Olga Stelmach
Stelmach, Olga (świadek historii); Rottermund-Taraszkiewicz, Elżbieta (prowadzący/a rozmowę); Gil, Paweł (operator kamery);
16/09/2025
Copyright classification
Transcription
Olga Stelmach
Pamiętam, że kiedy była powódź stulecia, byłam dzieckiem. Miałam może 12-13 lat, nie pamiętam dokładnie. I byłam na koloniach we Włoszech. I sytuacja była taka, że no po prostu wiadomo, byliśmy dziećmi, bawiliśmy się na koloniach i nie mieliśmy pojęcia w ogóle, że jest jakaś niebezpieczna sytuacja, że w Polsce jest jakakolwiek powódź. I wracaliśmy do Polski po zakończonym wypoczynku. I pamiętam, że naszą grupę podzielono na dwa autokary. Mój autokar miał wyjechać jako pierwszy, a ta grupa późniejsza z tymi dziećmi z drugiej części, mieli wyjechać kilka godzin po nas. I pamiętam, że kiedy wracaliśmy autokarem właśnie przez Czechy, to widzieliśmy już jak ta fala po prostu płynie. Widzieliśmy już zalane ulice, podniesiony stan rzeki, patrzyliśmy przez te okna autokaru, jak ta woda nabrzmiewa. Natomiast jeszcze jechaliśmy spokojnie. A potem dowiedzieliśmy się, że ta grupa, która jechała po nas, a oni wyjechali chyba 2-3 godziny później, już do Polski nie dotarli. Mieli jakieś bardzo duże opóźnienie. Zdaje się, że wrócili do domów chyba dzień, dwa później, bo po prostu już fala zalała wszystko, zalała Czechy, zalała południe Polski i po prostu dzieci nie miały jak wrócić do domu. To pamiętam, że tak to wyglądało.
Kiedy siedziałam w tym autobusie, to obserwowałam tą nabrzmiewającą wodę z takim zaciekawieniem. Teraz pewnie z perspektywy lat to bym się bała. Natomiast no mając te 12-13 lat myślę, że nie zdawałam sobie sprawy z tego, że jest jakieś zagrożenie. Więc bardziej pamiętam właśnie to, że my dopadaliśmy do tych okien autokaru i patrzyliśmy "wow, ale woda, ale dużo wody". I tak bardziej po prostu w tym kontekście to obserwowaliśmy. Natomiast kiedy już dotarliśmy do Polski i odebrali nas rodzice, którzy wiedzieli, jakie jest zagrożenie i cieszyli się, że nas widzą całych i zdrowych, to dopiero wtedy do mnie dotarło, że my realnie byliśmy w sytuacji zagrożenia. Bo przecież ta woda mogła przelać te tamy, przelać jakieś zabezpieczenia i po prostu mogło nas zalać. Ale absolutnie wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Pamiętam, że 11 września to był taki dzień jak co dzień. Ja byłam nastolatką, byłam w trzeciej klasie liceum, więc poszłam rano do szkoły. Lekcje normalnie, jak to w szkole, nuda i tak dalej. I wróciłam do domu i z nudów włączyłam telewizor. Wiadomo, przeskakiwanie po kanałach, tu MTV, tu jakiś inny program, no i włączyłam stację TVN, która wtedy była nową stacją. To była taka nowość, prawda, że jest stacja, która 24 godziny na dobę nadaje jakieś wiadomości. No i pamiętam, że oglądałam właśnie taki obrazek, że są te dwie wieże World Trade Center i lecą te samoloty i bam! Ja tak patrzę tak kątem oka, coś tam robiłam, patrzę to po raz kolejny, pierwszy, drugi raz i nie bardzo zdawałam sobie sprawę z tego, co się dzieje. Pomyślałam, że film kręcą, że po prostu to jest relacja, jakiś reportaż z jakiegoś wielkiego, kasowego znowu hollywoodzkiego filmu. Jak to Amerykanie lubią robić jakieś wielkie katastroficzne filmy. I teraz będzie reportaż, za chwileczkę tutaj wyskoczą jacyś aktorzy, będą opowiadali i tak dalej, i tak dalej. Tak oglądałam i nie bardzo wiedziałam, co się dzieje i nie docierało do mnie, że to jest rzeczywistość, że to nie jest żaden film, tylko to się dzieje naprawdę. I w zasadzie tak naprawdę uświadomiłam to sobie wtedy, kiedy rodzice wrócili z pracy. Mama, tata i zaczęli ze mną rozmawiać: "A ty słyszałaś, co się stało, że właśnie samoloty się rozbiły w Stanach? Ale jakie samoloty? No tak, no terroryści porwali samoloty i się rozbili, prawda? Tu najpierw na Trade Center, potem mieli na Pentagon lecieć. I taka katastrofa". I dla mnie to było nie do uwierzenia. I w ogóle pamiętam ten stan zagrożenia. Bo dzisiaj ludzie sobie z tego nie zdają sprawy, no bo to jednak było te dwadzieścia kilka lat temu, z tego co dobrze liczę, że przed tym uderzeniem w te World Trade Center, to jakby świat był postrzegany troszeczkę inaczej. To znaczy czuliśmy się bezpieczniej. Do nas, pamiętam, dotarło, że tak naprawdę świat już nie jest takim bezpiecznym miejscem, no bo skoro coś takiego mogło wydarzyć się w Stanach, które się jawiły jako takie miejsce właśnie bezpieczne, pilnowane, prawda? No wspaniała Ameryka, tam wszelkiego rodzaju zabezpieczenia. To skoro coś takiego było możliwe w Stanach Zjednoczonych, to tym bardziej my.
I to była pierwsza kwestia. A druga to taka jeszcze, jeszcze bardziej osobista. Bo w wakacje poprzedzające to wydarzenie w World Trade Center, ja byłam w szkole językowej w Anglii w Folkestone. I jak wiadomo, jak to w takiej szkole językowej, w klasie są osoby z różnych stron świata. Pamiętam, że mieliśmy w klasie na przykład chłopca z Dubaju czy jakieś inne dziewczynki, nie pamiętam już z jakich krajów arabskich, ale na pewno z takich krajów, ponieważ chodziły do szkoły w chustach. I to było czymś zupełnie normalnym. Dobra, no po prostu są, bo są. Ale to byli też fajni koledzy, fajne koleżanki. Po skończonych zajęciach szliśmy razem tam nad brzeg morza czy siadaliśmy tam, nie wiem, szliśmy na kawę, spotykaliśmy się, szliśmy na kręgle czy graliśmy w bilarda. I nikogo to absolutnie nie obchodziło, że oni są Arabami. Normalnie po prostu się rozmawiało. A pamiętam, że jak pojechałam na następne wakacje na zachód Europy, to już moje podejście do Arabów było zupełnie inne. Ja oczywiście rozumowo wiedziałam, że to, przepraszam za wyrażenie, to też są ludzie jak my, ale gdzieś tam z tyłu głowy była taka informacja "a może on ma w plecaku bombę? A może jednak coś kombinuje?". Bo oni są stamtąd, to oni to wymyślili. Ja wiem, że to jest głupie, ale tak było po prostu. Dla mnie w tym momencie pewien rozdział się skończył. Takiego bezpieczeństwa ludzkości, takiego wzajemnego zaufania do siebie. Że mi się to nie mieściło w głowie, że ktoś może tak po prostu bez powodu porwać samolot i zabić tylu ludzi. To była taka kwestia. Albo też ludzie nie myślą o tym, że tak naprawdę od tych wydarzeń w World Trade Center zaczęły się te wszystkie zabezpieczenia na lotniskach, bo kiedyś się po prostu normalnie wsiadało do samolotu, normalnie się leciało. Oczywiście wiadomo, że no pewnie były jakieś tam bramki, wykrywacze metalu, ale nikt nie sprawdzał bagaży, nikt nie pilnował, czy butelki zbyt dużej nie wnosisz na pokład samolotu. A teraz sprawdzają wszystko, bo nie wiadomo, czy człowiek, który nie siedzi koło ciebie przypadkiem nie przemyca jakiejś bomby, albo przypadkiem mu nie wpadnie nagle do głowy wtargnąć do kabiny pilota i porwać samolot i was wszystkich pozabijać. Kiedyś po prostu się leciało, a teraz każdy lot samolotem jest potencjalnym zagrożeniem, bo nie wiadomo, czy komuś coś nie strzeli do głowy.
Data of the object
-
Name / Title
Olga Stelmach -
Creator / Producer
Stelmach, Olga (świadek historii); Rottermund-Taraszkiewicz, Elżbieta (prowadzący/a rozmowę); Gil, Paweł (operator kamery) -
Type
-
Category
-
Chronological range
-
Chronological range
-
Execution date
16/09/2025 -
Duration
0h 6min 56sek -
Place
-
Inventory number
MHP-07-3213 -
Copyright classification
-
Permalink
Description
Relacja Olgi Stelmach obejmuje dwa przełomowe wydarzenia o charakterze globalnym i ich odbiór z perspektywy nastolatki. Rozmówczyni wspomina powódź tysiąclecia z 1997 roku, obserwowaną pośrednio podczas powrotu z kolonii we Włoszech, gdy dopiero reakcje dorosłych uświadomiły jej skalę realnego zagrożenia. Drugą osią relacji są zamachy z 11 września 2001 roku w Stanach Zjednoczonych – początkowo odebrane jako fikcja filmowa, a następnie jako wydarzenie, które radykalnie zmieniło poczucie bezpieczeństwa na świecie. Autorka opisuje długofalowe konsekwencje zamachów: narastający lęk, zmianę postrzegania innych kultur, zwłaszcza Arabów, oraz trwałe przekształcenia codzienności, takie jak zaostrzenie procedur bezpieczeństwa na lotniskach. Relacja ukazuje, jak globalne katastrofy wpływają na indywidualne doświadczenie, emocje i sposób postrzegania świata.