Ewa Markowska - Mediateka - Muzeum Historii Polski w Warszawie SKIP_TO
Wizyta w muzeum Przejdź do sklepu
Historia mówiona
Audiovideo

Ewa Markowska

Ujazdowska, Lidia (prowadzący/a rozmowę); Różański, Maciej (operator kamery); Markowska, Ewa (świadek historii);

31/03/2017

Minutnik

  • Rozpoczęcie działalności społecznej w momencie, gdy pojawiła się Solidarność

  • Zapoznanie się ze statutem Solidarności

  • Założenie Solidarności - Wsparcie rodziny w zajmowaniu się dziećmi

  • Ogłoszenie stanu wojennego

  • Patrole wojskowe i ZOMO

  • Brat męża został zabrany w związku ze współpracą z Solidarnością. Coraz więcej osób zostaje aresztowanych.

  • Wspomnienie o Bogusławie Cybuch, która pomagała osobom internowanym.

  • Pisanie ulotek - treść sporządzał Zbigniew Rafalski

  • Wyjazd do Częstochowy - pielgrzymki ludzi pracy

  • Spotkania na Wykusie organizowane przez zgrupowanie partyzanckie Ponury Nurt

  • Powstawanie Komitetów Obywatelskich, wyboru do Sejmu i Senatu

  • Protest w Starachowicach

  • Manifestacja w Starachowicach po pogrzebie Bogusława Cybucha

  • Historia z działalności opozycyjnej

  • Zaangażowanie całej rodziny w działalność opozycyjną

  • Mijanie na co dzień agentów SB

  • Palenie dokumentów przez SB

  • Obawa przed wydaniem w trakcie przesłuchań. Strach przed aresztowaniem.

  • Kolportaż ulotek

  • Pomoc dr Kornackiej i dr Adamczaka w wystawianiu zwolnień. Przeciąganie rozpraw pod pretekstem pójścia do szpitala.

  • Dokumentowanie okresu opozycyjnego

  • Poczucie wspólnoty

  • Pani Ewa pokazuje fotografie związane z tamtymi wydarzeniami

Transkrypcja

Jest 30 marca 2017 roku. Znajdujemy się w siedzibie Delegatury “Solidarności” regionu świętokrzyskiego w Starachowicach. Nazywam się Lidia Ujazdowska, towarzyszy mi Maciej Różański. Naszym rozmówcą jest Ewa Markowska. Pani Ewo, proszę opowiedzieć o swojej drodze życiowej, o pani zaangażowaniu w działalność na rzecz naprawy Rzeczypospolitej. Proszę opowiedzieć o sobie.

 

Ewa Markowska. Urodziłam się 31 sierpień 1947, a więc mam prawie już siedemdziesiąt lat. Moja działalność społeczna zaczęła się dopiero w momencie kiedy zaczęła się tworzyć “Solidarność”. Wcześniej jakoś nie czułam potrzeby podejmowania jakiejś działalności. Byłam wtedy już zamężną osobą, mającą dwójkę dzieci. W zakładach, jak później się zorientowałam to w większości zakładów pracy, zrobiono taką masówkę, gdzie proponowano założenie nowych związków zawodowych. Z sali (pracowałam wtedy w przemysłowym zespole opieki zdrowotnej w Starachowicach), w sali padło pytanie, prowadził to zebranie doktor stomatolog Erazm Dębicki i padło pytanie, już nie pamiętam od kogo, ale kogoś z sali, czy można coś zmienić w przedstawianym statucie.

 

Który to był rok?

 

To był rok [19]80. To był koniec września, początek października, tak jakoś. Ponieważ padła odpowiedź, że nie, jest to statut w którym nic nie można zmienić, więc rozeszliśmy się. Ponieważ moi koledzy już zakładali “Solidarność” w Fabryce Samochodów Ciężarowych, poszłam do siedziby tego komitetu ich założycielskiego i poprosiłam kolegę, wtedy akurat dyżur miał Olek Paniec, żeby dał mi statut “Solidarności”. Spytał się, “Będziesz zakładała “Solidarność” u siebie?”, ja mówię, “Nie wiem, jak na razie to chcę zapoznać się ze statutem”. Przyniosłam ten statut do pracy. Przeczytałam go raz, drugi. Ponieważ niektóre osoby już wcześniej mówiły, że chciały poznać statut “Solidarności”, więc tak ten statut zaczął krążyć. No i ludzie, koleżanki zaczęły przychodzić. Bo to większość to pielęgniarki. Zaczęły przychodzić i pytać się, zadawać pytania mnie. Ja mówię, “Słuchajcie, ja tyle samo wiem co i wy”, “No a mogłabyś zorganizować spotkanie z kimś kto jest już taki zorientowany w tym jak ta “Solidarność” powstaje, jak ona zaczyna działać?”. No i ponownie skontaktowałam się z Olkiem Pancem. Olek mówi, “Dobrze, to ja tam…” Umówiłam się z nim na godzinę, na dzień, to mówi, “Ja tam kogoś przyślę”. No i przyszedł Jurek Głowacki, który odpowiadał na pytania i na koniec tego spotkania, które było już tak po godzinie 15, w zakładzie pracy, koleżanki mówią, “To bierz, przynoś deklarację “Solidarności” i zakładamy “Solidarność”. Przyszłam do domu. Dzieci miałam małe wtedy, to jest [19]80 rok, młodszy syn miał trzy lata, a starszy miał sześć, no i dzieci małe. Padła propozycja, żebym ja to zakładała, więc spytałam się rodziców, męża. Mówię, “Słuchajcie, ludzie zwrócili się do mnie…” [błąd materiału, brak kilku sekund nagrania - przyp. P.M.] Wtedy tata do mnie powiedział, “Słuchaj, jak ludzie się do ciebie zwrócili, żebyś założyła “Solidarność”, tata pracował w Fabryce Samochodów Ciężarowych, no to mówi, “Zakładaj”. Ja mówię, “No dobrze, ale ja mam małe dzieci, więc czas trzeba będzie poświęcić”. No i zarówno mąż jak i rodzice stwierdzili, że przecież mogą pomóc, pomogą. No i tak się zaczęła moja działalność [5:00] społeczna. Najpierw w “Solidarności”, a potem, kiedy ogłoszony został stan wojenny, w działania opozycyjne. Na początku muszę powiedzieć, że stan wojenny zastał mnie w Legionowie. Ja wtedy jeździłam do szkoły do Warszawy. Wykłady były, bo to była pomaturalna szkoła, w piątek po południu, sobota, niedziela. W piątek, jak przyjechałam do siostry, oglądałyśmy telewizję, nagle przestało coś działać, mówimy, “No to pójdziemy spać” Z rana wstałam, ponieważ siostra miała dwie małe córeczki, więc nawet nie włączyłam radia, tylko cichutko, żeby coś zjeść i zebrałam swoje rzeczy i żeby dojechać do Warszawy, bo na Saskiej Kępie ta szkoła była. Nic nie słyszałam. Wyszłam na ulicę, cicho, pusto. Zawsze jakieś samochody, autobusy, coś się kręciło, można było dojechać do Warszawy. A tu kompletna pustka, nic, ani jednego samochodu. Nagle pokazała się taksówka, a na przystanku przyszła też pani z dzieckiem. Zaczęłyśmy obydwie machać. Ja pytam, “A gdzie pani”, “Ja na Bródno”, ja mówię, “To ja bym do Żerania dojechała i tam z Żerania już coś tam złapię, na Saską Kępę dojadę”. No i wsiadłyśmy do tej taksówki i taksówkarz powiedział, że jest stan wojenny. No, popatrzyłam na tą kobietę, ona zbladła, ja też chyba nie najlepiej wyglądałam, a taksówkarz mówi, “To co, panie nic nie wiedzą?”. I włączył radio. Leciało przemówienie [Wojciecha - przyp. P.M.] Jaruzelskiego.

 

Pani powiedziała, pani Ewo, że to była sobota. To była niedziela.

 

Tak, niedziela. No bo w piątek zawsze przyjeżdżałam do siostry, w sobotę rano znowu jechałam do szkoły i potem w niedzielę już z ciuchami, żeby potem prosto ze szkoły do domu przyjechać do Starachowic. I jak dojeżdżaliśmy do Warszawy, to taki… no na poboczach stały czołgi, takie wozy opancerzone. Taki strach, nie wiadomo było co. Do szkoły dojechałam, szkoła oczywiście zamknięta. No więc przede wszystkim szybko na dworzec. W połowie mostu poniatowskiego stały samochody ciężarowe z tymi żurawiami takimi, na których były elementy te, takie betonowe do blokowania. No potem koło Komitetu Centralnego koksiaki [koksownik - przyp. P.M.], budy, pełno wojska. Przyjechałam na Dworzec PKS, tam na Zachodni. Cisza, tak ponuro. Dowiedziałam się, że normalnie busy kursują, czyli, że będę mogła dojechać. No parę godzin siedziałam na tym. I cały czas myślałam co się dzieje tu, w Starachowicach. Co jakiś czas przechodziły patrole. Jak szło wojsko, to tak jakoś ani mnie to jakoś bardzo nie ruszało, ani ludzi, jak popatrzyłam. Natomiast jak wchodziło ZOMO [Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej - przyp. P.M.], oni szli z taką butą, takie chłopy wyrośnięte, takie… Od razu mi się kojarzyło to z tym, jak moja mama opowiadała jak Niemcy wchodzili do Warszawy w [19]39 roku. To było takie… dla mnie bardzo straszne.

 

Bała się pani?

 

Tak. Ale jednocześnie, tak jak patrzyłam na ludzi, którzy siedzieli, jakby ktoś tak rzucił hasło, to ja nie wiem, czy my byśmy się nie rzucili na… z gołymi rękami na tych właśnie zomowców. Na tych spasionych byków, którzy tak, z taką butą i pogardą patrzyli na nas wszystkich. Jak przyjechałam do Starachowic i wysiadłam tutaj, koło kościoła. [10:00] Przeszłam na przystanek, wtedy to było Dokturanki, teraz Konstytucji 3 Maja. I na przystanku spotkałam znajomą, która mówi, że na Zakładowej wyważyli drzwi jak kogoś zabierali. A ja się cały czas zastanawiał czy mam jechać do siebie do domu, na Szlakowisko, czy ewentualnie na Majówkę do rodziców, gdzie będzie mąż, gdzie będą dzieci. Kiedy usłyszałam, że kogoś z Zakładowej brali, wyważyli drzwi, to od razu pomyślałam, zorientowałam się, że to na pewno jest brat męża, który bardzo prężnie działał w “Solidarności” na terenie Fabryki Samochodów Ciężarowych i w delegaturze “Solidarności”. I tak faktycznie było, więc pojechałam do mamy. Moja mama, kiedy mnie zobaczyła, to mówi, “Boże, że cię nie aresztowali”, ja mówię, “Mama, skąd oni by wiedzieli, że ja jestem w Warszawie”. Wie pani co, wtedy tak czuliśmy się bardzo osieroceni. Tak jak rozmawiałam z kolegami i z koleżankami. Następnego dnia, prawda, w poniedziałek spotkaliśmy się i chcieliśmy się spotkać w kościele, ale jakoś tak nie wyszło nam to spotkanie. Poza tym widziałam kręcącego się osobnika, który na pewno współpracował z esbecją [Służba Bezpieczeństwa - przyp. P.M.]. Nie wiedzieliśmy sami co mamy robić. Wiadomo było, że nie zamkną wszystkich, no bo co, zamkną… Nawet jeśli by nie dziesięć milionów, to te pięć, czy milion. No wiadomo było, że zabrali tych, których uważali za najbardziej, że są niebezpieczni dla ówczesnej władzy. Ale potem tak pomału, pomału człowiek zaczął organizować tą pomoc, przede wszystkim dla osób, rodzin internowanych. Bo uważaliśmy, że oni siedzą za nas wszystkich. Wszystkich nie mogli zamknąć. Zamknęli ich, a więc trzeba pomóc tym rodzinom, żeby wiedziały te rodziny, że jesteśmy z nimi. No potem zaczęło się pisanie ulotek na maszynie. Wędrowanie z tą maszyną po różnych domach. Ale jeszcze chciałam wrócić do 14 grudnia. 14 grudnia, kiedy zdelegalizowali nam “Solidarność”, to właśnie osoba z którą pracowałam zapisała się do “Solidarności”. I potem bardzo, ale to bardzo aktywnie pomagała rodzinie osoby internowanej. Zabierała dzieci do domu, organizowała paczki żywnościowe. Nie tylko żywnościowe, bo wiadomo było przecież, że brakowało mydła, pasty do zębów, no wszystkiego co tylko było możliwe prawda. Zresztą wtedy się nic nie kupowało, tylko się załatwiało, właściwie, w sklepach, bo taka była sytuacja. No i potem właśnie Bogusia Cybuch, bo to ona się zapisała wraz z mężem, bardzo, ale to bardzo zaangażowali się w pomoc, zarówno tym rodzinom, jak i Bogusia co miesiąc szykowała trzy paczki, wysyłała na Piaski do dwóch kolegów swojego syna z liceum, którzy jako studenci zostali internowani. Był to Krzysiek Kasprzyk, obecny nauczyciel historii i Krzysiek Lipiec, obecny poseł. Plus trzeci kolega, który tam razem był z nimi ze Starachowic. I właśnie te trzy paczki ona co miesiąc pakowała i wysyłała na Piaski, właśnie dla tych internowanych. Oprócz tej rodziny, którą się cały czas opiekowała. Działalność. Tak jak mówię, pomoc osobom internowanym, pisanie ulotek na maszynie.

 

No dobrze, ale te ulotki, ktoś musiał wymyślić treść.

 

Zawsze dostawałam treść od Zbyszka Rawalskiego. I zawsze od niego dostawałam treść. Te ulotki pisałam, wiadomo trzeba było pisać przez przebitki, teraz nie ma czegoś takiego jak przebitka. [15:00] Kalka, przebitki, jeden papier i to, żeby sześć wychodziło, to tak porządnie trzeba było trzepać palcami po tej maszynie, żeby na szóstej odbitce było widać cokolwiek. A potem zostawiałam tam gdzie pisałam, no i potem już stamtąd... zawsze oczywiście wzięłam stamtąd coś dla siebie, żeby swoim dać. A resztę to zabierał, już nie wiem kto i kto rozprowadzał. Ja u siebie rozprowadzałam, w swoim zakładzie pracy. Tak samo jak i później, które ulotki dostawałam, za które się tam zawsze parę groszy przekazywało, bo cały czas miałam kilka osób które płaciły mi składki co miesiąc. Nawet nie musiałam mówić, tylko jak przychodził dzień wypłaty to... nawet jak mnie nie było, odsuwały szufladę, wrzucały w szufladę pieniądze i ja wiedziałam tylko, które to były osoby którym właśnie tak… Aż do końca, do ostatnich dni, aż do powstania z powrotem legalizacji “Solidarności”, to te pieniądze później które zostały, to przekazaliśmy legalnie już działającej Komisji Zakładowej, ponownej. W której znowu zostałam przewodniczącą, tej Komisji. Dwa razy w roku taki był wyjazd do Częstochowy, gdzie tak się ładowało akumulatory. Były to pielgrzymki ludzi pracy. Za pierwszym razem zaproponował mi, to już było następnego roku po śmierci [Jerzego - przyp. P.M.] Popiełuszki, Edyk Dudek i pojechaliśmy tylko sami obydwoje. Byłam wtedy ponad trzydzieści sześć godzin na nogach, bo z rana obiecałam dzieciom, że pójdziemy do lasu na grzyby, więc poszliśmy na te grzyby. Oczywiście mamusia zawsze dotrzymywała obietnicy. Potem, prawda, trzeba było przygotować obiad. Wieczorem wyjechałam. Nad ranem przyjechało się do Częstochowy. Potem cały dzień w Częstochowie i na wieczór dopiero wracało się do domu pociągami. W ścisku, tłoku takim, że Edek z biletami był gdzie indziej, ja gdzie indziej, także konduktor jak chodził, pytał się o bilety, facet trzymał trzy bilety, “A czyje to?”, “Panie, nie wiem, koledzy gdzieś tam”, “A pani?”, “Ja nie mam biletów, taki siwy ma gdzieś tam”. Także był straszny tłok. Ale się wracało z takimi naładowanymi bateriami, z chęcią taką. Poza tym, jak się widziało ile tam było ludzi, to po prostu wtedy wiedziało się, że nie jest się samemu. A drugi taki każdego roku, to było pójście na Wykus [wzniesienie Płaskowyżu Suchedniowskiego - przyp. P.M.]. Na spotkanie, które było organizowane co rok przez zgrupowanie partyzanckie Ponury Nurt, gdzie się znowu spotkało, było się w takiej… kawałku wolnej Polski. I tak było do [19]89 roku, kiedy to powstawały komitety obywatelskie, gdzie byłam jedną z osób, które sygnowały, podpisały się pod tym, że zakładają. Potem były wybory. Najpierw do Sejmu i Senatu w których, no moje dzieci też brały udział roznosząc ulotki, jeżdżąc ze mną po wsiach na takie spotkania, gdzie kandydaci byli. No a jeszcze wcześniej był ten słynny, jeden jedyny raz, ten protest który się udał w Starachowicach. I to był własnie 31 sierpień [19]82, gdzie wyszliśmy z kościoła i zaczęło się tworzyć, najpierw taka kolumna pomału za dwoma milicjantami, którzy nieświadomie jakby nas prowadzili chodnikiem. A potem, kiedy oni prysnęli w bok, zeszliśmy na ulicę. I to były całe rodziny które szły, które skandowały, “Oddajcie Lecha [Wałęsę - przyp. P.M.], weźcie Wojciecha [Jaruzelskiego - przyp. P.M.]”. [20:00] To też było budujące, że jest nas tyle w Starachowicach, takich właśnie myślących. Bo u nas, ja oceniam około dwóch tysięcy, półtora do dwóch tysięcy. Potem gazety pisały, że to było tylko osiemset wyrostków. Mój tatuś z tego się bardzo cieszył, ponieważ uczestniczył w tym marszu, w tym proteście, w tej manifestacji. I mówi, “O boże, ale mnie odmłodzili, no, wyrostkiem mnie nazwali”. Także to był taki… Potem jeszcze jeden był taki w Starachowicach, taka manifestacja. To właśnie był pogrzeb Bogusia Cybucha, tej mojej koleżanki męża. To był taki bardzo spokojny człowiek, który w swoim życiu przeszedł wiele. Siedział w celi śmierci, miał karę śmierci za rozwalenie więzienia w Kielcach i odbicie swoich kolegów łakowcem. I kiedy się go pytałam, bo on zawsze był bardzo spokojny, bardzo łagodny, taki wyrozumiały w stosunku do tych czerwonych, do tej władzy, która mu nawet studiować nie pozwoliła. Owszem skończył, był bardzo zdolnym człowiekiem, skończył średnią szkołę, ale kiedy chciał iść na studia, oczywiście wieczorowe, to powiedzieli, że… przepraszam za wyrażenie, dla takiego sukinsyna to nie ma studiów. A on zawsze był taki… mówię, wyrozumiały w stosunku do nich. Kiedyś podobno jego siostrzenica spytała się, “Wujek, czemu ty taki jesteś w stosunku do nich?“, “A bo wiesz, po prostu ich nie miał kto wychować”. I wtedy właśnie, ten pogrzeb jego, gdzie mówię, oni tak dużo pomagali, stał się tym pretekstem do tego, żeby zamanifestować. I od kościoła Świętej Trójcy, to jest kościół w Wierzbniku, aż na Zgodną była niesiona jego trumna. Pełno…

 

Który to był rok?

 

Sierpień [19]83. Spadł tutaj z kościoła tego.

 

Czyli to była śmierć tragiczna?

 

To znaczy nie, okazało się później, że przy schodzeniu… bo w tej chwili inaczej wygląda dach tego kościoła, przedtem był płaski. Przy schodzeniu z tego płaskiego kościoła, z dziekanem ówczesnym, księdzem Jędrą, dostał wylewu. No oczywiście prokurator i żona podpisała to, żeby była sekcja zwłok, bo musiała podpisać. Bo, mówi, inaczej się będą księdza czepiać, prawda, że… i ciągać go. I tak zresztą tego księdza Jędra wiecznie esbecja ciągała o wszelkiego rodzaju sprawy, bo tu się odbywały msze, potem za ojczyznę, tu się odbywały spotkania w kościele, w salach katechetycznych, opozycjonistów. Więc tam ksiądz był wiecznie przez esbecję ciągany.

 

Żyje jeszcze?

 

Nie, nie. Nie żyje. Już parę lat nie żyje. Odszedł na emeryturę, potem… no, był to już przecież starszy człowiek. I ten pogrzeb właśnie Bogusia był cały czas niesiony na ramionach przez akowców [AK - Armia Krajowa - przyp. P.M.], przez internowanych, przez działaczy opozycji solidarnościowych. I to był, to było takie piękne też i takie budujące. Chociaż po tym mój mąż właśnie został wezwany na esbecję i przepytywany na okoliczność dlaczego był na tym pogrzebie. Mąż mówi, no jak mógł nie być skoro, mówi, żona pracuje z Cybuchową, no więc normalna rzecz, że się idzie na pogrzeb znajomego. “A kogo pan tam widział? A kogo pan tam widział?”. No i mąż mówi, “No, między innymi kolegę mojego”, “A jak się nazywał?”, “A Tamioła”, “No, niech pan nie będzie taki cwany”, bo to właśnie był pracownik esbecji. [25:00] No więc takie dziwne te rzeczy były. No i może jeszcze jedna ciekawostka, która kiedyś mi się przydarzyła w czasie tej działalności opozycyjnej. Tak dla mnie było to dramatyczne dosyć. A mianowicie kiedy do przychodni… Bo pracowałam w przychodni, każdy mógł tam wejść, każdy mógł wyjść, prawda. Do lekarza, na badania, na ten. Przyszedł kiedyś do mnie do pokoju, osoba mi całkiem nieznana, człowiek. Poprosił mnie, wyszłam na korytarz i mówi do mnie tak, “Po Edka Dudka przyszli na zakład pracy. Edek prosił, żeby poszła pani do niego do domu. Klucz jest pod wycieraczką, w środkowym pokoju w tapczanie”, czy tam, już nie pamiętam czy to był tapczan, czy wersalka, “Proszę zabrać kopertę, która jest schowana za podbiciem”. “Tak? No dobrze”. Odwróciłam się na pięcie, weszłam i tak się zastanawiałam, “Podpucha, czy nie?”. No facet nie był umorusany, ale mógł się umorusać, prawda. Ale palce… Ponieważ mój mąż także pracował na maszynie całe swoje życie, więc wiedziałam, że osoba pracująca na maszynie, to tak się umorusać, może się umorusać, ale żeby miała tak, żeby aż pozachodziły jej tutaj, prawda. Czyli facet naprawde pracował na maszynie i wyszedł, więc to nie jest jakaś podpucha, czyli coś się dzieje. Ubrałam się szybko i poszłam do bloku, gdzie Edek mieszkał. Klucz był pod wycieraczką. Weszłam do domu, w środkowym pokoju rękę wsadziłam dość głęboko, nic nie wyczułam. “Boże, może się pomylił, może gdzie indziej”. Zaczęłam szukać w całym tym mieszkaniu, przewracać, podglądać pod fotelami, pod krzesłami. “Może gdzieś to wsadzone nie tak?”. Każdy szmer na korytarzu, na klatce schodowej, to mi się wydawało, że już idą, a mnie tu zastaną, prawda. No to był… Cała w nerwach. W końcu mówię, “No nie, jak powiedział, że to jest tam w środkowym pokoju to…” I tak tą rękę już tak wsunęłam tak potąd dosłownie [mówiąca pokazuje na swój bark - przyp. P.M.] i końcami palców wyczułam tę kopertę. Wyciągnęłam ją. Nie miała ze sobą nic, więc wsadziłam za pazuchę, za spódnicę, wyszłam. Jak wyszłam z bloku, to zobaczyłam czarną Wołgę z Edkiem i wieźli go gdzieś tam dalej. Okazało się potem, że Edek woził ich od jednej szkoły do drugiej szkoły, od jednego dziecka do drugiego mówiąc, że nie ma klucza. A kiedy mnie zobaczył, to już wiedział, że mieszkanie jest czyste. No i wtedy sobie siadł spokojnie z jednym z panów w pokoju, a pozostali dwóch szukało, no i wyciągnęli skądś tam, zza pazuchy swojej pewno, butelkę w której było trochę bimbru. Mówią, “O, proszę, to bimber się pędzi?”. No potem miał przecież nieprzyjemności w kolegium z tego powodu. Szarpali go, chcieli, żeby podpisał lojalkę, żeby ten… Ale wtedy miałam, dusza była na ramieniu. Wydawało mi się, że każdy jeden szmer to, to już, to już, że nie zdążę, że jeszcze mnie złapią i co ja wtedy powiem, co ja w tym domu robię i… To był straszny… Teraz to mogę się śmiać z tego, ale wtedy to człowiek miał pietra i to porządnego pietra.

 

Tak. Napięcie musiało być wysokie.

 

Bardzo wysokie. Ale to się jakoś wszystko przeżyło. Teraz niektóre te rzeczy to się wspomina i są takie i śmieszne. Na przykład pewnego wieczoru, kiedy goście byli w domu u nas, nagle ktoś zadzwonił. Okazało się, że to przyszedł brat cioteczny mojego męża. Mąż szybko zamknął drzwi od pokoju, weszli do łazienki, coś tam w tej łazience robili. [mówiąca imituje wąchanie - przyp. P.M.] Tak pociągnęłam nosem, rozpuszczalnik, prawda. No i potem, za chwilę, “No to cześć, cześć”, drzwi się zamknęły. No i z gośćmi dalej, mąż przyszedł, siadł, rozmawialiśmy. [30:00] Okazało się, że chodził i malował, słoik z farbą się rozwalił, umazał sobie całe ręce, nie chciał do domu wracać w takim stanie, no bo oczywiście zaraz by… Tym bardziej, że był już na cenzurowanym, ten brat, bo relegowali go ze szkoły. Potem go tam kilkakrotnie przetrzymywali, przesłuchiwali. No więc wpadł do nas, było najbliżej i rozpuszczalnikiem te ręce mył, żeby mieć czyste, żeby nie było śladu po tym. Także, także cała rodzina była praktycznie zaangażowana w taką tą działalność opozycyjną, której, mówię, wcześniej, dopóki zaczęła się “Solidarność”, to ja nie podejmowałam żadnej takiej działalności.

 

No tak, ale dom, jakby, pani dom rodzinny sprzyjał temu, by… Jakby tam ta potrzeba zaangażowania się zrodziła, tak?

 

Tak. Poza tym mówię, poparcie rodziny, poparcie mamy, taty. W każdej chwili wiedziałam, że mogę na nich liczyć, prawda. Że, nawet jeśli by się coś stało, nie daj Bóg, zawsze modliłam się o to i dzisiaj dziękuję Bogu, że nawet nie byłam na przesłuchaniu. To męża wzięli na przesłuchanie, a mnie nigdy nie brali na przesłuchanie. Ale obserwować, mnie musieli obserwować na przykład, bo… Do autobusu wsiadałam naprzeciwko komendy milicji. I jeśli mi autobus uciekł jeden, a drugi miałam taki, że przyjechałam 5 minut po czasie do pracy, to oni natychmiast dzwonili do mojego dyrektora i informowali go, że ja się spóźnię. I za każdym jednym razem dyrektor prosił mnie, “Pani Ewo, niech pani tam… bo już dzwonili, że pani się spóźni”. Ja mówię, “Panie dyrektorze, to przyrzekam panu, że będę chodziła na inny przystanek, żeby oni mnie nie wiedzieli”, bo tak to zaraz dzwonili do pracy, że “Markowska się spóźni do roboty”.

 

Ale Starachowice to, mimo, że były duże zakłady pracy, jakby dużo ludzi, to jednak mijaliście się, nie znaliście się z tymi którzy pracowali w milicji, którzy pracowali dla milicji, tak?

 

Tak. Ja mówię, jak stałam na tym przystanku, ponieważ do pracy miałam na 7:30, to oni szli do pracy też. Ci mundurowi to w mundurach, tak, ale po cywilnemu jak ktoś mi wchodził dzień po dniu przez miesiąc, to znaczy się, że… Potem to było tak, że jak byliśmy na Wykusie, to ja mówię do kolegów, “O, popatrz, ten jest z esbecji, o, i ten jest z esbecji, o, i tamten w tym czerwonym to jest też z esbecji”. “Matko boska, skąd ty ich wszystkich znasz?”, “Bo jak stoję na przystanku to oni akurat idą do pracy”. Więc ja po prostu twarze przez tyle miesięcy, to się po prostu utrwalają te twarze i człowiek wie kto oni są i gdzie pracują. Także… Ale na pewno było pełno takich tajnych współpracowników o których się później dopiero dowiadywaliśmy, że oni… A działali w “Solidarności” i to spotykał się z nimi człowiek codziennie, spotykał się co tydzień na delegaturze, kiedy spotkania były wszystkich przedstawicieli komisji zakładowych. Ale to potem się dopiero człowiek dowiadywał, że właśnie oni donosili. Czy akurat też i na mnie, to nie wiem. Bo podobno, Paweł Perchel sprawdzał, teczki mojej nie ma, jako teczki, także…

 

Rozpłynęła się.

 

Możliwe. Przecież w Starachowicach na Lubiance, to jest zalew w południowej części Starachowic, palone były dokumenty przez esbecję. I to…

 

W [19]90 roku?

 

Tak. Tak, były palone, więc może to były takie dokumenty właśnie między innymi, gdzie byliśmy my rozpracowywani. Trudno na dzień dzisiejszy powiedzieć. W IPN’ie [Instytut Pamięci Narodowej - przyp. P.M.], w każdym bądź razie, mojej teczki, [35:00] jako teczki, nie ma. Owszem jest tam wspomnienie, na przykład w teczce, gdzie jest tam opisywane, i co się mówiło wszystko, jak protestowaliśmy w [19]81 roku przeciwko złemu zaopatrzeniu w Starachowicach. Chociaż to było… Chleb dostać w sobotę, to było, to z cudem prawie graniczył. Takie rzeczy się dantejskie działy dosłownie, żeby dostać ten chleb. Ludzie sobie z rąk wyrywali. Teraz czerstwego pełno, a wtedy…

 

...żadnego.

 

Żadnego nie było. Także… I Paweł mówi, że owszem, jest tam wymieniona, ja jestem też jako osoba uczestnicząca w tych takich negocjacjach z władzami miasta. Ale, tak jak mówię, cały czas się bardzo modliłam o to i kiedy na przykład Zbyszka Rafalskiego zamknęli na 48 godzin, potem go wypuścili i przyszedł do mnie do przychodni, to wypłakałam mu się tak w kamizelkę. Ja mówię, że tak się bałam, że tak się bałam. On mówi, “Ewa, przecież bym nie wydał cię, przecież nie tego”. No i potem go zamknęli i siedział. No to już się wtedy nie bałam. Ale pierwsze takie, to… wrażenia, kiedy ktoś, z kim się człowiek spotykał i nagle tego kogoś biorą, to takie były strach. Strach wtedy był.

 

To musiało budzić grozę, tak. Grozę po prostu, prawda?

 

Przychodzi do mnie koleżanka, która pracowała w sanepidzie, była przewodniczącą komisji zakładowej “Solidarności” i mówi, “Ewa, czysto masz w domu?”, oczywiście myśląc o tym czy nie mam jakichś ulotek, czy czegoś. Ja mówię, “Oczywiście, czysto, przecież zawsze czysto”. Ona mówi, “Ty się nie wygłupiaj, jak Andrzeja wczoraj wzięli z pracy, to nie ma go do dzisiaj”, a on pracował na Zakładach Drzewnych. Mieszkał na wsi za Starachowicami, ja i

u niego pisałam właśnie ulotki na maszynie. No więc jak ona wyszła, to ja czystkę robiłam dopiero w domu, wszystko, żeby… No bo on może nie powiedział, ale dwójka małych dzieci tam biegała, mogła coś powiedzieć, więc trudno było wiedzieć, czy nie trafią do mnie. Pamiętam, że syn jeden był w szkole, drugi biegał na podwórku, klucze wzięłam od domu, męża nie było, bo był na drugiej zmianie. Wzięłam klucze, zapukałam do sąsiada i mówię do niego, “Zbyszek, Przemek w szkole, Andrzej na podwórku, tu masz klucze, jakby coś, to się zaopiekujesz”, ani słowem się nie odezwał. Po prostu wziął te klucze, a o 11 w nocy zapukał do mnie i mówi, “Masz te klucze, chyba już nie przyjdą dzisiaj, co?”. Ale zawsze był taki strach, że coś mogło pójść nie tak, że mogli zwinąć. Przecież za… przepraszam, za byle gówno zabierali ludzi.

 

Prawda. Oszczędzili panią. Może ze względu na dzieci. Chociaż dwa to nie wiem, ze względu na dzieci nie oszczędzali.

 

No właśnie.

 

Tak. A zajmowała się pani też kolportażem, rozprowadzała pani też pisma.

 

Tak, tak. U siebie, w swoim zakładzie pracy, czyli Przemysłowym Zakładzie Pracy wśród pielęgniarek, wśród laborantek i niektórych lekarzy.

 

Jaka była ich reakcja?

 

Bardzo chętnie. Poza tym, jak mówię, zawsze trzeba było parę groszy dać, więc tych pieniędzy składkowych przyjmowali. Nawet osoby, które nie były za bardzo wcześniej związane z “Solidarnością”, ale też przyjmowały te ulotki, czy pisemka, czy różnego rodzaju… Poza tym, no miałam takich zaprzyjaźnionych szczególnie dwójkę lekarzy. Jeden to był reumatolog, pani doktor Kornacka, a drugi to był neurolog, doktor Adamczak, który no kompletnie tam, absolutnie z “Solidarności” to tak… Ale jak trzeba było zwolnienie lekarskie, bo była taka konieczność i potrzeba, [40:00] to albo jedno, albo drugie zawsze bez problemu załatwiali. Natomiast jak trzeba było już położyć do szpitala, żeby kogoś uchronić przed czymś bardziej tak wiarygodnie, no to już wtedy była bratowa mojego męża. Ona Markowska, która pracowała w szpitalu w pracowni histopatologii, no i już wtedy to Ola, bo trzeba tą osobę, czy tamtą coś tam załatwić. Dzięki temu tak, między innymi Edka Dudka rozprawy były tak odciągane, bo był kładziony do szpitala wtedy kiedy trzeba było, w terminach zbliżających się rozpraw. A poza tym też tak było, że… Przecież na początku nie działały telefony. Ale telefony na terenie zakładów działały. Przemysłówka miała kontakt przecież, bo to podlegały różne przychodnie z różnych zakładów pracy, ale telefony zakładowe były na terenie Przemysłowego Zakładu Opieki Zdrowotnej, który mieścił się tutaj przy Radomskiej zaraz. To była przychodnia przy Fabryce Samochód Ciężarowych zaraz. No jak trzeba było kogoś ściągnąć, to się tylko dzwoniło i mówiło, że “są wyniki badań, pani doktor wzywa na kontrolę”. Nie musiała ta osoba podchodzić do telefonu, wystarczyło, że się przekazało majstrowi, albo brygadziście, on natychmiast leciał, mówi, “Słuchaj, masz do przychodni, masz do przychodni iść, bo jakieś tam już wyniki badań są”. To już koledzy wiedzieli, że trzeba przyjść do mnie. To była taka dobra skrzynka kontaktowa, bo, tak jak mówię, każdy mógł przyjść i wyjść z tej przychodni. W dobrym miejscu pracowałam wtedy. Także…

 

Z korzyścią dla wielu.

 

Tak. Chociaż… no, moja bezpośrednia kierowniczka, no to tak pamiętam jak przyszedł gdzieś w połowie stycznia Edek Imiela. Robił sobie badania na prawo jazdy, no to trzeba było zrobić badania i akurat między jednym specjalistą, a drugim specjalistą musiał poczekać i wszedł do mnie do pokoju. Siadł, zaczęliśmy rozmawiać. W pewnym momencie weszła moja pani kierownik, pani doktor Życińska, spojrzała, odwróciła się na pięcie i wyszła. Za moment był telefon, koleżankę poprosiła do siebie i pyta się, “Często ten Imiela przychodzi do Ewki?”, “Kto?”, “No, Imiela”, “A kto, kto to jest?”, “No ten co siedzi”, “To jest Imiela? Nie, to pierwszy raz przyszedł”, mówi, “To badania jakieś tam robi sobie na prawo jazdy”. Od razu była reakcja. A potem kiedy Imiela został panem wiceprezydentem, to było “panie prezydencie…”. Fałszywa baba.

 

No, takich ludzi nie brakuje. Pani Ewo, a dzisiaj spotykamy się w siedzibie Związku, czyli jakoś pani ma prawo ciągle tu być, bo pani przecież nie zamknęła swojej postawy, swojej działalności na klucz.

 

Nie. Cały czas… W tej chwili działam od początku, to już jest 2008 rok, jak założyliśmy Stowarzyszenie Wolni i Solidarni 1980-89. I staramy się dokumentować ten okres opozycyjny. Zbierać materiały, informacje, relacje ludzi, którzy wtedy działali. Koledzy są tak sprytni, że wydają publikacje na ten temat. Na temat ludzi, którzy działali w Starachowicach w czasie opozycji, na temat tego, jak powstawała “Solidarność”. Na temat tego kto i kiedy i jak drukował, bo przecież była drukarnia w Starachowicach również. Kiedyś mój syn właśnie, jeszcze w czasie przed [19]88 roku, pyta się mnie, bo taki ciekawski, “Mama, w Starachowicach to jest drukarnia?”. Wiedziałam, że jest, ale gdzie i kto dokładnie to nie. Ja mówię, że tak, jest. “A gdzie?”, a ja mówię, “Jak jesteś ciekaw to się spytaj wujka Zbyszka Rafalskiego, [45:00] może ci odpowie, bo mnie to nie ciekawi gdzie”. [śmiech - przyp. P.M.] No oczywiście wszyscy, którzy przychodzili do domu, to byli ciotki i wujki, na wszelki wypadek, żeby się dziecku nie pomyliło w głowie. Staramy się dokumentować ten okres czasu i staramy się w jakiś sposób przekazywać to obecnemu pokoleniu, młodemu pokoleniu. Najbardziej takie spektakularne, to jest właśnie ten konkurs “Orła WRON-a nie pokona”, na pewno na jego temat będzie mógł więcej powiedzieć kolega, jeden, albo drugi, którzy działają w stowarzyszeniu. W Stowarzyszeniu nie jest nas taka duża, liczna grupa, bo jest to nas szesnaście, czy siedemnaście osób. Ale spotykamy się, co roku organizujemy takie spotkanie, ogniska dla osób, które działały od [19]80 roku począwszy i działały później, w okresie stanu wojennego i późniejszego również. Po prostu wiele nas łączy. Wiele wspomnień z tamtego okresu, i dobrych i złych. A poza tym w swoim gronie czujemy się dobrze, lepiej jak gdyby. [śmiech - przyp. P.M.]

 

To tylko można pozazdrościć.

 

No, lat nam przybywa, chociaż mamy i młodych, prawda. Bo zarówno Robert Adamczyk, kiedy stan wojenny, to on był na pierwszym roku studiów, a jeszcze młodszy był przecież Paweł Perchel. Obydwaj potem, prawda, drukowali ulotki. Ale my starzy, to ja wiem, to jest taki, no, kawał naszego życia. Kawał naszego życia. Kiedy człowiek musiał dzielić tak między dom, rodzinę a tą działalność taką opozycyjną i cały czas się zastanawiał, “A zrobią mi coś? A wezmą mnie? A może zamkną mnie?”, ale coś trzeba robić, bo nie zgadzaliśmy się z tym co było. Więc chcieliśmy, żeby było trochę lepiej. Żeby można było spokojnie wyjść na ulicę, tak jak teraz wychodzą. Żeby nie pałowali. Żeby można głośno można powiedzieć co się myśli. A w tej chwili na przykład, kiedy… Wie pani co, diabli mnie biorą, jak kodowcy [KOD - Komitet Obrony Demokracji - przyp. P.M.] sobie 13 grudnia przywłaszczają. Jak przywłaszczają sobie te oporniki [oporniki elektryczne noszone były przy klapie marynarki, swetrze jako symbol oporu wobec władzy - przyp. P.M.] które młodzież w tamtych czasach nosiła, a oni w tej chwili. No… Ja, proszę bardzo, poglądy, uważam, że każdy może mieć swoje. Ale szanujmy to, co do innych należy. Nie przywłaszczajmy sobie tego.

 

To prawda.

 

To jest takie płytkie, takie płaskie. A poza tym, wie pani co, dla mnie pan [Mateusz - przyp. P.M.] Kijowski, to jest taki ktoś, jak królik wyciągnięty z kapelusza, jak [Stanisław - przyp. P.M.] Tymiński. Ani wiadomo kto to, ani wiadomo co i nagle wielki mi obrońca demokracji. Ja rozumiem, jeśli ktoś działał w jakiś sposób, prawda, i jest znany. No na przykład kiedyś, jeszcze jak pracowałam, jedna z osób mówi, “Pani Ewo, pani się nie dziwi, że ktoś na [Włodzimierza - przyp. P.M.] Cimoszewicza głosował wtedy, w tych pierwszych wyborach na prezydenta?”. Ja mówię, “Oczywiście, że się nie dziwię. Przecież ten człowiek tutaj żył, tu się wykształcił, tu działał i jest dla mnie normalną rzeczą, że ma swoich zwolenników. A nie Tymiński, który nagle przyszedł i mówił, że, “Ja to zrobię to, ja to zrobię tamto, ja to zrobię siamto”, mówię, “Na jakiej podstawie mam mu wierzyć?”. Ja mówię, “Przychodzi dzisiaj do pani ktoś i mówi, że on tam zarabiał dwa tysiące i utrzymał sześcioosobową rodzinę i jeszcze przez cały rok odłożył ileś tam tysięcy. Wpuściłaby go pani do domu?”.

 

No nie.

 

“No w żadnym wypadku pani Ewo, nie”. Ja mówię, “No ale Tymińskiego do tego [50:00] większego domu to by pani… pani na niego głosowała?”. “A wie pani, pani to jakoś normalnie mówi, bo nasz kierownik to od idiotek nas wyzwał”. No bo… no faktycznie, jak można było… Tak samo i teraz Kijowski, kto to jest?

 

Zgroza.

 

[cięcie w materiale, pani Ewa pokazuje rozłożone na stole zdjęcia - przyp. P.M.]

 

To są zdjęcia właśnie z Częstochowy. To są… Po raz pierwszy, jak udało nam się załatwić autokar, żeby można było, i wtedy pojechała moja mama, moje dzieci. Tak zresztą tutaj są dzieci inne, są kolegi, córka. Także mogliśmy wtedy większą grupą pojechać i to jest… tyle nas było. Tyle nas było i to nas budowało właśnie. W Częstochowie, na Błoniach, jak człowiek tak popatrzył, to było nas morze. Pełno. I to dawało taki optymizm, że nie jest człowiek sam, że jest nas wiele. Tak samo myślących, tak samo dążących do tego. I to było takie. A drugie takie właśnie, to był czerwiec i to był Wykus. Gdzie na Wykusie spotykało się osoby z… właśnie partyzantów, od “Ponurego” [Jan Piwnik - przyp. P.M.] i “Nurta” [Eugeniusz Kaszyński - przyp. P.M.], gdzie przyjeżdżały takie osobistości właśnie jak pan [Cezary - przyp. P.M.] Chlebowski. Zawsze po mszy w kręgu siadaliśmy, w środku było ognisko, a [niezrozumiałe - przyp. P.M.] tak sobie chodziła i nas fotografowała dookoła. Robiła sobie zdjęcia, właśnie chyba żeby mieć komplet nas wszystkich. To jest między innymi kolega Leszek Nowak, też działacz solidarnościowy, opozycyjny. Właśnie wyhaftował sam i wręczył, to jest symbol, który był właśnie, jelonek i znak polski walczącej, i to był symbol “Ponury Nurt”, tego zgrupowania. Zawsze był występ jakiegoś… to już załatwiali oczywiście sami organizatorzy. Ewa Błoch, ona była niewidoma, ją przywożono na Wykus. I właśnie zawsze był tam jakiś koncert. To jest wieniec, który z mężem robiłam. Mąż robił całą konstrukcję na drucie, który kolega przywiózł. Wyrzucił to przed blokiem i targał. Biało czerwone goździki były, u znajomych zamawiałam, bo przecież tych goździków musiało być mnóstwo, więc trzeba gdzieś tam, żeby nie zorientowali się. Natomiast szarfa, to później dowiedziałam się, bo szarfa była dostarczana, że robił to Edek Imiela, wypisywał. To od “Solidarności” Starachowic. Takie zaproszenia były na Wykus. To jest [19]83 rok. To jest [19]85 rok. Wcześniejszych nie znalazłam. Gdzie właśnie były…

 

To była państwa produkcja, te zaproszenia? Wasza produkcja?

 

Tak, tutaj były produkowane w Starachowicach i były robione. Zresztą w czasie kiedy w czerwcu, przecież wtedy nie było hoteli, poza tym… To się ludzi w domach u siebie, tych przyjezdnych zawsze się brało do siebie i nocowali oni.

 

Znała pani “Szarego”, [Antoniego - przyp. P.M.] Hede?

 

Tak. Bardzo dobrze znałam pana Rachtana, tylko Edmunda, czyli młodszego, który też był właśnie u partyzantów. U mnie spał przez dwa razy chyba taki pan Zbyszek on w Lublinie mieszkał…

Dane o obiekcie

Opis

Ewa Markowska opowiada o swojej działalności w „Solidarności” od 1980 roku, kiedy zaczęła angażować koleżanki w ruch związkowy w miejscu pracy. Po wprowadzeniu stanu wojennego pomagała rodzinom internowanych i kolportowała ulotki opozycyjne. Wspomina atmosferę strachu i nadziei podczas protestów w latach 80., m.in. w Starachowicach, oraz tragiczne wydarzenia związane z pogrzebem Bogusława Cybucha.

Aktywnie działała do legalizacji „Solidarności” w 1989 roku, a potem w komitetach obywatelskich i wyborach parlamentarnych. Podkreśla wartość solidarności i wspólnoty w trudnych czasach PRL-u, a także opowiada o codziennym życiu pod obserwacją służb bezpieczeństwa. Po 2008 roku działa w Stowarzyszeniu Wolni i Solidarni, które dokumentuje historię opozycji.

Wspomina też wyjazdy autokarem na liczne spotkania Solidarności w Częstochowie i coroczne wydarzenia na Wykusie, gdzie spotykali się partyzanci i działacze opozycji. Razem z mężem przygotowywała wieńce i zaproszenia na te wydarzenia, a goście nocowali u mieszkańców z powodu braku hoteli.

Powiązane Materiały