Andrzej Dobosz
Dobosz, Andrzej (świadek historii);
14/09/2016
Klasyfikacja praw autorskich
Minutnik
-
Wyjazd ojca z rozkazem mobilizacyjnym do Sokółki pod Grodnem
-
Opis profesji ojca, biuro przy ul. Nowy Świat, analiza gazet bałkańskich i tureckiego dziennika w języku francuskim, działalność związaną z tytoniem
-
Podróże ojca na Wołyń i Podole, do Belgradu, Sofii, Rumunia, Ankara
-
opis mieszkania, w domu była służąca
-
wakacje przed wojną, rzeka Liwiec, Urle
-
pierwsze miesiące wojny - udział w pogrzebach
-
wspomnienie domu i pracowni dziadka, stolarza
-
samotny pobyt w mieszkaniu, skład mebli dziadka, zabawy
-
lektura w Pustyni i w Puszczy
-
Mieszkanie było w XIX-wiecznej kamienicy, której część trafiła do getta.
-
Matka zamieniła mieszkania z koleżanką w związku z sytuacją getta.
-
obserwowanie przez okno życia w getcie
-
Opis zachowania ludzi w getcie, bójka żydów o chleb
-
samotny pobyt dziecka w mieszkaniu, budowa "barykad", zabawa żołnierzykami
-
problemy z jedzeniem, czarny chleb
-
dokarmianie żydowskich dzieci fasolą
-
kładka łącząca duże i małe getto
-
kamienica na skrzyżowaniu żelaznej i chłodnej z dobudowanym bunkrem wachą hitlerowską
-
zmiana zamieszkania - kamienica przy ul. Krochmalnej
-
nocne alarmy, schodzenie do piwnicy
-
wybuch Powstania Warszawskiego
-
opuszczenie mieszkania, piwnica na Nowogrodzkiej, piwnica na Mokotowskiej
-
głód w czasie powstania, jedzenie koniny
-
zbieranie gazetek i dystrybuowanie biuletynu informacyjnego
-
edukacja w szkole sióstr na ul. Chłodnej, komunia w I klasie, bierzmowanie w kościele św. Karola Boromeusza
-
stosunek do szkoły, roboty ręczne (przyszywanie guzików, haftowanie)
-
gruźlica, prześwietlenia
-
opuszczenie Warszawy od Pruszkowa - przez Wolę, wagony na Dworcu Zachodnim
-
selekcja na dworcu
-
przystanek pod Częstochową, przydział do Przykrasic
-
opis pobytu w wielu gospodarstwach
-
wejście Rosjan
-
paczka z Czerwonego Krzyża z Persji - daktyle
-
rozdzielenie z dziadkami, złamanie nogi babci
-
odnalezienie babci po wojnie, pod Pruszkowem
-
nocowanie przy ul. Łuckiej
-
wyjazd na wieś pod Płońsk
-
mama została urzędniczką w gminie
-
rozpoczęcie edukacji w klasie 5 i 6
-
trudności w szkole
-
pobyt w Olsztynie, praca matki w monopolu tytoniowym
-
pierwszy zarobek
-
odnalezienie ojca, próba przeprawy przez Czechy na zachód
-
powrót ojca od Polski w 1947 r., pobyt w obozie przejściowym
-
internowanie ojca na Litwie
-
przewiezienie ojca do Starobielska, leczenie przez rosyjskich lekarzy
-
opuszczenie Starobielska z Andersem (Monte Cassino, Bolonia, Anglia)
-
zwyczaje angielskie przejęte przez ojca
-
przydział mieszkania na Żoliborzu (WSM)
-
edukacja u ojców Marianów na Bielanach, koniec ósmej klasy
-
zmiana szkoły na liceum państwowe, nowy dyrektor
-
stosunek do szkoły, wyniki w nauce, wywiadówka
-
zmiana szkoły, liceum Batorego
-
wyrzucenie ojca z pracy w monopolu tytoniowym, praca w cementowni
-
zapisanie się do ZMP, kierownik agitacji i propagandy
-
pasja geologiczna
-
egzamin z polonistyki, "Pamiątka z celulozy", nagroda państwowa)
-
przyjaciel z ZMP - Jerzy Timoszewicz
-
I rok studiów polonistycznych, opis wykładowców
-
spotkania socjologów, wpływ Jana Józefa Lipskiego, Witold Gombrowicz
-
luty 56, kryzys na studiach, studium wojskowe
-
komisja dyscyplinarna, książka Antoniego Słonimskiego "Moje walki nad Bzurą"
-
praca magisterska, kryzys na studiach 56 rok, egzamin
-
oblany egzamin wojskowy, wspomnienie kolegi - Krzysztofa Pomiana
-
początki pisania o teatrze, w Nowej Kulturze
-
przypisanie do działu teatru, wizyta na premierze teatralnej
-
pisanie o teatrze, wspomnienie surowego ojca, wizyty na premierach teatralnych
-
Obóz w Drawsku
-
pobyt w szpitalu
-
powrót do Warszawy, pomysł na książkę o wojsku, wrażenia z pobytu w wojsku
-
kariera literacka zapoczątkowana tekstem o wojsku, wywiad z Witaszewskim
-
powrót do pisania o teatrze, wyjazdy na prowincję
-
1958 rok premiera Jerzego Broszkiewicza „Imion władzy", polemika z tekstem, rezygnacja z pisania o teatrze
-
56 rok przydziały do szkół, praca jako sekretarz literacki Teatru Ateneum
-
egzaminy, studia doktoranckie z filozofii, doświadczenie z czarną wołgą
-
egzaminy, studia doktoranckie, mieszkanie
-
wybór tutora, Leszka Kołakowskiego, opis studiów
-
roczny urlop, 8 marca 1968
-
wizyta u Adama Sikory
-
zdanie ostatnich egzaminów
-
skreślenie z listy studentów
-
zaproszenie do filmu Rejs
-
felietony we Współczesności, wyrzucanie przez nowych redaktorów
-
powstanie tygodnika Literatura
-
od 58 r., kawiarnia na Foksal, każdego dnia spotkania m.in. z Antonim Słonimskim, do 68 r.
-
zamurowanie kawiarni
-
monolog Wojciecha Siemiona, Słonimscy
Transkrypcja
…cztery lata mój ojciec ucałował mnie i spakowany wyjechał z rozkazem mobilizacyjnym do swego pułku w Sokółce pod Grodnem. No i następnego dnia był 1 wrzesień. Poza opuszczeniem przez ojca jakby… Mieszkaliśmy, nie odczuliśmy w pierwszych dniach żadnych kłopotliwych sytuacji. Mieszkaliśmy na rogu Chłodnej i Żelaznej dokładnie. Ojciec był urzędnikiem państwowym, specjalistą w dziwnej dziedzinie i wiele czasu spędzał poza domem. Otóż w ciągu, od późnej jesieni do wczesnej wiosny siedział w swoim biurze przy, w gmachu Nowy Świat 2 i tam przeglądał gazety bałkańskie, turecki dziennik w języku francuskim i miał wielką księgę, do której zapisywał sytuację atmosferyczną każdego dnia. Wiosną udawał się na Wołyń i Podole i odwiedzał plantacje tytoniu, latem odwoził nas na letnisko do Urli, a sam wczesną jesienią odbywał taką podróż od Belgradu przez Sofię, Rumunię do Ankary, gdzie kupował tytoń dla państwowego monopolu tytoniowego. Miał 400 złotych miesięcznej pensji, to było dużo przed wojną. Mieliśmy czteropokojowe mieszkanie i pokoik służbowy. Mama nie pracowała i jeszcze miała dziewczynę służącą, one się zmieniały, jak zarobiły na krowę. I sprzed wojny poza wakacjami w górach i pławieniem się w Liwcu niewiele pamiętam. W pierwszych miesiącach wojny było wyjątkowo dużo pogrzebów. Mama nie zostawiała, nie chciała mnie zostawiać w domu, chodziłem na te pogrzeby, po czym odkryła, że moją ulubioną zabawą jest budowanie z klocków grobowców i w grobowcu umieszczałem ołowianego żołnierza i mruczałem nad nim egzekwie, co przeraziło i potem już jakkolwiek zdarzały się jeszcze pogrzeby, nigdy mnie na nie nie zabierano. Mama, która przed wojną nie pracowała, teraz jednak musiała bywać często poza domem. Jak, jeśli prowadziła jakąś działalność konspiracyjną, to przezornie nie wspominano mnie o tym. Chyba jakieś pośrednictwo handlowe uprawiała. Ja byłem odprowadzany wtedy do dziadka. Dziadek był wielkim stolarzem a ulicy Chłodnej. Mieszkanie było kupione też dzięki pomocy dziadka. Dziadek miał 11 uczniów i czeladników i był to taki budynek na ulicy Chłodnej, tam teraz jest jakiś zbór metodystów w tym miejscu, tamten budynek dziadka nie istnieje. Na parterze był warsztat, nad warsztatem duże mieszkanie. Ja tam byłem szczęśliwy, jak mnie odprowadzano, w stosach wiór się tarzałem. Natomiast ja przed wojną jakby nie wiedziałem więcej niż dorośli i nie brałem udziału w rozmowach. Teraz uznałem, że wiem takie rzeczy, których moja mama może nie wiedzieć, i zacząłem jej opowiadać, co usłyszałem od czeladników. Były to głównie historie o przewagach Zochy nad Kryśką. Mama przeraziła się i przestano mnie odprowadzać do dziadka i zostawałem sam w tym dużym mieszkaniu na całe dnie. Dziadek nadal robił meble, ale zbyt tych mebli już był bardziej kłopotliwy. Także dwa pokoje naszego mieszkania służyły jako skład dobrych mebli dziadka i ja tam się bawiłem pod stołami – na przykład stoły to były kabiny samolotów. Byłem niejadkiem i godziłem się jeść sam, jeśli mi czytano. I miałem dobrą pamięć wtedy i książką, która mnie szczególnie zajęła, było „W pustyni i w puszczy”. Gdzieś w poło/, mama po przeczytaniu kawałka, jak ja już zjadłem, to wstążeczką zakładała miejsce. Ja zapamiętałem ostatni fragment i jak zostałem sam, zacząłem oglądać tą książkę i w ten sposób nauczyłem się powoli czytać, nie mówiąc jeszcze. I, także od połowy „W pustyni i w puszczy” przeczytałem sam gdzieś przed piątym rokiem życia. Wkrótce okazało się, że nasz prze/, nasza kamienica – to była taka XIX-wieczna kamienica, wychodzą/, narożna, wychodząca i na Chłodną i na Żelazną, duże mieszkania z kuchennymi schodami – i że nasza kamienica znajdzie się w getcie. I wtedy mama odwiedziła swoją koleżankę tą szkolną, mieszkającą naprzeciwko, też Chłodna-Żelazna, tylko na rogu bliższym kościoła św. Karola Boromeusza. I mniej więcej zamieniły się na mieszkania o podobnym standardzie, z tym że łóżka i pewne rzeczy, meble mniejsze zostały przeniesione, pościel, garderoba, natomiast wielkie szafy czy kredense zostały aż się to głupstwo skończy i wrócimy do siebie. I od tego czasu jak zostawałem sam, mogłem wyglą/ na, okna wychodziły na Żelazną na getto i wtedy zobaczyłem pierwsze rzeczy, które mnie przeraziły. Ludzie snujący się, jakoś tak zupełnie inaczej chodzący niż po stronie aryjskiej. Kiedyś zobaczyłem jakiegoś mężczyznę, niósł pół bochenka chleba, inny rzucił się i wyrwał mu ten chleb. Obrabowany zaczął bić napastnika, który w ogóle się nie bronił, tylko starał się jak najszybciej zjeść. Zostawiany sam wiedziałem, że nikomu mam nie otwierać, jeśli ktoś będzie dzwonił. Nawet budowałem takie barykady koło drzwi, które na umówiony sygnał mamy odsuwałem. Natomiast moją pasją byli ołowiani żołnierze, miałem coraz więcej pudełek ołowianych żołnierzy i ustawiałem taką paradę całego mego wojska przed fotografią ojca w mundurze z podchorążówki. Gdzieś… Acha! Niedojadaliśmy, właściwie to nie był głód, oczywiście, ale jedzenie było skromne, chleb był kartkowy. Przed wojną nie znałem czarnego pieczywa, teraz był to głównie chleb czarny, gliniasty i niesłychanie szybko pleśniejący. I była zasada, że nie wolno spleśniałego chleba wyrzucić, tylko należy go spalić.
Zasada płynąca z wielowiekowego szacunku dla chleba w Polsce…
Tak.
Tak? Że po prostu chleba się nie wyrzuca.
Tak. Tylko trzeba…
[Osoba towarzysząca nagraniu] A od strony kuchennej dzieci przychodziły…
Acha! Natomiast były tam drzwi wejściowe z głównej klatki i drzwi kuchenne i czasem słychać było takie drapanie w drzwi i to były jeszcze w pierwszym okresie małe żydowskie dzieci, które skrobały. I w domu zawsze była ugotowana i wystudzona fasola i papierowe torebki i wtedy otwie/, mama otwierała drzwi i dawała torebkę takiej fasoli dziecku. No ale po jakimś czasie i to się skończyło. Przed naszą kamienicą był taki most drewniany, którym przechodzono z dużego do małego getta i na tym moście leżała czasz/, przy wejściu na ten most leżała czaszka ludzka. Na przeciwległym rogu w stronę Woli, Marszałkowsk/, Żelaznej i Chłodnej, była kamienica z późnych lat 30-tych, bo myśmy mieszkali w takiej sprzed I wojny, natomiast była kamienica z wczesnych lat 30-tych zajęta przez żandarmerię i z dobudowanym bunkrem wachą hitlerowską. I wczoraj zobaczyliśmy, że ten dom pięknie odnowiony, ocalał, tylko już ten bunkier został zlikwidowany. I chyba w [19]43 roku okazało się, że i drugie mieszkanie będzie, znajdzie się w getcie i tutaj już nie było żadnych kontaktów towarzyskich, tylko po prostu kwaterunek przydzielił nam też duże mieszkanie, mniej więcej tej kubatury na ulicy Krochmalnej, naprzeciwko był ślepy mur browaru Haberbusch i Schiele, a po prawej stronie od naszej kamienicy był komisariat policji granatowej. To była kamienica… Myśmy mieszkali na pierwszym piętrze z jedynym balkonem w tym domu. W podwórzu dużym była oficyna, pojawił się, pojawiła się kapliczka z Matką Boską i codziennie koło 6 na podwórzu mieszkańcy kamienicy razem z nami odbywali mie/, modlitwy. Gdzieś od czterdziestego… Acha! To mieszkanie miało du/, do tego mieszkania należała duża piwnica bardzo i od [19]43 roku były niesłychanie częste nocne alarmy. Także latem myśmy sypiali w skarpetkach i tylko obok łóżka leżały płaszcze, które narzucaliśmy i schodziliśmy do piwnicy. Natomiast potem urządziliśmy w tej piwnicy dwa łóżka i już czasem nawet nie spaliśmy w mieszkaniu, tylko zostawaliśmy na noc w piwnicy. Tam też, ona była na tyle obszerna, że tam była szafa z dodatkową garderobą ciepłą i jakimś jedzeniem. No i tak to trwało do powstania. Już mnie nie wypuszczano na ulice, natomiast instrukcja generalna brzmiała, że jeśli usłyszymy strzały, należy kłaść się na chodniku, żeby jakieś kule zabłąkane nas nie trafiły. No i w momencie, w którym wybuchło powstanie, byliśmy absolutnie szczęśliwi. Ja skłoniłem mamę i ona z bielizny pościelowej szyła biało-czerwony sztandar, który umieściła na kiju od szczotki i wywiesiliśmy go na balkonie, a ja co jakiś czas wybiegałem i poprawiałem, jak się zawijał. I pierwszy tydzień powstania spędziliśmy u siebie, potem musieliśmy opuścić. I kolejne te, to były… Jakoś doszliśmy do Nowogrodzkiej, między Kruczą a Marszałkowską, gdzie w piwnicach, a ostatnie tygodnie to było gdzieś tutaj na Mokotowskiej, koło PAX-u, pa/, bliżej Pięknej, w piwnicy. No w czasie powstania straszliwie głodowaliśmy. Kiedyś padł koń i wtedy natychmiast rozebrano tego konia, no mięso, mama dostała kawał mięsa i w pierwszej chwili rzuciła się na to, dopiero po sekundzie opanowała się i podzieliła się ze mną. Natomiast ja, jeśli nie było bombardowania, to wychylałem się i zbierałem gazetki. No miałem lat dziewięć, zbierałem gazetki i dystrybuowałem Biuletyn Informacyjny, natomiast jakieś pisma ze słowem „ludowa” w tytule konfiskowałem i chowałem pod cegiełką. Acha! Mają siedem lat poszedłem normalnie do szkoły, do sióstr na ulicę Chłodną. W pierwszej klasie Komunia Święta, w drugiej klasie bierzmowanie w kościele św. Karola Boromeusza, którego udzielał mi, ale nie jestem pewien, czy biskup, czy arcybiskup Antoni Szlagowski. W zbiorach rodzinnych zachowało się zdjęcie z Pierwszej Komunii robione przez brata szkolnej koleżanki mamy, Eugeniusza Lokajskiego, olimpijczyka. I bardzo, mimo że już w czasie okupacji niedojadaliśmy, bardzo jestem pucołowaty na tym zdjęciu. No i tak skończyłem dwie klasy i zdałem do klasy trzeciej z poprawką z robót ręcznych. W drugiej klasie był… Acha! W szkole nudziłem się potwornie, bo jak poszedłem, to już umiałem swobodnie czytać, także siadałem w pierwszej ławce i wzrokiem skopanego psa wpatrywałem się w nauczycielki. One nie znosiły tego, mówiły coś, że dobry uczeń nie musi być smutny, ale ja byłem. I w końcu nie wytrzymywały mego spojrzenia i przerzucały mnie na jakąś nie ostatnią, bo to dyshonor, tylko ławkę w głębi, no i wtedy przestawałem tracić czas, wyjmowałem książkę i czytałem sobie pod ławką. Byłem normalny: biłem się z chłopcami, chociaż szkoła była koedukacyjna oczywiście. I w drugiej klasie zaczęły się te roboty ręczne. Nauczyłem się przyszywać guziki mniejsze i większe, gorzej mi szło cerowanie. Natomiast potem zaczęła się rzecz okropna – haftowanie czerwonego tulipana na płócienku. I co skułem, skutymi palcami pokrwawiłem, musiałem zaczynać od nowa. I z 15 takich płócienek poplamiłem! I zdałem do klasy trzeciej z poprawką z robót ręcznych, miałem przynieść tulipana na czystym płótnie. W lipcu nie zabrałem się do tych zajęć, a od 1 sierpnia już nie było dobrego światła na zajęcia z igiełką. Po powstaniu zostaliśmy… Acha! Jak przynajmniej połowa roczników z moich lat miałem gruźlicę od połowy wojny, także co pół roku prześwietlenie i… Całą wojnę spędziłem w Warszawie, ani jednego dnia poza miastem. No jedzenie było, jakie było, i ciągle ta gruźlica prześwietlana i nie poprawiała się. Przez Wolę wyszliśmy stąd do Dworca Zachodniego, tam nas władowano w wagony. Część młodszych pasażerów wyskakiwała po drodze, myśmy dojechali do Pruszkowa, gdzie spędzi/…
[Osoba towarzysząca nagraniu] A opowiadałeś, przepraszam, jak była selekcja, jak w momencie…?
Acha! A ponieważ odbywała się selekcja… Acha, wszystko, co mieliśmy, to był taki jeden tobół z kocem, który mama niosła, a tam odbyła się selekcja i mama mnie prosiła, żebym ugiął nogi. A miałem na sobie cieplejsze paltko na wszelki wypadek i żebym ugiął nogi, żeby wydawać się mniejszy niż jestem, co wykonałem, ale nas nie rozdzielono. I po tygodniu zostaliśmy towarowymi wagonami wywiezieni i wyrzuceni jedną stację przed Częstochową. Tam na peronach czekaliśmy dwa dni, przyjeżdżali wieśniacy furmankami i przydzielano nas. Myśmy zostali skierowani do wsi Krasice i tam przez, w pierwszym okresie jesiennym co tydzień byliśmy u innego gospodarza. Także sypialiśmy w przedsionkach chałup, dostawali/, rano i wieczór była kasza jaglana z mlekiem, a na obiad groch z kapustą i cały czas to monotonne jedzenie. Po jakimś czasie mama… Była tam jeszcze jakaś pani z Warszawy. Mama coś wysupłała z tego, co w garderobie miała zaszyte, i w najbogatszym domu we wsi wynajęła wspólnie z tą panią, we troje mieliśmy osobny pokój, a gospo/, osobną izbę, a gospodarze byli w pierwszej z kuchnią. I tak dotrwaliśmy tam do ro/, wejścia Rosjan. Rosjanie urządzili tam lotnisko polowe kukuruźników i oni sypiali bądź w namiotach, natomiast pożywiali się w tej kuchni gospodarzy. Ja byłem przerażony patrząc na nich. Otóż oni smażyli takie jajecznice z 30, 40 jaj i pili duszkiem z flaszek półlitrowych wódkę, z tym że pierwsze takie pół litra nie robiło przy tym odżywianiu na nich wrażenia, dopiero później. Ale żadnej krzywdy ze strony tych Rosjan nie doznaliśmy. Przykre było na wsi, jak zrobiło się zimno, konieczność chodzenia za stodołę, bo mama powiedziała, że nie należy korzystać z takich sławojek tam wszędzie będących, także przemarzaliśmy. No i tak dotrwaliśmy do… Acha! W czasie wojny, gdzieś w połowie wojny z Persji przyszła, z Czerwonego Krzyża paczka z daktylami. I uznaliśmy to, że oj/, za znak, że ojciec żyje i on jest nadawcą tej paczki, ale to był to jedyny kontakt, tylko silna wiara. Mama miała, byliśmy rozdzieleni z dziadkami. Potem okazało się, że dziadek już po wojnie padł ofiarą jakiejś kuli, gdy wracał z obozu, natomiast moja babcia miała złamaną nogę. Przed wojną wyjeżdżała na wakacje i na dworcu kolejowym jakiś człowiek postanowił rzucić się pod pociąg i z rozbiegu zawadził o babcię. W ten sposób on się uratował, ale ona miała złamaną nogę. No i po wojnie odnaleźliśmy babcię, która była gdzieś pod Pruszkowem u rodziny jakiejś koleżanki szkolnej mojej mamy. Wzięliśmy ją z tej wsi. W Warszawie oczywiście na Krochmalnej ruiny. U jakiegoś dalekiego kuzyna stolarza na ulicy Łódzkiej nocowaliśmy na klatce schodowej przez tydzień, natomiast wkrótce wyjechaliśmy na wieś pod Płońsk. Otóż moi dziadkowie to byli Liberadzcy przez „dz” – to była taka mazowiecka szlachta zaściankowa, to znaczy zupełnie schłopiała, uprawiała nie/, uprawiająca niewielkie gospodarstwa rolne, natomiast byli szlachtą ze względów elekcyjnych. I zosta/, odnaleźliśmy jakąś taką rodzinę daleką, u której mnie zostawiono, gdzie pasłem przez jakiś czas krowy, których się bardzo bałem. Natomiast mama została urzędniczką w gminie. Dostała służbową krowę, której nie umiała doić, także jakaś pani jej doiła za pół litra mleka. Potem mama dostała też jakiś pokój i ściągnęła mnie do siebie. I wiosną [19]45 postanowiła zapisać mnie do szkoły, tylko nakłoniła mnie, żebym zagadał pana kierownika i żeby przeskoczyć trzecią klasę jednak i iść do czwartej. Ja zagadywałem tak skutecznie, że weszliśmy do piątej i w piątej była lekcja o morzu. Ja nie, nigdy nie byłem nad morzem, natomiast na podstawie lektur umiałem opowiedzieć dzieciom, co to jest i jak wygląda. I pani miała też lekcje w szóstej, wzięła mnie do szóstej ze sobą, gdzie powtórzyłem występ na temat morza i w szóstej już zostałem, co odbiło się jakoś na moim życiu, bo odtąd zawsze byłem najmłodszy i najsłabszy w klasie no i trochę cierpiałem z tego powodu. Co potem nawet doprowadziło do sytuacji, którą opisałem w takim szkicu o mojej lewej nodze. Ponieważ nie byłem żadnym partnerem w sportach i byłem, a w dodatku większość moich kolegów po wojnie była ponad wiek wyrośnięta, także po… Acha! Po wojnie znaleźliśmy się w Olsztynie, gdzie mama dostała posadę w takim zakładzie monopolu tytoniowego na zasa/… Jeszcze w czasie wojny monopol tytoniowy był instytucją bardzo dbającą o swoich pracowników, także mama dostawała comiesięczny deputat tytoniowy, który mogła, nie paliła, mogła sprzedać. Acha! Ojciec, który musiał mieć głód tytoniu, sam nie palił, tylko miał w takich mahoniowych kasetach kilkadziesiąt papierosów z całego świata i mniej więcej co dwa, trzy tygodnie wypalał papierosa i to była ceremonia. Zamykał się w pokoju, palił tego papierosa przez pół godziny, nie wolno było tam wchodzić, a potem wietrzono ten pokój przez cztery godziny. I mama te deputaty w czasie wojny, po wojnie posada w tym monopolu tytoniowym. W momencie, w którym załatwiała sobie posadę, ja zarobiłem pierwsze pieniądze. Obok tego gmachu, gdzie był budynek, przed którym stał żołnierz z karabinem na warcie, żołnierz mnie przywołał i dał mi 100 złotych, żebym mu kupił bułkę paryską. Ja mu kupiłem i on potem resztę z tych 100 złotych kazał mi sobie zostawić. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że to był Urząd Bezpieczeństwa z jego wartownikiem. No i w Olsztynie już chodziłem normalnie…
Który to był rok?
W Olsztynie była to późna jesień [19]45. I ojciec odnalazł się i postanowił, i takie rzeczy wtedy Kościół pomagał, żebyśmy z mamą byli przez Czechy przerzuceni na Zachód. I już byliśmy w Czechosłowacji, kiedy mama załamała się i uznała, że nie może zostawić matki staruszki ze złamaną nogą i wróciliśmy. No i w tej sytuacji ojciec wrócił do Polski w [19]47 roku na brytyjskim statku, przy czym po wyładowaniu tego statku Medina Victor byli oni trzymani jeszcze za drutami w takim obozie przejściowym – tylko przez druty sobie machaliśmy, zanim mogliśmy być razem. Ja spytałem ojca, czy przemycił broń i bardzo byłem rozczarowany, że tego nie zrobił.
[Osoba towarzysząca nagraniu] A jaka była droga ojca?
Acha! Więc Sokółka pod Grodnem, następnie znaleźli się w okrążeniu – i Niemcy, i Rosjanie, w związku z czym przebili się i przekroczyli Bug za granicą litewską i byli internowani na Litwie, gdzie właściwie warunki były cudowne w tym pierwszym obozie. Także oficerowie wiosną [19]40 roku na słowo honoru byli wypuszczani na kąpiele do połąki. Potem Rosjanie zajęli Litwę i ojciec został przewieziony do Starobielska, ale ci, którzy mieli zginąć w Katyniu, już zginęli, natomiast te dawne klasztory nadal służyły jako obozy przejściowe. I ojciec tam, czując się bardzo źle, jakoś starał się być sam, oddzielał się od kolegów, właził po strychu i jakieś belki się potem załamały, spadł coś sobie robiąc. I bardzo został troskliwie wyleczony przez rosyjskich lekarzy. Także ojciec do końca życia zaw/, chował silną antysowieckość z dobrymi wspomnieniami o paru rosyjskich osobach. No i z [gen. Władysławem – przyp. A.M.] Andersem opuścił… Monte Cassino, potem zdobył Bolonię, potem Anglia. Ojciec do końca życia był entuzjastą Włoch i miał jakieś włoskie przyjaźnie, natomiast taki surowy podziw i silną niechęć do Anglików. Natomiast pewne obyczaje angielskie zrobiły na nim wrażenie: buty czyści się codziennie, buty, których nie używamy, czyści się raz na tydzień. W armii brytyjskiej żołnierz goli się codziennie, oficer jest ogolony zawsze. I takie wpojenie takich rygorów i nauczenie mnie prasowania koszul, czego bardzo nie lubiłem, ale jakoś mi to wpoił. I ojciec najpierw dostał posadę w monopolu tytoniowym i z tej puli mieszkanie na Żoliborzu w Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. To były dwa pokoje ze ślepą kuchenką i tam my troje, babcia, potem jeszcze szybko urodziła się moja młodsza siostra powojenna. I w Warszawie zostałem posłany do ojców Marianów na Bielany, z tym że jednym z motywów tego było, żeby… W szkole był internat, ale ja byłem przychodni i jeździłem z Żoliborza na te Bielany, chodziło o to, żebym codziennie dwa razy chodził przez las 1800 metrów. Najpierw spóźniałem się, ale już po pół roku poruszałem się w lesie z szybkością żony dyrektora jadącej na rowerze. No i tak spędzi/, ósmą klasę skończyłem u ojców. Ostatniego dnia wakacji [19]48/[194]9 zabrano ojcom prawa prowadzenia szkoły i zrobiono tam liceum państwowe. Był nowy dyrektor, oczywiście zmieniono personel. Nowy dyrektor był jedynym pedagogiem, którego widziałem w życiu, który w czasie dużej pauzy już ciężko się zataczał. Ze dwóch, trzech chłopców jak ja niezdążono ewakuować, natomiast większość moich kolegów byli, było, byli starsi od nas i wzywani do tablicy bądź przypinali sobie prawdziwe Virtuti Militari za powstanie, bądź wiązali ZWM-owski krawat [Związek Walki Młodych – przyp. A.M.]. Nastąpiła wywiadówka na pierwszy okres i ojciec idąc przez las zadziwił się, bo były między drzewami takie wcierki i tam witano… Okazało się, że jestem na piątym miejscu wśród uczniów w całej szkole. W klasie powitano go jako ojca prymusa, co go zdziwiło, bo ja zawsze wiedziałem, że trzeba być dobrym z jednego przedmiotu i taki nauczyciel prowadzi nasze sprawy wśród ciała pedagogicznego. Także jak kiedyś wpadłem z kon/, w konflikt z polonistką przez pół roku byłem najlepszy z fizyki, co mi potem przeszło. I teraz ojca powitano jak ojca prymusa, co go zaniepokoiło. I okazało się, że jako prymus mam po raz pierwszy w życiu dwójkę na okres i szereg trójek. Ojciec nie zadawał żadnych pytań, wyszedł, był ciepły listopad, usiadł pod drzewem, oparł się i tak przesiedział pół godziny, co go ocaliło pod, przed zawałem, po czym oświadczył mi, że już nigdy tam się nie pojawię na tych Bielanach. Zaczął odbywać wizyty wśród rozmaitych znajomych i zostałem przeniesiony do liceum [im. Stefana – przyp. A.M.] Batorego. I znów jeździłem z Żoliborza do Bato/, to znaczy z Żoliborza do Placu Trzech Krzyży, a z Placu Trzech Krzyży na Myśliwiecką już biegłem. Natomiast ojciec po powrocie najpierw był w firmie honorowany, dostał tam mieszkanie, a potem okazało się, że jako andersowiec już nawet do Bułgarii nie może wyjeżdżać. No i, a ci, którzy teraz jeździli, źle znosili jego spojrzenia i w końcu ojca wyrzucono z monopolu. Przez jakieś dwa, trzy miesiące był w ogóle bez zajęcia i potem dostał posadę magazyniera na budowie cementowni w Wierzbicy pod Radomiem, także spędzał tam czas. Przyjeżdżał późnym wieczorem w sobotę i w niedzielę po kolacji odjeżdżał z powrotem do pracy. Też uznał, że… Acha! Przywiózł na przykład, sobie przywiózł cudowny komplet ubrań włoskich i angielskich (także ja mam jeszcze ten garnitur po ojcu, który na wyjątkowe okazje wkładam), szereg battledressów i jakieś baranki australijskie. I uznał, że nie należy się wyróżniać i te baranki, ponieważ ciągle wyrastałem, to z tych baranków australijskich uszyto na, u wiejskiego krawca taką ogromną kapotę na mnie, niedługą, pokrytą jakimś materiałem z pokrzywy, kołnierz [niezrozumiałe, słychać szum trąconego mikrofonu – A.M.]. Także ja przez ostatnie lata szkoły i późne, i wczesne lata studiów, jak była zima, byłem nieszczęśliwy, bo było zimno i musiałem to nosić. Więc jak szły jakieś panienki, którym się podobało, to ja się odwracałem albo przechodziłem na drugą stronę, że ja nie jestem ja. I ten, ta kapota jakoś sprawiła potem, że zacząłem mieć, przywiązywać na tym większe znaczenie do garderoby. I jeszcze nastąpiła dramatyczna chwila. Ojciec wziął mnie na rozmowę i powiedział, że jestem fizycznie dość słaby i bycie robotnikiem będzie dla mnie trudniejsze niż dla wielu innych chłopców i że on mnie bardzo przeprasza, ale przez tego, to jego Monte Cassino ja właściwie mam mniejsze szanse w życiu i powinienem zapisać się do ZMP [Związku Młodzieży Polskiej – przyp. A.M.]. Ojciec mnie do ZMP?! No i ja pobiegłem do spowiedzi u św. Stanisława na Żoliborzu i tam nieznany kapłan powiedział tak: „To trzeba, żeby jak najwięcej z nas miało pokończone studia”. No i ja zapisałem się do ZMP, ale jak się zapisałem, to oczywiście zacząłem się w tym wybijać i zostałem kierownikiem agitacji i propagandy, najpierw zarządu klasowego, a potem w ostatnim roku przed maturą nawet zarządu szkolnego. Podczas wakacji zacząłem zbierać minerały i strasznie chciałem być geologiem. Myślałem, że to pozwoli mi jakoś unik/… Acha! Uważałem, że trzeba być uczonym, bo to jest jedyna furtka w tym systemie. Nie miałem talentów muzycznych ani szachowych, więc tylko bycie uczonym i chciałem być geologiem, że to taka ucieczka od polityki i zbieranie, wyjazdy letnie na prace. Natomiast przez to przeskakiwanie w szkole, byłem absolutnie dobry z przedmiotów mówionych, natomiast matematyka i fizyka sprawiały mi kłopoty. I moi rozumni nauczyciele z Batorego zwrócili mi uwagę, że oczywiście zdam, ale w mojej sytuacji społecznej dostanie się na studia poważne może być trudne. Natomiast że jakieś studia takie typu polonistyka czy historia mogę zdać tak brawurowo, że nie będzie, że mam szansę być przyjętym. W dodatku mieszkałem na Żoliborzu, a jeździłem do Batorego i w tym autobusie żoliborskim jeździła inteligencja: pisarze, krytycy literaccy. I tam wtedy usłyszałem, że drukowana w „Twórczości” „Pamiątka z celulozy” [Igora – przyp. A.M.] Newerly’ego, sąsiada z sąsiedniej kolonii jest to ponad poziom przeciętnej współczesnej prozy. No i ja zacząłem czytać tą twórczość i na egzaminie wstępnym na polonistyce… A tym, ta „Pamiątka…” była tylko w „Twórczości” w odcinku drukowana i na egzaminie wstępnym napisałem, wybra/, odrzuciłem takie tematy o niedoli chłopów w dawnej Polsce i wybrałem „Pamiątkę z celulozy” i pisałem to, gdy rzeczy była tylko w „Twórczości”, a gdy czytano moją pracę, była to już nagroda państwowa pierwszego stopnia. No i zostałem przyjęty na polonistykę. Natomiast tutaj już zupełnie straciłem gust do ZMP i przestałem się udzielać, natomiast ciągle byłem członkiem, także członkostwo ograniczyłem do udziału w dyskusjach na zebraniach. I poznałem takiego przyjaciela, późniejszego wydawcę pism Jerzego Stempowskiego i Leona Schillera – Jerzego Timoszewicza. I zawsze na zebraniach ZMP-owskich było wiadomo, że Timoszewicz będzie mówił o tym, że ZMP-owcy nie czytają, a ja będę rozważał szanse Edgara Wallece’a, trzeciego kandydata postępowego w wyborach na prezydenta Stanów Zjedno/. W swoich raportach też zajmował się głównie rozważaniem szans Edgara Wallece’a w wyborach. Pierwszy rok studiów polonistycznych był ogromnym rozczarowaniem: gramatyka starocerkiewnosłowiańska, historia opisowa, gramatyka historyczna języka polskiego, gramatyka opisowa języka polskiego… Także ja przed każdym egzaminem uczyłem się tylko nazw przypadków, mianownik – kto, co, i czytałem na nowo pracę towarzysza Stalina o językach [niezrozumiałe – A.M.] dla terminologii. Też na pierwszym roku straszne wykłady Kazimierza Budzyka. Był to taki prestrukturalista marksizujący, góral z wadą słuchu i nieszczęśliwą fonetyką. I takie marksistowskie, marksizujące komentarze do Mikołaja Reja to był koszmar! Do tego straszliwy Jan Zygmunt Jakubowski – taki polonista, który potem chwalił się, że jest przyjacielem [Mieczysława –przyp. A.M.] Moczara, mówił: „Mówiłem Mietkowi, żeby dać [niezrozumiałe – A.M.] paszport!”. Także na tej polonistyce jedynie wykłady Jerzego Pelca od drugiego semestru z logiki były nagle czymś, co spowodowało, że chciałem być. I na drugim roku pojawił się Jan Kot w Warszawie i my z Timoszewiczem staliśmy się ulubionymi uczniami Kota. Z tym, że ja nadal chciałem być uczonym, a Timoszewicz był, chciał być pisarzem, natomiast Kot skopywał nas po kostkach i tłumaczył, że Timoszewicz ma być uczonym, a ja się do tego nie nadaję i mam pisać.
To był drugi rok, a potem ta znajomość trwała…?
Potem to tak do końca, z tym że ja byłem… Acha! Ja przez takiego mego kuzyna, który niedawno umarł, a jeszcze przed tym się skloszardyzował, Stanisława Mantuszewskiego, zostałem doprowadzony do Jana Józefa Lipskiego i jako uczeń szkół uczestniczyłem w takich spotkaniach takiej grupy socjologów, nawet jednego biologa. Spędzałem z nimi wolne wieczory, z tym że od jed/, z jednej rzeczy byłem wyłączony, bo oni w niewielkich ilościach, ale pijali wieczorem wino i zawsze pierwszy toast był wznoszony za spokój duszy świętej pamięci Andrzeja Żdanowa. I Lipski wywarł na mnie wielki wpływ. A! I od Lipskiego dowiedziałem się o [Witoldzie – przyp. A.M.] Gombrowiczu. Natomiast kiedyś zobaczyłem na wystawie antykwariatu na Nowym Świecie „Ferdydurke”. Oszalałem, zacząłem biegać, jakoś pożyczać pieniądze i zdobyłem, jej, byłem posiadaczem „Ferdydurke”. A prócz tego jeszcze dostałem „Dziennik uwodziciela” [Søren Aabye – przyp. A.M.] Kierkegaarda, także mając te dwie książki właściwie mogłem od starszych kolegów pożyczyć wszystko za… Natomiast powinienem skończyć studia w [19]56 roku i wszystko na to wskazywało. W lutym [19]56 nastąpił kryzys. Miałem w przedostatnim semestrze dwa egzaminy z wojska, które zawsze było kłopotem. Zresztą omal nie wyleciałem w połowie studiów z uniwersytetu, bo opu/… Wtedy dwa razy w miesiącu mieliśmy studium wojskowe od pierwszego roku od 7 rano do 7 wieczór. Bardzo ja tego nie lubiłem, a w dodatku jakoś podpadłem i zawsze rozczłonkowanie szeregu następowało na hasło: „Od studenta Doboszego na lewo i prawo odstąp!”. I ja opuściłem jakieś 10 zajęć studiów i zostałem wysłany na komisję dyscyplinarną. Wiedziałem, że tam trzeba, nie ma, nie raz długo czekać. Idąc na tą komisję zobaczyłem znów w antykwariacie „Moje walki nad Bzdurą” gen. Antoni Słonimski. Autor we wstępie wyjaśniał, że „gen.” to jest „geniusz”, a nie „generał”, ale i tak książka została zarejestrowana jako nowości wydawnicze w Wojskowym Przeglądzie Bibliograficznym jako „Słonimski Antoni, generał, Moje walki nad Bzurą”. Ja wkroczyłem na komisję wojskową i prze/, na komisję dyscyplinarną, no i przewodnicząca komisji, pani prodziekan Janina Kulczycka-Saloni stwierdziła, że Słonimski jest, był to znany pacyfista i ja, wchodząc z tą książką, demonstruję niechętny stosunek do wojska i należy mnie skreślić z listy studentów. I w tym momencie obronił mnie rzecznik oskarżenia, zastępca komendanta, major [Jerzy – przyp. A.M.] Wilski mówiąc, że po pierwsze student mając ze sobą książkę wyraźnie ją czyta, więc może nie znać jeszcze jej treści. Po drugie, poeta, pan Słonimski, szydził z armii, ale była to armia przedwojenna, sanacyjna z reakcyjnym korpusem oficerskim, z którą nasze ludowe wojsko nie ma nic wspólnego. Po trzecie wreszcie, jeśli skreślimy studenta Dobosza, zmarnuje się tą jego wiedzę wojskową, którą, przygotowując go na oficera, już mu wpoiliśmy przez pięć semestrów, także wystarczy nagana z wpisaniem do akt. No i na tym się skończyło. Natomiast byłem perfekcjonista i moją pracę magisterską złożyłem dopiero w [19]58 roku, ale jeszcze przed tym nastąpił kryzys w ostatnim semestrze [19]56. Otóż założyłem się z Timosze/… Acha! W młodości miałem kłopoty z cerą i właśnie wtedy, zimą, coś mi się zrobiło tutaj [świadek wskazuje na łuk brwiowy – przyp. A.M.] i posma/, lekarka posmarowała mi to jakąś białą maścią. I założyłem się z Timoszewiczem, że wchodząc na egzamin razem z nim, Kot zawoła: „O, Andrzejku! Co ci się stało w oko?”. Ja powiem: „Cezary Baryka na podobne pytanie pytanie odpowiedział”. I on powie: „To mów o dwudziestoleciu [międzywojennym – przyp. A.M.]. „O, Andrzejku, co ci się stało w oko?”, „Cezary Baryka…”, „No to powiedz o sporze Boya [Tadeusza Boya-Żeleńskiego – przyp. A.M.] z [Karolem – przyp. A.M.] Irzykowskim”. I w tym momencie drzwi się otworzyły i wpadła nasza koleżanka z Mińska Mazowieckiego, Heńka Ruta, która zawsze się spóźniała, bo z tego Mińska rzeczywiście się, były złe dojazdy. Ale tym razem sobie wykombinowała, że jak Timoszewicz i Dobosz, to Kot będzie w dobrym humorze i ona się przepchnie. No i myśmy obaj kolejno mówili i on nam przerywał i kazał jej kończyć. Ale to były czasy, kiedy kurs kończył się na Młodej Polsce, a dwudziestolecie było prywatnym hobby, i Timoszewicza, i moim. I ona pierwszy raz nic nie wiedziała, drugi i trzeci, on się w końcu zorientował i spytał ją o „Chłopów” i ona szczęśliwie się tutaj [niezrozumiałe – A.M.], no to on jej przerwał i kazał mnie dokończyć. Ja szybko skalkulowałem, że skoro on nigdy nie pisał o „Chłopach”, to nie czytał, i zacząłem wymyślać jakieś ludowe imiona i spokojnie. A Heńka nie wytrzymała i wrzasnęła: „Ależ skąd!”. Kot spojrzał na mnie i powiedział: „Andrzejku, przesadziłeś” i na piątce wpisał dwójkę. Powiedział: „Przeczytasz Chłopów, to przyjdziesz do poprawki”. I następnego dnia oblałem egzamin z wojska, bo miałem rozłożyć pistolet oficerski. Bałem się tego przedmiotu, z pół godziny… W koń/, bo to tam trzeba odciągnąć, ale taka sprężyna i można przyciąć sobie palec. I po pół godzinie pytają mnie: „Rozłożyliście?”, „Nie.”, „Dlaczego?”, „Bo nie mam siły.”. Profesor Krzysztof Pomian, który był w tym samym czasie moim kolegą, powiedział, że to były najbardziej nadrealistyczne sceny w jego życiu, ja i ta z pistoletem. No i dwa egzaminy. Właściwie powinienem być skreślony z listy, ale w ostatnim semestrze, więc jakoś w końcu tego pistoletu się nauczyłem, natomiast „Chłopów” czytałem dwa lata jeszcze, ale w końcu przeczytałem.
Stałem się magistrem polonistyki, o. Natomiast bardzo wcześnie, już na pierwszym roku zacząłem pisywać o teatrze i to od razu w „Nowej Kulturze” – głównym wtedy tygodniku. Z tym, że najpierw napisałem, ale to ręcznie, coś, co Timoszewicz nazywał „norweski rękopis”. Otóż opowiedziałem nieistniejącą książkę norweskiego socjologa o życiu codziennym w Polsce Ludowej na podstawie lektury ówczesnych powieści. I zaniosłem to do „Nowej Kultury”. Po tygodniu zostałem wezwany do redaktora naczelnego, towarzysza [Jerzego – przyp. A.M.] Putramenta, takich widzę z [Jacek – przyp. A.M.] Kuroniem, powiedział, że mój, „Wasz tekst nie zostanie wydrukowany, bo wy wyszydzacie schematyzm, a na obecnym etapie głównym niebezpieczeństwem jest recydywa burżuazyjnego estetyzmu, ale powinniście pisać.”. Oddał mnie w ręce doktora psychiatrii, redaktora Jerzego Pomianowskiego. Doktor Pomianowski, późniejszy profesor teatrologii w Bari, powiedział: „Ja tu mam trzy działy: dział satyry – zobaczymy, dział radziecki – to nie dla pana, no i dział teatralny.”. Wziął mnie wieczorem do teatru na jakąś premierę. Po premierze dłużej niż inni oklaskiwaliśmy wykonawców, potem on zaczął się przesuwać, mówiąc: „Przepraszam państwa, ja tylko po palto!”. Wyszliśmy dzięki temu wcześniej niż inni i on mi pokazywał rozmaite osoby, mówiąc, kto to jest. I w marcu [19]53 w „Nowej Kulturze” ukazała się moja pierwsza recenzja teatralna. W tym samym numerze Andrzej Szczypiorski opisywał ból marynarzy polskich na Bałtyku, gdy dowiedzieli się o śmierci towarzysza Stalina. No i od tego cza/… Acha! I to byt/, pisanie o teatrze okazało się praktyczne, bo mój tata był surowy i wiedział, że biblioteki zamykają trzy na dziesiątą, i musiałem być w domu o 10. O 10 zamykał i każde spóźnienie musiałem tłumaczyć. Natomiast jeśli pokazałem zaproszenie na premierę, dwuosobowe, mogłem praktycznie wrócić, o której chciałem, a czasem mówiłem, że powinienem obejrzeć drugi raz przedstawienie i on się godził pod warunkiem, że tekst będzie dłuższy. No i tak pisywałem o teatrze. O teatrze pisywałem do [19]58 roku i na szczęście skończyłem z tym, ale to za chwilę. Natomiast w [19]56 roku i to akurat po wypadkach poznańskich przebrano nas w szynele i popędzono na dworzec i zostaliśmy wywiezieni do Drawska na obóz taki miesięczny. I ja byłem i najmłodszy, i najmniejszy w drużynie. Było tam potwor/, ten obóz był straszny i jedzenie tam było potworne – takie jakieś stare ziemniaki, zgniła kapusta i do tego kawał słoniny wrzucano takiej starej. I potem, ja byłem najmłodszy, to wkładano mnie do takiego kotła ze szczotką i musiałem ten kocioł zmywać. Także właściwie potem już nie jad/, tylko rano kawałek chleba i taka kawa zbożowa, a potem to jedynie na ciemnym piwie przeżyłem miesiąc. Natomiast póki co po paru dniach tego mycia kotła dostałem w nocy jakiś potwornych bólów żołądka, wyłem! Zbudzono dowódców i dano taki samochód, czterech kolegów na noszach, trzymało nosze, żeby resorować i to Drawsko to jest szalenie teren pofałdowany. I odwieziono mnie do szpitala dywizyjnego, gdzie dostałem zastrzyki. Okazało się, że to tylko coś nerwicowego, nic. A lekarze to byli studenci starszych lat medycyny, szpital nad jeziorem. I oni wydobyli mnie z opresji zastrzykami, a ja im opowiadałem moje lektury i bardzo był to przyjemny tydzień. Potem napisałem tam zdanie: „Odkąd zachorowałem, czuję się znacznie lepiej.”. Natomiast oni po tygodniu mówią: „No, musisz wracać do pułku, bo inaczej nie, na przyszły rok cię znów zgarną”. Dali mi tylko takie papiery, że nie wolno mi za dużo nosić, a to taki plecak, to było 14 kilogramów plus karabin 4,9. No i ten szpital był od pułku 3 kilometry. Szedłem te 3 kilometry siedem godzin, bo co jakiś oficer czy podoficer, to ja zbaczałem w bok. To on mnie doganiał, „Dlaczego nie oddajecie honorów?”, „Bo nie mam pasa głównego”, „Dlaczego nie macie pasa głównego?”. No i doszedłem do pułku i tam zobaczyłem, że moi koledzy zgłupieli przez te parę dni, bo wszystko im się wydało normalne. A ja zdałem sobie sprawę, że nie jest to normalne. Wróciliśmy do Warszawy i sierpień, wrzesień [19]56, taka rozdyskutowana Warszawa, system się jakby chwiał wtedy. Ja myślałem, że to wojsko jest to mój wielki temat i że znów napiszę książkę nieistnieją/, opowiem książkę nieistniejącego socjologa francuskiego o armii [gen. Francisco – przyp. A.M.] Franco i tam wszystko o Ro/, na [Konstantego – przyp. A.M.] Rokossowskiego będzie. I tak to kombinowałem, te chwyty, aż przytomny Wiktor Woroszewski zamówił maszynistkę i od 9 do trzy na pierwszą chodząc po pokoju podyktowałem moje wojsko. Omal nie nastąpiła klęska, bo maszynistka mówi: „Panie Dobosz, a to pan sam był w tym wojsku?”, „Tak.”, „No i jak tam panu było?”. No więc ja chciałem podrzeć, ale to już poszło na maszynę. Jakieś tam były zebrania partyjne w, cenzorów, oni, tylko jakieś praktykantki zostały. I rzecz niewiaryg/ - ukazała się w „Nowej Kulturze” 23 września. Potem każdy generał pułku chciał mnie poznać, wysyłano po mnie samochód i mówi mi: „A ja czytałem wasz tekst! Myślałem, że wyglądacie jak prawdziwy mężczyzna!”. No i właściwie cała moja kariera literacka jest liczona od czasu tego debiutu o wojsku. Potem jeszcze jeden miałem epizod, bo moi… Zrzeszenie Studentów Polskich, które było takim jakby związkiem zawodowym studentów, gdzie należeli wszyscy, postanowił, zazdrościło „Po prostu” i postanowiło założyć konkurencyjny tygodnik. I redakcję dostali starsi o rok poloniści: Andrzej Jarecki nieżyjący, chyba dyplomata wolnej Polski w Stanach i młody Abramow Jarosław Newerly. I to się miało nazywać „Od Nowa” i zamierzali w pierwszym numerze dać wywiady z głównymi przeciwnikami nowego ustroju i ja miałem z generałem Kazimierzem Witaszewskim „gazrurką” i generałem [Bolesławem? – przyp. A.M.] Piaseckim. Jeszcze był tam z [Wiktorem – przyp. A.M.] Kłosiewiczem, szefem związków zawodowych i z wicepremierem [Zenonem – przyp. A.M.] Nowakiem, też mój kolega to robił. I Kisiel [Stefan Kisielewski – przyp. A.M.] mi załatwił wizytę w PAX-ie, ale w międzyczasie zdano sobie sprawę, że jestem ten od wojska i zrzucano mnie ze schodów, ale nic mi się nie stało, bo wpadłem na wchodzącego pod górę Wojciecha Żukrowskiego tłuściutkiego. Natomiast wywiad z Witaszewskim na ulicy [Antoniego – przyp. A.M.] Solariego przeprowadziłem, pięć godzin bez magnetofonu, tylko notując. I byłem zdumiony, bo szef głównego zarządu politycznego, czyli no druga, trzecia osoba w armii, i ja, gówniarz, robiłem z nim, co chciałem. On jakby nie zdawał sobie sprawy, jakie będą konsekwencje kolejnego pytania. I tylko jedna rzecz go uratowała – on nie mówił po polsku zdaniami, tylko całe takie akapity prefabrykowane. Pytany co zamierza robić, mówił: „Ja w Polsce Ludowej za robotą nie chodziłem i nie będę chodził.”. No i to się ukazało, ale natychmiast po tym zmieniono redakcję, wyrzucono moich kolegów i został nowy szef, który potem został ambasadorem PRL na Kubie i w Jamajce. I tem, o… W, potem w wojsku dostałem natychmiast list z Wydawnictwa Literackiego, co jeszcze chciałbym napisać, bo chcieliby książkę na/, ale wkrótce okazało się, że podobne rzeczy nie będą wznawiane. Ja wróciłem do pisania o teatrze. Z tym, że paru moich kolegów pisywało o teatrze i żeby być krytykiem teatralnym albo trzeba być bardzo wielkim, jak [Konstanty – przyp. A.M.] Puzyna czy Kot, natomiast inni byli wysyłani też na prowincję. Krytyk teatralny przebywający na teatralną premierę, potem jest bankiet i oni wszyscy się rozpili i rozkloszardyzowali. Natomiast ja nie zdążyłem wiele pojeździć, bo byłem urzeczony aktorką, która nawet odbywała czasem ze mną spacery, tylko byłem upokarzany, bo jak dzwoniłem do niej, a ciągle… Ja głos mam jakiś osobliwy. Jak dzwoniłem do niej, to jej mąż mówił: „Nie, proszę pani, Haliny nie ma w domu”. No i kiedyś, w [19]58 roku była premiera Jerzego Broszkiewicza „Imion władzy”. Autor był miły, sztuka była taka niby antystalinowska, ale nie całkiem udana, przedstawienie też nie było całkiem dobre, a ja napisałem taki poemacik na cześć [Haliny – przyp. A.M.] Mikołajskiej. Ale zrozumiałem, że za wiele i że nie wszystko jest tam dobre i przy okazji skopałem Bogu ducha winnego aktora, Macieja Maciejewskiego, który no, był jaki był, ale no nie była to jego wina, że dostał złą rolę. I Mikołajska znalazła się w przykrej sytuacji w teatrze wobec swoich kolegów i napisała list do „Nowej Kultury”, brutalny, taki, że pan Dobosz jest gówniarzem i powinien koszulę mi w zębach nosić, a nie… I Woroszewski zastanawiał się, czy to drukować, ale koledzy mówią: „No, Andrzej nie jest dziecko, niech odpowie!”. Ja miałem całą noc na przygotowanie odpowiedzi – nie spałem tej nocy. Kolejne wersje mojej odpowiedzi były takie znowu, że zrozumiałem, że już nie będę po nich miał co do niej dzwonić. I zniosłem. Ojciec mój ucieszył się, że nareszcie ktoś mi utarł nosa. To się ukazało, ja zrezygnowałem raz na zawsze z pisywania o teatrze. Potem ona mi mówiła, jaka to szkoda, że powinienem… Niemal sama szukała mego towarzystwa, ale ja już nigdy o teatrze. Natomiast byłem przyzwyczajony do pisania i zacząłem pisać o wszystkim, o. Acha! Natomiast znacznie wcześniej, bo w [19]56 roku groziły nam przydziały do, przydziały pracy były jeszcze i większość moich kolegów dostawała przydziały do szkół na prowincji, do liceów. Na przykład o rok starszy ode mnie Michał Głowiński. Powiedziano mu: „No, pana nie można posłać do szkoły, bo pan się jąka.”. I dostał do biblioteki na Koszykową, gdzie przynosił nam roczniki czasopism z magazynu.
[dzwoni telefon – przyp. A.M.]
[Osoba towarzysząca nagraniu] Przepraszam, nie wyłączyłam.
Ja napisałem recenzję ze sztuki dyrektora [Janusza – przyp. A.M.] Warmińskiego w Teatrze Ateneum, sztuka nazywała się „Melodramat” i nie była dobra. Moja recenzja była brutalna. Warmiński dowiedział się, że jestem studentem u Kota i zadzwonił do Kota, co zrobić. I Kot miał przytomną reakcję i doradził mu – zostałem sekretarzem literackim Teatru Ateneum i przydział pracy dostałem już na moją posadę, gdzie zresztą okazało się, że też wywarłem wielki wpływ na… Bo pan Warmiński napisał nową sztukę, mianowicie przerobił „Przedwiośnie” na scenę. Ja, gówniarz, wytłumaczyłem mu zdanie po zdaniu, że [Stefan – przyp. A.M.] Żeromski wiedział, co robił, kiedy pisał prozę, kiedy dla teatru. I on zrezygnował z tej sztuki i został tylko cenionym reżyserem, dyrektorem teatru, mężem Aleksandry Śląskiej. No a ja zostałem jego kierownikiem literackim. Miałem tam taki gabinecik i on często dzwonił. Ja przychodziłem do niego i mówiłem mu, co by można wystawić, co przeczytałem. Natomiast ja w tym gabineciku zacząłem gromadzić sobie książki, które czytałem, o Ossowskich… I też nagle znalazłem taką książeczkę, nazwisko autora mi się spodobało – [niezrozumiałe – A.M.] „Wstęp do teorii grafów”. Jeden z tytułów rozdziału brzmiał: „Zagadka mostów królewieckich”, jak można przejść Królewiec, żeby nie powtórzyć trasy. I kiedyś pan Warmiński przyszedł do mnie i zaczął przeglądać moją biblioteczkę i powiedział: „Ależ panie Andrzeju, pan tu nie ma nic o teatrze!”. No i nie odnowiono ze mną kontraktu. W [19]66 roku dowiedziałem się od znajomych z wydziału filozofii, że w jakiś sposób likwidują studia filozoficzne, to znaczy będą wykańczane roczniki, które już zaczęły, nie będzie naboru na pierwszy rok. Natomiast ma być studium doktoranckie, gdzie [Leszek – przyp. A.M.] Kołakowski, [Bronisław – przyp. A.M.] Baczko przygotują swoich następców. I tam trzeba było mieć skończone wyższe studia (czyli miałem), zrezygnować z etatu (którego nie miałem) i zdać egzaminy dość surowe. Ja poszedłem do Kołakowskiego, którego znałem z „Nowej Kultury”, spytałem, co on sądzi, on powiedział: „No próbuj!”. Tylko doradził mi, żebym nie wybierał na egzaminie wstępnym tematu z estetyki, bo to mnie… W przeddzień udałem się pod delikatesy, wypatrzyłem czarną wołgę – to szczebel dyrektora departamentu, - umówiłem się z kierowcą, czy nazajutrz może przyjechać po mnie na Żoliborz, z góry go opłaciłem. Wsiadłem obok towarzysza kierowcy, a nie z tyłu i podjechałem na róg Traugutta, gdzie stał tłum 150 zdenerwowanych osób. Wołga się zatrzymała, ja wysiadłem, odprawiłem towarzysza kierowcę, rozejrzałem się i posterowałem w stronę [Słychać szum trąconego mikrofonu – przyp. A.M.] jedynej – przepraszam - jedynej pięknej tam dziewczyny. No i… Acha, i miałem ze sobą żurnal zachodni, żeby w razie niepowodzenia udać się do krawca i zamówić sobie nową marynarkę. I usiadłem obok niej w sali Czarnowskiego, takie długie ławki, ja w środku, tu, tam sześć osób, tu osiem, ja obok niej. I zobaczyłem, że wszyscy… [świadek pochyla się – przyp. A.M.] Tematy były takie materialistyczne o tym, że wszystko się rusza i jeden z estetyki. Ja przeglądałem ten żurnal z pół godziny, a w końcu mnie to znudziło i zacząłem pisać temat z estetyki, gdzie udzieliłem pełnej akademickiej odpowiedzi, ale własnymi słowami, chwilami przedłużając, chwilami idąc na skróty. I potem opinia była taka, że siedem osób bardzo uzdolnionych, na ósmym Andrzej Dobosz, który nie ma pojęcia zielonego o filozofii, ale jest to umysł taki, że byłoby zabawne próbować coś z niego zrobić. No i dostałem się, no. Były tam stypendia 1100 albo 2200 [złotych]. Większość kolegów była z prowincji, mieszkała w domu akademickim. Na takim wstępnym zebraniu ja spytałem taką panią, która budziła sympatię, z ministerstwa, czy mógłbym prosić o to większe, bo mam mieszkanie w spółdzielni lokatorskiej i czynsz, składka na to mieszkanie mniej więcej zajmie mi połowę tych ty/. Ona powiedziała: „No, powinien pan sobie zdać sprawę, że jako posiadacz mieszkania w Warszawie jest pan dla nas mniej wdzięcznym obiektem inwestycji.”. No więc nie. Ale po jakimś czasie wszyscy i tak dostaliśmy 2200, z tym że była tam reguła, że każdy sobie wybierał opiekuna, tutora, jak w Oksfordzie. I ja i tylko ja, a rok był [19]66, wybrałem Leszka Kołakowskiego, koledzy byli roztropniejsi. No i… Z tym, że na egzaminy byłem odsyłany do Baczki. Piekielne to były egzaminy, ale były, to świetny był, taki nauczyciel lepszy od Kołakowskiego, autor oczywiście gorszy. No i tak przeszedłem to do… Acha! Reguła była taka, że w dwa i pół roku robimy magisterium, a w, i praca magisterska jest pierwszym rozdziałem doktoratu, a potem kontynuujemy. No i tak przeszedłem do marca. W marcu wyrzucili mi Kołakowskiego. Acha! Ja wiedziałem, że będzie 8 marca i 7 marca w czwartek poszedłem do towarzysza prodziekana Dobroszewskiego [postać niezidentyfikowana – przyp. A.M.] o, który był prodziekanem od studiów doktoranckich, mówiąc, że jestem, mam kłopoty ze zdrowiem i bym chciał prosić o roczny urlop. „Będzie pan miał papiery?”, „Tak!”, „No to proszę złożyć.”. Ja poczułem się już urlopowany i 8 marca byłem tytułem prywatnym, jako obserwator na terenie uniwersytetu. 11 przyniosłem papiery do dziekana, to oni mówią: „Panie, na tym uniwersytecie nikt już nie ma głowy! Musi pan złożyć w ministerstwie podanie, że panu przestano płacić stypendium.”. Jedna rzecz opowiada [niezrozumiałe – A.M.] są zgodne z rozumem, inne zaś nie są zgodne. Ja w ogóle nie lubię przesadnie dużo pisać, natomiast 1 kwietnia [19]68 rozglądając się, czy nie ma łobuzów po drodze poszedłem do kwestury i pobrałem swoje 2200. I tak przez rok nie chodząc na żadne zajęcia pobierałem 2200. Po, i wiosną [19]69 owa ładna dziewczyna, czyli, nieżyjąca już, potem nawet dziekan tego wydziału, Elżbieta Pietruska-Madej, mówi: „Andrzeju, w przyszłym tygodniu zdajemy egzaminy magisterskie.”. No więc ja udałem się do fryzjera, bo wychowawcy lubią dobrze uczesaną młodzież, wyprasowałem koszulę i udałem się do ojca towarzysza dyrektora Jana Legowicza, ex bernardyna, dyrektora Instytutu Filozofii ówczesnego. A partyjni z zakonem strasznie, byli wyjątkowo nieprzyjemni. Powiedziałem, że… Acha! Przed tym jeszcze byłem u Adama Sikory, docenta, który został. Sikora, który wydał dwie autobiograficzne książeczki bardzo ciekawe, opowiadające o losach żydowskiego chłopca, który przetrwał okupację tak jakoś żyjąc, kradnąc jakieś drobne rzeczy, sypiając po lasach, czy jakiś takich rowach, który był Żydem, ale miał szczęśliwy pomysł, bo zajął się filozofią narodową polską, [Józef – przyp. A.M.] Hoene-Wroński i takimi. Otóż moczarowcy uznali, że jednak musi być ktoś, a oni nie mieli siły czytać [Andrzeja – przyp. A.M.] Towiańskiego czy Hoene-Wrońskiego, że musi być ktoś o filozofii narodowej i go zostawili. I z Sikorą się umówiłem, że już złożyłem u niego pracę, którą złożę mu za tydzień i że on ją czyta. I poszedłem do Legowicza mówiąc, że docent Sikora czyta, zostały mi jeszcze cztery egzaminy do zdania. On mówi: „Pan oszalał!”, a ja mu zwróciłem uwagę, że ja cały czas pobieram stypendium, bo on zapomniał mnie skreślić. No i jako wspólnik mówi: „Ja bym nie zdał na pana miejscu, ale niech pan próbuje.”. Rzeczywiście pozdawałem. Najzabawniejszy był egzamin u Marka Fritzhanda, który napisał ze dwie książki o młodym [Karolu – przyp. A.M.] Marksie i z tych książek pytał. On był promotorem Henryka Jankowskiego, laureata nagrody naukowej Trybuny Ludu, który wypromował Środową Magdalenę. Otóż u Fritzhanda, którego książkę przejrzałem w noc, zajęło mnie stwierdzenie o różnicy między oceną a normą. Wysoko oceniamy działalność lekarza, który noc po operacji spędza przy łóżku pacjenta, ale nie możemy czynić z tego normy. Podobnie kraje socjalistyczne wysoko oceniają postulat powszechnego rozbrojenia, ale w warunkach okrążenia imperialistycznego nie mogą z tego czynić normy. No więc zdałem u Fritzhanda, zdałem u Władysława Krajewskiego, materialisty, wnuczka Adolfa Warskiego, Warszawskiego. No i zostałem magistrem filozofii i zacząłem nawet przez jeden semestr prowadzić zajęcia takie usługowe z historii filozofii na polonistyce, gdzie zadziwiłem studentów, bo mówiłem o moim kliencie doktor Marks. No ale po pół roku zostałem, zawiadomiono mnie, że jestem skreślony. Elżbiecie Pietruskiej taki partyjny lider z roku powiedział, że „No trzeba tobą… W studenckim teatrze satyryków śmiał się najgłośniej na premierze programu, o którym było wiadomo, że będzie zdjęty przez cenzurę, a w antrakcie przechadzał się pod pachę z Antonim Słonimskim.”. No i zostałem skreślony. I „Pieszo w powietrzu” i wtedy nastąpiło zaproszenie do filmu „Rejs”, za który kupiłem sobie maszynę do pisania, myśląc, że powinienem w końcu zacząć coś pisać. O!
Może zrobimy przerwę chwilkę. Proszę napić się… [przerwa w nagraniu]
[Osoba towarzysząca nagraniu] To może tą szklaneczkę odłóż, napij się.
Proszę bardzo.
Takim… Jak przestałem pisać o teatrze, to zacząłem, napisałem, wydrukowałem se dwa czy trzy felietony o wszystkim w „Nowej Kulturze”, po czym wyrzuc/, zmieniono redakcję, wyrzucono Woroszewskiego, Kołakowski, będący w Amsterdamie, listownie ustąpił. Ja przestałem tam pisać. Potem zacząłem we „Współczesności” mieć felieton, podpisywany „Pustelnik z Krakowskiego Przedmieścia”. I co jakiś czas przychodził nowy redaktor i mnie wyrzucał, więc zacząłem u Witolda Dąbrowskiego, poety, z którym było bardzo dobrze. Potem Dąbrowskiego wyrzucono, potem jakiś czas był [Stanisław – przyp. A.M.] Grochowiak, z Grochowiakiem było dobrze. Potem przyszedł jakiś partyjny, którego nazwiska nie pamiętam, i on mnie wyrzucił. Potem był Andrzej Lam – inteligentny, chociaż docent mianowany, ale inteligentny. I za Lama znowu i tak to ten Pustelnik wracał i przerywał się. I oto w [19]72 roku powstał tygodnik lite/, nie było już „Współczesności”. W tym lokalu na Koszykowej pows/, tam Ministerstwo Sprawiedliwości jest teraz, powstał tygodnik „Literatura”. I formalnie redaktorem „Literatury” był Putrament, który było po zawale i nie bardzo rozpoznawał ludzi, a praktycznie redagował to Gustaw Gottesman, dawny redaktor „Przeglądu Kulturalnego”. A takim wiceszefem był Bogdan Gotowski z Żoliborza, nieżyjący, ale taki, koło [19]80 roku on się ożywił. I Gotowski, sąsiad z autobusu, z koncertów, kiedyś mu coś opowiedziałem i on powiedział: „To niech to pan zapisze.”. To ja to zapisałem i on to wydrukował, ale mówi tak: „Ale jeden tekst to jakby pan co tydzień zaczął do nas pisać…” i ja zacząłem pisać. I w tym momencie nastąpiło nieszczęście. Bo ja od [19]58 roku codziennie, najpóźniej trzy na pierwszą przychodziłem do kawiarni PIW-u [Państwowego Instytutu Wydawniczego – przyp. A.M.] na Foksal i siedziałem przy stoliku pana Antoniego Słonimskiego, którego potem odprowadzałem w Aleje Róż. Tam jeszcze Paweł Herz, [Adam – przyp. A.M.] Ważyk – to stali uczestnicy stolika, często Adolf Rudnicki, [Gustaw – przyp. A.M.] Holubek, czasem Henryk Tomaszewski, plakacista. I tak do [19]68 roku codziennie, prócz wyjazdów wakacyjnych albo Słonimskiego, albo moich. W [19]68 roku zamurowano, po odkryciu istnienia osi Bonn – PIW – Tel Awiw zamurowano kawiarnię. Potem pan Słonimski na Placu Trzech Krzyży, gdzie też jeszcze bywałem. I teraz zacząłem w tej „Literaturze”, a pan Słonimski miał uraz na temat Putramenta i uznał, że zdradziłem, drukując u Putramenta. I zacząłem być traktowany przy stoliku straszliwie. Wtedy w Starej Prochowni Wojciech Siemion mówił taki monolog, jak było naprawdę, o pojawieniu się w Warszawie Najwyższej Istoty. Bardzo zabawne, pan Słonimski zachwycony, nazywał Siemiona Żydem polnym. I Siemion wiedząc o naszej dawnej przyjaźni zamówił do programu taki mój wstęp, który napisałem, i pose/, i to było tak, że Siemion mówił, natomiast to w sali siedziało się przy stolikach z konsumpcją. I mnie posadził obok państwa Słonimskich. I pan Słonimski straszne rzeczy mówił: „Co, ciastko? Dobosz ciastko by zjadł? Przecież on wyłącznie kawiorem od Putramenta się odżywia!”. „Jesteś potworny!” – mówiła pani Słonimska [Janina Konarska-Słonimska – przyp. A.M.], ale ja po tym wieczorze już miałem dość i przestałem bywać w kawiarni i Warszawa straciła dla mnie urok. Pisywałem te felietony, bo musiałem płacić za mieszkanie, ale straciłem ochotę do życia, stąd ten wyjazd w [19]74 roku, który zresztą miał być tylko na trzy miesiące.
Byłem wzięty do kina na jakiś film Walta Disneya. I jak światło zgasło…
[Osoba towarzysząca nagraniu] Ile miałeś lat?
No…
[Osoba towarzysząca nagraniu] Przed wojną, trzy, cztery.
To znaczy nie miałem jeszcze czterech, na pewno miałem trzy. I wzięto mnie na film Walta Disneya i jak światło zgasło i rozległ się płacz na widowni i wtedy ja wrzasnąłem: „Dziewczynko, nie płacz! Ja się z tobą ożenię!”. Salwa śmiechu zakłóciła pierwsze minuty filmu i potem już na wojnie nie byłem brany do kina, w czasie wojny „tylko świnie siedzą w kinie”, także dopiero „Wołga, Wołga” w [19]45 roku.
/transkrypcja: Aleksandra Masny, październik 2019 r./
Dane o obiekcie
-
Nazwa / Tytuł
Andrzej Dobosz -
Twórca / Wytwórnia
Dobosz, Andrzej (świadek historii) -
Rodzaj
-
Kategoria
-
Zakres chronologiczny
-
Data wykonania
14/09/2016 -
Czas trwania
1h 38min 0sek -
Numer inwentarzowy
MHP-07-3290 -
Klasyfikacja praw autorskich
-
Permalink
Opis
Andrzej Dobosz wspomina swoje dzieciństwo w Warszawie, tuż przed i w trakcie II wojny światowej. Po mobilizacji ojca rodzina została w mieście, gdzie doświadczała coraz trudniejszych warunków życia: głodu, bombardowań i widoku warszawskiego getta. Po wysiedleniu z mieszkania tułała się po różnych adresach i piwnicach, aż po powstanie warszawskie, po którym trafiła do obozu w Pruszkowie, a potem do wsi Krasice. Tam doczekali końca wojny.
Ojciec walczył w armii Andersa i wrócił do Polski w 1947 roku. Mimo prób emigracji, matka zdecydowała o pozostaniu w kraju. Ojciec, jako były żołnierz zachodni, był później szykanowany. Andrzej Dobosz dorastał w trudnych warunkach, ale z silną matką u boku. Studiował polonistykę, działał w środowisku intelektualnym i zaczął publikować teksty – najpierw o teatrze, a potem felietony, m.in. w „Nowej Kulturze” i „Współczesności”.
W wyniku konfliktów personalnych i politycznych, jego publikacje były przerywane. Ostatecznie pisał w tygodniku „Literatura”, co doprowadziło do konfliktu z Antonim Słonimskim i wykluczenia go z życia towarzyskiego. Felietony pisał z konieczności, ale stracił radość życia i w 1974 roku wyjechał z kraju. Wspomnienia kończy anegdotą z dzieciństwa – o swoim pierwszym, burzliwym seansie filmowym przed wojną.