Kamila Kowalska - Mediatheque - Polish History Museum in Warsaw SKIP_TO
Visit Przejdź do sklepu
Historia mówiona
Audiovideo

Kamila Kowalska

Kowalska, Kamila (świadek historii); Rottermund-Taraszkiewicz, Elżbieta (prowadzący/a rozmowę); Gil, Paweł (operator kamery);

14/10/2025

Transcription

Kamila Kowalska

Śmierć papieża Jana Pawła II to na pewno jedno z tych zdarzeń, które wyznaczyło pewną cezurę dla mojego pokolenia. Ja urodziłam się w 1978 roku, czyli dokładnie w roku rozpoczęcia pontyfikatu przez Karola Wojtyłę. Od 2002 roku tak naprawdę mieszkałam we Włoszech, od 2003 w Rzymie. Stąd też ten moment odchodzenia papieża mogłam śledzić na co dzień w mediach, ale też na ulicach, obserwując, jak reagowały na kolejne doniesienia osoby, turyści, osoby, które tam mieszkały. Jak ogromne poruszenie powodowały wszystkie informacje, które mówiły o tym, że sytuacja pogarsza się. To były takie tygodnie w tym gwarnym i tłumnym i tłocznym Rzymie, takie tygodnie ciszy i tygodnie zadumy, refleksji. Takie tygodnie, w których osoby, które się nie znały na ulicy, wymieniały się spostrzeżeniami, rozmawiały. To był jedyny temat, który tak naprawdę towarzyszył tamtym momentom, tamtym chwilom. Papież Jan Paweł II był niezwykłym papieżem z punktu widzenia też właśnie społeczności włoskiej ogólnie, ale też rzymskiej. To on był tym pierwszym, który odwiedził wszystkie parafie. To on też był tym pierwszym papieżem, z którymi tak naprawdę Włosi się zetknęli na co dzień w swoich domach, w okolicach swoich domów. Dlatego też tak żywa była to pamięć i był to też tak długi pontyfikat 27-letni. Stąd też osoby, tak jak powiedziałam, przyzwyczaiły się, że papież to był ten papież. Sytuacja jego choroby, historię jego choroby tak naprawdę znali wszyscy. Wszystkie media rozpisywały się o tym, co się dzieje. Stąd też to przygotowanie na jego odejście było gruntowne, można powiedzieć. Mówiono o tym w telewizji, mówiło się na spotkaniach towarzyskich, czytało się w gazetach. I ten dzień to są takie daty, które się pamięta. Ten drugi kwietnia. Tego dnia byłam w pracy. Po południu tak naprawdę na Plac Świętego Piotra przychodziło się codziennie, bo to była sytuacja, która mogła się zdarzyć każdego dnia. Tego dnia wróciłam z pracy i gdzieś około godziny 19-20 pomyślałam, że pójdę na plac zobaczyć, jaka jest sytuacja. Tam Plac Świętego Piotra był wypełniony osobami, Rzymianami, turystami właściwie codziennie. Wszyscy stali w oczekiwaniu na informacje. Ja pamiętam ten moment, kiedy skręcałam w Via della Conciliazione, czyli tą główną ulicę, która prowadzi do na plac Świętego Piotra. I to była 21:37 i rozbrzmiały dzwony. I tego nie można sobie wyobrazić, nie można zaplanować. I to były te dzwony, po których już nie trzeba było nic pytać i nie trzeba było też zastanawiać się, co one oznaczają. Mogło oznaczać tylko jedno, że Jan Paweł II odszedł. I tutaj też po raz kolejny ten tłum osób, który znalazł się wówczas na Placu Świętego Piotra, nagle poczuł taką pewną wspólnotę. Wspólnotę bycia w miejscu, w którym zdarza się historia, w którym zdarza się coś bardzo ważnego, niezwykłego, jedynego w swoim rodzaju. Oczywiście była rozpacz, był płacz, był śpiew, były gitary. Była taka chwila przeżywania tej żałoby, tego doświadczania, tego smutku wspólna na wolnym powietrzu, tak bardzo we włoskim stylu. Ja pamiętam też, że w którymś momencie wchodząc na plac i zobaczyłam powiewające polskie flagi i była tam grupka osób, która która zaczęła śpiewać właśnie "Czarną Madonnę". I dołączyłam się do tego, do tej grupy, do tego chóru, do tego głosu. I do dziś bardzo dobrze pamiętam tą "Czarną Madonnę" odśpiewaną z zupełnie nieznanymi osobami, których później już nigdy nie spotkałam. A tego dnia stanowiły dla mnie najbliższe mi osoby, które dzieliły ten smutek i tak naprawdę były ze mną w sytuacji, o której pewnie nigdy nie zapomnę i która wyznaczyła jakąś historię.

Powódź tysiąclecia we Wrocławiu wydarzyła się w bardzo szczególnym dla mnie roku. W maju 1997 roku zdałam maturę i tak naprawdę na początku lipca szykowałam się do zdania egzaminów na Wydział Prawa na Uniwersytecie Wrocławskim. Zanim przyszły egzaminy, przyszła powódź. I bardzo dobrze pamiętam ten okres. Pamiętam te dni poprzedzające, kiedy było się przyklejonym, że tak powiem, do telewizora i patrzyło się, co się dzieje w Kotlinie Kłodzkiej, co się dzieje w Opolu. I właściwie po tym, co wydarzyło się w Opolu, wiadomo było, że kolejny etap to będzie Wrocław. Ja we Wrocławiu mieszkałam w Śródmieściu, tam jest dom mój rodzinny i lubiłam zawsze myśleć o tym miejscu i o tej części Wrocławia jako takiej, wyspie otoczonej mostami Zwierzynieckim, Szczytnickim i Grunwaldzkim. I też ten skrawek ziemi pozostał przez te dni powodzi, a właściwie tygodnie, takim obszarem, jedynym obszarem, po którym mogłam się poruszać. Było to takie doznanie bardzo niezwykłe, że nie można było pójść do centrum i trzeba było właśnie tak naprawdę obserwowało się te mosty, obserwowało się tą wodę, która się podnosiła.

10 lipca obudziłam się rano i zobaczyłam w telewizji informację o tym, że fala powodziowa zbliża się i potrzebna jest pomoc we wrocławskim zoo. Szukano wolontariuszy, ja bez wahania zgłosiłam się i poszłam w kierunku zoo. Ode mnie z domu było to około 30 minut na piechotę. Szłam po opustoszałych ulicach, po których nie jeździła komunikacja miejska. Przechodząc przez Most Zwierzyniecki widziałam jeszcze, widziałam, jak wysoka jest tafla wody, jak bardzo wartki jest nurt, jak bardzo brunatna jest woda. I gdy doszłam do zoo, zobaczyłam, jak wiele osób odpowiedziało na ten apel w telewizji. Było też wojsko, były helikoptery. Także takie poczucie, że dzieje się coś trudnego, coś ważnego, coś niebezpiecznego. I tego pierwszego dnia pamiętam, że tak naprawdę czuło się taką wspólnotę, takie bycie razem, robienie to, co ktoś powiedział, żeby robić, ktoś zarządzał, ktoś dowodził, a pozostałe osoby wykonywały te polecenia. Pamiętam mężczyzn, którzy byli przepasani linami i rzeczywiście bronili się przed tym nurtem, by ich nie porwał w momencie, kiedy układali te worki. Drugiego dnia, to był 11 lipca i był to dzień, w którym miała wieczorem tak naprawdę w nocy pojawi się fala kulminacyjna. Wstałam rano i poszłam ponownie do zoo. Tego dnia zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Ja zostałam poproszona o to, żeby pomóc w kuchni przygotowywać pożywienie dla zwierząt. To było takie poznanie zoo z zupełnie innej strony, od strony pracownika, pracowniczki. Przechodziłam, pamiętam, towarzyszyłam pewnej pani, którą wsparłam w tym działaniu i towarzyszyłam jej, przechodziłyśmy koło klatek. I to było też przejmujące doświadczenie, dlatego że tam, gdzie było mnóstwo wolontariuszy, było mnóstwo osób, mimo wszystko były głosy, były jakieś pokrzykiwania, czuć było to życie tętniło, to było życie zagrożone. Czyli było też czuć taką atmosferę poddenerwowania, emocji. Natomiast w tej części, gdzie były zwierzęta, tam była taka głucha cisza Przerywana też czasami takim niepokojem bardzo często również nie wyrażonym przez zwierzęta. One czuły więcej prawdopodobnie niż czuliśmy my i były tak bardzo bezbronne w tym poczuciu niepewności, w tym poczuciu niebezpieczeństwa, które się zbliżało. I pamiętam, że wiedziałam wtedy, że to jest dokładnie to miejsce, w którym chciałam być, bo tutaj były stworzenia, które nie mogły sobie same pomóc. I było to piękne widzieć, jak tak wiele osób zdecydowało się na to, by przyjść i pomagać właśnie w tym miejscu i wesprzeć tą instytucję, która dawała schronienie właśnie w tym przypadku zwierzętom. Fala kulminacyjna, która przetoczyła się tego dnia oszczędziła tą część Wrocławia. Zabrakło naprawdę kilku centymetrów do tego, by wały przeciwpowodziowe zostały pokonane i by woda wlała się do zoo i potem następnie do dzielnic, które wokół zoo się znajdują. Ja pamiętam tego dnia, kiedy wracałam do domu, ten prześwit, który obserwowałam pod mostem Zwierzynieckim, był już niewiarygodnie wąski. Ale to chyba była ta, te dwa centymetry nadziei, które pozostawały i sprawiły, że można było pójść spać, mając naprawdę wiarę w to, że może być lepiej i że następnego dnia będzie się już budzić do tego, by odbudowywać, a nie grzebać w zgliszczach.

Data of the object

Description

Relacja Kamili Kowalskiej dotyczy osobistych doświadczeń związanych ze śmiercią papieża Jana Pawła II oraz powodzią tysiąclecia we Wrocławiu. Relacjonująca opowiada o przeżywaniu ostatnich dni pontyfikatu i momentu śmierci papieża w Rzymie, gdzie mieszkała, obserwując reakcje mieszkańców miasta, turystów oraz wspólnotowe przeżywanie żałoby na Placu Świętego Piotra. Wspomina atmosferę ciszy, refleksji i spontanicznych gestów wspólnotowych, w tym obecność polskich symboli i wspólne śpiewy. W dalszej części relacji odnosi się do doświadczeń związanych z powodzią z 1997 roku we Wrocławiu, opisując przygotowania miasta, własne zaangażowanie wolontariackie w zoo oraz poczucie wspólnoty i zagrożenia towarzyszące kulminacji fali powodziowej.