Dlaczego rzadko dawał publiczne koncerty? Czym wyróżniała się jego muzyka? Kiedy wyjechał z Polski i czy rzeczywiście chciał wrócić, żeby wziąć udział w powstaniu listopadowym?
O muzycznym geniuszu i wyjątkowej osobowości Fryderyka Chopina w podcaście z serii „1000 lat. Prześwietlenie” opowie Łukasz Starowieyski. Jego gościem jest dr Marta Tabakiernik z Muzeum Historii Polski.