Jak spędzano wakacje w PRL-u? Propaganda i wczasy PRL - Mediatheque - Polish History Museum in Warsaw SKIP_TO
Visit Przejdź do sklepu
Rzecz historyczna
Audiovideo

Jak spędzano wakacje w PRL-u? Propaganda i wczasy PRL

04/06/2026

Transcription

Prowadzący: Kiedy na początku lat 70. XX wieku redakcja tygodnika „Przekrój” przeprowadziła ankietę o wypoczynku. jej wyniki okazały się wstrząsające. Aż 80% uczestników przyznało, że nie umie odpoczywać. A przecież czas wolny w epoce PRL to temat nostalgicznych wspomnień, pięknych jak zdjęcia z rodzinnego albumu. To jak było właściwie w rzeczywistości? Tak dobrze czy tak źle? Historia czasu wolnego jest często traktowana jako coś niepoważnego. Może dlatego, że kryje w sobie pułapkę rozleniwienia. Może dlatego, że odpoczynek jest dla wielu z nas położony gdzieś poza czasem historycznym. Często chyba uważamy, że opowieść o czasie wolnym nie wniesie niczego wartościowego do obrazu dziejów. Na przekór takiemu podejściu w dzisiejszej „Rzeczy historycznej” wspólnie zobaczmy, jak wyglądały wakacje w Polsce zwanej „ludową”.

 

Część pierwsza: Wakacje zorganizowane

 

W innym odcinku „Rzeczy historycznej” szczegółowo opowiadamy o tym, jak wyglądały wakacje w okresie II Rzeczypospolitej. Niezaprzeczalnie niepodległa Polska zrobiła bardzo wiele dla odpoczynku swoich obywateli, ale wiele było jeszcze do zrobienia.

 

Lektor: „ZAKOPANE. Wycieczki zrzeszeń w ramach UNRRA, załóg fabrycznych etc. do Zakopanego z wyjazdem kolejką linową na Kasprowy Wierch (1980 m) i kolejką terenową na Gubałówkę lokuje Zarząd Pensjonatu SAS przy dworcu kolejowym w Zakopanem. Wskazane wysłanie delegata-kwatermistrza wycieczki na pół dnia naprzód”.

 

Prowadzący: Tak przeczytamy w ogłoszeniu prasowym z końca lat 40. Wysyłanie delegata-kwatermistrza, który miał dopilnować, żeby zorganizowane wycieczki miały w ogóle co jeść i pić, pokazuje, jak wielkim wyzwaniem były wakacje w pierwszych latach po II wojnie światowej, która przyniosła koszmar zbrodni, potworne zniszczenia i de facto przemieszczenie naszego kraju o kilkaset kilometrów na zachód. Ale Polacy po wojnie pragnęli żyć. Nieoczekiwanie wielkim zainteresowaniem cieszyło się spędzanie wakacji na przykład w takich miejscowościach jak Karpacz, Szklarska Poręba czy Międzyzdroje. Wszystkie one były położone na ziemiach zachodnich, przyłączonych do Polski po wojnie, toteż i wyprawa tam była prawie jak wczasy za granicą. Państwo zaczęło hurtem przejmować niezrujnowane w czasie wojny i nadające się do zagospodarowania pensjonaty oraz ośrodki wypoczynkowe. Dużą rolę grały początkowo budynki poniemieckie, zwłaszcza na Dolnym Śląsku, gdzie już przed wojną funkcjonowała rozbudowana infrastruktura turystyczna. Po II wojnie światowej władzę w Polsce przejęli komuniści. Czas wolny szybko uznali za ważne narzędzie polityczne. Oto w nowej Polsce, zwanej czasem ludową, czas wolny miał być podarunkiem władzy dla obywatela. Wakacje należało jednak zorganizować. Miało to swoje znaczenie praktyczne, bo chodziło o to, by na wakacje mogło wyjechać jak najwięcej osób.

 

Ale chodziło także o kontrolę. Państwowe ośrodki mogły zagwarantować, że nawet w czasie wolnym obywatele będą znajdować się ciągle pod czujnym okiem władzy. Już w 1949 roku powołano do życia Fundusz Wczasów Pracowniczych. Ta nazwa nierozerwalnie splotła się z opowieściami o zorganizowanym wypoczynku w PRL. Był to prawdziwy organizacyjny moloch. W końcu lat 60. zawiadywał on już z górą 50 tysiącami miejsc wypoczynkowych w blisko 120 miejscowościach w całej Polsce. Przede wszystkim w tych turystycznie najatrakcyjniejszych, rzecz jasna, położonych w górach, nad morzem oraz nad jeziorami. Dlaczego to takie ważne i czym różniło się od czasów przedwojennych? Po pierwsze bazą wypoczynkową stały się upaństwowione ośrodki służące niegdyś, jak głosiła komunistyczna propaganda, sanacyjnym elitom, a także wielkie kombinaty wypoczynkowe budowane od zera przez komunistyczne państwo. Najważniejsze było to, by na wakacje mógł sobie pozwolić każdy. I rzeczywiście w 1955 roku zakładano, że z odpoczynku zorganizowanego przez Fundusz Wczasów Pracowniczych skorzystać ma ponad 2 miliony osób. Od połowy lat 50. duże zakłady budowały własne ośrodki wypoczynkowe. Nie tylko domki letniskowe czy budynki z pokojami noclegowymi, ale również świetlice i zaplecza gastronomiczne.

 

Z czasem, w kolejnych dekadach zakładowe ośrodki wypoczynkowe wyrosły na prawdziwą potęgę. W 1986 roku w Polsce było ogółem 820 tys. łóżek wczasowych, z czego 620 tys. zakładowych, a raptem 36 tys. należących do Funduszu Wczasów Pracowniczych, choć te ostatnie uważano za wyjątkowo prestiżowe. Zorganizowany wypoczynek w PRL był ważnym elementem propagandy. Konstytucja Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej mówiła, że obywatele PRL mają prawo do wypoczynku. Ale oprócz pełnienia funkcji propagandowej był on wielkim narzędziem zmiany społecznej. Miał być dostępny dla każdego. I rzeczywiście dorośli mogli wyjechać na wczasy, a dzieci na kolonie i obozy. Jednak wielu Polaków, zwłaszcza tych o niższym statusie społecznym, po prostu nie wiedziało, jak radzić sobie z czasem wolnym. Tak opisywał to jeden z badaczy tematu.

 

„Wyjazd poza własną okolicę przekraczał nieraz horyzonty poznawcze i trudno było uzasadnić sobie jego celowość, nie mówiąc już o rozlicznych obawach co do pobytu w zupełnie nowych warunkach i środowisku. Część robotników uważała, że po prostu nie nadają się na takie wyjazdy. Rzecz w tym, że sposoby i atmosfera wypoczywania od samego początku kariery tego słowa były związane ze stylem życia, ziemiaństwa, potem inteligencji i mieszczaństwa odległym od świata robotników”.

 

Czy na te wczasy mógł pojechać każdy? Każdy, kto dostał odpowiednie skierowanie, rozdzielane przez odpowiednie instancje władzy, a ostateczna decyzja o ich przyznaniu należała do rady zakładowej. Czteroosobowa rodzina płaciła zwykle około połowy pensji pracownika, który otrzymywał takie skierowanie. Do połowy lat 50. oprócz znakomitych pejzaży czy wycieczek z przewodnikiem żelaznym punktem programu były poranna gimnastyka i spotkania z przodownikami pracy. Później agitacyjne ambicje komunistów się zmniejszyły. Miejsce pogadanek o wyższości socjalizmu zajęły dancingi, ogniska oraz turnieje brydżowe lub szachowe. Postacią symboliczną w organizacji form wypoczynku w komunistycznej Polsce był tzw. kaowiec. Jest to skrót od nazwy stanowiska referent kulturalno-oświatowy. Innymi słowy był to człowiek organizujący czas ludziom w trakcie odpoczynku. Czym konkretnie się zajmował? Organizował wycieczki, zabierał do kina, planował zabawy. Bywało jednak tak, że miał znacznie bardziej odpowiedzialne zadania. Uczył zachowania przy stole, a niekiedy nawet korzystania ze sztućców. Jednocześnie za pośrednictwem kaowca państwo kontrolowało czas wolny wczasowiczów i mogło stosować miękkie formy propagandy. Osobna sprawa na ile skutecznie. A zatem udział w wieczorkach prowadzonych przez instruktora kulturalno-oświatowego był rytuałem zorganizowanych wczasów dla dorosłych.

 

Rytuałem zorganizowanego wypoczynku dla młodzieży były codzienne quasiwojskowe, poranne i wieczorne apele. Tylko w pierwszej połowie lat 70. oddano do użytku ponad 140 domów wczasowych i kolonijnych, a korzystało z nich w skali roku kilka milionów osób. Duża część z nich to dzieci. O ile w II Rzeczypospolitej znakomita większość dzieci i młodzieży nie miała szans na żaden zorganizowany wypoczynek, o tyle w Polsce Ludowej był on w istocie znacznie bardziej dostępny. We wspomnieniach wielu dzieci, choćby z rodzin robotniczych, kolonie i obozy to pierwsza okazja, by zobaczyć morze i góry, by wędrować z plecakiem po szlaku i poznawać walory krajoznawcze Polski. Dla dzieci z obszarów wiejskich atrakcją były kolonie w Warszawie czy Krakowie. Mieszkano zazwyczaj w skromnych warunkach, a podczas posiłków królowały potrawy rodem z barów mlecznych. Ale choć wspomnienia są kolorowe, to do ideału sporo brakowało. Nierzadko bowiem z kolonii i obozów dzieci wracały z wszami, które po wakacjach trzeba było wyczesywać gęstym, metalowym grzebieniem. Jak widać poziom zorganizowanych wczasów w PRL mówi o stanie całego państwa więcej niż wydawałoby się to na pierwszy rzut oka.

 

Część druga: Podróż za jeden uśmiech

 

W PRL nawet to, co miało być indywidualne, nie było indywidualne do końca. Wakacje organizowane na własną rękę też znajdowały się pod pewną subtelną kontrolą. Tak jak Fundusz Wczasów Pracowniczych zajmował się organizacją wypoczynku masowego, tak i wypoczynek indywidualny miał swojego głównego organizatora. Oto w grudniu 1950 roku zaczęło funkcjonować Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze. Również ono systematycznie rozbudowywało sieć własnych placówek, odpowiadało jednak przede wszystkim za wakacyjny odpoczynek w formie aktywnej. Dlatego też sprawowało pieczę nad tak zwanymi domami turysty, stanicami wodnymi, schroniskami czy bazami namiotowym. Ale o co chodzi z tym organizowaniem turystyki indywidualnej? Spójrzmy na to na najlepszym możliwym przykładzie, na przykładzie autostopu. Jest rok 1957. Zainspirowani amerykańską popkulturą dwaj studenci AGH w Krakowie Bogusław Laitl i Tadeusz Sowa wybierają się w pierwszą w Polsce podróż autostopową. Objeżdżają cały kraj niczego niespodziewających się kierowców przekonują, machając proporczykiem z napisem „Ten kierowca fajny chłop, co popiera autostop”. Sami nazywają się włóczykijami, a w dzienniku podróży skrzętnie notują wszystkie szczegóły oraz zbierają podpisy od kierowców. Cały kraj podziwia ich za odwagę.

 

Po latach stalinizmu, podczas których bez pozwolenia trudno było wziąć głębszy oddech, była to prawdziwa rewelacja. Spontaniczny pomysł to jedno, ale rozsądek obu studentów to drugie. Zdawali sobie sprawę z tego, że milicja może ich zatrzymać szybciej niż oni zatrzymają choćby jeden samochód. Dlatego też sami uprzedzili władze i poszli na komendę. Czy to ich czar, czy dobry humor milicjanta, dość, że uzyskali upoważnienie do podróży autostopem na terenie Polski i... W drogę. Obaj studenci zwiedzili przy okazji fabryki, huty i inne zakłady pracy związane z kierunkiem swoich studiów. Po chwili wahania władze komunistyczne uznały, że być może nie jest to taki zły pomysł na młodzieżowe wakacje. Tym samym komunistyczna Polska stała się pierwszym na świecie krajem, w którym zalegalizowano autostop. Pionierska wycieczka pociągnęła za sobą lawinę. Już w kolejnym roku redakcja tygodnika „Dookoła Świata” organizuje pierwszy konkurs autostopowy. Biletem w podróż za jeden uśmiech staje się niepozorna książeczka, którą można kupić w każdym kiosku. Na okładce widnieje duże, czerwone kółko przypominające milicyjnego lizaka, a podróżnik ma nim machać, aby kierowca wiedział, że zatrzymujący samochód bierze udział w akcji.

 

Tygodnik „Dookoła Świata” pisał tak:

 

Lektor: „Książeczka uczestnictwa jest imienna i posługiwać się nią może tylko ten, na czyje nazwisko jest wystawiona. Jest ona jednocześnie dokumentem ubezpieczenia od następstw nieszczęśliwych wypadków. Po dokładnym wypełnieniu książeczki zgodnym z objaśnieniami turysta wysyła do redakcji kartę zgłoszeniową, która w postaci karty pocztowej stanowi część składową książeczki, a następnie poświadcza książeczkę w najbliższej placówce PTTK”.

 

Prowadzący: A zatem każdy nabywca książeczki był wpisywany do ewidencji. Służyło to po części jego bezpieczeństwu, ale w razie niewłaściwego zachowania można go było łatwo zidentyfikować. Ważną częścią książeczki były strony z kuponami. Gdy autostopowicz został już podwieziony na miejsce, wręczał kierowcy karteczkę z liczbą przejechanych kilometrów. Gdy ten zebrał ich odpowiednią liczbę, mógł wziąć udział w losowaniu nagród. A już w roku 1958 do wygrania było nie byle co, bo aparaty fotograficzne, sprzęt AGD, a nawet, jak mówiono, „fabrycznie nowy samochód krajowy”. I rzeczywiście nową syrenę prosto z taśmy produkcyjnej odebrał Jan Majewski z Łodzi, mający na koncie aż 86 870 kilometrów przejechanych razem z autostopowicza. Chociaż w książeczkach autostopowicza można było znaleźć mapy oraz subtelne sugestie tras, w tym na przykład trasę „wielkie budowle socjalizmu”, propagandowy wymiar polskiego autostopu był chyba mimo wszystko na drugim planie. Najważniejsza była wolność, nawet jeśli reglamentowana. Autostopowicze brali udział w zorganizowanej akcji aż po lata 90. Próbowały go wprowadzić również inne kraje komunistyczne, ale bez większego przekonania i bez większych sukcesów. Nad Wisłą najwięcej w historii książeczek autostopowicza sprzedano w 1960 roku.

 

Później ta liczba stopniowo spadała, aż w końcu akcja została zamknięta. To jednak wydarzyło się już dopiero w 1994 roku. „Gdzie szosy biała nić / tam śmiało bracie, wyjdź / i nie martw się, co będzie potem” - rozgrzewała młodzież w latach 60. Karin Stanek. Popkultura polska tego okresu chętnie zajmowała się autostopem. Hitem na księgarskich półkach była „Podróż za jeden uśmiech” Adama Bahdaja. I to do tego stopnia, że przygody Dudusia Fąferskiego zaadaptowano jako serial. Co ciekawe w naszym krajowym autostopie zakochali się również Węgrzy. Dla wielu z nich Polska lat 60. była oknem na świat, a moda, filmy czy muzyka były tak samo ważne, jak możliwość podróżowania autostopem pod czujnym okiem PTTK, Ministerstwa Komunikacji i Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej oczywiście.

 

Część trzecia: Za granicę czy na działkę

 

Krótko po II wojnie światowej, gdy komuniści budowali w Polsce system totalitarny, wyjazdy za granicę w praktyce stały się niemożliwe. Im trudniej było wyjechać z kraju, tym bardziej trzeba było spędzać wakacje gdzieś w Polsce. Przełom przyszedł w połowie lat 50., ściślej od kwietnia 1956 roku Polacy mogli stosunkowo łatwo podróżować do Czechosłowacji.

 

Wystarczyło uzyskać przepustkę do tak zwanej strefy konwencyjnej, która sięgała kilkanaście kilometrów w głąb państwa czechosłowackiego. Czy Polacy byli spragnieni wyjazdów zagranicznych? Bezdyskusyjnie tak. Statystyki pokazują, że w samym tylko 1956 roku z możliwości, które otworzyło porozumienie między Warszawą a Pragą skorzystało ponad 100 tysięcy obywateli PRL. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że postanowili oni iść z plecakami w góry, aby podziwiać krajobraz słowackich Tatr czy czeskich Karkonoszy. Większość rodaków zajmowała się bowiem zakupami, a że przydział koron na wycieczki zagraniczne był zupełnie mikroskopijny, najpierw trzeba było poświęcić nieco czasu na handel. W ten sposób zaroiło się od Polaków oferujących rozmaity asortyment w miejscowościach takich jak Smokowiec czy Tatrzańska Łomnica. Ale prawdziwym marzeniem dla Polaków pozostawał Zachód. Oto wśród 120 tysięcy podań o paszport, złożonych od początku stycznia do początku listopada 1956 roku, aż 55 tysięcy dotyczyło właśnie wyjazdów na Zachód. Głód wyjazdu tam był powszechny. Na początku września 1956 roku „Życie Warszawy” z dumą podawało następującą informację:

 

Lektor: „Wśród autobusów obwożących stale po ulicach Paryża turystów amerykańskich, angielskich, belgijskich, niemieckich, hiszpańskich, holenderskich i innych znajduje się od poniedziałku nowy autobus z 35 turystami polskimi. Przybyli oni na dwutygodniowy pobyt do Francji w ramach pierwszej powojennej wycieczki zorganizowanej przez Orbis”.

 

Prowadzący: Między bajki można jednak włożyć przekonanie, że Zachód był kierunkiem stricte wakacyjnym. Owszem, wyjeżdżano tam i to bardzo chętnie, ale przede wszystkim znowu po to, aby pracować i handlować. Czym innym natomiast były wyjazdy do tak zwanych krajów demokracji ludowej, czyli do innych krajów komunistycznych. Dobrym przykładem mogą tu być wyjazdy do Bułgarii. W okresie PRL pełniły one rolę porównywalną do dzisiejszych wyjazdów do Hiszpanii czy do Grecji. To był szyk i szpan. Można było się tym pochwalić przed koleżankami, przed kolegami. Inna sprawa, że czarnomorskie wybrzeże oferowało szerokie piaszczyste plaże, ciepłe morze i naprawdę niezłą bazę hotelową. Kto zatem jeździł nad urokliwe Morze Czarne? Ludzie prawie wszystkich zawodów, których było stać i którzy znowu dostawali odpowiednie skierowanie. Było ono prawdziwym przedmiotem pożądania i wielu rodaków zrobiłoby naprawdę wiele, łącznie z nagięcie prawa, żeby dostać takie wakacyjne skierowanie. Komu się udawało? W 38-osobowej grupie Sport-Touristu pod koniec lat 60. znalazło się 11 urzędników, siedmiu górników, pięciu pracowników technicznych, trzy pielęgniarki, trzech właścicieli warsztatów samochodowych, dwóch taksówkarzy, dwie lekarki, dwie emerytki, prokurator, kowal artystyczny i architekt wnętrz.

 

Można by powiedzieć prawdziwy triumf egalitaryzmu. Wygrzewanie się na bułgarskich plażach w Złotych Piaskach czy Słonecznym Brzegu było fantastycznym doświadczeniem. Podobnie zresztą na plażach rumuńskich w malowniczych kurortach, takich jak Mamaia czy Eforie Nord. Spokój ducha mogła co prawda burzyć bieda rumuńskich krajobrazów, jednak gdy pociąg z kraju docierał do stacji docelowej, baza hotelowa budziła zdumienie i było to zdumienie jednoznacznie pozytywne. Jednak dla większości rodaków wyjazd wakacyjny do tak zwanego zaprzyjaźnionego kraju byłby niepełny bez... Bez handlu. W PRL zagraniczne wakacje bez handlu właściwie w ogóle nie wchodziły w grę. Handlowano wytrwale i konsekwentnie. Przede wszystkim artykułami tekstylnymi i kosmetykami, przede wszystkim zaś jeansami. Polska zaopatrywała w nie chyba całą Europę Wschodnią. W latach 70. na studenckiej wycieczce do Związku Sowieckiego handlował nimi nawet późniejszy prezydent Aleksander Kwaśniewski. Tak, polskie dżinsy szły jak woda, choć przecież nie były to żadne oryginalne zachodnie marki, ale szyte w kraju głównie z dżinsu tureckiego. Wielkim powodzeniem w wakacyjnym handlu cieszyła się też damska galanteria, na przykład bluzki. Natomiast wśród kosmetyków bezapelacyjnie pierwsze miejsce zajmował krem Nivea. W Bułgarii wielkim zainteresowaniem cieszyły się też kapy i narzuty w jaskrawych kolorach. Wywożono je z Polski tysiącami. Nad węgierskim jeziorem Balaton czy w malowniczym Budapeszcie na tak zwanych polskich targach konsekwentnym hitem pozostawały natomiast ręczniki frotte. A kiedy już udało się rodakom dobrze wypocząć i sprzedać przywiezione towary, był czas, żeby wrócić do kraju. Co zamożniejsi mogli pozwolić sobie na spokojny wypad za miasto, nierzadko własnym samochodem, maluchem albo dużym fiatem. Można było wybrać się na działkę, które stawały się coraz bardziej popularne, zwłaszcza w ostatniej dekadzie istnienia PRL. Jak wynika z danych o działkę starało się wówczas aż 700 tysięcy osób, a łączna liczba działkowiczów przekroczyła wówczas 2,5 miliona.

 

Ze wszystkich opisanych tu sposobów na wypoczynek i spędzanie wakacji, to właśnie działki stanowiły największą bazę wypoczynkową. Patrząc dziś na ten ogromny zapał Polaków, by spędzić wolny czas na własnych działkach, czasem poza miastem, a czasem w ramach pracowniczych ogródków działkowych, aż trudno uwierzyć, że PRL nie znał w ogóle instytucji grilla. Dopiero w początku lat 90. stał się on tak ogromnie atrakcyjnym rytuałem i pozostaje nim zresztą do dzisiaj.

 

Jeśli zresztą spojrzymy na sposoby polskiego odpoczywania w PRL, to chyba trudno twierdzić, że opowieść o czasie wolnym nie wniesie niczego wartościowego do obrazu dziejów. Jest dokładnie odwrotnie.

 

Data of the object

Description

Jak spędzano wakacje w PRL-u? Czy Polacy preferowali wczasy nad polskim morzem? Jak wyglądała wówczas turystyka w Polsce? Jak wczasy w PRL-u były związane z historią PRL? Czy propaganda próbowała je wykorzystać do własnych celów? Kim był kaowiec? Wybierano wczasy w Polsce czy zagranicą? Jak odpoczywano w wakacje? PRL to rozdział, który wiąże się z historią Polski. PRL to także codzienność, także ta wakacyjna.