Filip Pobihuszka
Pobihuszka, Filip (świadek historii); Rottermund-Taraszkiewicz, Elżbieta (prowadzący/a rozmowę); Gil, Paweł (operator kamery);
16/12/2025
Klasyfikacja praw autorskich
Transkrypcja
Filip Pobihuszka
Powódź [19]97 roku to jest jedno z takich bardziej barwnych wspomnień, jakie mam. Miałem wtedy 10 lat, więc już dosyć dobrze to zapamiętałem. Wszyscy widzieliśmy w telewizji, jak wyglądała ta powódź w miastach, które do tej pory musiały się z nią zmagać. We Wrocławiu głównie. Nowa Sól była, wszyscy byli spanikowani. Powiem szczerze, że moi rodzice przyszykowali sobie nawet sznurek, żeby z czwartego piętra, jak już ich zaleje, wciągać prowiant z łodzi, które miały pływać po naszym osiedlu. Mimo że to osiedle było kilka kilometrów od rzeki, tak naprawdę. Zdawałem sobie sprawę z powagi sytuacji, ale to nie był strach. To było, dla dziesięciolatka to była bardziej fascynacja może tym wszystkim, co się wokół dzieje. Ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek był wystraszony albo wpadł w panikę. Chociaż podejrzewam, że dla moich rodziców to mogło być już bardziej bliżej tych rejonów, jeśli chodzi o te uczucia. Zwłaszcza, że moja mama była wtedy w ciąży. Mój brat urodził się dwa miesiące po powodzi. Śmiejemy się, że to powodziowe dziecko.
Mój ojciec ma to do siebie, że lubi dokumentować rzeczy. Stąd się wzięło to, że zabierał mnie nad Odrę w trakcie powodzi. Pokazywał mi te przerwane wały, pokazywał mi tę zerwaną ulicę, te wojsko, które się kręciło po mieście. Być może taki miał cel, żeby mi się to wryło w pamięć, bo wszyscy wiedzieliśmy, że się dzieje coś jakby nie patrzeć, historycznego, prawda? Ojciec zabierał mnie do centrum, gdzieś na obrzeża miasta. I tam widzieliśmy setki tysięcy ludzi pracujących przy układaniu wałów z worków z piaskiem. To było dla mnie w ogóle niepojęte, że jest taka mobilizacja, że ludziom się chce bronić swoich dobytków. A żywioł był naprawdę przerażający. Zabrał mnie kiedyś ojciec na wały przeciwpowodziowe. Tam była wielka wyrwa, przez którą woda wylewała się na ogródki działkowe. Na nasze ogródki działkowe zresztą. Rodzice mieli tam działkę, która zresztą chyba nawet tego samego roku [19]97 dostała nagrodę za najładniejszą działkę. No i ten dyplom, no źle się zestarzał w konfrontacji z tą powodzią. Całe miasto było obwarowane, zamurowane.
Ludzie w centrum murowali okna do pierwszego piętra. Była najpierw kładziona warstwa folii i na to szły cegły. W ogóle dostać cegły w tamtym okresie czy folię, czy cokolwiek, co służyło do uszczelniania okien, to był bardzo duży problem. Wszystkie sklepy budowlane były po prostu wyczyszczone z cegieł, z folii, z worków zresztą też. Całe miasto było, całe centrum Nowej Soli było po prostu zamurowane. Wszystkie okna były zawalone cegłami. Z tych cegieł wystawała tylko folia. Jeżeli ktoś nie mógł zamurować jakiegoś okna, to obkładał je workami z piaskiem. Moja ciocia miała wielki problem, bo mieszkała właśnie na ulicy Muzealnej, którą, to taki trochę mit, celowo w cudzysłowie, zalano. Niedługo przed powodzią moja ciocia się wprowadziła do tego mieszkania i gdy powódź przyszła, to musiała wymontować świeżo wstawione drzwi, bo po prostu szkoda było jej tych drzwi. Szkoda było jej tych nowych drzwi, szkoda było jej mebli. Ale problem powstał taki, że jak przyszła woda to to mieszkanie było bez drzwi, więc było puste, więc cały czas była obawa, że szabrownicy nie wejdą. Ale wiem, że mój wujek praktycznie codziennie przyjeżdżał i do tego mieszkania i sprawdzał czy przypadkiem ktoś ich nie okrada, bo to jest chyba problem każdej powodzi, która nas nawiedza, że zawsze pojawiają się ludzie, którzy gdzieś tam próbują sobie nielegalnie dorobić na tym nieszczęściu, na tej ludzkiej krzywdzie. Więc mój wujek cały czas tego mieszkania, mimo wody, mimo wojska, które nie chciało go tam wpuścić na tą ulicę, cały czas pilnował tego mieszkania bez drzwi, żeby szabrownicy się tam nie pojawili.
Wielkim szokiem było dla mnie to, że jak pojechaliśmy z ojcem na ulicę Południową, to jest taka ulica, która prowadzi już bezpośrednio w stronę Odry, w stronę w stronę mostu na Odrze. To okazało się, że połowy ulicy nie ma po prostu, bo woda podmyła wał, w którym ta droga była poprowadzona i po prostu połowa drogi zawaliła się kilka metrów w dół. Dla mnie jako 10 letniego chłopca to były takie obrazki niemalże wojenne, bo ciągle coś się działo. To wojsko na ulicach. Pamiętam żołnierzy austriackich, którzy też przyjechali nam pomagać. Skoszarowano ich wtedy w mojej szkole podstawowej, w ósemce. To były wakacje, więc nie było problemu, żeby ich tam skoszarować. I to, co mi bardzo mocno utkwiło w pamięci, to wielka austriacka flaga wisząca z okien tej szkoły.
Mimo tego, że gdzieś tam w tym najgorszym momencie powodzi rodzice wywieźli mnie do babci, to dopóki byłem na miejscu, ojciec chciał mi pokazać jak najwięcej i stąd też gdzieś tam w prywatnym, domowym, rodzinnym archiwum mamy dużo zdjęć z tego okresu. To były jeszcze zdjęcia robione tradycyjnym aparatem na klisze, ale te fotki czasami robione w jednym miejscu, ale w dwóch różnych dniach, żeby zobrazować na przykład poziom wody jak rośnie. To wszystko też bardzo mi pomaga jakby pielęgnować te wspomnienia, bo nawet jeżeli coś mi się gdzieś tam zaciera w pamięci, to mogę te zdjęcia ojca sobie wziąć, odkurzyć i jakby mimo tego, że zaraz minie 30 lat, to dosyć dobrze to powódź pamiętam.
Moja babcia urodziła się w 1932. Gdy wybuchła II wojna światowa, to miała 7 lat. Była małą dziewczynką. Nieco starszą dziewczynką była gdy zaczęła się rzeź wołyńska i te mordy ze strony ukraińskich nacjonalistów. I to, co mnie uderzyło w jej wspomnieniach, to było to, że kiedy zaczęło robić się niebezpiecznie, to rodzice wywieźli ją do znajomej rodziny ukraińskiej. Więc to był troszeczkę, nie chcę powiedzieć, że to był paradoks, ale podczas gdy jedni Ukraińcy Polaków mordowali, to ona u innych Ukraińców znalazła bezpieczne schronienie, żeby przeczekać ten czas. Ojciec z babcią nawet kiedyś znaleźli na mapie dom, w którym babcia się na Kresach wychowywała. To malutka wioseczka Zarudzie, gdzieś tam, mniej więcej w połowie drogi między Lwowem a Tarnopolem. Powiem szczerze, gdzieś tak mniej lub bardziej zobowiązująco planowałem sobie wycieczkę w te rejony. Ciągnęło mnie tam. Przy czym nie jestem w stanie jakby logicznie wytłumaczyć dlaczego. Wiadomo, że to zawsze jest jakaś tam chęć zobaczenia czy poznania tego regionu, w którym, z którego pochodzili moi przodkowie. Ale miałem jakieś takie dziwne wrażenie, że jak już tam przejadę na miejsce, to będę się czuł jak w domu. Nie było mi to, nie było mi dane zweryfikować, bo najpierw urodził mi się córka i musiałem te plany podróżnicze troszeczkę odłożyć w czasie. A potem wybuchła wojna w Ukrainie. I powiem szczerze, dotknęła mnie, mam wrażenie, bardziej niż większość Polaków, chyba właśnie ze względu na to kresowe pochodzenie i na to nazwisko, które jakby nie patrzeć ma troszeczkę takie ukraińskie brzmienie i kto wie, być może jakieś ukraińskie korzenie też w sobie noszę i stąd taka moja reakcja na wybuch wojny. Bardzo boli mnie to, co się dzieje dzisiaj. Trzy lata już po wybuchu wojny w Ukrainie. Jeśli chodzi o te nastroje społeczne w Polsce, bo bardzo szybko przeszliśmy od współczucia i pomagania do takich nastrojów bardzo antyukraińskich. Co mnie osobiście jakoś strasznie dotyka jako człowieka, którego rodzina wywodzi się z Kresów. Takie głosy gdzieś tam w przestrzeni publicznej, mówiące o tym, że to nie jest nasza wojna, że nie powinniśmy się angażować i takie bezczelne powielanie tej prorosyjskiej propagandy z jednej strony przeraża, z drugiej strony czuję wściekłość, bo tak naprawdę niewiele mogę z tym zrobić, jeśli nie nic. Z trzeciej strony gdzieś tam słyszę, że być może za chwilę wezmą mnie do wojska na przeszkolenie, więc jakby tutaj nie mówimy o sytuacji teoretycznej, tylko o czymś, co się faktycznie dzieje. I jako ojciec pięcioletniego dziecka zastanawiam się czy ono będzie dorastać w bezpiecznym kraju? Już nie mówię o bezpiecznym świecie, bo to jest chyba już nieosiągalne. Ale czy moja córka będzie dorastać w bezpiecznym kraju, w spokoju i we względnym dobrobycie?
Dane o obiekcie
-
Nazwa / Tytuł
Filip Pobihuszka -
Twórca / Wytwórnia
Pobihuszka, Filip (świadek historii); Rottermund-Taraszkiewicz, Elżbieta (prowadzący/a rozmowę); Gil, Paweł (operator kamery) -
Rodzaj
-
Kategoria
-
Zakres chronologiczny
-
Zakres chronologiczny
-
Data wykonania
16/12/2025 -
Czas trwania
0h 11min 27sek -
Miejsce
-
Numer inwentarzowy
MHP-07-3248 -
Klasyfikacja praw autorskich
-
Permalink
Opis
Relacja Filipa Pobihuszki dotyczy wielowątkowych doświadczeń osobistych, których punktem wyjścia jest powódź tysiąclecia w 1997 roku, przeżywana w Nowej Soli z perspektywy dziesięcioletniego dziecka. Relacjonujący opisuje atmosferę zagrożenia, mobilizację mieszkańców, działania wojska oraz skalę zniszczeń w mieście i jego okolicach, obserwowane zarówno bezpośrednio, jak i dzięki dokumentowaniu wydarzeń przez ojca. Wspomina zniszczenie rodzinnej działki, zabezpieczanie budynków w centrum miasta, obawy przed szabrownikami oraz obecność zagranicznych żołnierzy pomagających przy akcji przeciwpowodziowej. Ważnym elementem narracji są refleksje nad sposobem zapamiętywania katastrofy dzięki fotografiom oraz porównania z wojennymi obrazami znanymi z opowieści rodzinnych. W dalszej części relacji narrator nawiązuje do historii swojej babci z czasów II wojny światowej i rzezi wołyńskiej, kresowego pochodzenia rodziny oraz emocjonalnego stosunku do wybuchu wojny w Ukrainie w 2022 roku. Relacja zawiera także współczesne refleksje dotyczące zmieniających się nastrojów społecznych w Polsce, poczucia zagrożenia oraz obaw o przyszłość kolejnego pokolenia.