Aleksander Skotnicki - Mediateka - Muzeum Historii Polski w Warszawie SKIP_TO
Wizyta w muzeum Przejdź do sklepu
Historia mówiona
Audiovideo

Aleksander Skotnicki

Ujazdowska, Lidia (prowadzący/a rozmowę); Skotnicki, Aleksander (świadek historii); Różański, Maciej (operator kamery);

03/06/2016

Minutnik

  • Pan Aleksander jest z zawodu lekarzem, ukończył studia medyczne w 1972 r. Pracował i studiował u lekarza Juliana Aleksandrowicza

  • Julian Aleksandrowicz był żydowskiego pochodzenia, przetrwał Holocaust

  • Praca w Klinice Hematologicznej

  • Złożenie podania o stypendium Fulbrighta w Stanach Zjednoczonych. Wyjazd do Waszyngtonu w 1981 r.

  • Udział w wykładzie Jana Karskiego

  • Otrzymanie nagrody Jana Karskiego i Poli Nireńskiej

  • Postawa świadka w życiu codziennym - kładzenie nacisku na dobre relacje międzyludzkie

  • Jedna z pacjentek opowiedziała p. Aleksandrowi kim był Oskar Shindler

  • Poszukiwanie innych Shindlerowców - p. Aleksandrowi udało się dotrzeć do sześćdziesięciu osób. Było to możliwe dzięki liście ofiarowanej przez Bronisławę Horowitz-Karakulską (znaną również jako Niusia Horowitz)

  • Pan Aleksander otrzymywał od Shindlerowców korespondencję z dokumentami i zdjęciami. Na podstawie otrzymanych materiałów powstała książka "Oskar Schindler w oczach uratowanych przez siebie krakowskich Żydów"

  • Oskar Schindler w trakcie okupacji uratował ponad tysiąc ludzi

  • Shindler starał się na różne sposoby pomagać potrzebującym Żydom

  • Uratowanie ludzi uwięzionych w zamkniętym pociągu

  • Zarzuty wobec Shindlera

  • Filosemityzm

  • Wpływ historii Szindlera na poglądy i życie zawodowe świadka

  • Świadek opowiada o Żydach, którzy zostali uratowani przez Shindlera, m. in. wymienia Genowefę Wohlfeiler-Manor

  • Pani Genowefa, gdy była dzieckiem starała się pomagać finansowo rodzinie poprzez roznoszenie gazet. Gazety do getta dostarczała p. Pawlikowska

  • Pani Pawlikowska pomagała rodzinie p. Genowefy w różnych sytuacjach

  • Istotna rola historii mówionej

  • Dotarcie do jednego z shindlerowców - Mosze Bejskiego

  • Pani Genowefa została honorową obywatelką miasta Beer Szewy

  • Wielu szindlerowców cieszy się dużym uznaniem w Izraelu m. in. Aleksander Allerhand

  • Aleksander Allerhand wraz z matką mieli zostać wywiezieni wraz z innymi Żydami i zamordowani, Aleksandrowi udało się uciec

  • Ojciec pana Aleksandra znajdował się w oflagu, z którego udało mu się uratować

  • Aleksander Allerhard wraz z żoną zamieszkał w Hajfie

  • Po wojnie Oskar Shindler odwiedzał regularnie ludzi, których uratował

  • Oskar Shindler został pochowany w Tel-Awiwie

  • Pan Aleksander Skotnicki utrzymuje stały kontakt z shindlerowcami

  • Mąż pani Genowefy stracił całą rodzinę w czasie wojny

  • Żydzi, którzy wyjechali z Polski nadal mają w pamięci Kraków

  • Wielu Żydów przyczyniło się rozwoju Krakowa

  • Człowieczeństwo jako najważniejsza wartość

  • Wpływ edukacji na szacunek i zrozumienie drugiego człowieka

Transkrypcja

Jest 3 czerwca 2016 roku, jesteśmy w Krakowie. Nazywam się Lidia Ujazdowska, towarzyszy mi Maciej Różański. Naszym gościem i rozmówcą dzisiaj jest pan profesor Aleksander Skotnicki, który od wielu lat zajmuje się przywracaniem pamięci osobom mieszkającym kiedyś w Krakowie. Panie profesorze, proszę opowiedzieć o swojej działalności, o swojej pasji, o tym, co zdarzyło się na tej drodze w pana życiu.

Jestem lekarzem, skończyłem w 1972 roku medycynę. Studiowałem i potem pracowałem u wielkiego krakowskiego lekarza, profesora Juliana Aleksandrowicza, który zawsze powtarzał, że skoro przetrwał holokaust, wielką, wielkie zagrożenie w czasie II wojny światowej dla jego, dla jego rodziny z powodu żydowskiego pochodzenia, to ma pewną misję do spełnienia. Tą misją było oddawanie wyrazu prawdzie historycznej i mówienie o ludziach – o ludziach złych, ale również o ludziach dobrych, o ludziach, którzy ratowali jego życie, jego byli pacjenci, jego znajomi, którzy, kiedy będąc lekarzem w szpitalu w getcie, był zmuszony przez Niemców (celem jego upokorzenia) do odśnieżania ulic. Podchodzili do niego byli pacjenci, znajomi, sąsiedzi i mówili: „Daj, doktorze, tę łopatę, ja panu pomogę!”. I kiedy profesor mówił: „Może się pan naraża?”, „Ale ja mam potrzebę okazać mój stosunek do pana, do pana sytuacji.”, i chcieli mu pomagać. I profesor zawsze uważał, że dobro trzeba podkreślać, przypominać, nie tylko piętnować zło (co również trzeba robić). Dziś mogę powiedzieć, że moje pierwsze lata medycyny były w atmosferze stworzonej w klinice III wewnętrznej, potem hematologicznej, którą profesor prowadził przez 30 lat. Na pewno to mi rozszerzyło horyzonty, lekarza młodego po studiach medycznych bardzo wnikliwych, na szersze spojrzenie – nie tylko organizmu ludzkiego, ale tego człowieka wkomponowanego w określone środowisko, w określoną tradycję, w określoną historię Krakowa. W jakimś sensie z inspiracji profesora złożyłem podanie o stypendium Fulbrighta w Stanach Zjednoczonych i w [19]81 roku wyjechałem na to stypendium rządowe do Waszyngtonu. Pracowałem tam przez rok w laboratorium, mówiłem do siebie po polsku, a do wszystkich dookoła po angielsku. Trochę byłem zagubiony w tym świecie, brakowało mi kontaktu z polskością. Ktoś mi powiedział, że niedaleko George Washington University, w tym samym Washington DC, Georgetown University, pracuje, wykłada polski profesor. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to jest Jan Karski, no ale oczywiście poszedłem posłuchać kogoś z Polski. Zobaczyłem wysokiego, przystojnego mężczyznę w sali wypełnionej po brzegi. Studenci, młodzi pracownicy naukowi siedzieli na krzesłach, na podłodze nawet. I po wykładzie podszedłem do niego, przedstawiłem się po polsku. Zainteresował się: „To pan doktór tu pracuje? A jakie macie postępy w leczeniu białaczki?”, pochylił się nad moją pracą. I po krótkiej opowieści powiedziałem, że jestem tu bardzo szczęśliwy, aczkolwiek miałem przy, podczas przyjazdu do Waszyngtonu niemiłe w jakimś sensie zdarzenie, albowiem jeden z kolegów z pracy powiedział: „O, ty przyjeżdżasz z Polski, to na pewno jesteś antysemitą, bo wy wszyscy Polacy jesteście antysemitami.”. Nie było mi to przyjemne, bo sam pochodzę, mogę powiedzieć, z rodziny Sprawiedliwych [Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata – przyp. A.M.]. Moja babcia zginęła za ratowanie swoich żydowskich uczniów [niezrozumiałe – A.M., 4:28-4:30]. I na to Jan Karski odpowiedział: „Nie musi się pan wstydzić, że pan jest z Polski. Niech pan powie swoim kolegom, że w Polsce było wspaniałe państwo podziemne, jedyne w Europie na taką skalę. I może być pan dumny, że nie tylko jest przeszło wiele tysięcy polskich Sprawiedliwych, ale przede wszystkim, że polska racja stanu, polskie państwo było pierwsze, które zaczęło walczyć z Niemcami, [5:00] że w milionowej polskiej armii we wrześniu było 100 tysięcy oficerów i żołnierzy żydowskiego pochodzenia, że polskie państwo dało im broń, mundury i pierwsi walczyli i strzelali do Niemców. I że byliśmy ofiarą tej samej agresji. Może nie w takim samym stopniu, ale jednak w tym samym miejscu poddani terrorowi, a mimo to tak wielu ludzi, Polaków pomagało współobywatelom żydowskiego pochodzenia.”. Mówię o tym fragmencie, o historii mojego spotkania z Karskim w [19]82 roku, albowiem wiele lat później, prawie 30 lat później z inicjatywy Żydowskiego Instytutu Naukowego w Nowym Jorku YIVO i ŻIH-u [Żydowski Instytut Historyczny – przyp. A.M.] w Warszawie, miałem zaszczyt otrzymać nagrodę Jana Karskiego i Poli Nireńskiej. W jakimś sensie koło historii, jeśli mogę o swojej skromnej osobie tak powiedzieć, obiegło te kręgi. To wszystko pokazuje mi, że każdy z nas, ja jestem tylko lekarzem, ale niezależnie od zawodu, od wieku, od zainteresowań takich lub innych, związanych z własną profesją, może coś zrobić – raz, dla drugiego człowieka, a dwa, dla promocji dobrych relacji międzyludzkich. To jest bardzo ważne nie tylko w świecie lekarskim, aby było zaufanie między lekarzem i pacjentem, ale również, aby te relacje wzajemnie nas wzbogacały, albo byśmy się potrafili uczyć od drugiego człowieka. Ale do tego trzeba i skromności, i pochylenia się nad drugim człowiekiem, i zainteresowania. Dobry lekarz to jest ten, który się interesuje drugim człowiekiem, który jest zainteresowany nawet jego dolegliwościami. Czasem nie chcemy słuchać, jak ktoś nam mówi, co go boli. Ale lekarz próbuje ten problem rozwiązać, to jest dla niego challenge, wyzwanie. Natomiast poznawanie drugiego człowieka zawsze jest jakimś enrichment, wzbogaceniem. I postanowiłem wówczas, może zastymulowany przez jedną z moich pacjentek, której coś tam pomogłem, bo byłem poproszony do niej do domu. I ona powiedziała: „Dziękuję bardzo, panie doktorze, że pan mi pomógł, ale niech pan pamięta, że moje życie naprawdę to uratował Oskar Schindler.”. Byłem młodym lekarzem, dziewięćdziesiąt/, początek dziewięćdziesiątych lat. Ona powinna mnie być wdzięczna, że ja do niej przyszedłem! A ona jakiemuś Schindlerowi! Niewiele wiedziałem o Schindlerze. No ale jak powiedziała mi, że było 1000 takich ludzi, których on pomógł bezinteresownie, z narażeniem własnego życia i że ona jest tak wdzięczna, bo uratował ją i wielu członków jej rodziny, to moja pasja badawcza, mam kilkaset publikacji naukowych w dorobku, więc praca naukowa jest częścią mojego życia, ta pasja nakazała mi poszukać innych schindlerowców, bo tak ich nazywamy. Udało mi się dotrzeć do około 60 na wszystkich kontynentach – w Australii, w Południowej Ameryce, oczywiście w Izraelu, w Beer Szebie, w Hajfie, w Tel-Awiwie, na Florydzie, w Nowym Jorku. Jak mogłem do nich dotrzeć? Otóż jedna z Krakowianek, kolejna dziewczynka z listy Schindlera, Nusia Horowiecka-Rakulska [zapis nazwiska niepewny – przyp. A.M.], ofiarowała mi listę, którą przygotował z schindlerowców, Poldek Pfefferberg, dla Stevena Spielberga, który chciał zaprosić na ostatnią scenę filmu „Lista Schindlera” żyjących jeszcze schindlerowców. I na tej liście były telefony, adresy na całym świecie ludzi z listy Schindlera. Zacząłem do nich dzwonić mówiąc, że jestem lekarzem z Krakowa, że interesuję się historią, i czy mogliby mi przekazać informacje o sobie, o tym, jak żyli przed wojną w Krakowie, do jakich szkół chodzili i gdzie ich rodzice robili zakupy, czy byli religijni, jaka była kultywacja tradycji, co się z nimi stało, ile mieli lat w chwili, jak wybuchła wojna, jakie były ich losy okupacyjne, czy było to w Krakowie, mówię, getto, Płaszów, Lipowa, Bryniec ewentualnie. Ale no ci z listy Schindlera przeszli właśnie ten szlak. Kobiety jeszcze Auschwitz-Birkenau, mężczyźni Gross-Rosen. I otóż z tych właśnie oral histories, które zaczęły się od telefonu, krótkiej korespondencji. Przez pewien czas przez tydzień mniej więcej przychodziła gruba koperta [10:00] z dokumentami, zdjęciami. Ja to rozkładałem, analizowałem, rysowałem drzewa genealogiczne, z tych dokumentów budowałem. Z tego powstała książka przeszło 10 lat temu: „Oskar Schindler w oczach uratowanych przez siebie krakowskich Żydów”. I chciałem pokazać jak o jednym czasie, o podobnej sytuacji okupacyjnej w Krakowie, o jednym człowieku, Oskarze Schindlerze, mówią ludzie przez niego uratowani. Każdy mówił troszkę inaczej, z inną emocją, z innym poczuciem wdzięczności, ale prawie wszyscy mówili, że kiedykolwiek wracają myślami do czasów Zagłady, to mają świadomość, że żyją dzięki Schindlerowi. To właśnie, co uczył profesor Aleksandrowicz, żeby podkreślać to, co w historii było piękne, szlachetne, godne naśladowania dzisiaj. Bo historia ma nas uczyć, jak postępować dzisiaj i jutro. To nie jest tylko zagłębianie się w mniej lub bardziej mroczną czy odległą przeszłość, ale ta historia nas uczy, chciałbym, aby uczyniła nas lepszymi, szlachetniejszymi, piękniejszymi. Czyli to w moich takich szerokich zainteresowaniach rodzajem ludzkim, mogę powiedzieć (chociaż może to być zbyt górnolotnie), drugim człowiekiem było mi bardzo pomocne, że okazują wdzięczność. Jak mówił profesor Aleksandrowicz, najpiękniejszą cechą człowieka jest pamiętać, co się komu zawdzięcza, podkreślać to. To zawsze w pracach naukowych, nam mówił, że jest spis autorów publikacji, to trzeba umieścić wszystkich, którzy nam w tym pomogli, podali pomocną dłoń, wyszli nam naprzeciw. W tych ciężkich czasach wiele lat temu pomogli załatwić odczynnik zagranicą, bo w Polsce nic nie było i tak dalej. Czyli tutaj byłem tym przejęty, a ludzie z taką ciepłem, wręcz miłością pamiętają Oskara Schindlera, który w czasie, kiedy znikąd nie było nadziei, sytuacja była beznadziejna, Niemcy zdominowali nie tylko Polskę, ale objęli prawie całą Europę, wydali, wydawali się być niezwyciężeni, doszli aż do Moskwy, no to co my tu biedni możemy zrobić? I nagle się pojawiał ktoś, kto w tym, w tej beznadziei, w tej sytuacji znikąd pomocy, wyszedł im naprzeciw, interesował się nimi, dokarmiał z własnej kieszeni, nigdy na nikogo nie podniósł rękę, traktował jako, jak drugiego człowieka. I jak się dowiadywał, że dzieci żydowskie są gdzieś w przechowaniu u polskich chłopów, to wysyłał tam pieniądze albo wspomagał ich deputatami z garnków, pożyczkami pieniędzy nie do zwracania. Czyli naglę znalazł pasję pomocy drugiemu człowiekowi w czasach no bardzo trudnych, w stolicy Generalnego Gubernatorstwa, moment od Wawelu, gdzie rezydował Hans Frank. I mimo to potrafił uratować tysiąc ludzi. W czasach okupacji było bardzo trudno uratować jednego człowieka, a uratować tysiąc ludzi nie było łatwo. Oskar Schindler był bardzo znanym człowiekiem. Tysiąc ludzi dokarmić to nie dało się ukryć, przy całym szacunku dla jednej osoby gdzieś w komórce, gdzie można było przemycić troszkę więcej jedzenia na końcu wsi, też się bardzo narażając. Natomiast tutaj tysiąc ludzi. Gdyby nie fakt, że to jest udokumentowane, udowodnione, każdy by powiedział, że to jest prawie niemożliwe. A jednak było możliwe. To pokazuje, że gdyby było więcej takich Schindlerów, to można by wiele tysięcy ludzi uratować. W Krakowie uważa się, że z 65 tysięcy ludności przedwojennego Krakowa, jeszcze parę tysięcy napływowych, uratowało się tylko cztery tysiące. Z tych czterech tysięcy tysiąc uratował jeden człowiek, Oskar Schindler. Reszta uratowała się na papierach aryjskich lub też przybyła z obozów niezależnie od Schindlera, czy też powróciła z peregrynacji, jeśli mogę tak powiedzieć, na wschód. I ta historia tak zwanego Sprawiedliwego, bo został później Sprawiedliwym wśród Narodów Świata, Sprawiedliwego z Krakowa, Oskara Schindlera, który przybył tu razem z wojskami najeźdźców, który włączając się w proces zatrudniania ludzi, umożliwiając im nie tylko zatrudnienie, chleb, [15:00] jeżeli to tak można nazwać, dokarmianie, ale również chroniąc ich przed wywózką do obozów zagłady, do Bełżca, czy później do Oświęcimia, znalazł pasję w przeciwstawianiu się zbrodniczej ideologii. On, który przyjechał z wojskami najeźdźców. I ta historia ma w sobie tyle i dobra i takiego przykładu walki o drugiego, zagrożonego człowieka… Jest taka historia, którą nawet Spielberg nie umieścił w swoim filmie i wielu schindlerowców ma mu to za złe. Mianowicie zimą [19]44 roku, w ciężkiej zimie, kiedy schindlerowcy byli w Brynicy na Morawach u Schindlera, dano znać Schindlerowi, że w okolicach krąży pociąg widmo. W środku są dwa wagony, gdzie dochodzą ludzkie głosy, zaplombowane. Tam jest pewno mnóstwo ludzi, może umierających. Ten pociąg jeździ po tamtych terenach zaplombowany od paru dni, ludzie w środku nie mają żywności. Schindler mówi: „Natychmiast przysłać ten pociąg do mnie!”. Wziął swoich pracowników, pracujących w fabryce Schindlera, lekarza Bibersteina. I ci robotnicy, krakowscy Żydzi, odplombowali ten pociąg, te wagony i zobaczono makabryczny widok: koło stu szkieletów ludzkich, z których kilkanaście już nie żyło, w własnych ekskrementach siedzą. Kazał opróżnić jedną z hal, umieścić tych wszystkich prawie zamarzniętych ludzi, i przez kilka tygodni on i jego żona Emilia dokarmiając przywrócili im życie. Mówię o tym dlatego, że Schindler nie musiał tego zrobić, to nie był jego obowiązek. Narażał się władzom w Oranienburgu (to był taki centrum obozów koncentracyjnych), mówiąc im, że musi przyjąć świetnych fachowców do swojej fabryki broni. Dlatego to się udało. Co oczywiście było nieprawnie, nie byli żadni fachowcy, nie byli fachowcami, ani nie byli sprawnymi robotnikami. Nawet jego pracownicy, których już było tam tysiąc, też nie byli może zbyt zachwyceni, że przy bardzo małych żywnościowych racjach, Schindler przyjmuje jeszcze sto osób. Mówię to czasem moim lekarzom, którzy mówią mi: „Panie profesorze, jest dyżur, zapowiedziany jest ciężko chory, przyjedzie z Przemyśla, będziemy mieć ciężki dyżur itd. Będziemy go ratować…”. Ja im na to mówię: „Ale popatrzcie: wy macie – nie narzekacie, moi lekarze są wspaniali, no mówię o pewnym problemie, - ale popatrzcie, ten chory przyjedzie, a wy macie tutaj pielęgniarki, macie ciepłe łóżko, macie pościel dla tego pacjenta, macie wszystkie leki, macie wszystkie konsultacje. Jesteście lekarzami, to jest nasz obowiązek. I pomyślcie, a porównajcie się z sytuacją Schindlera. On nie musiał ich przyjąć. Mógł powiedzieć, że on nie ma czasu, nie wie, nie potrafi. On nie miał lekarzy – paru lekarzy. Ale nie było żadnych warunków, tych ludzi mieścił no w stodole, można powiedzieć, w warunkach bardzo trudnych. Nie miał leków, nie miał żywności, a jednak podjął się ich przyjęcia.”. Dlaczego to zrobił? Myślę, że z kilku powodów. Jednym z powodów to było jego stosunek do drugiego człowieka. Oni nawet go nie prosili o pomoc, bo oni nie mogli wyrazić tej pomocy. Czyli musiał pokonać wiele przeszkód jakby wewnętrznej świadomości, że siebie naraża, naraża tych wszystkich ludzi, którzy już u niego są, po to, żeby pomóc drugiemu człowiekowi. Pokazuje, że ta historia uczy nas, że mimo najtrudniejszych warunków, każdy z nas jest zobowiązany do wyjścia naprzeciw. I Schindler to potrafił zrobić. I wszystkie historie, przepraszam, dziennikarzy, pseudohistoryków, którzy mówią, że to jest taka hollywoodzka historia, nieprawdziwa, byli nawet w Krakowie tacy dziennikarze, którzy mówili „Hochsztapler Schindler” i tak dalej… Te opinie dyskredytujące Schindlera są wyrażane przez osoby również żydowskiego pochodzenia, którym on nie pomógł – nie mógł wszystkim pomóc. Są wyrażane przez osoby, w moim przekonaniu, które nie rozumieją potrzeby działania wobec drugiego człowieka, przez osoby, które być może nigdy bezinteresownie nie wyszli na pomo/, naprzeciw drugiemu człowiekowi. Nie potrafią zrozumieć, że Schindler to robił [20:00] nie tylko po to, jak niektórzy mu zarzucają, że się dekował, że dzięki temu nie musiał jechać na front wschodni, gdzie mógł zginąć, że zarabiał na tym… Różne zarzuty są wobec Schindlera: że był kobieciarzem, że był łapówkarzem… Tak, dawał łapówki, żeby ratować ludzi. Można zdyskredytować bardzo łatwo drugiego człowieka. Niestety dzisiaj, w dzisiejszym świecie politycznym widzimy tego przykłady. Ale trzeba dostrzec jego prawdziwe motywacje i, trzeba powiedzieć, skuteczność działania – on uratował tysiąc ludzi. Wszystko inne się nie liczy. A uratował ludzi, z którymi ja się później zaprzyjaźniłem, których co roku odwiedzam, którymi, nie mam, nie miałem tylu przyjaciół, co mam teraz. To nie moich rówieśników, nawet nie w środowisku lekarskim, ale wśród przedwojennych Krakowian. Nawet nie dlatego, że są Żydami, bo ja nie jestem filosemitą. Ja jestem wrażliwy na drugiego człowieka i, jak mówił profesor Aleksandrowicz, filosemityzm ma dużo wspólnego z antysemityzmem, bo jakby podkreśla zasługi człowieka w związku z pochodzeniem. A nie jesteśmy, nie wpłynęliśmy na to, gdzieśmy się urodzili, w jakiej rodzinie. Jak profesor mówił, nieważny Polak, Niemiec czy Żyd, ważne, żeby był przyzwoitym człowiekiem. Czyli dążę do tego, że historia, w którą zagłębiłem się, którą no jakby stale drążę dalej i w jakimś sensie staram się ją przedstawić w świetle, jak mi się wydaje, prawdziwych faktów, tyle mnie nauczyła i uczyniła mnie być może mocniejszym w przekonaniu, że nie ma nic ważniejszego, jak dotrzeć do drugiego człowieka. Czasem mówiącego innym językiem, czasem z innego narodu, z innej przeszło/, innej tradycji, z innego kraju, innego koloru skóry. Że można przełamać te wszystkie bariery, które zawsze są między dwojgiem nieznanych sobie ludzi. Ale myślę, że moja praca lekarska trochę mi w tym pomogła, bo właśnie lekarz, pacjent, który przychodzi do lekarza, którego nie zna, przychodzi do obcego człowieka. I przychodzi w sytuacji zagrożenia życia, jak to się mówi, nagle podłoga pod nogami się zapada, prawda. Człowiek nagle dowiaduje się, że ma białaczkę, czy nowotwór piersi i nagle cały świat się załamuje. I teraz ten lekarz stara się go poznać, stara się nim zainteresować, ma dla niego czas (to dzisiaj jest bardzo trudne), pochyla się nad nim i, w cudzysłowie i naprawdę, bierze go za rękę i mówi: „Nie zostawię cię samego, razem przejdziemy ten kryzys zdrowotny.”. Inaczej mówiąc, staje się jego przewodnikiem, partnerem, czasem nawet przyjacielem. I ten, jak powiedziałem, chory, jego choroba staje się dla niego wyzwaniem, zagadką do rozstrzygnięcia. I to jest sukces nie tylko pacjenta, że on będzie wyleczony, ale sukces profesjonalny, nawet, powiedziałbym, egoistycznego, satysfakcji profesjonalnej, że ja potrafię go rozwiązać. To jest ja chcę siebie przekonać, że ja jestem coś warty, że moim doświadczeniem, moim schyleniem się, moim czytaniem literatury, konsultacjami, zwołaniem konsylium potrafimy zadośćuczynić oczekiwaniom pacjenta, którym jest rozwiązanie zagadki przyczyny choroby, odpowiedniego leczenia i wyprowadzenie na, jak mówimy, drogi proste tego życia, na dalsze dekady. Czyli… Mówię to dlatego, że czasem ktoś mówił: „Pan jest lekarzem. Co pan ma wspólnego z historią?”. Ja bym powiedział, że zawód lekarza (a realizuję go już od 45 lat) absolutnie mi pomógł w docieraniu do drugiego człowieka i to, co pani nazwała oral history. Bo to jest pewna umiejętność zdobywania tego zaufania, patrzenia w oczy drugiemu człowiekowi. Najgorszy jest zarzut, jak jeden z pacjentów kiedyś powiedział mi, czy z rodziny pacjenta, że „Cały czas rozmawiałem z panem doktorem, a pan ani razu nie spojrzał w moich oczach!”. Oczywiście coś notowałem, coś pisałem. I zrozumiałem, że trzeba patrzeć, nie trzeba unikać drugiego człowieka. Jeżeli nie mamy w sobie nic do ukrycia, naprawdę chcemy się zająć tym człowiekiem, poświęcić mu swój czas, swoją wiedzę, doświadczenie, rozwiązać jego problem, trzeba patrzeć w jego oczy i nie patrzeć w komputer, coś tam pisać, tylko być z tym człowiekiem. I może, mogę to na chwilę pokazać, ten… Tak jak coś dzisiaj tu pomyślałem, że jest to taki booklet, który przygotowałem na otwarcie fabryki Schindlera w Krakowie, wydany jest po polsku i po angielsku, [25:00] który pokazuje tych przedwojennych Krakowian. Proszę zwrócić uwagę, jacy to są piękni ludzie. Ludzie, którzy byli zagrożeni w swoim życiu tylko dlatego, że byli żydowskiego pochodzenia. Moi pacjenci są zagrożeni, bo mają białaczkę. Oni, ktoś ich ratował. Ja ratuję ich z ciężkiej choroby, Schindler ratował ich z zagrożenia związanego z rasizmem, zbrodniczą ideologią. I byli Krakowianami, wszyscy się urodzili na ulicach, które świetnie znam, tutaj na Kazimierzu, ale w całym Krakowie. Wielu z nich było bardzo zasymilowanych, mówiło świetnie po polsku. Do dziś cytują literaturę na pamięć, pytają mnie, jak się nazywała w „Ogniem i mieczem” wiedźma, która przechowywała… Wszystko wiedzą. To jest dla mnie bardzo wzruszające. Tu jest na przykład Genia Wolfeirer Manor [nazwisko niezrozumiałe – A.M., 25:55-25:56], która świeżo obchodziła 90-te urodziny i na które tą właśnie uroczystość napisałem książkę: „Genia Wolfeirer Manor. Z Krakowa do Beer Szewy w Izraelu”. Ta książka ma sto stron i zawiera wspaniałe zdjęcia przedwojenne i powojenne pokazujące, jak Genia tutaj w swojej szkole, w przebraniu, w stroju dziewczynek z Wołynia, z którą korespondowały, jest na dziedzińcu tej szkoły. A tu jest Genia z swoim mężem, Nahumem Manor [nazwisko niezrozumiałe – A.M., 26:32-25:33] nad grobem Schindlera ze zdjęciem Schindlera. No, mogę powiedzieć, że każda z tych historii, to jest właśnie oral history, to jest przeszłość. Oni z Nahumem poznali się na Lipowej…

Przepraszam…

[przerwa w nagraniu]

Więc… Jak to powiedzieć? To jest galeria postaci, którą też starałem się umieścić przy przedsionku fabryki Schindlera, aby mówić nie tylko o okupacji, nie tylko mówić o najeździe, o zbrodniach, które tam miały miejsce, ale mówić o ludziach, aby historia była personifikowana. Hitlerowcy chcieli, aby zamordować masy ludzkie. My staramy się z tych mas ludzkich wydobyć poszczególne rodziny, ich imiona, nazwiska, to, co powiedziałem: gdzie mieszkali, jakie mieli ulubione tereny Krakowa, czy okolic Krakowa dla rekreacji, czy jeździli na wakacje do Rabki, do Zawoi. Mamy zdjęcia w Morskim Oku. Ten kraj był tak samo ich krajem, to były ich góry. Mieli swoje klub sportowy Makabi, mieli harcerstwo Hacofe [nazwa niezrozumiała – A.M., 27:54], chodzili do gimnazjum hebrajskiego, gdzie wykładowy był język polski i gdzie słynny humanista, literat, Juliusz Feldhorn, napawał ich miłością do polskiej literatury, poezji i tak dalej. Nahum Manor do dziś go bardzo pięknie wspomina. Zresztą kiedyś napisałem książkę o profesorze Feldhornie, słynnym humaniście z gimnazjum hebrajskiego. I mówię o nich: oni się tu poznali, albowiem na Lipowej można było między barakami chodzić, trzymać się za ręce. Schindler tak to zorganizował, że mimo, że to był podobóz Płaszowa, obozu koncentracyjnego, to dookoła obozu były strażnice, byli żołnierze niemieccy z karabinami, ale nie mieli prawa wejść do środka. I Schindler tak to zorganizował, że jego pracownicy wytwarzając naboje muszą być skupieni, nie mogą być przerażeni psami, uzbrojonymi żołnierzami, i spowodował, że nie wolno im tam było wchodzić. Przez to stworzył pewną oazę spokoju, jak ktoś mówił, arkę Noego, i oni mogli tam, będąc i dokarmiani, i chodząc między sobą, właśnie między barakami… Bo stworzył tam podobóz na prawie tysiąc osób, gdzie były lepsze warunki, gdzie była izba lekarska, gdzie nawet polscy pracownicy nielegalnie chodzili do dentysty, do żydowskiego dentysty, którego zainstalował tam Schindler, i tak dalej, i tak dalej. Otóż chodząc za rączkę obiecali sobie, patrząc w niebo, w gwiazdy, że jeżeli przeżyją ten koszmar, to się pobiorą. Rzeczywiście oboje przeżyli w Brynicy na Morawach. No i w styczniu [19]50 roku w Hajfie wzięli ślub. Żyją do dzisiaj w Beer Szewie, on ma 93 lata, ona ma 90. I właśnie na te 90-te urodziny napisałem jej książkę, wysłałem jej też kwiaty przez [30:00] Interflora z Krakowa. Mówię to dlatego, nie, żeby tutaj podkreślać swoją rolę, ale daje mi to tyle przyjemności, że oni czują, że w Krakowie się o nich myśli, pamięta, o ich urodzinach, o ich tych, że co roku ktoś ich odwiedza, że przywozimy im garnki emaliowane takie, jakie im uratowały życie, garnki życia słynne u Oskara Schindlera. A nawet Genia mi opowiadała taką historię, że będąc w Płaszowie, będąc w getcie razem ze swoją rodziną, miała pomoc ze strony pani Pawlikowskiej, sąsiadki czy przyjaciółki swojej matki, która mieszkała po aryjskiej stronie tuż za murem getta. I ona podchodziła do ulicy, gdzie mieszkała Genia z matką, ulica Dąbrówki 9, której to budynek dochodził do strony aryjskiej. I otóż od tej strony aryjskiej było okienko do piwnicy, a oni mieszkali na drugim piętrze. I ona z zewnątrz, pani Pawlikowska, codziennie rano wrzucała do tego okienka paczkę gazet albo [niezrozumiałe – A.M., 36:16-36:18] w drukarni. Dlaczego to robiła? Albowiem mała Genia miała, wtedy 9 lat skończyła, z drugiego piętra do piwnicy, brała te gazety i roznosiła po getcie, co oczywiście było nielegalne. Zarabiała parę grosików dzięki temu, mogła wspomagać żywieniowo rodzinę. Wyobraźmy sobie: z aryjskiej strony Krakowianka nosi znajomej swojej, żydowskiej przyjaciółce, matce Geni te gazety, żeby one pozwalały im przetrwać. Na ulicy Traugutta, która przylegała, w każdej chwili mogła, mogli ją Niemcy zobaczyć, rozstrzelać. Nie wolno było do getta wrzucać ani chleba, ani gazet. Ulubioną potrawą Geni były pierogi z jagodami. I otóż kiedy Genia znalazła się u Oskara Schindlera, zaraz to jest blisko getta, 200 metrów, a matka jeszcze musiała być w getcie, to prosiła panią Pawlikowską, że jak były urodziny, żeby zaniosła te pierogi z jagodami do fabryki Schindlera. I ta pani Pawlikowska to zrobiła. Strażnik nie był przekonany, czy ma to przekazać, ale takiej dziewczynce to zrobił. Genia mi to wszystko opowiada, zrobiłem wizję lokalną, umieściłem zdjęcia tego okienka. To wszystko stoi tak, jak mówiła: ulica Kącik, gdzie mieszkała pani Pawlikowska, Traugutta, która odchodziła do getta, i ten dom, który rzeczywiście od jednej strony wejście od Dąbrówki, od drugiej od tej strony aryjskiej. Dalej to okienko tam istnieje. Czy warto takie historie przypominać? Z jednej strony jest to określony fakt historyczny, te budynki dalej stoją. Nie chcę powiedzieć, że sprawdziłem przez to prawdomówność i dobrą pamięć Geni, ale też potwierdzenie tego daje mi jako ta/, naukowcowi, taką satysfakcję, że to się zgadza. A dwa, pokazać właśnie relacje międzyludzkie. Wobec tego, jak pojechałem ostatnio, też zawiozłem z Krakowa pierogi z jagodami, które w kolejnych moich przesiadkach i potem w hotelu w lodówce trzymałem, zanim wsiadłem w ranny pociąg z Tel-Awiwu, żeby do Beer Szewy zawieźć jej te pierogi. Pierwsze, co wszedłem: „Dobrze, dobrze, za chwilę będziemy się witać! Proszę do lodówki dać, bo ja chciałem przywieźć jeszcze raz z Krakowa.”. Oczywiście ja się niczemu nie narażałem, poza tym, że mogły się one zepsuć. Ale, pomyślcie, taka pani Pawlikowska, która w ten sposób dała wyraz swojej solidarności, swojej, mimo ogromnego narażenia się, przyzwoitości ludzkiej, ludzkiego spojrzenia na ludzi tak zagrożonych strasznie. Po prostu nie była obojętna. Wydaje mi się, że warto takie rzeczy pisać w tych oral history. Może nie jest to historia oparta na dokumentach, archiwach, ale w moim przekonaniu warta udokumentowania. Tym bardziej mam świadomość (tę pracę wykonuję już od kilkunastu lat), że co najmniej jedna trzecia tych ludzi już odeszła. Ja mniej więcej dwa razy w roku w krakowskim „Dzienniku Polskim” piszę klepsydrę tego typu: „odszedł Krakowianin”. I opisuję historie kolejnych moich przyjaciół, którzy odchodzą z przyczyn fizjologicznych, mając lat 90 i więcej. I mam, nie ukrywam, tę satysfakcję, że dotarłem do nich, jak to się mówi, w ostatniej chwili, za pięć dwunasta. Nawet odnalazłem jednego z schindlerowców, Moszę Bejskiego, który był po wojnie sędzią najwyższym, sędzią Sądu Najwyższego. [35:00] A w czasie wojny Brynic był, można powiedzieć, fałszerzem pieczątek gestapowskich. Z opony wytwarzał taką pieczątkę, żeby Schindler mógł przewozić chleb niby tam dla wojska czy gestapo, ale naprawdę przewoził dla swoich żydowskich pracowników. I otóż Mosze Bejski, który po wojnie był członkiem parlamentu izraelskiego i właśnie sędzią Sądu Najwyższego, no był jednym z pierwszych moich kontaktów na niwie schindlerowców. Mówię to dlatego, że wielu z nich w nowym świecie znalazło uznanie, w nowym kraju musieli się nauczyć języka i… Warto każdego człowieka ratować. Ale jeszcze jest ta przyjemność, że to nie jest uratowane tylko satysfakcja, uratowane fizjologia, parametry laboratoryjne organizmu ludzkiego, tylko że ten człowiek, że warto było go ratować. Każdego warto, ale ci ludzie jeszcze coś sobą reprezentowali, byli ambasadorami polskości. I taki był na pewno Mosze Bejski. A Genia niedawno została honorową obywatelką Beer Szewy. Burmistrz Beer Szewy Krakowiance, tej dziewczynce od pierogów z jagodami, wręcza dyplom honorowego obywatela Beer Szewy. Dlaczego? Dlatego, że swoją pasją przekazywania informacji, przekazywania, dawania świadectwu prawdzie, udziale w spotkaniach z młodzieżą, przede wszystkim z pracą wobec przybyszy do Izraela (zna dobrze hebrajski, zna oczywiście angielski, zna polski), potrafiła im się zasymilować. I, co więcej, skończyła studia malarskie i jest znaną malarką i w tej książce umieściłem również obrazy, które ona namalowała, między innymi obrazy krakowskie. I ta praca artystyczna, społeczna, uczyniła z niej osobę, mimo swoich 90 lat, znaną w tamtejszym środowisku. I nie ukrywam, ja jestem dumny, że „moi” w cudzysłowie (to nie moi, to Schindlera schindlerowcy), moi przyjaciele z tej listy są ludźmi tak uznawanymi, honorowanymi. Jest dwóch na przykład czołowych stomatologów Izraela. Jeden Janek Drezner, który był uratowany razem ze swoją siostrą Danutą i obojgiem rodziców, których ojciec, Jechuda Drezner z ulicy Stradomskiej 10, miał sklep z materiałami bławatnymi, sprowadzanymi z Manchesteru. I otóż ja, moje centrum na Stradomiu umieściłem dokładnie naprzeciw Stradomskiej 10, gdzie był ten sklep. I otóż Janek był uratowany przez Schindlera, skończył stomatologię i został czołowym lekarzem w dziedzinie stomatologii Izraela. I drugi, Aleksander Allerhand, też wtedy młody chłopiec… Wszyscy moi dzisiejsi schindlerowcy, mogłem ich poznać dlatego, że wtedy byli dziećmi, więc oni mieli fizjologiczny czas dożyć do czasów, kiedy zacząłem się nimi zajmować. Otóż Olek Allerhand również był na terenie Hajfy czołowym stomatologiem. Dopiero niedawno przestał ordynować. A mieszka niedaleko Szewacha Weissa, który jak nie jest w Polsce na wykładach, to mieszka w Hajfie. I czasem jak dzwonię do doktora Allerhanda, to mówi: „Czy mógłbyś zadzwonić za chwilę, bo mam w tej chwili na fotelu ambasadora Szewacha Weissa? Muszę mu naprawić ósemkę, to nie chcę się teraz odrywać.”. Takie mamy kontakty. A Olek Allerhand dodatkowo jest ważną postacią, ciekawą postacią, albowiem miał – też o nim książkę napisałem, jedną z moich oral history -  dokumentację, i jest ta historia znana stąd, że miał dwie młodsze siostry bliźniaczki i wszyscy byli w getcie krakowskim, a ojciec, oficer polskiego wojska, był w oflagu. I otóż ta matka z tym trojgiem dzieci jest w getcie. Wiadomo było, że dzieci małe nie mają szans przeżycia, były małe dziewczynki. Udało się te dziewczynki przemycić do wsi Mogiła pod Krakowem, umieścić u polskich rodzin chłopskich i matka z Olkiem obiecała, że „Wrócimy do was niedługo! Tutaj jesteście bezpieczne.”. Wrócili do getta i zrobił się październik [19]42 roku, [40:00] tak zwana druga deportacja z getta do obozu śmierci w Bełżcu. Getto zostało otoczone przez Niemców i znaleźli się w wagonie, i Olek, i jego matka, jadących na śmierć. I otóż w tym wagonie było małe okienko, gdzie dwóch młodych chłopców o nazwisku Lezerkiewicz (do jednego z nich później dotarłem) uciekło przez to okienko. Wtedy wagon był pełen, 120 ludzi stłoczonych, widziała to matka, to okienko było po drugiej stronie, i powiedziała: „Olku, ty też musisz uciec, żeby uratować te nasze dwie córecz/, twoje dwie młodsze siostry, bo jak one zostaną same na świecie?”. Ona wiedziała, że jadą na śmierć. Mężczyźni przenieśli tego małego Olka do tego okienka po drugiej stronie, on wyskoczył. Stał, żeby pokazać tym, co patrzyli z okien tego wagonu, że on przeżył ten skok. A Olek popatrzył na ten pociąg, który na zakręcie zniknął, wiedział, że więcej matki nie zobaczy. Miał wtedy 12 lat. To był październik [19]42 roku, bardzo chłodny, zimny czas. On piechotą kilkanaście kilometrów dotarł do tej Mogiły, znalazł te dziewczynki. Umieścił u polskich sąsiadów i, proszę sobie wyobrazić, a sam się dostał Schindlera, że wszyscy trójkę przeżyli okupację, a ojciec wrócił z oflagu. W oflagu pewnego dnia Niemcy powiedzieli: „Oficerowie żydowscy wystąp!”. Jego dowódca stał za nim i powiedział: „Nie występuj, my ciebie nie zdradzimy.”. Czyli został uratowany i wrócił. Pomyślcie państwo: jedna rodzina. Ojciec uratowany przez dowódcę wojskowego, który go nie zdradził. Dwie dziewczynki uratowane przez polskich Sprawiedliwych sąsiadów – oczywiście po wojnie otrzymały dyplomy Sprawiedliwych. I sam Olek uratowany u Oskara Schindlera. A u tego Oskara Schindlera w Brynicach przyprowadzono mu dziewczynkę kilkunastoletnią, Krysię, z którą się później pobrał. Oboje do dziś mieszkają w Hajfie. I znowu będąc podczas długiego weekendu majowego, co robię co roku, czyli cztery tygodnie temu w Tel-Awiwie wsiadłem w pociąg, pojechałem rano do Hajfy, odwiedziłem Olka i Krysię Allerhandów. A ich córka zawsze mi mówi: „Jak bywał u nas w domu wujek Oskar Schindler, to było to lub tamto.”. Ona pamięta, że Schindler przez 17 lat co roku, mieszkając już po wojnie we Frankfurcie nad Menem naprzeciwko dworca kolejowego, jechał obchodzić swoje urodziny wśród, jak mówił, swoich dzieci, przez siebie uratowanych krakowskich Żydów w Tel-Awiwie. I odwiedzał rodziny swoich byłych więźniów, można powiedzieć, których zatrudniał i którym uratował życie. A oni czynili listę, u kogo dzisiaj her dyrektor będzie jadł obiad, i byli dumni, że mogą gościć go w domu, to było największe dla nich święto. Zbieram zdjęcia z tych spotkań, umieściłem je w moich książkach, na moich wystawach, bo to też jest jakaś taka historia… Jeżeli ktokolwiek powątpiewa, kim naprawdę był Schindler, to chyba poza wszystkim, co robił w czasie wojny, to, że oni oczekują go jak najbliższego krewnego, niby wujka, dziadka, u siebie w domu, że dzieci uratowanych traktują go jako najbliższą osobę (przecież nie muszą tego robić), to, że nazywają już po śmierci Schindlera… Wiadomo, że prosił, żeby go pochować wśród swoich dzieci, jak mówił, czyli nie w Niemczech, ale właśnie w Tel-Awiwie, na cmentarzu franciszkańskim, chrześcijańskim jest pochowany. I skoro Żydzi co roku przychodzą do jego grobu położyć kam/, zwyczajem żydowskim kamyczek na jego grobie, skoro nazywają kolejne ulice jego imieniem, to chyba nie ma lepszego dowodu, kim naprawdę był Schindler, wbrew ludziom, którzy myślą, że o nim dużo wiedzą, a z żadnym z ludzi uratowanych nigdy nie rozmawiali. No to jest dzisiejszy świat tak zwanej powierzchowności, oparcia o stereotypy wiedzy na temat ludzkich motywacji, ludzkiego działania. Ja sam jestem, mogę powiedzieć, moja rodzina ofiarą agresji i bolszewickiej, bo ojciec, dziadek zginął w więzieniu bolszewickim, moja babka w obozie kon/ w Niemczech, ale myślę, że jeżeli, [45:00] jak moja mama mówiła, dziesięciu, dziewięciu ludzi cię okradnie, to nie powinieneś w 10 widzieć złodzieja. A może to jest przyzwoity człowiek? Czyli tak samo no jest, w każdym narodzie są ludzie przyzwoici i są kanalie, przepraszam. Niestety w polskim też. I nie wolno być, jak nacjonaliści próbują, prawda, gloryfikować jednego narodu kosztem innego narodu, bo nigdy to nie jest prawdą. Jest to uogólnienie, które może krzywdzić wielu ludzi. I mogę tylko powiedzieć, że to, co udało mi się przez te wiele lata zrobić, to, co stało się częścią jakby mojego krwioobiegu… Ja mniej więcej raz w tygodniu jadąc do pracy dzwonię do Geni, Nahuma Manor, opowiadam, co w Krakowie, opowiadam, którymi ulicami jadę, oni znają te ulice, jadę Józefa Dietla, teraz skręcam w lewo w [św.] Sebastiana, a później w prawo w Bogusławskiego, a później w Sarego. Przy ulicy 12 Sarego mieszkał ich przyjaciel Natan Gross, którego też osobiście poznałem, dziennikarz krakowsko- potem –izraelski. I później skręcam w ulicę św. Gertrudy, dojeżdżam do Kopernika 17. Przeważnie przestaję rozmawiać, mówię: „Już podjechałem pod mój szpital.”, no więc oni mi mówią: „To do roboty, do roboty!”. No i tak sobie rozmawiamy przekomarzając się. I oni jakby dzięki tej rozmowie są ze mną w Krakowie, którego ulice pamiętają. A teraz jak bywam co roku w maju w Izraelu, to robimy spotkania, czasem u nich w domu. I czuję się jak u cioci na imieninach: siedzi 10 pań, które sobie mówią: „A pamiętasz, jak moja mamusia robiła zakupy na Grodzkiej?”, „A moja mamusia na Sebastiana!”, „A to było na św. Gertrudy…”. I sobie tak po polsku rozmawiamy, wspominamy. Ja im opowiadam o profesorach gimnazjum hebrajskiego, o profesorze Feldhornie, o różnych uczniach. A oni wtedy mówią: „To pan też byłeś w gimnazjum hebrajskim?”, ja mówię: „Nie.”. A czasem mnie pytają, już ci, co mnie po raz pierwszy widzą, „Proszę pana, a jak się pan właściwie nazywa? Skotnicki, ale to pewnie aryjskie nazwisko, pewnie pan je zmienił!”, albo: „A jak pan się urodził w czasie holokaustu?”. Ja na to mówię: „Czy ja wyglądam tak staro? Ja się urodziłem trzy lata po wojnie, to ja już, nie jest moje doświadczenie.”. No i tak sobie to rozmawiamy z tymi ludźmi, którzy mają swój urok, swoje ciepło. To są ludzie jak Nahum Manor, który stracił całą rodzinę w czasie wojny: dwoje rodziców, starszą siostrę i dwoje młodszego rodzeństwa bliźniaków, wywiezionych do Auschwitz, zamordowanych. Ja pracowałem nad nim bardzo, żeby po 65 latach po raz pierwszy wrócił do Krakowa. I raz był. Ale oni tak mówią po polsku jak my, ze sobą stale utrzymują kontakty, martwią się, jak ktoś jest chory, bywają na swoich pogrzebach, jeżeli mogą, i ta polskość, ten Kraków dalej w nich istnieje. Oczywiście mnie to wzrusza, nie ukrywam, i staram się ten Kraków im podać nie tylko jako przypomnienie ulic, miejsc, ale staram się ich przekonać, że nie tylko ja jestem w Krakowie, który jest im życzliwy, że wielu jest takich ludzi, jest wiele instytucji, że może nawet codziennie prawie jest jakieś spotkanie na temat tej społeczności żydowskiej w Krakowie. A było 60 tysięcy ludzi. W stosunku do Warszawy to jest niedużo, bo tam było 300 tysięcy przed wojną. Ale Kraków był małym miastem, to była jedna czwarta ludności naszego miasta i to byli nie tylko drobni kupcy czy przedsiębiorcy. To byli członkowie Izby Przemysłowo-Handlowej, która wyprowadziła Kraków na salony ekonomiczne Europy. To byli członkowie rady miasta, to byli wiceprezydenci miasta. Józef Sare był 24 lata wiceprezydentem, przeżył, można powiedzieć, wielu prezydentów. To był prezydent miasta – [Mieczysław – przyp. A.M.] Kaplicki naprawdę nazywał się Kapellner. To był generał [Bernard – przyp. A.M.] Mond, najwyżej postawiony generał w przedwojennej armii polskiej przez [Józefa – przyp. A.M.] Piłsudskiego. To byli ludzie… Byli architekci. Można powiedzieć, że połowa XIX-wiecznego Krakowa zbudowana jest przez architektów żydowskiego pochodzenia. Czyli kiedy mówię, że oni zasługują na naszą pamięć, to nie tylko jako współobywatele, ale ci, którzy przyczynili się do rozwoju naszego miasta. Teatr Słowackiego został zbudowany przez za/, przez pana Feintucha [Jana Zawiejskiego – przyp. A.M.], który później się [50:00] przechrzcił. Ale budynki Akademii Medycznej, w których ja dzisiaj uczę czy wykładam studentom… Więc my zawdzięczamy tej społeczności bardzo dużo. To byli profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego, jak Józef Retinger, ordynator Szpitala Żydowskiego na Skawińskiej, ale równocześnie profesor, pierwszy profesor żydowskiego pochodzenia na Uniwersytecie, który stworzył katedrę historii medycyny. To był mój szef, profesor Julian Aleksandrowicz. Czyli myślę, że pamięć o nich jest nie tylko wyrazem pewnej prawdy historycznej, przyzwoitości, ale nawet to, co powiedziałem z początku: wdzięczności za to, co zrobili dla naszego miasta. Czyli my, współcześni Krakowianie w swojej, ja wiem, uczciwości, przyzwoitości, powinniśmy pamiętać, dzięki którym siedzimy w takim a nie innym Krakowie, chodzimy po jego ulicach. Społeczność tak tragicznie, tak brutalnie wymieciona, wymordowana przez najeźdźcę hitlerowskiego zasługuje na pamięć i… A ludzie, którzy żyją do dzisiaj, już bardzo niewielu, no zasługują na naszą troskę, na naszą pamięć, na nasze wzruszenie, na nasz kontakt. Każdy może to zrobić. Ja mam swoją drogę do tego – co roku jeżdżę w maju i po prostu ich odwiedzam, zapowiadam swoją wizytę, co roku piszę kolejne o nich książki. Mam materiałów tyle, że wiem, że już mojego życia nie starczy i nie zdążę tego zrobić, bo wymaga to dużego wysiłku. Ale póki jeszcze trochę energii i pamięć mi nie szwankuje, to staram się każdy wolny wieczór i weekend, czy wakacje, czy urlop spożytkować no i tyle, ile mi się uda, zostawić. To zostanie dla mojej świadomości, ale również dla tych ludzi, którzy okazali być się prawdziwymi patriotami Krakowa i polskości.

Prawdziwie jestem wzruszona, bo to nie tylko przejmujące historie, ale ten aspekt, o którym pan tak no opowiada o człowieczeństwie, że po prostu możemy wydobyć z siebie człowieka najbardziej i to nas, czyni nas wtedy człowiekiem. I być może to doświadczenie, że wydawałoby się, że nie wiem, są zwyczajnymi dziećmi, a potem okazało się, że skończyli studia, byli wybitnymi w swoich profesjach, może to doświadczenie jakby doznania tego człowieczeństwa też w nich wyzwoliło no moce, talenty, których nawet być może nie [niezrozumiałe – A.M., 52:52-52:54].

Może jeszcze jedno zdanie mogę dodać, bo mi przyszło na myśl w tej chwili. Mogę?

Tak!

Więc jakby historia, znowu ten krąg zostaje utworzony, że tak niedawno najwyższe odznaczenie polskie przyznawane kombatantom, które się nazywa Order Komandorski, Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski, przyznany został matce mojej mamy właśnie za ratowanie Żydów. Oczywiście ona ratowała innych ludzi niż schindlerowcy, ale w jakimś sensie te dwa elementy się zbiegają. Osoba, która straciła życie za wychodzenie naprzeciw drugiemu człowiekowi, i ludzie, którym, innym, ale podobnym ona pomagała. Jakby można to położyć jedno na drugie, że to wszystko się jakby zbiega. Wszystko wynika z wrażliwości, wynika z potrzeby dokumentacji społeczności żydowskiej w Polsce, ich zwyczaje, udział w walce o polską niepodległość, bo o tym niewiele mówiłem. To pokazuje, jak ta polska wielokulturowość, które w niestety dzisiejszym tendencjom separacji od innych kultur, narodów, jest polską siłą, polską… Myśmy się urodzili i Polska powstała na zbiegu szlaków, turystycznych to źle powiedziane, handlowych w średniowieczu. I wszyscy nasi wielcy to pochodzili z Kresów, czy to [Juliusz – przyp. A.M.] Słowacki, czy [Adam – przyp. A.M.] Mickiewicz. I właśnie na tych styku kultur powstała polskość, powstała głębia, powstała wielkość polskiego narodu. I [55:00] musimy się przeciwstawić tym, którzy w swojej małości, braku zrozumienia, wiedzy, trzeba powiedzieć… Jestem przerażony poziomem edukacji tych młodych narodowców, którzy podobno skończyli maturę, studia nawet skończyli. Ja sobie myślę: kto to był ich nauczycielem, czego ich nauczyli? Że są pewne prawdy obiektywne, które jeżeli się ich nie przekaże, to ludzie myślą schematami, powierzchownością. To jest w moim przekonaniu nie tyle wina tych młodych ludzi, chociaż też, ale ich rodziców, środowiska, społeczeństwa, ale chyba ich nauczycieli. Myślę, że nauczyciel to jest po rodzicach najważniejszym elementem edukacji społeczeństw. Powinni mieć jak najwyższe pensje, bo oni kształtują przyszłych ludzi. Jeżeli nie nauczono ich przyzwoitości, nie nauczono faktu, że Polska ma 10 milionów ludzi poza granicami, czyli wszystkie te 10 milionów były kiedyś uchodźcami z tych czy innych powodów, emigrantami, że byliśmy przyjmowani po polskich powstaniach, listopadowym, styczniowym. W Paryżu była Wielka Emigracja. Kiedy pod pomnikiem Mickiewicza, który był pierwszym z wielkich emigrantów, są demonstracje przeciwko imigrantom młodych ludzi, to co? Nikt ich nie uczył, kim był Mickiewicz? Nie wiedzą, kto to był Adam Czartoryski? A na rynku krakowskim akurat taki nawet artykuł z pewnym zażenowaniem czy protestem pisałem o młodych ludziach, gdzie prasa podała, że uczniowie gimnazjalni protestowali przeciwko emigrantom. Na rynku krakowskim, który dla mnie jest miejscem świętym, miejscem, gdzie nie tylko były wielkie uroczystości, gdzie był biały marsz po zamachu na Jana Pawła II, jest tablica poświęcona [Tadeuszowi – przyp. A.M.] Kościuszce, który był pierwszym, jednym z pierwszych emigrantów, który walczył o niepodległość Stanów Zjednoczonych… A w tym miejscu uczniowie gimnazjalni demonstrują przeciwko imigrantom. Skąd się ci ludzie biorą? No, może jestem starej daty i myślę innymi kategoriami, ale no wydaje mi się, że jeżeli możemy się temu przeciwstawiać, przekazywać inne argumenty, mówiące, że właśnie wielokulturowość, że właśnie europejskość to jest nasza siła, no to w złym kierunku ten świat no w dzisiejszym naszym czerwcowym czasie 2016 roku idzie. Mam nadzieję, że jak ten program zostanie kiedyś w jakiejś przyszłości zarchiwizowany, to może czasy się zmienią i będziemy mówić, że to już jest passé. Oby tak było. Ale myślenie kategoriami właśnie pewnej solidarności międzyludzkiej jest bardzo ważne i jeżeli możemy w oparciu nawet o te przykłady, o których dzisiaj tu wspominałem, pokazywać, że można było z tak wielkim narażeniem życia ratować drugiego człowieka, a dzisiaj nie chcemy pomóc innemu, a nic nam za to nie grozi… Jeszcze możemy dostać, przepraszam, pieniądze z Unii Europejskiej na to, no to popatrzmy, w jakich sytuacjach ludzie kiedyś działali na rzecz drugiego, a jak dzisiaj bronimy się przed tym. Czy coś się złego stało z rodzajem ludzkim? Tego nie wiem. Na pewno ta historia, o której dzisiaj mówiliśmy, uczy czegoś wręcz przeciwnego. I może warto chociaż jednego przekonać, że powinno być inaczej. Trzeba dążyć w innym kierunku. Jeżeli się uda chociaż jednego człowieka przekonać, to życie ma sens.

/transkrypcja: Aleksandra Masny, lipiec 2020 r./

Dane o obiekcie

Opis

Profesor Aleksander Skotnicki, lekarz i historyk, opowiada o swojej wieloletniej pracy na rzecz upamiętnienia krakowskich Żydów i historii Oskara Schindlera. Zainspirowany osobistymi doświadczeniami oraz swoimi mistrzami, dokumentuje losy ocalonych, podkreślając znaczenie pamięci, wdzięczności i solidarności. Wzruszające historie pokazują wkład Żydów w rozwój Krakowa i tragiczne losy społeczności zniszczonej przez Holokaust. Przesłaniem profesora jest apel o szacunek dla wielokulturowości, odpowiedzialność historyczną i codzienne człowieczeństwo.

Powiązane Materiały