Andrzej Dziełak
Ujazdowska, Lidia (prowadzący/a rozmowę); Dziełak, Andrzej (świadek historii); Różański, Maciej (operator kamery);
07/05/2016
Copyright classification
Timer
-
Pochodzenie świadka
-
Rozpoczęcie edukacji w szkole podstawowej w Żaganiu, a następnie kontynuowanie nauki w szkole podstawowej w Węglińcu. Ukończenie liceum Ogólnokształcącego w Zgorzelcu
-
Słuchanie Radia Wolnej Europy
-
Bliski kontakt z kościołem - wspomnienie o ks. Andrzeju Jankowskim
-
Studia seminaryjne 1966 r. - powód pójścia do seminarium
-
Wpływ rodziców i nauczycieli na wychowanie
-
Harcerstwo
-
Rozpoczęcie seminarium we wrześniu 1964 r. - wspomnienie o biskupie Bolesławie Kominku
-
Orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich
-
Przepisywanie tekstu orędzia
-
Dwuletnia służba wojskowa w 1966 r. - powstanie jednostki kleryckiej
-
Traktowanie kleryków w jednostce
-
Donosicielstwo w wojsku
-
Anegdota o liście, który został zaadresowany do ks. Dziełaka
-
Zajęcia polityczne w wojsku
-
Część kleryków zrezygnowała z nauki w seminarium
-
Odwiedziny kardynała Karola Wojtyły
-
Modlitwa w koszarach
-
Seminarium we Wrocławiu
-
Święcenia kapłańskie w 1971 r. - praca jako wikary w parafii
-
Otrzymanie wezwania do rozpoczęcia studiów na Akademii Teologii Katolickiej
-
Anegdota o zjeździe w Paryżu
-
Praca w Centralnym Ośrodku Duszpasterstwa Akademickiego
-
Pierwsze pielgrzymki do Częstochowy
-
W 1981 r. świadek zostaje opiekunem Arcybiskupiego Komitetu Charytatywnego - pomoc osobom represjonowanym
-
Działalność Komitetu Charytatywnego
-
Duszpasterstwo Akademickie
-
Wsparcie księdza arcybiskupa Henryka Gulbinowicza
-
Traktowanie pielgrzymek jako manifestacji politycznych przez służby bezpieczeństwa
-
Wspomnienie o działaniach księdza Zienkiewicza
-
Pielgrzymka do Trzebnicy i na Jasną Górę - kazanie księdza Zienkiewicza
-
Ocena duszpasterstwa przez służby bezpieczeństwa
-
Postawa księdza Zienkiewicza
-
Rozstrzelanie sióstr nazaretanek z Nowogródka
-
Sytuacja młodych ludzi, którzy próbowali się odnaleźć w stanie wojennym
-
Sposób prowadzenia formacji duszpasterskiej
-
Bezinteresowność księdza arcybiskupa Zienkiewicza
-
Użyczanie sal Komitetowi Obywatelskiemu
-
Prowadzenie mszy na strajkach studenckich
-
Marsz w obronie więźniów politycznych
-
Msza święta za ojczyznę odprawiona przez księdza Jerzego Popiełuszkę
-
Wspomnienie o spotkaniu księdza Jerzego w wojsku w Bartoszycach
-
Spotkania z księdzem Jerzym - ostatnie spotkanie miało miejsce pod koniec sierpnia 1984 r.
-
Rozmowa z Janem Nowakiem-Jeziorańskim
Transcription
Jest 7 maja 2016 roku. Jesteśmy we Wrocławiu na Brochowie w mieszkaniu księdza Andrzeja Dziełaka. Nazywam się Lidia Ujazdowska, towarzyszy mi Maciej Różański. Naszym, dzisiaj naszym rozmówcą jest ksiądz Andrzej Dziełak. Bardzo proszę o opowieść o swoim życie księże Andrzeju.
Cieszę się, bo to akurat 70-tka mnie w tym roku wybija, tak? Więc początek moje życia. Rodzice pochodzą z Mazowsza, spod Ostrołęki, dokładnie parafia Goworowo. Tatuś z rodziny chłopskiej, wiejskiej, choć ze szlachty mazowieckiej, tak? Mamusia była córką wójta miejscowej gminy. Jak się znalazłem na zachodzie? Jak moi rodzice znaleźli się na Ziemiach Odzyskanych? Tatuś jak kolejarz był związany z Armią Krajową. I kiedy przed zakończeniem II wojny światowej już wyłuskiwano akowców nawet wtedy, gdy Armia Czerwona stała na linii Wisły czekając aż powstanie warszawskie się wykrwawi. Nie próżnowali wtedy, nie próżnowali. I wśród akowców już panowało przekonanie, że przyjdzie czas, że i do nich się zaczną dobierać. I tatuś skorzystał z oferty. Poszukiwano kolejarzy, którzy by obsadzili tutaj na lini Odra-Nysa. I tutaj przyjechał zostawiając żonę z córką, moją starszą siostrą. Przyjechał w okolice Żar i tutaj się zainstalował. Później, gdy się wojna skończyła, pojechał po mamę, po córkę i ja tutaj ujrzałem światło dzienne - Jankowa Żagańska w powiecie Żagań. Tam zacząłem szkołę podstawową. Piękna szkoła czteroklasowa, do której w jednym pomieszczeniu 4 klasy. Jeden nauczyciel uczył nas i widać, że nawet nienajgorzej, nienajgorzej. Następnie tam rozpoczętą szkołę podstawową ukończyłem. Rodzice przenieśli się do Węglińca. To duży węzeł kolejowy na trasie Zgorzelec - Wrocław, Zgorzelec - Drezno. Co z tego domu, ze szkoły wniosłem? Wyniosłem przede wszystkim taką silną więź rodzinną. Rodzina to jest świętość. Dalej, umiłowanie Pana Boga. Ziemi tutejszej to tak… to się dopiero rodziło. Bo rodzice cały czas myśleli o tym, żeby powrócić na Mazowsze, zwłaszcza tatuś. Ale oczekiwanie na to, że dzieci skończą szkołę. A to jedno kończyło, drugie jeszcze nie kończyło, trzecie też jeszcze nie kończyło. I tak doszedłem do końca szkoły podstawowej w Węglińcu. Rok 1960, liceum ogólnokształcące w Zgorzelcu. Matura 1964. Czasy bardzo bogate. Pamiętam nagrodę jaką tatuś dostał za pracę sumienną, kolejarską, za służbę się mówiło, radio Pionier. Świetnie odbierało Wolną Europę [Radio Wolna Europa - przyp. M.R.], ale na początku lat 50. jeszcze przed [19]56, to gdy do tatusia przychodzili koledzy kolejarze i słuchali, to dzieci musiały opuścić pomieszczenie, a jeden z papierosem przechadzał się koło domu. Tak do małego dziecka docierało powoli, docierało umiłowanie Polski sanacyjnej. Rodzice z lubością opowiadali o tej Polsce, która zmartwychwstała. Mamusia rok urodzenia 1916, tatuś 1909, więc ta Polska zmartwychwstała była dla nich skarbem. I w Węglińcu też zaczął się taki bliski kontakt z Kościołem, bo parafia była na miejscu i na miejscu byli bardzo dobrzy księża, bardzo mądrzy księża. Ksiądz, który mnie przygotowywał do pierwszej komunii świętej miał charyzmat do pracy z dziećmi, z młodzieżą. Za co trudno to chyba znosili działacze partyjni i UB, bo ten ksiądz został aresztowane, osądzony, pomówiony o nadużycia i uwięziony. To był ksiądz Andrzej Jankowski. Ponieważ miał magisterium, które uzyskał w Lublinie na KUL-u, to nazywaliśmy go ksiądz profesor, tak. Ale człowiek, który miał charyzmę do pracy z dziećmi, z młodzieżą. Tam się kłębiło. To było centrum życia. Stacja w Węglińcu i kolejarze, górnicy, bo była kopalnia, elektrownia i brykietownia Kaławsk, a to wszystko jednoczył kościół. Po aresztowaniu księdza Andrzeja Jankowskiego przychodzi kolejny ksiądz już taki niepozorny, ale rzecz dziwna. Po [19]56 roku, bo wtedy zostaje proboszczem, zorganizuje spośród dzieci i młodzieży jasełka. I po Bożym Narodzeniu, [19]56 rok, te jasełka są wystawiane wielokrotnie w Domu Kultury Kolejarza, myśmy to nazywali budynek ZZK - okazały, z dużą salą widowiskową. Mało tego, ta grupa tych aktorów dzieci i młodzieży wystawiających jasełka, jest wożona do pobliskich miejscowości. Parafia jest rozległa wtedy. No to taki entuzjazm przemian roku [19]56. Bo tutaj powstaje pytanie jak się stało, że księdzem zostałem?
Tak.
Miałem… To jest tajemnica dlaczego zostałem księdzem. Tak zmienię wątek trochę. W czasie studiów seminaryjnych, 1966 rok, rok obchodów milenium chrztu Polski, ale i też tuż po słynnym orędziu biskupów polskich do biskupów niemieckich autorstwa arcybiskupa Bolesława Kominka, więc w nagrodę 32 kleryków z Wrocławia otrzymuje bilety do Bartoszyc - jednostka wojskowa 4413. I tam mnie politruk pyta: „słuchajcie, wiecie, rozumiecie. Wy, taki młody, inteligentny” - tak ładnie umiał podejść - „jak się stało, że poszliście do seminarium?”. No co takiemu opowiadać? Przecież wiem z kim rozmawiam - politruk. Ale nagle światełko takie jak z Ducha Świętego i nie on mnie przepytuje, tylko ja jego: „a obywatel porucznik wierzy w Boga?”. Tak przyznać się nie wypada, ale i zaprzeć się nie wypada, więc się wikła. To przyszedłem mu z pomocą i mówię: „bo jeśli pan nie wierzy w Boga, to pan nie zrozumie kwestii powołania”. No i tutaj wrócę do wątku. No jest tajemnicą to powołanie dla mnie, moje kapłaństwo. Ale w tej części, w której można tak po ludzku dochodzić, dociekać, to z całą pewnością byli to bardzo dobrze, charyzmatyczny księża. Wspomniałem o księdzu Andrzeju Jankowskim, który po [19]56 roku został zwolniony, ale gdy przebywał na kuracji w Bolesławcu u Sióstr Adoratorek [Krwi Chrystusa - przyp. M.R.], to widać było co to więzienie, co w więzieniu z niego zrobiono - strzępy człowieka, tak. Drugi ten właśnie, który nas gromadził tak przy tym, przy jasełkach, ksiądz Emilian Pisarski. I od roku 1958 proboszczem zostaje współpracownik sługi bożego Aleksandra Zienkiewicza, który był wicerektorem długie lata seminarium duchownego, ksiądz Bronisław Maślanka rodem z Tarnowa. Święcenia kapłańskie przyjął w [19]42 roku. I też do Wrocławia dotarł, bo był powiązany z Armią Krajową. Był pionierem tu pracy Kościoła na Dolnym Śląsku, ale był też tym, który musiał ociekać przed represjami Urzędu Bezpieczeństwa, Służby Bezpieczeństwa jako młodziutki ksiądz. To był ksiądz charyzmatyczny. W tym czasie w tej niewielkiej parafii liczącej wtedy 3,5 tysiąca, może 4 tysiące, wyległo się tylko powołań, że myśmy żartowali, że nas jest tylu jak nietoperzy. W jednym rzucie nas było w seminarium 7, z czego 3 od razu dostało w [19]66 bilet do wojska, więc zadbała też komuna, żebyśmy mieli dobre przygotowanie do kapłaństwa, tak. Co jeszcze z tej młodości mojej mogę podkreślić? Mianowicie, to co zawdzięczam rodzicom, domowi rodzinnemu. To było ciągłe doszkalanie dziecka czy dzieci, uzupełnianie tego, co w powietrzu było kłamliwe. To rodzicie, to nie przedstawiało problemu, że wiadomości te o postępie socjalistycznym, o tych osiągnięciach to tak się bardzo słabo przyczepiały do tego młodego budulca, tego młodego charakteru. Również nauczyciele w szkole. To byli jeszcze nauczyciele z tym duchem przedwojennym. Nie było dyrektorki szkoły podstawowej, była kierowniczka. Ale pani, która dawała nam wiele, ale też wymagania, tak. Harcerstwo też. No w [19]56 jako młodych zuch, harcerz-zuch, jechałem z siostrą, jeszcze grupką młodzieży przez Poznań. W Poznaniu pamiętam, że nas przetaczano na boczne tory, bo coś się działo tam. A myśmy jechali do Zgierza, tak. To już byśmy byli w tej chwili… Gdzie jesteśmy? W seminarium.
No i w wojsku.
A i do wojska, właśnie. Seminarium rozpocząłem we Wrocławiu po maturze, rok, wrzesień, rok 1964. Mamy tutaj wybitnego biskupa Bolesława Kominka. Tak się zdziwiłem, że w którejś książce nawet mnie zacytowano jego taką recenzję o nim. Pomyślałem sobie: kimże ja jestem, żeby m takiego wielkiego recenzował. Ale byłym i byliśmy, moje pokolenie, pod urokiem tego biskupa bardzo mądrego, bardzo mądrego, otwartego. To są czasy Soboru Watykańskiego II, więc ten powiew z Zachodu. Dla nas Zachód to tu był. Bo i rektor naszego seminarium pochodzący z Górnego Śląska ksiądz biskup Paweł Latusek, gdy chodzi o strój wówczas: klerycy powinni, obuczeni powinni w sutannach chodzić - tak w całej Polsce. Ale tutaj my biskupa widzimy w garniturze i koloratce. No to i myśmy też chodziliśmy tacy moderni, tak. Ale nie to chcę podkreślić, przede wszystkim no taką otwartość. Biskupi wspomniani tutaj swoje wykształcenie teologiczne zdobywali na Zachodzie, w Paryżu. Otarli się o Zachód. Mieli doskonałą znajomość języka niemieckiego. To literatura była dostępna. I mówię, bardzo chłonni byli tego, co idzie od Rzymu, co niesie myśl filozoficzna, teologiczna zachodnia. I tak było. To, to lata początkowe seminarium człowiek chłonął wiedzę. Dostęp do literatury zagraniczne troszeczkę już tam coś z francuskiego lekko liznąłem, tak. No i czasy, przychodzi to słynne orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich, gdzie spadło na nas jak ogień z nieba, nagle. Zdanie biskupów o przebaczeniu, niełatwe zdanie, niełatwe. Pamiętam dyskusję w domu. Jest 20 lat po wojnie. Rodzice mają przed oczyma to, co dokonywali Niemcy i trudno im było też tak od razu przyjąć i im… Pamiętam rozmowy z proboszczem jak ciężko to przychodziło. A tutaj propaganda jeszcze. No i młody kleryk jedzie, wyjeżdża na ferie Bożego Narodzenia. Jak myśmy wtedy szukali, przepisywali na maszynie tekst orędzia, bo media wciąż atakowały, ale nikt nie dawał ludziom tekstu orędzia. Stop. Jednocześnie życie wymuszało na nas sięganie po tekst… Czytanie ze zrozumieniem przedmiotów. Nikt nie pytał czy czytasz ze zrozumieniem, bo się czytało ze zrozumieniem, innego czytania nie było. No i w spotkania z koleżankami, z kolegami, którzy nie mieli dostępu do oryginału do tekstu, tylko byli poddani tej presji medialnej, która była wtedy… Pan nie pamięta tego. Pani pewno też jeszcze nie pamięta, czy tak trochę. Ale to była presja bardzo duża, bardzo duża. Zorganizowane to już, jak dzisiaj na to spoglądam, to żenujące, żeby dzieciom kazać pisać listy protestacyjne na biskupów za to orędzie. A co w zakładach pracy, to szkoda mówić. Ale to myślę, że to był taki dobry hart pierwszy. Następny hart to dwuletnia służba wojskowa. Rok 1966, już wcześniej brano kleryków do wojska, ale w roku [19]65 utworzono kompanie kleryckie w Bartoszycach i Kołobrzegu, a w roku 1966 powstaje jednostka klerycka. Ja później sięgnę w przerwie małej po taką ciekawą, ciekawy relikt. Do wojska pisano listy do mnie, rodzice. Podano nam natychmiast adres: Jednostka Wojska 4413, Kompania W, imię i nazwisko. No ale ciocia moja ze wsi gdzieś zagubiła jej się ten numer jednostki wojskowej i napisała „jednostka klerycka”. Proszę Państwa, co się nie działo wtedy. Zbiórka kompani, apel, tak, wykład na temat naszej jednostki, tajemnicy wojskowej i później: „szeregowy Dziełak, wystąp! I list tutaj dostałem „jednostka klerycka”. Jak tak można?”, a ja mówię: „a list doszedł”, a list doszedł, czyli wszyscy w koło wiedzieli. Ta dwuletnia szkoła to było wtedy największe seminarium w Polsce, bo wzięto kleryków niemal ze wszystkich seminariów diecezjalnych i z wielu zakonnych. Chodziło o dokuczenie biskupom. Nie chodziło o obronność kraju, chociaż się wnet tam niepokój pojawił na Bliskim Wschodzie między Egiptem i Izraelem. Myśmy niewiele mogli tam pomóc. Natomiast chodziło o dokuczenie biskupom, opróżnienie seminariów, a nam wprost powiedziano, żebyśmy oczy otwarli na osiągnięcia socjalizmu. Towarzystwo doborowe, w tej samej kompanii Jerzy Popiełuszko, tak. Wśród kolegów jest obecnie podaj 4 biskupów, 2 zagranicą pracuje, 2 w kraju. Można nazwiska nawet powiedzieć: ordynariusz w Gliwicach, profesor, biskup Jan Kopiec; sufragan w Rzeszowie, biskup Edward Białogłowski; w Brazylii na misjach Romuald, jakżeż on? Poznaniak. Zaraz mi przyjdzie. A drugi to był Edek Zielski z Peplina, tak. Tak, że 4 biskupów, 1 święty. Dzisiaj jak spoglądam na te czasy - jak wyglądała nasza służba wojskowa. Kiedyś mnie zapytała młodzież po obejrzeniu filmu o księdzu Popiełuszce: czy tak brutalnie tam was traktowano? Czy tak przeklinano? No powiem, że w rzeczywistości było czasami gorzej niż na filmie, tak. Natomiast nie wiedział Jaruzelski, bo on wtedy był architektem tych i odpowiedzialny był Główny Zarząd Polityczny Wojska Polskiego za naszą jednostkę, nie wiedzieli, że przygotowują sporą grupę księży na czasy „Solidarności” i stanu wojennego. Jestem przekonany, że księdza Jerzego do pokonywania lęku i strachu, to ja samo mówię o sobie, moje zaangażowanie w okresie stanu wojennego w pomoc osobom represjonowanym, więzionym, ukrywającym się, moje dialogi ze Służbą Bezpieczeństwa - do tego mnie wojsko przygotowało. Tych rozmów z politrukiem, z kontrwywiadowcą, z dowódcą ileż nie było, ileż nie było. Myślę, że z każdej oni robili tam notatki też dokładne. Ale oni nas przygotowywali do, na te niełatwe czasy. Tak, że być świętego Jerzego, księdza Popiełuszkę też. Więc wojsko… Nie cieszyliśmy się idąc do wojska, natomiast po wojsku, jak widać, ma tą umiejętność, ten dar - co złe, zapomina, a dobre zostaje. A iluż przyjaciół? Gdzie się człowiek nie obejrzy po Polsce. Ja teraz byłem na ojcowiźnie, diecezja Łomżyńska, no i tam było przecież 8 Łomżyniaków, 5 nie żyje, 3 żyje, ale są przyjaciele, których można odwiedzić.
Pięknie. Ten trudny… To wspólne doświadczenie Was połączyło.
Tak.
Było trudne i byliście solidarni wtedy wobec siebie.
Tak, to była dobra szkoła, nawet lepsza niż seminarium. Jeżeli komuś z młodych alumnów wydawało się, że w seminarium panuje dyscyplina, albo ktoś nazwał - . Co to seminarium? To przedszkole. W wojsku był reżim. A to, co było najbardziej podłe w wojsku, to był system podejrzliwości. Otóż, w drużynie, to jest tajemnica wojskowa, ale można powiedzieć, 12 żołnierzy to drużyna, więc przynajmniej było 2 nie-kleryków, myśmy mówili cywili. To byli młodzieńcy dobierani: albo członkowie partii albo członkowie ZMS albo nad kimś coś wisiało, jakiś tam wyrok, z misją, że mają nas pilnować i donosić. Donosicielstwo to była podstawowy dogmat w komunie, w nazizmie to samo - to są te same systemy. I to był najbardziej bolesne dla mnie jako młodego człowieka, najbardziej podłe. Już nie wiadomo było kto na kogo donosi. Jeden drugiego pilnuje. Natomiast taka szkoła, taki hart, łącznie z pewną taką zaprawą, hartem fizycznym też. Niektórzy koledzy znosili to trudno. Wspomniany błogosławiony ksiądz Jerzy znosił to trudno, bo był postury fizyczne słabszej. No a nas nie oszczędzano, nie oszczędzano.
Tak.
Sięgnę po tę kopertę jeszcze za chwileczkę, to pokaże. Jeszcze było takie zabawne zdarzenie jedno, gdy dziecko jakieś napisało do mnie na kopercie „Przewielebny Ksiądz”. Kolejny apel, kolejna afera: „czy jest tu jakiś ksiądz?”, cisza, „czy jest tu jakiś ksiądz?”, cisza i po trzecim pytaniu też cisza. Wobec tego politruk bierze kopertę „przewielebny ksiądz Andrzej Dziełak wystąp”. Możecie sobie wyobrazić: 120 chłopa młodych - ubaw od razu, dudni korytarz kompanii. I wykład taki: „wy jesteście tutaj obywatelem, nie księdzem”, „ale ja się uczę na księdza”, „wy jesteście obywatelem”. Tak, że… Już nie powiem o tych męczących nas wtedy zajęciach politycznych. Sprowadzono wykładowców do nas z Wyższej Szkoły Rolniczej z Olsztyna. To później Olsztyn nie wystarczył, to z Warszawy. Dla nas to była gratka. Ktoś, kto przychodzi nam tutaj z jakimś niewielkim zasobem filozofii. Próbuje tam wciskać, a ja akurat byłem po skończonej filozofii. Lubiłem czytać, zresztą wywalczyłem w wojsku, że pisząc do Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego, że otrzymywałem prenumeratę „Tygodnika Powszechengo”. Tak, co tydzień. Najpierw mi to zabierano, ale ja wywalczyłem. Po prostu to oficjalnie ukazujące się czasopismo, tygodnik, więc mam prawo. Nie zapomnę też takiej dyskusji, jakoś tak lubiłem dyskutować, ale ja uważałem, że można z tym wykładowcami dyskutować. Przyjechał taki profesor wojskowy Wojskowej Akademii Politycznej, nazwisko jeszcze pamiętam, ale już może nie notujmy, żebyśmy do historii przechodzili. Chociaż w dobrej wierze, też nie wiedział w co jest wplątany. I nam wykład robił na temat postawy Kościoła Katolickiego, Piusa XII wobec hitleryzmu, że nie potępił itd. Ale traf chciał, że przyjechał w rocznicę ukazania się encykliki Piusa XI „Mit Brennender Sorge” - „Z niepokojącą troską” o hitleryzmie. Encyklika napisana w języku niemieckim. I w rozmowie, w dyskusji było miejsce na pytania. Właśnie zaczął się pytać czy pan pułkownik, profesor czytał ten tekst. No to trochę się pogubił, bo ten Pius XI przeszedł mu w Piusa XII. Dał się trochę ponieść emocjom. To ja w końcu zapytałem: „to proszę mi powiedzieć czy w obliczu niebezpieczeństwa hitleryzmu jest bardziej wartościowe był obnażenie niebezpieczeństwa, co zrobił Pius XI w encyklice „MIt Brennender Sorge” czy pertraktowanie w stylu Ribbentrop - Mołotow?”. Proszę Państwa, no tam się pan wykładowca, profesor podkręcił, zapalił. Już poszedł w emocje, że ta na wojnie z hitlerowcem mu kogoś z rodziny zabili itd. Później się zapytał: „czy wam odpowiedziałem na pytanie?”, a ja naiwny mówię: „oczekiwałem odpowiedzi godnej profesora, a nie odpowiedzi z pasją felietonisty”. Wyobrażacie sobie rezultat po tym, że dowódca mnie woła, który akurat nie bardzo politruka głównego znosił, mówi: „uważaj jak nogi stawiasz, bo mam ci dołożyć ZOK-u [kara zakazu opuszczenia koszar - przyp. M.R.] tyle, ile mam”. No jednak dostałem, choć nogi stawiałem poprawnie. Ale tak wyglądało też to nasze mocowanie się tam. To nas zachęcało do studium. Myśmy dużo czytali, klerycy w wojsku, kształcili się. Ja się francuskiego solidnie nauczyłem w wojsku, biernie. Była mała i duża mozaika francuska. Ja to sobie podczytywałem. Zabierali mi, to nową. Miałem zapas na plebanii. Nie musiałem na przepustkę chodzić, bo się przez płot dziurą wychodziło, tak. No więc wojsko było taką swoistą, niełatwą szkołą życia. Były przypadki, że po wojsku koledzy rezygnowali, ale solidarnie przyjmowaliśmy taką zasadę: wracam do seminarium, żeby nie dać satysfakcji im, że dzięki im ja zrezygnowałem z seminarium. Podobnież młodzi chłopcy 1-2 rok seminarium to jest czas kiedy się podejmuje decyzję czy właściwą drogę wybrałem. To byśmy z tych koszar wyszli powoli.
Tak, tak. Chciałam tylko zapytać czy, ale to w zasadzie teraz ksiądz o tym powiedział, że niektórzy jakby nie mieli dość ugruntowanych fundamentów i jakby cofali się z tej drogi, na którą powoli zaczynali wchodzić. Czyli to wojsko było jednak takim elementem też oczyszczającym.
Tak, bardzo. Próby. Z kolegami, z kilkoma kolegami, którzy nie wrócili do seminarium, znaczy wrócili i zrezygnowali, utrzymuję bardzo ciepłe, przyjazne relacje po dziś dzień. Mają swoje rodzin, już są spełnieni zawodowo, bo są na emeryturze. Ale najmniejszego urazu do Pana Boga czy do Kościoła. I bardzo poprawna formacja patriotyczna i ideowa czy ideologiczna, bardzo. Zresztą ktoś, kto obliczał czy komponował styl prowadzenia jednostki kleryckiej, to by dwóję z pedagogiki i zerówę z psychologii. Tak się z młodymi ludźmi nie postępuję. Przecież jeżeli biorę ich z reżimu, z klasztoru, z seminarium, to luz daję im, a nie, za przeproszeniem batem i po plecach. Tak, że tutaj siermiężne to było, tak jak czasy komuny, bardzo siermiężne.
Tak, a potem, po wojsku? Czyli dwa lata.
Dwa lata w wojsku. Powrót do seminarium. Nie zapomnę też w okresie służby wojskowej, gdy odwiedził nas, a właściwie Krakusów, kardynał Wojtyła. Też obchody tysiąclecia chrztu Polski, uroczystości na Warmii, na Mazurach, więc księża biskupi, wtedy czasy kardynała Wyszyńskiego, jak są uroczystości kościelne, episkopat polski in gremio się zbiera, wszyscy. No i biskupi jadą do Bartoszyc odwiedzić swoich kleryków. Przyjeżdżają, w koszarach kleryków nie ma, na poligonie są, bo ćwiczenia mają. No to biskup z Wrocławia, z Gorzowa, z Tarnowa, z Przemyśla wraca, bo przecież drogę przed sobą, a droga dla biskupów też nie była łatwa, bo i niespodzianki po drodze się zdarzały, tak? A kardynał Wojtyła postał pod bramą i nie do domu pojechał, tylko pojechał na plebanię porozmawiać z proboszczem, z wikarymi, którzy się nami opiekowali, z siostrami zakonnymi, co nas dożywiały, bo żołnierz zawsze głodny. I tam sobie rozmawia a jakiś ministrant przylatuje: „proszę księdza, księża przyszli. Wracają”. To kardynał Wojtyła poczekał chwilę, samochodem podjechał pod bramę i spotkał się z klerykami. Tak, że mieliśmy wizytę Ojca Świętego, tak, w koszarach. Nie wiem czy tam jest jakaś tabliczka. Może by trzeba wstawić. Jest duży kamień przed jednostką upamiętniający księdza Jerzego, a w budynku, w którym myśmy dwa lata mieszkali, jest izba pamięci księdza Jerzego, cośmy tam byli.
Jak wyglądała Wasza modlitwa? Jeszcze na moment wrócimy do koszar?
W wojsku? W koszarach? No najtrudniejszy problem w pierwszych miesiącach wojska dla naszych dowódców to była kwestia modlitwy. Myśmy wychodzili z założenia: jest na w sali, w wojsku się mówiło na sali, jest na 30 mieszka, łóżka piętrowe. Z tego nie-kleryków jest 4 lub 5. Myśmy nawet ich rozmawiali, pytali przecież, że my się modlimy wspólnie, „czy wam to przeszkadza?”. Nie przeszkadzało w rozmowie z nami, bo jak ich brali politrucy, to już nie wiem co mówili. Ale myśmy mieli w naszym plutonie, mieliśmy tych tzw. cywilów bardzo przyzwoitych chłopców, bardzo przyzwoitych. Jeden z nich do śmierci i wydzwaniał i pisał. Miał na temat komuny swoje zdanie, chociaż był członkiem partii, ale swoje zdanie miał. Jak wracał z zebrania partyjnego, to mówi: „uważaj, bo będą wam przeszukiwali sienniki, bo macie skrypty i się uczycie z tego”. I będzie, myśmy ogłosili, akcja Kulturkampf. I tutaj kwestia modlitwy wspólnej. Więc chciano od samego początku w nas wymusić posłuszeństwo. Właśnie, coś tam jak dzisiejsze czasy. Regulamin wojskowy zabrania wspólnej modlitwy. O, nie ma w regulaminie i nie wolno się modlić. Po capstrzyku żołnierz ma być w łóżku i tyle, a nie na kolanach przy łóżku. A ci żołnierze… A myśmy klęczeli, modliliśmy się. No to wpada kapral, tak trochę tam jeszcze przeklął, jak kapral wchodził do sali, pierwszy, który go zauważył miał stanąć, krzyknąć: „baczność” i zameldować, a tutaj wchodzi, nikt nie melduje, bractwo klęczy. I to przez pierwsze miesiące chciano nas zmusić do posłuszeństwa robiąc alarmy w nocy. Potrafili w nocy raz budzić, dwa razy budzić. Alarm, na tym polega alarm, wszystko, co ojczyzna dała w tempie, w przeciągu 2-3 minut na siebie i na placu apelowym, bo nieprzyjaciel nadciąga. No takie… No tą metodą z młodymi ludźmi to, że tylko umacnia postawa, że jeżeli, ktoś dzisiaj by powiedział tak bardzo teologicznie, że oni nam otwierali oczy jak wielką siłą jest modlitwa, jeżeli tak się jej bali i modlitwa zbiorowa - to tak dla dzisiejszych indywidualistów, nie? Modlitwa zbiorowa - coś co tworzy wspólnotę. Komuna się tego bała. Zatomizować ludzi, to my sobie z nimi damy radę. Jak się trzymają jak oddział, to tacy są bardzo niebezpieczni, tak.
A potem w seminarium we Wrocławiu i…
Seminarium we Wrocławiu, gdzie po wojsku człowiek patrzył: „z czego oni tu robią problemy?”. Jedzenie podane i to przyzwoite, człowieka szanują tutaj - no zupełnie inny świat. No i kwestia zaufania też, to, co mnie ujmowało i co w chrześcijaństwie jest dla mnie fascynujące - wolność. Pan Bóg dale człowiekowi wolność. Tylko Pan Bóg pozwala człowieku zgrzeszyć. Mama nie pozwoli, tato, ksiądz nie pozwoli, a Pan Bóg pozwoli. To jest coś fascynującego. Rok 1971 - święcenia kapłańskie i rozpoczynam pracę jako wikary w pobliskim Strzelinie. Pierwsza miłość, tak parafia. Praca z dziećmi, z młodzieżą - no coś cudownego, wspaniałego. Po 3 latach się skończyło, bo pismo dostaję, że mam iść na studia do Warszawy, Akademia Teologii Katolickiej. No i taki już to… życie kapłańskie troszkę poszatkowane. Pamiętam świętej pamięci tatę, który się w ogóle nie cieszył z tego, że, prawda, syna tam doceniono czy coś, a on mówi: „synu, Kościołowi trzeba dobrych, gorliwych księży”, mówi: „uczonych? Oczytanych tak”. To jest czas studiów na ATK. To były warunki taki warunki siermiężne. To była stajenka betlejemska wobec KUL-u. I w dodatku sytuacja też taka dość trudna, bo to był taki, jak mówiono o ATK, że to jest dziecko przerywanych stosunków między Kościołem a państwem, tak. Bo zlikwidowano wtedy wydziały teologiczne w Krakowie i w Warszawie. I co zrobić z profesurą? Więc tą profesurę umieszczono na ATK. Niemniej postawa, obecność kardynała Wyszyńskiego, który był Wielkim Kanclerzem i też osobowości, profesorowie, którzy tam byli, to był skarb i majątek. I tam trochę miałem okazję spotkać bardzo ciekawych ludzi, trochę pogłębić swoją wiedzę. Bo już się śmiałem, że brakło w Warszawie mądrości, to mnie wysłano do Paryża do Instytutu Katolickiego. Tak, też taka osobliwa przygoda, ale jaki taki morał, wniosek dla siebie wysnułem? Że wychodząc z polskiej szkoły nie trzeba mieć najmniejszych kompleksów nawet w wielkim Paryżu, nawet w wielkim Paryżu. Że jest się bardzo dobrze przygotowanym. Ani też trzeba dawać się tak poklepywać po ramieniu, że to tam… Pamiętam z Paryża, to powiem taką scenę, która mnie utkwiła. To jest rok wyboru Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową. To już Państwo macie wyobrażenie. Więc najpierw jak tak pytają towarzystwo międzynarodowe od Australii po Stany Zjednoczony wraz z czarnymi z Afryki księżmi, jeden wyglądał doskonale, tak sobie jako dziecko wyobrażałem diabełka, język czerwony i oczka szkliste, wesołe, i mówi: „jak ty tak możesz doskonale mówić po francusku?”, a ja tutaj stękam: „a bo ja chodziłem do przedszkola, które prowadziły siostry francuskie”. Rozmawiaj z takim. A więc przed wyborem Karola Wojtyły, gdy z Polski tak: a to u was Kościół, Kościół taki tradycyjny, taki popularny, taki ludowy. I ten sam Kościół nagle po 16 października: a, wasz Kościół taki silny, taki mocny i tego. Więc ten Kościół się nie zmienił, tylko nagle ci patrzący na ten Kościół się zmienili. A taką scenę jedną chcę przywołać, gdzie profesor taki bardzo światły, to był Jean-Francois Six. On był asystentem w telewizji francuskiej od spraw kościelnych i teologicznych. Zadał nam takie opracować dossier. Każdy z obecnych w 20 minutach przedstawi swój kraj i Kościół na tle sytuacji w kraju. Więc ja o Polsce i zaczynam od tego jak ten, od rzeczywistości powojennej, że znalazł się Kościół i cały naród w objęciach niedźwiedzia, starszego brata i tam próbuję dalej. Francuzi mają takie powiedzenie „pff, pff”. I coś wspomniałem tam o brakuj tej wolności. No to kolega jeden, drugi: „no wiadomo, że u was wolności nie ma”, więc coś się we mnie odezwało tak, jak później sobie przypominam, to jak w prymasie Wyszyńskich, który w kraju łupił tutaj komunę jak przystało, ale zagranicą żeby ktoś złe słowo powiedział o Polsce, to Wyszyński od razu [gest ataku - przyp. M.R.]. I we mnie ten sam duch - a co mnie tu będą kalać moje gniazdo - i mówię tym Francuzom, że „to się rozumie, że u was nie ma wolności”, a to zaraz, zaraz, powoli: „wolność zewnętrzna - tej nam brakuje, ale wolność to jest właściwością mojego wnętrza. Ja w klatce mogę być wolny” - cisza, „a wy Francuzi”, „vous etes les esclaves de votre liberte” - „wy jesteście niewolnikami waszej wolności”. Cisza jak makiem zasiał. Po chwili ciszy, profesor mówi: „ce a donne a pense” - „to daje do myślenia”. Od tamtej pory szanowano nas, dwóch Polaków. Nagle się zmieniło, „ten Kościół jest taki mocny”. To taki mały, taka dygresja do obecnych czasów. Chciałby się życzyć tym, żeby gwiazda swojego kalać nie wolno.
Dobrze, to proszę jeszcze powiedzieć…
Co później wyczyniałem po studiach? No więc co z takim zrobić po studiach? Różnie. Co mu przygotować? A mnie się znowu trafiło jak ślepej kurze ziarno. Biskupem został duszpasterze akademicki ksiądz Adam Dyczkowski. I jest wolne miejsce i na to wolne miejsce arcybiskup Gulbinowicz, który jest już w diecezji mnie ściąga. I Mam to szczęście, że u boku sługi bożego dzisiaj, księdza Aleksandra Zienkiewicza „Wujka” pracuję 10 lat. No już lepiej się trafić nie mogło. W Centralnym Ośrodku Duszpasterstwa Akademickiego od roku [19]80, to są czasy „Solidarności” - przebogate tutaj, aż się kłębiło. Jeszcze na początku swojej pracy biorę udział ze studentami w pielgrzymce akademickiej z Warszawy, ale już w roku [19]81 kardynał Wyszyński, żeby tą centralną, on był zwolennikiem centralizacji pielgrzymki, ale już ksiądz Łuszyński, ówczesny rektor kościoła św. Anny w Warszawie, nawiasem mówiąc jego rodak - obydwaj Łomżyniacy, wytłumaczył mu, że to jest nie do ogarnięcia. I w [19]81 roku już powstają pielgrzymi z całej Polski do Częstochowy. Z księdzem Orzechowskim bierzemy się za organizację tych pielgrzymek. Rok [19]81, stan wojenny, i ni stąd ni zowąd będąc, mając nominację na duszpasterza akademickiego staje się opiekunek, asystentem, nie wiem jak to nazwać, Arcybiskupiego Komitetu Charytatywnego i wplątany, że tak powiem, w pomoc wszystkim represjonowanym. Ale to też szczęście, bo tak… na przykład organizowane wizyty do obozów internowanych. Zmieniali się biskupi a ja jeździłem z biskupami, więc świadomość konieczności pomocy. Nie można było się zachować inaczej. Po prostu wszystko to, co mówię tutaj czy w wojsku w rozmowach z tymi oficerami czy nawet z ubekami później, to przecież no nie jest w moim charakterze, żebym komuś naujadał czy kogoś poniżył, ale też te sytuacje trudne no wymuszały na człowieku jakiego dokonasz wyboru. No w oparciu o to, co człowiek z domu wyniósł. No i inaczej się zachować nie można. Inaczej się nie sposób… I tak samo w stanie wojennym w Arcybiskupi Komitet Charytatywny we Wrocławiu… kogo on nie skupiał, nie zrzeszał? Przecież tam były osoby, które no nikt się nie pytał czy ochrzczone czy nie ochrzczone, jakiego wyzwania, jaka relacja do Kościoła Katolickiego. Przychodzili, bo to było miejsce, gdzie należało być wtedy. Tutaj jakbym sięgnął i listę podał osób: grupa prawników niewyjęta, grupa lekarzy też, nauczycieli też, rektorzy uczelni, śp. profesor Józef Łukaszewicz, profesor Roman Duda, śp. słynny antropolog Tadeusz Krupiński, pan profesor Andrzej Wiszniewski też w tym był. Aktorzy, poeci, pisarze, pracownicy radia, telewizji tak samo też, tak. I każdy z nich powtarzał dlaczego tu jest: bo tak trzeba, nie można inaczej, nie można inaczej. Ewa Szumańska śp, Urszula Kozioł - nasza poetka. Kogo tam nie było. Trzeba było pomagać. Koniec
Jak wyglądał dzień pracy w Komitecie? Taki codzienny, taki przeciętny?
To, co teraz powiem to będzie zupełna herezja. Czasami człowiek dziękował, że godzina policyjna jest, że można już, że tak powiem, odpocząć. Ale to… Ja podziwiam moich współpracowników: księdza Zienkiewicza, księdza Mirosława Drzewieckiego, kolegów, którzy też służyli nam pomocą, bo ja będąc duszpasterzem akademickim no sporo czasu poświęcałem też pracy w Komitecie Charytatywnym, gdy przyjeżdżały transporty z zagranicy. Przydała się znajomość języka obcego, tak. Jakby się ktoś tam pojawił z francuskojęzycznych krajów, to jak na ślepo do mnie szli. Stąd później również też takie relacje bliższe z Francuzami, bo od nich też z transportami przyjeżdżały osoby troszkę postawione wyżej, m.in. współpracownik w merostwie Jacques’a Chirac’a, z którym się zaprzyjaźniliśmy. Po dziś dzień wicemarszałek senatu Francji Roger Chinaud. Później jeszcze drugi, który był sekretarzem ambasady francuskiej, więc tak… Ubecja patrzyła: może nie wiadomo gdzie ten facet ma macki. Ale praca była, pracy było bardzo dużo i podziwiam osoby, które pracowały świeckie. Totalne zaufanie. Nie mam, po dziś dzień, nie mam żadnych danych, żeby ktoś z osób tram pracujących był wtyką. To było totalne zaufanie, totalne zaufanie. Zresztą państwo wiedzą, że tak nieopodal nas gdzie były te 80 milionów. To tak, prawda, nie powiem, że… , tak, coś tam się dotykało leciutko. Więc, powtarzam, wszystko, cały ten trud, nakład pracy tak wielu ludzi. Zadaniem ja bym tutaj broń Boże nie przecenić roli księdza w każdej wspólnocie. Ksiądz jest tym, który zbiera tych ludzi, gromadzi u siebie. Nie wokół siebie, lepiej jak wokół Pana Jezusa to robi. Tak, to jest najpewniejsze. I tutaj też no czymś dla nas koniecznym, wtedy niezbędnym, o co prosili wszyscy to była msza święta i homilia i nauczka, taki dzień skupienia., a od czasu do czasu taki dzień skupienia. Bo bez tego to byśmy się… było zbyt wiele pomysłów i wariantów, że zawsze groziło jakieś rozejście. A jak już było trudno, to żeśmy wyjeżdżali z Wrocławia do pięknego parku i seminarium salwatorianów w Bagnie. I to jest bardzo dobre. Najpierw pociągiem się jechało, to już się wystudziły trochę, później lasem ponad 2 kilometry spacerek, to już też się rozmawia, później msza święta, a później kazanie, a później znów herbata i tak… To są rzeczy, które ja bym dzisiaj na przykład zaproponował. Tak, żeby wsiąść do pociągu, pojechać, a nie do kamery. No ale kto chce pytać starszych o takie rzeczy. To, co chcę powtórzyć z pracy tej: to były bardzo bogate dni i przeżycie niezapomniane i przyjaźnie, które wtedy się zawiązały, powstały, trwają do dzisiaj i to niezależnie… To osoby, które dość daleko od Pana Boga stoją, a jesteśmy bardzo blisko. Nie tak dawno jednego z aktorów chowałem w Warszawie tam, ale to Wrocławianin. Znów się zebrało środowisko aktorów, patrzę właśnie - twarze znajome. Ale to z tego czasu. I później trudny czas, bo w duszpasterstwie akademickim jestem do roku 1990, czyli już wychodzimy na wolność. W tamtym domu, co to się nie działo w tym domu przy duszpasterstwie akademickim, bo i radio diecezjalne tam powstało, tam mieszkał, muszę wspomnieć, nie mogę tego… oczywiście postawa arcybiskupa Gulbinowicza. On był takim dla nas doskonałym piorunochronem.
Powiem Państwu, że o godzinie 6 rano miałem gości z ubecji. Przyjechali samochodem, żeby na przesłuchanie mnie wziąć. Prosto schodziłem do telefonu, numer do arcybiskupa i dzwonię bez żenady żadnej, że „przyszli po mnie panowie”, „tak wcześnie?”, „no tak wcześnie przyszli”, „słuchaj, to tylko jak wrócisz, to natychmiast do mnie, żebyś wszystko opowiedział”. Cała taktyka „proszę nie mówić o czym my tutaj rozmawiamy” w łeb bierze, bo słyszy to stojący za mną ubek. Więc z powrotem już się nawet nie fatygowali się, nie odwozili. Sam się musiałem przemieścić, ale od razu szedłem i mówiłem. Więc postawa arcybiskupa klarowna, bardzo klarowna. Czy w czasie pielgrzymek wrocławskich, gdzie ubecja nas goniła za transparenty, że to nie jest pielgrzymka, że to jest manifestacja polityczna. No proszę wytłumaczyć takim ludziom, że człowiek niesie do Matki Bożej i Pana Boga wszystko co ma w sercu, wszystko niesie: i to, że ktoś siedzie w więzieniu, że go trzeba uwolnić. No ale jak wytłumaczyć ubekowi: „panie, panie przecież normalnie prawdziwy komunista to by nas rozstrzelał, bo my zatrzymujemy moc rewolucji, siłę rewolucji”. Bo jeżeli ludziom się składają w czasie stanu wojennego, młodzieży akademickiej, tu mówię o wszystkich nas duszpasterzach, jeżeli składają się ręce do pięści, bo ich tłuką, nie, a my ich zbieramy, żeby te pięści tak złożyć [świadek pokazuje ręce złożone do modlitwy[. No oczywiście to jest antykomunistyczne, bo to zatrzymuje rewolucję. Musi być nienawiść, nie? Ale po ludzku i po bożemu przecież. I to żeśmy czynili jako duszpasterze akademiccy dzięki temu księdzu [świadek wskazuje portret ks. Zienkiewicza - przyp. M.R.], ks. Drzewiecki, który kazanie, chyba pierwsze w Polsce, które wybrzmiało w miesiąc po ogłoszeniu stanu wojennego. Tego nie mogli znieść, tego kazania słynnego o tzw. Wojskowej Radzie Ocalenia Narodowego, którzy przeszli jak się patrzę Heroda wybierając z domu najlepszych synów i córki narodu. Po tym się zaczęły te: i księdza Drzewieckiego po sądach i mnie, bo ja przewodniczył. „Kto zamówił mszę za Solidarność i ukrywających się?”, „ludzie”, „kto? Ile dali księdzu?” I takie rzeczy. „No ale ksiądz nie jest szczery wobec nas na ubecji”, „proszę pana, o czym pan mówi? Ja tu sam przyszedłem? Na szczerość tu pan?”. Ale wtedy, mówię, znów no takie wizyty kosztowały jednak nerwów. Natomiast Pan Bóg człowieka przygotował, przecież w wojsku były. Więc ja się trochę denerwowałem w środku, ale wiedziałem, że oni są bardziej poddenerwowani ode mnie. Tak, ze no te, to środowisko znów, w którym się obracałem: ks. Zienkiewicz, który był jako młody ksiądz, rok po święceniach w Nowogródku i tam mieszka na plebani agent NKWD z nimi. Już mu wykłady robi, prawda, jak to w białych rękawiczkach z Polaczkami się rozprawimy i z wami duchownikami. A później go gestapo ściga. Jest na liście do rozstrzelania. Więc ten człowiek jak był przy nas, to miał spojrzenie takie co ZOMO wyprawia, to pod oknem tam, pod domem. Tak, że to był dom bardzo taki ciekawy. Tam się później zbierał Komitet Obywatelski, tam się wykuwały Tygodnie Kultury Chrześcijańskiej we Wrocławiu - coś, co było, wymaga odrębnego… Doktorat pisać na ten temat, nie? Ksiądz Zienkiewicz był w komitecie, którzy chciał przywrócić i przywrócił Panoramę Racławicką Wrocławowi. No to był tygiel, gdzie się tam wszystko. Duch tego miejsca chyba też i Kominka i kard. Gulbinowicza i znoszony przez ludzi też. To nie można inaczej jak się tak w takim miejscu jest z takimi ludźmi, z taką wyprawką z domu. No jakby, co by mama powiedziała, nie, jakby się człowiek inaczej zachował, czy tato? Już nie powiem rodzina. Nawet by się wstydziła.
Wrocław miał szczęście, bo zamieszkali po wojnie takie osoby, które bardzo wzbogaciły to miasto.
Tak, chyba tak się nam przytrafiło.
Proszę powiedzieć jeszcze o, więcej o księdzu Ziemkiewiczu. Jaką był osobą? Jaką aurę rozsiewał wokół siebie?
Bardzo taką przyjazną, z ogromnym szacunkiem do człowieka, z ogromnym szacunkiem. Pamiętam pierwszą pielgrzymkę naszą do Trzebnicy i na Jasną Górę, bo to tak się jednakowo zaczęło po wyborze Karola Wojtyły, to dzień wyboru, dzień św. Jadwigi, więc pielgrzymujemy w jego intencji Przechodzili akurat koło koszar Armii Czerwonej i ci chłopcy tam, którym zakazano w ogóle patrzeć, ale jak nie patrzeć, no idą, śpiewają i rozmaite były reakcje młodzieży. Czasami tam z taką nutką pogardy, a ks. Zienkiewicz na następnym postoju, tylko tam usłyszał i przy najbliższej okazji, jak mówił o duszy słowiańskiej spragnionej Boga, to oczy… To już nie, że Sowiet, nie że Rus, że tam Armia Czerwona, tylko o duszy słowiańskiej spragnionej Boga. On, który znał literaturę rosyjską, rozkochany. I Kresowiak urodzono na ziemi wileńskiej, kształcony w Pińsku - Kapuściński prawda, cała flotylla rzeczna pińska to… Obok święty Andrzej Bobola przecież zamordowany w Janowie Poleskim. No a lata pracy jego od [19]39 od kwietnia do [19]46 Nowogródek, gdzie jako młodziutki ksiądz jest jedynym księdzem w okolicy. Wszyscy są wymordowani. A biskup jego czyni, młodego księdza, który ma zaledwie 4 lata kapłaństwa wikariuszem generalnym na tamte tereny diecezji, to jest z władzą biskupią. Rozkochany w Mickiewiczu, tak. Patrzący, widzący bezsens ideologii komunistycznej i nazistowskiej - jedno i drugie. No i z takim charyzmatem pedagoga, nauczyciela. Pasją jego było przygotowywanie do małżeństwa i do rodziny. Mówi czasami, że ten proboszcz to te kursy przeciwmałżeńskie aż 3 miesiące robi, a ten cały rok robił, latali do niego, latali. Na tej płaszczyźnie spotykał się z kardynałem Wojtyłą, z panią Półtawską. No po encyklice Humae Vitae tworzyli zespół taki opracowujący program duszpasterski właśnie dla Kościoła w Polsce. Tak, że znów jakie szczęście, nie, koło takiego. Jak Mickiewicza recytował, to, to, tak. Piękny język. Takie ostatnie mieliśmy sympozjum w 20 rocznicę jego śmierci, sympozjum zatytułowane „Uwaga człowiek”. Dlatego on jak często tak powtarzał: „uwaga, człowiek”. Człowiek to najświętsza wartość, człowiek, tak. I tam bez pogardy. W stanie wojennym przychodził jakiś wilniuk, ubek, też się w człowieku odezwał, do niego tam na pogaduszki duchowe. Ale później mówi mi, Wujek myśmy na niego mówili, „Wujku, słuchaj, on by się chciał z Tobą spotkać, porozmawiać”, w stanie wojennym, ja mówię: „Wujku, ale kto to jest?”, „to jest ubek z wydziału IV., nasz opiekun”, ale mówi: „wiesz, chyba on nie jest szkodliwy. Chyba nie jest szkodliwy, bo coś chce powiedzieć”. To ze mną się spotykał poźniej. Mnie poprosił, żebym go z ks. Orzechowskim skontaktował. To później z arcybiskupem, późniejszym kardynałem Gulbinowiczem. No i takie były też. Bardzo zabawnie, bo jego wychowankowie różnie trafili, ale trafili też w struktury partyjno-milicyjne. No i ktoś przyniósł Wujkowi ocenę, nawet gdzieś to mam w swoich dokumentach, jak ubecja ocenia duszpasterstwo pracy, duszpasterzy akademickich i głównie księdza Zienkiewicza, Adama Dyczkowskiego w tym Centralnym Ośrodku Duszpasterstwa Akademickiego. Wujek przeczytał to, prosi swojego współpracownika Adama Dyczkowskiego, późniejszego biskupa, „weź przeczytaj”. Czyta to, „Wujku, oni tam o nas całkiem dobrze piszą”, „kochany, kochany, żeby tak kuria nas jeszcze doceniła” [śmiech - przyp. M.R.]. Miał poczucie humoru niesamowite. Nie zależało mu na żadnych godnościach absolutnie, absolutnie. Jak już został takim prawdziwym prałatem, który ma prawo nosić czerwona sutannę, to kardynał wzywa mnie do siebie, mówi: „masz tutaj, dasz prałatowi, żeby mi się ubrał na procesje Bożego Ciała”. Ubrał się, ale szedł jak skazaniec [niezrozumiałe] dostojnym strojem.
Przede wszystkim, co jeszcze chcę powiedzieć, jak pyta Pani o jego postawę. To był człowiek bardzo głębokiej wiary. Dla niego niewidzialny świat Boga był światem tak żywym, rzeczywistym nawet może bardziej niż ten o. Podziwiałem jako młody ksiądz, jest czas „Solidarności”, studenci przychodzą tacy zdezorientowani, pogubieni, w stanie wojennym jeszcze bardziej, to już nie tylko, że się zakochała i ją tam chłopak gdzieś nie zauważa czy oblała czy oblał egzamin, nie? Ale dramaty większe - co robić? I tak człowiek dumał: czy ja dobrze jemu czy jej powiedziałem? Tak wieczorem ogarniam to. Ale patrzę tak na księdza Zienkiewicza. Do niego więcej osób przychodziło. On spokojniej to, a wieczorem brał różaniec i szedł wokół katedry. W ogóle się nie przejmował, wszystko Panu Bogu oddawał aż było widać. Zresztą trzeba jeszcze jedno powiedzieć. Za tego księdza życie oddały siostry Nazaretanki w Nowogródku. [19]43, Niemcy rozstrzeliwują 11 sióstr Nazaretanek, które Jan Paweł II ogłosił błogosławionymi. Ksiądz ma świadomość, bo siostra przełożona mówi księdzu, gdy go szukają, że „jeżeli konieczna jest ofiara, lepiej, żeby Pan Bóg nas zabrał, a ocalił księdza. Ksiądz jest bardziej potrzebny”. I ksiądz jest późnej, w procesie beatyfikacyjnym, głównym świadkiem i to swoje świadectwo pisze w takiej małej książeczce, zaraz ją pokaże, „Ofiara przyjęta”. Człowiek ma świadomość, chociażby ksiądz, który staje przy ołtarzu, że tutaj ofiaruję za mnie, za nas Jezus. No to co ja z tego wiem albo inni? Ale on wie, bo za niego życie te konkretne siostry, które klęczały przed ołtarzem tyle lat, nie, dały? To jednak człowieka stawia tak, no nie powiem do pionu, ale… albo otwiera oczka, o tak.
Trudno potem pójść na łatwiznę.
Tak, tak. On miał świadomość, że ma życie darowane, tak.
I okupione.
Tak, tak.
Ale kiedy, jeszcze wrócę do tej kwestii, kiedy przychodzili, no czuli się zagubieni młodzi ludzie jak się zachować w tej rzeczywistości stanu wojennego czy po stanie wojennym. Czy się może dogadać z systemem? No pewnie były bardzo konkretne pytania, bo byli stawiani przed konkretnymi wyborami: albo się zapisujesz do partii albo z nami współpracujesz, albo nigdzie nie wyjedziesz zagranice, nigdzie nie będziesz awansował. I jak wtedy, jaka była wtedy podpowiedź?
Tak, to nawet przychodzili, ja powiem jeszcze trudniejszą sytuację, przyszedł chłopiec czy dziewczyna, że podpisał współpracę. Wtedy, no mówię: „całe szczęście”… To jest to, o czym wspomniałem ta szkoła, lekcja w wojsku i obecność tego księdza, który miał doświadczenie i wojny i czasów stalinowskich, w czasach stalinowskich był rektorem wrocławskiego seminarium duchownego, więc wtedy… Pierwsza rzecz to jest wyprowadzenie z takiego szoku. Młodzi to zszokowani z tej gorącości. Czasami się szło też na spacer albo do kościoła, żeby się pomodlić. A czasami rozmowa przechodziła w spowiedź, bo jak zaczął mówić i płakać, że podpisał, zgodził się na współpracę, nie, no to kwestia oczyszczenia tego. Różne podpowiedzi były. Każda podpowiedź była taka, że musisz ocalić swoją wolność. Żadnego zniewolenia, żadnego. Żadnego uzależnienia. To jest to, mówię, znów co powiedziałem co mnie w chrześcijaństwie imponuje, nie? Zresztą Wojtyła to wziął z ewangelii. Jego pytali, że gdyby miał w jednym zdaniu streścić Ewangelię czy wybrać - „szukajcie prawdy, a prawda was wyzwoli”. No to jest ta tajemnica. Myślę też oparta o przeżycia tego młodego, poszukującego studenta, później księdza też. Myślę, że tak.
Ale czy jakby nauka, formacja duszpasterska była prowadzona w tej przestrzeni duchowej, czyli wierności Ewangelii, wierności Panu Bogu czy też jakby, jakby uwzględniała, że są sprawy publiczne, są sprawy Polski, której można, a nawet należy jako synowie tej ziemi powinniśmy jako synowie tej ziemi oddawać część swojego życia. Czy był w ogóle taki stawiany dylemat między sferą prywatności i szczęścia rodzina a jakby wystawianiem na ryzyko tego szczęścia na rzecz innej wartości, jaką jest…
No tutaj jak wspomniałem o umiłowaniu Mickiewicza, to tam te wszystkie wątki występują, bo to są czasy zaborów. I ks. Zienkiewicz ładnie śpiewał, lubił śpiewać, zresztą jak nie śpiewać z młodzieżą. Ten, ktoś tam na gitarze, ktoś na czymś innym gra. I piosenki, no jakżeż, od harcerstwa, sam był harcerzem, a więc patriotyczne i gawędy, gawędy, gawędy przy ognisku. W duszpasterstwie akademickim była sala kominkowa i kominek i czymś świętym to było spotkanie przy kominku, czyli przy ognisku i gawędy. I tutaj nutka patriotyczna, tak. I „najlepiej ojczyźnie będziecie służyli najpierw bardzo solidnie kształcąc i głowę i charakter, i głowę i charakter”. Tak, coś fundamentalnego. Ja zanim przyszedłem do duszpasterstwa akademickiego, to słyszałem taki zarzut, że to jest przeintelektualizowane. No to się zdziwiłem, nie. Tam za dużo emocji, tu za dużo intelektu. I wspólne dzieła. Na przykład ks. Zienkiewicz nigdy się duchem nie wyprowadził z kresów. W okresie komuny wśród rozmaitych grup i grupeczek studentów jakie były, był zespół też nazywany „Oriens” - wschód. I cały czas problematyka wschodu, cały czas. I konkretnie - wysyłanie książek i czasopism tam, o, i korespondencja. I to jest taka znów próbka. Gdy idzie o społeczne nastawienie. Większego społecznika nie widziałem, bo cokolwiek miał w kieszeniach, to biedny student zawsze dostał, a jak w prezencie coś miał, to dostał garnitur, to dostał płaszcz wiele nie unosił, bo już poszedł. To było bardzo takie praktyczne i to, co też warto zauważyć: w tym czasie, w okresie stanu wojennego Duszpasterstwo Ludzi Nauki, słynne opłatki nauczycieli akademickich - to się tu zaczęło właśnie, no bo trzeba to środowisko zintegrować. Komitety Obywatelskie tam się zbierały najpierw. Już nie powiem takiego, takiego mojego momentu zżymania się na jednej osobę. Bo klucz dałem do sali, bo się Komitet Obywatelski zbierze, prawda, bo już mają zdjęcia z Wałęsą, tylko jeszcze, żeby tu wszystko poustalać. Czy mogą salę tam pożyczyć, „dobrze, na ile?”, „na 3 czy 4 godziny”, „dobrze, bo ja mam później zajęcia w tej sali. To proszę klucz”. Zamykaliśmy salę, tam nam ubecy zaczęli w tym domu chodzić. „Tylko zróbcie porządek po tym zebraniu Komitetu Obywatelskiego”. No i przynosi mi ta zacna osoba klucz, no i pytam się „czy tam porządek zostawiłaś”, „a to chodźmy, zobaczymy”. Przychodzę, patrzę i ja mówię: „i wy chcecie Polskę porządkować jak wy tej sali nie uporządkujecie?”. Tak, że to nastawienie. To wszystko było nie tylko za wiedzą, ale i za przyzwoleniem tu [świadek wskazuje na portret księdza Zienkiewicza - przyp. M.R.].
„Solidarność”, proszę o „Solidarności” opowiedzieć. O swoim udziale w „Solidarności”.
Cóż, no niezapomniane zaproszenia studentów na strajki, bo od tego się zaczynało. Co miał ksiądz? Ja tak się dzisiaj zastanawiam po co na strajk jeszcze księdza wołali? Odprawiane msze święte tam. Już w szkole, w Wyższej Szkole Teatralnej to przynajmniej mnie o mszę prosili, to dobrze, ale „niech ksiądz przyjdzie, żeby pogadać”. I to gadanie też miał akcent taki albo wyraźnej modlitwy albo takiej pogadanki ewangelicznej też. To myślę było z jednej strony zapotrzebowanie tych młodych, bo myśmy się sami tam nie cisnęli. Oni nas ciągnęli. I tak samo z mszą świętą na tych strajkach. No przedziwna intuicja, przedziwna intuicja, że wyczuwali, że ten element w tym zmaganiu się, w tej walce musi być obecny. Organizują marsz… A jeszcze wrócę do tych strajków. No takie wzruszające było, bo jest 30 listopada, dzień moich imienin, a ja przeżywam gdzie swoją, swoje imieniny? W największej auli Uniwersytetu Wrocławskiego, Instytut Matematyczny przy moście grunwaldzkim, gdzie tam wejdzie do tej sali, no napchało się grubo ponad 1000 tych studentów i msza święta andrzejkowa. No mówię, takich andrzejków sobie nie wyobrażałem. Oni też nie, bo nie było tańców, tylko strajk. Więc… A następnie już w stanie wojenny, jeszcze przed stanem wojennym jak były te manifestacje w obronie więźniów politycznych. No przychodzili do nas, no dziwna rzecz, do duszpasterstwa akademickiego, tak samo ten usytuowanie Arcybiskupiego Komitetu Charytatywnego, że do duszpasterstwa akademickiego, no tak się stało, chcą organizować marsz o… uwolnić więźniów politycznych i msza święta w katerze. Nie zapomnę rozmowy, no to wtedy „chodźcie”, bo szefem był ksiądz Zienkiewicz, „chodźcie do Wujka”. I taka rozmowa jednocześnie, ani odrobiny przeprażenia u Wujka, że to się można władzy narazić czy coś, co tam władza pomyśli, nie. Co było dla niego głównym takim, główną obawą: „kochani, kochani, powiedzcie mnie czy wy chcecie na pewno mszę świętą? Czy wy chcecie mszę świętą? Bo msza święta nie może być pretekstem do manifestacji politycznej. Czy wy chcecie się pomodlić?”. I ci młodzi ludzie zaczynają dumać co to jest msza. Bo to, że się, przepraszam, powiem nie ładnie, każda ruchawka polityczna zaczynała się od świątyni, to wiemy w czasach żydowskich, Pana Jezusa. Gdzie Rzymianie umieścili swoje koszary wojskowe? No koło świątyni, bo bez przerwy wychodzą ze świątyni i tam się zaczyna, nie? To tak samo tutaj. Gdzie ulotki? Msza za ojczyznę, nie? I gdzie ubecja prowokowała? Więc tutaj taka nutka połączenia z księdzem Jerzym błogosławionym Popiełuszko. Pierwszą mszę świętą, którą on odprawiał za ojczyznę, on odprawiał w ostatnią niedzielę miesiąca, i pierwsze kazanie to tak posłużył się mocno tekstem księdza Mirosława Drzewieckiego. I mnie w rozmowie mówi: „to przeproś księdza Mirka i powiedz mu, podziękuj, że ja z tego korzystałem”.
Co zrobić z tym archiwum? „A wiesz - raz wiesz, raz ksiądz - no tego” i żadnej konkretnej odpowiedzi. Oddałem w końcu, poprosiłem dyrektora Adolfa Juzwenkę, „Dolek”, no. To rodacy, do pracy.
Tak, o księdzu Jerzym.
O księdzu Jerzym.
Tak. Jak go ksiądz zapamiętał z Bartoszyc? Czy potem jeszcze jakby słyszeliście o sobie czy się spotykaliście?
Nawet się spotykaliśmy też, tak. Więc to spotkanie nasze z księdzem Jerzym, dzisiaj błogosławionym, to można powiedzieć zawdzięczamy też komunie. Gdyby nas do wojska nie wzięli, to chyba byśmy się nie spotkali. [19]66 rok, Bartoszyce, wśród grupy kilkunastu kleryków z Warszawy. A to byli, klerycy z Warszawy, ponieważ tam było arcy, archidiecezja to i archiseminarium, no i stolica, to tak, że to tacy wyżsi klerycy. Ale ksiądz Jerzy, wtedy alumn, wcale nie taki wysoki, bo on nie z Warszawy, tylko z dalekiej wsi białostockiej, to, czyli taki normalny. Bardzo koleżeński, postury takiej skromnej i ta jego postura oddaje jego osobowość. Tak też skromny z bardzo dobrymi oczyma. Udało się, jeżeli szukam wizerunku, który dobrze oddaje księdza Jerzego, to tutaj akurat na tym zdjęciu, na tym obrazie namalowanym przez księdza pallotyna Witolda Urbanowicza jest najlepiej oddane są jego oczy, jego dobre oczy, takie dobrocią tknące. No przyznam się takim bólem było dla mnie pisanie, mówienie, że on organizował seanse nienawiści. To jest zupełnie zaprzeczenie tego człowieka. W wojsku bardzo koleżeński, nie rzucał się w oczy. Jak mówiłem o tych dyskusjach takich publicznych. On nie dyskutował, nie należał do tych. Natomiast był bardzo stanowczy w rozmowach takich z dowódcami. Dowódca miał niedobrego człowieka. Nazwiska nie powiem, choć nie mam powodów, żeby sobie przypomnieć. Był niedobrym człowiekiem i sobie upatrzył, w wojsku się tak robiło, takiego kozła ofiarnego. Takie wyróżnienie na czym polegało? Że w plutonie był na wyposażeniu rkm - ręczny karabin maszynowy Diegtiariowa z takim talerzem dużym. Otóż na rkmistę wybrał kolegę kleryka z Poznania Andrzeja Szulca, który miał taką buzię zupełnie niewojskową, bo cały czas pogodną taką. To podpadło. A pomocnik rkmisty Popiełuszko. Pomocnik miał trudniej, bo cięższe od rkm były trzy te magazynki, talerze napełnione to było kilkanaście kilo, więc na poligonie to targać. To było ciężkie. To był wyraz takie sympatii w cudzysłowiu do Jurka Popiełuszki. Był stanowczy, zdecydowany. Powtarza się często i bodaj w filmie polecenie, rozkaz zdjęcia różańca, obrączki z ręki, bo to może spowodować przy strzelaniu wypadek czy coś i on tego nie zdjął mimo tam represji. Nie, to nie. I tutaj w tych sprawach to już nie było kompromisu, nie było kompromisu. W tej, chcą tą koleżeńskość taką podkreślić… Myśmy, brakowało nam mszy świętej niedzielnej, to myśmy szli poza budynek jak było ciepło, jak nie to w sali w budynku, czterech - pięciu braliśmy mszalik i odprawialiśmy w cudzysłowiu mszę świętą, czyli od „w imię Ojca i syna” do „idźcie, ofiara spełniona”. Tak czytaliśmy. No i czasami w tym kręgu znaleźliśmy razem, tak. Byliśmy w jednej kompanii. Fizycznie trudniej sobie radził niż my. Widać było, że ma kłopoty, bo pamiętam taką scenę, że przeganiano nas w upalną pogodę po poligonie w maskach przeciwgazowych. Te maski są… biegać, gorąco, oddychać oddycha się przez tę maskę, a człowiek się mimo wszystko dusi, a jeszcze biegiem marsz. I pamiętam tą scenę, że zdjął tę maskę, bo akurat z tej maski tam krew wypływała, widać było, że coś tam w tym organizmie no nie domaga. Bardzo był koleżeński. Razem parokrotnie spotykaliśmy się na ZOK-u - to jest zakaz opuszczania koszar. To jest żadna kara, bo i tak się siedzi w koszarach, ale trzy razy dziennie się trzeba meldować w pełnym osprzęcie i wtedy dowódca, u którego się melduję no doprowadza do, no wyżywa się po prostu. Bo w pokoju jest gorąco, ciepło, powiedzmy zima i „proszę - nie proszę - zdejmijcie, pokażcie onuce z prawego buta”. Tutaj hełm na głowie, pistolet, plecak, maska gazowa i zdjąć jeszcze. To zakłada się i później „wyjmijcie i pokażcie zapasowe onuce czy są czyste z plecaka”. No takie wyżywanie się. Plecak należy tak trzymać [na wyprostowanych rękach - przyp. M.R.]. Zwykłe, najzwyklejsze wyżywanie się. Oczywiście jak wygonił „macie minutę, żeby ten kubeb wyczyścić, bo tu jest tego”. To się przychodziło do sali, tam koledzy. Jeden wziął ten kubek, przetarł, „siądź sobie, odpocznij”, przetarł. Drugi tam pocieszał „co? Ile cię już gania? Ile cię będzie ganiał?”. No takie oparcie bardzo takie serdeczne. Później, po wojsku, myśmy się spotykali. Spotykaliśmy się jako była pierwsza pielgrzymka Ojca Świętego, bo miałem to szczęście, że na tej pielgrzymce od początku do końca byłem na wszystkich etapach. Potem go spotkałem dwukrotnie. To już z tą swoją krewną z Ameryki, ciocią, która mu to mieszkanie na Chłodnej, tą kawalerkę kupiła. A ostatni raz wdziałem, widzieliśmy się końcem sierpnia w roku [19]84, w roku jego śmierci. Wtedy mieliśmy jakieś półtorej godziny czasu na rozmowę taką przy kawie. No troszkę była taka aura lekko zadymiona, bo święty używał tytoniu, tak. Mówię to dlatego, że można zostać świętym nawet jeżeli się pali. I wtedy tak po bratersku, bo jak się jest 2 lata w wojsku można się nie wiedzieć miesiące, ale się rozmawia jak z bratem. „Jurek, co ciebie tak na bohatera zrobili. Tak bohaterem można zostać”, on mówi: „no zobacz co oni… Ja robię to, co normalnie”, on też wiedział co ja robie, wiedzieliśmy o sobie, „a zobacz, oni ze mnie”. No i postawiłem mu pytanie: „czy się boisz?”. Bo to już było po incydencie, gdy Piotrowski atakował samochód jadący do Gdańska, rzucał kamieniem. To było po incydencie wrzucenia tych cegieł do mieszkania z ładunkiem wybuchowym. On mówi: „no słuchaj, na początku się bałem, a teraz się nie boję. Ja muszę tak robić. No co oni mi mogą zrobić? No mogą mnie zabić”. Tak, ot po prostu. No nie wiedzieliśmy, że to ostatnie jest spotkanie, natomiast jak z chwilą, gdy doszła wiadomość, że został porwany, to miałem wewnętrzne przekonanie, że żywego go nie wypuszczą. Znając jego też stanowczość pewną. Zresztą w jego zapiskach ta jego stanowczość też jest. Mówi m.in to, co było dla niego takie bardzo radosne, mianowicie po tych przesłuchaniach, bo on wiedział też, że księdza Drzewieckiego tutaj toczy się sprawa sądowa w sądzie wojskowym, wiedział, że mnie tez ubecja ciąga, ale z taką radością mówił o słowach uznania od Ojca Świętego i różaniec, który przywiózł mu biskup Zygmunt Kraszewski, który tak blisko się z nim kontaktował.
Świetnie. Już będziemy kończyć. To proszę może jeszcze o coś nie zapytałam? Może chciałby jeszcze ksiądz nam powiedzieć o czymś ważnym w swoim życiu, co jeszcze jakby nie jest bezpośrednio w związku z tą narracją, którą tutaj ksiądz jakby prowadził.
No cóż. Tak myślę, że jestem szczęściarzem w życiu. Dlaczego? Nie tylko dlatego, w myśl tego życzenia żydowskiego „żebyś żył w ciekawych czasach”, ale że dane mi było na drodze mojego życia spotkać bardzo ciekawych, wartościowych ludzi. Nie ma już czasu, żeby powiedzieć, ale nie zapomnę rozmowy parogodzinnej z Janem Nowakiem-Jeziorańskim, który odbierał tutaj tytuł honorowego obywatela Wrocławia. I akurat w magistracie pracowali moi wychowankowie. Czasami tak dobrze, że taki kwiatek się pojawi jak duchowny. Dobrze jak na jakieś uroczystości jest. Jak nie może przyjść kardynał czy jakiś biskup, to i Dziełak dobry wtedy jest. Tak samo Dudkiewiczowi niejeden raz mówiłem, „a chodź, chodź na obiad”, ja mówię: „a widzisz, jak ci kardynał odmówi, Janiak ci odmówi, to i Dziełak jest dobry”. Ale wtedy też któryś tam z kolegów, z uczniów moich na obiad z Janem Nowakiem-Jeziorańskim. Bardzo chętnie, się ucieszyłem. Poszedłem, bo miałem okazję porozmawiać z tym człowiekiem, którego głos mi w uszach brzmi od dziecka. To wspomniane radio Pionier, doskonałe, skonstruowali Polacy po to, aby doskonale Wolną Europę łapało. Doskonale mimo zagłuszania. I pytam się, i to może być taki, bym się tym posłużył jako taki morał naszej rozmowy. Dziękując mu za to, co on robił i cała ekipa Radia Wolnej Europy, znając jego życiorys też taki przebogaty, ogromnie szlachetny, pytam się: „panie dyrektorze, skąd pan się nauczył takiej właśnie postawy klarownej, bezkompromisowej, ale ogromnie szlachetnej, ofiarnej?”, a on mówi: „proszę księdza, to wyniosłem z rodziny, ze szkoły, tego mnie nauczył Kościół i harcerstwo”.
Można powiedzieć podobnie. Podobne macie…
Tak, elementy. Tak. I to jest, myślę, w edukacji, w wychowaniu młodego pokolenia szalenie istotne. No już zakładamy między tymi czterema ogniwami istnieje harmonia, że nie ma dysonansu, że jednobrzmiące jest wychowanie.
Ten sam kierunek.
Księże Andrzeju, wielkie Bóg zapłać. Bardzo dziękuję.
Bardzo dziękuję. Przepraszam, że aż tak się rozgadałem bardzo, ale to jest cechą pewnego wieku.
Data of the object
-
Name / Title
Andrzej Dziełak -
Creator / Producer
Ujazdowska, Lidia (prowadzący/a rozmowę); Dziełak, Andrzej (świadek historii); Różański, Maciej (operator kamery) -
Type
-
Category
-
Chronological range
-
Execution date
07/05/2016 -
Duration
1h 42min 32sek -
Place
-
Inventory number
MHP-07-3151 -
Copyright classification
-
Permalink
Description
Ksiądz Andrzej Dziełak opowiada o swoim życiu, które rozpoczęło się na Ziemiach Odzyskanych w rodzinie silnie związanej z wartościami religijnymi i patriotycznymi. Po trudnych doświadczeniach powojennych, w 1964 roku rozpoczął seminarium duchowne, a podczas służby wojskowej (1966–68) zdobył siłę potrzebną w pracy duszpasterskiej, zwłaszcza w czasach stanu wojennego. Po wojsku kontynuował naukę i działalność duszpasterską, m.in. we Wrocławskim Duszpasterstwie Akademickim, wspierając represjonowanych i działając w duchu wiary, patriotyzmu i odpowiedzialności społecznej.
Wspomina również księdza Jerzego Popiełuszkę, którego poznał w wojsku – człowieka skromnego, stanowczego i nieugiętego w swoich wartościach, a także innych ważnych osób, jak Jan Nowak-Jeziorański, który podkreślał rolę rodziny, Kościoła i harcerstwa w kształtowaniu postawy życiowej. Całość ukazuje życie pełne wiary, wytrwałości i zaangażowania w trudnych czasach Polski.