Ewelina Szymczak
Szymczak, Ewelina (świadek historii); Rottermund-Taraszkiewicz, Elżbieta (prowadzący/a rozmowę); Gil, Paweł (operator kamery);
19/12/2025
Klasyfikacja praw autorskich
Transkrypcja
Ewelina Szymczak
Byłam i jestem lekarzem ratunkowym i w trakcie pandemii, i przed jej wybuchem pracowałam na oddziale ratunkowym. Na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. W takim systemie dyżurowym chodziliśmy do pracy na dzień, na noc. I jak wybuchła ta pandemia wtedy pamiętam, że się baliśmy wszyscy. Baliśmy się jako społeczeństwo. I od mojego męża, który nie jest medyczny, usłyszałam takie zdanie, że "trzeba coś wymyślić, żebyś tam nie szła. Czyli trzeba zrobić coś takiego, żebyś nie musiała iść do pracy, bo tam jest niebezpiecznie". No ale tak popatrzyłam na niego, no ale jak mam nie iść? I faktycznie trzeba było iść do tej pracy, mimo że człowiek bardzo się bał, zwłaszcza na początku. Potem ten strach był oczywiście mniejszy, ale na początku ten strach był naprawdę duży. Nie wiedzieliśmy, z czym mamy do czynienia. Wiedzieliśmy tylko, że wirus jest śmiertelny. Wiedzieliśmy to już po przedniej pandemii. Natomiast wiedzieliśmy też, że dostaniemy prawdopodobnie jakieś zabezpieczenie i przestrzegając tych zasad higieny, takich no, większych niż zazwyczaj, no jakoś trzeba działać, jakoś trzeba żyć. Wiedzieliśmy też, że są inne zawody, które pracują, nie są tak dobrze wyposażone w środki ochrony osobistej. A u mnie na oddziale faktycznie te środki zostały nam dostarczone. Natomiast baliśmy się bardzo. Emocjonalne, no emocje tutaj, właśnie w tej mojej rodzinie, że trzeba zrobić, żebyś tam nie szła. Jest mój mąż i moje dzieci i one nie chcą, żebym ja tam szła, bo tam jest niebezpiecznie. I nie wiadomo, co tam się wydarzy, co mi grozi albo czy na przykład przyniosę tego wirusa ze sobą. To był trudny moment w moim życiu, taki faktycznie pierwszy moment w życiu zawodowym, gdzie trzeba trzymać się tego kodeksu etyki jednak i po prostu iść do tej pracy, mimo że się wcale nie chce. Na początku pomagaliśmy tym ludziom i słyszeliśmy od nich słowo dziękuję. Były jakieś tam oklaski dla medyków. A potem trochę sytuacja się zmieniła i pojawiły się kolejne emocje, czyli emocja, pytanie rodzące się "dlaczego mam się narażać dla obcych, że ja już wcale nie chcę". Ta pandemia była dla mnie trudnym okresem faktycznie. I cieszę się, że się już skończyła i mam nadzieję, że już więcej nie będę musiał w takiej sytuacji być.
Na oddziale ratunkowym były wydzielone strefy. Jedna była dla pacjentów, u których nie zostało potwierdzone zakażenie COVID, a druga była dla tych pacjentów, którzy wymagali hospitalizacji na oddziale ratunkowym i też mieli właśnie takie rozpoznanie, czyli zakażenie wirusem, wirusem SARS-CoV-2. I na tą strefę tych pacjentów zakażonych, żeby wejść, musiałam się odpowiednio przygotować, musiałam się odpowiednio ubrać, założyć specjalny kombinezon, w którym było bardzo niewygodnie i bardzo duszno. I może mniej niewygodnie, raczej po prostu było duszno, bo to były takie hełmy, takie różne kaptury. Człowiek faktycznie był taki zabudowany. Musiałam ubrać się w kombinezon, w maskę, w rękawice, w takie specjalne kalosze i w taki sposób wchodziliśmy ubrani, wchodziłam ubrana do tej strefy covidowej. Dyżury trwały 12 godzin. Najczęściej dzieliliśmy się z innymi pracownikami. Także moja zmiana na strefie covidowej trwała na przykład 4 godziny. Czyli faktycznie tam wchodziłam i przyjmowałam czy nowych pacjentów czy zajmowałam się tymi, którzy tam byli. Próbowałam też znaleźć dla nich miejsce w jakimś innym szpitalu, np. w szpitalu covidowym, bo to nie zawsze te miejsca były dostępne. I tak wyglądała moja praca wtedy.
Zwłaszcza na początku pandemii, wtedy, kiedy my troszeczkę też czekaliśmy na rekomendacje, jak mamy postępować, było takie zalecenie, żeby nie śpieszyć się z wentylacją zastępczą u tych pacjentów, czyli pozwalać im oddychać samemu, dopóki jeszcze jakoś sobie radzą. I ten taki właśnie widok człowieka, który walczy po prostu o te oddechy, o to powietrze, który się bardzo męczy, jest taki poruszający. Bo oczywiście możemy mu pomóc, możemy go przygotować i wprowadzić go w stan takiej no jakby śpiączki, wentylować, czyli oddychać za niego za pomocą maszyny. Natomiast zalecenia też były takie, żeby rozważyć, tak?. Oczywiście wszystko zależało od wskazań, wszystko zależy od pacjenta. Natomiast zdarzyły się takie właśnie widoki, że "dobrze, to jeszcze próbujemy, może się poprawi. Dostał pan leki? Proszę oddychać, proszę pić wodę, proszę się położyć na brzuchu". I te trudności z oddychaniem. W ogóle duszność u pacjenta jest przykrym widokiem.
Moja rodzina się bała na początku bardzo. Dzieci były wtedy małe. Pojawiły się łzy i taki duży strach. Trudno było tym dzieciom wytłumaczyć. Nie zawsze to do nich docierało, że mama będzie uważać, że mam faktycznie te środki ochrony osobistej, bo to też nie było takie oczywiste, że każdy lekarz w zależności od tego, gdzie pracował, był w te środki odpowiednio wyposażony. Ale bardzo duże tutaj procedury ostrożności były wykonywane łącznie z moim powrotem do domu, gdzie zostawiałam ubrania i buty, na przykład w samochodzie, mimo... Tylko dlatego, że one były w szpitalu przez chwilę, prawda? Nie przy pacjentach, ale w ogóle w tym budynku. I później od razu szłam się kąpać. Nie witałam się z nikim. Nie dotykałam się do nikogo, nie mówiłam nic do nikogo. Tylko robiłam tę dekontaminację tak zwaną na tyle, ile można było to zrobić w domu. Czyli dużo, dużo tego ciągłego mycia się, mycia rąk i też takiego właśnie odkażania tymi środkami odkażającymi. I dopiero po tej czynności rozmawialiśmy. Później faktycznie przyszedł taki moment, gdzie wszyscy się chyba przyzwyczailiśmy już trochę i zobaczyliśmy, że nie grozi ta pandemia, najczęściej nie jest groźna dla dzieci. Dzieci są bezpieczne, bo są w domu. I pomału, pomału zaczęliśmy się przyzwyczajać do tej sytuacji po prostu i jakoś sobie z nią radzić. Potem weszły szczepionki i już naprawdę było dużo prościej.
Po wprowadzeniu szczepień ta trudna sytuacja w ogóle w ochronie zdrowia związana z pandemią trochę się uspokoiła. I o ile ja czy moi inni koledzy jesteśmy pokorni i szanujemy czasami zdanie osób, które mają wątpliwości co do szczepień, to tutaj faktycznie widać było znaczącą różnicę. Przed wprowadzeniem szczepień kolejka tych pacjentów była bardzo długa. Nie było gdzie ich kłaść. Nie było dla nich miejsca ani w szpitalach w województwie, ani w szpitalach tych takich, które zostały stworzone, żeby leczyć tych pacjentów. To nie jest mit, że te karetki czekały bardzo długo w kolejce na podjeździe pod szpitalem, jak to mówiliśmy, covid za covidem i to rodziło bardzo dużo organizacyjne problemy. Izolacja jednego pacjenta. Już jak się nie ma warunków na to, powoduje duże problemy organizacyjne. Po wprowadzeniu szczepień to wszystko się po prostu trochę uspokoiło. Było łatwiej, było mniej tych pacjentów. Mogliśmy, było nam łatwiej po prostu pracować. Mogliśmy pracować w trudnych warunkach, w bardzo trudnych warunkach. Cały czas się zastanawiałam, co zrobić, gdzie tych pacjentów umieścić. Tylko zrobiło się po prostu trochę lżej, bo mniej tych chorych do zaopatrzenia.
Dane o obiekcie
-
Nazwa / Tytuł
Ewelina Szymczak -
Twórca / Wytwórnia
Szymczak, Ewelina (świadek historii); Rottermund-Taraszkiewicz, Elżbieta (prowadzący/a rozmowę); Gil, Paweł (operator kamery) -
Rodzaj
-
Kategoria
-
Zakres chronologiczny
-
Data wykonania
19/12/2025 -
Czas trwania
0h 8min 29sek -
Miejsce
-
Numer inwentarzowy
MHP-07-3251 -
Klasyfikacja praw autorskich
-
Permalink
Opis
Relacja Eweliny Szymczak dotyczy jej doświadczeń jako lekarza ratunkowego podczas pandemii COVID-19. Opisuje początkowy strach własny i rodziny, konieczność pracy w strefach dla pacjentów zakażonych wirusem SARS-CoV-2 oraz procedury ochrony osobistej, w tym stosowanie kombinezonów, masek, rękawic i kaloszy. Relacjonuje dyżury trwające 12 godzin, opiekę nad pacjentami wymagającymi hospitalizacji, trudności związane z wentylacją zastępczą oraz organizację przyjęć pacjentów w warunkach ograniczonej dostępności łóżek. Zwraca uwagę na emocjonalny wymiar pracy medyka w kryzysie zdrowotnym, znaczenie etyki zawodowej i odpowiedzialności wobec pacjentów, a także na logistyczne i higieniczne procedury związane z powrotem do domu po pracy. Relacja uwzględnia także wpływ pandemii na życie rodzinne i codzienną adaptację do nowych warunków pracy, a także poprawę sytuacji po wprowadzeniu szczepień.