Katastrofa 1939. Kampania wrześniowa - Mediatheque - Polish History Museum in Warsaw SKIP_TO
Visit Przejdź do sklepu
Podcasty
Audio

Katastrofa 1939. Kampania wrześniowa

Muzeum Historii Polski (producent);

05/10/2022

Transcription

[00:00] [Prowadzący] Był piątek, wstawał kolejny piękny, późnoletni dzień. Słoneczny, bezchmurny, podobny do innych tego wspaniałego lata. Dzień, w którym rozpętało się piekło.

 

[Materiały archiwalne] „A więc wojna. Z dniem dzisiejszym wszelkie sprawy i zagadnienia schodzą na plan dalszy. Całe nasze życie, publiczne i prywatne przestawiamy na specjalne tory. Weszliśmy w okres wojny. Cały wysiłek narodu musi iść w jednym kierunku. Wszyscy jesteśmy żołnierzami. Musimy myśleć tylko o jednym – walka aż do zwycięstwa”

 

[Prowadzący] Dziennikarz Józef Małgorzewski nagrał komunikat już 30 sierpnia. Tekst otrzymał do ręki po złożeniu przysięgi, że dochowa tajemnicy.

 

              [Lektor] „Otwarto brązową kopertę i wyjęto tekst, który się zaczynał od słów «a więc wojna». Powiedział mi wtedy cywil «proszę pana, to trzeba nagrać na płytę, na wszelki wypadek». Inżynier Pilecki powiedział «ta płyta nigdy nie pójdzie na antenę». Ja mu odpowiedziałem «Amen. Niech się tak stanie.»”

 

              [Prowadzący] Gdy usłyszał w radio swój głos, armaty i karabiny biły już od kilku godzin. Rozpoczęło się dokładnie o świcie. O 04:40 Niemcy bez wypowiedzenia wojny zaatakowały Polskę. Właśnie zaczynała się największa w historii wojna, której pierwszym aktem była kampania wrześniowa.

 

              „1000 lat. Prześwietlenie.” Podcast Muzeum Historii Polski o najważniejszych wydarzeniach w historii Polski. Zaprasza Łukasz Starowieyski.

 

              Katastrofa 39’. Kampania wrześniowa.

 

              Dziś postaram się historycznym rentgenem prześwietlić polską wojnę obronną, szukając odpowiedzi na pytania: czy wojna musiała wybuchnąć?  Czy Polska była bez szans w starciu z hitlerowskim najeźdźcą, wspartym później przez sowietów? Czy rzeczywiście zostaliśmy zdradzeniu przez sojuszników z zachodu? I wreszcie, czy możliwe było odwrócenie sojuszy i przyłączenie się do koalicji budowanej przez Niemcy? Będzie też o tym, czy rządzące wówczas Polską elity to rzeczywiście tchórze, zdrajcy i nieudacznicy?

 

              Część I. Zapałka pod beczką prochu.

 

              Pewnie nie zmieniłoby to losów ani świata, ani nawet tej kampanii, ale faktem jest, że wojna miała wybuchnąć sześć dni wcześniej. To na 26 sierpnia Adolf Hitler wyznaczył termin ataku na Polskę. Nawet poniekąd wojna się zaczęła. Na Zaolziu niemieccy dywersanci, do których nie dotarł rozkaz wstrzymania działań, przekroczyli granicę i napadli na stację kolejową, by przejąć strategiczny tunel. Niemcy nazwali sprawę incydentem i oficjalnie przeprosili władze Polski. Tryby wojennej machiny można było na chwilę zahamować, ale zatrzymać jej nie mogło już nic. Czy aby na pewno? By się o tym przekonać, musimy cofnąć się nieco w czasie i przyjrzeć się z bliska najważniejszym europejskim politycznym salonom. Kilka lat zajęło Hitlerowi umocnienie władzy w Niemczech i odbudowanie siły zbrojnej, a już w drugiej połowie lat 30. był gotowy. Raczej nie myślał wtedy o Polsce. Zaczął od remilitaryzacji Nadrenii, a gdy zachodni alianci nie zareagowali, zdecydował się na kroki kolejne. Jego celem było zjednoczenie wszystkich Niemców w jednym kraju. W marcu 1938 r. dokonał anschlussu, czyli aneksji Austrii. Niedługo później zażądał od Czechosłowacji odstąpienia terenu Sudetów, zamieszkanego głównie przez Niemców. Jego twarda polityka zderzyła się z wyjątkowo miękkim podejściem Anglii i Francji, za wszelką cenę próbującym uniknąć wojny. We wrześniu, przywódcy tych dwóch krajów, a także Włoch, zjechali się w gościnę do Hitlera do Monachium, by złożyć podpisy pod jedną z bardziej wstydliwych kart historii. To tam sprzedano Czechosłowację. Niemcy dostali zielone światło dla aneksji czeskich Sudetów. W zamian za to podpisane zostały pakty o nieagresji. Aż trudno w to uwierzyć, ale premierzy Anglii i Francji wracali do swoich krajów jak bohaterowie ogłaszając, że właśnie uniknęli wojny. Jak bardzo się mylili. To Hitler po Monachium był wściekły. Relacjonował  jeden z bliskich pracowników fuhrera Albert Speer: „Hitler miał przez wiele dni zły humor i wbrew swym zwyczajom dawał ujście złości w drobiazgach”. Oczywiście nikt nie odważył się spytać o przyczyny, a o sam nie mówił nic. Jak się stopniowo okazało, Hitler czuł, że słabość pozostałych mocarstw pozbawiła go prawdziwego zwycięstwa. Dwa tygodnie później na małym zebraniu powiedział, że został oszukany. I to nie tylko przez tchórzostwo Brytyjczyków o Francuzów. Wahające się Niemcy, pozwoliły się bezceremonialnie [05:00] nabrać. Jaki był powód wściekłości? Ponoć Hitler chciał wówczas przede wszystkim wojny z Francją. Kapitulancka polityka wytrąciła mu pretekst z ręki. Zwróćmy uwagę, jest jesień 1938 r., a Niemcy wcale jeszcze nie myślą o uderzeniu na Polskę. Tym bardziej, że rząd w Warszawie staje się poniekąd sojusznikiem Berlina. Polacy korzystają z tego, że Czechosłowacja jest przyparta do muru i zajmują Zaolzie – ziemię sporną i zamieszkałą głównie przez Polaków. Generalnie, stosunki polsko-niemieckie układają się w owych latach całkiem nieźle. Ich podstawą jest deklaracja o niestosowaniu przemocy, podpisana w styczniu 1934 r. Tyle, że dla Hitlera w 1938 r. to za mało. W październiku minister spraw zagranicznych III Rzeszy wysunął koncepcję tzw. całościowego rozwiązania problemów polsko-niemieckich. Żądania są twarde: włączenie Wolnego Miasta Gdańska do Niemiec, utworzenie eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej do Prus Wschodnich, do tego przyłączenie się do paktu antykominternowskiego. Co Polska dostawałaby w zamian? W sumie niewiele. Przedłużony pakt o nieagresji i wspólną politykę wobec sowieckiej Rosji. Zaczęła się gra w kotka i myszkę. Niemcy ponawiali w coraz bardziej kategorycznej formie swoje żądania, Polacy je odrzucali. Ale coraz więcej osób rozumiało, że polityka III Rzeszy to nie jest tylko dyplomatyczna gra. Nie tracąc czasu koncentruje się na Polsce. Zamierza podjąć intensywne wysiłki we wszystkich kierunkach, w celu podporządkowania sobie Warszawy – donosił ze stolicy Polski pod koniec 1938 r. ambasador Stanów Zjednoczonych. Jego analiza nie tylko w tej części okazała się trafna. Według niego Hitler prze do wojny. Ponieważ chciał wypróbować siły i sprawność swej armii w małej wojnie lokalnej, zanim państwa zachodnie dozbroją się i będą mogły podjąć walkę, aby uderzyć na Francję zanim zdoła ona efektywnie przygotować się do stawienia czoła połączonemu natarciu Niemiec i Włoch. Zauważmy, Hitler cały czas marzy o Paryżu, nie o Warszawie. Ale opór Warszawy każe mu korygować plany.

 

              [Lektor] „W tym czasie jeszcze nie wiedziałem czy wypadnie mi najpierw uderzyć na wschód, a później na zachód, czy też odwrotnie. Pod naciskiem wypadków zapadła decyzja rozpoczęcia walki najpierw z Polską.”

 

              [Prowadzący] -tłumaczył swoim generałom już post factum w listopadzie 1939 r. Cóż to był za nacisk wypadków? Na przełomie 1938 i 39 r. gra polityczna nabierała rozpędu. Szczególnie aktywny był polski minister spraw zagranicznych Józef Beck, który po śmierci Piłsudskiego praktycznie sam decydował o polskiej polityce zagranicznej. Pod koniec marca gra jeszcze przyspieszyła. Polska ostatecznie odrzuciła propozycję z jednej strony, z drugiej zniweczyła próby stworzenia szerszej koalicji przeciw Niemcom z udziałem nie tylko Anglii i Francji, ale też Sowietów, a może nawet Turcji i Rumunii. Faktem jest, że i sowieci stawiali zaporowe warunki. Beck preferował umowy dwustronne i plany zrealizował. Pod koniec marca premier Anglii ogłosił deklarację o przyznaniu Polsce gwarancji suwerenności. Kilka dni później oba państwa podpisały dwustronne porozumienie. Polskę zabezpieczała też umowa z Francją z 1921 r., która głosiła, że:

 

              [Lektor] „Na wypadek agresji niemieckiej przeciwko jednemu z krajów, oba kraje są również zobowiązane przystąpić do akcji w myśl obopólnego porozumienia.”

 

[Prowadzący] W maju 1939 r. deklaracja wsparta została roboczymi ustaleniami, wedle których Francuzi w przypadku agresji Niemiec na Polskę „rozpoczną działania automatycznie”. W Polsce zapanował optymizm. Wystarczy posłuchać wodza naczelnego Edwarda Śmigłego-Rydza:

 

              [Lektor] „Pierwszą fazę tej wojny przegramy, ale w międzyczasie Francja zreorganizuje armię i przygotuje uderzenie, które nam automatycznie ulży. I nie ulega wątpliwości, że wraz z Francją i jej sprzymierzeńcami wojnę ostatecznie wygramy.”

 

              [Prowadzący] Wydarzenia najbliższych miesięcy pokażą jak mylne były to rachuby. Dyplomatyczne gry odwróciły natomiast bieg zdarzeń. To właśnie w tym momencie Hitler podjął ostateczną decyzję. Inwazja na wschód. W kwietniu zlecił opracowanie planu Fall Weiss, wariant biały, czyli operacji wojennej przeciw Polsce. Niemiecka armia miała być gotowa najpóźniej [10:00] 1 września. Tak, tak, 1 wrześnie. Pod koniec miesiąca, III Rzesza wypowiedziała Polsce układ o nieagresji. Do tego Hitler rozpoczął rozmowy ze swoim największym dotąd ideologicznym wrogiem – sowietami. Złowieszcze stwierdzenie „IV rozbiór Polski” wróciło do obiegu. Powtórzył je i ambasador sowiecki w Paryżu i jeden z niemieckich generałów. 22 sierpnia 1939 r. sowieci i Niemcy podpisali pakt o nieagresji, który swoją przyszłą nazwę wziął od nazwisk szefów dyplomacji obu krajów -  Ribbentrop- Mołotow. W ściśle tajnym protokole paktu dopisano jeszcze:

 

              [Lektor] „W razie terytorialnych i politycznych zmian na obszarach należących do państwa polskiego, strefy interesów Niemiec i ZSRR będą rozgraniczone wzdłuż linii rzek: Narwi, Wisły i Sanu. Zagadnienie czy interesy obu stron czynią pożądanym utrzymanie niepodległego państwa polskiego i jakie mają być granice tego państwa może być ostatecznie rozstrzygnięte dopiero w toku dalszych wydarzeń politycznych.”

 

              [Prowadzący] Klamka zapadła. Na nic nie zdał się nawet zawarty 25 sierpnia polsko-brytyjski układ sojuszniczy. On tylko przesunął wojnę o kilka dni.

 

              Część II. Gdzie jest plan?

 

              Nim jednak zagrzmią armaty, przyjrzyjmy się przygotowaniom do wielkiego zwarcia. „Silni, zwarci i gotowi” czy „nie oddamy nawet guzika” – słychać było w całej Polsce. Rządowi propagandyści, w przeciwieństwie do innych resortów, dobrze wykonali swoją robotę. Wielką popularnością cieszyła się choćby piosenka: „Nikt nam nie zrobi nic, nikt nam nie weźmie nic, bo nas prowadzi Śmigły, marszałek Śmigły-Rydz”. Propaganda była dla mas. Im wyżej w hierarchii wojskowej, tym więcej było realnych ocen. „Dostaniemy w dupę” – nie przebierał w słowach jeden ze sztabowców marszałka. Bardziej parlamentarnie ujmował temat gen. Tadeusz Kutrzeba:

 

              [Lektor] „Wobec przewagi niemieckiej, obrona całego terytorium państwa jest niemożliwa.”

 

              [Prowadzący] Smutno konstatował post factum Śmigły-Rydz:

 

              [Lektor] „Ale czy można było sączyć wątpliwości w naród, który ma walczyć?”

 

              [Prowadzący] W teorii polska armia nie wyglądała źle. Wszyscy pamiętali świetne zwycięstwo nad bolszewikami. Polski żołnierz zbierał też dobre opinie zagranicznych ekspertów:

 

              [Lektor] „Jest pierwszorzędny, wytrzymały, obdarzony pewnym zmysłem inicjatywy, której nie można odnaleźć ani u żołnierza rosyjskiego, ani niemieckiego.”

 

              [Prowadzący] -pisał w 1936 r. gen. Luis Morin, członek francuskiej Najwyższej Rady Wojennej. Do optymizmu skłaniać miała liczebność wojska. 30 dywizji piechoty, 37 pułków kawalerii oraz Korpus Ochrony Pogranicza w sile kolejnych 3 dywizji. Wszystko to były piękne... pozory. Rydz-Śmigły wspominał, że gdy obejmował po śmierci Józefa Piłsudskiego, ledwie 4 lata przed wojną, obowiązki generalnego inspektora:

 

              [Lektor] „Zastałem stan mobilizacji grożący katastrofą, oparty na fikcji 46 dywizji, kiedy 30 dywizji było marzeniem nie do spełnienia. Nie było ani jednego działka przeciwlotniczego, ani jednego przeciwpancernego, z wyjątkiem gratów z 1920 r.”

 

              [Prowadzący] Prawdą jest, że Śmigły wdrożył program modernizacji armii. Jak na możliwości państwa był on ogromnym wyzwaniem. Przeznaczono na niego niemal połowę budżetu, a dodatkowe 10% uzyskano z pożyczki od Francji. Po jego zakończeniu polska armia miała, pod względem organizacyjnym i sprzętowym, dorównywać francuskiej czy brytyjskiej. Według wstępnych planów, projekt miał zakończyć się w … 1942 r. A już na samym początku wdrażania planu pojawiły się opóźnienia, przedłużające jego realizację do 1946 r. Do wybuchu wojny, Polska wydała na zbrojenia 730 milionów dolarów. Dzięki temu udało się przezbroić piechotę i artylerię oraz obronę przeciwlotniczą. Zrobiono dużo, ale to nic w porównaniu do zbrojeń za zachodnią granicą. Tam też trwał wyścig zbrojeń. Tyle że na zupełnie inną skalę. Niemcy w drugiej połowie lat 30. zainwestowali w armię ok 24 miliardów dolarów. Ponad 30 razy więcej niż Polska. I to wcale nie koniec przewag. Niemcy mogli liczyć na zaawansowany przemysł, Polacy dopiero zaczęli budować Centralny Ośrodek Przemysłowy. [15:00] Możliwości mobilizacyjne? Ludność przyszłego najeźdźcy po włączeniu Austrii i Czech liczyła ok. 80 milionów. Polaków było nieco ponad 30 milionów. Przeciwko takiemu nieprzyjacielowi, niedozbrojona polska armia miała stanąć do wojennego egzaminu. I to do egzaminu, do którego przystępowała z niedopracowanym planem. Miał on kryptonim Z, ale czy rzeczywiście był to plan? Byli tacy, co wątpili.

 

              [Lektor] „Ani planem, ani w ogóle dokumentem typu wojskowego. Nie zawierał on żadnej idei operacji, a jedynie uszeregowanie kilku naiwnie określonych życzeń, nie mających oparcia w warunkach rzeczywistości. Jeśli to było wszystko z czym nasz naczelny wódz wyruszył na wojnę, to należy uznać, że wybrał się z pustymi rękami.”

 

              [Prowadzący] – dosadnie podsumował to szef sztabu Armii „Łódź”, pułkownik Aleksander Pragłowski i nie był odosobniony. Jak w ogóle mogło do tego dojść? Plan wojny obronnej przeciw Niemcom rodzić się zaczął dopiero w lutym 1939 r. Wówczas to Rydz-Śmigły przedstawił szefowi Sztabu Generalnego jego główne założenia. Miesiąc później część wytycznych była już nieaktualna po tym, jak Niemcy zajęli całe terytorium Czech i Moraw, dając sobie możliwość dodatkowego ataku z południa. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że polskie dowództwo pod koniec lat 30. za znacznie bardziej realną uznawało wojnę z sowietami. Plan „W” był dobrze wypracowany. Tyle że pozostał wyłącznie na papierze. Pran o kryptonimie „Z” zakładał bitwę graniczną, a później względnie szybkie wycofanie się na tzw. linię wielkich rzek: Biebrzy, Narwi, Wisły i Sanu, na której oparta byłaby główna linia obrony. Przy czym bitwa graniczna miała mieć wymiar przede wszystkim polityczny. Wojskowi bali się, że Niemcy mogą skończyć działania po zdobyciu Śląska i Pomorza, zanim Francja i Anglia przystąpią do wojny. Aż trudno uwierzyć, ale na tym plan się kończył. Co gorsza szczątkowy plan zakładał bezpośrednie dowodzenie marszałka nad całym frontem, co już w pierwszych dniach kampanii wobec notorycznego zrywania się łączności, okazało się mrzonką. Do tego, plan nie regulował kwestii koordynacji między poszczególnymi armiami. Za te błędy i niedopatrzenia przyszło zapłacić bardzo drogo. Pozostaje bez odpowiedzi pytanie czy gdyby plan, zgodnie z sugestią m. in. gen. Kutrzeby był bardziej defensywny, a Polacy dłużej stawiali opór, alianci ruszyliby z odsieczą? Bo bez względu na to jaki ten plan by nie był, los Polski zależał od działania Francji i Anglii. Nim Niemcy 1 września rozpoczną inwazję, przyjrzyjmy się siłom obu przeciwników. Dawid i Goliat to pierwsze skojarzenie, które się nasuwa, tyle że w tym wypadku Dawid, jak już wiemy, nie miał na podorędziu dodatkowej broni, ani chytrego planu. Miażdżąca przewaga Wehrmachtu była widoczna nawet w czasach pokoju. Niemcy pod bronią utrzymywali 600 000 żołnierzy. Polacy trzy razy mniej. W dniu wybuchu wojny proporcje były już nieco inne, ale nadal wyjątkowo niekorzystne. Konkrety? Oto one. Liczba żołnierzy: Niemcy ponad 1,5 miliona, Polacy około 1 miliona. Czołgi: Niemcy ponad 2 500, Polacy 500. Samoloty: Niemcy 2000, Polacy poniżej 500. Działa: Niemcy 10 000, Polacy połowę mniej. Do tego, Niemcy dysponowali też różnymi jednostkami paramilitarnymi, które według niektórych szacunków podnosiły stan osobowy w czasie inwazji do nawet 2,5 miliona żołnierzy. Co gorsza, Polska spóźniła się wyraźnie z ogłoszeniem powszechnej mobilizacji. Zrobiła to dopiero 30 sierpnia. Tak, tak… na dwa dni przed wybuchem wojny. Dlaczego tak późno? Zadecydował nacisk aliantów. „Słowo «mobilizacja» może wywołać w świecie wrażenie, że Polska rozpoczyna wojnę” – twierdził ambasador Wielkiej Brytanii. Marszałek długo bił się z myślami i ostatecznie wydany i tak zbyt późno, bo 29 sierpnia rozkaz, faktycznie został przesunięty o jeden dzień. Ten dzień okazał się o tyle istotny, że wielu żołnierzy nie zdążyło dotrzeć do swoich jednostek. Na usprawiedliwienie polskiego dowództwa warto dodać, że już w marcu została ogłoszona tzw. cicha mobilizacja, która zwiększyła stan osobowy polskiej armii niemal dwukrotnie. Ale i tak ok ¼ polskich żołnierzy do jednostek przed  września nie dotarło. [20:00]

 

              Część III. A więc wojna.

 

              Westerplatte, godz. 04:45.

 

              [Lektor] „Nagle dwa wybuchy pocisków armatnich, a chwilę później następne. To pierwsza salwa. Nie ma już żadnych wątpliwości, że to wojna.”

 

              [Prowadzący] Relacjonował jeden z obrońców wojskowej składnicy tranzytowej. Rozpoczęcie ostrzału z pancernika Schleswig-Holstein to chwila, którą powszechnie przyjmowało się za rozpoczęcie II wojny światowej. W rzeczywistości wojna wybuchła kilka minut wcześniej. Ok. 04:35 Niemcy z powietrza zbombardowali Wieluń oraz most w Tczewie. Niewiele później siły niemieckie przekroczyły polską granicę.

 

              [Materiały archiwalne] „Halo, halo! Tu Warszawa i wszystkie rozgłośnie polskiego radia. Dziś rano o godz. 5 minut 40 oddziały niemieckie przekroczyły granicę polską, w ramach paktu o nieagresji. Zbombardowano szereg miast.”

 

              [Prowadzący] Plan Hitlera był prosty...

 

              [Lektor] „W ciągu 8 – 14 dni dla całego świata musi stać się jasne, iż Polsce grozi załamanie się. Same operacje mogą oczywiście trwać dłużej.”

 

              [Prowadzący] … i złowrogi.

 

              [Lektor] „Zniszczenie Polski poprzez likwidację jej siły żywej. Nie chodzi o osiągnięcie określonej rubieży, ani o ustalenie nowej granicy, lecz o zniszczenie nieprzyjaciela, do czego należy usilnie dążyć wszelkimi sposobami.”

 

              [Prowadzący] Siły niemieckie podzielone zostały na dwie grupy: Armii „Północ” i „Południe”. Zadaniem tej pierwszej było odcięcie Polski od morza. Druga miała zająć Górny Śląsk i uderzyć na Łódź oraz Kraków. Celem najważniejszym było oskrzydlenie Warszawy, by zamknąć w okrążeniu jak najwięcej polskich sił. Niemcy atakują też z powietrza. Od pierwszych godzin wojny niemal cała Polska znajduje się pod bombami. Spadają one między innymi na Warszawę czy Grodno. Luftwaffe atakuje nie tylko obiekty wojskowe. Już nalot na Wieluń i zniszczenie miasta ujawnia niemiecką strategię. Samoloty niszczą wszystko, także cele cywilne, a myśliwce atakują nawet ludność cywilną.

 

              [Lektor] „Widzę jak lotnik niemiecki kołuje nad gromadą, liczącą około setki małych dzieci, zniża się 50 m, rzuca bomby i strzela z karabinu maszynowego. Dzieci rozpryskują się, jak wróble, ale kilkanaście barwnych plam zostaje na polu.”

 

              [Prowadzący] „Barbarzyńska strategia ma swój głębszy cel” – pisze prof. Paweł Wieczorkiewicz w książce „Kampania 1939 r.” Nie tylko wywołuje ona psychozę, ale: „naloty nader skuteczne prowadziły do powstawania gigantycznych zatorów i korków, blokujących szczelnie szlaki komunikacyjne, co utrudniało, a chwilami wręcz paraliżowało jakiekolwiek ruchy wojsk. Panika jaka powstawał wśród uciekinierów na odgłos nadlatujących samolotów, często udzielała się żołnierzom.” Ataki doprowadziły też do paraliżu łączności między polskimi oddziałami, zakłócały odwroty polskich żołnierzy, a także rozbijały w pył polską infrastrukturę, zarówno wojskową jak i cywilną. Polacy odgryzali się jak mogli.

 

              [Lektor] „250 m, 200, 150 i jeszcze bliżej. Świdruje w mózgu myśl. Już teraz. Naciskam spust.”

 

              [Prowadzący] – wspomina pierwsze zestrzelenie najsłynniejszy as polskiego myślistwa Stanisław Skalski. Przewaga niemiecka jest jednak ogromna. Po nieco ponad dwóch tygodniach polskie lotnictwo praktycznie traci wartość bojową. Naloty są tylko elementem uzupełniającym zmasowany atak. Blitzkrieg – wojna błyskawiczna, to nazwa, która przylgnęła do taktyki Niemców. Taktyka ta polegała na gwałtownych atakach sił zmotoryzowanych i pancernych. Zadaniem było przełamywanie frontu. Ogromna przewaga sprzętowa i wielka szybkość przemieszczania się to powody, dla których okazała się niezwykle skuteczna. Nim gąsienice rozjadą całą Polskę,  zatrzymajmy się na chwilę, by spojrzeć w niebo. Nie szukając w nim wcale zjawisk nadprzyrodzonych. Warto w tym momencie wspomnieć o pogodzie. Mogło wydawać się, że owego lata wszystko [25:00] sprzysięgło się przeciw Polsce. Wakacje 1939 r. były wyjątkowo piękne. Bardzo ciepłe i niemal bezdeszczowe. Jakby pogoda chciała dać ostatnią chwilę odprężenia przed mrokami okupacji. Ale właśnie ona miała ważny wpływ na przebieg kampanii. Długie i suche lato osuszyło bagna i mokradła, a często rwące rzeki zamieniło w płytkie potoki, zmniejszając lub likwidując tym samym miejsca obronne z natury, oparte o podmokły teren lub rzeczne przeprawy. Pojazdy pancerne nie zakopywały się w błocie i piachu. Wiele rzek, zwykle nie do pokonania, można było pokonać w brud. Za szybko przesuwającą się linią frontu szła fala terroru. Już od pierwszych dni wojny Niemcy dokonywali masowych egzekucji. Rozstrzeliwana była ludność cywilna. Szacuje się, że w czasie kampanii wrześniowej zginęło w ten sposób nawet 50 000 osób. Dokonywały tego oddziały SS idące w ślad za żołnierzami, czy jednostki paramilitarne, ale nie tylko. Wiele lat funkcjonował mit o tak zwanym „dobrym Wehrmachcie”- armii, która walczyła, ale nie dopuszczała się zbrodni. To jednak mit. Posłuchajmy historyka, Grzegorza Rutkowskiego z Muzeum Historii Polski:

 

              [Gość] Mit dobrego Wehrmachtu powstał po II wojnie światowej, kiedy strona niemiecka była stroną przegraną, poza tym III Rzesza Niemiecka doprowadziła do ogromu zbrodni. W tym kontekście właśnie tworzony był mit, przez dawnych oficerów Wehrmachtu, jakoby niemiecka siła zbrojna nie brała aktywnego udziału w zbrodniach, że zbrodnie, które miały miejsce to jest dzieło SS, RSH, Hitlera, Himmlera, a Wehrmacht jest wolny od zbrodni, starał się walczyć honorowo. A stan faktyczny był taki, że Wehrmacht już od 39 roku brał udział w zbrodniach wojennych, niemieckie siły powietrzne – Luftwaffe, nawet koncepcyjnie zakładały, że celem ich działań mają być obiekty cywilne, miasta, po to, aby dezorganizować zaplecze wojsk przeciwnika. Czyli te ataki na kolumny uchodźców były podyktowane tym, żeby szerzyć terror, żeby szerzyć chaos i siły zbrojne Niemiec walczyły tak, jakby żadne konwencje ówczesne ich nie obowiązywały. Liczba zbrodni oraz liczba ofiar, która była wynikiem właśnie zbrodni niemieckiej była olbrzymia. Często poprzez bombardowania, rozstrzeliwania czy rozstrzeliwania jeńców wojennych, rozstrzeliwania cywili. To jest powszechność nawet już nie okupacji, ale właśnie powszechność kampanii 39 roku.”

 

              [Prowadzący] Bitwa graniczna trwała zaledwie trzy dni. Największym starciem tych pierwszych dni była bitwa pod Mławą, w przystanku na najkrótszej drodze z Prus Wschodnich do Warszawy.

 

              [Lektor] „Mogło stać się groźne, gdyby Polacy porzucili swoją upartą obronę i przeszli do natarcia.”

 

              [Prowadzący] – zaskakująco podsumowywał niemiecki generał Nikolaus von Vorman. Polacy próbowali nawet kontratakować, ale przede wszystkim zabrakło koordynacji i ostatecznie został zmuszeni do odwrotu. Wehrmacht załamał też front pod Częstochową i zajął Śląsk. Podobnie wyglądało to w całym kraju. Polskie oddziały wycofywały się na tzw. linię wielkich rzek – Wisły, Warty czy Narwi. Tyle że Niemcy postępowali krok w krok, a czasem nawet wyprzedzali cofające się jednostki. Zwycięstwo pod Mławą pozwoliło im już 6 września na sforsowanie Narwi, czyli przekroczenie linii wielkich rzek. Polski plan obrony na tym odcinku załamał się tworząc zagrożenie dla samej Warszawy. Odwrót. To słowo-klucz. Czasem planowy, często bezładny. Ale i tak najważniejsze dla Polski decyzje zapadały daleko od jej terytoriów. W Paryżu i Londynie.

 

              Część IV. Sitzkrieg, czyli aliancka wojna na siedząco.

 

              [Prowadzący] Na zachodzie bez zmian. Na razie pełno tam górnolotnych słów.

 

              [Lektor] „Anglia nie ma zwyczaju opuszczać swych przyjaciół”

 

              [Prowadzący] – miał rzucić lord Edward Halifax, szef brytyjskiej dyplomacji, w czasie rozmowy z polskim ambasadorem. Francuzi też wyglądali na gotowych. Szef sztabu generalnego pisał do francuskiego premiera:

 

              [Lektor] „Neutralność Hiszpanii, a zwłaszcza Włoch zapewnia nam, bez czekania na pomoc angielską, wystarczające środki, aby działać potężnie, przy czym celem tej akcji będzie niewątpliwie skuteczna i względnie gwałtowna, potężna pomoc dla Polski.”

 

              [30:00] [Prowadzący] Anglicy rozpoczęli przerzut samolotów do Francji. Do Berlina wysłali też ultimatum. W stolicy Niemiec zapanowała konsternacja. Posłuchajmy jak wspominał to główny tłumacz niemieckiego MSZ Paul Schmidt:

 

               „Hitler siedział jak skamieniały i patrzył przed siebie. Nie był zmieszany, jak później twierdzono ani nie wpadł we wściekłość jak chcieli inni. Siedział w całkowitym milczeniu i bezruchu. Po chwili, wydawał mi się ona wiecznością, zwrócił się do Ribbentropa, który jak skamieniały stał nadal przy oknie. «Co teraz?» - zapytał Hitler swojego ministra spraw zagranicznych, z błyskiem wściekłości w oczach, jakby chciał w ten sposób wyrazić, że Ribbentrop fałszywie informował reakcje Anglików. Ribbentrop odpowiedział cicho «Sądzę, że w najbliższym czasie Francuzi wręczą równobrzmiące ultimatum.»”

 

              Tak też się stało. 3 września Francja i Wielka Brytania wypowiedziały Niemcom wojnę. Niedługo później siły brytyjskie nawet zbombardowały jeden z niemieckich portów. W Warszawie zapanowała euforia.

 

              [Lektor] „Tłum Warszawiaków zbierał się przed naszą ambasadą. Napływ był tak wielki, że ruch kołowy stał się niemożliwy. Padały okrzyki na cześć Francji. Śpiewano poszczególnie zwrotki Marsylianki. Były to sceny nie do opisania.”

 

              [Prowadzący] – wspominał ambasador francuski. Manifestowano też pod ambasadą brytyjską. Euforia udzieliła się nawet sferom rządowym.

 

              [Lektor] „Mówiono tak, jak gdyby klęska Niemiec była już kwestią krótkiego czasu.”

 

              [Prowadzący] – relacjonował prywatne śniadanie u ministra Becka jego zastępca, Jan Szembek. Kolejne dni mogły potwierdzać optymistyczne nastawienie. 7 września Francuzi rozpoczęli działania ofensywne, by zdobyć przedpole niemieckiej umocnionej linii Zygfryda. Tyle że to był praktycznie ostatni ofensywny krok tzw. aliantów. A 12 września polską sprawę porzucili. Podczas pierwszego spotkania Najwyższej Rady Wojennej dyskutowane były dwa plany: ofensywny, ataku na linię Zygfryda oraz defensywny, wycofania się na francuską umocnioną linię Maginota. W świetle informacji z Polski i kolejnych klęsk na froncie oraz niegotowości własnych sił, podjęto decyzję o braku działań . Choć być może było to tylko postawienie kropki nad i. Spójrzmy w protokół posiedzenia.

 

              [Lektor] „«Czy generał Gamelin rozważał jakieś zmiany w planach na zachodzie w razie, gdyby Polska zdołała utrzymać się dłużej, niż to pierwotnie przewidywano?» -pytał Lord Chatfield. «Nie. Zaoszczędzi to więcej drogocennego czasu Francji i Wielkiej Brytanii na przygotowania i przeszkodzi Niemcom w przerzucaniu swych sił z frontu wschodniego na zachodni».”

 

              [Prowadzący] W brytyjskim raporcie natomiast zapisano:

 

              [Lektor] „Jasnym jest, że alianci nie mogli nic zrobić by uchronić Polskę przed zajęciem. Jedyną prawdziwą pomocą dla Polski jest wygranie wojny.”

 

              [Prowadzący] Polska została osamotniona. Co gorsza, alianci o swojej decyzji, polskiego rządu zawiadamiać nie zamierzali. Czy można mówić o zdradzie sojuszników? O tym historyk Grzegorz Rutkowski z Muzeum Historii Polski.

 

              [Gość] W Polsce panuje dość powszechna opinia, że Polska w 39’ r. została zdradzona przez swoich sojuszników. Sytuacja jest troszkę bardziej złożona. Z jednej strony rzeczywiście Francja i Wielka Brytania nie zrealizowały swoich zobowiązań sojuszniczych, natomiast nie wynikało to z planu jaki zakładały te państwa jeszcze przed rozpoczęciem kampanii czy z ich złej woli. To wynikało z tego jak szybo, w oczach zachodnich wojskowych, kampania w Polsce przebiega, jak szybko została rozstrzygnięta w ich oczach. Ponieważ 8 września 39 r. niemieckie czołgi znajdują się już pod Warszawą. Francuzi z Anglikami doszli do wniosku, że po prostu zaangażowanie się na tym etapie w jakąś większą ofensywę, też musimy tutaj mieć na względzie to, że 12 września 39 r. zakładali, że oni do takiej ofensywy będą przygotowani na przełomie września i października, a my wiemy, ze w tym momencie kampania polska już dogasała – to jest jedna kwestia. Natomiast druga to jest znaczenie tej decyzji Brytyjczyków i Francuzów w większej układance II wojny światowej. I najprawdopodobniej te decyzje podjęte wówczas, w największym stopniu rzutowały na początku przebiegu II wojny światowej. Dlaczego? Ponieważ Francuzi z Brytyjczykami [35:00] nie byli w stanie przez okres do wiosny 40 roku wzmocnić się na tyle, żeby powstrzymać III Rzeszę Niemiecką, natomiast wiemy, że do wiosny 40 roku, Niemcy nie tylko uzupełnili straty, ale także znacznie się wzmocnili. Dzięki czemu mogli w stosunkowo łatwy sposób podbić większość zachodniej Europy, bo padła nie tylko Francja, ale także Belgia, Holandia, Dania i Norwegia.

 

              [Prowadzący] Może warto na koniec przytoczyć opinię niemieckiego generała Alfreda Jodla:

 

              [Lektor] „Do roku 1939 byliśmy oczywiście w stanie sami rozbić Polskę. Ale nigdy, ani w roku 1938, ani w 1939 nie zdołalibyśmy naprawdę sprostać skoncentrowanemu, wspólnemu atakowi tych państw. Wielkiej Brytanii, Francji, Polski.”

 

              [Prowadzący] Generał Jodl wygłosił te zdania post factum, gdy bronił się podczas procesu norymberskiego. Do tego przesadził z wielkością sił aliantów, ale nie miał raczej powodów by w tej sprawie przeinaczać rzeczywistość. Czy gdyby decyzja była inna, wojna zamiast 6 lat potrwała by miesiące? Rozważania tego rodzaju są niezwykle efektowne, ale to nie miejsce by zagłębiać się w meandry historii alternatywnej. Tym bardziej, że biegu historii i tak nie zmienią. Czas więc wrócić do faktów.

 

              Część V. Niemieckie kleszcze.

 

              W Polsce sytuacja jest dramatyczna.

 

              [Lektor] „Front jest wszędzie przerwany. Pozostaje nam tylko odwrót za Wisłę, o ile to będzie jeszcze wykonalne.”

 

              [Prowadzący] – mówił Śmigły-Rydz na spotkaniu z przedstawicielami Anglii i Francji. Już po 6 dniach kampanii Niemcy mieli otwartą drogę do Warszawy. Tego dnia polski Sztab Generalny porzucił stolicę i przeniósł się do Brześcia, podobnie jak prezydent Ignacy Mościcki i rząd. Na południu było równie źle. Wycofująca się w kierunku Lublina Armia „Kraków”została wyprzedzona przez atakujący ze Słowacji niemiecki korpus pancerny i zagrożona odcięciem przepraw przez San. 9 września polskie naczelne dowództwo podjęło decyzję o odwrocie sił na południowy-wschód kraju, chcąc stworzyć tzw. przedmoście rumuńskie. Niemcy parli bez wytchnienia przełamując kolejne przeszkody. W okolicach Broku przeprawili się przez Bug. I na nic nawet zdały się polskie Termopile, czyli bohaterska obrona Wizny. Ale czy można było bez końca się cofać? Był generał, który już kilka razy zgłaszał propozycję kontrnatarcia.

 

              [Lektor] „Fortissime, wszystko jak było umówione. Prowadzić energiczną akcję najszybciej. Dalej, na obiad do Wierzbickiego.”

 

              [Prowadzący] Większość słuchaczy zapewne nie zrozumiała komunikatu. Ale właśnie w ów sposób na falach otwartego radia, marszałek Śmigły-Rydz dał zielone światło do kontruderzenia. Wobec koszmarnych problemów z komunikacją pomiędzy sztabem a poszczególnymi armiami miał to być sposób najpewniejszy. Znak żołnierski miał zastąpić szyfrowanie. Generał Kutrzeba, który był owym ofensywnie nastawionym generałem, komunikatu wysłuchał, ale bądź go nie zrozumiał, bądź sytuacja na froncie wymagała korekty. Zamiast w kierunku Radomia, gdzie mieściła się słynna wówczas restauracja Wierzbickiego, uderzył w stronę Strykowa. Cofające się Armie „Poznań” i „Pomorze” zaatakowały nocą  z 9 na 10 września [niezrozumiałe] maszerującej na Warszawę 8 armii niemieckiej. Zaczęła się bitwa nad Bzurą. Największe starcie wrześniowej kampanii.

 

              [Lektor] „Przegrałem bitwę, która mogła być wygraną.”

 

              [Prowadzący] – ocenił po latach, chyba zbyt krytycznie, generał Kutrzeba. Atak początkowo zaskoczył Niemców. Polakom udało się odzyskać Łowicz. Najeźdźcy szybko sprowadzili jednak posiłki, szczególnie jednostki pancerne i lotnictwo. Polski sukces mógł być nawet jeszcze większy, ale nieporozumienia między dowódcami polskich armii i braki komunikacji spowodowały, że impet kontruderzenia został wyhamowany, a następnie zatrzymany po 4 dniach. Po kilku kolejnych dniach polskie armie zaczęły wycofywać się w kierunku Warszawy. Kilkudniowa bitwa dała jednak oddech innym polskim siłom. Dzięki niej więcej oddziałów dotarło na przedmoście, a Warszawa miała dodatkowy czas na przygotowanie obrony. Podczas, gdy Kutrzeba i jego żołnierze atakowali, marszałek Śmigły-Rydz dokonał kolejnej reorganizacji. 10 września utworzone zostały dwa fronty: południowy z gen. Kazimierzem Sosnkowskim i północny pod gen. Stefanem Dąb-Biernackim. [40:00] Ta druga nominacja to typowy strzał w stopę. Jak twierdził jeden z jego podkomendnych, Władysław Anders, dowódca był w fatalnym stanie psychicznym. Zupełnie załamany tłumaczył ponoć, że „wszystko przepadło”. W tych dniach za wcześnie było na takie słowa. Dzięki powszechnej mobilizacji, do jednostek cały czas napływali nowi rekruci. Stan armii wynosił 27 dywizji i 11 brygad, czyli tyle samo, co 1 września. Cały czas liczono na początek ofensywy aliantów. Francuski, tym razem zmasowany atak, miał nastąpić do 17 września. Tak, tak, właśnie 17 września. Data pamiętna, niestety z zupełnie innego powodu. Na polskim froncie z dnia na dzień było jednak gorzej i gorzej. Nie udało się zorganizować obrony na Wiśle i Wieprzu, bo Niemcy okazali się zbyt szybcy. W tej sytuacji 13 września Śmigły-Rydz wydał rozkaz o wycofaniu się na  ostatni bastion obronny, przedmoście rumuńskie oparte na rzekach Dniestr i Stryj. Utrzymanie się przy granicy z Rumunią było newralgiczne. Stamtąd miał dotrzeć obiecany sprzęt i zaopatrzenie wojenne z Francji i Wielkiej Brytanii. W drodze znajdowały się też transporty zakupionych przed wojną samolotów i czołgów. W sztabie znów, już po raz ostatni, zapanował lekki optymizm.

 

              [Lektor] „Ogólna ocena sytuacji zdawała się wskazywać na możliwość zorganizowania oporu na przyczółku rumuńskim i dalszego prowadzenia walki. Niektórzy z kolegów dość optymistycznie uważali nawet, że moment przełomowy kampanii mamy poza sobą.”

 

              [Prowadzący] -pisał pułkownik Stanisław Kopański. Optymizm oparty był między innymi na informacjach i przygotowaniach do kampanii na zachodzie. Bo w Polsce działo się tylko źle. Niemcy zamknęli pierścień wokół polskiej stolicy 15 września. 3 dni wcześniej najeźdźcy dotarli pod Lwów. W kolejnych zajmują między innymi Gdynię, Przemyśl, czy Białystok. Ale to i tak nie jest najgorsza z wiadomości. Mylili się bowiem koledzy Kopańskiego. Przełomowy moment miał dopiero nadejść.

 

              Część VI. Nóż w plecy.

 

              [Prowadzący] W Warszawie jest ledwie 1:00 w nocy, a w Moskwie 2:00, gdy ambasador Polski zostaje brutalnie wybudzony ze snu. To nie wróży nic dobrego, więc Wacław Grzybowski pełną świadomość odzyskuje momentalnie. Ma jak najszybciej stawić się w komisariacie spraw zagranicznych. Po dotarciu na miejsce wysłuchuje oficjalnej noty: „Wojna niemiecko- polska ujawniła wewnętrzne bankructwo państwa polskiego. Warszawa, jako stolica, już nie istnieje. Rząd polski uległ rozkładowi i nie okazuje przejawów życia. Oznacza to, że państwo polskie i jego rząd przestały faktycznie istnieć. Dlatego też straciły ważność traktaty zawarte między Polską a ZSRS. Biorąc pod uwagę tę sytuację rząd sowiecki polecił dowództwu Armii Czerwonej, wydanie rozkazu przekroczenia granicy w celu wzięcia w opiekę życia i mienia ludności.” Ambasador argumenty zbija, noty nie przyjmuje. O świcie wojska sowieckie przekraczają polską granicę. Początkowo w sile ponad pół miliona żołnierzy i z wyświechtanymi hasłami.

 

              [Lektor] „Żołnierze armii polskiej. W te ciężkie dni dla Was, potężny Związek Radziecki wyciąga Wam ręce braterskiej pomocy. Nie przeciwcie się robotniczo-chłopskiej Armii Czerwonej. My idziemy do Was nie jako zdobywcy, a jako Wasi bracia po klasu.”

 

              [Prowadzący] -brzmiała odezwa dowódcy frontu białoruskiego. Sowieci, choć mocno namawiani przez Niemców, od pierwszych dni kampanii, nie spieszyli się z atakiem. Nastawiali ucha na wieści z zachodu. Stalin o decyzji Anglii i Francji by zamrozić front na zachodzie dowiaduje się niemal od razu. Było tam dwóch wysokich rangą szpiegów, sekretarza premiera Francji oraz wieloletniego ministra. Być może ostateczną decyzję o ataku podejmuje już 13 września. Dzień później pojawia się dyrektywa o przesunięciu wojsk na pozycje wyjściowe.  Wiadomość o ataku sowietów spada na polski rząd jak grom. Premier Składkowski zapamiętał, że ministrowie przyjęli „straszną wiadomość w zupełnym zaskoczeniu”. Ambasador Lipski skonkludował: „to nie wojna, to katastrofa”. Śmigły-Rydz to zdanie podziela. Drogą radiową wydaje rozkaz:

 

              [Lektor] „Sowiety wkroczyły. Nakazuję ogólne wycofanie na Rumunię i Węgry najkrótszymi drogami. Z bolszewikami nie walczyć. Chyba w razie natarcia z ich strony, albo próby rozbrajania oddziałów.”

 

              [Prowadzący] Wojna trwa jeszcze, [45:00] ale nieodwołalnie jest już przegrana.

 

              [Lektor] „Czy Pan oszalał? Każe Pana oddać pod sąd wojenny za sianie paniki. To się nie może zdarzyć. Hetman nigdy nie opuszcza swoich wojsk.”

 

              [Prowadzący] – wrzeszczał na policjanta komendant granicznego garnizonu w Kutach. Była 01:30, 18 września. Policjant przed chwilą zameldował, że do granicy zbliża się kolumna samochodów Naczelnego Wodza. A jednak. Śmigły-Rydz właśnie podążał szlakiem wyznaczonym wcześniej przez rząd i prezydenta. Ewakuował się do Rumunii. Na granicznym moście, według nie do końca potwierdzonej relacji, musiał pokonać jeszcze jedną przeszkodę. Naprzeciw kolumny samochodów stanął jego podwładny, pułkownik Ludwik Bociański, generalny kwatermistrz rządu i były wojewoda. Zażądał powrotu Wodza Naczelnego do Polski. Śmigły-Rydz pozostał głuchy na argumenty. Pułkownik w geście protestu wyciągnął pistolet i strzelił sobie w pierś. Nie zginął śmiercią samobójczą, przeżył. Kula przeszła obok serca. Marszałek przekroczył granicę. Jeszcze wówczas myślał pewnie, że niedługo przedostanie się do Francji. Taki był plan – rząd i dowództwo na emigracji. Nici także z tego planu. Rumuni, pod naciskiem Niemiec, Rosji i uwaga... Francji, tak, tak, Francji, postanowili internować zarówno dowódców wojskowych, jak i polskie władze cywilne. Łatwo zrozumieć działania Rosji i Niemiec, ale Francuzów? Ci mieli swój plan. Chcieli by prezydent Mościcki, nie mogąc sprawować władzy, na mocy konstytucyjnych uprawnień mianował swojego następce. Dzięki temu mógłby powstać nowy, przychylny Francuzom rząd. Kandydat już był i nie przebierał w słowach.

 

              [Lektor] „To nie koniec Polski, ale koniec pewnej koncepcji i pewnej Polski. Niemniej przeto chwila jest tragiczna. Zachowanie się rządu - haniebne.”

 

              [Prowadzący] – komentował generał Władysław Sikorski. Zajadły przeciwnik rządów sanacji, a przy tym zadeklarowany frankofil. Był jednym z najbardziej doświadczonych i najlepszych polskich dowódców, ale mimo próśb Śmigły-Rydz nie wyznaczył mu w kampanii wrześniowej żadnego zadania. W tej sytuacji postanowił przedostać się do Francji. To on jako premier i wódz wojska, będzie uosabiał polskie władze w pierwszych latach wojny. Czy ucieczka władz to rzeczywiście hańba? Czy może polityczny realizm. Znów posłuchajmy historyka, Grzegorza Rutkowskiego.

 

              [Gość] O ile ewakuacja prezydenta i przedstawicieli rządu miała swoje uzasadnienie, o tyle ewakuacja naczelnego wodza, ze względów wizerunkowych oraz także możliwości dowodzenia wojskiem była błędna. Tutaj w tym szerszym kontekście z perspektywy czasu możemy ocenić, że zarówno ewakuacja z Warszawy, jak i później z Polski naczelnego wodza, miała… a w szczególności w tym pierwszym etapie z Warszawy, dość bolesne dla Wojska Polskiego konsekwencje, ponieważ po wyjściu z Warszawy Naczelny Wódz pozbawił się swobody w dowodzeniu podległymi mu siłami. Zrywana została łączność oraz także nie było miejsc, gdzie taka nowa kwatera Naczelnego Wodza ze sztabem mogła zostać zainstalowana. Warszawa w 39 roku była najbardziej odpowiednim ku temu miejscem. Czy była haniebna? Jestem daleki od tak emocjonalnych ocen, aczkolwiek z punktu widzenia morale żołnierzy i także oceny postawy marszałka Śmigłego-Rydza na pewno ocenialibyśmy, jego postawę o wiele wyżej, gdyby w 39 roku został, aczkolwiek mając też świadomość, że stwarzało to ryzyko, że Naczelny Wódz mógłby dostać się do niewoli.”

 

              [Prowadzący] Wojsko Polskie z rzadka podejmuje walkę z sowietami, choć dochodzi do kilku bitew. Opór stawiają też miasta: Wilno i Grodno. Wielu dowódców próbuje przebić się do którejś z granic. Inni rozwiązują swoje oddziały. Agresorzy natomiast gładko dogadują się, co do podziału łupów. Niemcy zatrzymują wojska na linii Lwów – Brześć – Białystok. 22 września w Brześciu, w tym drugim, zorganizowana zostaje wspólna defilada. 22 września Ribbentrop i Mołotow podpisali w sowieckiej stolicy traktat o granicach i przyjaźni. De facto IV rozbiór Polski. Na ziemie polskie trop w trop za Armią Czerwoną wkracza też NKWD, a za nią czerwony terror.

 

              Część VII. Ostatnie bastiony. [50:00]

 

              Nim jednak klęska zostanie przypieczętowana wróćmy jeszcze do Warszawy, która staje się symbolem walki i bohaterstwa.

 

              [Lektor] „Na murach miasta i jak długo się da.”

 

              [Prowadzący] – brzmi lakoniczny rozkaz marszałka Śmigłego-Rydza, dotyczący obrony miasta. Stolica, choć opuszczona w popłochu przez rząd i dowództwo wojskowe, nie traci ducha. Ewakuacji odmawia prezydent Stefan Starzyński. Stara się przede wszystkim opanować chaos, ale też przygotowuje miasto do obrony. Niemcy atakują Warszawę z powietrza już od pierwszego dnia wojny, ósmego uderzają także z ziemi. Gąsienice niemieckich czołgów chrzęszczą już na ulicach Grójeckiej i Szczęśliwickiej, ale atak zostaje odparty. Napastnicy cofają się pozostawiając wraki około 60 zniszczonych pojazdów. Dowódcą Armii „Warszawa”, która ma bronić stolicy, zostaje Juliusz Rómmel. To kolejna z niezrozumiałych decyzji personalnych. Rómmel równie dobrze mógłby stanąć przed sądem wojskowym za dezercję. Tak, tak. Dezercję. Dowódca Armii „Łódź” 6 września porzucił swoich żołnierzy. Wystarczyło, że miejsce, w którym przebywał wraz ze sztabem zostało zbombardowane, a on przeniósł się najpierw z Julianowa pod Łodzią do Mszczonowa, a później do Warszawy, nie pozostawiając ani informacji o swoich ruchach, ani nawet następcy. Resztki rozbitej Armii „Łódź” z matni wyprowadził generał Wiktor Thomme. Oddziały przedarły się do Modlina, twierdzy, która skapitulowała dzień po poddaniu stolicy. Jak to możliwe, że po takiej kompromitacji Szef Sztabu Generalnego powierzył Rómmlowi strategiczne dowództwo? Do dziś trudno to zrozumieć. Rómmel pozostał jednak bardziej papierowym niż rzeczywistym dowódcą obrony miasta.  Faktycznie dowodził szef obrony Warszawy, generał Walerian Czuma. Dodatkowo, po załamaniu się kontrofensywy nad Bzurą do Warszawy z resztkami swojego wojska przebił się gen. Kutrzeba. W sumie stolicy broni ponad 100 000 żołnierzy. Przez kilkanaście dni Niemcy nie decydują się na generalny szturm. Przygotowują grunt bombardowaniami i ostrzałem artyleryjskim. Do decydującego ataku przystępują 25 września. Polacy odpierają natarcie zarówno dzień jak i dwa dni później. Ale 28 września walki się kończą. Wówczas to gen. Kutrzeba udaje się do siedziby niemieckiego Sztabu i podpisuje kapitulację. Główny powód? Brak zaopatrzenia, oraz ogromne ryzyko katastrofy sanitarnej, a za nią humanitarnej.

 

              [Materiały archiwalne] „Halo, halo. Czy nas słyszycie? To nasz ostatni komunikat. Dziś oddziały niemieckie wkroczyły do Warszawy. Braterskie pozdrowienie przesyłamy żołnierzom polskim, walczącym na Helu i wszystkim walczącym, gdziekolwiek się jeszcze znajdują. Jeszcze Polska nie zginęła! Niech żyje Polska!”

 

              [Prowadzący] Podczas oblężenia stolicy zginęło 2000 wojskowych i aż 10 000 cywilów. Ponad 60 000 osób zostało rannych. Zniszczony został też co ósmy budynek Warszawy. Nikt wówczas nie może wiedzieć, że to dopiero początek straszliwej gehenny miasta. Ale to też realny początek walki podziemnej. W przeddzień kapitulacji utworzona została  konspiracyjna organizacja Służba Zwycięstwu Polski. Koniec września. Wojna dogorywa. Praktycznie po całym terytorium panoszą się wojska najeźdźcy. Ale nie wszędzie jeszcze złożono broń.

 

              [Lektor]  „Wszyscy kapitulują we wrześniu, my wytrzymamy do października.”

 

              [Prowadzący] – oświadczył dowódca obrony Helu. Według przedwojennych planów jednostka miała utrzymać się przez 6 tygodni, ale po upadku Warszawy komandor Włodzimierz Steyer dostał wolną rękę. Hel atakowany był od 1 września, głównie z wody i powietrza. 30 września z samego końca cypla żołnierze próbowali nawet zrobić wyspę, wysadzając zaporę torpedową. Plan się nie powiódł, a kapitulacja podpisana została 2 października. Gdy obrońcy półwyspu szli do niewoli trwała jeszcze ostatnia duża bitwa tej kampanii.

 

              [Lektor] „Był zaprzeczeniem tego, że wszystko się wali, że wszystko zawodzi. Dziwny wódz. Innym wojska rozbijano, jemu walka je zbierała.”

 

              [Prowadzący] – pisał jeden z  oficerów o gen. Franciszku Kleebergu. Dowódca ten początkowo organizował obronę Polesia. Po 17 września próbował przebijać się w stronę granicy. Po kilku dniach [55:00] zmienił kierunek, by iść z odsieczą Warszawie. W końcu, w związku z brakami amunicji postanowił zaatakować Dęblin, by zdobyć składnicę uzbrojenia. Jego zgrupowanie przemianowane na samodzielną grupę operacyjną „Polesie” działało jak magnez, przyciągając resztki rozbitych oddziałów. Był to bój heroiczny i skuteczny, do czasu gdy skończyła się amunicja. Keebergowi pozostały rozmowy kapitulacyjne. „W Kocku na podwórzu przed pałacem czeka kompania. Prezentuje broń. Wita nas generał, dowódca korpusu. Mówi kilka grzecznych słów, podziwia bohaterstwo Polaków: «Biliście się tak, jak tylko Niemcy bić się potrafią». Generał odpowiada: «Wykonaliśmy to, co do nas należało. Skończyła się amunicja, skończyliśmy się bić».” Tak relacjonował je szef oddziału operacyjnego major Tadeusz Grzeszkiewicz. To był praktycznie koniec działań wojennych. Na terenie byłej już II Rzeczpospolitej znajdowały się, co prawda, oddziały pod bronią, ale głównym ich celem było przebicie się do granicy, lub jak w przypadku majora Henryka Dobrzańskiego „Hubala” walka partyzancka. Bilans kampanii jest porażający. Zginęło 70 000, a rannych zostało ponad 130 000 polskich żołnierzy. Do niemieckiej niewoli trafiło ponad 400 000 wojskowych. Straty niemieckie były kilkukrotnie mniejsze: śmierć poniosło ok. 16 000, a rany ok. 30 000 żołnierzy. W walkach z sowietami zabitych lub zamordowanych zostało ponad 6 000 polskich wojskowych, sowieci mieli stracić ok. 3 000 poległych. Największa klęska w całej historii Polski stała się faktem. Co gorsza, było to tylko preludium do prawdziwej gehenny, która miała trwać ponad 5 lat, a później przemienić się w komunistyczną niewolę. Pozostaje pytanie: czy klęsce można było zaradzić, lub chociaż ją zmniejszyć? Czy można było nakreślić inny scenariusz zdarzeń? Jak choćby związanie się sojuszem z Niemcami. To znów pytanie do historyka Grzegorza Rutkowskiego.

 

              [Gość] Część polskich publicystów ukuło taką tezę, że Polska lepiej by wyszła, jeżeli zgodziłaby się na przełomie 38 i 39 roku na propozycję III Rzeszy Niemieckiej, na propozycję ze strony Hitlera, co mogłoby zaowocować sojuszem polsko-niemieckim. Ta cała narracja jest tworzona dość takim uproszczonym modelu sytuacji międzynarodowej. Nie wiemy jak inni gracze europejscy zachowaliby się względem Polski, jeżeli by doszło do sojuszu III Rzeszy z Polską. Nie wiemy jak zachowałby się Związek Sowiecki, nie wiemy jak by zachowała się Francja. Przecież w dużej mierze groziło to zerwaniem sojuszu z Francją, który przecież był jednym z takich filarów bezpieczeństwa polskiego. I też w sumie nie wiemy czy Polska na tym lepiej by skończyła. Zwłaszcza że wydarzenia i ta propozycja Hitlera względem Polski miała miejsce przecież tuż po Monachium. Stwarzało to zagrożenie, że Polska, względem której Niemcy też mieli roszczenia terytorialne, mogłaby podzielić los Czechosłowacji. Wiemy już z perspektywy 39 roku, pierwszej połowy 39 roku, że Hitler nie był graczem, uczestnikiem, który dochowywał zawartych umów. Sojusz z Polską by miał charakter raczej taktyczny, zapewne skierowany przeciwko Francji. Być może przeciwko Związkowi Sowieckiemu. No i ostatnia rzecz, kwestia dość oczywista, niekiedy pomijana, to znaczy czy elity polskie i też społeczeństwo polskie zachowywało się w ten sposób, że zaakceptowałoby taki sojusz.

 

              [Prowadzący] To jednak tylko dywagacje. Trudno też wyobrazić sobie polskie ustępstwa, choć rząd w Warszawie doskonale zdawał sobie sprawę z ogromnej przewagi armii niemieckiej. Polska zabezpieczyła się w teoretycznie najlepszy możliwy sposób, wiążąc się z Francją i Anglią. To one miały siłę by skutecznie walczyć z niemiecką armią. Trudno też wyobrazić sobie, by polska dyplomacja mogła lepiej rozegrać stosunki ze związkiem sowieckim, z którym zawarto przecież pakt o nieagresji. I choć polskiemu dowództwu i rządowi można zarzucić mnóstwo, od niedopełnienia obowiązków czy niedbałości przez błędy strategiczne, złe dowodzenie, aż po tchórzostwo, a byli i tacy, którzy posądzali ich o zdradę. Tyle że nawet najpoważniejsze zarzuty nie zmienią faktu, że osamotniona Polska od klęski uchronić się nie mogła. I po nieco ponad 20 latach znów zniknęła z map świata. [01:00:00] I to wszystko w dzisiejszym podcaście. Zapraszam na kolejne. Do usłyszenia, mam nadzieję, Łukasz Starowieyski.

 

              „1000 lat. Prześwietlenie” podcast Muzeum Historii Polski o najważniejszych wydarzeniach w historii Polski. Podcastów „1000 lat. Prześwietlenie” wysłuchasz na YouTube, Spotify, Google Podcast, Audiotece, a także na innych platformach podcastowych. Chcesz być na bieżąco? Subskrybuj kanał Muzeum Historii Polski.

 

 

Data of the object

Description

Wojna obronna 1939 roku to jedno z najtragiczniejszych wydarzeń w historii Polski. W nieco ponad miesiąc niemieckie dywizje rozbiły do szczętu polską armię, a Sowieci wbili Polakom nóż w plecy, zajmując ogromne obszary wschodniej Polski. Wszystko to przy bierności naszych sojuszników. Czy los Polski był przesądzony już w chwili, w której Hitler wydał rozkaz? Czy dla Hitlera Polska od początku była wrogiem numer jeden? Dlaczego Francja i Anglia pozostawiły Polskę samą sobie i czy to rzeczywiście była to zdrada? Dlaczego Stalin czekał z rozkazem zaatakowania Polski aż do 17 września 1939 roku? Czy przedwojenne elity rządzące i polskie dowództwo słusznie spotkało się z oskarżeniami o zdradę i tchórzostwo? Czy możliwe było uniknięcie wojny? W podcaście Muzeum Historii Polski z serii „1000 lat. Prześwietlenie” Łukasz Starowieyski światło historycznego roentgena skieruje na tzw. kampanię wrześniową. Gościem odcinka jest Grzegorz Rutkowski z Muzeum Historii Polski. 

Powiązane Materiały