Łukasz Małecki-Tepicht - Mediatheque - Polish History Museum in Warsaw SKIP_TO
Visit Przejdź do sklepu
Historia mówiona
Audiovideo

Łukasz Małecki-Tepicht

Małecki-Tepicht, Łukasz (świadek historii); Rottermund-Taraszkiewicz, Elżbieta (prowadzący/a rozmowę); Gil, Paweł (operator kamery);

03/09/2025

Transcription

Łukasz Małecki-Tepicht

Tego dnia ja byłem z dziesięciomiesięczną córką w domu, a żona była na studiach podyplomowych. I na tych studiach byli przedstawiciele prawdopodobnie też branży medialnej. I w którymś momencie dzwoni do mnie na przerwie, że właśnie ci koledzy i koleżanki ze studiów dostają SMS-y, że coś się stało z samolotem prezydenckim i jakby jeszcze nie było wiadomo co, ale już było wiadomo, że to jest poważna sprawa.

I zauważyłem taką walkę sam ze sobą. Najpierw cały czas zaprzeczenie, potem minimalizowanie tego, co tam się wydarzyło. W głowie oczywiście, w myślach. Że na pewno ktoś przeżył i że przez chwilę chyba, godzinę czy dwie, była mowa o trzech osobach, które miały przeżyć, to od razu sobie w głowie myślałem kto to miałby być. W sensie z tych osób, które znałem. Był ten moment, w którym w studiu odczytano listę pasażerów... Naprzemiennie i do mnie dotarło, że to się dzieje naprawdę, że ta katastrofa miała miejsce i że są ofiary śmiertelne.

Ja wpadłem w płacz. Później moja dziesięciomiesięczna córka jakby dołączyła do mnie, bo oczywiście nie wiedziała, co się dzieje. I jak już doszedłem do siebie to zadzwoniłem do taty, jakby potwierdziliśmy to, że wiemy to samo z mediów. Tata powiedział, że chce do mnie przyjechać. To też było zastanawiające, no bo w sumie gdzieś tam mieliśmy zaplanowane jakieś spotkanie wspólne w innym terminie, że chcieliśmy być blisko. I kiedy przyjechał, no to ja gdzieś w międzyczasie znalazłem flagę. I jak tata przyjechał, powiedziałem, że "wiesz co, no nie mam kiru, nie mam, w żaden sposób nie mogę oznaczyć żałoby na tej fladze". No to zapakowaliśmy dziecko do wyjścia, do wózka i poszliśmy we trójkę do galerii handlowej, do pasmanterii. I tam kolejne przeżycie, bardzo silne, bardzo długa kolejka. Wszyscy przyszli wyłącznie po czarną taśmę. I można powiedzieć, że paradoksalnie w tej kolejce poczułem wspólnotę, w kolejce w galerii handlowej, bo staliśmy wszyscy w tym samym celu, z tego samego powodu. I drugie poczucie wspólnoty to właśnie droga powrotna z tej pasmanterii do domu, kiedy już zaczęły pierwsze flagi wisieć na balkonach. Część właśnie z kirami. A więc to był taki, można powiedzieć wszystko razem się spinało, znaczy dochodziło, że to jest, to się dzieje naprawdę. Rzeczywiście do tej tragedii doszło. Później po raz pierwszy tak dużo czasu poświęciłem na oglądanie relacji z różnych stacji, żeby z każdym szczegółem zapoznać się. No i już jak żona wróciła ze studiów, to już samodzielnie pojechałem na Krakowskie Przedmieście, pod Kancelarię Prezydenta złożyć kwiaty i znicz. W międzyczasie, jeszcze zanim mój tata przyjechał, zadzwoniła do nas przyjaciółka mojej żony. Trochę nie wiem dlaczego do mnie. Chyba dlatego, że żona była na studiach. Może też dlatego, że wiedziała, że jestem zainteresowany życiem publicznym kraju. I zapytała "i co teraz?". I mi się wydawało to pytanie jakoś tak nieadekwatne, że ono trafia do mnie. W sensie, że nie miałem takiego poczucia, że posiadam tę wiedzę, żeby odpowiedzieć. Ale też zrozumiałem, tak mi się wtedy wydawało, że ona dlatego do mnie dzwoni, bo jestem absolwentem nauk politycznych, więc starałem się przypomnieć wszystko, co pamiętałem na temat sukcesji instytucji publicznych w Polsce. I zacząłem jej recytować, że w momencie, kiedy prezydent ginie, przejmuje obowiązki głowy państwa marszałek Sejmu. Gdzieś tam skonstatowałem, że państwo polskie dalej istnieje i jakby te procedury konstytucyjne muszą zadziałać. A ta przyjaciółka żony powiedziała, że nie o to jej chodzi, że "co z nami teraz?". "Z nami", jak mi się wydaje, nie umiem sprecyzować tego pytania, więc domyślam się, że chodzi o nas jako wspólnotę narodową, czy co z nami Polakami. No i na to pytanie już wtedy nie miałam odpowiedzi. Powiedziałem "musimy sobie z tym poradzić". I mój sposób poradzenia sobie to była wizyta, hołd w zasadzie pod Kancelarią Prezydenta.

To znaczy jeśli chodzi o myślenie o przyszłości miałem taki przebłysk nie powiem, że to była jakaś głęboka refleksja, ale taki przebłysk, kiedy patrzyłem na córkę. Że ona ma 10 miesięcy, a żyje w kraju, w którym coś takiego się wydarzyło. Jakby było oczywiste, że to będzie wydarzenie dziejowe, o którym będzie się uczyć w szkole. I że skutki tego będą liczone w dekadach. Być może stuleciach, więc na pewno ten... Jedna z dwóch czy trzech przyczyn wybuchu płaczu, poza tym, że znałem osobę z samolotu, no to właśnie to, że ta myśl o dziecku tak, że żyje w kraju, w którym mamy kolejną traumę. Wtedy nie umiałem tego tak nazwać, chociaż wiedziałem, że to jest bardzo ważne. Pod samą kancelarią, to było to jedno z tych kilku aspektów, kiedy człowiek myśli kategoriami wspólnoty, że jesteśmy wszyscy razem, wszyscy przyszli z tego samego powodu. To był pierwszy dzień, więc jeszcze nie było konfliktów o krzyż, o inne symbole. Ja byłem kiedyś instruktorem harcerskim, więc bardzo duże wrażenie na mnie zrobiło, że już tam byli harcerze, którzy opiekowali się starszymi osobami, które tam przyszły. Wyjmowały znicze, które się już wypaliły, takie klasycznie rozumiane pole służby. Więc to było budujące, że w kilka godzin w zasadzie, może od samej katastrofy kilkanaście, w zasadzie już coś na kształt alertu zadziałało. Takie wrażenie pustki, że właśnie jako politolog idę pod urząd głowy państwa, który jest w pewnym sensie nieobsadzony, w sensie werdyktu wyborców. Oczywiście gdzieś cały czas pracowała taka myśl ile osób, jakie stanowiska piastowali, jak to zaważy na skuteczności państwa polskiego. To gdzieś tam cały czas się w głowie kotłowało w drodze do kancelarii i z powrotem. Więc w tych trzech aspektach, czyli jakby w tej kolejce do pasmanterii, w tym powrocie do domu, gdzie widzieliśmy wywieszone i wywieszane flagi i pod kancelarią, miałem poczucie, że właśnie tworzymy wspólnotę. To, że ona stała się, ta katastrofa, przyczyną podziału jest zastanawiające i przejmujące bardzo, bo zdawać by się mogło, że wtedy mogliśmy, od tamtej pory mogliśmy być jeszcze bardziej razem.

Data of the object

Description

Relacja Łukasza Małeckiego-Tepichta dotyczy osobistych i społecznych doświadczeń związanych z katastrofą smoleńską z 10 kwietnia 2010 roku. Rozmówca opisuje moment docierania informacji o tragedii, emocjonalną reakcję na potwierdzenie śmierci pasażerów samolotu prezydenckiego oraz potrzebę bycia blisko innych ludzi w obliczu żałoby. Wspomina spontaniczne gesty upamiętnienia – wywieszanie flag z kirem, kolejkę po czarną wstążkę, wizytę pod Kancelarią Prezydenta na Krakowskim Przedmieściu – oraz silne poczucie wspólnoty narodowej w pierwszych godzinach i dniach po katastrofie. Relacja zawiera także refleksje nad trwałymi konsekwencjami wydarzenia dla państwa, wspólnoty narodowej i kolejnych pokoleń.