Kim był Jerzy Giedroyć? Cz. 1 - Mediatheque - Polish History Museum in Warsaw SKIP_TO
Visit Przejdź do sklepu
Filmy dokumentalne
Audiovideo

Kim był Jerzy Giedroyć? Cz. 1

Media Kontakt (koproducent); Chojecki, Mirosław (scenariusz); Muzeum Historii Polski (producent); Drążewski, Marek A. (scenariusz i reżyseria);

03/11/2020

Transcription

Narrator: Edukację polityczną Jerzy Giedroyć rozpoczął w Moskwie w 1917 roku, gdzie został wysłany przez rodziców z rodzinnego Mińska, aby był jak najdalej od linii zbliżającego się frontu rosyjsko-niemieckiego I Wojny Światowej. Abdykacja cara. Wojsko na ulicach. W gmachu rady miejskiej permanentnie obraduje komitet rewolucyjny i rada deputatów ludowych. Nie pracowały fabryki, urzędy i szkoły. Po tygodniu włóczenia się po ulicach, zupach z garkuchni, papierosach palonych z żołnierzami, koniec rewolucji. Powrót do ponownie otwartej szkoły. Skrócono rok szkolny i już na początku maja uczeń Jerzy Ignatiewicz Giedroyć otrzymał świadectwo i promocję do następnej klasy. „W Petersburgu szedłem do swoich krewnych, którzy zresztą wyjechali na Kaukaz. Pamiętam jak dzisiaj, była strzelanina. Już nie pamiętam, na jakim placu. I upadłem za jakąś latarnią na coś, co okazało się trupem niesłychanie krwawiącym. To było dla mnie duże przeżycie”. Prawdopodobnie było to pomiędzy 3 a 5 lipca 1917 roku, gdy bolszewicy bez powodzenia próbowali przejąć władzę. „Wszystko było atrakcyjne dla dziecka: broń na ulicach, ja kolekcjonowałem sobie jakieś bagnety, narkotyzowałem się prochem. Bardzo lubiłem rozkręcać gilzy od nabojów i wąchałem proch, bo on miał zapach karmelków, który bardzo lubiłem, a których wtedy nie było. Mógłbym prawie godzinami siedzieć nad tym prochem i go wąchać”. Wygłodniały, zmęczony, powrócił jesienią do Mińska i do nauki w gimnazjum polskim. Przewrót bolszewicki 7 listopada 1917 roku w Petersburgu skutkował zmianami w Mińsku. Przedstawiciele rosyjskiego Rządu Tymczasowego znikają z miasta. Po zerwaniu przez Rosjan negocjacji z Niemcami ruszył front i 21 lutego 1918 Niemcy zajmują Mińsk. Prawdopodobnie już w marcu farmaceuta Ignacy Giedroyć wraz z żoną i synami Jerzym i Zygmuntem, repatriowali się do Warszawy. Pomieszkiwali u rodziny na Marszałkowskiej 81. Jesienią Jerzy rozpoczął naukę w gimnazjum Towarzystwa Szkoły Maurycego hrabiego Zamoyskiego przy Smolnej 30. Jak zawsze miał kłopoty z przedmiotami ścisłymi. Groziła mu poprawka z matematyki i zoologii, ale uratowali go bolszewicy. Z końcem lipca prosowiecki Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski usadowił się w Białymstoku. Armia Czerwona Tuchaczewskiego ruszyła na Warszawę. Czternastoletni Jerzy Giedroyć wraz z kolegami z ósmej klasy gimnazjum Zamoyskiego stawili się w punkcie werbunkowym. Został telegrafistą w dowództwie okręgu generalnego na Placu Bankowym. Cud nad Wisłą – Polska uratowana. Jesienią egzamin poprawkowy okazał się formalnością.

Krzysztof Pomian: Z chwilą odzyskania niepodległości, pojawienia się państwa polskiego, to państwo polskie stało się dla Giedroycia jedną z takich wiodących wartości.

Narrator: W grudniu 1922 roku miały miejsce pierwsze świadome spory polityczne Jerzego Giedroycia. Chodziło o zabójstwo pierwszego wybranego Prezydenta Rzeczypospolitej, Gabriela Narutowicza. „Gimnazjum było bardzo endeckie. Moje poglądy przeciwstawiały mnie większości. Wybór Narutowicza spowodował ogromne podniecenie. Biegaliśmy słuchać przemówienia generała Hallera w Alejach Ujazdowskich. Później poszedłem obejrzeć pogrzeb. Wszystko to pogłębiało podziały. W klasie dochodziło wręcz do bójek”. U Giedroycia wychowanego w wielonarodowym Mińsku argumenty, że prezydent jest za mało polski musiały budzić odrazę. Opluwanie człowieka, który po 123 latach niewoli uosabiać miał majestat odzyskanej ojczyzny musiał szokować. Dla Giedroycia wizją Polski była neo-jagiellońska Rzeczpospolita marszałka Piłsudskiego. Silne, tolerancyjne państwo wielu narodów. W nienawiści, jaka ogarnęła warszawskie ulice ujrzał tę drugą Polskę. Polskę jednonarodową, dla której formą patriotyzmu był zaciekły nacjonalizm. Egzamin dojrzałości zdał w czerwcu 1924 roku. Z religii i filozofii – bardzo dobry. Z francuskiego i historii – cztery. A reszta same tróje. Wstąpił na studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Jednocześnie pracował w biurze ogłoszeń Polskiej Agencji Telegraficznej. Przed każdym egzaminem zakuwał. Orłem nie był, ale w październiku 1929 roku zdał egzamin końcowy. By uniknąć służby wojskowej został studentem Wydziału Humanistycznego.

Jerzy Giedroyć: Po ukończeniu Wydziału Prawnego na Uniwersytecie Warszawskim przez 2 lata bodajże studiowałem na tymże Uniwersytecie Warszawskim historię Ukrainy, która była wykładana przez profesora Korduba. Tak że byłem jedynym Polakiem na tej sesji. Wtedy poznałam bardzo wielu Ukraińców. I te rzeczy mnie bardzo ciekawiły, prawda. I stąd wynikły moje zainteresowania. Pochodzę z Kresów, wobec tego te wszystkie sprawy mniejszościowe czy litewskie, czy białoruskie, to też bardzo mnie interesowały.

Narrator: Jeszcze na prawie wstąpił do Korporacji „Patria”, która była całkiem endecka. Rozpoczął współpracę z „Gazetą Codzienną”, „Kurierem Warszawskim” i dziennikiem „Warszawianka”. Podczas przewrotu majowego 1926 roku postanowił bronić, jak reszta korporacji, legalnego rządu Wincentego Witosa przed oddziałami Józefa Piłsudskiego. Gdy zbuntowane wojsko Piłsudskiego zaczęło zajmować lewobrzeżną Warszawę, rząd schronił się w Belwederze. Jerzy Giedroyć poszedł tam, także z kilkoma kolegami. „Wchodziło się tam jak do młyna. Dano mi jakiś karabin i kazano stać na warcie od strony Łazienek. A Stanisław Grabski chodził od jednego z nas do drugiego i powtarzał: „Przecież to jest bez sensu, my nie możemy tu się utrzymać”. I mówił to szczeniakom, studentom. Zrobił na mnie takie wrażenie, że nazajutrz wróciłem do domu. Wyleczyło mnie to zupełnie z parlamentaryzmu. Pogłębiło nastawienie propiłsudczykowskie. I przekonanie o konieczności rządów autorytarnych”.

Czesław Bielecki: Wpierw występował po stronie legalnego rządu w zamachu majowym, ale kiedy zobaczył ich oportunizm, miałkość, to zmienił stronę barykady i powiedział sobie: „Piłsudski mimo wszystko miał rację”. Piłsudski miał powiedzieć przy Zamachu Majowym: „Dość nieprawości”. Można mieć konstytucję, rząd, parlament, sądy i jednocześnie panuje nieprawość.

Narrator: Działanie w Korporacji „Patria” okazało się dla Jerzego Giedroycia wielce owocne. Kiedy w 1927 roku wybrano go na prezesa „Patrii”, jej właśnie przypadło rotacyjne przewodnictwo w „Kole Międzykorporacyjnym”. Dotychczas szary człowiek jednej z mniej liczących się korporacji stanął na czele reprezentacji wszystkich konwentów studenckich Warszawy. Zaczął też działać w wydziale zagranicznym Polskiego Związku Akademickiego. Udzielał się także w najważniejszej studenckiej organizacji, Bratniej Pomocy. Zaprzyjaźnił się z Rowmundem Piłsudskim, dalekim kuzynem marszałka Piłsudskiego, który pod auspicjami polityków konserwatywnych utworzył organizację ”Myśl Mocarstwowa”, jedną z płaszczyzn porozumienia między zachowawcami a obozem marszałka. Mieczysław Pruszyński opowiadał: „Myśl Mocarstwowa przeciwstawiała się endeckiej koncepcji państwa narodowego i opowiadała się za państwem wielu narodów i religii zgodnie z tradycjami Polski Jagiellonów. Przemawiała do nas idea prometejska Piłsudskiego, której nie mógł zrealizować w 1920 roku, utworzenia sprzymierzonych z Polską niepodległych republik Ukrainy, Litwy, Białorusi, Gruzji, Kaukazu, co mogło osłabić lub nawet zlikwidować rosyjskiej imperium”. Dzięki Rowmundowi rozpoczął działania w jego organizacji i wszedł na salony arystokratycznej Warszawy. Tam poznał między innymi Janusza Radziwiłła i Rogera Raczyńskiego, z którym się zaprzyjaźnił oraz Jana Karczewskiego, który w 1928 roku zaproponował mu pracę w biurze prasowym Rady Ministrów, do której sam został odkomenderowany z II Oddziału Sztabu Generalnego, czyli z wywiadu. Dzięki Karczewskiemu poznał następnego oficera wywiadu, Stanisława Zaćwilichowskiego, sekretarza premiera Bartla.

Jerzy Giedroyć: Koncepcja Piłsudskiego to była kwestia federacji. On sobie wyobrażał, że będzie federacja obejmująca powiedzmy Litwę, Ukrainę, Białoruś i tak dalej. To zostało przez Traktat Ryski przekreślone.

Narrator: Powstała nieformalna grupa z takimi osobami jak: Szef Biura Prasowego Rady Ministrów, Szef Gabinetu Ministra Rolnictwa, Sekretarz Generalny Polskiej Agencji Telegraficznej, były adiutant marszałka Piłsudskiego. Dołączył do niej jeden ze specjalistów spraw sowieckich z polskiej „dwójki”, czyli wywiadu, Jan Niezbrzycki. Z nim Jerzy Giedroyć będzie współpracował przez wiele lat. Spotykali się w restauracjach, kawiarniach, na rutach i brydżykach omawiając wydarzenia polityczne i posunięcia rządowe. Mimo że nie byli znani z pierwszych stron gazet, z całą pewnością mieli wpływ na bieżącą politykę rządu.

Czesław Bielecki: Tymczasem oni nie knuli, oni pracowali dla Polski. Oni wiedzieli, że ich zajęci reprezentacją i licznymi spotkaniami szefowie, mogą po prostu przeoczyć jakieś rzeczy bardzo ważne dla państwa, a oni byli tymi rzemieślnikami polityki. Oni konstruowali pewne nowe pomysły.

Narrator: Dzisiaj wydaje się niemożliwe, że grupa złośliwych szczeniaków, jak siebie nazywali, miała tak duży wpływ na życie polityczne. Ale musimy pamiętać, że to oni towarzyszyli swoim ministrom, a nie było sztabów ekspertów, doradców. Polityka wtedy powstawała w drugim szeregu.

Aleksander Smolar: To był zawsze człowiek, można powiedzieć, kulis. Przecież jego działalność również przedwojenna… On miał w różnych gabinetach ministerialnych, miał swoich ludzi, którzy w redagowanych przez niego pismach z nim współpracowali. Często ludzie bardzo wybitni, młodzi.

Narrator: Dzięki pomocy kolegów Jerzy Giedroyć zostaje w 1930 roku sekretarzem prasowym ministra rolnictwa, Leona Janty-Połczyńskiego, byłego senatora Rzeczypospolitej. To początek urzędniczej kariery Jerzego. Wykazał się umiejętnościami organizacyjnymi i łatwością nawiązywania kontaktów międzynarodowych współorganizując w sierpniu międzynarodową konferencję rolniczą.

Jerzy Giedroyć: Odgrywały bardzo dużą rolę stosunki osobiste. Tak się złożyło, że ja miałam bardzo dobre kontakty. Powiedzmy, byłem zaprzyjaźniony z pułkownikiem Sławkiem, w dobrych stosunkach z premierem Bartlem. I to mi bardzo dawało dużo luzu. Mogłem sobie na bardzo wiele rzeczy pozwolić. Ta piękna kobieta to Tatiana Szwecow, Rosjanka z rumuńskim paszportem, której rodzina pochodziła z Besarabii. Giedroyć poznał ją na jednym z balów w początkach 1930 roku. W lipcu 1931 wzięli cichy ślub w kościele na Placu Trzech Krzyży. Później była skromna kolacja z rodzicami w ich mieszkaniu na Książęcej. Dzięki pomocy przyjaciół i znajomości z dyrektorem Pocztowej Kasy Oszczędnościowej udało się załatwić młodym całkiem przyjemne gniazdko w pięknym domu dla pracowników PKO na Starym Mieście przy ul Bugaj 3. „Po ślubie nie prowadziliśmy życia światowego. Niekiedy grywano u nas brydża, co było specjalnością Tatiany. Mnie karty nudzą. W sumie byłem stale zapracowany i poświęcałem na rzecz roboty życie osobiste i towarzyskie”. Tatiana i Jerzy właściwie tylko wakacje nad morzem spędzali razem. Zajęty redaktorowaniem nie zauważył, że jego piękna niepracująca żona trochę się nudzi. Znalazł się ktoś, kto wypełnił wolny czas Tatiany. I w marcu 1937 roku w konsystorzu, w Wilnie złożono papiery rozwodowe. Jerzy Giedroyć nie miał ambicji zostania ideologiem „Myśli Mocarstwowej”. Od początku zajął się pracą organizacyjną a właściwie redakcyjną. „Kronika Akademicka”, później „Dzień Akademicki”, „Głos Fabryczny”, „Zielona Gromada”, „Wiadomości Rybackie”, a przede wszystkim „Bunt Młodych”. Redagowanie” Buntu” zajmowało większość czasu Jerzego, jeśli nie musiał być w ministerstwie. Wyemancypował pismo z pod wpływu Rowmunda Piłsudskiego korzystając z pomocy i wsparcia politycznego, i finansowego Janty-Połczyńskiego, który stał się jednym z przywódców konserwatystów.

Jerzy Giedroyć: Nasza współpraca była również bardzo bliska, jeśli chodzi o robotę, którą żeśmy prowadzili z Ukraińcami. Sejmowym korespondentem „Buntu Młodych” był pan Kotorowicz, dziennikarz ukraiński. Miał bardzo duże powodzenie. Mieliśmy tak samo bardzo bliską współpracę z „Діло” i z panem Rudnickim.

Narrator: „Bunt Młodych” zyskiwał na popularności i uznaniu nie tylko w obozie konserwatywnym. Mieczysław Niedziałkowski w organie Polskiej Partii Socjalistycznej, „Robotniku” napisał: „Jest to tygodnik o charakterze sanacyjnym, wyróżniający się tym od innych wydawnictw sanacyjnych, że jego redaktorzy więcej myślą, więcej czytają i mają więcej zdolności pisarskich, podczas gdy reszcie wystarczają gromkość frazesów i zdolność do wymyślań”. „Bunt Młodych” był bowiem redagowany niezwykle żywo. Tytuły jego artykułów często prowokowały a nieraz krzyczały.

Marek Żebrowski: Mamy w autobiografii Giedroycia taki fragment: „Niewątpliwie we mnie dużo przekory i chęci prowokacji. To niewątpliwe odgrywa u mnie wielką rolę. Cały szereg rzeczy, które zamieszczam to są niewątpliwie prowokacje”. No i ta deklaracja prowokatorskiego nurtu w działalności redakcyjnej była już aktualna przed wojną, bo jak Stefan Kisielewski w „Sprzężeniu” opisuje „Politykę” to pisze o niej, że to pismo intelektualistyczno-rewolwerowe. Właśnie lubujące się w prowokacjach, w krzyczących nagłówkach, czekające na jak najgorętszy odzew czytelników.

Narrator: Pielęgnowano mocarstwową ideę silnego państwa. Przy czym spierano się, jak daleko władza może się posunąć w używaniu siły. Giedroyć uważał za uzasadnione aresztowanie byłych posłów lewicowych i skazanie ich w tak zwanym „procesie brzeskim”, na kary od półtora roku do trzech lat więzienia. Według niego bowiem leżały one w interesie państwa. Potępiał jednak niehumanitarne traktowanie więźniów. W publikowanych tekstach żądano umożliwienia młodzieży poważniejszego zaangażowania się w życie polityczne. Marszałek Józef Piłsudski był poza jakąkolwiek krytyką. Państwowcy z pisma Giedroycia uważali się za nacjonalistów, ale w antysemityzmie widzieli zafałszowanie idei narodowej. „Bicie Żydów nie jest programem”. Krytykowano Młodzież Wszechpolską za to, że wykluczając trzecią część współobywateli z życia państwowego, osłabia państwo. Wszelkie przejawy pałkarskiego antysemityzmu redakcja tępiła nie tylko ze względów katolickich i humanitarnych, ale przede wszystkim z punktu widzenia państwowej racji stanu. Wybryki antyżydowskie uważano za przejaw anarchizowania państwa. „Jeżeli mniejszości interesowały mnie szczególnie, to dlatego, że byłem przekonany, że trzeba szukać z nimi porozumienia, gdyż inaczej one nas rozsadzą.

Bohdan Osadczuk: Bardzo mało było na ten temat dyskusji. Wyjątkiem były pisma, które wydawał Giedroyć przed wojną: „Bunt Młodych” i „Polityka”. One przełamywały ten mur obojętności milczenia i ciszy na temat sprawy ukraińskiej. A potem „Kultura”.

Narrator: „Bunt Młodych” kierowany przez Jerzego Giedroycia żądał dla polskich Ukraińców maksymalnie szerokiej swobody życia narodowego. Nacjonalizm ukraiński należy skierować nie przeciw Polsce, ale przeciwko sowietom. Cykl artykułów Jerzego Niezbrzyckiego pod pseudonimem Ryszard Wraga wydany w 1935 roku pod tytułem „Sowiety grożą Europie”, zapoczątkował serię publikacji książkowych „Buntu Młodych”.

Jerzy Giedroyć: W latach 30. po zabójstwie Pierackiego, zamieściliśmy artykuł: „Kirow a Pieracki”. Artykuł redakcyjny, który przeprowadzał analogię, że powiedzmy to jest rezultat naszej polityki bardzo szkodliwej, która doprowadza do aktów terrorystycznych. Ogromne oburzenie ówczesnego premiera Kościałkowskiego, ja wtedy pracowałem w Ministerstwie Rolnictwa, który zażądał po prostu… chciał mnie zesłać do Berezy. Był to obóz dla przeciwników politycznych Sanacji. Tylko zażądał od ministra Poniatowskiego, żeby mnie usunięto, dlatego że nie można urzędnika państwowego wysyłać, ja muszę dostać wymówienie i wtedy on będzie mógł mnie zamknąć. Na ten temat powstała niesłychana awantura. Moi rozmaici przyjaciele o to bardzo walczyli. Wyglądało dosyć beznadziejnie. Poniatowski na Radzie Ministrów postawił sprawę na ostrzu noża, że jeżeli tak, to on podaje się do dymisji. To wywołałoby bardzo duży kryzys w obozie rządzącym i wobec tego Kościałkowski się wycofał.

Narrator: Do „Buntu Młodych” pisał Stefan Kisielewski. Tak wspominał on jeden z epizodów tej współpracy: „W lipcu 1937 roku jechałem na sześciotygodniowe ćwiczenia wojskowe do mojego pułku. Przed wyjazdem poprosiłem Giedroycia by przysłał mi do koszar numer „Buntu Młodych”, w którym miał się ukazać mój artykuł. Kapitan U. wykorzystując powszechną wówczas w kresowych pułkach obawę przed propagandą komunistyczną przesłał nadesłany do mnie numer „Buntu Młodych” do oficera wywiadowczego pułku, jako, sądząc po tytule, ulotkę komunistyczną. Wybroniłem się. Być oskarżonym o komunizm z winny Giedroycia – duża rzecz”.

Jerzy Giedroyć: Wydawałem pismo „Bunt Młodych”. Później przedłużeniem była „Polityka”, która miała wyraźnie antykomunistyczne nastawienie i zajmowała się problemami narodowościowymi, specjalnie ukraińskimi.

Narrator: W 1937 roku „Bunt Młodych” przemianowano na tygodnik „Polityka”. Nie zmieniła się linia polityczna pisma. Zostali ci sami autorzy. W pracy organizacyjnej i administracyjnej wspomagała Jerzego z pełnym zaangażowaniem i oddaniem Maria Prądzyńska, jego długoletnia przyjaciółka jeszcze z czasów „Myśli Mocarstwowej”. Według niej nakład „Polityki” był duży jak na owe czasy i wahał się od dwóch i pół, do pięciu tysięcy sprzedanych egzemplarzy.

Marek Żebrowski: W tych pismach Giedroycia właściwie nie znajdujemy tekstów poświęconych ówczesnej lewicy. No bo komuniści to zdrajcy. Taki „Front Morges” był lekceważony, jako coś, co powstało za granicą, ugrupowanie ludzi o powiązaniach masońskich. Jeden z najbliższych pracowników generała Sikorskiego, profesor Stanisław Kot został otwarcie oskarżony o bycie masonem na łamach „Polityki”. Czego Kot nie zapomniał Giedroyciowi do końca życia. A Giedroyciowi z kolei nie przeszkadzało to nigdy cenić Kota jako naukowca.

Narrator: Jak zwykle prowokacyjnie formułowano żądanie od władz działań w sferze ekonomicznej. „Żądamy hitleryzmu. Nie tego, który zabija wolność myśli i słowa, walczy z kościołem, nie zadowolił się zupełnym odsunięciem Żydów od wszelkich wpływów politycznych, gospodarczych i kulturalnych, lecz stosuje wobec nich bezcelowy, brutalny ucisk, szerzy wokół siebie hasła skrajnego egoizmu narodowego gotowego do tępienia wszystkiego, co by mu stanęło na drodze. Jest to część polityczna, która nie ma nic wspólnego z prostym, jasnym planem likwidacji bezrobocia, który Hitler przeprowadził. Żądamy przerzucenia części nędzy na wszystkie klasy. Żądamy tępienia konsumentów luksusu, na które będziemy mogli sobie pozwolić wówczas, gdy nie będzie ani jednego bezrobotnego. Żądamy zaprzestania zbrodniczej w naszych warunkach walki z inicjatywą przedsiębiorcy i jego prawem do zysku. Źródło naszej nędzy tkwi właśnie w braku zysków oraz nieodpowiednim użyciu tej nikłej ilości zysków, jaką cieszyć się możemy. Domagamy się natomiast reinwestycji maksymalnej części zysków tak, żeby służyły one nie celom luksusowej konsumpcji, ale stwarzały wciąż nowe źródło zatrudnienia i wzrostu naszego aparatu produkcyjnego”.

Marek Żebrowski: To są hasła radykalne, natomiast trudno mówić, trudno zarzucać, że to jest za daleko posunięty tekst. To jest prowokujący tytuł na pewno i tyle. A w prowokacjach jak już ustaliliśmy, Giedroyć się specjalizował.

Narrator: Dzięki poparciu Rogera Raczyńskiego kariera urzędnicza Giedroycia rozwijała się. W 1936 roku Giedroyć trafił do Ministra Przemysłu i Handlu Antoniego Romana, do Wydziału Prezydialnego, z czasem stając się jego naczelnikiem. Z racji obowiązków towarzyszył Romanowi w wielu podróżach zagranicznych. Z niektórych wracał z odznaczeniami przyznawanymi członkom delegacji. W przyszłości bardzo mu się przyda Legia Honorowa, którą dostał przy okazji podpisania polsko-francuskich umów handlowych. Najważniejszym ze służbowych wyjazdów Giedroycia był rejs statkiem Batory do Nowego Jorku. 3 Maja 1939 roku jako członek oficjalnej delegacji rządowej uczestniczył w otwarciu polskiego pawilonu na Wystawie Światowej. Brał udział w rozmowach ministra Romana na temat kredytów dla polskiego przemysłu galanterii skórzanej. Jako że ta na ogół była w rękach Żydów, próbowano kredyty uzyskać od Joint-u, instytucji wspierającej organizacje żydowskie. „W wyniku tych rozmów, zresztą bardzo trudnych, Joint obiecał dać na ten cel dziesięć czy piętnaście milionów dolarów, ale pod jednym warunkiem – rząd polski miał nie dopuścić do emigracji Żydów do Stanów Zjednoczonych. Na nasze zaskoczenie rozmówcy odpowiedzieli, że Żydzi „kapotowi” pobudzają tylko antysemityzm w Stanach Zjednoczonych, czemu oni chcą przeciwdziałać. Toteż mogą udzielić pomocy jedynie pod wspomnianym warunkiem”. Z Ameryki wracał Giedroyć transatlantykiem Józef Piłsudski w nastroju pesymistycznym pewien, że wojna wisi na włosku. Przekonał się jednocześnie, że Amerykanie niczego z sytuacji europejskiej nie rozumieją. Zgodnie ze swą naturą uznał ich niewiedzę za okazję by spróbować narzucić im polski punkt widzenia. Po powrocie do Warszawy udał się do generała Sosnkowskiego, by ten pojechał do Stanów jako szef specjalny misji wojskowej. Po 10 dniach otrzymał zgodę generała, jeżeli minister Beck taką misję mu zaproponuje. Udało się doprowadzić do tego, że Beck zaaprobował pomysł Giedroycia. Niestety było to na dwa dni przed wybuchem wojny. W końcu lipca Jerzy Giedroyć wyekspediował zaprzyjaźnionych literatów Witolda Gombrowicza i Czesława Straszewicza w pierwszy rejs statku MS Chrobry. Jako goście ministra przemysłu i handlu popłynęli do Buenos Aires. Do 5 września dyżurował w ministerstwie paląc i segregując dokumenty. Potem pociągiem do Lublina, następnie samochodem z Rowmundem Piłsudskim do Równego. Tam 12 września z pomocą Marii Prądzyńskiej wydał dwustronicowy biuletyn informacyjny „Ostatnie Telegramy” w nakładzie sześciu tysięcy egzemplarzy. Do Równego dotarł młodszy brat Henryk. Ku zdumieniu wszystkich Jerzemu towarzyszyła Tatiana. Starosta rówieński wystawił Tatianie Giedroyć polski paszport. 14 września nadeszły rozkazy dalszej ewakuacji na tak zwane „przedmoście rumuńskie”. 18 września Henryk, brat Jerzego i Tatiana przekroczyli granicę rumuńską, którą kilka godzin wcześniej przejechał Jerzy Giedroyć z Marią Prądzyńską, jadący do Bukaresztu. 17 września Armia Czerwona bez wypowiedzenia wojny wkroczyła na wschodnie tereny Rzeczypospolitej. Stało się to na skutek tajnego porozumienia Związku Sowieckiego z hitlerowskimi Niemcami. W Bukareszcie ambasador Roger Raczyński był jedynym uznawanym przez Rumunów reprezentantem Rzeczypospolitej. Prezydent Ignacy Mościcki i marszałek Rydz-Śmigły byli internowani. Giedroyć zaczął pełnić rolę sekretarza ambasadora Raczyńskiego. Internowany w Bicaz prezydent Ignacy Mościcki nie mógł sprawować urzędu. Zgodnie z konstytucją wyznaczył swojego następcę. Jednak jego propozycja wywołała niezadowolenie powstającego we Francji ośrodka władzy, z generałem Władysławem Sikorskim na czele. Pod ich wpływem zaprotestował także rząd francuski. 27 września Roger Raczyński z Jerzym Giedroyciem udali się do Mościckiego, by przedstawić mu stanowisko Francuzów. „Była to decyzja bardzo ciężka, gdyż wymagała zagrania przeciwko Beckowi i wymówienie posłuszeństwa rządowi, ale nie było innego wyjścia”. W efekcie Mościcki nominował na swego następcę Władysława Raczkiewicza, byłego Marszałka Senatu i 30 września złożył urząd. Jerzy, Tatiana i Henryk zamieszkali w wynajętym mieszkaniu. Jerzy chodził do ambasady, Henryk biegał do szkoły, a Tatiana włączyła się w działania organizacji charytatywnych przy ambasadzie, a wieczorami organizowała co kilka dni wieczorne brydżyki. Kontrolę nad poszczególnymi biurami ambasady prowadził prezydialny gabinet u boku ambasadora Raczyńskiego, kierowany przez Jerzego Giedroycia. Najbardziej palącym problemem były oblegające budynek tłumy uchodźców, którzy oczekiwali pomocy czy to finansowej, czy organizacyjnej w przedostaniu się do Francji, a po jej upadku do innych krajów. Leopold Unger wspominał: „W Rumunii Giedroyć urzędował w ambasadzie okupowanej już Polski. Ja byłem w tłumie młodocianych uchodźców, który się przez tę ambasadę bezimienne przetaczał”. Roger Raczyński podpisywał noty werbalne, listy polecające, w których ambasada RP zwracała się do placówki innego kraju z prośbą o wydanie wizy. Porządkowano, przeliczano, częściowo wyprzedawano, ale też organizowano dalsze transporty mienia państwowego, które znalazło się w Rumunii. Organizowano ucieczki żołnierzy z obozów i przerzucenia ich do Francji.

Marek Żebrowski: W tym momencie ambasada Rzeczypospolitej w Bukareszcie to nie była taka zwykła placówka dyplomatyczna, jaką znamy dzisiaj. Była łącznikiem z krajem okupowanym już przez Związek Sowiecki i przez III Rzeszę. I zarówno w okupacji sowieckiej jak i w okupacji niemieckiej Jerzy Giedroyć miał swoje kontakty. Znał ludzi, którzy potrafili przechodzić przez granice. Między innymi z tego co wiemy, wykorzystywał do tego swoje znajomości wśród działaczy ukraińskich. I w ten sposób zapewniał stałą komunikację z krajem ambasadorowi Raczyńskiemu.

Narrator: „Dostawałem ponaglające listy od Adolfa Bocheńskiego i od braci Pruszyńskich, bym przyjechał do Francji, gdzie formowano Wojsko Polskie. Odmówiłem, gdyż uważałem, że więcej mogę zrobić zostając w Rumunii, niż szkoląc się na żołnierza”. Giedroyć często wyjeżdżał poza Bukareszt. Dość regularnie bywał w pobliskim Braszowie, gdzie razem z ministrem Beckiem był internowany były zwierzchnik Giedroycia Minister Przemysłu i Handlu Antoni Roman. Równie często bywał w Krajowej, gdzie internowano marszałka Śmigłego-Rydza. Giedroyć pomógł Śmigłemu w zdobyciu pieniędzy na jego działalność, ucieczkę z Rumunii i przedarciu się do okupowanej Polski, gdzie się znalazł w październiku 1941 roku. Zmarł półtora miesiąca później na zawał serca.

Jerzy Giedroyć: Uważałem za swój obowiązek pomoc w ucieczce marszałka Śmigłego. Szło mi o zachowanie honoru Wojska Polskiego, stanowiska Naczelnego Wodza, próbę jego rehabilitacji. To uważałem za rzecz słuszną i dlatego w tej sprawie się bardzo angażowałem.

Narrator: We wrześniu 1940 roku władzę w Rumunii przejął marszałek Ion Antonescu, dla którego Polacy to sabotażyści współpracy Rumunii z „Osią” i szpiedzy Anglii. Po nieudanej próbie ucieczki ministra Becka rozpoczęły się aresztowania w polskim Bukareszcie. Dalsze działanie ambasady było bardzo utrudnione. 4 listopada 1940 roku ambasada Rzeczypospolitej została w pośpiechu zlikwidowana a jej ekipa ewakuowana do Turcji. W Bukareszcie zostało tylko kilka osób, wśród nich Jerzy Giedroyć. Roger Raczyński dostał polecenie, by opiekę nad polskimi obywatelami w Rumunii przekazać poselstwu chilijskiemu. Przy ambasadzie Chile utworzono biuro poselskie. Giedroyć pełnił funkcję koordynatora pracy biura. Sporządzał codzienne notatki z działalności biura i co piątek wysyłał je angielskim kurierem do Stambułu. Biuro polskie oficjalnie pełniąc jedynie funkcję koordynatora pomocy finansowej oraz działalności organizacji społecznych jak YMCA, Polski Czerwony Krzyż i Szkoły Polskie, de facto kontynuować miało pracę ambasady z zadaniami ataszatu wojskowego włącznie. Nadzorowane było przez wyznaczonego pracownika poselstwa chilijskiego Samsona Mikicińskiego.

Marek Żebrowski: On się pojawił jeszcze przed wojną w Warszawie. Przedstawiał się jako dyplomata chilijski. Pojawił się właśnie jako nadzorujący biuro polskie w Bukareszcie. W międzyczasie prowadził też bardzo dziwne operacje finansowe pomiędzy okupowaną Polską a Rumunią. Wywoził ludzi, przewoził pieniądze. Z jego usług korzystali też przedstawiciele władz polskich, władz we Francji.

Narrator: Mikiciński doprowadził w grudniu 1940 roku do usunięcia większości pracowników biura polskiego, zastępując ich swoimi ludźmi. W pierwszej kolejności zwolnił Giedroycia.

Marek Żebrowski: Giedroyć stał się osobą zupełnie prywatną w Bukareszcie. Natomiast jednocześnie miał wszelkie plenipotencje ambasadora Rogera Raczyńskiego. Miał też pozostawione przez niego pieniądze na działalność. W związku z czym swoją działalność kontynuował w domu. Prowadził ją w kawiarniach, w hotelach, spotykał się z ludźmi. Wykorzystywał do tego swoje bardzo dobre relacje z dyplomatami angielskimi. Zbierał informacje z Rumunii, zbierał informacje od swoich korespondentów, czy też poprzez swoje źródła z kraju okupowanego i przekazywał je do Rogera Raczyńskiego. W jednym z takich listków Giedroyć pisało tak: „Ostatnie plotki. Mikiciński opowiadał wczoraj, taka dobra wersja, jak każda inna, że napotkał się na swoją akcję przeciwko niemu w rządzie polskim. Ale on pokazał, że ma lepsze chody i zlikwidował mnie jako podszczuwacza. Ma to być rzekomo za wiedzą generała Sikorskiego”.

Narrator: 14 Lutego 1941 roku Giedroyć dostał od Anglików propozycję nie do odrzucenia. Odchodzi ostatni statek do Turcji. Kilka godzin pakowania i wraz z pracownikami poselstwa brytyjskiego Jerzy, Tatiana i Henryk wsiedli na pokład statku Izmir, by 16 lutego zameldować się w Stambule.

Marek Żebrowski: Wiele osób poświęciło wiele pracy, żeby zniszczyć dobre imię Giedroycia w Bukareszcie.

Narrator: Nie chciał żadnych rządowych synekurek, jakie proponowali mu jego przyjaciele.

Marek Żebrowski: Dlatego z dużą ulgą został tym szeregowcem.

Narrator: Bracia Giedroyć 16 kwietnia 1941 roku zgłosili się w Latrun do obozu szkoleniowego Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich. Tam przeszli wstępne przeszkolenie żołnierskie. Giedroyć spotkał przyjaciół z „Buntu Młodych”: Mieczysława Pruszyńskiego i Adolfa Bocheńskiego. Brygada Karpacka to nie było zwykłe wojsko. Ponad jedna trzecia żołnierzy miała wyższe wykształcenie.

Krzysztof Pomian: Podobno świetnie się czuł w mundurze. On zawsze wspominał z rozczuleniem lata, kiedy on czuł się w mundurze, bo on wtedy, jak twierdził, nie musiał sam decydować, za niego decydowano. A sytuacja wojenna nie była sytuacją, która go jakoś tam specjalnie przerażała.

Narrator: 25 sierpnia statek Lantona przywiózł brygadę do oblężonego Tobruku, gdzie zluzowali zmęczonych walką Australijczyków. Henryk został kierowcą w kompanii transportowej, a Jerzy jako wybitny antytalent wojskowy otrzymał przydział obsługi sklepiku dla żołnierzy i oficerów, gdzie sprzedawał mydło, sznurówki i pastę do butów. Jerzy Giedroyć nie byłby sobą, gdyby się nie włączył w wydawanie na pakowym papierze dwutygodnika „Przy kierownicy w Tobruku”. Namówił Adolfa Bocheńskiego, świetne pióro, do pisania artykułów do tej gazety. „W wojsku tym, co mnie trzymało, było to, że nawet w Tobruku wstawałem pół godziny przed pobudką, by móc się spokojnie ogolić. Gdybym któregoś dnia się nie ogolił miałbym poczucie spełzania w dół”. 10 grudnia w 1942 roku karpatczycy zdobyli El-Medauar i ścigając wycofujących się Włochów zajęli położoną 10 km dalej Acromę. W Tobruku Brygada walczyła 110 dni. Kolejne trzy miesiące to bezustanna wędrówka po pustyni. W połowie grudnia rozbili włoską obronę pod Gazalą. Dwa tygodnie później wsparli sprzymierzonych w zdobyciu Bardii. Potem w styczniu przerzucono ich na okupację Cyrenajki do fortu El-Mechili. Następnie znów pod Gazalą tocząc potyczki z nieprzyjacielem 18 marca Brygada Karpacka została wycofana do Aleksandrii. Lato 1942 roku to kolejne szkolenia, ćwiczenia i musztra. W sierpniu Jerzy Giedroyć został przeniesiony do Iraku, do dowództwa dywizji, gdzie nie będąc formalnie oficerem oświatowym, de facto taką funkcję pełnił. Gazetki ścienne, pogadanki. Jedyną pociechą była biblioteka w klasztorze dominikanów pod Mosulem. W końcu 1942 roku w wypadku samochodowym złamał nogę. Depresja. „31 stycznia. Nuda rozkładająca człowieka. Spanie, jedzenie, głupie rozmowy, picie kawy. Tylko tych parę godzin w bibliotece u ojców dominikanów. Mam swoją drogą dziwne szczęście w tym wojsku. Poza normalnie spędzonym okresem szkolnym mam stale jakieś nieokreślone przydziały, niedające żadnej określonej konkretnej pracy. Celowo daję się ponosić wypadkom. To wynika z mojej postawy przyjętej w wojsku, ale na dłuższą metę to źle działa”. W styczniu 1943 roku w Mosulu pojawił się rotmistrz Józef Czapski. Poszukiwał współpracowników do tworzonego Wydziału Informacji i Oświaty Armii Polskiej na Wschodzie. Czapski odbył z Giedroyciem kilka rozmów i od 1 marca 1943 roku Jerzy Giedroyć rozpoczął pracę w propagandzie. Czuł się tu o wiele lepiej, na swoim miejscu, niż jako strzelec w Brygadzie Karpackiej. Józef Czapski domu zajęcie, które uczyniło go kimś w rodzaju sekretarza. Objeżdżali polskie placówki od Kairu poprzez Quizil-Ribat na pustyni irackiej, po Bagdad, Jerozolimę, Damaszek, Bejrut. Jako kierownik redakcji „Czasopism i Wydawnictw Wojskowych” Giedroyć odpowiadać miał nie tylko za „Orła Białego”, ale też za powstające pismo codzienne „Dziennik Żołnierza Armii Polskiej na Wschodzie” czy „Paradę”, z którą był związany Juliusz Mieroszewski. Wiele lat po wojnie będą ze sobą współpracowali. Wynajduje literatów, organizuje im spotkania, zamawia artykuły, płaci honoraria. Dla niego piszą Władysław Broniewski, Melchior Wańkowicz. Nie robi tego sam. Pomaga mu w tym wiele osób, wśród nich Zofia Hertz. Aresztowana wraz z mężem przez NKWD we Lwowie, zesłana do Republiki Maryjskiej do wyrębu lasu. Trafiła do Oddziału Kultury i Prasy Armii Polskiej na Wschodzie. Jej mąż Zygmunt trafił do Pułku Artylerii Przeciwlotniczej Ciężkiej. Współtworzył „Kulturę” aż do śmierci w 1979 roku.

Narrator Damski Głos: „Pod koniec grudnia 1942 roku byliśmy wtedy na pustyni w Quizil-Ribat, Józio Czapski poinformował mnie, że niedługo dojdzie do naszego biura nowy kierownik działu „Czasopism i Wydawnictw Wojskowych”. Na początku marca koleżanki od razu zawiadomiły mnie, że ten nowy już pracuje, że jest bardzo przystojny, ale straszny ponurak. Natychmiast więc udałam się do biura Czapskiego, mieściło się ono w namiocie”.

Narrator: „Przyszedłem do namiotu Czapskiego, żeby zacząć urzędować. A tu jakaś ochotniczka włazi mi dość bezczelnie i pyta o Czapskiego. Mówię – nie ma go”.

Narrator Damski Głos: „Siedział tam Giedroyć i rzeczywiście robił wrażenie dość ponurego. Nie przejęłam się tym i mówię, że chciałabym widzieć majora Czapskiego, gdyż właśnie wróciłam z Kairu”.

Narrator: „Przecież pani widzi, że go tu nie ma.

Narrator Damski Głos: „Nie udało mu się mnie pozbyć, gdyż postanowiłam tam na Czapskiego poczekać.

Narrator: „Byłem wściekły”.

Narrator Damski Głos: „Musiał mnie Jerzy nieźle w duchu przeklinać. Zaczęłam go wypytywać, jak długo tu jest, czy mu się podoba? Odpowiadał monosylabami”.

Narrator: Pierwsze transporty II Korpusu do Włoch ruszyły już w grudniu 1943 roku. Giedroyć w marcu 1944 roku na pokładzie statku Strathnaver wypłynął do Taranto. II Korpus ruszył do boju. Po trzech miesiącach walk nad rzeką Sangro został skierowany do przełamania niemieckiej Linii Gustawa. Wyznaczono ich na najtrudniejszy odcinek natarcia, na Monte Cassino. Góry, która broniła drogi na Rzym. Zadanie zostało wykonane, ale okupione ogromnymi stratami.

Marek Żebrowski: Kiedy działania wojenne wróciły do Europy, a Jerzy Giedroyć trafił do Włoch, jego pozycja drastycznie się pogorszyła, bo Czapski wyjechał do Francji, generał Anders był na froncie w związku, z czym nie było z nim takiego bezpośredniego kontaktu. No i przede wszystkim Jerzy Giedroyć miał nowego zwierzchnika. Był to pułkownik Wincenty Bąkiewicz, które uważał, że propaganda ma być skuteczna. Ona nie ma być wysublimowana, ona nie ma być wysokich lotów, ona ma być sprawnym narzędziem działania. Ponadto Jerzy Giedroyć był też źle postrzegany przez Anglików. Co się wiązało z tym, że nadzorowane przez niego pisma były bardzo antysowieckie. No a to nie podobało się koalicjantowi.

Zofia Hertz: Jerzy czasem robił takie rzeczy, których w zasadzie nie powinien był robić. Mianowicie wyszedł numer „Orła Białego”, w którym było porównanie Monte Cassino z Tobrukiem, na korzyść Tobruku, gdzie był Jerzy. Anders się wściekł. Skazał go na dwutygodniowy areszt domowy, to znaczy nie wolno mu było wychodzić. No i naturalnie go wyrzucili z tego… On był wtedy dyrektorem „Czasopism i Wydawnictw”. Wyrzucili go. A potem… i wysłali na południe.

Narrator: Giedroyć miał zawsze pełno niekonwencjonalnych pomysłów. Po wybuchu Powstania Warszawskiego namawiał Naczelnego Wodza Kazimierza Sosnkowskiego, który wizytował II Korpus we Włoszech, aby skoczył na spadochronie do Polski i z Warszawy pokierował powstaniem. Był gotów skakać razem z nim.

Czesław Bielecki: W momencie, kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie i Giedroyć zgłosił się w Brindisi do Sosnkowskiego i powiedział, że jest gotów skakać do Polski na spadochronie, ponieważ uważa, że obok trupów powstańców warszawskich powinny znaleźć się trupy polskich żołnierzy na zachodzie z naszywką Poland na pagonach.

Narrator: Sosnkowski nie był skłonny do takiego kroku. Giedroyć zaangażował się w akcję konspiracyjnego druku i rozpowszechnianie słynnego rozkazu nr 19 z dnia 1 września 1944 roku, w którym to generał Sosnkowski jako Naczelny Wódz zarzucił sojusznikom niedotrzymanie umów i pozostawienie Polski samej sobie, a następnie skazanie Warszawy na zagładę. Kosztowało to generała Sosnkowskiego utrate stanowiska Naczelnego Wodza.

Marek Żebrowski: To wszystko skończyło się dymisją Giedroycia. W połowie września został wysłany do Ośrodka Wojsk Pancernych w Gallipoli, gdzie został oficerem oświatowym i ze wstrętem opisywał w listach do Zofii Hertz, zmuszony został do opracowywania gazetek ściennych.

Narrator: W listopadzie 1944 roku udało mu się otrzymać urlop i poleciał do Palestyny, do Hajfy, by spotkać się ze swoją żoną Tatianą. Spotkanie nie miało dobrych konsekwencji. W czerwcu 1945 roku odbył się rozwód państwa Giedroyciów. Z końcem lutego 1945 roku generał Władysław Anders został Naczelnym Wodzem. W marcu Giedroyć wraz z Józefem Czapskim udali się do Londynu. W ciągu pierwszych kilku tygodni Giedroyć spotkał się ze wszystkimi swoimi przyjaciółmi. Nawiązywał też kontakty z ludźmi, którzy wydawali mu się potrzebni do realizacji jego planów. Katastrofą, którą przewidywał, było wycofanie przez aliantów uznania rządowi w Londynie. Nastąpiło to w początkach lipca 1945 roku. Oficjalnie był łącznikiem między ministrem Adamem Pragierem a Naczelnym Wodzem Władysławem Andersem. Był też kierownikiem Wydziału Europejskiego w Wydziale Kontynentalnym Ministerstwa Informacji. Pragier już 2 czerwca 1945 roku wysłał Jerzego w objazd polskich placówek rozsianych od Palestyny po Anglię. Alianci nie uznając rządu nie uznawali też jego agend. Na gwałt tworzono więc spółki, przedsiębiorstwa prywatne, które przejmowały majątek i działalność placówek rządowych. Giedroyć jako oficjalny reprezentant II Korpusu troszczył się także o ludzi. Kto jest na jakim terenie, jakie ma perspektywy, jak mu można pomóc? Coraz pilniejsza stawała się konieczność zbudowania nowych narzędzi oddziaływania politycznego i propagandowego. Giedroyć podczas swych podróży poza załatwianiem spraw urzędowych szukał politycznego wsparcia dla idei stworzenia dwóch instytutów wydawniczych w Rzymie i w Paryżu. Odpowiednie projekty przedstawił Ministrowi Informacji Adamowi Pragierowi, który je poparł i przedstawił generałowi Andersowi. W lutym 1946 roku generał Władysław Anders wyznaczył Jerzego Giedroycia, Władysława Wąchałę i Tadeusza Siutę do organizacji instytutu wydawniczego w Rzymie. Przed siedmiu laty był redaktorem pisma, które z numeru na numer liczyło się coraz bardziej w politycznym i kulturalnym świecie Warszawy. Miał dostęp do wielu wpływowych w państwie osób i śmiałe plany, które miały szansę powodzenia. Miał grono oddanych przyjaciół. Teraz zaś był żołnierzem armii, która lada chwila miała przestać istnieć. Był państwowcem bez państwa. Najbliżsi przyjaciele, Adolf Bocheński, Roger Raczyński już nie żyli. W początkach 1946 roku dowiedział się o śmierci rodziców, którzy zginęli w Powstaniu Warszawskim. Rozwiódł się z Tatianą. Był samotny. W liście z lutego 1946 roku do Zofii Hertz pisał: „Bardzo źle się czuję i smutnie. Przekonałem się definitywnie w Bolonii, że nie jestem zdolny do swojego szczęścia osobistego, że jestem stary i że jestem śmieszny”. Jerzy Giedroyć właśnie kończył 40 lat.

Data of the object

Description

Pierwsza część filmu "Kim był Jerzy Giedroyć" to opowieść przedstawiająca główne momenty z życia świadka rewolucji w Piotrogrodzie i Moskwie, uczestnika życia politycznego II Rzeczypospolitej, wydawcy BUNTU MŁODYCH i POLITYKI, niedoszłego więźnia Berezy Kartuskiej, dyplomaty ratującego polskich uchodźców w Rumunii, żołnierza wojska polskiego w Tobruku, uczestnika kampanii włoskiej 2 Korpusu gen. Andersa. A to wszystko do końca II Wojny Światowej. Sporo jak na jednego człowieka. Jak sam o sobie mówił - człowieka państwowca.