Ewa Junczyk-Ziomecka
Junczyk-Ziomecka, Ewa (świadek historii); Rottermund-Taraszkiewicz, Elżbieta (prowadzący/a rozmowę); Gil, Paweł (operator kamery);
01/10/2025
Klasyfikacja praw autorskich
Transkrypcja
Ewa Junczyk-Ziomecka
Jest kilka historii, które się zdarzają w życiu każdego człowieka, które są takim zakrętem albo decydują o dalszym ciągu. Jedną z takich wydarzeń w moim życiu zawodowym, przede wszystkim, ale także i prywatnym, była katastrofa smoleńska w kwietniu 2010 roku. Tego dnia byłam w Nowym Jorku, ponieważ miesiąc wcześniej objęłam kierownictwo naszej placówki dyplomatycznej jako Konsul Generalna Rzeczypospolitej. Koło 3:30 zadzwonił telefon. I muszę powiedzieć, że mnie się wydawało, że to był sen, ponieważ mój zastępca powiedział, że był wypadek samolotu i że w tym wypadku wszyscy zginęli. To była 3.30 rano, więc zanim sięgnęłam, żeby zapalić lampkę nocną przy łóżku, minęło kilka chwil i zorientowałam się, że to nie był sen, że ja trzymam komórkę w ręku, że to była prawdziwa wiadomość. To jeszcze była komórka z Kancelarii Prezydenta, której jeszcze nie zdążyłam oddać. Ponieważ przyjechałam na placówkę kończąc moją misję w Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej, gdzie byłam sekretarzem stanu od spraw społecznych i spraw polsko-żydowskich. Więc było ciemno, była noc. W Nowym Jorku, dopiero słońce tego dnia, za 3 godziny wzeszło. W ogóle nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Włączyłam telewizor i pierwsza rzecz, którą zobaczyłam w telewizji amerykańskiej, mimo że to była trzecia rano, ale niektóre stacje tam działają na okrągło, zobaczyłam wrak samolotu z polską banderą. Jeszcze nie było pewne, czy wszyscy zginęli, czy nie wszyscy zginęli. Mój zastępca powiedział mi, że wszyscy zginęli. Odruchowo sięgnęłam po ten telefon, gdzie miałam jeszcze wszystkie adresy służbowe, te, które używałam pracując w Kancelarii Prezydenta i chciałam zadzwonić. Więc pierwszy numer, który nacisnęłam, to był numer prezydenta Lecha Kaczyńskiego. I to było naprawdę, jak o tym myślę dzisiaj, to jeszcze w tej chwili mam takie dreszcze, bo ten telefon dzwonił. Jeden sygnał, drugi, trzeci. Tyle tylko, że nikt nie odbierał. Więc nacisnęłam inny numer, mianowicie pani prezydentowej i to samo. On też dzwonił. Nie mogłam do nikogo zadzwonić w Nowym Jorku, bo wszyscy spali. Ale zadzwoniłam do Polski. Zresztą z Polski zaczęły dzwonić telefony. I do kogo bym nie zadzwoniła, to głos im uwiązł w gardle. Niektórzy płakali. Maciej Wierzyński, redaktor Maciej Wierzyński, mój bliski kolega starszy, powiedział zdanie, które było dla mnie niesłychanie takie trudne do przyjęcia. Mianowicie powiedział "gdybyś miesiąc temu nie odeszła z Kancelarii Prezydenta, nie pojechała do Nowego Jorku, to może..." i nie dokończył zdania. A ja nie chciałam o tym myśleć i nie chciałam sobie w ogóle wyobrażać takiego scenariusza.
Zaczynam oglądać telewizję. Już pokazują, coraz więcej jest doniesień i telewizja amerykańska mówi słowo, że to jest przekleństwo katyńskie. I wszyscy są wstrząśnięci, zadają pytania "jak to możliwe, że wszyscy w jednym samolocie? A czy nikt się nie uratował?". Wszystko jest niby pewne, niby już wiadomo, że stało się wielkie nieszczęście, ale jeszcze, jeszcze jest jakaś nadzieja. Tak jak ja wykręcałam te numery, miałam nadzieję, że ktoś podniesie telefon, że się odezwie, że usłyszę ten głos.
Idę na placówkę, gdzie mieszka dwójka gości, których zaprosiłam do Nowego Jorku. Mianowicie Maja Komorowska, znana wybitna aktorka oraz organista pan Latała. Ponieważ dzień później, w niedzielę, tradycyjnie mieliśmy uroczystość w największej katedrze, jednej z największych katedr katolickich w Ameryce, w katedrze świętego Patryka, którą mój poprzedni konsul Krzysztof Kasprzyk wprowadził, że co roku odbywa się czytanie i koncert. Czytanie tekstów papieża i koncert organowy. Więc kiedy przychodzę do placówki, już ludzie zaczęli się gromadzić. A byłam bardzo wcześnie. Gdzieś tak wpół do ósmej. Już widzę, że były położone świeczki, już jakiś bukiet był położony. Na placówce kilka osób, pracowników, zawsze mieszka i tam zatrzymał się właśnie pan Latała i Maja Komorowska. Przychodzę do gabinetu i dostaję telefon, telefon od Konsul Generalnej Czech, która mówi "słuchaj, Ewa, czekam na naszego premiera Fischera i prosto z lotniska przyjeżdżamy do ciebie, żeby wpisać się do księgi kondolencyjnej". Księga kondolencyjna? Któż mógł być przygotowany na taką nieprawdopodobną zupełnie sytuację? Ja nie mam księgi kondolencyjnej. Jest sobota, zanim się sklepy otworzą to minie trochę czasu, ale już są pracownicy. Ustawiamy w dużej sali taki stolik, kwiaty i kartkę papieru A4, bo wiemy, że około wpół do dziewiątej przyjedzie premier Czech, żeby złożyć kondolencje z powodu katastrofy. I to jest taki szok, że nawet dziś, jak o tym mówię, to mnie jest trudno tak jakoś zebrać myśli. Robimy naradę, czy mamy jutro mieć to wydarzenie w katedrze św. Patryka, czy nie? Nie jestem pewna, ale oglądam cały czas telewizję i widzę, jak wszyscy się w Polsce gromadzą, jak przyjeżdżają do Warszawy, jak idą Krakowskim Przedmieściem, Traugutta, Nowym Światem idą w kierunku Pałacu Prezydenckiego. I wszyscy są razem. Jak ustawiają znicze. Im zazdroszczę, że mnie tam nie ma. Ale rozumiem, że musimy zrobić to wydarzenie. Dlatego, że z taką wiadomością ludzie nie mogą być sami. Muszą być z kimś, o kogo mogą się oprzeć, złapać za rękę, pocieszyć jakoś.
Odbywa się ta uroczystość w katedrze św. Patryka. Przyszło mnóstwo ludzi, nie wiem, tysiąc, półtora tysiąca. Przyszli przedstawiciele wszystkich organizacji polonijnych. Od weteranów przez Fundację Kościuszkowską. Przyszli przedstawiciele Senatu Nowego Jorku. Przyszedł senator Demokratów Schumer. No rzeczywiście ta polityczna elita amerykańska była obecna.
Więc ja wychodzę. Nałykałam się proszków na uspokojenie, wychodzę i wiem, że ja nic innego nie powiem, tylko mówię "proszę państwa, proszę o powstanie. Ja przeczytam listę nieobecności" i czytam wszystkie nazwiska osób, które zginęły w katastrofie. Po czym Maja Komorowska przeczytała wiersz księdza Twardowskiego "trzeba spieszyć się kochać ludzi, bo tak szybko odchodzą". I potem przeprowadziliśmy cały program, czyli koncert, czytanie tekstów po polsku i po angielsku. Kiedy ostatni tekst przeczytała Rita Cosby ja wszystkim dziękuję, nikt się nie ruszył z miejsc. Znów, ja to doskonale rozumiałam, bo ja też nie chciałam wracać do domu ani do konsulatu i być sama. Ktoś tam krzyknął "Boże, coś Polskę". Wszyscy się poderwali. Amerykanie nie znali tej pieśni, ale też stali i cała katedra zaśpiewała "Boże, coś Polskę". I powoli ludzie zaczęli się rozchodzić. Do Mai Komorowskiej podbiegali i mówili "niech pani do Polski zawiezie nasze wyrazy solidarności i współczucia". A Maja też w szoku, przecież tylko opowiadała, mówiła "tak, tak, teraz musimy być razem, teraz musimy być razem". I wróciliśmy do konsulatu.
Ja na drugi dzień pojechałam do Polski i pierwsze swoje kroki skierowałam do Pałacu Prezydenckiego. Bardzo... Całe Krakowskie Przedmieście w tym miejscu było już zastawione kwiatami i zniczami. I kiedy weszłam do pałacu, to panowała taka niesamowita grobowa cisza. Normalnie w pałacu się ludzie kręcą, chodzą, to był dzień powszedni, prawda? Tam, żeby wejść do gabinetu prezydenta, trzeba minąć taki korytarz. A w tym korytarzu po lewej stronie stały drewniane krzyżaki czekające na trumny. Kilka trumien już było. Ja weszłam po schodach do gabinetu prezydenta i kiedy chciałam, tam takie wysokie klamki są w tych drzwiach pałacu, kiedy już sięgałam do klamki, to drzwi się otworzyły i stanął w drzwiach Jarosław Kaczyński. Ja nie miałam z nim specjalnego kontaktu ani współpracy, ponieważ on był zupełnie gdzie indziej, ja byłam w Kancelarii Prezydenta. I on na mnie spojrzał, ponieważ znamy się ze studiów, bo razem studiowaliśmy na wydziale prawa na Uniwersytecie Warszawskim. Spojrzał do mnie i mówi "jestem w piekle. Nie wiedziałam, co to piekło, ale teraz już wiem". Ja nie zdążyłam nawet słowa powiedzieć, kiedy mnie minął. Był blady jak ściana. Odwróciłam się, a on szedł w kierunku schodów. A tam są takie mięsiste dywany i jego kroki te dywany tak tłumiły. I on tak za rogiem zniknął jak jakiś duch. Weszłam do sekretariatu kancelarii gabinetu prezydenta, a tam siedziały zapłakane sekretarki oczywiście. Spytałam, czy mogę wejść do gabinetu. Weszłam do gabinetu, a tam u prezydenta był, oprócz tego, że było biurko, fotele i kanapa, to był taki mały stolik szklany. I przy tym stoliku bardzo często żeśmy siedzieli i piliśmy herbatę, mocną herbatę, bez cukru w szklance. Więc ja tam weszłam, usiadłam przy tym stoliku, jeszcze spojrzałam na biurko. Na biurku były książki o Katyniu. Prezydent się przygotowywał do wystąpienia. I nagle pukanie do drzwi i wchodzi kelner i przynosi jedną szklankę. I wtedy do mnie dotarło, że prezydenta tu nie ma i już nigdy nie będzie.
Dane o obiekcie
-
Nazwa / Tytuł
Ewa Junczyk-Ziomecka -
Twórca / Wytwórnia
Junczyk-Ziomecka, Ewa (świadek historii); Rottermund-Taraszkiewicz, Elżbieta (prowadzący/a rozmowę); Gil, Paweł (operator kamery) -
Rodzaj
-
Kategoria
-
Zakres chronologiczny
-
Data wykonania
01/10/2025 -
Czas trwania
0h 13min 42sek -
Miejsce
-
Numer inwentarzowy
MHP-07-3224 -
Klasyfikacja praw autorskich
-
Permalink
Opis
Relacja Ewy Juńczyk-Ziomeckiej dotyczy osobistych i zawodowych doświadczeń związanych z katastrofą smoleńską z 10 kwietnia 2010 roku. Relacjonująca opisuje moment otrzymania informacji o katastrofie podczas pełnienia funkcji Konsul Generalnej RP w Nowym Jorku oraz pierwsze reakcje emocjonalne na wiadomość o tragedii. Wspomina działania podejmowane w konsulacie, w tym przygotowanie miejsca wpisów do księgi kondolencyjnej oraz organizację uroczystości w katedrze św. Patryka z udziałem Polonii i przedstawicieli amerykańskich władz. W dalszej części relacji odnosi się do powrotu do Polski, wizyty w Pałacu Prezydenckim oraz osobistego doświadczenia żałoby po śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego i innych ofiar katastrofy.