Czy liberum veto doprowadziło I Rzeczpospolitą do upadku? - Mediateka - Muzeum Historii Polski w Warszawie SKIP_TO
Wizyta w muzeum Przejdź do sklepu
Rzecz historyczna
Audiovideo

Czy liberum veto doprowadziło I Rzeczpospolitą do upadku?

12/06/2025

Transkrypcja

Liberum veto wolne Nie pozwalam to słowa, które dość powszechnie uważamy za najtragiczniejsze w dziejach Rzeczypospolitej Obojga Narodów. To właśnie one miały doprowadzić polsko-litewskie państwo do upadku. Czy rzeczywiście miały taką moc? Liberum veto uznaje się za przejaw politycznego warcholstwa, ba, nieszczęsnego posła z Upity Władysława Sicińskiego, z którym kojarzono pierwsze zerwanie Sejmu za pomocą veta utożsamiano z Upiorem. Ale czy było tak zawsze? Czy prawo do veta należy oceniać jednoznacznie negatywnie? Może da się znaleźć przykłady słusznego użycia tego prawa? Przecież w roku 1773, gdy obradował sejm rozbiorowy na sali sejmowej też krzyknięto liberum veto. Czy zachowanie posła Tadeusza Rejtana, uwiecznione skądinąd na obrazie Matejki, też było przykładem politycznego warcholstwa?

 

Część pierwsza. Od sejmiku do Sejmu.

 

Aby zrozumieć wagę liberum veto, trzeba umieścić je w szerszym kontekście systemu politycznego Rzeczypospolitej Obojga Narodów. A system ten wcale nie należał do najprostszych. Centrum decyzyjne stanowił Sejm, czyli połączenie trzech stanów króla, Senatu i izby poselskiej. Król był wybierany przez szlachtę podczas wolnej elekcji. Jego władza była ograniczona przez liczne przepisy. Do skutecznego pełnienia swoich obowiązków potrzebował zgody senatorów wyłanianych spośród najważniejszych urzędników w państwie oraz izby poselskiej złożonej z przedstawicieli szlachty, posłów wybranych na sejmikach ziemskich.

 

Sejmiki odbywały się w różnych miastach, np. w Wielkopolsce, w Środzie, w Małopolsce, w Szadku, w województwie lubelskim, w Lublinie, a na Litwie między innymi w Nowogródku, Nieświeżu czy w Trokach. Sejmiki miały różne cele i różny charakter. Były to sejmiki przedsejmowe, sejmiki relacyjne, sejmiki elekcyjne. Podczas tych pierwszych sejmików przedsejmowych szlachta wybierała swoich reprezentantów na Sejm. Jeśli król chciał zwołać Sejm, to 6 tygodni przed nim rozsyłał stosowne pismo, a następnie zwoływano sejmiki, na których byli wybierani posłowie. Każdy sejmik wystawiał od dwóch do sześciu posłów, choć niekiedy nawet i więcej. Na sejmikach posłowie dostawali odpowiednie instrukcje, jak i w jakich sprawach mają głosować, kiedy zgodzić się na zmiany dotychczas obowiązującego prawa, a kiedy wręcz przeciwnie. Później takie instrukcje mogły stać się uzasadnieniem zerwania Sejmu przez konkretnego posła. Sejm rozpoczynał się mszą, na której nierzadko wygłaszano kazania pełne treści obywatelskich. Miały one rozbudzić patriotyzm. Potem wybierano marszałka izby, który przewodniczył obradom. Bez niego Sejm nie byłby sejmem. Następnie należało przeprowadzić tak zwane rugi poselskie, czyli weryfikacje, czy aby posłowie są wybrani legalnie.

 

Z zasady był to ślepy przepis. Skoro bowiem posłowie wybrali marszałka, niejako z automatu uznawano, że są legalnie wybrani. Wtedy przychodziła kolej na oficjalne powitanie króla i dopiero wtedy można było rozpocząć obrady Sejmu. Najpierw przedstawiano propozycje od tronu, czyli wyjaśniono, czym Sejm ma się zajmować. Uzupełnieniem były wota senatorskie, czyli mowy, w których senatorowie wygłaszali opinie na temat propozycji królewskich, w założeniu mające być komentarzami dającymi szersze spojrzenie na dyskutowane sprawy. Czasem zdarzały się mowy mądre, a niekiedy jedynie puste krasomówcze tyrady. Kiedy już jednak wszystkich głosów senatorskich wysłuchano, posłowie rozchodzili się na obrady nad propozycjami królewskimi. Niestety, nie były to ani dyskusje łatwe, ani dyskusje spokojne. Częściej były to po prostu kłótnie i wzajemne przekrzykiwanie się. Niemiecki prawnik Hermann Henrique notował ówcześnie.

 

"Sejmy zawsze są burzliwe i chaotyczne, ku wielkiemu nieszczęściu Rzeczypospolitej. Nie istnieją też należycie określone przepisy, podług których miałyby zapadać decyzje".

 

Jest to sąd mało przychylny, ale niestety dość dobrze oddający rzeczywistość. Tym bardziej, że od drugiej połowy XVII wieku przebieg Sejmu był gwałtowny, niekiedy wręcz zbliżający się do anarchii. Uniemożliwiało to konsensus i ustalanie czegokolwiek, a bez tego z kolei trudno było kierować państwem. Kompetencje Sejmu były bardzo szerokie od zagadnień administracyjnych, skarbowych i wojskowych, przez podatkowe i dotyczące przywilejów szlacheckich, po nobilitację i politykę zagraniczną. Sejmy zajmowały się na dobrą sprawę wszystkim od spraw ważnych dla całej Rzeczpospolitej, do rzeczy istotnych dla garstki, a nawet dla jednostek, tak jak pojedyncza nobilitacja, czyli uszlachcenie. No ale skąd tak naprawdę wzięło się liberum veto? Nie byłoby go, gdyby nie powiązana z nim zasada jednomyślności. Polski system parlamentarny opierał się na znanych jeszcze z antyku wzorcach wspólnego decydowania o losie wspólnoty. Zasada jednomyślności, konsensusu pomiędzy poszczególnymi przedstawicielami bardzo zróżnicowanych ziemi narodów była czynnikiem, który miał spajać całą wspólnotę polityczną. Należy pamiętać, że na Sejm przyjeżdżali posłowie z całej Rzeczypospolitej. Byli to zarówno katolicy, jak i protestanci czy prawosławni. Byli to etniczni Polacy, Litwini, Rusini, ludzie o różnych poglądach i bardzo różnych interesach.

 

Tymczasem zgromadzona szlachta miała podejmować decyzje jednogłośnie i wypracowywać kompromisy, które były potrzebne w tak bardzo zróżnicowanym kraju. Jednomyślność była niczym innym jak rodzajem zabezpieczenia przed wyraźną dominacją którejś z tych grup. W praktyce nie wszystko wyglądało tak dobrze jak w teorii. W Rzeczypospolitej nie wykształcił się mechanizm, który pozwalałby na głosowanie większością głosów w sytuacjach, w których byłoby to niezmiernie potrzebne. Jedynym wyjątkiem był tzw. sejm skonfederowany, który działał niczym szlachecka instytucja Konfederacji. Głosowano wówczas większością głosów. Historycy wskazują, że początkiem liberum veto był protest Władysława Sicińskiego z 1652 roku. Ale czy rzeczywiście był to pierwszy taki protest? Wcześniej nigdy nikt nie protestował.. No nie jest to prawdą. Przed rokiem 1652 zdarzało się zakłócanie obrad albo wychodzenie części posłów z sali. Niekiedy takie manifestacje były próbami przeforsowania własnego stanowiska. Ostatecznie jednak nie doprowadzano do zerwania obrad. Starano się obchodzić wszelkie sprzeciwy, między innymi po prostu nie uznawano protestacji, na przykład argumentując, że poseł był nietrzeźwy. Obrady były wtedy wprawdzie utrudnione, ale sejmy nie były zrywane. Niekiedy sejmy po prostu rozchodziły się bez podejmowania ustaleń.

 

Wynikało to z powszechnej zgody na przedłużanie obrad. Było tak za króla Stefana Batorego, kiedy 3 sejmy zakończyły się brakiem konkluzji, a także za królów z dynastii Wazów, Zygmunta III i Władysława IV, kiedy bezskuteczne obrady zdarzyły się aż ośmiokrotnie. Nigdy jednak sejmy nie były zrywane przez jednego człowieka. Tak było przynajmniej do czasu protestacji Sicińskiego, którą uznano za prawnie ważną. Ale czy było to faktycznie liberum veto? Zdania na ten temat są podzielone.

 

Część druga Liberum veto czy liberum rumpo?

 

W roku 1652 Sejm odbywał się w Warszawie. Był to czas wyjątkowo trudny dla Rzeczypospolitej. Na Ukrainie cały czas było niespokojnie. Co prawda latem 1651 roku pod Beresteczkiem Jan Kazimierz zwyciężył armię Bohdana Chmielnickiego i dążył następnie do sfinalizowania ustaleń wcześniejszej ugody z Białej Cerkwi, ale sytuacja cały czas była niepewna. Do tego zima 1650-1651 była długa i bardzo mroźna. Po niej zaś nastąpiły powodzie. Zbiory były słabsze niż zakładano. Jednym słowem sytuacja w kraju była prawdziwie niedobra. Sejm zebrany w stolicy miał między innymi ratyfikować umowę z Kozakami i ogłosić nowe podatki. Obrady jednak przeciągały się i trwały już dłużej niż ustawowe sześć tygodni.

 

Kanclerz wielki koronny Andrzej Leszczyński zaproponował wówczas przedłużenie obrad. Nie było to niczym niezwykłym, zdarzało się już bowiem przedłużać sejmy, ale tym razem poseł Trocki Władysław Siciński krzyknął, że on się na to nie zgadza i wyszedł z sali. Początkowo nikt nie zwrócił na niego uwagi. Marszałek Andrzej Maksymilian Fredro w ogóle tego protestu nie zauważył. Dopiero po pewnym czasie kolejni posłowie zaczęli powoływać się na protest Sicińskiego. Zapanowała konsternacja. Marszałek postanowił odłożyć obrady do czasu, kiedy poseł upicki wróci i wyjaśni swój protest. Tak dawniej robiono. Ale nie tym razem. Siciński po prostu się nie zjawił. Ostatecznie uznano jego protest, co okazało się prawdziwym nieszczęściem dla całego kraju i w krótkiej, i w długiej perspektywie. Sejm bowiem rozszedł się bez konkluzji w złym dla Rzeczypospolitej czasie. Tak o tym pisał poeta i historyk Wespazjan Kochowski.

 

"Tak się na tym Sejmie stało. Jeden litewski poseł Sejm zerwał, a bardziej po wyjściu sejmowego czasu nie dał czasu sejmować, niewinnych senatorów, nazwawszy Katylianami, posłów spokojnych Klaudiuszami, Scypionów i Tulliuszów na wygnanie z ojczyzny rugował".

 

Całość zajścia miał też skwitować senator Albrecht Radziwiłł słowami "Bodajś z piekła nie wyszedł, kiedyś zrządził takie nieszczęście". Na co zebrani mieli odpowiedzieć "Amen, Amen, Amen". Skoro tak powszechne było potępienie dla czynu Sicińskiego warto zadać sobie pytanie, kto na nim zyskał? Sytuacja z 1652 roku miała drugie dno. Siciński, poseł upicki ziemi trockiej, był zależny od magnata Janusza Radziwiłła i możliwe jest, że zerwał Sejm na jego polecenie. Radziwiłł miał bowiem własne cele, a zerwanie Sejmu mogło być mu na rękę. Pokazywałby tym samym, że trzeba się z nim liczyć. Znawca tematu, Władysław Czapliński pisał, że mógł Radziwiłł chcieć w ten sposób wzmocnić swoją pozycję, aby król nie pominął go przy nominacji na urząd hetmana wielkiego Litewskiego. Uczciwie należy również przyznać, że protest Sicińskiego miał podstawy prawne zgodnie z konstytucją z 1633 roku "prolongacja sejmów jest przeciwko prawu", co znaczyło, że niemożliwe było przedłużanie sejmów ponad okres przewidziany przepisami. Był to zresztą jeden z bardziej nieszczęśliwych zapisów regulujących działanie systemu politycznego staropolskiej Rzeczypospolitej. Sprawiał bowiem, że nie wszystkie sprawy można było skutecznie rozstrzygnąć z zupełnie prywatnej perspektywy Sicińskiego.

 

Na sejmie przegłosowano decyzje podatkowe niekorzystne dla jego ziem. Faktycznie, obrady odbywały się już po terminie. Czy zatem był Siciński marionetką w rękach magnata? A może raczej w gorącej wodzie kąpanym, posłem litewskim, walczącym konsekwentnie o swoje partykularne prawa? Nie sposób dziś jednoznacznie rozstrzygnąć. Chcąc nie chcąc, słusznie czy niesłusznie, Siciński stał się dla potomnych symbolem zrywania Sejmu i liberum veto. Krążyły legendy, że za tę winę spotkała go kara boska i musiał patrzeć, jak jego bliscy giną od pioruna. Według innej legendy sam miał zginąć od pioruna. W podaniach ludowych funkcjonował nawet jako upiór z Upity, który to nie dość, że straszył ludzi, to jeszcze odciągał ich od wiary katolickiej i na dodatek prześladował księży. Ale czy Siciński w ogóle zastosował veto? Badacze nie są pewni, czy można mówić w jego wypadku o liberum veto, bo do protestu doszło, o czym mówiłem po obradach, toteż nie był on w sensie ścisłym zerwaniem trwającego Sejmu. Nowością było jednak to, że był to protest. Pojedynczy protest Sicińskiego i uznanie go za ważny stały się precedensem.

 

W kolejnych latach coraz częściej dochodziło albo do zrywania sejmów po zakończonych obradach, albo do prób uczynienia tego. Jednak na najpoważniejszy przypadek, prawdziwe liberum veto, czy wtedy już raczej liberum rumpo, a zatem "wolne zrywam", trzeba było czekać aż do 1669 roku. Wtedy to bowiem został zerwany sejm koronacyjny. Kraków, rok 1669. Na króla Rzeczypospolitej został wybrany Michał Korybut Wiśniowiecki. Człowiek słaby, nieudolny kandydat zupełnie nieodpowiedni na tron Rzeczypospolitej. Jego jedyną zasługą pozostawał fakt, że jego ojcem był legendarny pogromca Chmielnickiego Jeremi Wiśniowiecki. Takie zdanie miało o nim wielu przedstawicieli szlachty, w tym prymas Mikołaj Prażmowski oraz Hetman wielki koronny Jan Sobieski, który nie widział w wyborze Wiśniowieckiego absolutnie niczego dobrego. Oni też stali się liderami środowiska malkontentów, czyli opozycji przeciwko nowemu władcy. Sytuacja w kraju była bardzo napięta. Rzeczpospolita z trudem wracała do siebie po wojnach, po powstaniu Chmielnickiego, po potopie szwedzkim, po wojnie z Moskwą. Jakby nieszczęść tych było mało, w latach 1665-1666 w państwie toczyła się prawdziwa wojna domowa, znana jako rokosz Lubomirskiego, w trakcie którego doszło do bratobójczej walki.

 

Wcześniej sejmy zrywano z powodu starć politycznych. W 1668 roku abdykował król Jan Kazimierz Waza. Napięcie w Rzeczypospolitej sięgało zenitu. Wielu miało poczucie, że kraj jest na drodze do upadku. Jednak wreszcie wybrano nowego króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego. 5 listopada 1669 roku trwał sejm koronacyjny. Adam Olizar złożył protestację, po czym opuścił obrady. Czym się różnił protest Olizara od protestu Sicińskiego? Otóż Olizar zaprotestował jeszcze w trakcie Sejmu, dokładnie w 35 dniu jego trwania zerwał sejm, który nie mógł się dalej prawidłowo potoczyć. Na tym polegała nowość. Było to prawdziwe liberum veto, czyli zerwanie trwającego Sejmu. W ten oto sposób liberum veto czy już wtedy liberum rumpo stało się bronią w rękach polityków? Zwalczały się wówczas w Rzeczpospolitej dwa obozy wspomnianych już malkontentów i regalistów, a bilans tego starcia był dla Rzeczpospolitej tragiczny. Za czasów króla Michała Korybuta z sześciu sejmów aż cztery zostały skutecznie zerwane. Zaczął się czas powszechnego veta i sytuacja ta wcale nie minęła wraz z końcem krótkiego panowania Wiśniowieckiego, a za czasów jego następcy wręcz się pogorszyła. Jan III Sobieski chciał być władcą niemalowanym, co wzbudzało sprzeciw.

 

Chociaż doceniano jego osiągnięcia na polu wojskowym, to miał w kraju olbrzymią opozycję. Używano wobec niego broni, którą on sam skutecznie wykorzystywał przeciwko Korybutowi i to ze wzmożoną siłą. Dochodziło do coraz poważniejszych naruszeń porządku obrad. Nadchodził czas anarchii i warcholstwa, które przenosiły się również na sejmiki. Były one nie tylko burzliwe, ale również bardzo często zrywane. Nie dochodziły do skutku. Mówiono wtedy, że taki sejmik został ukradziony. Kolejnego zerwania Sejmu dokonano jeszcze bardziej spektakularnie i to właśnie za panowania Jana III Sobieskiego, 5 marca 1688 roku. Sejm miał się wtedy odbywać w Grodnie, ale zerwano go jeszcze zanim się na dobre rozpoczął. Podkomorzy wileński Kazimierz Dąbrowski krzyknął bowiem veto, nim został wybrany sejmowy marszałek.

 

Część trzecia. Źrenica wolności czy ciężka choroba?

 

Kim byli najzagorzalsi obrońcy liberum veto? Byli to zarówno rozkochani w wolności szlachcice, jak i wielcy magnaci, którzy widzieli w nim narzędzie pozwalające zwiększać ich wpływy polityczne. Nie tylko dzisiejsi historycy, ale również siedemnastowieczni obserwatorzy zdawali sobie sprawę, że wszystko zaczęło się od posła Sicińskiego. To on stworzył precedens. Odpowiedzialny za uznanie sprzeciwu Sicińskiego był marszałek Sejmu Andrzej Maksymilian Fredro.

 

Fredro był nie tylko politykiem, lecz także pisarzem politycznym, który w swojej twórczości zawzięcie bronił własnej decyzji. Twierdził, że liberum veto jest zabezpieczeniem, dzięki któremu nawet jeżeli cała wspólnota pobłądzi, to znajdą się jednostki na tyle światłe, by powstrzymać rozkład. Nie przewidział natomiast, że prawo do veta będzie używane w niecnych celach. Protestował też gorąco przeciwko wprowadzeniu głosowania większością głosów, argumentując to w następujący sposób.

 

"Jeżeli ktokolwiek domagałby się, ażeby w naszej Rzeczpospolitej obowiązywała w głosowaniu zasada większości, jeśliby usunął jednomyślności i wołał, ażeby ważność uchwały uzależniona była od ilości głosów, a właściwie od frakcji, to jest od nierozwagi, niż żeby decydował o tym rozsądek i cnota, to czy nie do takiego doprowadził by skutku, że mnogość gorszych przeważałaby na mniejszością lepszych?"

 

Głos Fredry stał się głosem szlachty powszechnie sprzeciwiającej się zreformowaniu prawa veta. Widziano w nim źrenicę złotej wolności szlacheckiej, która zapewniała możliwość współdecydowania o kraju. Jednocześnie wielu nie dostrzegało albo nie chciało dostrzec, że veto jest tylko mirażem, który pozwala magnatom, a potem innym państwom ościennym na wprowadzenie chaosu do polityki wewnętrznej państwa. W XVIII wieku prawa do veta bronił bezkrytycznie Feliks Czapski, który na łamach swojej broszury z 1762 roku "List ciekawy" opisywał veto jako źrenicę wolności, a jego potencjalne zastąpienie zasadą większości uważał wprost za rzecz haniebną. Niestety, to właśnie jego głos, podobnie jak wcześniej Fredry, był popularny wśród szlachty. Ostrożniejszym obrońcą liberum veto był hetman Wacław Rzewuski, ojciec targowiczanina Seweryna Rzewuskiego, który chciał przeprowadzić cywilizowanie prawa veta, to znaczy określenie ram jego stosowania, aby było obroną przeciw błędom większości, lecz nie było nadużywane. Czy w historii Rzeczypospolitej Obojga Narodów liberum veto zawsze było używane tylko dla prywaty albo tylko z inspiracji obcych mocarstw? Zdecydowanie nie. Próbowano je zastosować również w przypadkach, które rzeczywiście spełniały założenia Fredry, a mianowicie miały bronić przed nieszczęściem.

 

Paradoksalnie wówczas veto, mimo że było absolutnie słuszne, okazywało się zupełnie nieskuteczne. Tak właśnie było w przypadku ostatniego liberum veto. W 1773 roku w Warszawie miał być ustanowiony sejm rozbiorowy. Trzej zaborcy Prusy, Austria i Rosja nie tylko odebrali Rzeczypospolitej znaczne obszary ziemi, lecz także dążyli do tego, by zostało to uczynione w majestacie prawa. Oznaczało to, że Sejm Rzeczypospolitej miał zgodzić się na uchwałę, zgodnie z którą ziemie polskie zostaną podzielone. Kierujący wszystkim Rosjanie wiedzieli, co robią. Sejm rozbiorowy był sejmem skonfederowanym, a zatem takim, którego nie można było zerwać stosując liberum veto na marszałka. Rosjanie wyznaczyli Adama Ponińskiego, zdrajcę, człowieka absolutnie wiernego Rosji. Wtedy to wystąpił poseł ziemi nowogródzkiej Tadeusz Rejtan. Stanisław Staszic w następujący sposób opisywał wydarzenia z tego Sejmu rozbiorowego.

 

"jeden Rejtan. Tak jest, jeden poczciwy Rejtan znowu woła, zaklina i krzyczy na wszystkich, aby pamiętali, aby nie opuszczali nieszczęśliwej Polski. A gdy głuchy był na głos męstwa już zepsuty Polak, cnotliwy Rejtan rzuca się w progu pod nogi nieczułych braci. Tam jęcząc, krzyczy >>Zdepczcie mnie! Kaliczcie mnie, gdy ojczyznę gnębicie<<. A ten widok cnoty nie wrócił dzielności Polaków.

 

Rejtan robił, co mógł, aby powstrzymywać Sejm, ale bezskutecznie. Jego veto trafiło w próżnię i stało się jedynie manifestem. Jego osobiste losy były nie mniej tragiczne. Protest na nic się nie zdał. On sam rychło wpadł w obłęd, aż w końcu w 1780 roku odebrał sobie życie. Liberum veto zastosowane przez Tadeusza Rejtana nic nie zmieniło w chwili jego zastosowania, ale dla posłów Sejmu Czteroletniego, czyli Sejmu Wielkiego, stało się symbolem. Zwieńczeniem tego Sejmu była Konstytucja 3 Maja. Ta zaś regulowała również liberum veto. Uchwalono, że na stałe należy głosować większością głosów. Zakończyła się zatem długoletnia historia tego nieszczęsnego veta. Niestety, dla kraju było już za późno. Był to czas głębokiego kryzysu, ostatni moment na wprowadzenie jakichkolwiek reform. Jaki zatem wpływ miało veto na historię staropolskiej Rzeczypospolitej od protestu Sicińskiego? Najpierw nie przedłużanie obrad Sejmu, a potem ich zrywanie stawało się coraz częstsze. Od początku lat 70. XVII wieku sejmy zrywano już nagminnie. Kolejne lata nie przyniosły zmian, jedynie pogrążały Rzeczpospolitą w bezładzie decyzyjnym. Kraj zaczął się osuwać w anarchię. Za czasów saskich coraz więcej sejmów nie dochodziło w ogóle do skutku. Tak sprawę opisywał Jędrzej Kitowicz, obserwujący bezwład Rzeczypospolitej.

 

"Do zerwania Sejmu nie zażywano osób rozumem i miłością dobra publicznego obdarzonych. Lada poseł ciemny jak noc, nie szukając pozornych przyczyn, odezwał się w poselskiej izbie >>Nie ma zgody na Sejm<<. I to było dosyć do odebrania wszystkich mocy sejmowania. A gdy go marszałek spytał co za racja, odpowiedział krótko >>Jestem poseł, nie pozwalam<<. I to powiedziawszy, usiadł jak niemy diabeł na wszystkie prośby i nalegania innych posłów, podanie przyczyny zatamowanego Sejmu, nic więcej nie odpowiadając. Tylko to jedno. >>Jestem poseł<<.

 

Nietrudno prześledzić konsekwencje zrywania sejmów. W 1652 roku po vecie Sicińskiego, doszło do tragicznej bitwy pod Batohem, w której Rzeczpospolita miała zbyt małą armię, bowiem nie uchwalono odpowiednich podatków na wojsko. Kompetencje Sejmu były tak duże, że bez niego olbrzymi kraj, którym była Rzeczpospolita Obojga Narodów dryfował ku niebezpiecznym wodom, zwłaszcza kiedy państwa ościenne przekupywały posłów, by ci zrywali sejmy. Od czasu faktycznego zerwania Sejmu w 1669 roku takie działanie stało się normą, a dla Rzeczypospolitej nastał czarny czas warcholstwa. Zdarzało się jednak, że co przenikliwsze jednostki próbowały ograniczyć działanie liberum veto. Już w 1655 roku prymas Andrzej Leszczyński domagał się w liście do Jana Kazimierza całkowitego zniesienia tego przepisu. Próbowano częściowo ograniczać liberum veto. Projekty powstawały najczęściej w otoczeniu króla Jana Kazimierza, kiedy to problem zaczął wzrastać na sile. Jednak szlachta wiedziała, że król chce w ten sposób realizować własne plany i nie chciała się na to zgodzić. W 1732 roku ukazała się broszura "Wolność Polska. Rozmowa Polaka z Francuzem roztrząśniona", w której zasadę liberum veto poddano gruntownej krytyce. Jeden z najwybitniejszych pisarzy epoki, Stanisław Konarski, wypowiadał się krytycznie na temat wolnego nie pozwalam. W swoim dziele "O skutecznym rad sposobie" pisał bez ogródek.

 

"Sejmy, sejmiki, niegodziwe, bez ustanku rwane, że od 70 lat jeden tylko ordynaryjny sejm zachować się może [...] Niesława, hańba, słabość, sromota, upadek nade wszystko całego narodu".

 

Veto uniemożliwiało przeprowadzenie reform. Reform, których Rzeczpospolita coraz bardziej potrzebowała, zanurzona w zasadach dawnych epok. Nie potrafiła skutecznie konfrontować się ze zmieniającą rzeczywistością. Cały czas liczni obrońcy stali na straży tak zwanej złotej wolności, realizującej się właśnie dzięki zasadzie liberum veto. To zaś stało się atrakcyjne dla państw ościennych, które korzystały na słabości naszego kraju. Liberum veto stało się bronią Rosji i Prus, które tworzyły korzystne dla siebie sytuacje i hamowały reformy. Posła można było przecież kupić bardzo łatwo. Wystarczyło tylko ustalić cenę. O groźnej lekcji staropolskiej Rzeczypospolitej powinniśmy dobrze pamiętać.

 

Dane o obiekcie

Opis

Liberum veto ("wolne nie pozwalam") to słowa, które dosyć powszechnie uważamy za najtragiczniejsze w dziejach Rzeczypospolitej Obojga Narodów. To właśnie one miały doprowadzić polsko-litewskie państwo do upadku. Czy rzeczywiście miały aż taką moc?

Liberum veto uznaje się za przejaw politycznego warcholstwa. Ale czy było tak zawsze? Czy prawo to weta należy oceniać jednoznacznie negatywnie? Może da się znaleźć przykłady słusznego użycia tego prawa? Czy zachowanie posła Tadeusza Reytana, uwiecznione na obrazie Matejki jest tego przykładem?

Aby zrozumieć wagę liberum veto, trzeba umieścić je w szerszym kontekście systemu politycznego Rzeczypospolitej Obojga Narodów. System ten nie należał do najprostszych. Postaramy się wyjaśnić jego skomplikowaną strukturę.

Jak zrywano sejmy w I RP? Czym było liberum rumpo? Dlaczego warto zapamiętać postać posła Władysława Sicińskiego? Dlaczego warto wspomnieć w tym kontekście o Konstytucji 3 maja?