Kraków 1956
Film Video Art (koproducent); Stremecki, Marek (scenariusz); Muzeum Historii Polski (producent); Morek, Wojciech (scenariusz i realizacja);
14/12/2016
Copyright classification
Transcription
- W 1956 roku na wieść o polskiej wiośnie, a potem polskiej jesieni, Węgrzy również wyszli na ulice. To był jednak tylko impuls. Wyszli dlatego, że mieli dość życia w biedzie i bez perspektyw na poprawę warunków. Zbuntowali się ludzie pióra i studenci. Jedni i drudzy z podobnymi żądaniami i jednym wspólnym żądaniem wolności. Węgrzy poszli dalej od Polaków, bo zakwestionowali władztwo Moskwy na terytorium węgierskim, zakwestionowali system polityczny, zapowiedzieli wyjście z Układu Warszawskiego. Sowieci nie mogli dłużej tego tolerować. Powstanie wybuchło 23 października i trwało do 10 listopada, kiedy zostało stłumione przez zbrojną interwencję sowiecką. Zginęło ponad 2,5 tysiąca ludzi, było 1000 rannych, 20 tysięcy ludzi aresztowano. Straty materialne to 1/4 budżetu państwa węgierskiego. Na powstanie węgierskie spontanicznie zareagowali Polacy. W całym kraju powstały komitety zajmujące się pomocą. Na Węgry wysłano 44 tony medykamentów i rzeczy najbardziej potrzebne w tej pomocy. Szczególną rolę odegrał Kraków. Węgrzy i Polacy pamiętają ten wspólny 56 rok. W 60. Rocznicę w Krakowie odbył się cały szereg imprez kulturalnych i wydarzeń przypominających tamten czas. Otwarto między innymi wystawę Mosty czasy Budapeszt. Ekspozycja była już pokazywana w kilku krajach. W Krakowie została wzbogacona o wątki polsko-węgierskie. Istvan Kowacz, człowiek, który współcześnie najlepiej symbolizuje polsko-węgierską przyjaźń, zaprezentował książkę, powieść "Lustro dzieciństwa. Tragiczny rok 56, zapamiętany oczami 12 latka".
- W 1956 roku, po wcześniejszym XX Zjeździe Partii KPZR w Związku Radzieckim narastała atmosfera odwilży. Kulminacyjnym momentem najpierw był Poznań 56, gdzie stłumiona krwawo protest robotniczy i następnie po takiej pauzie wybuchł w 56 tego samego roku w październiku 56. Studenci tworzyli w błyskawicznym tempie komitety rewolucyjne przy uczelniach. Powstał Komitet rewolucyjny skupiający przedstawicieli tych uczelnianych przy Uniwersytecie jakby Studencki Komitet rewolucyjny.
- Nie jestem w stanie powiedzieć, w którym momencie stałem się członkiem Komitetu Rewolucyjnego, Studenckiego Komitetu Rewolucyjnego i nie wiem, chyba wcześniej jeszcze żeśmy na Politechnice rozwiązali ZMP z końcem czy pod koniec października. Znaczy ta sprawa węgierska oczywiście wybuchła u nich 23 października, przy czym wybuchła w związku z ich demonstracją pod pomnikiem Bema, a później na placu Koszuta. Mieli w rękach rezolucję, którą dnia poprzedniego uchwalili na Politechnice Budapeszteńskiej, gdzie zresztą 13 chyba punkt. Jednym z punktów było poparcie dla przemian demokratycznych w Polsce.
- W 56 roku na wieść o Polskiej wiośnie, a później Polskiej jesieni Węgrzy również wyszli na ulice jako druga nacja w Europie Środkowej, zdominowana przez reżim moskiewski. Polacy zareagowali spontanicznie, dając wyraz solidarności. W końcu nie jesteśmy sami. Próbujemy dokonać wielkich zmian. Ale Węgrzy próbowali dokonać jeszcze większych zmian. Oni zakwestionowali system, zakwestionowali władztwo Moskwy na terytorium Republiki Węgierskiej.
- Geneza rewolucji węgierskiej to zrodziło się w Segedynie i te żądania dotarły do Politechniki Budapesztańskiej. 22 października tam był też ogromny wiec studentów do przedyskutowania tych punktów, żądań. I wtedy dotarła wiadomość z Polski do Politechniki Węgierskiej, że w Polsce dwa dni wcześniej albo dzień wcześniej wybrano wbrew woli Moskwy Władysława Gomułkę na pierwszego sekretarza. I od razu powstała wtedy decyzja, powzięto decyzję, że nazajutrz trzeba demonstrować, trzeba wyjść na ulice z demonstracją, że solidaryzujemy ze zmianami polskimi i przez to przymusić podobny wzór, żeby [...] w taki sam sposób dostał się na czele partii węgierskich komunistów, jak Gomułka, że dostał na czoło władzy partyjnej. Jak wspomniałem, ta demonstracja 23 to było pod hasłami, że popieramy zmiany w Polsce. Oczywiście polską sprawą była przesycona atmosfera węgierska już od powstania robotników w Poznaniu i ze strony polskiej była ogromna solidarność ku Węgrom, bo Polacy dokładnie zdali sobie sprawę z tego, że jakby ich ruch Węgrzy kontynuowali, bo przecież wiadomo, że no kiedy polska partia nie zgodziła się na to, że pojedzie do Moskwy omówić to, że kto będzie na czele partii PZPR-u, to oddziały radzieckie maszerowały też w kierunku Warszawy i Warszawa przygotowała się duchowo, że ewentualnie mogą stoczyć walkę z armią radziecką. Więc Polacy odczuli, że ten ciężar rewolucja węgierska zdjęła ich bark duchowy.
- I mamy drugą fazę, kiedy to 4 listopada do zbuntowanego Budapesztu, miasta półtora milionowego, zdominowanego przez ludzi opozycji o różnych barwach. Ale wszyscy ci ludzie opozycji byli o nastrojach antysowieckich po 4 listopada, kiedy co najmniej 2000 Węgrów zginęło, kilkanaście tysięcy jest rannych, kiedy uległo zniszczeniu wiele domów w Budapeszcie. Nastąpiła jakby druga faza polskiej solidarności z Węgrami. Pierwsza ma miejsce w październiku, druga ma po 4 listopada. Ona przybiera bardzo różny charakter, ale uczestniczą w tej akcji pomocy praktycznie wszyscy. Bowiem uważano, że pomagając Węgrom, pomagamy również sobie, że jesteśmy zobowiązani do pomocy Węgrom. Polacy mogli znacznie więcej, również mogli manifestować przyjaźń Węgrami. Czym się to wyrażało? Na ulicach można było spotkać młodych ludzi studentów, robotników w Warszawie, w Łodzi, w Poznaniu, w Olsztynie, w Krakowie. Wszędzie, ale chyba najwięcej w Krakowie, bo Kraków z racji położenia geograficznego i związków kulturowych był chyba najbliższy Madziarom i Budapesztowi. Tysiące ludzi na ulicach miało wpięte oporniki jak za czasów Solidarności, tylko z prawdziwą flagą węgierską, czyli bez sierpa i młota, taką tradycyjną flagą z herbem węgierskim czy flagą węgierską na wielu obiektach prywatnych i publicznych zupełnie niewyobrażalna. W państwie polskim, dalej komunistycznym, powiewały flagi węgierskie jako znak tego, że my chcemy iść razem z nimi. Może nie aż tak daleko jak oni, ale razem z nimi. Wszędzie punkty krwiodawstwa, bowiem krew była bardzo potrzebna. Ustawiały się kolejki przed punktami krwiodawstwa. Młodzi i starsi, jeśli tylko lekarze stwierdzili, że powinni czy mogą oddać krew. Aktorzy występowali w teatrach i bilety kupione z tej okazji były przekazywane później Madziarom organizowaną przez polski Czerwony Krzyż. Gromadzenie koców, namiotów, w końcu późna jesień, rzeczy ciepłych, nawet kołder czy pierzynę, gdzieś z okolic wiejskich ludzie przywozili pierzyny, żeby tylko mówię o tym biednym Madziarom Madziarom ulżyć. Nade wszystko była to pomoc serca. Pomoc wyrażana w każdym geście i w każdym słowie. Powstały towarzystwa przyjaźni i pomocy Węgrom. Także skala tego ruchu jest niewyobrażalna. To było jakby apogeum ruchu polskiego października, że dzięki temu, że tam jest rewolucja, że ludzie giną, jakby zmęczeni, Polacy ponownie wyszli na ulice, ponownie dali wyraz temu, że chcemy więcej wolności, chcemy... Jeśli Socjalizmu, to przynajmniej naprawdę z ludzką, prawdziwą, ludzką twarzą, a nie taką twarzą podrobioną a la Josif Wisarionowicz Stalin, który wiadomo już wtedy szczęśliwie już z nami nie był.
- Równolegle do istniejącego Komitetu Rewolucyjnego zresztą ci sami studenci wspólnie z Wojewódzkim Zarządem PCK zorganizowali Komitet Pomocy Walczącym Węgrom i przekazali, sami uczestniczyli w olbrzymim transporcie pomocy. Kilka wagonów, leki, żywność, materiały budowlane i tak dalej i tak dalej. Była to w sumie pomoc Polski dla Węgier. Według oceny później już jakiejś takiej podsumowującej to wszystko była większa niż wszystkich pozostałych krajów europejskich. Szalenie ważne.
- Myśmy wtedy zaaranżowali już, wiedzieliśmy o tych walkach, które w Budapeszcie się toczą i zaaranżowaliśmy wiec na Politechnice Krakowskiej. Wtedy zorganizował się tam zupełnie żywiołowo Studencki Komitet Pomocy walczącym Węgrom na Politechnice. Dosłownie tego samego dnia czy następnego. Takie komitety powstały na uniwersytecie, na Akademii Medycznej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Później żeśmy to wszystko połączyli w jeden studencki Komitet Pomocy Węgrom. Zrezygnowaliśmy z tego słowa walczącym, żeby nie tak powiem, nie budzić skojarzeń zbyt daleko idących. Później się okazało, że też tego rodzaju komitety zostały w wśród młodzieży robotniczej powołane, w szczególności na Grzegószkach, gdzie powstał Rewolucyjny Zarząd Tymczasowy, Rewolucyjny Zarząd Związku Młodzieży Polskiej, żeby było dowcipnej. I wspólnie żeśmy działali dalej, jeśli chodzi o węgierską stronę w postaci robotniczego Studenckiego Komitetu Pomocy Węgrom.
- Tak się złożyło, że na wiecu na Politechnice związanego z agresją radzieckich wojsk na Budapeszt. Na Węgry zostałem wybrany członkiem Komitetu Pomocy Węgrom. Studenckiego Komitetu Pomocy Węgrom. Cała nasza praca polegała na koordynacji i zbieraniu wszelkiego rodzaju datków, zarówno materialnych, jak i składek finansowych. Muszę powiedzieć, że do dziś pamiętam i to chyba się nie powtórzyło w tej skali do tej pory w społeczeństwie krakowskim niesamowitą ofiarność, jaką w tamtych czasach żeśmy doświadczali jako ludzie, którzy się zajmowali tym tematem. Gazety krakowskie, artyści, specjalne koncerty, których dochód był przeznaczony na pomoc, zbiórki, komitety blokowe chodzące od mieszkania do mieszkania, gdzie ludzie deklarowali złotówki i listy do dziś zresztą zostały przechowane i są w książce kolegi Bratkowskiego kserokopie dokumenty tamtych czasów. Jednym słowem było to olbrzymie poruszenie społeczne, które zaowocowało określonymi darami zarówno materialnymi, jak i określonymi kwotami finansowymi. No i trzeba było teraz coś z tym zrobić.
- Teraz problem jak z tymi darami? Jak przewieźć te dary do wydania Polskiego Czerwonego Krzyża? Musiał jechać przez mało przyjazne państwo. Może być sowieckie, bo to była Czechosłowacja komunistyczna w najgorszym sowieckim wydaniu, a Czesi i Słowacy nic nie mieli do powiedzenia. Ale udało się, doszły do nas wiadomości, że pomoc polska, która jest wysyłana na Węgry, nie trafia do samych Węgrów, tylko na przykład Rosjanie ją przechwytują, albo inne wiadomości były, że ona jest odpłatnie przekazywana Węgrom. Zaczęły się, że tak powiem, jakieś takie, no plotki nie plotki. Nie wiedzieliśmy, co jest grane. Próbowaliśmy się skontaktować z Czerwonym Krzyżem w Genewie, z centralą Czerwonego Krzyża, ale oni nic nie wiedzieli też na ten temat. No i ostatecznie zdecydowaliśmy się, że wobec tego jedziemy z Krakowa i będziemy konwojować naszą pomoc tutaj krakowską. Dopilnujemy tak, żeby się znaleźć w Budapeszcie i dotrzeć do ludzi, którzy otrzymują to bezpośrednio.
- W związku z tym, że różne były pogłoski, czy ta pomoc dociera, czy nie dociera i do kogo dociera, to postanowiliśmy, że my sami to zawieziemy i w poczuciu odpowiedzialności przed krakusami, którzy nam powierzyli tyle dobra. To my to spróbujemy dowieść.
- I tak się stało. Ale myśmy nie mieli żadnych paszportów. Przecież to była, no gdzie, kto? W Krakowie? Tadeusz Strycharczyk, Drożdż i Jaworski pojechali do Warszawy i po jakichś dużych zabiegach ostatecznie wydano im paszporty. Im trzem. Wydano im paszporty służbowe Zarządu głównego ZMP. Było to w tym czasie, kiedy już ZMP u nas było rozwiązane. Ale mieli paszporty, a reszta, bo myśmy wyliczyli, że nas potrzebnych jest 10 osób po to, żeby na okrągło 24 godziny pilnować tego, co wieziemy, no to była kwestia, to co zrobić z resztą. No i Adam Kizler się domówił z komendantem milicji krakowskim, wojewódzkim i on nam wbił pieczątki do przekraczania granic, do naszych dowodów osobistych. Oczywiście to była nielegalna sprawa. On się nikogo o nic nie pytał. Zrobił to po uważaniu. Podobnie zresztą jak pani będąca przewodniczącą Wojewódzkiego Zarządu Polskiego Czerwonego Krzyża, która nam wystawiła delegację jako członkom w tym momencie żeśmy wstąpili do Czerwonego Krzyża, jako tym dostaliśmy odznaki złote odznaki PCK, no i w charakterze tych emisariuszy PCK formalnie żeśmy pojechali. Załadunek na stacji Kraków-Płaszów tego wszystkiego. Nie byliśmy przygotowani tak między nami mówiąc na tą całą podróż. Płk. Hankiewicz, który był dowódcą garnizonu, wyposażył nas w kożuchy, co nam pozwoliło rzeczywiście we względnym zdrowiu dotrzeć dalej, bo Czesi nas wozili po swoich torach wszędzie, stawialiśmy po drodze. I tak dalej, i tak dalej. Bardzo im zależało, żeby jak najpóźniej, żebyśmy tam dotarli. Zresztą w ogóle okazało się, że do samego Budapesztu nie można dojechać. Ostatecznie żeśmy dojechali do Komarna, gdzie nasze ciężarówki, polskie ciężarówki jeździły pomiędzy Komarnem a Budapesztem i przewozili. Myśmy też uczestniczyli w przeładowywaniu tego naszego transportu, tego, co myśmy przewieźli w Komarnie na samochody, które były z Polski ciężarowe i które do Budapesztu dalej jeździły.
- Druga kwestia, która mi do dziś utkwiła mocno w głowie, to atmosfera, z jaką nas przywitali Węgrzy po drugiej stronie Dunaju. Samochody, którymi jechaliśmy zostały oczywiście zatrzymane przez Węgrów. Musieliśmy wysiąść. Zostaliśmy obdarowani jakimiś tortami i ciastkami na tacach. Miejscowy pastor zaprosił nas do siebie na plebanię, gdzie spędziliśmy około półtorej, dwóch godzin i już takiej atmosfery rozluźnienia bez jakiegoś napięcia, nie ukrywam, wypiliśmy trochę wina. Te słodycze żeśmy konsumowali i po tym odpoczynku ruszyliśmy dalej do Budapesztu.
- To jest cała, powiedziałbym, epopeja, która była z tym związana. Ostatecznie, można powiedzieć dzisiaj mamy 8 i 9 grudnia, czyli równo 60 lat temu, nad ranem, 9 grudnia ja opuszczałem Węgry. No a w Polsce po przyjeździe tośmy mieli co chwilę jakieś sprawozdania, wiece i tak dalej. Relacjonowaliśmy wszystko to, co żeśmy na Węgrzech widzieli i żyjących, i nieżyjących, i groby, i nie groby. Ale udało się, wagony z pomocą socjalną, charytatywną, ale również z cegłami, z cementem, żeby te domy odbudowywać dotarły do Budapesztu. Niekiedy stały duże na granicy kilka, kilkanaście godzin, nawet kilkadziesiąt, ale wszystkie dotarły. Dotarły konwoje samochodowe, bowiem wszędzie był sztandar Czerwonego Krzyża.
- Z konwoju tym uczestniczył kolega student Akademii Medycznej wówczas Jan Drożdż, który przywiózł w rewanżu za udzieloną pomoc flagę węgierską. Już po wyrwaniu tego symbolu komunizmu w środku, czyli tzw. flaga z dziurą. Narażając się, przywiózł do nas do redakcji Medyka Krakowskiego, gdzie byłem naczelnym redaktorem. Potem myśmy ją eksponowali u siebie w redakcji, ale kiedy zaczęły się, że tak powiem, nocne jakieś rewizje, tak to odczuliśmy, ja wywiozłem tą flagę do Bielska-Białej, gdzie przechowywałem w rodzinnym domu, w piwnicy pod węglem. Prawie 40 lat po transformacji społeczno-politycznej sprawy potoczyły się błyskawicznie. Węgrzy się o tym dowiedzieli i kiedy okazało się, że to jest jedyny egzemplarz flagi na świecie. W wyniku intensywnego kontaktu ze mną i tak dalej, chcieli, aby tą flagę wypożyczyć. Ja im tę flagę w końcu przekazałem osobiście wręczając. To był mój warunek. Osobiście prezydentowi Węgier Arpad Otrzymałem wtedy medal za upamiętnianie rewolucji po 10 latach medal bohatera Wolności.
- Pierwszy samolot z medykamentami i żywnością przybył na Węgrzech 26 października i jeszcze 13 takich samolotów przybyło na Węgry i przywieźli nie tylko medykamenty i żywności, koce, ale dziennikarzy też. I to było bardzo ważne, bo ci dziennikarze w duchu rewolucji węgierskiej informowali opinię publiczną polską. I dlatego jest tu, że ofiarność ze strony Polaków była wzruszająca, bo przecież jedna trzecia pomocy społecznej, którą otrzymaliśmy od całego świata, to jedna trzecia od Polaków Węgrzy otrzymali. Nie mówiąc już o krwi i tej duchowej pomocy. I można powiedzieć, że bardziej wiernie pilnowały pamięć rewolucji węgierskiej Polacy niż Węgrzy.
- Węgrzy wspominają do dzisiaj to, co Polacy dla nich uczynili. Byliśmy jedynym narodem, który dał wyraz solidarności. Nie Amerykanie i Anglicy, nie wolne demokratyczne narody, których stać było na to, żeby wyjść na ulice. Były manifestacje w Londynie, Nowym Jorku, Paryżu, ale to manifestacje najczęściej organizowane przez Węgrów, dla Węgrów z Węgrami. Tamtejsze społeczności były zajęte swoimi sprawami i nie bardzo rozumiały, o co w tym wszystkim chodzi. Nie były gotowe do jakiejkolwiek poważniejszej pomocy czy intensywniejszego wsparcia. Dlatego kiedy kilka dni temu, czyli w końcu października, odbywały się centralne uroczystości w Budapeszcie, to tylko delegacja polska na czele z prezydentem była tam obecna. I Węgrzy nakręcili wspaniałe filmy, gdzie przedstawiciele różnych generacji, różnych środowisk i ci weterani 56 roku i młodzież wszyscy mówili "Dziękuję, Polsko, dziękuję".
- Prezydent Miasta Krakowa Jacek Majchrowski i premier Republiki Węgier i Viktor Orban odsłonili tablicę upamiętniającą pomoc krakowian dla węgierskiej rewolucji 56 roku. W Krakowie 60 lat temu, już 5 dni po wybuchu rewolucji rozpoczęła się akcja oddawania krwi. W wielu punktach miasta powstały punkty zbierania darów. Krakowianie przekazywali pieniądze, jedzenie, lekarstwa. Podczas Zaduszek kwestowano na rzecz Węgrów, a krakowskie tramwaje przekazały część dochodu bratankom znad Dunaju.
- Polska i węgierska przyjaźń jest wyjątkową rzeczą. Według mnie o Polakach i o Polsce nigdzie nie myślą tak pozytywnie jak na Węgrzech. Nie ma takiej dobrej opinii o Węgrzech jak tutaj w Polsce. W imieniu narodu węgierskiego bardzo dziękuję za to, co w Krakowiańczycy zrobili na rzecz Węgier.
Data of the object
-
Name / Title
Kraków 1956 -
Creator / Producer
Film Video Art (koproducent); Stremecki, Marek (scenariusz); Muzeum Historii Polski (producent); Morek, Wojciech (scenariusz i realizacja) -
Type
-
Category
-
Chronological range
-
Execution date
14/12/2016 -
Duration
0h 27min 56sek -
Persons performing
-
Place
-
Inventory number
MHP-08-316 -
Copyright classification
-
Permalink