Adam Chmielowski - 7 obrazów z życia
Bukrewicz, Paweł (lektor); Toproduction (producent); Gil, Paweł (montaż); Gorzkowicz, Piotr (obraz); Jarosz, Zbigniew (obraz); Posłuszny, Dariusz (obraz); Płuciennik, Tomasz (scenariusz); Rachwał, Tomasz (dźwięk); Sajór, Grzegorz (scenariusz); Stremecki, Marek (scenariusz);
01/12/2017
Klasyfikacja praw autorskich
Transkrypcja
Anna Dymna (aktorka, działaczka społeczna): Ja przed długi czas nie wiedziałam, że ja się inspiruję bratem Albertem, ponieważ miałem inne inspiracje.
s. Bernarda Kostka (Zgromadzenie Sióstr Albertynek): Wybrałam ten styl życia, który on przeszedł, który zaznaczył się tym jego charyzmatem. To jest takie bardzo jego, ale chciałabym, żeby było też bardzo moje.
Krzysztof Zanussi (reżyser): Coś jest ładnego w jego sylwetce, też mnie to bardzo pociąga, lubię też jego malarstwo, więc to wszystko składa się na taką osobistą sympatię.
Jan Mela (działacz społeczny): Samo to, że człowiek nie miał nogi, to już tak sobie pomyślałem: "Swój chłop, jakoś tam byśmy się może dogadali, zrozumieli".
s. Aleksandra Kujawa (Zgromadzenie Sióstr Albertynek): Taki duchowy ojciec, taki przewodnik.
br. Paweł Flis (Zgromadzenie Braci Albertynów): Był dla mnie mistrzem.
abp Grzegorz Ryś (metropolita łódzki): Jest dla mnie ważny tylko dlatego, żeśmy się spotkali w życiu. Nie zapomnę swojego pierwszego spotkania z "Ecce homo". Głosiłem rekolekcje siostrom albertynkom, a wtedy w kościele jeszcze była kopia wystawiona w ołtarzu głównym. Ja bardzo prosiłem, nawet dość długo musiałem prosić siostry, żeby mi zniosły oryginał do celi matki Bernardyny, także doświadczenie było podwójne. I w tej celi matki Bernardyny ja miałem możliwość patrzeć na ten obraz z odległości metra. No i pierwszy raz to siedziałem przed tym obrazem dobrą godzinę. Jak on go malował, on go wcale nie przeznaczył do żadnego kościoła. To był obraz, przed którym on się modlił, jego bracia się modlili z nim razem. A to był taki obraz właśnie chyba do takiego osobistego zmierzenia się z nim.
s. Bernarda Kostka (Zgromadzenie Sióstr Albertynek): Ciekawe. On tymi "dynkami" nazywał te siostry nasze, "małe dynki", o. "Niech nam Matka Dynka długie lata żyje". A, to jest ten wierszyk. "Długie lata żyje póki komar z morza wody nie wypije". Jak się patrzy na życie brata Alberta, to śmiało można powiedzieć, że to jest człowiek, który właściwie nie miał swojego miejsca w życiu. Właściwie od dzieciństwa ciągle zmieniał miejsce zamieszkania w związku z pracą rodziców, zwłaszcza ojca, bo tutaj chodzi o jego posadę, a potem w związku z jego własnym życiem, zmianą miejsc kształcenia, czy późniejszych potem poszukiwań malarskich, artystycznych, czy też już potem w związku z pracą, z działalnością, jakiej się podjął.
br. Paweł Flis (Zgromadzenie Braci Albertynów): Tutaj jest znak chrztu.
s. Bernarda Kostka (Zgromadzenie Sióstr Albertynek): "Działo się w Igołomi dnia 26 sierpnia 1845 roku". "Stawił się wielmożny pan Albert Chmielowski i okazał nam dziecię płci męskiej". "Tu, w Igołomi, urodzony pod numerem domu pięćdziesiątym trzecim".
s. Maria Kowalik (Zgromadzenie Sióstr Albertynek): Igołomia była miejscem, gdzie był punkt styczny zaboru rosyjskiego, austriackiego i Wolnego Miasta Kraków i dlatego władze rosyjskie chciały, aby tu była komora celna. Naczelnikiem tej komory celnej był Wojciech Chmielowski, ojciec Adama. 20 sierpnia 1845 roku przychodzi na świat siedem lat oczekiwany pierworodny syn. Był słabego zdrowia, jego życie było zagrożone i dlatego rodzice zdecydowali, że ochrzczą dziecko z wody, a później, kiedy będą już rodzice chrzestni, wtedy będzie dopełnienie ceremonii chrztu świętego.
s. Bernarda Kostka (Zgromadzenie Sióstr Albertynek): "Dziecięciu temu na chrzcie świętym nadane zostały imiona Adam Bernard".
Narrator: Z listu ojca, Wojciecha Chmielowskiego, do matki. "Niemowlę jest śliczne - wszyscy, którzy je widzą, zapewniają mnie, że jeszcze nigdy nie widzieli tak ładnego dziecka".
s. Maria Kowalik (Zgromadzenie Sióstr Albertynek): Poproszono żebraków spod kościoła, żeby towarzyszyli przy chrzcie. Według ówczesnych poglądów uważano, że towarzyszenie biedaków przy chrzcie wyprosi łaskę zdrowia i inne łaski u Pana Boga.
abp Grzegorz Ryś (metropolita łódzki): Taki jest epizod w tym dzieciństwie, dość często się go pokazuje, choć jest na wiele sposobów opowiadany, że wtedy, kiedy był ciężko chory jako małe dziecko, to mama go ubierała w habit. I tutaj się zaczynają spory - jaki? Czy to franciszkański? Czy inny? Ale jakby że w tym dzieciństwie jest taki moment, taki epizod, który gdzieś mu wróży jego przyszłość związaną z życiem zakonnym.
br. Paweł Flis (Zgromadzenie Braci Albertynów): Po śmierci ojca, Wojciech Chmielowskiego, rodzina, przede wszystkim mama Adama, zdecydowała, że Adam podejmie naukę w Szkole Kadetów w Petersburgu. Po pierwszym przyjeździe Adama do Polski, mama zorientowała się, że proces rusyfikacji postępuje u młodego Adama - trzynastoletniego - bardzo szybko i zdecydowała, że Adam przerwie naukę w Petersburgu, a naukę podjął w Szkole Rolniczo-Leśnej w Puławach, już tutaj na terenie Polski.
s. Bernarda Kostka (Zgromadzenie Sióstr Albertynek): Później umiera matka, on ma lat czternaście, pozostaje z młodszym rodzeństwem, jest ich czwórka. Wprawdzie znajdują się pod bardzo troskliwą opieką swoich krewnych, zwłaszcza ciotki Petroneli, do której zwracał się "ciociu Petrusiu". Niewiele czasu upływa od momentu śmierci matki, kiedy musi dokonywać również takich osobistych wyborów w związku też z sytuacją polityczną, w jakiej się znalazł, mianowicie z wybuchem powstania styczniowego - on ma wtedy siedemnaście lat.
abp Grzegorz Ryś (metropolita łódzki): Powstanie było w życiu Adama niesłychanie ważnym wydarzeniem. Po czym łatwo wnioskować? Choćby po tym, że dwukrotnie się do niego zgłosił. Najpierw po tym, jak został aresztowany i osadzony w więzieniu, z którego zbiegł, i po tej ucieczce ponownie zgłosił się do oddziału. To trudno się chyba dziwić, no. To znaczy, jak się ma kilkanaście lat i wybucha powstanie, to człowiek wszystko rzuca.
br. Paweł Flis (Zgromadzenie Braci Albertynów): Gdy Adam stanął na polu bitwy pod Mełchowem, kule zaczęły świszczeć nad jego głową i ktoś zaproponował wspólną modlitwę. Adam powiedział: "W pomyślności się nie modliłem, to i teraz, w zagrożeniu, modlił się nie będę".
s. Bernarda Kostka (Zgromadzenie Sióstr Albertynek): Kiedy dochodzi do bitwy pod Mełchowem, ma już ukończonych lat osiemnaście. Ta bitwa ma przebieg bardzo dramatyczny, ten jego oddział został rozgromiony, on trafia do niewoli i trzeba podjąć bardzo szybką decyzję o amputacji nogi, a dla młodego człowieka z pewnością to nie jest decyzja łatwa - nie było odwrotu.
abp Grzegorz Ryś (metropolita łódzki): Jak mówił Karol Wojtyła, został mu po powstaniu stygmat dozgonny, tak to nazwał kardynał Wojtyła - powstanie wypaliło na nim dozgonny stygmat, ponieważ został kaleką.
Narrator: "U mnie nic nowego, w nodze trzeszczy jak wprzódy, okładam na noc gliceryną. Pytałem się doktora, czy mam nogę porzucić, ale stanowczo jest temu przeciwny utrzymując, że więcej by zdrowa noga pracowała, zresztą pozwala mi chodzić, ale nie dużo".
abp Grzegorz Ryś (metropolita łódzki): Widać, jak powstanie w nim potem pracowało, to widać po takiej serii obrazów - bardzo pięknych, genialnych obrazów - pokazujących powstanie, pokazujących inaczej niż wielu artystów tego czasu to powstanie zwykło pokazywać. Obrazy Adama nie mają w sobie nic z takiego powstańczego heroizmu. On nie maluje obrazów powstania ku pokrzepieniu serc. Adam jak maluje powstanie, to zawsze takie najprostsze sceny: gdzieś tam siedzą powstańcy przy ognisku albo gdzieś o zmierzchu przemieszczają się tam grupą kilku powstańców, konno - to jest taka codzienność powstańcza.
Krzysztof Zanussi (reżyser): Adam Chmielowski był malarzem zdolnym i malarzem wziętym. Każdy artysta wie, co znaczy dla artysty sukces, co znaczy dla artysty powodzenie, uznanie, oklaski, sprzedaże, wystawy.
Agnieszka Podyma (historyk sztuki): Adam Chmielowski jako artysta odkrywa swoją pasję, gdy znalazł się w Paryżu po klęsce powstania styczniowego.
abp Grzegorz Ryś (metropolita łódzki): Adam się uczył malarstwa w najlepszych miejscach, gdzie malarstwa się wtedy uczono, to znaczy w Paryżu najpierw, a potem w Monachium. Zwłaszcza Monachium to było takie miejsce, gdzie właściwie cała elita polskiej sztuki pobierała naukę w wieku XIX.
Agnieszka Podyma (historyk sztuki): Tam spotyka, oczywiście, Maksa Gierymskiego, jego brata Aleksandra oraz kolejną liczną grupę wybitnych polskich malarzy. Wśród nich będzie Stanisław Witkiewicz, Józef Chełmoński, w nowszym pokoleniu Leon Wyczółkowski.
Narrator: "Ja po staremu od rana do wieczora siedzę w szkole i rysuję z antyków, parę godzin z natury. Inaczej robić nie można i sposób, chcąc do czegokolwiek dojść. Piękność form tych gipsów czasami do desperacji doprowadza. Kontur głowy robi się trzy albo najmniej dwa dni, figury po tygodniu albo i dwa - czasami już niby koniec, przyjedzie profesor, przesunie jedną linię - i jest na cały następny dzień robota".
abp Grzegorz Ryś (metropolita łódzki): On się uczył malarstwa zasadniczo, chodząc po galeriach. Nie tyle szukając, nie wiem, mistrza, który by mu układał rękę, uczył go rysunku czy doboru kolorów. On sam jakby skwitował te swoje poszukiwania malarskie takim zdaniem bardzo ładnym, że: "Jeśli możesz pić wodę ze źródła, to nie pijesz z konewki". Akurat i Paryż, oczywiście, i Monachium dostarczały takich możliwości, że on mógł oglądać dzieła najlepszych.
br. Paweł Flis (Zgromadzenie Braci Albertynów): Jego pierwsze dzieła miały charakter świecki - były to głównie portrety, pejzaże, ale w pewnym momencie zainteresował się malarstwem religijnym i napisał, że: "Prawdziwa sztuka musi mówić o Bogu".
Narrator: "Czy sztuce, służąc Bogu, też służyć można? Chrystus mówi, że dwom panom służyć nie można. Choć sztuka nie mamona, ale też nie Bóg; bożyszcze prędzej. Ja myślę, że służyć sztuce, to zawsze wyjdzie na bałwochwalstwo".
abp Grzegorz Ryś (metropolita łódzki): Jest moment w życiu Adama niewątpliwie jakoś przełomowy, to jest wtedy, kiedy on wstępuje do jezuitów, do nowicjatu. To nie jest jeszcze dla niego pożegnanie ze sztuką, bo on z nowicjatu pisze, że maluje więcej, jeszcze więcej niż malował.
Narrator: "Już nie mogłem dłużej znosić tego złego życia, którym nas świat karmi, nie chciałem już dłużej tego ciężkiego łańcucha nosić. Świat, jak złodziej, wydziera co dzień i w każdej godzinie wszystko dobre z serca, wykrada miłość dla ludzi, wykrada spokój i szczęście, kradnie nam Boga i niebo. Dla tego wszystkiego wstępuję do zakonu; jeżeli duszę bym stracił, cóż by mi zostało?".
abp Grzegorz Ryś (metropolita łódzki): Ten moment nowicjatu u jezuitów był momentem takiego bardzo siłowego przeżywania wiary przez brata Alberta, Takiego wyboru radykalnego, ale też z dużym podkreśleniem właśnie tego, co ja mam zrobić, że ja się tu nawracam teraz i musze być wierny decyzjom, które podejmuję, pracować nad sobą bardzo ostro i zdecydowanie, zrezygnować z wielu rzeczy i to widać, i to się mu wszystko rozsypuje wtedy, kiedy wpada w depresję.
Krzysztof Zanussi (reżyser): Ujmuje mnie jego zwycięskie zderzenie z chorobą psychiczną, no bo on naprawdę chorował.
s. Maria Kowalik (Zgromadzenie Sióstr Albertynek): I miał powiedzieć, że w tamtym okresie był przytomny, nie postradał zmysłów, ale cierpiał męki i skrupuły, i katusze najstraszliwsze. On się czuł tak niegodny Boga, że nawet czuł się niegodny spotkania z drugim człowiekiem.
abp Grzegorz Ryś (metropolita łódzki): Melancholia oznacza, że nie robisz nic: nie malujesz nic, nie rozmawiasz z nikim, jesteś sam, koniec. Miał szczęście, że jego brat wziął go do siebie na wieś, do pięknych pejzaży, które chyba najpierw do niego kompletnie nie przemawiały, bo on zaczyna z powrotem je malować i one się robią w którymś momencie takie nawet i pogodne, ale to ma miejsce już po przełomie, znaczy po tym, jak już się wyspowiadał, doświadczył miłosierdzia Bożego - to jest moment przełomowy.
Krzysztof Zanussi (reżyser): Po załamaniu ogromnym, jak już znalazł swoją drogę, to już nic go nie naruszyło. Przecież spadały na niego wielkie ciosy i kompletnie to... Nie załamywał się, to znosił, nie było żadnych śladów w ogóle słabości.
s. Bernarda Kostka (Zgromadzenie Sióstr Albertynek): Potrafił być człowiekiem ostrym, potrafił być człowiekiem wymagającym, przede wszystkim wymagał od siebie. Widać w nim było taką dyscyplinę żołnierza i widać ją też w takich krótkich sformułowaniach, na przykład: "Ten jest dobry, kto chce być dobry", albo: "Wola Boża i tylko to".
Narrator: "Powinno się być dobrym jak chleb. Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się, jeśli jest głodny".
s. Bernarda Kostka (Zgromadzenie Sióstr Albertynek): Tuż po przybyciu z Podola jesienią 1884 roku Adam Chmielowski zamieszkał naprzeciwko Kościoła św. Floriana. Bywał bardzo częstym gościem Akademii Sztuk Pięknych. To właśnie przy placu Matejki zapoznał się z księżmi misjonarzami, zwłaszcza z księdzem Kazimierzem Siemaszko, który zajmował się w tym czasie bezdomną młodzieżą i dziećmi. I od niego zaczerpnął pomysł pomocy bezdomnym dzieciom.
br. Paweł Flis (Zgromadzenie Braci Albertynów):
On wybrał życie trudniejsze. On świadomie doceniał ubóstwo, które traktował bardzo poważnie, nie tylko jako teorię, ale jako styl życia, który podjął.
abp Grzegorz Ryś (metropolita łódzki):
Znaczy kluczowa decyzja w życiu Adama to jest zamieszkać z bezdomnymi.
s. Bernarda Kostka (Zgromadzenie Sióstr Albertynek):
Z początkiem 1885 roku Adam Chmielowski wynajął mieszkanie przy ulicy Basztowej 4.
Agnieszka Podyma (historyk sztuki):
Pokój był dość duży i stwierdził, że może go podwójnie wykorzystać: oddzielił pokój kotarą, w jednej z części urządził pracownię, trzymał płótna, pędzle, farby, blejtramy, a w drugiej zaprosił potrzebujących z ulic Krakowa.
abp Grzegorz Ryś (metropolita łódzki):
On szedł do ludzi, którzy lądowali na ulicy, bo byli w dużej mierze alkoholikami, stawali się żebrakami, złodziejami, tworzyli szajki, uczyli tego młodych.
Jan Mela (działacz społeczny): Przyjął kiedyś do siebie dwóch bezdomnych, którym pozwolił się u siebie umyć, których nakarmił, przenocował, a ci go rano okradli i jeszcze mu połamali nowoczesną protezę nogi, którą miał, żeby ich nie dogonił. No to pomyślałem sobie... Każdy normalny człowiek - i ja - byśmy wtedy sobie powiedzieli: "No to takiego", prawda? Tym wszystkim bezdomnym, na pohybel im, a on zaczął pomagać dużo bardziej w sposób zorganizowany, absolutnie się tym nie zrażał.
abp Grzegorz Ryś (metropolita łódzki):
Jest takie też zdanie jedno z ulubionych moich zdań brata Alberta, że: "Jak dajemy im jeść to śniadanie, to jest rodzaj prezerwatywu przeciw wódce porannej". Jak im nie dadzą tego chleba na śniadanie, to oni będą pić na czczo i będzie ich wątroba boleć.
Jan Mela (działacz społeczny):
To tak naprawdę wystarczy, bo są osoby, które mogą wykorzystać pewne szanse, pewne narzędzia, które im chcemy udostępnić, a są tacy, w takim stanie pewnego zdegenerowania wewnętrznego, że jedyne, co mogą zrobić, to zjeść zupę, posiedzieć chwilę w cieple i tyle - i na tym też polega miłość, właśnie na tym dawaniu tej przestrzeni bez wnikania, że: "Ty jesteś trochę brudny, to tobie pomogę, a ty to już dla mnie się nie liczysz".
Narrator:
"Niech Brat o tym pamięta, każdemu głodnemu dać jeść, bezdomnemu miejsce, a nagiemu odzież. Jak nie można dużo, to mało, inaczej nie ma przytuliska".
s. Bernarda Kostka (Zgromadzenie Sióstr Albertynek):
Mieszkając przy ulicy Basztowej 4, zachodził do kościoła ojców kapucynów. W kaplicy loretańskiej przyjął habit tercjarski, a 25 sierpnia 1888 roku złożył śluby zakonne.
br. Paweł Flis (Zgromadzenie Braci Albertynów):
Przemiana Adama Chmielowskiego w brata Alberta to nie było jednorazowe wydarzenie, prawdopodobnie składało się na to wiele wydarzeń, które były udziałem Adama, które naprowadzały go na podjęcie nowego stylu życia.
s. Aleksandra Kujawa (Zgromadzenie Sióstr Albertynek): W tym czasie właśnie, kiedy on przyjmuje imię brata Alberta, składa śluby na ręce kardynała Dunajewskiego i zamieszkuje z ubogimi w ogrzewalni krakowskiej, wielu jego przyjaciół, znajomych mówiło: "Bracie, taki talent, brat to straci". On powtarzał, że: "Gdybym miał dwie dusze, jedną bym malował, drugą bym służył Bogu, a że mam jedną jedyną, wybrałem to, co najważniejsze".
Narrator:
Z umowy brata Alberta z gminą miasta Krakowa: "Brat Albert III Zakonu św. Franciszka zobowiązuje się w dzień i nocy w lokalu ogrzewalni miejskiej sam jeden z jego towarzyszy stale przebywać. Brat Albert zrzeka się imieniem własnym i swoich towarzyszy wszelkiego wynagrodzenia ze strony gminy miasta Krakowa".
br. Paweł Flis (Zgromadzenie Braci Albertynów):
Władze miasta Krakowa zaproponowały bratu Albertowi otwarcie i poprowadzenie przytuliska dla bezdomnych mężczyzn. Była to kontynuacja opieki, którą brat Albert, Adam Chmielowski, sprawował nad bezdomnymi. W tym budynku zamieszkał brat Albert razem z pierwszymi swoimi pomocnikami i tak jest do dzisiaj, tutaj mieszkają bracia. Tutaj mieściła się kaplica, w której modlił się brat Albert. A tam za nami, w tym budynku z dachówką, mieściły się warsztaty, w których pracowali bezdomni.
abp Grzegorz Ryś (metropolita łódzki):
On, gdy chodzi podejście do własności, był radykalny, on nie miał własności i żaden z domów już potem, którymi zarządzali albertyni czy albertynki, nie należał do nich. Do kogo należał? No, brat Albert odpowiedział: "Do ubogich i do Jezusa". Nie mogłoby się nic gorszego wydarzyć jak wyrzucenie ubogich z domu, bo wtedy też razem z nimi wychodzi Jezus i kto zostanie?
br. Paweł Flis (Zgromadzenie Braci Albertynów):
Po to, żeby te dzieła, które istnieją, dobrze funkcjonowały, nadzorował to, pozostawiał braciom, pozostawiał bezdomnym jakieś wskazówki, również w listach one się pokazują: "Proszę brata, żeby zrobić to, to...", albo: "Stanowczo zabraniam, bo...", bo coś, tak? Że był, rzeczywiście był przełożonym i był organizatorem tych dzieł.
s. Bernarda Kostka (Zgromadzenie Sióstr Albertynek):
Same takie drobne kartki, zbierane małe karteczki, na byle czym pisze. Trudno powiedzieć, kiedy to było pisane, bo to w ogóle nie jest datowane.
Krzysztof Zanussi (reżyser): Brat Albert nie otrzymał takiej ziemskiej nagrody, on nie był ukochanym swoich podopiecznych, oni go nie nosili na rękach, oni nie całowali go po ręku i nie dziękowali mu za to, co on dla nich zrobił czy poświęcił - oni byli przykrzy. Tak jak często ludzie pokrzywdzeni są przykrzy i ten, kto im coś dobrego uczyni, nie ma co liczyć na rekompensatę, na wdzięczność, na ten uśmiech. W życiu im szlachetniej człowiek postępuje, tym będzie mu trudniej, a jednak warto.
Anna Dymna (aktorka, działaczka społeczna): To jest najpiękniejsze, co można w życiu robić, to brat Albert o tym mówi, to jest w ogóle najważniejsze, że jeżeli chcesz być szczęśliwy w życiu, to musisz zrobić coś, żeby ci ludzie, którzy są nieszczęśliwi i smutni, mogli się dzięki tobie też uśmiechnąć. I to jest chyba największa tajemnica pomagania innym ludziom.
s. Bernarda Kostka (Zgromadzenie Sióstr Albertynek): Znajdujemy w nim takiego polskiego świętego Franciszka, takiego rzeczywiście ubogiego biedaczynę, "biedaczynę z Krakowa" - tak był często nazywany - chodzącego w drewnianych trepach, nieszukającego wygód. Zawsze jeździł trzecią klasą w największych niewygodach, bywało, że ustępowano mu miejsca, a on humorystycznie odpowiadał, że stoi pewnie, bo ma żelazną nogę. Trudno powiedzieć jednoznacznie, które miejsce było jego najbliższym. Na pewno bardzo dobrze czuł się na Kalatówkach.
s. Aleksandra Kujawa (Zgromadzenie Sióstr Albertynek): Góry zawsze jakoś tak człowieka oczyszczają, wydaje się, że góry to bliżej Pana Boga, cisza, samotność. Brat Albert właśnie to miejsce... No właśnie, miejsce takiej ciszy, zadumy, tu mu pomagało w kontakcie z Panem Bogiem i też takiego miejsca szukał dla braci, dla sióstr.
Narrator: "Proszę się ściśle zastosować do tego, co napisałem, pierwsze posłuszeństwo niż gospodarstwo. Żadnych obrazów, dywanów i wszystkich tym podobnych elegancji zabraniam, ma być najubożej".
br. Paweł Flis (Zgromadzenie Braci Albertynów): W roku 1898 powstała Pustelnia na Kalatówkach. Brat Albert chciał, żeby otwarcie tej pustelni miało uroczysty charakter i okazało się, że w przypływie gorliwości, bracia ozdobili kaplicę rzeźbionymi szczególikami. Bratu Albertowi się to bardzo nie spodobało, dla niego ubóstwo, prostota były takim podstawowym wymiarem życia zakonnego, życia chrześcijańskiego w ogóle i przerwał uroczystość, odwołał. Powiedział: "Najpierw trzeba to usunąć, ma być prosto, skromnie i ubogo.
s. Aleksandra Kujawa (Zgromadzenie Sióstr Albertynek): Tu w 1902 roku, 2 sierpnia, zamieszkują siostry, a brat Albert buduje chatkę z celą dla siebie, dwa na dwa metry. Długie godziny spędzał w kaplicy przed tym, można powiedzieć, cudownym krzyżem. Klęczał, jedną nogę miał, siadał. Mówią, że ten... nie tylko on do Jezusa mówił, ale ponoć do niego Pan Jezus z tego krzyża przemawiał. Jego rodzina bardziej go kierowała na studia inżynieryjne, trochę tej inżynierii studiował, będzie o tym mówił, gdzieś tam to zapisane, że: "To dla mnie stracony czas". Patrząc na to, co on później robił, to jednak czas nie stracony, bo studzienka, którą tutaj buduje, zakłada, telefon, który wykonuje, który łączy siostry z braćmi, te jego zdolności takie, no właśnie, inżynieryjne też wychodzą w tym.
br. Paweł Flis (Zgromadzenie Braci Albertynów): Jeszcze tydzień przed śmiercią brat Albert był na Kalatówkach i tam mógł, otoczony przez braci i siostry, w spokoju oczekiwać na śmierć. On jednak chciał inaczej - poprosił o przewiezienie do Krakowa, żeby umrzeć wśród swoich, wśród ubogich.
Narrator: "Co tu płakać? Z wolą Boską macie się zgadzać i za wszystko Bogu dziękować! Tak jest! Trzeba Bogu dziękować za chorobę i za śmierć, jak ją zsyła. Zmówić trzeba: 'Magnificat'. Co Bóg ześle, trzeba Mu za wszystko dziękować, bo co Bóg działa, święte jest i dobre".
br. Paweł Flis (Zgromadzenie Braci Albertynów): Łóżko razem z bratem Albertem zostało przeniesione do jakiegoś dużego pomieszczenia w tym budynku i tutaj brat Albert udzielił błogosławieństwa braciom, siostrom, ubogim i wszystkim, którzy w przyszłości będą w jego zgromadzeniach i będą korzystać z pomocy zgromadzeń albertyńskich.
s. Bernarda Kostka (Zgromadzenie Sióstr Albertynek): 25 grudnia 1916 roku w budynku przytuliska umiera brat Albert.
abp Grzegorz Ryś (metropolita łódzki): Są takie pogrzeby, o których się mówi, że na pogrzebie był prawie cały Kraków - to był jeden z takich pogrzebów. Co ważniejsze, to znaczy właśnie był cały Kraków w takim przekroju też społecznym, to znaczy począwszy od krakowskiego biskupa, poprzez władze miasta, po właśnie ludzi w tym porządku społecznym najniżej umieszczonych.
br. Paweł Flis (Zgromadzenie Braci Albertynów): Już na pogrzebie brata Alberta padły słowa, że nie trzeba się modlić za brata Alberta - trzeba się modlić do brata Alberta. Potwierdzeniem tych słów była beatyfikacja.
abp Grzegorz Ryś (metropolita łódzki): Jak się zaczął stan wojenny, to kardynał Franciszek napisał list od Jana Pawła II i on w tym liście poprosił o dwie rzeczy: o kanonizację św. Maksymiliana i o beatyfikację brata Alberta. I to była prośba na tyle gwałtowna, że z Rzymu przyszło przynaglenie do sióstr, aby proces nabrał tempa.
(archiwalne): Wasza Świętobliwość ogłasza brata Alberta błogosławionym ku radości wszystkich.
abp Grzegorz Ryś (metropolita łódzki): Brat Albert jest człowiekiem, który uczy nas wszystkich jak zostać człowiekiem w nieludzkich czasach. To było pytanie stanu wojennego. Oczywiście, takie czasy przychodzą i odchodzą, natomiast pytanie jest: jaki z nich wychodzi człowiek?
Anna Dymna (aktorka, działaczka społeczna): Ja przez długi czas nie wiedziałam, że ja się inspiruję bratem Albertem, ponieważ miałam inne inspiracje, a potem zostałam aktorką, nie? A to jest taki zawód dziwny, że trzeba o sobie zapomnieć, tylko trzeba się skupić na tym drugim człowieku, którego grasz. Niczego innego nie robił brat Albert - on też był artystą, jak malował obrazy, to też musiał chyba o wszystkim zapominać, bo coś tworzył, ale też widział tych ludzi, którzy potrzebują pomocy.
s. Bernarda Kostka (Zgromadzenie Sióstr Albertynek): Podglądanie brata Alberta powoduje w człowieku to, że widzi, że są pewne ścieżki, pewne drogi już przetarte i że one są dobre. I to, myślę, może być takie inspirujące, ale trzeba to przełożyć na dzisiejsze czasy. Wiadomo, że nie będziemy jeździli koleją trzeciej klasy, bo takiej nie ma, nie będziemy jeździli dorożkami, bo wiadomo, są inne środki lokomocji. Są też inne środki, którymi możemy posługiwać się, służąc innym.
br. Paweł Flis (Zgromadzenie Braci Albertynów): Wybór powołania dla mnie to była przede wszystkim fascynacja tym, jak żył. Był dla mnie bardzo wiarygodny, był dla mnie mistrzem.
s. Aleksandra Kujawa (Zgromadzenie Sióstr Albertynek): Takim wzorem niedościgłym bycia dobrym jak chleb, co w codzienności nie jest takie łatwe.
Krzysztof Zanussi (reżyser): Nie oczekujmy od świętych, żeby byli ludźmi bez skazy, bo to zaszczepia fałszywe wyobrażenie, że święci są z innej gliny ulepieni, że należą do innego świata, a oni są tacy jak my, bo każdy jest powołany do świętości.
Jan Mela (działacz społeczny): Jak się robi dobre rzeczy, warto o tym mówić, ale ważny jest stosunek gadania do działania. Brat Albert nie był gadaczem, był zdecydowanie działaczem, czyli wiara, pokora i taka właśnie... to ciche pomaganie, prawdziwe pomaganie.
Dane o obiekcie
-
Nazwa / Tytuł
Adam Chmielowski - 7 obrazów z życia -
Twórca / Wytwórnia
Bukrewicz, Paweł (lektor); Toproduction (producent); Gil, Paweł (montaż); Gorzkowicz, Piotr (obraz); Jarosz, Zbigniew (obraz); Posłuszny, Dariusz (obraz); Płuciennik, Tomasz (scenariusz); Rachwał, Tomasz (dźwięk); Sajór, Grzegorz (scenariusz); Stremecki, Marek (scenariusz) -
Rodzaj
-
Kategoria
-
Data wykonania
01/12/2017 -
Osoby występujące
-
Numer inwentarzowy
MHP-08-200 -
Klasyfikacja praw autorskich
-
Permalink